GRANICE I PRZEJŚCIA… (na brzegu życia i otchłani)

(zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVI)

Pejzaż zimowy Podkarpacia

Pejzaż zimowy na Podkarpaciu

.

Sami wymyślamy symboliczne granice (choćby takie jak ta, zbliżająca się – noworoczna) by mieć poczucie możliwości zmiany, transgresji, odnowy… Tworzymy w ten sposób wyjątkową porę, kiedy możemy odegrać pewien rytuał przejścia – wszystko z nadzieją na lepszą przyszłość. A ona będzie jaka będzie, bez względu na naszą życzeniowość (wishful thinking) i zaklęcia: dla jednych lepsza, dla innych zaś gorsza – i oby tych pierwszych było znacznie więcej. Większość z nas nie dotrzyma noworocznych postanowień, ale o tym przekonamy się dopiero za kilka miesięcy. Teraz o tym nie myślimy… no i dobrze, bo i po co psuć sobie humor?

Lata mijają, nowy rok będzie za chwilę starym, a my – stojąc na brzegu życia i otchłani – widzimy płynącą rzekę czasu, która zabiera z sobą bezpowrotnie sporą część naszego świata. Ale i przynosi coś nowego. Ginie jednak nie tylko to, co sprawiało, że czuliśmy się szczęśliwi, ale również i to, co było dla nas nieszczęściem (może to być poniekąd naszą pociechą). Czas jest bowiem niewybiórczy i ślepy. Może dlatego jest sprawiedliwy? Lecz niestety – jest też przy tym bezlitosny, o czym świadczą nie tylko coraz liczniejsze zmarszczki na naszej twarzy i coraz więcej siwych włosów (albo tych włosów coraz mniejsza ilość).

Życie jest straszne i cudowne zarazem – podobnie jak świat, w którym żyjemy – pełen zarówno piękna, jak i potworności; śmieszności, jak i grozy. Trudno więc stwierdzić, że znaleźliśmy się na tym świecie w nagrodę, a tym bardziej, że jesteśmy tutaj za karę. To, że w ogóle jesteśmy, graniczy jednak z cudem, albo też i jest już cudem samym. W sumie… niepojętym, nawet dla takiego niesamowitego tworu, jakim jest ludzki mózg – całkiem możliwe, że będący najbardziej złożoną częścią Wszechświata, zbliżającą nas w jakimś stopniu do samego Boga (czy też sił, które nas stworzyły).

* * *

Jeśli istniejemy w czasie, to przemijanie jest czymś nieuniknionym. Przemijania nie ma tylko tam, gdzie nie ma czasu. A tego nie sposób sobie wyobrazić, ani też pojąć.

* * *

Kiedy wyludniają się krainy, w których kiedyś żyliśmy – robi się zimno i pustka zatacza coraz szersze kręgi na rzeczach, które czuliśmy w rękach, na skórze, pod naszymi stopami… Materia, którą jeszcze widzimy, staje się coraz bardziej obca w miarę jak słabnie nasza pamięć i obojętnieje serce, bo przecież musi się ono żywić tym, co żyje w drugim człowieku.
Lecz jeśli tego drugiego człowieka zbraknie?

Nostalgia, elegijny spleen… sentyment, który przez jakiś czas ogrzewa nasze stygnące wnętrza. Skoro może być nam tak bardzo żal obcych światów, które odchodzą w przeszłość, to czy dziwne jest to, że ogarnia nas rozpacz utraty i tęsknota za światem najlepiej nam znanym, bo naszym – tym, w którym byliśmy obecni – a który teraz przemija nieuchronnie, znikając kawałek po kawałku, rozpływając się we mgle coraz bardziej przezroczystej nicości?

Piękno? Cóż po pięknie w czasie minionym, zmarniałym? Jego ślady wzmagają tylko smutek spełnionej-niespełnionej miłości do świata i ludzi, która rodziła się jedynie po to, aby zaraz umierać… z coraz bardziej bladą i stężałą twarzą, na coraz mniej wyraźnej fotografii; z coraz bardziej zacierającymi się konturami rzeczy – z wszystkim co z wolna przepada za horyzontem zdarzeń.

A może piękno nie znika? Zwłaszcza wtedy, kiedy zamykamy oczy, chcąc pod powiekami zachować obraz kogoś lub czegoś, co stało się dla nas czymś bliskim i drogim?
A może piękno nigdy nie zniknie – nawet wtedy, kiedy nasze oczy zamkną się na zawsze?

Gdzie jest droga, którą można dotrzeć do tego, co najważniejsze? Z czego musi być zbudowane to, co mogłoby trwać wiecznie? Jaka powinna być świadomość, by mogła oprzeć się trwodze, złu i marności? Czy lepsze światy znajdują się tylko w zaświatach? I czy wszystko, co wydaje się nam dobre (lub złe) jest tylko złudzeniem?

Jednakże chwila gorzkiej rozpaczy również nie może trwać wiecznie. Dopóki oddech pobudza serce do bicia i krew do krążenia; dopóki oczy spotykają się ze spojrzeniem kogoś, kto umie trafić do naszego wnętrza, chroniąc nas przed zranieniem – dopóty dziać się w nas może święto życia, ale i koić ulga śmierci, która tak naprawdę jest – tak jak wszystko – niczym…
A może jednak początkiem czegoś innego?

* * *

Piękno przyrody (świata) zawsze zauważamy wpierw tam, gdzie jest (było) środowisko, w którym dorastaliśmy. I to pozostaje taką naszą cezurą, wzorem, punktem odniesienia… właściwie na całe życie. Do tego odnosimy wszystko to, co spotykamy w całym naszym późniejszym życiu – to nadaje jakby tonację temu, co przeżywamy już jako dorośli w naszym związku z Naturą, cz też – ogólniej – z całym otaczającym nas zewnętrznym światem.

