POECI WYKLĘCI, ROZUM NA MANOWCACH I SERCE VAN GOGHA

(co się plecie w kajecie – z zapisków rozproszonych, XIII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Intelektualiści ciągle się łudzą, że nie tylko są w stanie ogarnąć swoimi koncepcjami świat, objaśnić go, ale i na niego wpłynąć, zmienić go… Największy paradoks tego złudzenia polega na tym, że zaczęło się to na dobre gdzieś w okolicach Oświecenia – od zawierzenia koncepcji kartezjańskiej, czyli od zauroczenia ROZUMEM. Dość wcześnie jednak zorientowano się, że ten rozum przeceniono – bo przecież na racjonalnych przesłankach opierały się (wbrew pozorom, realizacji i konsekwencjom) założenia systemów totalitarnych: zarówno faszystowskiego, jak i komunistycznego. Z drugiej strony zniknęły fundamenty metafizyczne („śmierć” Boga, laicyzacja, marginalizacja religii…) a tym samym rozwiał się mit, który był nie tylko źródłem ludzkiej kultury, ale i scalał całe społeczeństwa.
Świat wokół nas bardzo się skomplikował, umykając nam zarówno pod względem duchowym, jak i intelektualnym (zaczęliśmy błądzić, jak te pijane dzieci we mgle, powodowani impulsami, odruchami i jakimś stadnym instynktem: kultura masowa, konsumpcjonizm, technologiczne zabawki typu internet…) podczas gdy inni, posiadający władzę i pieniądze, „golili” nas i motali w tworzone przez siebie struktury zależności i de facto wyzysku. Ci zaś, którzy poza ten system wypadli, przestawali się liczyć, dzięki czemu na świece jest teraz coraz więcej ludzi „zbędnych”, którzy po prostu nie mają nic do roboty – wegetują więc albo walczą wręcz o przetrwanie.
Intelektualiści „wysiadają”, bo naszą rzeczywistość tworzy obecnie tak ogromna ilość elementów, że nikt nie jest wstanie zrozumieć tego, co się dzieje – a co dopiero żeby przewidzieć jaka będzie przyszłość. To dlatego teraz wszyscy kpią z „końca historii” Fukuyamy, a i sugestywna ongiś „globalna wioska” Tofflera przypomina dziś coś zupełnie innego.

Ja również mam wrażenie, że nie jest dobrze – zwłaszcza kiedy czytam takie teksty, jak wywiad z prof. Królem w „Gazecie Wyborczej”, który kaja się za swoje ideologiczne i polityczne błędy solidarnościowej przeszłości, poczynione w epoce tzw. transformacji ustrojowej naszego kraju. To wszystko jeszcze dobitniej uświadamia mi, że coraz bardziej jesteśmy bezsilni wobec tego co się dzieje – i to nie tylko na świecie, ale i w krajach, w których żyjemy. Paradoksalnie, ludzie, mimo że mają teraz niemal nieograniczony dostęp do informacji, jak i możliwość natychmiastowej komunikacji, stracili podstawę, na której mogliby się zsolidaryzować (np. w masowym społecznym proteście), gdyż poszczególne warstwy (klasy) społeczne uległy swoistemu rozproszeniu i wzajemnej separacji. Innymi słowy: struktury stają się silniejsze od ludzi. To jest chichot historii, bo dzieje się to akurat w momencie, w którym ponoć zatryumfował liberalizm.
To dlatego to, co mówił prof. Król, wydało mi się być taka mową trawą – paszą treściwą dla nas – myślą interesującą, może nawet pasjonującą – ale bez żadnych realnych konsekwencji, niczego nie zmieniająca. Ukazana jest w niej cała bezsiła intelektualisty („głupi byliśmy”) – którego dopiero z dystansu (ot, zaszywając się choćby, tak jak prof. Król, w jakimś domku pod lasem), po wyzwoleniu się z „układu”, stać na szczerą ocenę całej beznadziei swojej sytuacji.
Król tęskni do filozofii, metafizyki, literatury, które mogłyby wpływać na nasze życie, świat i go zmienić, ale wystarczy spojrzeć na ludzi, którzy nami „rządzą” (politycy), których „celebrują” masy (wątpliwej jakości artyści) – którzy nami zawłaszczają (banki, korporacje, właściciele mediów, dystrybutorzy „kultury”) – by uświadomić sobie, że to nic innego, jak marzenia ściętej głowy.

greydot

Inteligencja, nawet o wysokim IQ, nie musi mieć wiele wspólnego z mądrością. Można być człowiekiem mądrym posiadając przeciętną inteligencję. I vice versa: nawet wybitna inteligencja nie zawsze czyni z człowieka kogoś mądrego (czyli nie chroni go przed głupotą). Zresztą, jak wiemy, najgorszy rodzaj głupoty, to głupota uczona.

Ogólnie przyjęta definicja mówi, że inteligencja to zdolność przystosowania się do sytuacji. Otóż nigdy ta popularna definicja inteligencji mi się nie podobała, bo bardziej przypomina mi definicję konformizmu, niż inteligencji.

Samo posiadanie zdolności twórczych nie jest wystarczające do tego, aby być człowiekiem prawdziwie twórczym. Tutaj, oprócz inteligencji, przydaje się motywacja, pasja… również takie cechy charakteru, jak wytrwałość, ambicja, pracowitość, poświęcenie… wreszcie determinacja, by stworzyć coś własnego, oryginalnego, pożytecznego… etc. Poza tym, ważna w tym wszystkim jest tzw. inteligencja emocjonalna. To ona w dużej części decyduje o temperamencie twórczym człowieka, pobudzając jego pęd do kreacji.
Niemożliwe jest chyba stworzenie czegoś wybitnego bez pasji. A tu wielką role odgrywają emocje. Inteligencja w tym wszystkim wydaje mi się być tylko narzędziem.

Jeśli mowa o mądrości, to równie ważne powinno być odniesienie do inteligencji, jak i do sfery etycznej. Sama sprawność intelektualna jest zaledwie czymś instrumentalnym. Do tego, by stała się czymś ludzkim, ważne jest umieszczenie jej w sferze ludzkich wartości – innymi słowy, trzeba ją wypełnić człowieczeństwem.

Od dawna nie mierzę wartości człowieka jego inteligencją. Są dla mnie kryteria ważniejsze. Dlatego towarzystwo z MENSY skupiające osobników o najwyższym ilorazie inteligencji, nie robi na mnie większego wrażenia, ani zbytnio nie obchodzi. To taki klub towarzyski, który najprawdopodobniej napawa się własną „wyższością” nad średniakami. Taki Van Gogh np. był pod względnej tzw. zaradności życiowej człowiekiem zupełnie nieprzystosowanym (ot, choćby w jego przypadku definicja inteligencji jako zdolności przystosowania się do warunków zewnętrznych, jest totalnym nieporozumieniem), a dla mnie jest jednym z najbardziej wartościowych ludzi, jacy pojawili się na naszej planecie.
Nota bene Van Gogh był człowiekiem bardzo inteligentnym, o czym świadczą choćby jego listy do brata. Już nie mówiąc o jego zupełnie rewolucyjnym i nadzwyczaj unikalnym sposobie malowania, jak również o samej płodności twórczej, która była niezmordowana.

Właśnie, w jakiej relacji jest poziom inteligencji z twórczą płodnością? Wydaje mi się, że jeśli chodzi o zdolności twórcze i ich realizację, to oprócz samego intelektu, wchodzi tu jeszcze w grę cała masa czynników niekoniecznie związanych z samą sprawnością intelektualną (która, powtórzę to raz jeszcze, jest ledwie instrumentalna i nabiera wartości dopiero w kontekście tego, co człowiek tworzy, jak tworzy, dla kogo tworzy… etc., czyli w kontekście kulturowym i międzyludzkim).
Moim zdaniem dość jałowe jest skupianie się tylko na sprawności intelektualnej człowieka (tj. jego inteligencji), którego należy ujmować holistycznie czyli całościowo – zarówno jeśli chodzi o procesy fizjologiczne, jakie zachodzą w jego mózgu (włączając w to np. emocje), jak i jego kulturę, charakter, motywacje, etykę… Również biorąc pod uwagę jego relacje z innymi ludźmi – to co człowiek potrafi dać z siebie innym ludziom.

greydot

Wiele dyskusji na tzw. forach publicznych, ale też i w mediach, przypomina bicie piany, rzucanie grochem o ścianę, okopywanie się na swoich pozycjach, wołanie na puszczy… etc. i niemal nigdy niczego nie rozstrzyga.
Dlaczego? Może dlatego, że tutaj, podobnie jak z tym łapaniem króliczka, nie chodzi o przekonanie kogoś, tylko o samo przekonywanie – mówię (piszę, komentuję) więc jestem (bo wydaje mi się, że mówienie i pisanie wynika z mojego myślenia?)
Ostatecznie wszystko rozbija się o siłę naszych szańców (czyli zależy od mocy i realnej skuteczności struktury, w jaką jesteśmy – chcąc nie chcąc – wpisani, i której jesteśmy częścią). Tak więc, nie mają przy tym w zasadzie większego znaczenia fakty, prawda, sprawiedliwość…
Nasz świat jest ścieraniem się idei – a idee wcale nie opierają się na faktach, tylko są tych faktów przedstawieniem i interpretacją. A interpretujemy zwykle tak, jak chcemy (lub musimy). Z kolei przedstawiamy sobie tylko tak, jak możemy (a to z powodu naszych ograniczeń). „Wistość” rzeczy nie jest przecież rzeczą samą w sobie. Ani tym bardziej oczy-wistością, mimo że taka się wydaje.

greydot

Używanie ludzkiego języka do mówienia o tym, co boskie, (w znaczeniu bezpośredniego odniesienia się do Boga) nie ma sensu. Ale piszę to z pozycji agnostycznej, (którą – jak mi się wydaje – świadomie wybieram).
Natomiast dla ludzi „wierzących”, teistów, deistów… to ma sens (stąd ich koncepcje Boga i wszelkie teologie).

Podobny jest sens (bezsens?) mówienia o ateizmie albo teizmie buddyzmu (mam tu na uwadze buddyzm „czysty”, pierwotny, wywodzący się od samego Buddy, bo później buddyzm się rozgałęził, przejmując nawet w niektórych swoich przejawach „lokalne” bóstwa, vide: politeistyczny buddyzm tybetański).
Jeśli więc, respektując pojęcie Boga przyjęte w judeo-chrześcijaństwie, pytamy się z tej perspektywy, czy buddyzm jest ateistyczny, to odpowiedź powinna być twierdząca: tak, w tym sensie buddyzm jest ateistyczny.
Jednakże, kiedy już pytamy z pozycji uwzględniającej światopogląd i nauki głoszone przez samego Buddę, to odpowiedź jest (powinna być) przecząca, (bowiem Siddhartha nie tyle odrzucał ideę Stwórcy Wszystkiego, co się tym w ogóle nie zajmował, czy też raczej nie uwzględniał jej w swojej doktrynie). W tym sensie buddyzm ateistyczny nie jest.

Nota bene, dzięki tej (a)teistycznej nieokreśloności buddyzm wydaje się być tak otwarty dla „wyzwolonej” umysłowości Zachodu (ale też i atrakcyjny dla ludzi „przesiąkniętych” mentalnością chrześcijańską).
I z tego też powodu – stosując nasze kryteria „racjonalistyczne” – skłonni jesteśmy raczej uważać go za system filozoficzny (pewną koncepcję światopoglądową i ontologiczną), niż religię.

greydot

Autentyczne doświadczenie mistyczne (dla człowieka, który go doświadcza, jest ono autentyczne, choć ktoś „z zewnątrz” może ten autentyzm zakwestionować, a tym samym „odrzucić”) wyklucza według mnie jakiekolwiek „rozczarowanie się” mistyką. Ale wyklucza też – co oczywiste – owego doświadczenia „odrzucenie”.
Myślę, że nie należy utożsamiać doświadczenia mistycznego z doświadczeniem religijnym (to dlatego, religią można zarówno się rozczarować, jak i ją odrzucić – w przeciwieństwie do mistycyzmu).

greydot

Usłyszałem niedawno takie pytanie: Skąd się bierze ateizm?
Otóż można odpowiedzieć, że ateizm bierze się stąd, co wiara, czyli z niewiedzy.
Ale tak można stwierdzić tylko z pozycji agnostycznej, bo zarówno ateiści, jak i osoby wierzące mogą temu gwałtownie zaprzeczyć – i mówić, że to z wiedzy… ich wiedzy (czyli z tego, co sami wiedzą o świecie – albo z tego, co im wpojono).

