PROCES SIÓDEMKI Z CHICAGO, czyli o tym jak zamienić polityczny proces sądowy w rozrywkowe widowisko

.

Proces jako farsa? (Sacha Baron Cohen i Jeremy Strong idą do sądu w filmie „Proces Siódemki z Chicago„)

.

… a nikt nie potrafi tego zrobić w tak wirtuozerski sposób, jak Aaron Sorkin, który nie tylko napisał scenariusz do filmu, ale również go wyreżyserował. Przypomnijmy, że scenopisarstwo jest fachem, który Sorkin z wielkim sukcesem uprawia od ponad trzech dekad (od pamiętnych „Ludzi honoru” [”A Few Good Men”] z 1992 r.), natomiast reżyserem jest świeżo upieczonym. Bowiem pierwszym wyreżyserowanym przez niego filmem była „Gra o wszystko” („Molly’s Game”), a zrobił to w 2017 roku, mając 57 lat. Poszło mu z tym na tyle dobrze, że w przypadku „Procesu siódemki z Chicago” („The Trial of the Chicago 7”) nie było już powodu, by nie zastąpić samego Stevena Spielberga, który odstąpił mu ten projekt (i to znaczenie wcześniej, bo prace nad „Procesem” trwały grubo ponad 10 lat).

       Film cofa się do końca lat 90-tych, czasu społecznych fermentów, młodzieżowych buntów i kontrkultury, kontestacji istniejącego porządku politycznego i społecznego, czy wreszcie zataczającego coraz szersze kręgi protestu przeciwko bezsensownej a morderczej wojnie w Wietnamie, która w końcu pochłonęła życie ponad 78 tysięcy amerykańskich żołnierzy oraz setek tysięcy Wietnamczyków (niektóre źródła ustalają liczbę śmiertelnych ofiar wojny w Indochinach na ponad 2 miliony).
W lecie 1968 roku odbywa się w Chicago Narodowa Konwencja Demokratów i przywódcy różnych organizacji sprzeciwiających się wojnie i masowym poborom młodych ludzi do wojska, uznają to za odpowiedni moment do demonstracji własnego stanowiska i sprzeciwu wobec aktualnej polityce Stanów Zjednoczonych. (Zwróćmy uwagę, że protestowano przeciw całemu establishmentowi politycznemu, czyli zarówno przeciw Demokratom, których prezydent eskalował wojnę w Wietnamie, jak i Republikanom, którzy po dojściu Nixona do władzy tę wojnę kontynuowali). Niestety, w czasie tych protestów dochodzi do starć z chicagowską policją i rozlewu krwi na ulicach (choć na szczęście obyło się bez ofiar śmiertelnych). Mimo braku konkretnych i wystarczających dowodów, siedmiu „prowodyrów” ruchu zostaje oskarżonych o spisek, podburzanie do buntu i wywołanie zamieszek. Wśród nich są: Tom Hayden i Rennie Davis z organizacji Studenci na rzecz Demokratycznego Społeczeństwa, Abbie Hoffman i Jerry Rubin z Międzynarodowej Partii Młodych (Yippies), David Dellinger, John Froines i Lee Weiner z Narodowego Komitetu Mobilizacyjnego na rzecz Zakończenia Wojny w Wietnamie. Na ławę oskarżonych, oprócz tej Siódemki, trafia również Bobby Seale, współzałożyciel organizacji Czarnych Panter (mimo, że w czasie protestów przebywał w Chicago zaledwie 4 godziny, wygłaszając tylko rutynowe przemówienie).
Ludzi tych posądzono o spisek, choć nie wszyscy z nich znali się osobiście. Oskarżyciele federalni wsypali ich do jednego worka, choć cała grupa stanowiła barwną menażerię radykałów, którzy różnili się między sobą poglądami, stopniem ultracyzmu, podejściem do form protestu, czy wreszcie aparycją (od „kwiecistego” Abbie’go Hoffmana z burzliwą fryzurą, po ubranego w garnitur 50-letniego weterana pacyfistę Dellingera z łysiną). Tym, co ich łączyło był sprzeciw wobec wojny w Wietnamie, oraz to, że znaleźli się w jednym czasie i w jednym miejscu – wśród manifestujących na ulicach Chicago, podczas konwencji Demokratów.