* * *

Rozpacz jest jednym z nieodłącznych elementów ludzkiej kondycji. Może ją spowodować nie tylko własna nieuleczalna choroba, ale i np. utrata kogoś bliskiego, zniewolenie, kalectwo, cierpienie, nieodwracalność losu… cała masa innych nieszczęść jakie dotykają ludzi. Można nawet powiedzieć, że rozpacz (despair) jest jednym z fundamentalnych doświadczeń egzystencjalnych człowieka.
Rozpacz niekoniecznie musi mieć cokolwiek wspólnego z „żalem chwil teraźniejszych, czy minionych” – to nie ten ciężar gatunkowy, nie ta intensywność uczuciowa, nie ta sfera dramatu życia.

Naturalnie istnieją sposoby, czy też drogi, którymi można (starać się) uciec rozpaczy. Dla wielu ludzi czymś takim jest np. wiara. Albo… udawanie, że coś takiego, jak rozpacz nie istnieje, że nie ma ona do nich przystępu.

Ponadto rozpacz nie ma dobrej „prasy” – ot, choćby na blogach, czy na Facebooku – bo wszystkich obowiązuje pop-kulturowa dyktatura dobrego zdrowia, pozytywnego myślenia, indywidualnego szczęścia, pomyślnego życia… Tylko niekiedy robi ktoś w tym wyłom – ale to jednak wymaga pewnej odwagi, a nawet… determinacji.

* * *

Rozpacz, mimo wszystko, znana jest niemal wszystkim ludziom – nawet (a może zwłaszcza?) tym, którzy zdolni są do miłości (bo pojawia się zawsze wtedy, kiedy traci się kogoś, kogo się kocha).

W jednym ze swoich esejów Tischner zwrócił uwagę na to, że w polskiej literaturze brak jest wnikliwego i wszechstronnego opisu rozpaczy. I zastanawia się dlaczego (Polacy o rozpaczy nie mówili)?: Może nie wypada pisać o rozpaczy? Może temat rozpaczy został poddany cenzurze – tej „honorowej” np., która zakazuje przyznawać się do słabości? (Tak jakby rozpacz była słabością, a nie zdolnością doświadczenia egzystencjalnej głębi i wrażliwością.)
Według Tischnera powodem tego była szeroko w Polsce rozpowszechniona wiara religijna, która właściwie zakazywała rozpaczać, bo – jak pisze Tischner – „rozpacz była ‚upadkiem’, poniżeniem ‚godności’, ujmą na ‚honorze’, a przede wszystkim grzechem”.

* * *

„Kiedy nie można znaleźć nawet śladu rodzinnego domu, kiedy odmienione są drzewa i rzeka, jedynym głosem, jaki spodziewamy się usłyszeć od pielgrzyma, jest głos rozpaczy, lament, gorycz.” (Julia Hartwig – poetka, o „Dworze” Miłosza.)

Wydaje mi się, że Miłosz był przywiązany nie tyle do miejsca, w którym dorastał, co do czasu, kiedy dorastał. Podobnie: był bardziej przywiązany do języka polskiego, niż do samej Polski. Materia obchodziła go o tyle, że dzięki niej mógł snuć swoją poezję, mierzyć się z kulturą i jej ideami – z intelektualnym konceptem. Wychodził od konkretu ale zawsze ciągnęło go w ezoteryczne krainy, ku metafizyce. To wszystko świadczy o jego religijnym temperamencie. Ale to nie powinno dziwić, bo większość poetów ma taki temperament.

* * *

„Jeśli nie wystarcza tu sama rutyna pracy, człowiek pokonuje swoją nie uświadomioną rozpacz przy pomocy rutyny rozrywek, biernego konsumowania dźwięków i obrazów, jakie stawia mu do dyspozycji przemysł rozrywkowy.” (Erich Fromm, „O sztuce miłości”.)

Każdy człowiek ma w swojej duszy miejsce, gdzie czai się rozpacz. Ale dzięki Bogu kryje się w nim także potencjał szczęścia. Zresztą, rozpacz podobna jest do szczęścia w tym, że nie jest czymś permanentnym, stałym: szczęśliwym się raczej bywa, niż jest – rozpaczać też nie można długo (zwykle rozpacz przechodzi w melancholię i smutek – a wreszcie mija… jak wszystko inne).

Tak, można powiedzieć, że przemysł rozrywkowy podszyty jest strachem, nudą i pustką – tym wszystkim, co świadczyć może o skrywającej się za tą jałowością rozpaczy.

* * *

Wszystko się zapętla i łączy – jest właściwie jednym (dlatego każdy początek jest jednocześnie końcem – a czas nie ma w tym wszystkim żadnego znaczenia). Nasz język, podobnie jak percepcja, jest ograniczony i niezdolny do nazwania (określenia) tego, co poza nami i poza naszym światem. I poza czasem. A to, co poza czasem, jest właśnie wiecznością. (Wieczność jest bezczasowa – tylko dlatego może być wiecznością. Jest czystym istnieniem – a nie trwaniem.) Czas nie może być atrybutem tego, co istnieje wiecznie.

