TYBET – MIĘDZY WSPÓŁCZUCIEM A NICOŚCIĄ

Pielgrzym przy modlitewnych młynkach w klasztorze Samye

*

„Moi wrogowie będą niczym, moi przyjaciele będą niczym i ja będę niczym, tak jak wszystko stanie się niczym” – mówi duchowy przywódca Tybetańczyków w filmie Martina Scorsese Kundun, opartym na autobiografii Dalajlamy, zwanego Lamą Litościwym i Współczującym.

Czy jednak „nic” to to samo co „nicość”? A „nicość” to to samo co „pustka”?
I czy można to wszystko wiązać z nihilizmem?
Przypomnijmy sobie pojęcie horror vacui – „lęk” natury przed próżnią, która to „niekompatybilność” była dla człowieka Zachodu czymś tak oczywistym, że trudno mu było sobie wyobrazić coś takiego, jak istnienie próżni (z czym musiał się zmagać choćby jej „odkrywca” Pascal, sam przesiąknięty judeo-chrześcijaństwem, jak przystało na nieodrodne dziecko ówczesnej europejskiej umysłowości i jej ograniczeń).
Już same te kwestie mogą nam uświadomić sobie, jak trudno jest człowiekowi Zachodu zrozumieć istotę buddyzmu, a szerzej – psychikę, światopogląd i filozofię Dalekiego Wschodu. Bo nie jest to tylko kwestia słów i języka. Bardziej mentalności, z której te słowa i język wyrosły (choć słowa i język także mentalność kreują).

buddyjski mnich rozprasza mrok

Czesław Miłosz wyraził kiedyś opinię o buddyzmie, która i mnie jest bardzo bliska:  „Buddyzm jest dobroczynny, przynosząc sakralność wielu ludziom niezdolnym pogodzić się ze sprzecznościami religii biblijnych, czyli z Bogiem osobowym. Buddyzm, ani teistyczny, ani ateistyczny, po prostu nie wypowiada się o początku świata i pierwszej przyczynie, a tym samym nie musi zmagać się z pytaniem, w jaki sposób Stwórca może równocześnie być dobry i zły”.
Ale czy można przynieść jakąkolwiek sakralność do świata, skoro z drugiej strony głosi się, iż to co my nazywamy metafizyką, tak naprawdę jest (dla oświeconego buddysty) pustką?
I czy negując zdolność przeniknięcia istoty rzeczywistości przez ludzki umysł, nie pozbawiamy się jednocześnie możliwości poznania tego, co święte? I czy rzeczywiście to, co uznamy za święte staje się naprawdę święte?

Nie tylko Nietzsche, ale i wielu innych myślących ludzi Zachodu uznało, że buddyzm jest o wiele bardziej uczciwszy w swoim umiejscowieniu człowieka w świecie, niż chrześcijaństwo, nie mamiąc go np. żadną metafizyczną Opatrznością.
Ale zarówno buddyzm jak i chrześcijaństwo z emfazą podkreślają wszechobecność cierpienia w świecie. Zarówno buddyzm, jak i chrześcijaństwo starają się wskazać człowiekowi drogę zbawienia (czy też wyzwolenia). To świadczy o tym, że w zasadzie wszystkie religie wyrastają z poczucia jakiegoś niedopasowania człowieka do świata, w którym on żyje, w którym on cierpi i lęka się – drżąc z bojaźni przed siłami, które go przerastają, i na których pastwę (łaskę lub niełaskę) jest on wydany.
A także i o tym, że wszystkie wielkie religie muszą się oprzeć na ludzkiej instytucji, co wynika choćby tylko z tego, że człowiek jest istotą społeczną.

Pod Świątynią Jokhang w Lhasie

*  *  *
Wybierając się na tak krótki czas do Tybetu nie mogłem się łudzić, że oto nagle będę mógł tam przeniknąć jakieś Wielkie Tajemnice duchowe żyjącego tam ludu, że uda mi się zdecydowanie zbliżyć do lepszego poznania i zrozumienia tybetańskiego buddyzmu, że zdołam do głębi przejrzeć i ogarnąć to, co tak naprawdę się teraz w tym kraju dzieje… Nie. Miałem pragnienia dużo skromniejsze: dotknąć własną ręką żyjących tam ludzi, spojrzeć im z bliska w oczy, poczuć zapach i smak krainy, w której od tysiącleci żyją. I jeszcze zobaczyć na własne oczy okupujących ich sąsiadów, którzy 60 lat temu wtargnęli tu niczym do swojego własnego folwarku, „pokojowo” „wyzwalając” Tybet i włączając go ponownie do „Macierzy”.

Cieszę się, że tego wszystkiego udało mi się dokonać. Co nie oznacza, że nie opuszczałem Lhasę z uczuciem wielkiego niedosytu.

Co we mnie zostało? Wystarczy, by uznać Tybet i spotkanych tam ludzi częścią mojego życiowego doświadczenia, dopełnienia wiedzy i wyobrażenia o człowieku jako istocie nie ustającej w wysiłkach zadomowienia się – duchowego i cielesnego – w świecie i w Naturze, która może być mu zarówno sojusznikiem, jak i wrogiem.