Napisawszy to, muszę stwierdzić, że wiara wydaje mi się posiadać większą „wartość”, niż ateizm (a nawet większą, niż agnostycyzm – mimo, że uważam ten ostatni za bardziej „uczciwy” poznawczo i epistemologicznie).
Jednakże, to co napisałem, jest pewnego rodzaju wartościowaniem samego światopoglądu, a nie ludzi (wierzących i ateistów). Nie osądzam żadnego człowieka według tego, czy jest ateistą, czy osobą wierzącą. Człowieka poznaje się bowiem po czynach (i jego relacjach z innymi ludźmi) a nie po jego – ideologicznych czy też religijnych – deklaracjach.

greydot

Wśród genialnych powiedzonek Gombrowicza jest i takie, które stwierdza, że człowiek przed trzydziestką jest podpalaczem, a po trzydziestce staje się strażakiem. Oczywiście jest to pewne przerysowanie, niemniej jednak skłonni jesteśmy przyznać, że tak właśnie sprawy się mają.
Czym wytłumaczyć ową skłonność do zmiany frontów? Dojrzewaniem? Hormonalną transformacją? Wiekowym przepoczwarzeniem? Zgredowacieniem? Wapnieniem? Ciążeniem w kierunku hipokryzji i konformizmu? A może zdobytym doświadczeniem, dojrzałością, czy też nawet – ba! – mądrością?
Kiedy jest się młodym, nie jest się jeszcze w żadnych “układach”, nie należy się do establishmentu – można więc wtedy pozwolić sobie na swobodę zachowania, wypowiedzi, gestu… Może wówczas człowieka porwać kontestacja, bunt podnosi mu poziom adrenaliny. Czymś nieznośnym jest gorset pruderii a moralizatorstwo brane jest za obłudę. Czuje się potrzebę wyładowania, wygłupu, anarchii. To dlatego mówi się, że młodość ma swoje prawa, że za młodu trzeba się “wyszumieć”.
Później wchodzi się w inne role – wychowawcy, rodzica, mentora, autorytetu… Człowiek, chcąc nie chcąc, przywdziewa maskę. Nowa rola wymusza na nim pewnego rodzaju zachowania. Powoli zapomina, iż “cielęciem się było”. Wykazuje większą skłonność do ładu, czy umiaru. Z większą aprobatą i zrozumieniem przyjmuje się wtedy podobne stwierdzenia, jak to Miłosza: „Społeczeństwo i cywilizacja trwają dzięki niesłychanie drobnym cząsteczkom cnoty rezydującym w poszczególnych indywiduach” .

Mając w świadomości hańbę XX wieku – tego stulecia kłamliwych ideologii i największych zbrodni ludzkości – ma się też nieodparte wrażenie, iż horrendum, jakie się w nim działo, miało swój wielki wpływ na wyczerpanie się tradycyjnej kultury. Dzięki temu współczesność jest domeną kulturowego chaosu a w głowach wiruje ludziom wszelkie materii pomieszanie.
Jak na takim tle jawi się młodzieńcza skłonność do podpalania – do ekscesu i kontestacji, oraz gaśnicze pozycje dorosłych pokoleń?

Za wspomnianymi “maskami” dorosłych kryje się jednak często niewygasła do końca iskra. Wielu ludzi przez całe swoje życie przejawia buntownicze skłonności i pozostaje bardziej lub mniej otwartymi rebeliantami (z tym, że najczęściej z buntowników bez powodu, zamieniają się w buntowników mających jednak jakiś powód).
Wszyscy pozostali także zachowują pewne cechy młodzieńczej anarchii, niedojrzałości i dezynwoltury, tyle że mocniej potrafią trzymać to wszystko w ryzach, nie ujawniając już tego tak ostentacyjnie przed światem. No i wreszcie – w zdecydowanej większości – stają się z biegiem czasu konformistami.

greydot

Czy współczesność jest dobrym czasem dla poetów przeklętych?
Ciekawe pytanie.
Bo niewątpliwie dla poetów przeklętych są “lepsze” i “gorsze” czasy, choć zawsze jednak ten wiatr (epoki) w oczy im wieje. Przy czym należy sobie wyjaśnić co to znaczy “lepszy” i “gorszy” w tym kontekście.
Otóż czas “lepszy” dla poetów przeklętych to nie tylko ten, który sprzyja wykwitowi cech z elementami maudit, ale i taki, który niejako z tym co oni wyprawiają (tworzą) współgra. Takim czasem była np. epoka dekadencji drugiej połowy XIX-go wieku. Także jej rozwinięcie – secesja, a na terenie naszego kraju – Młoda Polska. A wszystkie one nie byłyby tym czym były, gdyby nie Romantyzm i (np.) przynależąca do niego fala werteryzmu, czy też kreacja bohatera romantycznego na postać tragiczną, niezrozumianą, cierpiącą, odmieńczą, przeklętą właśnie…
W podobny sposób, ale już na zasadzie kontrastu z oficjalną propagandą nowego wspaniałego świata komunizmu, możliwe było zaistnienie poetów przeklętych w realiach totalitaryzmu komunistycznego, których przedstawicielami są u nas np. Hłasko czy Wojaczek, a w Rosji choćby Jerofiejew czy – po części przynajmniej – Wysocki z Okudżawą.
Jednak generalnie – poeta przeklęty może się pojawić w każdej epoce, bo w każdej epoce można się zbuntować i żyć “pod włos” społecznego i politycznego establishmentu.
Hm… być może w każdej epoce z wyjątkiem… naszej właśnie?
Bo w naszej epoce – w dobie rozpasanego postmodernizmu – rzeczywiście wszystko już było, wszystko już widzieliśmy, wszystkie prawdziwe profanacje i prowokacje się dokonały; szok już za bardzo nie chce działać, bo np. w internecie można znaleźć takie monstra i mega-perwersje, o których się “boskiemu” (?) Sade’owi nie śniło – a tego wszystkiego jest na pęczki, i to na wyciągnięcie ręki (za jednym “kliknięciem”).
Dziś poeta przeklęty może mieć najwyżej te swoje warholowskie 15-minut (medialnej) sławy, bo po kwadransie wszystkim te jego wybryki się nudzą, nie robiąc na nikim większego wrażenia.

greydot

Dzisiaj nie chodzi już o konkretne nazwanie kogoś „poetą przeklętym”, (które ma proweniencję romantyczną) a właśnie o rodzaj osobowości człowieka – zrywającego więzi ze społeczeństwem i swoim najbliższym otoczeniem, zbuntowanego, odrzucającego konwenanse i obowiązujące normy moralne i obyczajowe, dopuszczającego się ekscesów… etc.
A taki rodzaj osobowości zdarza się wśród ludzi od zawsze, tyle że różną przybiera formę (w zależności od epoki) i inaczej jest nazywany. I niekoniecznie dotyczy tylko literatury, ani nawet – tylko i wyłącznie sztuki, choć zwykle powiązany jest z kanonem artysty.

greydot

Nie wiem czy powinniśmy “zaglądać do medycyny” w poszukiwaniu chorób gnębiących “poetów przeklętych”, właśnie w nich (i tylko w nich) upatrując źródeł oraz modus vivendi dla ich twórczości, czy nawet twórczego napięcia. Bowiem etykietka choroby znosi niejako autonomię tego, co oni stworzyli, nadając temu jakieś chorobliwe piętno, w pewien sposób degradując ich wartość dla tzw. “zdrowego człowieka”.
A przecież choroba jest również niezbywalnym (niestety) elementem naszej condition humaine.

Nie uważam jednak, że należy o tym (medycznym kontekście) milczeć. Nie. Raczej widzieć to wszystko bardziej integralnie – w całej swej złożoności.
Zresztą, to np., że u Stachury, Wojaczka, Plath… i in. zdiagnozowano schizofrenię, w żaden sposób nie może deprecjonować wartości i (ewentualnego) piękna ich poezji. Jeśli ktoś, cierpiąc na chorobę psychiczną, namalował piękny obraz, to ten obraz nie przestaje być piękny tylko dlatego, że malarz był “wariatem”.
Jestem przeciwny wszelkim piętnom i stygmatom, zwłaszcza jeśli nie życzą ich sobie sami “napiętnowani” i “stygmatycy”.

greydot

Ktoś nazwał Goethego “ojcem poetów przeklętych”. To chyba jakieś nieporozumienie.
To, że spowodował swoimi „Cierpieniami młodego Wertera” szeroką falę “werteryzmu” (czyli samobójstw “z miłości”) nie ma tu nic do rzeczy. Tak, stworzył postać Wertera, ale już to, że jego Werter stał się pewnym duchowym patronem wszelkich “kochanków przeklętych” (czytaj: wzgardzonych), nie jest Goethego – ani zasługą, ani tym bardziej winą. Zresztą, Goethe był jedną z najwybitniejszych i (najmocniejszych, jeśli chodzi o charakter) postaci swojej epoki i trudno go kojarzyć z rozwichrzonym, rozedrganym i miotającym się poetą przeklętym.

greydot

Czy śmierci poetów przeklętych były skutkiem depresji czy też może świadomym aktem artystycznym – takim mocnym finałowym akordem?
Myślę, że każda z owych śmierci (nawet tych samobójczych – a nie wszystkie takie były) była inna, miała inne przyczyny i motywy. Bywało też tak, że wiele czynników składało się na decyzje L’homme maudit, by się zabić. A zdarzało się, że nie była to (do końca świadoma) decyzja, ale jakieś fatum, przypadek, rodzaj konieczności, psychosomatyczna determinanta, czy po prostu wycieńczenie organizmu…
Zresztą nie wszyscy poeci przeklęci się zabijali. Nawet ci “wzorcowi”. Rimbaud nie popełnił samobójstwa fizycznie, a po prostu (?) przestał pisać i wyjechał trudnić się handlem (nie obchodziło go to, co się stanie z jego poezją, nie odebrał nawet swojej nowo-wydanej książki). Beaudelaire i Verlaine przez lata niszczyli swój organizm (opium, narkotyki, absynt, alkohol…), tułali się po szpitalach i przytułkach, ale jednak dożyli tego, że ich poezja stała się doceniona, (choć tylko Verlaine przekroczył 50-kę; Beaudelaire zmarł wieku 46 lat).
Jimi Hendrix, Janis Joplin i Jim Morrison zmarli wskutek przedawkowania narkotyków, ewentualnie z przepicia.
Samobójstwo – w ścisłym znaczeniu tego słowa – popełnili Wojaczek, Stachura, Plath, Zawistowska (wszyscy cierpieli na ostrą depresję, panicznie bali się obłędu)… niejako skazany na śmierć (poprzez swoją nieuleczalną wadę serca, podobnie zresztą jak Poświatowska) był Bursa. Tak więc trudno w tych wszystkich przypadkach mówić o jakiejś “artystycznej kreacji”. To był bardziej ich – jakże ciężki, nieznośny, pełen cierpienia, beznadziei i bólu – los, który ich pchał ku śmierci.

greydot

Akceptacja i nie akceptacja poete maudit?
Ale jaka akceptacja, (ewentualnie nie akceptacja)? Ich osobowości, zachowania, wyborów? – czy też twórczości?
To, że są (byli) to ludzie amoralni, (czyli nie uznający powszechnie przyjętych norm moralnych) rozumie się samo przez się. Poete moudit to niemal synonim L’immoraliste. Myślę, że stosując kryteria moralne w ocenach literackich nie zajechalibyśmy zbyt daleko (bo musielibyśmy dać szlaban lwiej części najwybitniejszych pisarzy).
Również i dla mnie bardziej istotne są w tym przypadku argumenty i kryteria estetyczne niż etyczne.
Oczywiście, że bez “gorączki”, wewnętrznego ognia, niemożliwa jest prawdziwie artystyczna twórczość, jeśli już to zimna i kostyczna, czyli – moim zdaniem – żadna. Jak to świetnie ktoś zauważył: temperatura ciała to dla duszy za mało!
I naturalnie zgadzam się również z tym, że nie tylko buntownicza ekspresja jest dla tej twórczej gorączki “jedynie właściwą”. Zresztą, są różne odmiany buntu: np. z jednej strony mamy bunt romantyczny (którego przedstawicielem jest Byron), a z drugiej – bunt racjonalny (mający proweniencję oświeceniową). Nawet Goethe dzielący epokę z bohaterami stricte romantycznymi stanowi dla tych bohaterów coś w rodzaju antytezy.
Ale przecież twórczość artystyczna to również afirmacja, (która nota bene nie musi mieć nic wspólnego z konformizmem… i zwykle nie ma). Dobra sztuka istnieje nie tylko w tonacji dur ale i w mol, nie tylko w forte, ale i piano.

greydot

Współczesne “wszystko na sprzedaż”, jest tylko jednym z aspektów sławy “poety przeklętego” eksploatowanej dzisiaj. Ta “sprzedawalność” nie leży natomiast w istocie tego fenomenu, do której należy bunt, sprzeciw, eksces, niepohamowanie, odrzucenie ogólnie przyjętych społecznie norm… Sam “poeta przeklęty” nie chciał się “sprzedać” (w przeciwieństwie do współczesnych obrazoburców i prowokatorów działających głownie na polu tzw. “sztuki”, najczęściej do cna skomercjalizowanej). Wprost przeciwnie: on zdążał ku samozatraceniu się i w zasadzie nie obchodziło go to, co też świat (w tym świat merkantylny) z nim zrobi – a tym bardziej, czy na nim zarobi.