* * *

UPADEK – rozmowa z Kartką

Lubię takie rozmowy – długie rozmowy o czymś ważnym i istotnym prowadzone z czującym, wrażliwym i myślącym człowiekiem. Takie rozmowy zdarzały mi się z Kartką z podróży – z jednym z moich blogowych znajomych. Ot, choćby konwersacja, która wywiązała się pod moim wpisem o „Hańbie” (chodzi zarówno o książkę J. J. Coetzeego, jak i film na niej oparty). Przywołuję ją tutaj, bo jednak szkoda byłoby, aby przepadła gdzieś w wirtualnych czeluściach. Bowiem to co pisze Wojtek jest według mnie nie tylko ciekawe, ale i cenne – a przy tym mające znamiona naprawdę dobrej literatury. I na dodatek godzące chyba w sedno naszej La Condition humaine. W dobie jakże powierzchownych i dorywczych kontaktów fejsbukowo-twitterowych – w powodzi pozerstwa i paplania o wszystkim i o niczym, tudzież skakania sobie z bzdetka na bzdetek – dobrze jest posłuchać kogoś, kto o prawdzie i głębi wypowiadanych słów zaświadcza własnym potem i krwią…

*

KARTKA Z PODRÓŻY: Coetzee – dawno temu go czytałem. Ale z pasją, bo opisuje ludzki upadek – to jest najbardziej frapujące w jego książkach. Ich bohaterowie upadają zżerani chorobami, grzechami, słabościami w obcym, wrogim środowisku. Ta obcość rasowa, obyczajowa, polityczna, środowiska przyrodniczego to tylko scenografia wzmacniająca doznanie upadku. I chcą doznać tego upadku, rozsypania się ich życia jak domku z kart. Chcą stracić resztki złudzeń – chcą dotknąć prawdy. Lurie przecież jest świadomy konsekwencji przespania się z tą studentką. On prowokuje swój upadek. Chce dowieść, że to poczucie “obcości”, które nosi w sobie, ma realne uzasadnienie. Chce dowieść samemu sobie, chce doznać, że ten świat, niby oswojony świat wokół niego, tak naprawdę jest obcy, wrogi, bezduszny, okrutny. I doznaje. To egzystencjalizm czystej próby.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Trafne! Rzeczywiście, tam gdzie znajdują upadek, natrafiają też i na prawdę. Ale czy prawda znajduje się tylko tam?

KARTKA: Ale u Coetzee czy pytasz bardziej ogólnie?

StB: Ogólnie. Bo u Coetzeego jest dokładnie tak, jak piszesz.

KARTKA: Jasne, że nie. Są inne drogi prowadzące do prawdy. Ale upadek czy na przykład pokuta – bo też tak można interpretować los Luriego – są najbardziej nośnym motywem ukazującym prawdę o życiu. Dlatego Coetzee zajmuje się głównie upadkiem i prowadzi ten motyw w sposób wręcz bolesny dla czytelnika. Coetzee właściwie nie daje nadziei – jeśli już jest, to bardzo wątłą. Sędzia z “Czekając na barbarzyńców” podobnie jak Lurie rzuca wezwanie systemowi – z innych pobudek – i też doznaje upadku. Zostaje potraktowany z podobnym okrucieństwem. To również upadek ciała, skazanie na mękę. Jego życie się rozpada, zostaje z samotnością i bólem w obcym, wrogim świecie.
Znowu w “Wieku żelaza” profesorka uczelni dogorywająca na raka na sam koniec życia wiąże się z włóczęgą, który zamieszkał w jej ogrodzie. I znów świat wokół się rozpada, rakowacieje tak jak ona, bo trwają zamieszki murzyńskie i ludzie giną na sąsiednich ulicach. Ona umierając obserwuje umieranie. Bohaterowie Coetzeego przez doświadczanie upadku czyli bólu, męki fizycznej i poniżenia dochodzą do prawdy o sobie i świecie. Przez doświadczenie upadku zaczynają w końcu widzieć.
Czytałem kilka książek Coetzeego, przez naszą dyskusje je sobie przypomniałem. To znaczy nie musiałem sobie przypominać przesłania ich upadku, bo to mi po nich zostało tylko szczegóły narracji.
Wiesz, jak napisałem, różne drogi prowadzą do prawdy. Ale zastanawiam się czy droga Coetzeego nie jest tą najdobitniejszą, najprostszą. Obserwowanie, przeżywanie upadku jego bohaterów ma w sobie coś uniwersalnego, przejmującego, prawdziwego. Dla mnie nawet biblijnego.
Dlatego gdy czytałem Twój esej zwróciłem uwagę, że napisałeś o zmianie zakończenia filmu w odniesieniu do powieści. Nie wiem czy reżyser przez ten zabieg nie chciał złagodzić tej lodowatej prawdy, którą Coetzee przekazuje w książce.

StB: Myślę, że chciał. Ale czy to “złagodzenie” nie jest czymś pozornym? Czy jednak to, co nazywamy “prawdą” (docierając do niej na różne sposoby), nie jest tylko naszą “prawdą”? Czy aby ta “prawda” nie istnieje tylko dlatego, że my istniejemy (czyli: może ona istnieje jedynie w relacji z nami? – my niejako ją “generujemy”?) a poza nami nie ma ta “prawda” żadnego sensu?
Skłaniam się do przekonania, że istnieje coś takiego jak prawda absolutna, tylko bardzo wątpię, czy mamy do niej dostęp. Moim zdaniem leży ona jednak poza zasięgiem naszego poznania, tak samo zresztą, jak wszystko co jest absolutne, łącznie z tym Co (Kogo?) ludzie nazywają Bogiem.
PS. Każda, prawdziwie wielka literatura (czyli taka, która sięga rdzenia naszej egzystencji) ma wymiar “biblijny”. I większość książek Coetzeego jest właśnie taka.