*  *  *

Patrząc na pustynny tybetański krajobraz, na te nagie, niekończące się hałdy piachu, żwiru, pokruszonych i zwietrzałych skał; na smagane wiatrem i palone słońcem rośliny i zwierzęta, na wyschnięte skalne żleby, na majaczące w oddali ośnieżone szczyty niebotycznych gór… nie wydaje się dziwne, że buddyjskie przeświadczenie o wszechobecności cierpienia wśród wszystkich żyjących istot, właśnie tu – w tej najbardziej odizolowanej od reszty świata krainie – przyjęło się w ludzkich duszach, niektóre z nich przenikając do głębi. I tęsknota za tym, aby wyrwać się z błędnego koła powtórnych narodzin – by nie żyć już więcej, by rozpłynąć się w nirwanie, w tej kosmicznej pustocie, która dla wyznawców Buddy jest najwyższym stanem świadomości, spełnieniem się absolutu, (a którą  „profani” kojarzą z pragnieniem czegoś w rodzaju nihilistycznego orgazmu).
Tak więc życie jako przekleństwo? Życie jako kara za złe postępki? Życie jako coś, z czego należy się wyzwolić, bo jest ono tożsame z cierpieniem?

Rozmodlona Tybetanka

Jak w takim razie pogodzić to wszystko z dość powszechnym na Zachodzie wyobrażeniem Tybetu jako duchowego raju na świecie, gdzie wszyscy żyją szczęśliwie i w niczym niezmąconej harmonii z Naturą? Gdzie każdy każdemu jest bratem, siostrą i przyjacielem? Gdzie wreszcie szanuje się każdą żyjącą istotę i odrzuca przemoc, bo prowadzi ona donikąd, potęgując przy tym ból i cierpienie?
Otóż można to pogodzić tylko w jednym przypadku: kiedy na Tybet spojrzy się jak na krainę istniejącą tylko w sferze mitycznej. Także w naszych wyobrażeniach, które przecież nie muszą już mieć wiele wspólnego z tzw. realnością…

*  *  *
Kiedy tak patrzyłem na rozmodlonych Tybetańczyków, zastanawiałem się w jakim są oni teraz świecie. Czy kręcąc modlitewnym młynkiem rzeczywiście rozumieją słowa modlitwy, które ponoć uwalniają się wtedy i biegną w świat, by uczynić go lepszym? A może myślą o czymś zupełnie innym? Albo po prostu nie myślą o niczym i wprawiają kołowrotek w ruch bezmyślnie? A nam się wydaje, że oto właśnie zgłębiają jakąś Wielką Tajemnicę Wszechświata i Egzystencji?
Te tłumy obchodzące dookoła świątynię Jokhang. Przeważnie starzy ludzie, okutani w zgrzebne koce, pledy i płaszcze, z ogorzałymi od słońca, porytymi zmarszczkami twarzami, z wbitym przed siebie, nic nie widzącym wzrokiem… Albo inaczej – rozglądający się z ciekawością wokół siebie, rzucający okiem na stosy bardziej lub mniej tandetnych pamiątek piętrzących się na ciasno upakowanych wzdłuż drogi straganach; tudzież uciekający przed wzrokiem białego turysty, który chce przeniknąć do wnętrza ich duszy.
A wszystko to przy monotonnym skrzypieniu obracających się młynków i bazarowym gwarze

Pielgrzymi zdążający ku Lhasie

*

Na nowoczesnej, asfaltowej, doskonale utrzymanej, chińskiej drodze do Lhasy, także spotykamy grupki pielgrzymów. Najczęściej idą parami, choć nie brakuje również tych samotnych. Do Potali, byłej siedziby Dalajlamy, pozostało im już zaledwie kilka godzin drogi. A za sobą mają  kilka… dni, tygodni lub miesięcy takiej wędrówki. Niektórzy – ci z najdalszych zakątków Tybetu – są już w tej podróży od dwóch lat. Co kilka kroków klękają, kładą się na ziemi, odmierzając przebytą drogę długością własnego ciała.
Ich życie jest teraz drogą dosłownie. Mają przed sobą cel, który jest dla nich tymczasowym sensem. Idą z nadzieją, że u kresu czeka na nich coś, co jest święte, jak również coś, co może im potwierdzić obietnicę wyzwolenia.
Wyzwolenia… także od jakiegokolwiek celu i sensu.

*  *  *

Tony złota w Pałacu Potala.
Potala to byłe centrum religijne i państwowe Tybetu – miejsce skąd rządzili krajem dalajlamowie uznani za kolejne wcielenia samego Buddy i gdzie znajdują się ich groby. Przez setki lat władze religijne i świeckie były tu jednym – rozdział kościoła i państwa dokonywał się w odległych a egzotycznych krainach.

Jeden z wielkich nauczycieli-mnichów na złotym tronie – buddyjskie ołtarze lśnią od drogocennych kruszców i klejnotów

Tak więc władca, który dysponował państwowym aparatem przemocy i represji (a każdy ustrój państwowy posiadać takowy musi), jest jednocześnie duchowym przywódcą odrzucającym wojnę, gwałt i przemoc? Wyczuwamy pewną ironię, fałsz, może nawet absurd? Słyszymy jakiś zgrzyt w bajecznej krainie Shangri-La?
Uświadamiamy sobie sprzeczność, może nawet coś w rodzaju społeczno – kulturowej schizofrenii?