greydot

Problem z markizem de Sade jest taki, że mimo wszystko nie można go skwitować wzruszeniem ramion, bo zrobiono zeń reprezentanta pewnego aspektu człowieczeństwa (może raczej nieludzkości) – takiego apostoła perwersji. A jaki on był naprawdę, to ja nie wiem. Ile było w tym co robił i pisał pozy? Tego też nie sposób teraz wiedzieć. Myślę, że gdybyśmy go spotkali wówczas osobiście, to może by nawet przypadł nam do gustu i wydał się całkiem sympatycznym gościem. Tak podejrzewam, że cały ten “sadyzm” rozgrywał się głównie w jego wyobraźni, mimo kilku ekscesów w realu.
Ja bym go też nie demonizował. O wiele większymi “diabłami” dla mnie są np. zwykli, poczciwi, oportunistyczni i strachliwi administratorzy III Rzeszy, czy tzw. “komunistyczne pachołki”. To jest dopiero prawdziwe piekło, zgroza naszej cywilizacji – gułagi i obozy koncentracyjne, a obok “normalne” światy, które niewiele sobie z tego robią. Przy tym wszystkim taki Sadek to pestka, błazen jakiś, fantasta, dziwak i eksperymentator.
Ale badacze kultury uparli się, by robić z pojedynczych ludzi jakieś kamienie milowe, prekursorów, inspiratorów, epokowej forpoczty… Bzdura! Zło – jak zresztą zauważyli to już niektórzy, i to jeszcze przed panią Arendt – jest banalne. Ludźmi zwykle kieruje oportunizm, koniunkturalizm, chęć ustawienia się w życiu, doraźna korzyść; a często i zwykła chciwość, pożądanie władzy, strachliwość wreszcie… takie pospolite motywy, a nie jakieś tam perwersyjne ciągoty czy demonizm, motywują zwykle ludzi. Oczywiście piszę o wymiarze społecznym a nie o jakichś tam kolorowych outsiderach, indywidualistach z rozdmuchanym ego, czy wreszcie zwykłych socjo- czy też psychopatach. Ci bowiem spotykają się z uwagę na zasadzie – bez mała! – hollywoodzkich idoli. Pomagają ludziom zwalczać pustkę i nudę egzystencji. Ot co!

greydot

Wydaje mi się, że nie ma takiego drugiego malarza, którego twórczość byłaby tak mocno zespolona z jego życiem, jak Van Gogh.
Zawsze byłem ciekaw jak świat odebrałby jego obrazy, gdyby nic o nim nie wiedział, nie znał jego biografii – gdyby nie było “Listów do brata”, książek i filmów, które mu później poświęcono. Może wręcz nie byłoby czego odbierać, wszak płótna mogłyby posłużyć za podpałkę lub za podkład dla innych malarzy.
Ale załóżmy, że by przetrwały.
Czy dostrzeżono by w nich olbrzymią pasję, która je stworzyła? Czy rozprawiano by o geniuszu Van Gogha? Czy uznano by go za jednego z największych malarzy XIX wieku?
Czy wreszcie – sprowadzając rzecz do kwestii trywialnej, bo merkantylnej – zapłacono by za jego “Irysy” prawie 54 mln. dolarów, a za “Słoneczniki” 40 mln. ?
Na pewno można spojrzeć na to malarstwo abstrahując od osoby autora. Czy można jednak wyobrazić sobie coś takiego jak “obiektywna” wartość tej twórczości?
Jakie wobec tego zastosować tu kryteria? Czy można by się tu zdać na opinie ekspertów, krytyków sztuki, tzw. “znawców” …?
Ja osobiście bym im nie dowierzał.

Nie mogę sobie wyobrazić, jak patrzyłbym na obrazy Van Gogha bez znajomości kolei jego życia i warunków w jakich powstały, ponieważ te ostatnie poznałem wcześniej niż same obrazy (jeśli nie liczyć kilkunastu albumowych reprodukcji i wypranych z wszelkiego artyzmu, masowych kopii różnych “słoneczników”, “gwiaździstych nocy” i “cyprysów”).
Na to jest już za późno.
W tym kontekście wielka wartość komentarzy Vincenta (na temat samego siebie, własnego życia i malarstwa) wyrażonych w jego listach, polega być może na tym, iż po prostu nauczył on nas patrzeć na swoje obrazy. Swoim geniuszem, pasją i egzystencjalną głębią uświadomił nam nierozerwalność jego twórczości z nim samym. Płótna Van Gogha nabrały symbolicznej wartości jako odzwierciedlenie pewnego aspektu naszego człowieczeństwa, humanistycznego fenomenu. Jego przeżycia zaś uświadomiły nam jak tragicznie może się człowiek zderzyć ze światem, w którym przyszło mu żyć.
To dlatego Karl Jaspers mógł napisać: “Całość tej korespondencji (chodzi o listy do brata Theo), stanowi dokument jakiegoś światopoglądu, jakiejś egzystencji, jakiegoś myślenia znamionującego się wysokim etosem; jest to forma wyrażenia szczerości absolutnej, głębokiej, irracjonalnej wiary, nieskończonej miłości, serdecznego człowieczeństwa, niewzruszonej amor fati. Listy te zaliczają się do najbardziej wzruszających zjawisk niedawnej przeszłości”.
A płótna Van Gogha wiszą dziś na ścianach największych muzeów świata niczym cząstki jego poranionej duszy.

greydot

Listy Van Gogha do brata są doprawdy niewiarygodne – tzn. są czymś nad wyraz niezwykłym, wręcz niesamowitym, bo wiary są one godne jak najbardziej – tym czym fascynuje Vincent do naszych czasów jest bowiem jego prawdomówność, prostolinijność i autentyzm; to był człowiek – mimo swych ekscesów, życiowej niezaradności i dziecięcej wrażliwości – niesłychanie uczciwy.)
Jego uwagi są niekiedy rozbrajające:
“Ja nie czuję potrzeby małżeństwa i dzieci, i w pewnych chwilach ogarnia mnie melancholia, kiedy myślę o tym, jaki jestem mając 35 lat – powinno być całkiem inaczej. I mam to czasem za złe temu wstrętnemu malarstwu. Richepin powiedział kiedyś: ‘Miłość sztuki zabija miłość prawdziwą’. Uważam to za słuszne w straszliwy sposób i wiem też, że prawdziwa miłość zniechęca do sztuki. Zdarza mi się, że czuję się stary i złamany, a jednak dość jeszcze zakochany, żeby nie być entuzjastą malarstwa”.
Na ile więc to oddanie sztuce było jego suwerennym wyborem, a na ile sprawą fatum, które go chwyciło i już nie wypuściło aż do śmierci?
Z pewnością ludziom z jego otoczenia wydawało się to być marnowaniem życia – jakąś manią, obsesją, niezdrową idée fixe… Tym bardziej, że zdradzał on coraz bardziej objawy umysłowej choroby.
A jednak Van Gogh okazał się jednym z tych niewielu “wariatów”, którzy postawili na swoim i wygrali.
Wprawdzie jest to zwycięstwo odniesione post mortem, ale jakże przecież spektakularne – i lepsze takie, niż żadne.

greydot

Niedawno odwiedziłem Muzeum Van Gogha w Amsterdamie (nota bene znakomite). Zdumiały mnie te tłumy, które tam spotkałem – tysiące ludzi, którzy ustawili się w długiej na kilkaset metrów kolejce, by wejść do środka i zobaczyć obrazy Vincenta. Tego samego, który – kiedy jeszcze żył – uznany został za wariata, wytwórcę bohomazów, na które pies z kulawą nogą nie zwracał żadnej uwagi, i za które nikt nie chciał dać złamanego grosza. Łaska uznania i podziwu gawiedzi na pstrym koniu jeździ.

greydot

Karl Jaspers – bądź co bądź jeden z reprezentantów europejskiej czołówki intelektualnej XX wieku – tak podsumowuje swoje doświadczenie zetknięcia się z Van Goghiem:
“Van Gogh mnie zafascynował, być może przede wszystkim całą swą egzystencją światopoglądową (…) To tak, jak gdyby na przelotną chwilę objawiło się ostateczne źródło egzystencji, jak gdyby bezpośrednio dały znać o sobie utajone źródła wszelkiego bytu. Cóż, dla nas jest to jednak równoznaczne ze wstrząsem, którego nie możemy znosić zbyt długo…”

greydot

A najpiękniej o Van Goghu napisała moja znajoma, Ola: „Na drzwiach szafy namalowałam sobie Jego cyprysy, popijam cejlońskie herbaty z kubeczków z reprodukcjami Jego dzieł, jest ze mną gdy czytam, myślę, szukam siebie… i kiedy upadam.
Co by powiedział świat, gdyby nie wiedział przez co przeszedł?
Ja go pokochałam jako kilkunastoletnia dziewczyna. Nie wiedziałam o Nim nic. Odebrałam go jako człowieka, który jeśli coś robi, to zawsze całym sercem, bezkompromisowo, czułam, że przyroda potrafiła go wzruszyć, rozczulić, że pochłania go ciągle ocean zachwytu, potrafi dostrzegać piękno w drobnostkach. W każdym najmniejszym pociągnięciu pędzla ukrywa niewyobrażalne pokłady emocji, emocji, które były tak silne, że zwykły człowiek nie umiałby ich ogarnąć, poczuć. Pędzel był jedynym sposobem obdarowania szarego schematycznego i zagubionego świata. Powiedział kolorem to, czego nie oddają słowa.
Dopiero potem go poznałam. Zobaczyłam introwertyka, który dostrzegał Człowieka nie w pięknym opakowaniu, ale w umęczonej chłopce, w wygłodzonej rodzinie górniczej. Widział piękno w tym co trudne, bolesne, niezrozumiałe i po ludzku beznadziejne.
Dzięki niemu zrozumiałam jakim skarbem jest jeden życzliwy człowiek. Jeden życzliwy człowiek potrafi utopić w otchłani pasji i radości cały mrok wytwarzany przez niezrozumienie i odtrącenie…
Brat w Niego wierzył, kiedy ślepy tłum zabijał obojętnością.
Wielkim skarbem jest jedność dusz… i serce Van Gogha”


greydot

Żadna ludzka społeczność nie może się obejść bez norm, które sama sobie narzuca (nawet jeśli robi to odwołując się do metafizyki – wierząc, że są one dane nam “odgórnie” przez Boga, bóstwa, jakieś Siły Nadprzyrodzone…). Nasza kultura jest o tyle paradoksalna, że deklarując najczęściej swoją zgodność z tzw. prawem “naturalnym”, sama “porządkowi” naturalnemu (panującemu w przyrodzie) zwykle się przeciwstawia (kto wie, czy właśnie owe normatywne veto nie jest kwintesencją naszego “człowieczeństwa”?). Z tego zderzenia wynikają wszystkie ludzkie tabu, które chcą ten konflikt zakamuflować. Tabu można więc uznać za pewnego rodzaju kulturowy sprzeciw – swoisty wybieg, by nie przyznać się do tego, że drzemie w nas zwierzę, które czasem staje się nawet bestią.
Przy czym, prawo, które tworzymy, nie chce jednak zbyt głęboko wchodzić w geny determinujące zachowanie się człowieka, bo wtedy konflikt między kulturą a naturą staje się ewidentny i istnieje niebezpieczeństwo tego, że ludzkie działanie (w danej chwili bezprawne) będzie usprawiedliwiane, a tym samym podważona zostanie bezwzględna sankcja obowiązującego nas prawa, relatywizując je, może nawet kwestionując jego racje.
A jednak, to właśnie głębsze poznanie genetycznej podstawy np. zachowań homoseksualnych spowodowało, że w większości społeczeństw kręgu kultury zachodniej homoseksualizm przestał być traktowany jako wykroczenie przeciw prawu, jak również – w sferze medycyny – przestał być uznawany za chorobę, za coś “nienormalnego” (przy czym nie mówię tu o mentalnym i obyczajowym “nadążaniu” poszczególnych grup społecznych czy poszczególnych ludzi za tymi zmianami, bo to już zupełnie inna kwestia).
W tym kontekście (genetyka vs. prawo), już w przypadku homoseksualizmu wkraczamy na pole pełne min i kontrowersji, (które ludziom żyjącym zwłaszcza w krajach o silnych tradycjach katolickich są dobrze znane), a co dopiero, jeśli podejmiemy takie gorące tematy tabu jak pedofilia i kazirodztwo? Przecież zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku także można mówić o genetycznych uwarunkowaniach owych “dewiacji”, które przez wiele systemów jurysdykcyjnych uznawane są za ciężkie przestępstwa, a nawet zbrodnie (odnosi się to zwłaszcza do pedofilii). Czy może więc dziwić to, że w społecznościach konserwatywnych, ustępstwa jakie poczyniono wobec homoseksualizmu są przyjmowane jako pierwszy krok do swoistej “legalizacji” i przyzwolenia dla kazirodztwa i pedofilii, tudzież innych “zboczeń”? Człowiekowi o poglądach bardziej liberalnych takie rozumowanie może się wydać wręcz absurdalne (no bo jak tu zrównywać ze sobą “zdrowego” homoseksualistę z “chorym” i zwyrodniałym pedofilem?), ale już ktoś o mentalności bardziej “zachowawczej” może w tym widzieć niebezpieczeństwo precedensu i konsekwencji – swego rodzaju następstwo “od rzemyczka do koniczka”.

greydot

Nawet jeśli wolna wola nie istnieje, to musimy postępować tak, jakby istniała (dlatego skazujemy ludzi za zbrodnie, które popełnili).
A Natura to twarda bestia – zawsze znajdzie swój sposób, swoją drogę…
Bardzo kruche jest to, co nazywamy cywilizacją.

greydot

Morderców nie rozumiemy, bo nie chcemy zrozumieć – ponieważ, im większą mielibyśmy o nich wiedzę, tym boleśniejszej prawdy dowiadywalibyśmy się o nas samych.

greydot

Nasz ludzki „Rozum” to tylko łódka, za pomocą której próbujemy się nie potopić dryfując po oceanie nieświadomego o przepastnej głębi i pełnego wirów – udając, że mamy wpływ na siły, które bezmiernie nas przerastają.