KARTKA: Jasne Logosie, że ta nasza prawda jest zawsze w mniejszym lub większym stopniu “nasza” czyli subiektywna. Ale czasem motając się w tych naszych prawdach doświadczamy takiego momentu jasności, błysku myśli prawdziwej, przeczucia, że tak jest czy będzie na pewno. Ten błysk nas odziera ze złudzeń. Patrzysz w załzawione oczy starego, sparszywiałego psa i nagle wiesz już na pewno, że on umrze. I nie ważne, że tego nie chcesz. Wiesz, że tak będzie.
Coetzee rujnując życie swych bohaterów, dręcząc, doprowadza ich do takiego błysku prawdy – zgody i zrozumienia dla tego co nastąpi. I wtedy oni doznają spokoju, pogodzenia się ze światem. To jest trudne do wyrażenia ale bardzo prawdziwe. On potrafi, prowadząc narrację, tak skupić nas na tych upadających ludziach jakbyśmy się skupiali na swoim życiu.
Dzięki, że go przypomniałeś
Pozdrawiam

StB: “Ten błysk (myśli prawdziwej, moment jasności) odziera nas ze złudzeń.”
Czyli coś w rodzaju iluminacji?
Tak, taki “błysk” może nas odzierać ze złudzeń, ale i może nas utwierdzić w jeszcze większym złudzeniu – tym niebezpieczniejszym, że wykluczającym wszelką wątpliwość. Nie uważasz? I to także będziemy nazywać “prawdą” – to będzie ta “nasza” prawda, tym prawdziwsza, bo przecież już niewątpliwa.
Czy nie jest to wszystko dowodem na to, jak bardzo jesteśmy zdesperowani aby poznać Prawdę? A że jest ona (ta absolutna) nam niedostępna, to czepiamy się tego, co nam zostaje – czyli prawdy “naszej”. I zaklinamy rzeczywistość, że żyjemy w prawdzie i tylko prawdzie. Ech…

A żyjemy w niewiedzy, (którą chcemy wyprzeć wiarą), złudzeniach (to dlatego mamy często wrażenie iż życie jest snem, a to, w czym jesteśmy zanurzeni, jest nierealne) i niepewności (stąd ten nasz permanentny podskórny lęk).

KARTKA: No właśnie Logosie – idzie o ten podskórny lęk. Upadek, o którym piszemy jest metodą sprawdzenia czy jest się czego bać, czy ten świat jest naprawdę taki obcy i wrogi. Bohaterowie Coetzeego przekonują się, że jest i przestają się bać. Chyba przestaje im na czymkolwiek zależeć. I to jest ta prawda, która im się jak “błysk” objawia. Oczywiście ich prawda.

StB: Bohaterowie Coetzeego są w nas. Tak więc ich prawdy są także naszymi prawdami, ale (dzięki Bogu?) istnieją także inne prawdy, które jesteśmy w stanie poznać – także w momencie błysku “objawienia”, dzięki czemu zniknąć może ten nasz podskórny lęk.
Czasem to się udaje.
Osiągnąć spokój kosztem utraty zainteresowania światem? Ja bym sobie tego nie życzył. Wolałbym jednak niepokój, niż to zobojętnienie, kiedy człowiekowi “przestaje na czymkolwiek zależeć”. Bo czym to się różni od śmierci?

KARTKA: Ale Logosie przecież poprzez upadek Lurie z “Hańby”, sędzia z “Czekając na barbarzyńców” czy profesorka z “Wieku żelaza” poznają istotę świata. Doznają bolesnego poznania. Ten upadek jest ich podróżą. Doznają deklasacji, hańby, bólu, odrzucenia … Wchodzą w światy, których dotychczas unikali, nie zauważali. Trudno powiedzieć, że świat ich przestaje interesować. Przecież w czasie swego upadku przekraczają rozmaite granice. Dlatego objawia im się prawda i niknie gdzieś lęk. Nie ma nic lepszego na lęk niż się z nim zmierzyć. Można się bać hańby ale gdy już człowiek jest zhańbiony to się jej nie boi.

StB: Jednak czy – tylko po to, by przestać się lękać – warto się „zhańbić”? Tym bardziej, że poprzez „zhańbienie” poznają tylko jedną z możliwych „prawd” i pokonują tylko jedną z możliwych dróg.
Masz rację, lęku można pozbyć się tylko wtedy, kiedy potrafimy się z nim otwarcie zmierzyć, stawić mu czoła. Jeśli od niego uciekamy – to zwykle wraca on do nas ze zdwojoną siłą. Ale czy jednak (powtórzę) – musi się tu wybierać drogę, która „hańbi”? Może wprost przeciwnie: większej odwagi wymagałoby odrzucenie „hańby” i walka o to, co stanowi tej „hańby” przeciwieństwo? Czy można bowiem wykluczyć, że i wtedy może spotkać nas moment „olśnienia” – poznanie prawdy, która nie spowoduje, że przestanie nam “na czymkolwiek zależeć” a wręcz przeciwnie: zbliży to nas do świata i innych ludzi. I to także – już bez lęku?
Przecież coś takiego też się zdarza. Ale to wymaga chyba większej siły niż podążenie drogą “zhańbienia”.

KARTKA: Ale zauważ, że Lurie tak naprawdę nie chciał walczyć. Nie bronił się. Jemu na tym światku uniwersyteckim, na swej pozycji, bezpieczeństwie nie zależało – nie szukał sojuszników. Bohaterowie Coetzeego są samotni, w gruncie rzeczy aspołeczni. To ludzie wyalienowani. Oni w głębsze relacje ze światem wchodzą dopiero upadając – dopiero wtedy zaczynają odczuwać.
Coetzee nie opisuje ludzi dumnych ze swego życia, z pozycji społecznej, których chcą zniszczyć jacyś wrogowie, więc oni walczą wspierając się na przyjaciołach i pokonując kłopoty zyskują wiarę w siebie i w innych ludzi.
Ty bronisz zakończenia filmowego a ja uważam za prawdziwsze zakończenie powieści. Choć podobnie jak Ty uważam, że ono nie jest pesymistyczne. Po prostu jest prawdziwe.