       Wszystko wskazywało na to, że jest to jednak proces polityczny, choć oczywiście prokuratura i sąd temu zaprzeczali (bo przecież nie może być w amerykańskiej jurysdykcji takiej kategorii). Obejmującej władzę administracji Nixona zależało na tym, by utrzeć nosa Nowej Lewicy, skompromitować kontrkulturę i skrajnych liberałów… czy wreszcie nauczyć młodzież i wichrzycieli „dobrych manier” (jak wyraża się filmowy Prokurator Generalny powołany przez Nixona).
Bardzo byłem ciekaw co też zrobi z takiej materii Sorkin, tym bardziej, że dysponował ogromnymi środkami i plejadą znakomitych aktorów (m.in. Eddie Redmayne, Mark Rylance, Sacha Baron Cohen, Michael Keaton). No i muszę przyznać, że z jednej strony mnie zaskoczył, bo film okazał się faktycznie gęsty i złożony (i bynajmniej nie chodzi mi tu o dialogi, które u Sorkina zawsze są gęste i złożone); z drugiej jednak wprowadził mnie na familiarne tereny „sorkinizmu”, gdzie wszystko znajduje się pod totalną kontrolą scenopisarskiego geniusza, i które pełne są błyskotliwego dowcipu, bystrej riposty, skrzącej się inteligencji i sprytnej wnikliwości.
Film oglądało mi się znakomicie (stąd moja wysoka ocena), kiedy jednak później zacząłem bliżej przyglądać się temu, co działo się w Chicago w tamtym czasie – oglądając zapisy dokumentalne, wywiady i konferencje z ludźmi Siódemki, zapoznając się z ich biografią i poglądami – to dotarło do mnie, jak wielkiej jednak transformacji dokonał reżyser przenosząc surową, zgrzebną, pełną ostrych krawędzi, miejscami mętną i ciężkawą rzeczywistość na ekran – stosując przy tym całą gamę zarówno swoich, jak i typowo hollywoodzkich chwytów (które przecież zawsze są na bakier z realizmem).
Przy czym, chcę tu podkreślić, że bynajmniej nie oskarżam Sorkina o manipulację faktami, czy przeinaczanie sensów (pewne, występujące w filmie nieścisłości i autorskie „wstawki” mieszczą się jednak w granicach licentia poetica), chodzi mi bardziej o… ton, pewne efekciarstwo i podkoloryzowanie (co przejawia się głównie w grze aktorskiej i dialogach), przystrajanie anturażu, złagadzanie, naginanie, jak również spłycanie pewnych kwestii. Wygląda na to, że Sorkinowi zależało na tym, aby jego film smakował nie tylko widowni o bardziej liberalnych poglądach (zwłaszcza, że to waśnie pod nią jest on skrojony), ale i był do przełknięcia tudzież strawienia przez widzów mieszczących się raczej po stronie konserwatywnej (podejrzewam jednak, że ci ostatni stanowią wśród publiczności zdecydowaną mniejszość). To chyba dlatego „Proces Siódemki z Chicago” nigdy nie wchodzi na grząski grunt, pozostawiając widza w strefie względnego komfortu. Kosztem realizmu.
A jednak, mimo to Sorkin et consortes stworzyli kino wielkiego formatu: pełnowymiarowe i solidne. Imponuje już sama praca włożona w jego powstanie, podobnie jak efekt końcowy, który przekłada się na zdecydowanie pozytywne reakcje większości widzów.

Na ławie oskarżonych o spisek i podburzanie do rozruchów, czyli proces polityczny par excellence

.

       Ale mnie ta rozrywkowość „Siódemki” trochę jednak teraz uwiera. Bo można by ten proces, którym zajmuje się film, uznać za farsę i cyrk, gdyby nie to, że w rzeczywistości był on (dla istoty wolności słowa w Ameryce i naturalnie dla samych oskarżonych) sprawą poważną (możliwy wyrok 10 lat więzienia to nie przelewki i nic do śmiechu). W filmie Sorkina tak naprawdę nie czuć ciężaru problemów, które nękały tamtą epokę (przypomnijmy: rok 1968 to rok zabójstwa Martina L. Kinga i Roberta Kennedy’ego, gwałtownych protestów w ponad 100 amerykańskich miastach; wojna pochłaniająca każdego tygodnia życie setek młodych Amerykanów) – mimo, że do tego wszystkiego w filmie się nawiązuje, również za pomocą dokumentów. Być może nie czuć tego ciężaru właśnie przez wspomnianą „rozrywkowość” obrazu i ostateczny brak realizmu?