Prawdą jest, że przed „pokojowym wyzwoleniem Tybetu” przez Chiny, w kraju tym panował ustrój feudalny, ze ścisłym podziałem na kasty, gdzie istniało niewolnictwo, a każdy zwykły obywatel był sługą możnowładców. Tych ostatnich była garstka, ale posiadali wszystko, co w Tybecie można było posiadać. (Lecz zostawmy ten temat na później.)

Złoto! W Potali, w stolicy jednego z najbardziej ubogich krajów świata, znajdują się równocześnie największe na świecie grobowce ze złota. Najcięższy z nich jest grobem największego dalajlamy, którym uznaje się Dalajlamę Piątego (ale pierwszego, nazwanego przez wnuków Dżingis Khana „Dalai Lamą”, czyli „Oceanem Mądrości”). Złoto, które użyto do jego budowy dekoracji, waży prawie cztery tony. Myślę, że podobnie jak ubogi Jezus nie mógłby sobie znaleźć miejsca w kapiącym od złota Watykanie, tak i sam Budda Siakjamuni, czyli książę Siddhartha, który odrzucił precz całe swoje materialne bogactwo stając się ascetą, czułby się na tych wszystkich złotych tronach i obłożonych setkami tysięcy drogocennych klejnotów stupach, jak na jakiejś obcej planecie.

Jeszcze jedna analogia: pyszny, otaczający się bogactwem Kościół, którego słudzy głoszą, że „prochem jesteś i w proch się obrócisz” oraz kolejne wcielenia Buddy Litościwego spoczywające na górach ze złota, wśród mnichów głoszących ideał ubóstwa i konieczność nieprzywiązywania się do tego (doczesnego a przemijającego) świata bogactwa i glorii. Ludzka przewrotność, czy tylko niekonsekwencja?
Czyżbyśmy więc aż tak bardzo różnili się od naszych azjatyckich braci, umiejscawiając religię w społeczno-politycznym systemie,  tworząc instytucję o charakterze sakralnym, ale w praktyce i działaniu świecką?

*  *  *
Z pałacu pełnego złota nad wodę pełną głodnych ryb.
Z Pemą, który urodził się wśród jednego z nomadzkich plemion na północy Tybetu, jedziemy doliną rzeki Yargun (zwaną z hinduska Brahmaputrą). Pema chce nam pokazać miejsce, gdzie „chowa” się zmarłych. Po drodze opowiada nam o 5 sposobach radzenia sobie Tybetańczyków ze zmarłymi, a konkretnie – z ciałami zmarłych, których już nie łączy się z człowiekiem, jaki okupował ciało przed śmiercią. To rozróżnienie jest tu jednak istotne, bo zwykle łagodzi szok, jakiego może doznać ktoś, kto pochodzi z kręgu kultury, w której obowiązuje rewerencja dla zmarłych, w tym także dla ludzkich zwłok. Dla takiego człowieka funeralne praktyki tybetańskie mogą sprawiać wrażenie barbarzyńskiego bezczeszczenia zwłok.

Miejsce pochówku wodnego nad Brahmaputrą

Jednak Tybetańczyk widzi to inaczej: dla niego martwe ciało to tylko materia, którą należy zwrócić ziemi. Nie ma już w niej duszy – ta bowiem jest już w czymś co nazywa on „Między”, wędrując tam w poszukiwaniu kolejnego wcielenia. Wprawdzie dla nas zwłoki także są już martwą materią, jednak podchodzimy do nich zupełnie inaczej, nadal wiążąc je (symbolicznie) ze zmarłym człowiekiem.

Najpowszechniejszy w Tybecie jest pochówek „niebiański”, zwany także przez niektórych „powietrznym” lub „podniebnym” (w j. ang. – „sky burial„). Polega on na oddzieleniu od kości ludzkiego mięsa, pocięciu go na drobne kawałki, połamaniu i skruszeniu na miał wszystkich kości, dodaniu mąki z jęczmienia i rzuceniu tego wszystkiego na pożarcie sępom.
W pochówku „wodnym” dzieje się mniej więcej to samo, tyle że zamiast sępów żer mają ryby.
Pochówek „ziemny” podobny jest do naszego, tyle że sposób ten uważany jest przez Tybetańczyków za najmniej godny.
Na kremację mogą sobie pozwolić nieliczni (w Tybecie brakuje drewna, więc opał – wraz z obsługą krematoryjnego pieca – jest bardzo drogi); natomiast zaszczytu mumifikacji i balsamowania zwłok doznają jedynie lamowie i najbardziej znaczący mnisi.