StB: “Bohaterowie Coetzeego są samotni, w gruncie rzeczy aspołeczni. To ludzie wyalienowani. Oni w głębsze relacje ze światem wchodzą dopiero upadając – dopiero wtedy zaczynają odczuwać.”
Mają więc jakąś skazę. Jest w tym jakiś rys masochizmu. Lurie nie chciał walczyć, ale ja nie taką walkę (ze środowiskiem, które się mu przejadło i którego nie cenił) miałem na myśli. Miałem na myśli walkę o siebie “lepszego” – walkę z tym, co go pchało ku “hańbie”; z własną słabością, z na wskroś pesymistycznym oglądem świata… etc.
PS. Ja nie bronię zakończenia filmowego (skąd to przypuszczenie?) Bowiem oba zakończenia wydają mi się tu niejako “pełnoprawne”, i tak naprawdę niczego one w wizji Coetzeego nie zmieniają: gdyż, tak jak “pesymistyczne” zakończenie powieści nie musi być definitywnie czymś pesymistycznym, tak i filmowy “happy-end” nie musi przypieczętowywać w rzeczywistości optymizmu.

KARTKA: Masz rację, oni mają skazę. Coetzeego właśnie tacy bohaterowie interesują, czy może raczej takie koleje losu człowieka. Jest w nich pewne wypalenie, zmęczenie. Jak pisałem, często meczą się z lękami, traumami, obciążeniem z przeszłości. U niego wraca motyw opresyjnego systemu, rodziny, jakiś lęków, upokorzeń z dzieciństwa. Relacje rodzinne czy inne uczuciowe są zawsze jakoś zaburzone. To co nazywasz masochizmem, czyli nieomal bezwolne poddanie się wykluczeniu czy cierpieniu, mnie też interesuje. Nie do końca rozumiem ten mechanizm psychiczny. Nie wiem czemu się nie bronią. Chyba uważają, że nie warto. Jak pisałem, wydaje mi się, że to może być stanięcie twarzą w twarz z lękiem. Jeśli czegoś się boisz to gdy już się to zdarzy przestajesz się bać. Ludzie zwykle boją się nieznanego.
Piszesz – “Miałem na myśli walkę o siebie „lepszego” – walkę z tym, co go pchało ku „hańbie””.
Ale przecież Lurie przesypiając się z tą dziewczyną nie zasłużył na taki los. Cóż on takiego zrobił? Po prostu przespał się ze studentką. Za co miał cierpieć? Miał zwalczać w sobie tę resztkę popędu, która mu została po tym wyjałowionym życiu?
To też jest ciekawe, takie kafkowskie, że oni cierpią, życie im się wali jak domki z kart z powodu jakichś spraw nieistotnych. Drobinki piasku uwalniają lawiny. Ten świat jest absurdalny w przede wszystkim kruchy – stabilizacja, bezpieczeństwo okazuje się niczym. Okazuje się, że jakiś sens, prawdę czy spokój można znaleźć dopiero na dnie.
Co do zakończenia, to był to pewien skrót myślowy. Wydawało mi się, że chcesz mu dać pewną szansę. Myślałem, że wolałbyś by ten upadek jednak wiązał się z możliwością odbicia.

StB: Dość nieoczekiwanie rozwinęła się tu między nami rozmowa o “upadku” i o “prawdzie”, która podczas tego upadku nam się odsłania. (Piszę “nam” bo dyskutując o bohaterach Coetzeego, dyskutujemy też o kondycji człowieka, a więc i o kondycji nas samych. Ujmuję także “upadek” i “prawdę” w cudzysłów – by zaznaczyć to, że jednak nasze dywagacje odbywają się w jakiejś takiej mgle niedookreśloności, że nie jest nam łatwo dotrzeć do sedna rzeczy, do jej rdzenia – dojrzeć jej ostre kontury .)
Oczywiście, że to, iż jakiś profesor przespał się ze swoją (dorosłą) studentką nie powinno być jeszcze powodem do tego, by go potępić, skazać na upadek, obłożyć anatemą i pogrążyć w hańbie (choć w zakompleksionych, represyjnych seksualnie i purytańskich środowiskach nadal wszystko to co jest związane z seksem rozdmuchiwane jest do nieproporcjonalnych rozmiarów). I choć sam Lurie zachowuje się tak, jakby się temu poddawał (kaja się na klęczkach przed matką dziewczyny), to jednak ten epizod jest dla niego tylko pretekstem do uświadomienia sobie tego, że jego upadek sięga znacznie głębiej – przyjmuje wymiar egzystencjalny, a nawet eschatologiczny (może to zbyt wielkie słowo, ale chyba usprawiedliwione, bo stawką jest tu całe jego życie – a nawet śmierć w perspektywie wieczności).

Wróciłem ostatnio do Pascala i widzę jak to wszystko (o czym rozmawiamy, o czym pisze Coetzee, co myśli Pascal…) ze sobą się wiąże i zapętla (ale cóż w tym dziwnego? – przecież kondycja ludzka jest czymś niezmiennym, niezależnym od czasów, a nawet od naszych religijnych, światopoglądowych, intelektualnych wyborów). Także i Pascal sięga niejako (egzystencjalnego) dna i tam poszukuje ładu, sensu, prawdy i spokoju, (które to wartości wiąże z Bogiem). Ale “upadek” Pascala jest o tyle ciekawy, że dotyczy przypadku jednego z najbardziej genialnych umysłów swojej epoki i dokonuje się w obliczu nieskończoności, przed jaką Pascal staje, i z którą sam się konfrontuje. Jego “upadek” jest więc nie tyle upadkiem, co uświadomieniem sobie własnej nieskończonej małości, jaką stanowi człowiek wobec ogromu Przyrody, Kosmosu, Wszechświata… Niektóre jego myśli przebiegają mnie dreszczem: “Wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni przeraża mnie”.