       Na koniec chciałbym się podzielić uwagą na poły osobistą. Przez całe moje życie byłem zdecydowanie przeciwny wojnie w Wietnamie (od czasu szoku, jaki przeżyłem w wieku 11 lat, kiedy przeczytałem reportaż o masakrze w wiosce Mỹ Lai). Ponadto, mimo (a może właśnie dlatego?) że byłem jeszcze dzieciakiem, to czułem pewien sentyment do epoki „dzieci kwiatów” – głównie dzięki muzyce rockowej, która przeżywała swoje apogeum podczas festiwalu w Woodstock, i na której – jak to się wówczas mówiło – człowiek się wychowywał). Jednak, podczas gdy z biegiem lat zrewidowałem swoje zdanie o ruchu hippisowskim i kontrkulturze (co wyraziłem choćby w swoich tekstach o poetach przeklętych, Jimie Morrisonie i właśnie o festiwalu w Woodstock), to moja opinia o wojnie w Wietnamie i zagranicznej polityce Stanów Zjednoczonych w latach 50-tych i 60-tych nie uległa zmianie – i nadal gotów jestem nazwać wojny prowadzone wtedy przez Amerykanów (zwłaszcza w Wietnamie i Kambodży) zbrodniami imperializmu (mimo, że jest to termin wyświechtany przez komunistów). Nie miałem więc większych problemów, by oglądając film Sorkina kibicować chicagowskiej Siódemce.
Kiedy jednak teraz zestawia się protesty z tamtego czasu z dzisiejszymi protestami (nawet z tymi, za którymi stoi ruch BLM, bo o zamieszkach – plądrowaniu sklepów, paleniu policyjnych samochodów i miejskich zabudowań – nie mam zdrowia pisać), to nie mogę się nadziwić, jak łatwo jest mediom i politykom manipulować obecnie ludźmi – młodzieżą i tłumem. Z tego choćby względu porównywanie tamtych demonstracji z dzisiejszymi jest według mnie kolejną manipulacją i nadużyciem. Nijak bowiem ma się protest przeciw mordowaniu setek tysięcy niewinnych ludzi (które odbywało się wtedy na oczach całego świata) do protestu przeciw nieszczęsnemu incydentowi, w którym zginął zatrzymywany przez policję przestępca.
Oczywiście, ten, jak i inne podobne przypadki zostały przez polityków i media wykorzystane teraz do rozkręcenia kampanii przeciw (podobno istniejącemu w Stanach) „systemowemu” rasizmowi i brutalności policji wobec czarnoskórych. Przy okazji dostało się też pomnikom m.in. Kolumba i Waszyngtona – co było niczym innym, jak próbą rewizji przeszłości z pominięciem historycznych kontekstów. (To też byłaby farsa, gdyby nie zasięg i natężenie tego zjawiska).
Co ciekawe, wyglądało to tak, jakby jedna partia popierała protestujących demonstrantów. Jednakże, ile w tym było politycznej zagrywki, to chyba sami politycy – w tym swoim zakłamaniu – nie wiedzą. W czasie procesu Siódemki protestowano przeciw establishmentowi utworzonemu przez obie partie – i chyba było w tej sytuacji mniej hipokryzji, a więcej uczciwości i racji, niż to ma miejsce teraz.

8.5/10

*  *  *

Więcej o filmach nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Nomadland”, „Ojciec”, „Mank”, „Sound of Metal”, „Judas and the Black Messiah”, „Minari”, „Obiecująca. Młoda. Kobieta.”

.

WOODSTOCK – TRZY DNI MIŁOŚCI, POKOJU, MUZYKI I BŁOTA

Krajobraz po miłości totalnej: Woodstock - tryumf czy klęska Dzieci Kwiatów?

*

Dokładnie ćwierć wieku temu* miało miejsce wydarzenie, któremu z czasem zaczęto przydawać wagi kamienia milowego w historii amerykańskiego społeczeństwa. „Trzy dni muzyki i pokoju” Festiwalu Woodstock zasłużyło niewątpliwie na  miano kulturowego fenomenu. Ile w tym zjawisku mitologii, a ile autentycznego głosu pokolenia? Jak brzmi ten głos po latach?