Pema mówi, że niestety pochówku „podniebnego” nie możemy zobaczyć (chociaż zdradził nam przy okazji, że zabrał kiedyś ze sobą grupę polskich buddystów, z którymi po kilku dniach wędrówki po górach dotarł na miejsce, gdzie odbywał się „sky burial” – co było dla Polaków totalnym szokiem). Widok ten chroni się przed wzrokiem postronnych, ale Pema obiecuje, że pokaże nam miejsce, gdzie odprawiane są pochówki „wodne” i – jeśli  będziemy mieć trochę szczęścia – to możemy tam znaleźć nóż, którym kroi się zwłoki na nadrzecznych kamieniach, albo przynajmniej ślady krwi.
Lecz niestety, czy też raczej na szczęście, kiedy dotarliśmy już nad brzeg Brahmaputry, żadnych noży, ani nawet ciemnych plam po krwi na kamieniach nie było, a tylko na wietrze powiewały różnokolorowe chorągiewki, trzepocząc i szepcząc modlitwę, która przecież nie mogła być czymś barbarzyńskim. Ta modlitwa zdawała się też być skierowana ku niebu. Ku niebu, które w Tybecie wydaje się jednak zionąć wielką pustką.

*  *  *

Znicze w Tybecie palą się wiecznie – podsycane stopionym masłem z jaka

*

Zdjęcia z mojej ostatniej podróży do Tybetu obejrzeć można TUTAJ – na stronie brulionu podróżnego (ilustrowanego). Na początek pozwalam sobie zaprezentować tam panoramy.

*

Misterium światła i cienia w świątyni Jokhang (Lhasa)

*

Podsycanie ognia

( © ZDJĘCIA WŁASNE )

POECI PRZEKLĘCI

I.

 

Poètes maudits (Od góry: Arthur Rimbaud, Paul Verlaine, Charles Baudelaire, Paul Gauguin)

Kim jest poeta przeklęty?

Poète maudit – l’homme sensible, l’homme incompris…
„Człowiek wrażliwy”, „niezrozumiany” – tak nazwie go romantyzm; „dziwak”, „oryginał” – a tak burżuazja; „nieszczęśnik” – powie o nim człowiek miłosierny; „wariat” – określi go tzw. trzeźwy realista.
Wszyscy zaś wyznawcy kultów literackich wiedzą, że poeta przeklęty tworzy w bólu i ekstazie, przekracza bariery praw ludzkich i boskich; będąc radykalnym non-konformistą kwestionuje wszelkie autorytety, rzuca wyzwanie światu, chce się przedostać na druga stronę, eksperymentuje na sobie, doświadcza ekstremów…
Wreszcie: jest zarażony śmiercią – wie o każdej godzinie i o każdej dobie, że na ziemi nie ma prawa stałego pobytu.

Opętany miłością i erotyzmem – często (zazwyczaj) nie znajduje spełnienia. A jeśli spełniony – to nienasycony. Stąd skłonności do perwersji, czasem wręcz erotomania i panseksualizm. („Widzę całą Naturę jako apokaliptyczną apoteozę wiecznie drgającego phallusa” – pisał Przybyszewski.)
Nihilista, ateista i obrazoburca. Jednak jeśli bluźni, to nie zauważa swojej niekonsekwencji (jak bowiem można występować przeciw komuś, w kogo istnienie się nie wierzy? Czy bluźnierstwo, będąc poniekąd negatywem modlitwy, nie przypomina czasami histerycznej manifestacji tęsknoty za znakiem Boga?)

Poeta przeklęty zrywa więzi z otoczeniem: rodzinne, społeczne, cywilizacyjne; kwestionuje zasady i normy jakimi ludzie regulują własne współżycie. Bliski jest mu natomiast etos artystowski, utracjuszowy – lump, kloszard, cygan, tramp i włóczęga.
Swoje życie utożsamia ze sztuką , własną wyobraźnię bierze za rzeczywistość, kreując się przy tym na bohatera podsycanych przez siebie mitów… Dlatego efektem jest niekiedy „fałszywa literatura i prawdziwe trupy” – jak określił casus Przybyszewskiego Boy-Żeleński; albo, w wersji bardziej pozytywnej, osiągnięcie poziomu porażającej otoczenie wiwisekcji, szczerości graniczącej z obłędem. Przypominać to może pozbawiony hamulców ekshibicjonizm, zatracenie się… penetrację obszarów ziemi niczyjej, na które nikt o tzw. „zdrowych zmysłach” nie śmie się zapuszczać.
Często kończy jako szaleniec lub samobójca, co tylko wzmaga jego atrakcyjność w oczach fanów podążających śladem mitu zapewniającego mu nieśmiertelną sławę.

* * *
Pozwolę tu sobie teraz na pewien eksperyment. Otóż przed laty popełniłem tekst o poetach przeklętych, a konkretnie recenzję o filmie Agnieszki Holland „Całkowite zaćmienie” zajmującym się burzliwym związkiem dwóch francuskich poètes maudits, a mianowicie Arthura Rimbauda i Paula Verlaine’a Starałem się w niej dociec tego, kim naprawdę byli ludzie, których legenda przetrwała do naszych czasów. Przytoczę ją tutaj niemal in extenso, co stanowić ma niejako oś tego wpisu – rozprawy o fenomenie mitu poety przeklętego i jego konfrontacji z prawdziwym życiem.


II.