KARTKA: A jednak się bał. Napisał “…przeraża mnie”. Ale mimo, że się bał to jednak szukał. Trawiony chorobami, cierpiący, zalękniony starał się zrozumieć, pojąć – chyba trochę wbrew sobie. Chciał się dowiedzieć kiedy, gdzie doświadczy tej ulgi czy spokoju. Ale w tym zdaniu jest przytłaczająca samotność. Chyba dlatego szukał Boga, by sobie z samotnością i lękiem jakoś poradzić.
Bohaterowie Coetzeego nie szukają Boga w sensie religijnym, jak Pascal przez praktyki jansenistyczne, ale w trakcie swego upadku szukają czegoś podobnego. Najbardziej znanym upadkiem jest historia Jezusa doświadczonego zdradą, poniżeniem, cierpieniem i w końcu śmiercią. To miałem na myśli pisząc, że powieści Coetzeego maja wymiar biblijny – że jego bohaterowie podobnego losu doświadczają. I nie chodzi mi o religijne przesłanie tej historii tylko egzystencjalne. O tę bezwolną zgodę na własny upadek, która kryje chęć doświadczenia i odnalezienia jakiegoś sensu czy uwolnienia się od lęku. Cierpiący tego szukają.

StB Pytanie: na ile samotność, cierpienie i lęk pozwala człowiekowi dotrzeć do sedna (rzeczywistości, świata, życia, egzystencji), a na ile lęk i cierpienie ów obraz świata (rzeczywistości, życia) zniekształca, zatruwa, zaciemnia, zafałszowuje…
Czy człowiek przywiedziony (lękiem, cierpieniem, samotnością) do pewnej “prawdy”, nie zostaje tym samym pozbawiony (odcięty niejako) od “prawdy” innej?
Co powoduje, że bohaterowie Coetzeego (a szerzej: człowiek) podążają tą a nie inną drogą – ku odkryciu swojej “prawdy”?
Sami o tym decydują? Czy też są przez coś do tego zmuszeni – coś ich tu zniewala?
Albo inaczej: są niewolnikami, czy też ludźmi wolnymi?

KARTKA: Ciekawe pytania. Samotność, cierpienie, lęk – zarazem zaciemniają i rozjaśniają. Depresja ewidentnie fałszuje obraz świata. Ale organizm w trudzie, udręce wyzwala endorfiny – wtedy się znów więcej rozumie.
Prawda jest zawsze nasza. Nie ma znaczenia jaki odbieramy obraz, co rozumiemy. Zawsze chodzi o indywidualną, subiektywną prawdę. To są tylko nasze rozrachunki.

Pytasz co powoduje, że bohaterowie Coetzeego wybierają taką drogę. Moim zdaniem przypadki. A dalej już decyduje poczucie wewnętrznej wolności. Możesz się czuć wolny nawet w kryminale. Człowiek wybierając z grubsza wie co go czeka. W każdym razie to czuje. Jeśli myślisz by wyjść z domu i więcej nie wrócić – zostawić swoją pracę, kobietę, życie, majątek, to mniej więcej wiesz co Cię czeka. Gazeta, która może leży teraz na Twoim stoliku będzie Ci służyła do wypychania butów gdy zimno. Jeśli stanę przed bankiem z cegłą w dłoni i rzucę nią w szybę to wiem co mnie czeka. Jeśli będę tego chciał, a zarazem się tego bał, to będę niewolnikiem. Jeśli jednak wybiję tę szybę ze świadomością konsekwencji to będę człowiekiem wolnym.
Ale różnie z tym jest. Tak jak napisałeś – ” …nasza wolność jest złudzeniem. Dopiero zbliżając się do świata ludzkich proporcji owo złudzenie wydaje się nam zanikać, a jego miejsce wypełniamy czymś co nazywamy wolną wolą. Jednak tego poczucia wolności także nie możemy znieść, więc uciekamy ponownie – tym razem w świat naszych ludzkich samoograniczeń. Koło się zamyka i toczy dalej. Stąd wahania człowieka, który zrazu czuje się mocarzem, by za chwilę uznać się bezwolnym marnym pyłkiem.”
Pozdrawiam

*  *  *

Rozmowa pochodzi STĄD.

POD DŁONIĄ BOGA

palce Buddy (zdjęcie własne)

*

Skąd się bierze ludzka potrzeba modlitwy?
Z wdzięczności za cud stworzenia, czy też ze strachu przed siłami (od nas) wyższymi? Czy pragnienie zbliżenia się do bóstwa jest wyrazem pokory czy też pychy? Czy modląc się człowiek częściej prosi czy dziękuje?

* * *
Istota ludzka wtrącona w otchłanie Kosmosu poddana jest mocom, które ją przerastają. Nie dziwi więc, iż człowiek niekiedy ma wrażenie, że jest igraszką w rękach bogów – opleciony wątkami losu, poddany przeznaczeniu, które nie jest mu znane.
Modląc się znajduje ukojenie – ma poczucie, że jego serce nie bije w próżni, że nie jest Sierotą Wszechświata, że po drugiej stronie jest coś więcej, niźli tylko nicość… (a może tylko pragnienie i nadzieję tego, że po drugiej stronie nie ma już cierpienia?)

Klękając, kłaniając się, schylając głowę, wyciągając ręce do Stworzyciela i władcy…
Czy jednak potrzebne jest to pokajanie?
Czy owo poddanie może mieć jakąś wartość dla bóstwa? Czy też potrzebne jest jedynie człowiekowi, by poczuć się pod czyjąś opieką?

(Kiedy poddany korzy się przed królem-człowiekiem, to ów gest ma sens, bowiem także król nie jest pozbawiony słabości – jego moc jest jedynie umowna i nominalna, dlatego też domaga się nieustannej konfirmacji. Czy Wszechmocny Bóg potrzebuje tego samego?)

Poddańcza poza jest wyrazem uległości, często mając związek ze słabością.
Stając na nogi musimy szukać siły w sobie samych.