RADOSNA HEKATOMBA

Tak jak każdy mit, również i Woodstock jest czymś nieuchwytnym i do końca nieokreślonym. I jak każdy mit, wymyka się racjonalnej ocenie, będąc bardziej wyznaniem wiary, albo też po prostu – tęsknotą i życzeniem. Przez te 25 lat, które minęły od Festiwalu, ukształtowały się o nim dwie skrajne opinie: jedna romantyczna, druga zaś cyniczna. Z jednej strony uznano go za enklawę miłości i pokoju, za dopełnienie wspólnoty młodego pokolenia, wyraz jego ideałów, dążeń i wartości; z drugiej natomiast – za fanaberyjny wykwit naiwności zaczadzonych marihuaną Dzieci Kwiatów, za jeden wielki bałagan, za unurzany w błocie spęd hipisowskiej hordy. Trzeba przyznać, że te opinie zawierają w sobie ziarno prawdy, choć obie mocno zabarwione są emocjonalnością i subiektywizmem.

Niewątpliwie Woodstock stał się czymś więcej niż festiwalem rockowym. A nie  spodziewali się tego nawet sami organizatorzy, którzy chcieli po prostu powtórzyć sukces (również komercyjny), odbytego dwa lata wcześniej festiwalu w Monterey w Kalifornii.
Już pierwszego dnia pamiętnego sierpniowego weekendu 1969 roku, impreza wymknęła się spod kontroli. Tak wielka była presja potrzeby manifestacji i wyrażenia się ówczesnej młodzieży. Po pierwsze – zamiast spodziewanych 150 tys. uczestników, na miejsce Festiwalu usiłowało dotrzeć ok. 500 tys. ludzi. Piszę „usiłowało”, gdyż ponad połowa z nich nigdy nie dotarła nawet w pobliże estrady, utykając w 20-to kilometrowym korku, porzucając samochody, koczując na dziko, gdzie popadło… Same występy odbywały się gdzieś w jakimś kącie tego całego zamieszania, były jego ułamkiem. Mimo że bilety wstępu jak na tamte czasy kosztowały słono, organizatorzy, widząc napierające tłumy – poprzerywane zasieki, deptane płoty – ogłosili Festiwal imprezą darmową. Już wkrótce okazało się, że brakuje wszystkiego: żywności, elektryczności, wody, toalet. Zatłoczony niemiłosiernie kawałek ziemi zaczął przypominać bezładne mrowisko. Na domiar złego, drugiego dnia spadł ulewny deszcz, zamieniając grunt w jedno wielkie grzęzawisko błota.
Władze stanowe uznały teren pod White Lake (gdyż Festiwal odbywał się w pobliżu tej miejscowości oddalonej niemal o 50 mil od samego Woodstock w stanie Nowy Jork) miejscem klęski żywiołowej. Postawiono w pogotowie cały pluton US Army. Zaczęto nawet zrzucać z powietrza żywność i artykuły pierwszej potrzeby. A jednak to wszystko nie było w stanie zabić kołaczącego się wśród Dzieci Kwiatów ducha. A zaledwie krok dzielił ich od katastrofy. Mimo to zanotowano tylko jedno zejście śmiertelne, wyrównane przez naturę jednymi narodzinami.

Make Love not War

WIĘCEJ NIŻ ROCK&ROLL

Mimo tego misz-maszu wydarzenie miało swoje znaczenie – tak kulturowe i społeczne, jak i polityczne. Nie bez kozery muzyka rockowa pełniła w tym wszystkim funkcję spoiwa. Już rock&rollowe szaleństwo lat 50-tych, a później beatlesowska gorączka lat 60-tychś świadczyła o tym, że właśnie muzyka jest dla młodego pokolenia głównym środkiem ekspresji, stanowiąc przy tym medium, przez które komunikowano się ze sobą i starano się wpływać na świat zewnętrzny. Woodstock był tego kulminacją. A ówczesny rock był nie tylko rodzajem muzyki, ale przede wszystkim stylem, sposobem życia, myślenia…
Inną już sprawą jest, czym się ten styl objawiał, jak manifestował, jakie niósł wartości. I jakie konsekwencje obyczajowe miało głoszenie free love without consequences, jak dewastująco działały na młodych ludzi narkotyki, alkohol, abnegacja… Ale to już bardziej sprawa socjologii i moralistów.