greydot

Kiedy namiętność i pożądanie stają się miłością? Czy mężczyzna (albo kobieta) ma prawo do pokochania kogoś innego, niż własną żonę (albo męża)? Jeżeli tak, to jakie to jest prawo, jeżeli nie, to kto (lub co) nam je odbiera? Jak mocno wiąże nas małżeństwo, (które jest przecież pewnego rodzaju społeczną umową)? Albo, innymi słowy: w jaki sposób warunkuje ono naszą wolność (lub zniewolenie)? Jak się ma obowiązek do namiętności, a lojalność do wolności?
W jakim stopniu natura determinuje naszą skłonność do “grzechu” (że użyję tego staromodnego, wychodzącego już z użycia, określenia).
Kiedy człowiek, który „zdradza” dotychczasowego partnera (partnerkę) staje się (w oczach innych) draniem (lub suką?), kiedy zaś bohaterem a nawet obiektem kultu, który poszedł za głosem wielkiej miłości, tudzież – patrząc na to z innej perspektywy – własnych potrzeb i pragnień? Kiedy zostaje niewolnikiem własnych uczuć, a kiedy walczącym o nie buntownikiem? Wreszcie: jak się mają genitalia do porywów serca, a hormony do miłosnej czułości?

greydot

Ludzie uparcie uzależniają prawdę od punktu widzenia.
Tak by było, gdyby prawda była wytworem ludzkiego umysłu.
Paradoksem jest to, iż wydaje się nam jednak, że jest, bo w świecie pozaludzkim nie ma przecież rozróżnienia na prawdę i fałsz: atom albo kwant się nie mylą.

greydotPółprawda jest najgorszym rodzajem kłamstwa.

greydot

Jednym z przejawów tego, że samiec alfa odniósł sukces w walce jest natychmiastowe podporządkowanie się mu samców beta i omega.
W polityce odpowiednikiem tego jest wysiew wszelkich totumfackich i wysławiających zwycięskiego wodza.

greydot

Rodzice dzieci niepełnosprawnych w polskim Sejmie. Skoro godzimy się z tym, że politycy nie są prawdomówni, nie muszą mieć wstydu, nie zawsze mogą postępować etycznie, to czy nie jest naiwnością wymaganie od nich czegoś takiego, jak współczucie?

greydot

Ktoś to stwierdził, jako oczywistość: „Wstyd nie jest kwalifikacją do uprawiania polityki.”
Dlatego mamy takich polityków, jakich mamy.

greydot

Kultura czy polityka?
Kultura.
Polityka, wbrew pozorom, jest gorszym rodzajem ucieczki od nudy, niż kultura.

A przy okazji można się zastanowić w jakiej relacji są polityka kulturalna i kultura polityczna oraz jakie konsekwencje (również w polityce kulturalnej) pociąga za sobą brak politycznej kultury.

greydot

W kinie na „The Wolf of Wall Street”. Niesamowitym sukcesem Scorsesego jest to, że film cienki jak studolarowy banknot, płytki jak zawieszenie Lamborghini, amoralny jak chciwcy i oszuści z Wall Street, próżny jak jacht z helikopterem na dachu, obsceniczny jak dmuchanie przez rurkę haszyszu w odbyt prostytutki, wulgarny jak użycie 576 razy (rekord w kinie amerykańskim!) przekleństwa fuck, głupi i okrutny jak rzucanie karłami w tarczę, potrafi tak przykuć naszą uwagę a nawet nas rozbawić (przyznaję się bez bicia: sam tego doświadczyłem i brałem w tym udział ).
Dlaczego? Może dlatego, że grzeczne dzieci (widzowie) lubią niegrzeczne bajki, a i niegrzeczne są też w swoim żywiole? Bo wszystko kładziemy na karb konwencji?
Co może usprawiedliwić to, że film Scorsesego się nam tak podoba? Może to, że na karuzeli nie ma czasu na refleksję? Bo kiedy błędnik zaczyna szaleć, przestajemy być sobą – czyli osobą myślącą? A może wręcz przeciwnie: ujawnia się wtedy coś, co leży gdzieś w sednie każdego z nas, a do czego na trzeźwo nie chcemy się przyznać – może nawet sobie tego nie uświadamiamy?

 greydot

Gdybym chciał napisać coś o mojej namiętności do książek, to musiałbym wrócić się do samego zarania, czyli do mojego dzieciństwa. Do dzisiaj czuję zapach niektórych książek, ciągle przed oczami mam ilustracje, które wówczas zdały mi się czymś zgoła magicznym, jakże wyraźnie pamiętam pewne sceny w tych książkach spisane… Nawet wtedy, kiedy przyszedł czas mojego buntu i kontestacji – wyrażany głównie przez używanie niecenzuralnych wyrazów, picie taniego wina, mówienie, że religia to “bajki” a wszyscy ludzie to hipokryci, noszenie obdartych dżinsów, zapuszczanie długich po ramion włosów i słuchanie Hendrixa – nie rozstawałem się z książką. Tym sposobem uzbierałem w domu dość pokaźną bibliotekę i ślęczałem po nocach nad rewelacjami, które znajdowałem w dziełach Camusa, Lema, Dostojewskiego czy Manna.
Włosy teraz noszę już krótsze (nie wspominając już o siwiźnie), wino piję już lepsze, rzadko przeklinam albo rzucam kalumnie, mój bunt bardziej oswojony a spodnie bez dziur, religie bardziej wiążę z mitami (szanując wszak jej Tajemnice)… lecz nadal żyję z książką pod ręką (w moim nowym domu księgozbiór już dawno przestał się mieścić), a i Hendrix w dalszym ciągu jest w stanie przeszyć mnie dreszczem.
Moja biblioteka przeżywa ciężkie chwile zwłaszcza wtedy, gdy wracam z wizyty w Polsce. Zwykle wywożę z kraju cały kufer książek, który jakimś cudem udaje mi się zmieścić do samolotu bez zbędnych perypetii – te pół tony makulatury, będącej efektem szperania po (głównie) krakowskich księgarniach i antykwariatach.

greydot

Cóż nas tak ciągnie do słowa pisanego? Co powoduje, że uwielbiamy trzymać w ręku książkę, decydując się nawet na… jej przeczytanie? Skąd uzależnienie, słodka narkomania – ten pewien rodzaj intelektualnego, a może i emocjonalnego, nałogu?
Dlaczego bez lektury trudno jest niektórym żyć?
Otóż bez wątpienia sprawia to bogactwo światów, które zawarte jest tamże, między okładkami – zapisane czarnym drukiem na białych kartkach papieru. Za każdym razem, kiedy łapiesz sens przeczytanego zdania, twoje istnienie nabiera większego znaczenia, staje się bardziej intensywne i zwielokrotnione, łącząc się w jakimś magicznym akcie z wrażliwością innego człowieka – z jego myślą, ze śladem jego świadomości, z jego wizją świata, i z wyobraźnią, która tenże świat za każdym razem stwarza i ujmuje. To taki rodzaj prawie że religijnej komunii, stopienia się monad – skupienia porozpraszanych w kosmosie drobin ludzkich egzystencji.

greydot
“Co pozostaje?” – pyta się w jednym ze swoich esejów Nicola Chiaromonte i odpowiada: nie ważne jest to co się otrzymało, ważne jest to co trwa i istnieje. Co w takim razie pozostaje w nas z naszych lektur? Czy ogrom trafiających do nas myśli i fraz nie podmywa brzegów naszej jaźni, czy nie rozmywa wewnętrznego świata o ustalonych już konturach i uformowanych brzegach? Co zapożyczamy, a co kradniemy? I czy nie przestajemy być sobą – z każdym słowem i zdaniem, które sączy się nam do mózgu i oblepia nasze poskręcane myśli? Czy zachłanność na słowo pisane nie jest właśnie jakimś narkotycznym głodem? Czy pochłaniając te gęste treści jesteśmy w stanie to wszystko przetrawić?
Czy poprzez lekturę naprawdę się wzbogacamy? Czy nasze ograniczone wnętrze zdolne jest pomieścić cały ten splendor? Czy jest w nim dostatecznie miejsca by przyjąć to bogactwo myśli, wyobrażeń, słów i idei? Czy wszystko, co czytamy jesteśmy w stanie zrozumieć, ogarnąć, przyswoić? Do jakiego poziomu możemy się wznieść, nie mogąc wszak przeskoczyć siebie samego? Wreszcie, czy aby czytając mądre książki, sami stajemy się mądrzejsi?
Czy wszystko co nowe jest dla nas lepsze? A może nowe powoduje erozję starego ale pewnego, czyli tego, co już się w nas osadziło, stało podporą, mocnym fundamentem? Chyba jednak nie: nagrodą za burzenie gnuśnego spokoju jest olśnienie cudem nieustającej przemiany.

greydot

Reklamy

ŚLADY NA BRUKU, ŚLADY NA PIASKACH…

(z zapisków rozproszonych XII)


.

Cudowny dzień w Krakowie. Rynek cały w słońcu i kolorach, podobnie sam Wawel.
Atmosfera turystycznej sielanki, lecz autentyzm jakby wyparował – duchy historii ulotniły się gdzieś, może zeszły do podziemi?
Rozkopano Rynek, wymieniono bruk na Floriańskiej… Ta nowa kamienna kostka nie podoba mi się wcale. Bardziej przypomina beton niż dawne kocie łby, które nosiły jeszcze ślady końskich podków, dorożek i karocy. Miliony śladów pozostawionych przez wieki na ulicach miasta. Nagle to wszystko znika – powstaje obiekt dla turystów.

Kraków po wojnie ocalał ale teraz obawiam się, że może się stać podobny tym sztucznym niemieckim miastom bez duszy, które legły w gruzach i zostały później odbudowane, tyle że od tamtego czasu przypominają już tylko budowle z klocków lego. (Takie wrażenie zrobiła na mnie np. Norymberga.)

Jakim sposobem zdołali zachować autentyzm swoich miast np. Włosi? Tam, wkraczając do Kortony, San Gimignano czy nawet do Asyżu, człowiek ma wrażenie iż cofa się w czasie. Autentyczny jest Rzym, autentyczna jest – mimo pewnego zaniedbania (a może właśnie dzięki niemu) – Florencja, dzielnie trzyma się Piza, a zwłaszcza jej krzywa wieża…

Przewodnik na Wawelu mówi, że po śmierci Jana Pawła II Kraków ma więcej zwiedzających niż Rzym. Ale jest to chyba jakaś nasza zaściankowa przesada. Pod tym względem bije na pewno Kraków Praga, gdzie – obiektywnie rzecz ujmując – jest znacznie więcej interesujących dla cudzoziemskiego turysty zabytków.

Nawiasem mówiąc, to miasto naszych południowych sąsiadów jest chyba najbardziej malowniczą ze wszystkich europejskich stolic, więc konkurencję mamy godną.

greydot
Kiedy myślę o krakowskich plantach, to mam w głowie zielono, ale także biało i szaro. Takie zmieniające się w rytm pór roku planty zapamiętałem z czasów, kiedy tu mieszkałem.
Klony, akacje, lipy, wiązy i oczywiście kasztany – drzewa uginające się od śniegu w zimie, rozczapierzone szaro-czarnymi gałęziami jesienią, ogarnięte zielonym żywiołem liści wiosną i latem.

Dzisiaj wtopiłem się w atmosferę tego miejsca, chcąc go przeniknąć… przesiąknąć tym wszystkim, co go tworzy.
Obszedłem planty dookoła. Zabrałem ze sobą aparat fotograficzny, ale prawie w ogóle go nie używałem, chłonąc otaczające mnie zewsząd obrazy bez pomocy obiektywu.
Tak czasami jest lepiej.

Patrzę na ludzi. Mnóstwo ludzi. Jakież to miriady światów! (Bo przecież każdy człowiek to świat sam w sobie.) Każdy z nich zajęty jest jednak sobą albo własnym towarzystwem.

Czy ktoś zwraca uwagę na to bogactwo?
Świadomie – chyba nikt.

Przyglądając się tej tętniącej polskiej rzeczywistości, która wylała się na krakowskie planty, zwracam się ku źródłom. Stąd wypłynęła rzeka mojego czasu – upływającego życia.
Jednak czy jest to rzeka mojego dzieciństwa? Czy to jeszcze ten gwałtowny nurt mojej młodości? Czy to głębokie, mocno zarysowane koryto wieku dojrzałego, którym wody płyną pewnie i bez większych wirów?
A może gdzieś tam, za następnym przełomem, znajduje się już cicha toń starości?

Teraz widzę te różne ludzkie światy i każdy z nich, mimo że obcy, w jakiś sposób odbija się echem w mojej duszy. Ci wszyscy ludzie gdzieś we mnie są obecni, każdy z nich jest cząstką mnie samego. I ja sam, gdyby oni uświadomili sobie moją obecność, stałbym się cząstką ich samych.

Oto stara żebraczka klęczy na czarnym asfalcie, pochyla głowę do ziemi, wyciągając przed siebie starą, drżąca rękę… Młoda kobieta podchodzi do mnie z prośba o “złotówkę na mleko dla dziecka”. Dwóch błogo uśmiechniętych meneli siedzi na krawężniku i karmi gołębie. Elegancki pan z laseczką i binoklem, poruszający się nie pozbawionym wdzięku truchtem. Madame w kapelusiku z kolorowym piórkiem. Robotnik w brudnym ubraniu prowadzący rower. Studentka z przyklejoną do ucha komórka. Pijak sikający pod murem. Pani prowadząca za rękę małą  dziewczynkę. Mężczyzna wyjaśniający coś swojemu synowi. Młody chłopak z psem podobnym do pudla ale wielkości bernardyna…
Zwykli niezwykli ludzie… A są ich tłumy!
Setki różnych – setki podobnych do siebie – żywych światów.