* * *
Przyklęknięcie, pochylenie się, skłonienie głowy… ten gest ma swoje źródło w zamierzchłych czasach, kiedy to oznaczał poddanie się, był manifestacją uległości wobec władcy. To było ukorzenie się przed kimś, kto przerastał nas swoją mocą, miał nad nami władzę – mógł nas czymś obdarować, ale też mógł nas skrzywdzić, a nawet zabić.  Miał on na celu zdobycie przychylności, zapewnienie sobie opieki; był prośbą o darownie kary, przebłaganiem za złe uczynki, przeproszeniem za złamanie prawa… Z czasem jednak coraz więcej było w nim zwykłej kurtuazji, także wyrazu szacunku dla drugiego człowieka, niekoniecznie wyższego rangą.

Ta poza ma w sobie także pewien element poniżenia samego siebie.
Nawet jeśli rzeczywiście jest formą podziękowania, respektu i wdzięczności.

Trzymajmy się jednak proporcji: w naszym kręgu kulturowym (w przeciwieństwie choćby do buddyzmu), wiara w Boga zdecydownie bardziej opiera się na lęku przed Nim (i przed śmiercią… te rodzaje lęku są zresztą najczęściej tożsame), niż na wdzięczności za stworzenie.

* * *

Modląca się (przed posągiem Buddy w jednej ze świątyń Sukhothai, Tajlandia)

*

Kiedy przed podróżą do Tajlandii przeglądałem albumy zawierające fotografie z tego kraju, uwagę moją przykuło zdjęcie buddyjskiego mnicha , który stoi z ręką opartą o dłoń Buddy… Dłoń była większa od mnicha.
Postanowiłem odnaleźć to miejsce.
Okazało się, że ów posąg Buddy znajduje się w jednej z licznych świątyń jednego z najważniejszych kompleksów religijnych Tajlandii, a mianowicie w Sukhothai.
Kiedy tam wreszcie dotarłem i z bijącym sercem wkraczałem do świątyni, przed oczami pojawiła mi się scena, jaką mogłem sobie tylko wymarzyć: wspierając się o gigantyczny posąg Buddy, tuż obok jego oklejonej złotem dwumetrowej dłoni, klęczała zatopiona w modlitwie dziewczyna.

Czyżby to był zwykły przypadek?
A może obraz ten po prostu tam na mnie czekał?

* * *

Modły w świątyni Doi Suthep w Chiang Mai (Tajlandia)

W załączeniu to, co o modlitwie napisała w jednym ze swoich kometarzy Jolanta:

Modlitwa. Jest modlitwa i jest modlitwa. Regułkowa, trochę na zasadzie warunkowania, hipnopedii, wyuczona, szablonowa, pusta tak naprawdę, chyba że ktoś stara się w niej zanurzyć całą swoją świadomością i potrafi wyprowadzić swoją duszę ponad ziemię, ponad ciało i ponad fizyczne ograniczenia, poza ramy szablonu. Ponoć w powtarzalności frazy modlitewnej, jeśli poddać się temu rytmowi, jest jakaś hipnotyczna siła, która wprawia nasz umysł w stan transu (modlitwy). Mantra. Różaniec. Litania. One mają wprowadzić w taki trans. Ale myślę, że do tego niezbędne jest zatracenie się w rytmie, ukołysanie się na jego fali. Jest też modlitwa, która z nazwy nie jest modlitwą. Wzruszenie, stan wyjścia duszy z ciała, którego doświadczyłam, czytając m.in. ostatnią powieść „Niech wieje dobry wiatr” Lindy Olsson. Moją modlitwą stała się także recenzja tej niezwykłej książki. Jej pisanie. W trakcie formułowania swoich refleksji byłam daleko, poza granicami świata materialnego. Moja dusza śpiewała pieśń. Moja wrażliwość tańczyła na fali metafizycznego uniesienia.

Modlitwa ma różne oblicza. Zaniemówienie w obliczu piękna natury. Łzy wzruszenia podczas koncertu wspaniałej muzyki – kiedy słucham na żywo koncertu filharmonicznego, doznaję takiego upojenia, że można je nazwać modlitwą. Gdy czytam poezję. Gdy idę w górach stromą ścieżką i widzę w oddali szczyt, który stopniowo się przybliża i za chwilę mogę osiągnąć to, co wydawało się nieosiągalne. I ten zachwyt na górze, gdy spoglądam na rozległą panoramę w dole. Modlitwa. Myślę, że modlitwa niekoniecznie potrzebuje utartych słów. Raczej emocji, wzruszenia, ekstazy. Łez, śmiechu. Poczucia jedności z  chwilą. Zatracenia się w niej. Mam wrażenie, że to stan naturalny, ta zdolność człowieka do doświadczania uczuć transcendentnych, której ktoś nadał definicję modlitwy.

( © ZDJĘCIA WŁASNE )
*

ZAPISKI PROWINCJUSZA (rzecz o „Młodości” J. M. Coetzeego)

Wymowny jest już sam podtytuł tej – mającej wyraźnie autobiograficzny charakter – powieści Coetzeego: „Sceny z prowincjonalnego życia”. Mimo, że autor opisuje swoje młode lata upływające mu w metropolitarnym Londynie, (który prowincją raczej nie jest, a wręcz przeciwnie – jest miastem kulturowej awangardy) to jednak jego życie w tym miejscu nadal nacechowane jest pewnym prowincjonalizmem, jaki przywlókł on ze sobą z peryferyjnej Republiki Południowej Afryki. Być może właśnie to stanowi główne wytłumaczenie jego alienacji. Ale chyba nie tylko: młody Coetzee zdaje się być wyobcowany ze świata z powodu pewnej psychicznej skazy wewnętrznej, a wyrażając się ściślej – wskutek swego rodzaju intelektualno-emocjonalnego autyzmu uniemożliwiającego mu wejście w pełniejsze i głębsze relacje z innymi ludźmi.