GENIUSZ CZY ŻAŁOSNY BŁAZEN?
Rzecz o „Całkowitym zaćmieniu” Agnieszki Holland

Baudelaire, Verlain, Rimbaud… najsłynniejsi poeci przeklęci. Uważa się, że zmienili po wsze czasy wyraz nie tylko poezji, ale i literatury światowej, wpływając na mentalność epoki. Jacy to byli ludzie? Jaki to był wpływ? Czy najnowszy film Agnieszki Holland zajmujący się bynajmniej nie platonicznym związkiem Paula Verlaine’a i Arthura Rimbauda może nam odpowiedzieć na te pytania?

Ekscytujące orgiastycznym seksem, roztapiające się w alkoholu i pląsające w delirycznym transie… Krótkie acz frenetyczne były stosunki Rimbauda z Verlainem

Dlaczego Agnieszka Holland zdecydowała się nakręcić film o poetach przeklętych?
Nie można zaprzeczyć, że tekst Christophera Hamptona, który parę lat temu otrzymał Oscara za naprawdę rewelacyjny scenariusz napisany do „Niebezpiecznych związków” Laclosa, większość filmowców uznałoby za niezwykle atrakcyjny. Dramatyzm, legenda nazwisk, wyraziste sylwetki, barwna epoka – to stwarza dla reżysera, aktorów, operatora niebywałe pole do popisu. I trzeba przyznać, że wszyscy wywiązali się z tej realizacji bez zarzutu: pod względem warsztatu filmowego „Całkowite zaćmienie” jest obrazem nieskazitelnym.
Dzieje krótkiego acz niezwykle burzliwego i skandalizującego związku między 17-letnim Rimbaudem a starszym o kilkadziesiąt lat Verlainem, czyli historia frenetycznej i „zakazanej” miłości pomiędzy dwoma wzorcowymi poetami przeklętymi, którym w literaturze światowej od dawna ustępuje się miejsca przed innymi – to gratka raczej niebywała. (…)

Weźmy na pierwszy ogień Verlaine’a. Uznaje się go za jednego z najwybitniejszych poetów francuskich. A jak jawił się on swojemu najbliższemu otoczeniu? Otóż napiszmy bez ogródek, że jako moczygęba i pijak, awanturnik katujący swoją żonę i grożący zabójstwem jej matce, opętany manią samobójczą melancholik, miotający się między euforią a depresją psychopata. Ponadto osobnik o aparycji mocno odpychającej (być może dlatego seks i nagość kobieca stała się jego obsesją?- co jednak nie przeszkadzało mu „konsumować” chłopięce ciało Rimbauda). Jako sodomita wtrącony zostaje do więzienia, „skąd wyszedł pojednany z złoczyńcą i z Bogiem” (Staff).

* * *
Wydaje się, że dość łatwo można by zdyskredytować bohaterów „Całkowitego zaćmienia” opisując tylko parę ich zachowań. Głupich, absurdalnych, impertynenckich, grubiańskich, obrzydliwych, wreszcie okrutnych… Można się wzdrygnąć z odrazą świadcząc niektórym scenom: bicie ciężarnej żony, pijackie orgie, chuligańskie ekscesy, zwykłe chamstwo…
Ale czy ktoś, kto poszedł obejrzeć film Agnieszki Holland – czyli człowiek tolerancyjny, o szerokich horyzontach myślowych, obeznany ze sztuką, wyrozumiały dla „genialnych artystów” – może się przyznać otwarcie do tego, że poczuł się tymi obrazkami po prostu zdegustowany, albo i zażenowany? No bo przecież można wyjść na kogoś z kruchty i Ciemnogrodu, na mieszczucha i zaściankowca… czyli jednym słowem – na filistra.

Agnieszka Holland po projekcji „Całkowitego zaćmienia” usprawiedliwiała swoich bohaterów. Odebrałem to jako pośredni sposób usprawiedliwiania samego filmu. Jest to bowiem logiczne, by tłumaczyć racje powstania czegoś, co kosztowało całą masę wysiłku, kupę pieniędzy – i czemu poświęciło się kilka miesięcy swojego życia. A jako kobieta o wybitnej inteligencji, może ona czynić to nie tylko interesująco, ale i błyskotliwie. Jednakże, moim zdaniem, film powinien się usprawiedliwiać sam. Hm… no właśnie: czy „Całkowite zaćmienie” zdolne jest obronić się samo?

* * *

Co nas pociąga w poetach przeklętych? Na czym polegała ich genialność? Co jest za drzwiami, które  chcieli przed nami  otworzyć?

Co pociąga ludzi w poetach przeklętych?
Jakie są przesłanki kultu „poète maudit” ?
Nie jest przecież tajemnicą, że nagła śmierć artysty gwałtownie może zwiększyć zainteresowanie jego życiem, a nawet… twórczością. W tym kontekście, nie opierając się wszakże złośliwości, moglibyśmy wręcz stwierdzić, że „dobry twórca to martwy twórca”.
Jednakże sprawy wyglądają bardziej skomplikowanie i znacznie poważniej.
Tadeusz Różewicz, poeta bynajmniej nie ugrzeczniony, napisał kiedyś coś rozsądnego: „Być może pamiętniki tchórza i dezertera są ciekawsze od pamiętników ‚kawalera orderów’ i rycerza bez skazy? Kamikadze fascynuje mocniej niż agronom czy ogrodnik, pani Walewska mocniej niż sto wiernych żon, i choć wiemy, że to niemoralne, a nawet głupie zjawisko… nie ma rady”.
I konkludował: „Tragiczna śmierć poety lub artysty nie może być przedmiotem handlu, nie wolno uprawiać kultu samobójców (…) Przecież wszystkie nasze siły musimy kierować przeciw pociągowi do samobójstwa, jaki od jakiegoś czasu objawia biedny, oszalały homo sapiens. Samobójstwa indywidualnego i zbiorowego”.