TRZYDNIOWA UTOPIA

Jeśli chodzi o aspekt polityczny, to oczywiście wskazuje się głównie na antywojenny charakter kontestacji, na nastroje skierowane głównie przeciw trwającej wówczas wojnie w Wietnamie, która właśnie najwięcej ofiar pochłaniała wśród pokolenia Baby Boomers, czyli powojennego wyżu demograficznego. Prostest songi, niesamowita wersja amerykańskiego hymnu narodowego („Star Spangled Banner”) Hendrixa, pamiętna wyliczanka Joe McDonalda „I Feel Like I’m Fixin’ to Die Rag”, zaangażowanie Joan Baez… Festiwal był przesiąknięty tą atmosferą: słynny slogan Make Love not War, wszechobecne znaki pacyfistyczne, festiwalowe logo, gdzie na gryfie gitary siedzi sobie biały gołąbek… etc.
Jednakże nie byłbym skłonny do przeceniania wpływu tych odruchów, manifestacji i symboli na odwrócenie koła amerykańskiej historii. Przede wszystkim warto pamiętać, że prawdziwi hipisi stanowili subkulturę, czyli – wyrażając się współczesnym żargonem socjologicznym – byli w zasadzie ludźmi wyalienowanymi ze społeczeństwa. Co nie znaczy, że lwia część ich równolatków nie sympatyzowała z ich poglądami. Różnica polegała na tym, że hipisi swoje deklaracje próbowali zamienić w ciało, zaświadczając to sposobem życia, ubioru, bycia… To była taka bohema epoki napalmu. Jednak stawiało to ich poza społeczeństwem i nie tylko przez tzw. establishment polityczny byli oni postrzegani raczej jako kuriozum, przemijająca dziwaczna moda. Również same demonstracje, protesty i pikiety studentów (Berkeley), mogły być przez Biały Dom i Pentagon ignorowane. Niepomiernie bardziej brzemienny w skutki był fakt ogarniania przez nastroje anty-wojenne coraz szerszych kręgów amerykańskiego społeczeństwa, w tym i pokolenia rodziców żołnierzy wysyłanych na indochińskie front. Nie zapominajmy też o opozycji politycznej (wśród ich sympatyków był wówczas m.in. młody Bill Clinton).

W drodze do Utopii

Woodstock był więc rodzajem gestu – powiedzmy sobie szczerze – bez większych reperkusji społecznych w następnych latach. Dzieci Kwiaty w dużej części (tej, której nie zdziesiątkowały narkotyki), obcięły włosy, zamienili workowate, kolorowe szatki na biznesmeńskie garnitury, ewentualnie na robotnicze kombinezony czy też koszule z niebieskimi kołnierzykami; przyłączyły się – chcąc nie chcąc – do pogardzanego dotychczas „wyścigu szczurów”, wychowując w przyszłości pokolenie energicznych biznesmenów yuppies.
A po Woodstock pozostało wspomnienie zamienione w mit, w symbol. Realiści – niekoniecznie cynicy – wiedzieli, że „wspólnota Woodstock” była utopią… choć prawie ucieleśnioną na okres 3 dni (to i tak długo, jak na utopię). Później już tylko mieliśmy do czynienia z przypadkiem, o którym mówił Santayana: „idealna społeczność jest wyłącznie dramatem odgrywanym w ludzkiej wyobraźni”.

POLSKIE ZAPATRZENIE

Jakie reperkusje miał Woodstock w Polsce? Czy ogólne doświadczenia młodzieży amerykańskiej były przekładalne na nasze krajowe realia?

Niewątpliwie, pewne elementy kontrkultury trafiły u nas na podatny grunt, znalazły się punkty styczne w wiedzeniu świata przez młodych ludzi. I chyba nie chodziło tu tylko o estetykę: o długie włosy i kolorowe paciorki, o dżinsowe mundurki (np. taki Jacek Kuroń, choć młodzieniaszkiem nie był już w tamtych czasach, chodził we wranglowej katanie – i to nawet do Sejmu – jeszcze 20 lat później). Andrzej Olechowski, późniejszy minister spraw zagranicznych, a ongiś disc jockey i kierownik artystyczny zespołu Klenczona „Trzy Korony”, powiedział w jednym z ostatnich wywiadów: „W kręgu moich znajomych jest kilka osób, które świadomie postanowiły nie wchodzić w rytm kariery i kierat codzienności. I pewnie nie znalazłyby motywacji czy usprawiedliwienia, by podjąć taką decyzję, gdyby nie (amerykańska) kontrkultura”. Lecz do dzisiaj nie wiadomo: bardziej to (dla zainteresowanych) powód do zadowolenia, czy do żalu i smutku.