I ta zakochana para na ławce. Piękni i młodzi. Ona siedzi na jego kolanach, obejmuje go za szyję, głaszcze mu włosy, uśmiecha się… ze spojrzeniem utopionym w jego oczach.
Czułe, „banalne” con amore zdolne roztkliwić (bez wstydu posądzenia o tkliwość) nasze serce.

Piszę to wszystko w miejscu o wdzięcznej nazwie “Bunkier café”, które jednakże bunkra nie przypomina w niczym. To pełna młodych ludzi i ich ożywionego gwaru kawiarenka na świeżym powietrzu.
Stoliki na drewnianej podłodze, przeszklony dach, a nad nim… rozpostarty na płótnie wielki napis: OK! WYSPIANSKI.

Ach… jeszcze te kobiety, kobiety, kobiety! Po ulicach (i parkach) polskich miast chodzą najpiękniejsze kobiety świata! W żadnym europejskim mieście nie widziałem tak wielu kobiet o tak wielkiej urodzie. Co tam Włoszki, Hiszpanki, Francuski, Angielki… Polki i jeszcze raz Polki! Boże… tylko one mogą mnie odciągnąć od takiego tematu jak Wyspiański.

greydot
Prawdę mówiąc to nie mam nic przeciwko temu, aby zostawiać pewne sekcje miast tak, jakby były one “zawieszone w czasie” (to nie chodzi jednak o jakiś skansen). Dzięki temu możemy mieć wrażenie historycznej ciągłości, wgląd w dawne epoki i architektoniczne klimaty, o zachowaniu zabytków nie wspominając. Ale wiadomo, że miasto musi się rozwijać – i tu trzeba jednak iść na kompromis, projektując i budując tak, aby to wszystko się ze sobą nie “gryzło”, aby sprawiało wrażenie jakiejś harmonii. To właśnie powinno być w gestii dobrych architektów od zagospodarowania przestrzennego. Problem w tym, że ekipy (i projekty) się zmieniają i każdy chce wrzucić swoje trzy grosze. No i rezultatem tego bywa niekiedy bałagan.
Mnie np. przykro było nie tak dawno patrzeć na centrum Warszawy – te hangary i bazary wokół Pałacu Kultury, chociażby. Przypominało mi to jakąś architektoniczną katastrofę.
Kraków próbuje się jakoś trzymać, ale te wszystkie restauracje stylizowane architektonicznie, zabijają jednak autentycznego “staromiejskiego” ducha i zakłócają historyczny klimat.

Bardzo mi się podoba chicagowskie downtown (moim zdaniem najładniejsze z wszystkich nowoczesnych śródmieść amerykańskich miast) – mimo zastosowania wielu ciekawych, odważnych, a może i ekscentrycznych pomysłów.
W Ameryce wieżowce mnie nie rażą, ale do Europy mi trochę nie pasują (może jest to jakiś mój percepcyjny błąd, uprzedzenie?) Nie wiem co np. myśleć o paryskim La Défense. Znam kontrowersje, jakie wokół tej sekcji Paryża się podniosły – i całe te perypetie z budową tych wszystkich futurystycznych brył. Dla mnie to było ciekawe, ale ja patrzyłem na to jako przybysz z zewnątrz, który przyjedzie na chwilę, popatrzy sobie, porobi trochę fajnych zdjęć i pojedzie. Natomiast inaczej to wszystko mogą odczuwać ci, którzy tam mieszkają lub muszą pracować. Wtedy ta cała futurystyka może nieco człowieka alienować, bo rzeczywiście wygląda to trochę jak twór z innej planety.
Ogólnie rzecz biorąc, nie mam jakiejś szczególnej awersji do współczesnej architektury. Są przecież projekty, które robią na mnie spore wrażenie.

greydot
Codziennie przemierzam dziesiątki mil po chicagowskich drogach i autostradach. Setki tysięcy metalowych pudeł na kółkach, zdążających we wszelkich możliwych kierunkach – a w środku każdego pudła człowiek, niczym kosmita z krwi i kości odgrodzony od sztucznej cywilizacji, która go pochłonęła. Czy jednak ktoś zdaje sobie sprawę z owej sztuczności, obcości, wyalienowania… „postępu”, którego stał się ofiarą?
Nasz cywilizacyjny obłęd nie wydaje się nam czymś nienormalnym, dzięki temu, że prawie wszyscy go akceptują, nie wyobrażają już sobie innej rzeczywistości – po prostu wszyscy jesteśmy w tym zatopieni po uszy.
To dlatego, kiedy zdołam jakoś uciec poza wielkie miasto – w góry, lasy, wśród kaniony czy na pustynię – opanowuje mnie zdziwienie i wyłania dylemat: który z tych światów jest bardziej prawdziwy: ten, który stworzyliśmy, czy ten, który stworzył nas?
A może to są jednak te same światy?
greydot
Wyobraźmy sobie, że człowiek żyjący kilkaset lat temu, zostaje przeniesiony w nasze czasy. Jeśliby natychmiast nie postradał rozumu, to na pewno stwierdziłby, że znalazł się w obłędnym świecie. Oto dowód na to, jak wielkim gwałtem na naszej mentalności (chodzi mi oczywiście o mentalność gatunku Homo sapiens) może się wydać współczesna cywilizacja.
Zdumienie mnie ogarnia, kiedy przypomnę sobie, jak wrażliwi skądinąd ludzie, piali peany i płodzili wzniosłe poemata na cześć maszyny.

greydot
Natychmiast po spisaniu tych myśli spojrzałem jednak na drugą stronę medalu. Czy jednak dzięki rozwojowi cywilizacji nie czujemy się bardziej bezpieczni?
Co by się stało z nami, gdybyśmy tak z czasów nam współczesnych przenieśli się nagle o kilka wieków wstecz?

Nasza cywilizacja pociąga nas i odpycha zarazem. Jesteśmy w związku z nią rozdarci, ambiwalentni. Paradoks postępu: to co nas zabija, może też nas ocalić; to co nas ratuje, może też nas zabić. Być może właśnie stąd wyrasta owa dwoistość i cała ta dialektyka w naszych relacjach między przyrodą a cywilizacją.

greydot
Napisałem z przekąsem o naszych samochodach jako o pudłach, w których zamknięci jesteśmy my, kosmici z planety Ziemia.
A przecież uwielbiam jazdę dobrym szybkim samochodem po amerykańskiej autostradzie, kiedy rozpościera się przede mną przestrzeń ogromna, aż po bezkresny horyzont. To jedna z moich wielkich przyjemności życia (choć nie jest to przyjemność naturalna – ta bowiem może być rozkoszą).

greydot

Lot samolotem.
Człowiek zamknięty w stalowym kadłubie, który zdaje się wisieć w niebieskiej przestrzeni. Czasem maszyna przedziera się przez kaniony z obłoków, to znów płynie nad białym morzem z chmur.
Podróż ludzkiej mrówki nad kontynentami, oceanem…
Jakże łatwo przemieszczać się dziś z jednego świata do drugiego – w inny czas, do innych ludzi, w inna rzeczywistość.
Kilkaset lat temu takie doświadczenie równałoby się jakiejś metafizycznej rewelacji, dziś jest udziałem milionów, a przez to trywialne niczym Cola wypita na lotnisku.

greydot

Spacer po plaży w Miami Beach. Obok, ciągnące się wzdłuż wybrzeża kondominia. Sprawiają wrażenie wymarłych. Ostre słonce odbija się od szklanych tafli okien, puste balkony, znieruchomienie…
Jakie życie skrywa się za tym wszystkim, we wnętrzu tych widmowych blokowisk?

Ostatnie chwile swojego życia spędził tu Isaak Singer. Jakże dziwnie musiała się tu czuć jego świadomość pełna obrazów zaginionego świata młodości, przywiezionych z Polski. Całe Universum gasnące wraz z nim, wpatrzonym w powtarzające się na przekór wszystkiemu wschody Słońca nad Atlantykiem. Ocean, który powoli staje się symbolem narodzin, trwania, przemijania…
Wszystko i nic – oto co pozostaje.

greydot
Bezmiar oceanu ma w sobie coś hipnotyzującego. Szum fal, przenikliwy lazur, barwy, które są odbiciem nieba…
To jednak tylko powierzchnia kryjąca głębię – ton ciemną, zimną i nieprzeniknioną. Słonce sprawia, ze zapominamy o tej czarnej otchłani. Ciepłe promienie koją nas i zniewalają, przypisując jednoznacznie widzialnemu światu.

Ponad godzinę płynę już wzdłuż brzegu, nie czując pod stopami dna. Po jednej stronie dal niebieskich wód, po drugiej – pełna ludzi plaża. Trwająca chwilę pokusa, by zwrócić się ku bezkresnemu horyzontowi. Zbyt mocno jednak czuje się jeszcze dzieckiem słońca. I ta radość kiedy znów poczuje się grunt pod nogami.
Zmęczony idę po ciepłym piasku – po śladach innych ludzi, szybko rozmywanych przez fale.

greydot

Radość, która żyje i pulsuje wokół nas.
To znów lgnący do wszystkiego smutek i żal.
Wieczne falowanie…

greydot

Kołacze się w nas pierwotne pojęcie raju… Coraz mniej podobnego do świata, w którym żyjemy.

greydot

Raj na ziemi to dla nas takie miejsce, gdzie nie ma jeszcze śladów współczesnej cywilizacji. To może świadczyć o tym, jak wielką jest ona pomyłką.

greydot
Bóg ma tylko takich wyznawców, na jakich zasługuje.
Jeśli nie ma ich wcale – to widocznie też na to zasłużył.

greydot

Człowiek na drodze ewolucji: twardy orzech do zgryzienia.
Strach pomyśleć, co zacznie wyprawiać ewolucja z powyłamywanymi zębami.

greydot
Chodzi mi po głowie taka myśl, że im większy (wybitniejszy) pisarz, tym trudniej się doszukać jego samego w dziele, które stworzył – i tym bardziej jego dzieło może być autonomiczne.
Podobnie chyba rzecz się ma z aktorami: ci naprawdę wielcy mogą zagrać dosłownie wszystko i wszystkich. I trudno wtedy przeniknąć, którą częścią wykreowanej postaci są oni sami.

greydot
Narcyzm (czy też raczej pewna jego doza) nie jest obcy żadnemu człowiekowi. Jestem nawet skłonny uznać, że występuje on wręcz jako siła ewolucyjna.
Narcyzm jest bez wątpienia jednym ze składników duszy każdego człowieka – ma też wiele niuansów.
Większość z nas zgodzi się z tym, że nie lubi się narcyzów. A jednak można się pokusić o stwierdzenie, że są oni solą ludzkiego uwielbienia (chodzi mi o tzw. osoby publiczne, gwiazdy, bohaterów, twórców, artystów…); z tym, że zazwyczaj owi „celebryci” nie są postrzegani, jako narcyze, gdyż albo ten ich narcyzm nie rzuca się w oczy, bo jest skrywany, albo też ich rzeczywiste, bardziej oczywiste przymioty i dokonania ów narcyzm przysłaniają.
(Nie lubimy narcyzów, którzy według nas nie mają żadnych podstaw do swojego narcyzmu. Również tych, którzy są ewidentnymi samolubami albo takich, których miłość własna nabiera już cech patologicznych.)
Wydaje się jednak, że jakaś domieszka narcyzmu leży u źródła każdej ludzkiej kreatywności.

greydot

W odpowiednich dawkach jest nam potrzebna zarówno miłość własna, jak i niechęć do samego siebie (działa tutaj pewien samoregulujący się mechanizm psychologiczny).
Pierwsze wzmacnia to, co uważamy w sobie za pozytywne, dobre i pożądane; drugie zaś zwraca nam uwagę na to, czego w sobie nie akceptujemy, co chcielibyśmy zmienić, poprawić, z czym czujemy się źle i niewygodnie.
Ważna jest zarówno akceptacja samego siebie (to, by dobrze się mieć, będąc ze sobą sam na sam – przypomina się tu stara śpiewka zespołu “Homo Homini”), jak i samokrytycyzm, który zapobiega przerostowi własnego “Ego” właśnie – nieznośnemu zarozumialstwu, nadmiernemu samolubstwu i popadnięciu w kliniczny już stan narcyzmu.