* * *
Po co i dlaczego tworzą poeci przeklęci?
Otóż wydaje się, że twórczość pełni dla nich m.in. rolę kompensacyjną: nie mogą spełnić swoich oczekiwań i pragnień w rzeczywistości, spełniają je (zastępczo) w sferze imaginacji, marzenia, fantazji (mechanizm nieobcy zresztą każdemu człowiekowi). Porażeni często atrofią woli, szukają ujścia dla swojej energii (Boy: „Kiedy życie realne jest wątłe, wytwarza się przerost życia imaginacyjnego”).
Poeci przeklęci własne życie widzą najczęściej jako egzystencjalny „byt ku śmierci”, podlegając drzemiącemu (ponoć) w każdym z nas instynktowi śmierci. Stąd tendencje autodestrukcyjne. Nadwrażliwcy, podobnie jak Stachura, żyją „z nożem na gardle”. Twórczość bywa więc dla nich albo oswajaniem śmierci, albo też od tej śmierci ucieczką.

* * *

Rimbaud i Verlaine na obrazie Fantain-Latoura, fragm. (Muzeum d’Orsay, Paryż, zdjęcie własne)

Poeci przeklęci odczuwają własną słabość i żeby to poczucie zagłuszyć, wmawiają sobie wszechmoc demiurgów, rzucając wyzwanie choćby i całemu światu, bardzo często „cierpiąc (przy tym) za miliony”. Kompensacja doskonale znana w psychologii (i psychiatrii): kompleks niższości często zamieniający się w manię wielkości.
Poetów przeklętych stać niekiedy na samokrytycyzm. Kiedy posłuchamy uważniej Rimbauda i Verlaine’a w „Całkowitym zaćmieniu”, dojdzie do naszych uszów ich spowiedź, pokajanie i uderzenie się w piersi. Verlaine, po szaleństwach z Rimbaudem, skazany za sodomię, pojedna się w więzieniu z Bogiem. Rimbaud w wieku 19 lat zaprzestanie na zawsze pisania poezji, uznając to zajęcie za bezcelowe. Stwierdzi, że „świat jest za stary by go zmienić” i wyjedzie handlować do Abisynii, co można potraktować jako rodzaj (przynajmniej artystycznej) samobójczej kapitulacji (umrze w wieku zaledwie 37 lat).
Skądinąd wiemy, co napisał o sobie autor „Kwiatów zła” Baudelaire, targając się na swoje życie: „Zabijam się, bo jestem niepotrzebny innym – a niebezpieczny dla samego siebie (…) Rozwichrzenie umysłu i życia prowadzi do mroków rozpaczy albo zupełnej zagłady”.
Inny z kolei poeta przeklęty, Georg Trakl, stawiany obok Hofmannsthala i Rilkego w rzędzie najwybitniejszych poetów austriackich, tak oceniał swoje, znaczone kazirodztwem i pełne pijackich orgii życie: „marny owoc brudu i zgnilizny, który jest aż nadto wiernym odbiciem pozbawionego Boga, przeklętego stulecia”.

Jak można potraktować te zwierzenia?
Jako płaczliwą niekonsekwencję? Jako przebłysk rozsądku, zmysłu moralnego i chęć pokuty? A może to skomlenie kundla, który dostał od życia kijem po zadzie i przykucnął z podwiniętym ogonem?

* * *
Agnieszka Holland powiedziała po projekcji: „Trzeba przyjąć, że (Rimbaud) był geniuszem. A jeżeli nawet nie, to popatrzeć na niego, jak na człowieka, który próbuje dotknąć innych ludzkich doświadczeń, otworzyć drzwi, które dotychczas były zamknięte (nota bene, jakbym słyszał Huxley’a i Morrisona – przyp. LA). Tacy ludzie są w każdym pokoleniu, jedni są genialni, inni nie są, ale dzięki nim czegoś więcej się dowiadujemy o sobie samych. (…) Otwierają drzwi do ciemnego pokoju, żeby go oświetlić”.