Jednak, generalnie rzecz biorąc, to zapatrzenie polskiej młodzieży na Zachód i przejmowanie pewnych wzorów, miało znamiona ledwie kalki. Z prostych przyczyn: żyliśmy w dwóch różnych światach, otaczały nas dwie różne rzeczywistości, byliśmy inaczej uwarunkowani. Tak naprawdę, to o co innego nam chodziło po obu stronach muru. Jeśli więc na Zachodzie Woodstock jest postrzegany w kategoriach mitu to nie należy od jego polskiego odbicia oczekiwać większego konkretu. Zachodnią kontrkulturę, polska młodzież o skłonnościach opozycyjnych wobec komunistycznego reżimu, zaczęła traktować jako źródło ideałów wolnościowych, solidarnościowych. I tu dotykamy małego paradoksu: zachodni ruch kontestatorski, hipisowski, uznany został  przez upartych i zasadniczych politologów za ruch lewicowy. Czyżby więc polska młodzież, w kraju nasrożona przeciw „czerwonym”, a na Zachodzie hołubiąca „lewaków”? Wątpię, by ktoś na to zwracał wówczas uwagę. Bardziej to była sprawa równości pokoleniowej oraz zapatrzenia w bardziej swobodny, kolorowy, różnorodny Zachód, z którego przejmowaliśmy kulturowo-obyczajowe trendy, pozy i mody.

Jimi Hendrix

BYŁA TEŻ MUZYKA

Woodstock to oczywiście także muzyka. Czy Festiwal rzeczywiście odbił to, co było najlepsze w ówczesnej muzyce rockowej? Bez wątpienia zgromadził wielkie dla tej muzyki nazwiska i zespoły: m.in. Janis Joplin, Jimi Hendrix, „The Who”, Joan Baez (to już bardziej folk niż rock)… W Woodstock początek swej świetności miał Santana, świetny kwartet (na festiwalu raczej tercet, bez Younga) „Crosby, Stills, Nash & Young”… Pamięta się o występach Joe Cockera, Ravi Shankara, „Ten Years After”… czy jednak wszystkie nagrania z Woodstock rzucają na kolana? Nie, choćby z tego powodu, że dokonane zostały w dość specyficznych warunkach, dalekich choćby od technicznej doskonałości (nie wspominając już o dyspozycji samych wykonawców). A jednak muzyka ta z czasem urosła niemalże do wielkości monumentu i nabrała znaczenia manifestu pokolenia. Ile w tym fakcie było względów pozamuzycznych? Bez wątpienia sporo. Niemniej jednak nadal pozostaje ona w pamięci swych fanów czymś unikalnym – i mimo wszystko nie jest to przekonanie bezpodstawne.

Image Festiwalu Woodstock zaczęły kształtować – już wtedy, na gorąco, w 1969 roku – media. Na żywo został on utrwalony przez rzeczywiście doskonały, pod wieloma względami fenomenalny film dokumentalny Wadleigha „Woodstock” (wśród jego montażystów znalazł się sam Martin Scorsese), który wkrótce obejrzało miliony widzów na całym świecie – i który oglądany jest do tej pory. To właśnie temu filmowi w dużej mierze należy przypisać ustalenie się legendy Woodstock.

SĘP ZAMIAST GOŁĄBKA

Organizatorzy Festiwalu w 1969 roku zbankrutowali, ich przedsięwzięcie okazało się – po podsumowaniu wszystkiego – finansową klapą. Dopiero później zaczął przynosić dochody (np. sam film zarobił w początkach lat 70-tych ok. 35 mln. dolarów – i nie bez znaczenia był tu Oscar). Oczywiście, jeszcze wiele lat po Festiwalu usiłowano ciągnąć z niego profity. Ale komercyjna pazerność swą kulminację osiągnie chyba w bieżący weekend w Saugerties, miejscowości oddalonej zaledwie kilka mil od lokalizacji pierwszego festiwalu. Bowiem planuje się tam imprezę Woodstock ’94 – biznesową machinę za $135 mln., gdzie zapewne próżno będzie szukać ducha, który nawiedził Dzieci Kwiaty ćwierć wieku wcześniej. Wojskowy regulamin, stalowe ogrodzenie, tysiąc goryli, cash stations, licencje handlowe i usługowe dla wybranych (czytaj: wypłacalnych) – innymi słowy: wszechobecny merkantylizm. Czyli znak naszych czasów? Bo chyba nie symbol dla współczesnego Generation X? Nic dziwnego, że na „stickerach” samochodów zdążających na Woodstock ’94 pojawiło się nowe logo: zamiast gołąbka, na gitarowym gryfie siedzi… sęp.

*  *  *

* Artykuł ten ukazał się po raz pierwszy na łamach „Dziennika Chicagowskiego” (12 sierpnia, 1994.)

                  Photo: LIFE (zdjęcia pochodzą STĄD)