Nota bene, uderzające jest to, że zdecydowanie częściej problemy psychiczne występują wtedy, gdy człowiek przestaje znosić samego siebie, niż wtedy, kiedy siebie uwielbia. Wówczas terapia polega głównie na tym, by ktoś polubił samego siebie – czyli, innymi słowy, by zaczął dbać o siebie i o swoje życie.

greydot
Choć niektóre nasze zachowania wyrastają wprost z pewnych mechanizmów ewolucyjnych (występujących np. w świecie zwierząt), to jednak nasze człowieczeństwo (i tworzona przez nas kultura) pozwala je w pewnym stopniu (niekiedy nawet całkowicie) przełamywać. Nawet więc wtedy, kiedy pewne nasze zachowanie wynika z narcyzmu, to jesteśmy w stanie je po ludzku wysublimować (podobnie jak sublimujemy nasz popęd seksualny), czyli niejako kulturowo “uszlachetnić”, dzięki czemu pozbawiamy go niejako atrybutów zwierzęcości (o ślepym instynkcie i popędach nie wspominając).
Piszę to dlatego, że – mimo iż uznaję trafność teorii ewolucji – to jednak nie zgadzam się, by wszystkie nasze zachowania (chodzi mi o człowieka) wywodzić tylko li ze ślepych mechanizmów ewolucyjnych (tak jak robią to np. neodarwiniści z niejakim Dawkinsem na czele – redukując człowieka do jakiejś bezwolnej maszyny służącej do – też ślepej i bezcelowej – reprodukcji “samolubnych” genów). Uważam, że człowieczeństwo nie da się opisać atrybutami materii. Jako ludzie, stworzyliśmy przecież kulturę, która zaczęła nas odróżniać ze świata zwierzęcego, i która jednak pozwala nam przeciwstawić się pewnym mechanizmom ewolucyjnym – np. “samolubności” genów. Innymi słowy, człowiek (mimo swoich ograniczeń i niedoskonałości) osiągnął już taki poziom cywilizacyjny, że sam – za pomocą stworzonej przez siebie kultury – potrafi wpływać na ewolucję (może więc nawet nabrał dzięki temu pewnych atrybutów boskości?)

greydot
Wróciłem niedawno do “Mitu Syzyfa” Alberta Camusa.
I znalazłem tam coś, co koresponduje z podjętym tu tematem narcyzmu.
Oto co Camus pisze o tzw. “wielkiej miłości”, w której ktoś się “zatraca”, rezygnując tym samym z całego życia osobistego:
“Jedno uczucie, jedna istota, jedna twarz – i nic nie zostaje”.
Tak więc, owa “wielka miłość”, ma wiele wspólnego z miłością Narcyza, tyle że jest zwrócona ku innej osobie. Czy jednak wówczas kocha się tę konkretną osobę, czy też raczej tylko wyobrażenie o niej, (które nazwać można zwierciadlanym odbiciem naszej świadomości)?
Camus, tej miłości monogamicznej, przeciwstawia repetycyjną miłość Don Juana, w której cały czas zmienia się jej obiekt: “Don Juan zna inne uczucie i jest ono wyzwolicielskie. Ta miłość przynosi ze sobą wszystkie twarze świata; jest pełna niepokoju, bo wie, że przemija.”
Oczywiście, że są to skrajności. Ale to one wyznaczają granice.

greydot
„Pies” Goi w Prado. Zrobił na mnie olbrzymie wrażenie, mimo że jest to obraz, rzec można, minimalistyczny: mała głowa psa (plamka właściwie) a wokół niej ogromna płacheć żółci, ochry i brązu.
Jakże ważny dla naszej interpretacji jest kontekst, warunki w jakich obraz oglądamy, wreszcie samo jego sąsiedztwo: w Prado są to pozostałe “Czarne malowidła” z domu Goi – niepokojące, mroczne, pesymistyczne… Trudno przy nich inaczej patrzeć na “Psa” jak z poczuciem tego fatalizmu zagłady, która wisi gdzieś tam nad nim w tej brudno-żółtej pustce i ciemnej hałdzie horyzontu.
Goya był zawsze w moich oczach takim “potworem” tworzenia (piszę to oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa): on wszystkie swoje cierpienia, lęki, choroby, strachy i koszmary (a nawet fizyczną niemoc czy kalectwo) potrafił przetransformować w swoje obrazy – tak jakby “wypluwał” te zakały z siebie, dzięki czemu potrafił się w pewnym sensie oczyścić, pozbyć ciężaru – wszystkich tych egzystencjalnych bakterii i zarazków, które zatruwały mu życie, wpędzały go w chorobę.
Poza tym, miał on w sobie ogrom sił witalnych, które – właśnie poprzez twórczość – mógł przeciwstawić nękającym go nieszczęściom.
Prawie każdy (łącznie ze mną) interpretuje tego “Psa” w tonacji melancholijnej i pesymistycznej.
A może jednak Goya by nas za to wyśmiał? Ponieważ malował tego psa w jakimś błysku nadziei? (Bo przecież był na progu nowej podróży – do Francji, do kobiety, którą kochał, do dzieci…)
Może w pysku tego psa jest jednak spokój i po prostu wpatruje się on z ciekawością w coś, co się jeszcze może zdarzyć dobrego?

Ktoś mi kiedyś powiedział: „To pies metafizyczny. Nie można go przywołać do nogi. On wie, ale nie chce i nie może powiedzieć.”
A ja pomyślałem: co on takiego może wiedzieć? Lecz jest to także pytanie metafizyczne. (Ach ta metafizyka, psia jej mać!)
Swoją drogą, w jednej z religii orientalnych można znaleźć stwierdzenie, że “świat istnieje dzięki rozumowi psa”. Hm… To dopiero musiałby być rozum metafizyczny.

greydot
Jaką wartość może mieć słowo?
To zależy od tego, jaką ma ono treść, kto i w jakim momencie je wypowiada.
Słowa wiec mogą ulatywać na wietrze, potrafią też zabić (nie tylko te, które są wyrokiem śmierci); słowo może uleczyć albo wpędzić w chorobę. Niektórzy pisarze sądzą, iż słowami mogą uderzać w ludzi.
Wierzymy, że na początku było słowo i słowo ciałem się stało.

Czym jest słowo pisane w bezmiarze wydrukowanych słów? Kroplą w morzu, ziarnkiem piasku na pustyni, monadą we Wszechświecie? Ale przysłowie mówi, że słów nie powinno się liczyć a tylko ważyć.

greydot
Wynalazek Gutenberga z czasem doprowadził do wydawniczej orgii. Miliony opublikowanych książek, miliardy gazetowych wydań, ulotki, broszury, skrypty, nasze blogi wreszcie… Słowa się dewaluują. Czy tracą również wartość złożone z tych słów myśli?
Niejeden literat chciałby mimo wszystko, by niektóre z jego słów miały ciężar sacrum. Ale co może uświęcić słowo? Pragnienie, pasja i wiara autora? I czy dla wszystkich będzie ono święte?

Najbardziej celebruje się słowa w poezji. Wynika to z pragnienia, by słowo miało moc zaklęcia, by mogło tworzyć światy równie realne jak istniejąca już rzeczywistość; by utrwaliło sen poety. Lecz wyznawców tego kultu liryzmu jest niewielu. Zwycięża pragmatyczny realizm, pospolitość, gdzie słowo jest ledwie informacją.

Z drugiej strony słowo może być kłamstwem, skrywać nikczemność, fałszować świat, pogłębiać iluzje… To ostatnie zapewne miał na myśli Joseph Conrad kiedy pisał, że największym wrogiem rzeczywistości jest właśnie słowo.

greydot
Są dwa bieguny percepcji słowa, dwie skrajności w sposobie w jaki ludzie reagują na nie: z jednej strony absolutna obojętność, zaprawiona niekiedy lekceważeniem, z drugiej – głębokie przejęcie się nim, nacechowane często uwielbieniem. Między tymi przeciwległymi brzegami rozlewa się zapisany ocean, po którym dryfuje łódka naszej uwagi (albo też nieuwagi).

Człowiek, który operuje słowem ma do wyboru kilka możliwości: szanować wartość słowa, znać jego wagę, wierzyć, że z jego pomocą może przekazać innym coś ważnego; albo też bawić się znaczeniami, grać, symulować, udawać, zwodzić… rezygnując z powagi słów, nie wierząc, że słowa mają jakiś wymierny i znaczący wpływ na ludzi i rzeczywistość.
To pierwsze pociąga za sobą ryzyko patosu i nadęcia, drugie – cynizmu i zobojętnienia. A w obu przypadkach grozi nam jeszcze wszystkim coś strasznego: nuda. Mądrością byłoby zachowanie złotego środka.

Nikt nigdy nie napisze niczego nośnego, jeśli nie wierzy w moc słów, ani w sens pisania.

Mimo wszystko warto szanować słowa, i to zarówno cudze, jak i własne. Nigdy bowiem nie wiadomo, jak mogą zmienić nasze życie, a nawet świat.

greydot

Na krakowskich plantach

Na krakowskich plantach

.

MÓZG LEONARDA, WYZNANIE TOŁSTOJA, WIEWIÓRKA MIŁOSZA, POLEMIKA ZE ŚWIREM… (zapiski V)

(z zapisków rozproszonych)

*

KAMIENIE – KLEJNOTY, RELIKWIE, TALIZMANY, FETYSZE…

Setki tysięcy Amerykanów zobaczyły niedawno kremlowskie złoto. Najpierw w Houston, później w Chicago. W Teksasie potraktowano eksponaty jak dekoracje (stąd amerykańska opinia o „niezmierzonych bogactwach Rosji”); chicagowskie Muzeum Ziemi wprowadziło zaś pewien komentarz historyczny, dzięki któremu bardziej już można było poczuć rosyjskie paradoksy i kontrasty: niezmierzone bogactwo – niezmierzona nędza, władza absolutna – absolutna niemoc; okrucieństwo, pycha i szaleństwo – chwała, cierpienie i pokajanie… Niewiarygodne, obłożone setkami diamentów korony carów Rosji sąsiadujące z kilogramami skarbów prawosławnych biskupów Moskwy. Demonstracja bogactwa i władzy. Jaja Fabergé. Kapiące złotem ikony, przyduszone zwałami biżuterii Boże Dziecię i opleciona sznurami pereł Matka Boska. Szokujący, ciężki, cały ze złota sarkofag zamordowanego małego Dymitra i wzruszające puzderko podarowane mu wcześniej przez tatusia, którym był Iwan Groźny.

1000 lat historii, 140 niezwykłych cacek, skarbów, cudeniek i prawdziwych dzieł sztuki. Nikt nawet nie próbował określić ich wartości.

Szlachetne kamienie w Rosji były również fetyszami. Klejnoty posiadały magiczną moc, tudzież mistyczne wręcz właściwości: diamenty łagodziły żądze i chciwość, szmaragdy pomagały przywrócić mądrość (sic!), zaś szafiry zapewniały spokój.

greydot
Klejnoty – twarde jak kamień i jak kamień zimne.
Co przedstawiają? Czyste piękno czy marną próżność?
Co w nich zaklęte? Urok czy złudzenie?
Co jest ich istotą? Bogactwo ducha czy nędza materii?

Jeden z krajowych magazynów dla pań donosi, że „jubilerzy znów rządzą kobietami”. W artykule „Zapach klejnotów” czytamy: „Biżuterii i perfumom blisko do siebie. Zupełnie nie szanują naszego zmysłu praktycznego. Klejnoty z cennych pereł, kamieni i kruszców to elitarna kasta schowana za murem niebotycznych cen. Perfumy są bardziej demokratyczne. Sygnowane nazwiskami słynnych jubilerów ofiarowują zmysłową przyjemność i urodę skradzioną klejnotom”. Ten fragment jest jeszcze interesujący. Niestety, to co czytamy dalej, to już tylko utylitarna toaleta. Typowe vanity fair.

greydot
Istnieją różne przywiązania do klejnotów. Zarówno szlachetne, jak i przyziemne. Cenny talizman, w którym pokładana jest wiara w magię i zaklęcie dobrego szczęścia. Ukochana miniatura symbolizująca czyste uczucie – miłość do kojarzonego z nią człowieka. Klejnoty rodowe pielęgnujące pamięć o zmarłych – przekazujące tradycje rodzinnej świetności.

Człowiek zaklinał rzadkie kamienie, przenosząc na nie swe pragnienia i tęsknoty. Kamień stawał się marzeniem i poezją. To właśnie dlatego takie wrażenie robił na nas ongiś norwidowski „gwiaździsty dyjament”.
Norwid… Nota bene autor „Bransoletki” i „Pierścienia wielkiej damy”.

greydot

WYZNANIE TOŁSTOJA

Od jakiegoś czasu czytam „Dzienniki” Tołstoja. Jak na razie poszukiwanie erudycji i intelektualnej wielkości pisarza przynosi dość mierne rezultaty. Trudno byłoby mi uwierzyć – według tych przeczytanych dotychczas fragmentów – że piszący je człowiek jest równocześnie autorem „Wojny i pokoju”. Lecz są to oczekiwania naiwne (nie tylko dlatego że na czas powstawania tej powieści Tołstoj zaprzestał pisania dziennika).

W powszechnym wyobrażeniu Tołstoj to tytan myśli i moralności. Bogu-podobny starzec, patriarcha ogarniający swym mądrym spojrzeniem świat z Jasnej Polany.
A oto co on sam o sobie pisze: „Przypomniałem sobie swoje wykoślawienie, zepsucie. Jestem zepsuty zarówno wczesną rozwiązłością, jak zbytkiem, obżarstwem i próżniactwem. Gdyby tego wszystkiego nie było, teraz, mając 65 lat, byłbym rześki i młody. Ale czy to zepsucie poszło na marne? Wszystkie moje wymagania moralne wyrosły z tego zepsucia”.

Zastanówmy się jednak czy chcielibyśmy czytać powieści pisane przez chodzące doskonałości. Zapewne trudno byłoby nam przebrnąć już przez pierwszą stronę i nawiedziłyby nas mdłości, bynajmniej nie sartre’owskie a te – po ludzku – fizjologiczne. Istota idealna jest dla nas czymś spetryfikowanym, zastygłym w pozie, ograniczonym do symbolu – wydaje się nam niemożliwe, by była kreatywna, twórcza. Aniołowie są bezpłodni.
Nawet Boga nie możemy sobie wyobrazić bez użyczania mu naszych ludzkich wad i namiętności.

Co o tym myśleć? (bo mimo wszystko jest to intrygujące).