A ja chciałbym się zapytać: Na czym właściwie polegał ten geniusz? Czego się dowiadujemy o sobie samych? Czym (i co) oświetlić?
To są proste pytania, które – jako widz – mam prawo stawiać i oczekiwać konkretnych odpowiedzi. Jeśli Agnieszka Holland nie daje mi ich wprost (rzeczywiście, jako reżyserka i twórca filmu, nie musi tego robić), to nie pozostaje mi nic innego, jak szukanie ich w jej filmie.
I co znajduję?
Otóż dwóch niezrównoważonych psychicznie osobników, nieszczęśników schwytanych w kleszcze własnego przeklętego losu, bez celu i kierunku w życiu, porażonych niemocą, wypalających się na własne życzenie, omamiających się w strumieniach absyntu, rozhisteryzowanych pożądaniem, którego nigdy nie można – z przyczyn naturalnych – spełnić, raniących wszystkich naokoło, a zwłaszcza najbliższych im ludzi…
Gdzie ten geniusz? – można ponowić pytanie. Gdzie te strofy genialne? Otóż próżno nam szukać tego na ekranie.

Bardzo cenię sobie szczerość. Dlatego też podziwiam Agnieszkę Holland za odwagę przyznania się explicite do tego, że podziela ona wraz z poetami przeklętymi jedną perspektywę: nihilizm. Bowiem czyż nie tak właśnie potraktować można jej własne wyznanie?: „Nasze życie jest okrutne i absurdalne, a losy ludzkie są anonimowe i właściwie bezsensowne. Ktoś żyje, cierpi, kocha, robi głupstwa, rodzi dzieci, umiera i… co?”
I co !?
A czyż właśnie to nie jest sensem naszego życia: żyjemy, cierpimy, kochamy, robimy głupstwa, rodzimy dzieci, umieramy…?

(stb, 1995)

Opętani miłością i erotyzmem, zwykle nie znajdujący spełnienia… Leonardo DiCaprio (Rimbaud) i David Thewlis (Verlaine) w „Całkowitym zaćmieniu” Agnieszki Holland

*

III.

Czytanie tego, co się napisało 15 lat temu, bywa ciekawym (a niekiedy i pouczającym) doświadczeniem. Można bowiem odnieść wtedy wrażenie, że czyta się obcego człowieka; czasem dochodzi do naszej świadomości to, jak bardzo było się wtedy naiwnym i niemądrym; albo też dziwimy się temu, że już wtedy takie myśli chodziły nam po głowie i że jednak teraz lepiej nie moglibyśmy czegoś podobnego wyrazić… Koniec końców, zapisane przez nas kiedyś słowa są bez wątpienia śladem naszej ówczesnej świadomości, utrwaleniem pewnego momentu życia, pamiątką po tym, co już odeszło, przebrzmiało, zgasło, minęło…

Trzymajmy się jednak tematu.
Jak odbieram obecnie ten tekst, w którym – pod pretekstem krytyki filmu Agnieszki Holland – sam rozprawiam się z mitem poety przeklętego?
Jedno jest pewne: w chwili obecnej czegoś takiego bym nie napisał, co jednak nie oznacza, że już nie zgadzam się z tezami, które wówczas w tym artykule wysunąłem. Tyle że teraz napisałbym to w inny sposób. Inaczej rozłożyłbym akcenty, nie byłbym już chyba tak dosłowny i jednoznacznie krytyczny, tudzież mniej patetycznie potraktowałbym wypowiedzi Agnieszki Holland…

To był dla mnie bardzo ważny temat. Z rodzaju tych, które wyciskamy z naszych trzewi, bo dotyczący jakiegoś najistotniejszego rdzenia naszej egzystencjalnej świadomości.

Poeci przeklęci: Stanisław Przybyszewski (na obrazie Muncha), Charles Bukowski, Jim Morrison, Rafał Wojaczek, Marek Hłasko

Ale żeby o tym napisać, muszę się cofnąć do wczesnej młodości, w której mój bunt przeciw wszystkim i wszystkiemu podobny był w swoich zarysach do postawy poetów przeklętych, wszystkich tych „rebeliantów, obrazoburców i prowokatorów”, którzy jedynie potwierdzali moje ówczesne przekonanie o bezsensowności istnienia, zakłamaniu i hipokryzji tzw. „świata dorosłych”, złudzie i iluzji kultury, kłamliwości mamiącej nas religii, złym do szpiku kości rdzeniu ludzkiej natury… itp. Owe perspektywy utrwalane były w alkoholu, spowijane gęstymi kłębami papierosowego dymu, pogłębiane w (…). Wszystko to, (jak również inne elementy mojej ówczesnej sytuacji życiowej) spowodowało, że znalazłem się na równi pochyłej, a w końcu – nad samą przepaścią, gdzie (…). Brzmi to może cokolwiek patetycznie ale niestety było jak najbardziej prawdziwe i wiązało się z cierpieniem nie do zniesienia, które miało dla mnie wymiar prawie że kosmiczny. W tej sytuacji – aby trwać na tym świecie dalej – jedynym wyjściem była ucieczka w obłęd lub… zrewidowanie i wyczyszczenie swego wnętrza, przewrócenie z dołu do góry własnych wyobrażeń o rzeczywistości, „przewartościowanie wszystkich wartości” czy też raczej: ponowne nadanie wartości i sensu temu wszystkiemu, co mogło mieć jakąś wartość i sens.
Wybrałem to drugie.
W ten oto sposób znalazłem się niejako w drugim stadium mojego stosunku do poetów przeklętych – właśnie w fazie krytyki i rozprawy z ich mitem. Zacząłem patrzeć na ich życie z zupełnie innej perspektywy, dostrzegać to, czego wcześniej nie widziałem, przyjmować do wiadomości to, o czym poprzednio nie chciałem słyszeć, zdawać sobie sprawę z tego, co do tej pory odrzucałem…