Na ile do owej alienacji przyczynił się południowo-afrykański zaścianek, a na ile charakter samego autora? – to pozostaje kwestią otwartą i niewymierną. Natomiast pewne jest to, że właśnie poczucie wyobcowania stanowi rdzeń „Młodości” Coetzeego, czy też raczej duchowe jądro, nie tyle puste, co zaciemnione – zanurzone w chłodnej i mglistej londyńskiej rzeczywistości, w atmosferze żegnania się z młodością.

Powieść Coetzeego nazwana została także „dziennikiem intymnym” i rzeczywiście „Młodość” takie wrażenie sprawia: szczerość autora tych zapisków wydaje się być daleko posunięta a ekshibicjonizm ów nie ogranicza się jedynie do obnażenia niezbyt porywającego (by nie napisać – żałosnego) życia erotycznego protagonisty, ale i bez ogródek ujawnia rozedrganą, niezdecydowaną i bezkształtną niedojrzałość wewnętrzną młodzieńca, który rości sobie pretensje do tego, by zostać artystą i poetą.

Coetzee (rys. J. Ciardiello)

Kiedy zakończyłem lekturę książki, zadałem sobie (być może zupełnie niepotrzebnie) pytanie: czy owa otwartość autora, który przedstawia siebie w tak niekorzystnym świetle, nie jest aby pewną kokieterią pisarza, za którym stoi już niebagatelny literacki sukces? Czyli pisanie o swojej „nieopierzoności” i artystycznym nieudacznictwie z pozycji twórcy usadowionego już mocno na twardym gruncie własnej dojrzałości i solidności.

Zresztą, osądźmy sami. Oto kilka fragmentów prozy Coetzeego.

O szczerości pisze on np. tak: „A swoją drogą szczerość do bólu to sztuczka, której nietrudno się nauczyć. Wręcz przeciwnie: to najłatwiejsza rzecz na świecie. Tak jak jadowitej ropusze nie szkodzi własny jad, tak i człowiek w wkrótce porasta grubą skórą, która broni go przed własną szczerością”.

O dylemacie, czy lepiej jest obrać słuszną drogę pozostając dobrym człowiekiem, czy też nie – i wtedy mieć szansę na zostanie dobrym poetą: „Kiedy próbuje wyobrazić sobie poezję inspirowaną niezłomnie słusznym postępowaniem, widzi jedynie bezbarwną pustkę. Słuszność jest nudna. Znalazł się więc w impasie: woli być złym człowiekiem, niż nudziarzem (…).”

O swoim udziale w nudzie: „Zabija czas, usiłuje zabić niedzielę, żeby szybciej nastał poniedziałek, bo wtedy będzie można znaleźć ulgę w pracy. Ale w ogólniejszym sensie praca także jest sposobem zabijania czasu. Odkąd zszedł na ląd w Southampton, nic nie robi tylko zabija czas, czekając aż nadejdzie jego przeznaczenie.”

O własnej niemocy twórczej: „Nienawidzi tych konfrontacji z pustą kartką, nienawidzi tak bardzo, że zaczyna ich unikać. Nie potrafi udźwignąć brzemienia rozpaczy, która przytłacza go pod koniec każdej z tych bezowocnych sesji, nie potrafi znieść świadomości, że znowu nie podołał.”

I wreszcie coś, co można potraktować jako swego rodzaju konkluzję: „Doskonale wie, że jego niepowodzenia w rolach pisarza i kochanka ściśle się ze sobą wiążą, właściwie można je sprowadzić do jednego (…). Jeśli samowolnie się nie zmobilizuje do działania, nic nie wydarzy się ani w miłości, ani w sztuce. Lecz on nie dowierza woli. Tak jak nie może samą jej siłą zmusić się do pisania, lecz musi czekać aż pomoże mu jakaś zewnętrzna moc, którą nazywano niegdyś muzą, tak też nie może po prostu siłą woli nakłonić się do tego, żeby zaczepić kobietę, nie otrzymawszy wcześniej znaku (…), że to właśnie ona jest mu przeznaczona (…). Można to też powiedzieć brutalnie, a prawdę rzekłszy, na setki rozmaitych sposobów: mógłby je wyliczać do końca życia. Ale najbrutalniejsza wersja stwierdza, że on się po prostu boi: pisania, kobiet.”

„Ale najbrutalniejsza wersja stwierdza, że on się po prostu boi: pisania, kobiet” (J. M. Coetzee przy pracy. Photo: M. Pelletier)

Czy to, że człowiek piszący te słowa jest już spełnionym pisarzem o światowej sławie i Noblistą, zdobywcą najcenniejszych literackich trofeów, nie rzuca na te jego wyznania innego, specyficznego światła? Czyż nie sugeruje, że mimo wszystko obawy tego artystowskiego aspiranta były płonne, bo w końcu stał się on par excellence artystą pióra, wybitnym pisarzem? A może to samo można odnieść do jego męskiej kariery w roli kochanka i zdobywcy kobiet?

Zdaję sobie sprawę, iż rozpatrując podobne dylematy wchodzi się zbyt głęboko w newralgicznie wewnętrzną sferę Coetzeego jako osoby prywatnej, niemniej jednak prowokuje do tego sam charakter owego – jak się rzekło – „dziennika intymnego”, którego konfesyjna otwartość jest przecież dość oczywista, by nie napisać – ostentacyjna.

Ale chyba właśnie na tym zasadza się jego największa wartość, dzięki czemu możemy mieć wgląd we wnętrze inteligentnego i wrażliwego młodego człowieka poszukującego swojej drogi i miejsca w świecie, który wydaje mu się obcy, zimny i obojętny, a jednak na tyle fascynujący i pojemny, by się w nim zagłębić z całym swym cierpieniem i nadzieją, z wszystkimi lękami i pragnieniami – znajdując tam wreszcie własne przeznaczenie, los i spełnienie.

*  *  *