Tołstoj dyktuje swojej córce: „Rzadko spotykałem człowieka, który posiadałby w większym stopniu niż ja wszystkie przywary: lubieżność, chciwość, złość, próżność, a przede wszystkim egoizm. Dziękuję Bogu za to, że wiem o tym, widziałem i widzę w sobie tę ohydę, a jednak z nią walczę. Tym się właśnie tłumaczy powodzenie moich pism.” (Zapis z 7 sierpnia, 1910 r)

W tym samym czasie Tołstoj przechodził gehennę z powodu histerycznych ataków swojej żony Zofii Andriejewny. Może to właśnie tłumaczy ową samokrytykę – pełną poczucia winy bezradność wobec nerwowych wariacji żony?  Idealne „Ja” zmuszone do poniżającej szarpaniny na poziomie ordynarnego domowego awanturnictwa. Nie wydaje mi się bowiem, że są to jakieś przewrotne umizgi – stawianie się w jak najgorszym świetle by wzbudzić litość, czy też może nawet sympatie otoczenia. Kajający się człowiek zazwyczaj miły jest naszemu oku, bo dzięki temu afirmować się może nasza wyższość… choćby tylko na ten moment.
Tołstoj ewidentnie przesadza z tym „rzadko spotykałem człowieka, który posiadałby w większym stopniu niż ja wszystkie przywary …”, bo na pewno we współczesnej mu Rosji roiło się od typów gorszych od niego o piekło całe. Jednak łatwo zrozumieć to, co pisze dalej: że uświadomienie sobie własnych skaz i walka z nimi umożliwiły mu tworzenie dzieł, w których łatwiej było się przeglądnąć ich czytelnikom – także i tym wszystkim węszycielom ułomności życia.
Na takim oto gruncie wyrasta jeden z najsłynniejszych moralistów XIX wieku.

greydot

Dramatyzm ostatnich dni życia Tołstoja. Ucieczka przed rozhisteryzowaną żoną. Zgon na stacji Astapowo. Na kilka dni przed śmiercią wspomina jeszcze w dzienniku o jakimś swoim planie. Ostatni zapis kończy się zaś słowami: „A wszystko to dla dobra innych, a przede wszystkim dla mojego”.

greydot

LENIN, CZYLI NOSTALGIA

W polskim „Newsweeku” korespondencja z Moskwy zatytułowana „Lenin wiecznie nieżywy”.

Mauzoleum Lenina z wystawionymi tam zwłokami prowodyra październikowej rewolucji, to jedna z największych atrakcji Placu Czerwonego. Dla większości zachodnich turystów ten trup na pokaz to jedynie kuriozalna ciekawostka, dla wielu mieszkańców byłego Związku Radzieckiego – ciągle okazja do złożenia hołdu wodzowi. Ponury gabinet jednej jedynej figury woskowej, a właściwie mumii, pamiątki po piramidalnym w swej skali i klęsce, ustrojowym eksperymencie ludzkości.

Jest coś dojmująco koszmarnego w tym ekshibicjoniźmie upiora rewolucji. Chciałoby się rzec, że każdy kraj ma takie atrakcje turystyczne, na jakie zasługuje.

Znany reżyser Nikita Michałkow przypomina, że swego czasu władze nagradzały swoich robotników – liczącą niekiedy wiele tysięcy kilometrów – podróżą do Moskwy, której głównym celem była wizyta w mauzoleum. Obecnie wielu Rosjan nagradza się samemu, wybierając się z pielgrzymką do stolicy, by zobaczyć zwłoki „wielkiego człowieka, który w pojedynkę zmienił oblicze świata.”

To ponure widowisko sporo kosztuje (niektórzy mówią o 1,5 mln. dolarów rocznie), bowiem ciało trzeba poddawać stałym oględzinom. Co kilkanaście miesięcy kąpie się zwłoki w specjalnym balsamującym roztworze, a co trzy lata zmienia się garnitur, koszulę, buty, skarpetki i krawat. Słyszy się głosy, by położyć kres temu widowisku i zakopać Lenina w ziemi (podobno on sam chciał, by pochowano go obok jego matki na cmentarzu w Petersburgu). Skłaniał się ponoć ku temu sam Putin, ale oczywiście podniosły się też głosy ostrego sprzeciwu: „Jak ruszycie Lenina, to my zakopiemy was żywcem!” – krzyczą młode klony starych bolszewików (a więc nawet nie „po naszym trupie” a „po waszym”).
Wszystko wskazuje na to, że jest to również wyraz tęsknoty za reanimacją dawnego sowieckiego imperium.

Truchło Lenina jest więc nadal swego rodzaju komunistyczną relikwią, tyle że – w oczach ludzi świadomych zbrodni totalitaryzmu – relikwią szatańską. Zmumifikowany relikt kultu jednostki, który i tak, prędzej czy później, w proch się obróci… i popadnie w niepamięć, jak wszystkie nasze poronione utopie.

greydot

KALIFORNIA ZABIJA TOOKIEGO WILLIAMSA

Dzisiaj w nocy wykonano wyrok śmierci na Tookie Williamsie skazanym przed 24 laty za czterokrotne zabójstwo. Wszystko odbyło się wśród zmasowanych protestów tzw. “celebrytów” i rozpętanej na szeroką skalę akcji reklamowej mass-mediów.
Cale wydarzenie udramatycznił nawet sam Schwarzenegger, który niczym Deus ex machina miał ostatecznie zadecydować o życiu i śmierci nawróconego ponoć gangstera. W ostatnim niemal momencie ten były kulturysta, a obecny gubernator Kalifornii, zrezygnował z przysługującego mu prawa wstrzymania egzekucji i odrzucił prośbę Williamsa o ułaskawienie.
Dokładnie o północy wprowadzono skazanego do celi śmierci, gdzie przez pół godziny personel medyczny męczył się próbując znaleźć igłą żyłę w nadal muskularnym ramieniu skazańca, by wstrzyknąć weń zabójczą truciznę. W pomieszczeniu obok, za przeszklonymi oknami, przyglądało się temu kilkadziesiąt osób. Kiedy Williams przestał się ruszać, kilku jego czarnych przyjaciół podniosło do góry zaciśnięte pięści (gest ten, jak wiadomo, oznacza “black power”) i rozległy się krzyki: “Oto stan Kalifornia zabił jeszcze jednego niewinnego człowieka”). Ach, to nasze zamiłowanie do teatrum!
Wśród całego tego zgiełku ciągle miałem wrażenie, że osoba Williamsa jest na drugim planie, zaś tak naprawdę chodzi wszystkim o manifestacje własnego egotyzmu w przeróżnej postaci – i to zarówno ze strony tych miłosiernych zwolenników przebaczenia, jak i nieprzejednanych egzekutorów sprawiedliwości, chcących wyeliminować Williamsa z rejestru żywych.
Oczywiście bardziej irytowali mnie ci, podający się za obrońców sprawiedliwości mściciele, ale nie mogłem też zaakceptować tej jednostronnej i równie ślepej postaci miłosierdzia. Pierwsi razili często odpychającym brakiem serca i chłodem wiejącym z ich bezwzględnej kalkulacji, drudzy wydawali się być zamknięci w jakimś szklanym kloszu martyrologicznej retoryki.
Jedni widzieli Williamsa jako bestie, drudzy jako anioła.
Ja zaś dostrzegłem w nim jedno i drugie… a właściwie: coś pośredniego – człowieka.

greydot

To prawda – argumenty jakich użył Schwarzenegger uzasadniając swą odmowę udzielenia skazanemu łaski, wydają mi się dość bezduszne. Prawdę mówiąc spodziewałem się po nim czegoś głębszego. Również jego dobre samopoczucie było chyba nie na miejscu. Nie podejrzewam jednak, ze w podjęciu przez niego decyzji, odgrywały jakąkolwiek rolę względy polityczne. O taką monstrualność nie chcę go nawet podejrzewać! A może się jednak mylę?
A co do prawa decydowania o życiu i śmierci jakie przysługuje dziś gubernatorom i prezydentowi? Uważam je za jakiś feudalny relikt absolutyzmu władcy – przeżytek zamierzchłych epok niegodny żadnej społeczności mieniącej się demokratyczną. Jest to również w pewnym sensie podważanie autorytetu funkcjonującego w cywilizowanym państwie sądownictwa i jego niezawisłości. (Lecz z drugiej strony… dobrze, że coś takiego jest, bo to zawsze jeszcze jedna szansa więcej, by uratować ludzkie życie.)
I do czego to doszło?
Niegdysiejsze bożyszcze muskulatury dysponuje boską mocą szafowania ludzkim życiem i śmiercią – i to w pełnym majestacie prawa! Nomen omen – Terminator: jak to złowieszczo brzmi w tej sytuacji i okolicznościach.

greydot

Jak można chcieć – z własnej i nieprzymuszonej woli! – być obecnym przy uśmiercaniu drugiego człowieka? Czy tak daleko odeszliśmy od ciemnych wieków, kiedy zwoływano całą okoliczną gawiedź i tłuszczę na publiczne egzekucje?
Nieważne czy kieruje nami żądza zemsty czy rozrywki, poczucie sprawiedliwości czy zwykła ciekawość. Te pierwsze motywy są wstrętne, drugie zaś – niemożliwe według mnie do zaakceptowania. Jeśli już gdzieś prawo dopuszcza karę śmierci, to powinno się ją wykonywać w obecności tylko niezbędnych do tego od strony prawnej osób.
Wszystko ponadto – to spektakl.

greydot

Jestem przekonany, że ludzkość wzniesie się na jakiś wyższy poziom swego kulturowego i duchowego rozwoju dopiero wtedy, kiedy pozbędzie się chęci zabijania.
Czy kiedykolwiek będzie to możliwe? Na razie jednak wydaje się to nam jedynie utopią.

greydot

OBDZIERANIE ZE SKÓRY

„El Pais” przypomina sylwetkę Eda Geina, psychopatycznego mordercy, którego wyczyny były inspiracją zarówno dla „Psycho” Hitchcocka, jak i horrorów w rodzaju „Milczenia owiec” czy „Teksaskiej masakry piłą mechaniczną”.

Oto fragment artykułu:

„Dom tonął w ciemnościach – nie było światła elektrycznego. Szeryf poczuł, że coś dotknęło jego ramienia. Gdy się odwrócił i poświecił latarką, wpadł na szczątki ciała powieszonego na haku. Zwłoki były obdarte ze skóry i pozbawione wnętrzności. Szeryf na początku pomyślał, że to jeleń – zwierzę, na które tradycyjnie polowano w tym regionie. Po dokładniejszych oględzinach przekonał się, że ma przed sobą szczątki kobiety powieszonej do góry nogami. Miała nogi w rozkroku, w kształcie litery V. Od krocza przez cały tułów szło głębokie rozcięcie, przedłużające szparę między wargami sromowymi aż do szyi. Kobiecie odcięto głowę, usunięto genitalia i odbyt.
Na zebranie dowodów zbrodni Eda Geina policja musiała poświęcić całą noc i sporą część dnia. Funkcjonariusze szybko znaleźli liczne ludzkie szczątki: cztery nosy w skrzynce; dziewięć sromów osolonych i pomalowanych na srebrno; miskę na zupę zrobioną z połowy czaszki; dziewięć masek z kobiecych twarzy; tyle samo głów przymocowanych do ściany jak myśliwskie trofea; bransoletki, torebki, pochwy na noże, kosze na śmieci, abażury i siedzenia z ludzkiej skóry; cztery czaszki, które dekorowały wezgłowie łóżka; serce na patelni; dziesiątki ludzkich organów w lodówce; naszyjnik z warg; pasek z sutków; kamizelkę z pochew i piersi; kompletny strój uszyty z kobiecej skóry…”

Trudno się oprzeć wrażeniu, że ktokolwiek układał tę litanię okropieństw, w jakiś sposób napawał się jej przewrotną, wręcz perwersyjną „atrakcyjnością”, jaką stanowi niekiedy dla ludzi coś niebywale odrażającego. Granica okrucieństwa i obrzydliwości została tu jednak moim zdaniem przekroczona, a tym samym zbrodnia nabrała cech groteski. Groteska zaś jest często formą samoobrony naszej psychiki przed przerażającą nas rzeczywistością.

Nigdy nie przestanie nas jednak zadziwiać fakt ludzkiej skłonności do oddawania czci horrendum.
Dlaczego setki i tysiące kobiet lgnie do seryjnych morderców? Z jakich powodów przedmioty związane ze zbrodniarzami są pożądane przez kolekcjonerów i traktowane niczym jakieś satanistyczne relikwie?
Po wykryciu zbrodni Eda Geina, wielu ludzi płaciło za możliwość choćby dotknięcia furgonetki, którą woził on wykopane na cmentarzu zwłoki.

greydot

Skąd wyrasta nasza, bardziej lub mniej zakamuflowana, fascynacja złem, perwersją, okrucieństwem, makabrą?
Wskazanie na patologię niczego nie wyjaśnia. Skrajne przypadki jedynie bardziej nam to uświadamiają.

Źródeł, moim zdaniem, należy się doszukiwać w naszych zwierzęcych atawizmach – w trwającej setki tysięcy lat historii drapieżnika, który stopniowo narzucał sobie kulturowe ograniczenia, aż wreszcie mógł się nazwać człowiekiem…
Niestety, co jakiś czas dochodzi do incydentów (lub kataklizmów w rodzaju światowych wojen), które uświadamiają nam, że jest to określenie cokolwiek jeszcze na wyrost. Nasza żądza krwi i gwałtu tkwić może jeszcze w paleolicie.