Bardzo żałuję, że gdzieś po drodze przepadły dwa moje artykuły o Jimie Morrisonie, z których pierwszy był niczym innym jak hołdem składanym idolowi niepokornej buntowniczości, bogowi rocka i hedonizmu, bezkompromisowemu artyście; drugi zaś – dość bezpardonową rozprawą z kultem kogoś, kto w rzeczywistości zachowywał się jak megaloman, bufon i pozer, kto zmarnował swoje życie w pijackich, seksualnych i narkotycznych orgiach, wydzielając przy tym z siebie jakąś bełkotliwą pseudo-poezję. (A jednak pierwszy się odnalazł i przeczytać go można teraz TUTAJ. Przyp. LA)
Artykuł o „Całkowitym zaćmieniu” pisany był właśnie gdzieś u schyłku tej drugiej fazy, po niej powoli dojrzewała faza trzecia, którą pokrótce nazwać mogę fazą akceptacji, zrozumienia, może nawet… przebaczenia; albo też porą względnego spokoju po burzy, kiedy można sobie już pozwolić na pewien dystans, akceptację, dojrzałość – na pełniejsze ogarnięcie życiowego spectrum. Towarzyszy temu poczucie opanowania pewnych żywiołów, uzyskanie kontroli nad własnym życiem, satysfakcja nie tylko z przetrwania, ale i spełnienia, możliwości kosztowania tego, co jest dobre w życiu i na świecie. (Wspomnę tylko, że do tej ostatniej fazy zaliczyć np. można np. mój poprzedni tekst pt. „Błazny i demony”.)

* * *
Być może powinienem się powstrzymać od tak osobistego tonu i podobnych wynurzeń, które w jakiś sposób mogą zostawić swego rodzaju piętno na ich autorze, ale jednak zdecydowałem się to opublikować, bo właściwie… czegóż się mogę obawiać? Tych, którzy to przeczytają? Tego, że zepsuję swój własny image? Bez przesady. (…) Niektórzy z Was odbiorą to wszystko bardziej przychylnie, inni zaś nieco mniej, albo zgoła obojętnie. I w zasadzie w każdym przypadku będzie to OK.
Niemniej jednak, wydaje mi się że dzięki temu ekshibicjonistycznemu odruchowi, to, co napisałem o poetach przeklętych nabiera (pod pewnym względem) większej wagi i wiarygodności.

Miałem to szczęście, że mimo tych personalnych ewolucji, nie poddałem się zbyt gwałtownej konwersji z grzesznika w świętego, co przecież się zdarza (toutes proportions gardées: Św. Augustyn był za młodu kobieciarzem, Św. Franciszek nie unikającym zmysłowych uciech dandysem…etc.), bo mogłoby się to skończyć jakąś formą fanatycznej ucieczki w religię (lub inną ideologię), tudzież zamknięciem się i ograniczeniem wolności samemu sobie, czy też popadnięciem w moralizatorstwo, którego przecież nadal szczerze nie cierpię. Zamiast tego czuję się swobodnie światopoglądowo, tylko w sobie szukając odpowiedzi na związane z naszą condition humaine pytania.

Nie pałam niechęcią do poètes maudits; do tych odmieńców, innych, obcych, szalonych, wykolejonych, przeklętych, wyobcowanych. Wprost przeciwnie. Została mi w duszy iskra pewnej dla nich… tkliwości. Także wyrozumiałości, ale również  i współczucia (choć mam świadomość tego, że akurat o to ostatnie wielu z nich by się nie prosiło). Bronię się też przed cynizmem, a nawet sarkazmem, który często zatruwa czyjąś zawiedzioną miłość do świata.
A jednak czuję, że nadal, gdzieś tam na dnie, głęboko, w najgłębszych zakamarkach wnętrza czai się coś, co uwiera… coś, co można nazwać jądrem ciemności, niepokojącym tchnieniem mroźnego wiatru.

Tamaryszek w jednym ze swoich ostatnich postów napisała, interpretując Zagajewskiego: „Poezja jest radością, pod którą kryje się rozpacz. A pod rozpaczą znowu jest radość.”
Mógłbym to chyba uogólnić, poezję zastępując życiem: „Życie jest radością, pod którą kryje się rozpacz. A pod rozpaczą znowu jest radość.”
I kto wie? Być może właśnie dzięki tej rozpaczy, która kryje się pod radością można tę radość pełniej i intensywniej przeżyć? Podobnie jest z pięknem: ceni się go tym bardziej, im bardziej agresywna jest ta warstwa brzydoty, która wyziera z różnych zakamarków świata i życia. Być może również to nasze „jądro ciemności” rozjaśni kiedyś blask odradzających się słońc?

*  *  *

Jim Morrison: „Interesuje mnie wszystko co dotyczy rewolucji, zaburzenia, nieporządku, chaosu – szczególnie ten rodzaj aktywności, który wydaje się nie mieć żadnego znaczenia. To wydaje mi się być drogą do wolności…”

*