Póki co – w tzw. normalnych warunkach, „spokojnych” czasach – żyjemy w gorsecie norm prawnych i cywilizacyjnych; zamknięci w ramach naszej tradycji i obyczaju. Jeśli więc ktoś jest na tyle odważny czy szalony by zerwać brutalnie te więzy, zwraca na siebie naszą uwagę niczym bestia uwolniona z klatki. Niektórzy reagują przerażeniem, inni zaś z fascynacją patrzą na to, do czego zdolne jest dzikie zwierzę. Są również tacy, którzy przeczuwają albo wręcz uzmysławiają sobie wówczas to, co drzemie w nich samych, zagrzebane gdzieś głęboko w mrokach podświadomości.

greydot

Jeśli chodzi o człowieka, to paradoks jego makabrycznych i perwersyjnych recydyw zdaje się wyrastać wprost z jego intelektualnych możliwości – mózg zbrodniarza jest takim samym zdumiewającym fenomenem, jak mózg świętego. Dlatego człowiek może w zbrodni dojść równie daleko, jak w świętości.

Pozbawione kultury zwierzę nie jest okrutne. Tym bardziej nie może być tak pomysłowe w zabijaniu innych żywych istot, jak pomysłowy bywa pod tym względem człowiek.
Stąd rodzi się jeszcze jeden zaskakujący wniosek: okrucieństwo nie może istnieć bez kultury.
Mało tego – wydaje się, że im bardziej wyrafinowana kultura, tym bardziej wyrafinowane okrucieństwo.

greydot

ATOMEM W WIELORYBA!

Sławomir Mrożek w swoim „Dzienniku powrotu” pisze: „ …cnotliwość, gdy natrętna – nudzi, a grzech kusi. Przekora, właściwa ludzkiej naturze, zwłaszcza ludziom młodym, buntuje się przeciw dyktaturze cnoty. Kiedy mi kładą w uszy: ‚Rób tylko to, ale nigdy tamto’, ‚Myśl tylko to, broń Boże inaczej’ – uszy mi od tego puchną i choćbym nie miał rzeczywistej do grzechu ochoty, kusi mnie, żeby pogrzeszyć, jeśli nie w uczynkach, to przynajmniej w myśli i mowie, czyli trochę pobluźnić. Zresztą grzechem w mowie ryzykuje się więcej niż grzechem w uczynkach, gdyż dla bigotów i hipokrytów jest to grzech najcięższy. Pogrzeszyć dla równowagi po prostu, dla zdrowia psychicznego, dla kontrapunktu (styl bez kontrapunktu jest zawsze złym stylem), rozproszenia nudy czy żeby poczuć się wolnym”.
Mrożek opowiada jeszcze o radości, jaką mu sprawił pewien bumper sticker, który nawinął się mu przed oczy akurat w okresie nasilonych protestów przeciwko zbrojeniom atomowym oraz kampanii na rzecz ochrony wielorybów.
Otóż wtedy, gdy na zderzakach pełno było nalepek w rodzaju „Ban the Nuke!” („Zabronić Atomu!”) czy „Save the Whales!” („Ratować Wieloryby!”), on trafił na banner, który wzywał: „Nuke the Whales!” („Atomem w Wieloryba!”). Na Mistrza – jak sam wyznaje – podziałało to odświeżająco, choć przecie lubi on wieloryby i nie chciałby ginąć w jądrowej katastrofie.

Kiedy zaś czuje się on „przekarmiony namaszczoną wzniosłością, łatwą łzą i poprawnością zbyt skwapliwą, mechanicznym aplauzem i gotowym jak z puszki oburzeniem zbyt świętym”, to wtedy ma ochotę „ … zostać rasistą, antysemitą i pogromcą Cyganów rumuńskich, skinem, punkiem, spalić Białowieżę i lasy tropikalne, uchwalić specjalny podatek od ubóstwa, zwłaszcza w Krajach Trzeciego Świata, pomyśleć coś brzydkiego o Matce Teresie i księżnej Dajanie, zrewidować (swój) stosunek do dyktatur i polubić faszyzm, a nawet zostać szowinistyczną męską świnią”.

Oczywiście nie podejrzewam Mrożka, aby rzeczywiście chciał się stać „rasistą, antysemitą, pogromcą i skinem” naprawdę i permanentnie. Jednak to, co pisze, uświadamia nam fakt odczuwania przez nas niekiedy silnej potrzeby oporu wobec wiszących nad naszą głową restrykcji, wyzwolenia się z pętających nas zakazów i nakazów. Wprawdzie czymś powszechnym jest ucieczka ludzi od wolności (konformizm, oportunizm, wygodnictwo, zastana religia, lenistwo…), to jednak pozostaje w nas owa anarchistyczna skłonność do buntu przeciw dyktaturze cnoty, poprawności, ogłady, sterylnego porządku, niepokalaności… Do tego rodzaju – często burzliwej – przekory, która często przejawia się u dzieci, czy też wśród młodzieży. Ten fenomen jest czymś niezwykle istotnym w tworzeniu naszej kultury, w kształtowaniu naszej osobowości. Dlaczego? O, to już temat na rozprawę całą!

greydot

Jakże razi mnie często brak poczucia humoru naszych polskich polityków. Owa nadęta sztywność i przejęcie się własną ważnością. Patos i zarozumialstwo. Wszelki żart na swój temat odbierają oni jak wołającą o pomstę do nieba, osobistą zniewagę. Bowiem nie są oni w stanie rozróżnić owych dwóch poziomów rzeczywistości: komizmu i powagi. Nie mogą pojąć, że każdy aspekt naszego świata ma swoją poważną i tragiczną, ale również błahą i komiczną stronę. Człowiek, aby zachować równowagę, potrzebuje doświadczenia obu.

greydot

W jednym z miasteczek Bedenii – Wirtembergii, na widok publiczny wystawiono płaskorzeźbę, ukazującą nagie figury Angeli Merkel oraz innych prominentnych niemieckich polityków, w pozach dość dwuznacznych.
Pisze o tym tygodnik „Wprost”, tak przedstawiając ów „seks grupowy z Angelą Merkel”: „Gerhard Schröder trzyma rękę na wzgórku łonowym swej następczyni. Kanclerz Angela Merkel dzierży w dłoni penisa byłego premiera Bawarii Stoibera. Z kolei Stoiber ugniata genitalia szefa liberałów Guida Westerwellego. A minister finansów Steinbrück ściska między nogami Schrödera i samego siebie”.
Burmistrz miasta, testując niemieckie poczucie humoru (raczej nie cieszące się w świecie dobrą sławą) nie daje za wygraną i nie chce usunąć rzeźby.

Można tu postawić kilka pytań:
–   Czy przekroczone zostały granice dobrego smaku?
–   Czy ukazanie w ten sposób polityków jest naruszeniem ich godności osobistej?
–   Jak daleko może sięgać satyra i wolność artystycznej wypowiedzi?
–   Na czym polega wartość podobnej twórczości?
–  Czy ustawianie wszystkiego w świetle tylko li groteski, zjadliwej ironii, satyry, szyderstwa czy absurdu nie koroduje w końcu uznanych przez ogół wartości i autorytetów, niezbędnych do zachowania w społeczeństwie pewnego ładu?

greydot

STORGE

Wiewiórka z drewna

Czesław Miłosz w “Ziemi Ulro” wspomina, że kiedy miał lat sześć, mamusia kupiła mu na rynku drewnianą wiewiórkę – tanią zabawkę, płaską, wycięta z dykty, pomalowaną na rudobrązowy kolor. Dalej wyjawia on, ze to właśnie dzięki niej zapoznał się po raz pierwszy z potęgą Erosa: “… zakochałem się i tak żarliwe było moje uczucie, ze teraz odnoszę się do niego z największą powagą i ani mi w głowie żartować tylko dlatego, ze skierowało się na śmieszny przedmiot”.
Miłosz jest jednak zdumiony (“Kochać się w drewnianej wiewiórce!”), lecz zaraz przyznaje, że przecież ta sama skłonność popychała go także ku innym miłościom: “A czy nie kochałem się później w ilustracji, w ptaku, w poecie, w słowach jednej linijki spiętych rytmem?”

Ten pozornie trywialny, dziecięcy impuls nie jest ani śmiesznością, ani tylko błądzeniem naszego rozproszonego i zdezorientowanego libido, czyli pożądania, które rwie nas ku przypadkowym obiektom. Jest koniecznością w naszej relacji ze światem. Dana jest nam Miłość (przez Greków nazywana Storge), niezbędna do zadomowienia się przez nas w tym świecie – do zarzucenia weń kotwicy, do naszego się w nim spełnienia. Wydaje się ona być wrodzona każdej żywej istocie. Różny z nią jednak robimy użytek.
Ile w tym dysponowaniu i kierowaniu ową Miłością zależy od nas samych? Chcielibyśmy wierzyć, że dużo, choć w życiu bywa różnie i niejednym z nas Storge poniewiera bezlitośnie, nieraz szyderczo i zgubnie.
Największą jednak tragedią jest jej roztrwonienie, rozwianie, odejście… Wówczas człowieka – mimo, iż nadal otoczony jest on światem – ogarnia pustka. A wtedy nawet cymbał nie jest brzmiący. Jak pisał Blaise Pascal w swoich “Myślach”: “Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku, bez namiętności, bez spraw i rozrywek, zatrudnienia. Czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, niemoc, próżnię. Bezzwłocznie wyłania się z głębi jego duszy nuda, melancholia, smutek, troska, żal i rozpacz”.

Błądzący Eros

Dziwne są niekiedy drogi, po których prowadzi nas Eros. Nasza Miłość błądzi wśród ludzi, błądzi też wśród rzeczy. Mnóstwo sercowych kombinacji, nieprzeliczalne możliwości, mnogość szans… Kiedy wreszcie już nam kogoś wybierze, za nic nie chcemy przyznać, że to sprawa przypadku. Częściej mówimy o przeznaczeniu. Kochamy się również w rzeczach lub w ideach. I to nie tylko wtedy, gdy pozbawieni jesteśmy (lub sami się pozbawiamy) towarzystwa ludzi. Są też tacy, którzy w miłość nie wierzą. Lecz raczej trudno jest im dać wiarę, bo przecież muszą coś w swoim życiu darzyć uczuciem, być może nawet namiętnością. Choćby: taką władzę czy pieniądze…
Trudno wyobrazić sobie człowieka zupełnie wypranego z uczuć. Życie nie znosi próżni, dusza nie może być pusta. Człowiek bez uczuć to martwy człowiek.

Na bezludnej wyspie i piłka człowiek

Tu ktoś może na ów tytuł się obruszyć, wiec objaśniam: Tom Hanks w filmie “Cast Away” jest współczesnym Robinsonem Crusoe. Wyrzucony w katastrofie lotniczej na małą wysepkę bezkresnego Pacyfiku, trzy lata spędza w samotności, której by nie zniósł, gdyby nie… futbolowa pika z wymalowaną na niej – krwią samego Hanksa! – włosami, oczami, nosem i ustami. Hanks swego towarzysza nazywa Wilsonem (Robinson miał Piętaszka) i przeżywa z nim dramaty, jak z żywym człowiekiem (ta jego rozpacz po stracie Wilsona, kiedy gotów jest dla niego poświecić swe życie!).
A jednak ani nam w głowie naigrywanie się z dziecinności rozbitka, bo przecież sami znamy to uczucie: Wilson uosabia pewien ludzki egzystencjalny mus – jest symbolem konieczności naszego związania się ze światem. Z kimś lub z czymś.
Kto ma styczność z dziećmi, ten wie, że często przywiązują się one bardzo – lub wręcz zakochują – w rzeczach, które dla innych są ledwie szmatką, koralikiem, kubkiem, zabawką… To coś na podobieństwo drewnianej wiewiórki Miłosza.
Nasza miłość do świata musi się na czymś skupić. Z wiekiem przenosimy ja na coś innego, choć z tej dziecinnej naiwności wiele w nas zostaje. Poświęcamy się wtedy tzw. “konikom”, hobby; kolekcjonujemy przeróżne rzeczy, tudzież piszemy bloga lub oddajemy się aktywności nie zawsze praktycznej i racjonalnie wytłumaczalnej.
A że często przypomina to ucieczkę?

greydot

MÓZG LEONARDA

Wieczór z Leonardem Cohenem. W kinie „Music Box” pokazują film dokumentalny „I’am Your Man”. Melancholia Cohena dojrzała. Nie jest już taka natarczywa, jak w większości jego starszych piosenek. W jego słowach panuje spokój, chandra zeszła gdzieś na obrzeża, jej miejsce zajął… humor. Dodajmy: humor specyficzny, cohenowski czyli taki, który wybucha Śmiechem nawet w obliczu nicości.

Cohen spokojny, dojrzały, rzec można – nobliwy. Czyżby to wpływ medytacji Zen, kilku lat spędzonych w klasztorze buddystów? Jego mistrz powitał go słowami: pamiętaj – ja nie jestem Japończykiem, ty nie jesteś Żydem. Za pierwszym razem Cohen z klasztoru uciekł, za drugim jednak został – i to na całe pięć lat. A kiedy już wyszedł na zewnątrz (nie musiał daleko iść, bo klasztor znajdował się w samym Los Angeles), nagrał przebojowy album „The New Songs”.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że cała jego koncepcja powstała jeszcze w klasztorze. Ciekawe czy jego mistrz o tym wiedział?

Leonard Cohen, podobnie jak Bob Dylan, był jednym z tych niewielu artystów, którzy do muzyki pop przemycili poezję. I zaistnieli w tej muzyce przede wszystkim jako poeci, a nie tylko jako śpiewające ikony pop-kultury, produkujące hity i ubiegające się o status gwiazdy. Choć i to ostatnie przydarzyło się im również.
Posłuchałem sobie dzisiaj tej poezji, a po filmie nawet poczytałem. Jej siłą jest prostota i nastrojowość, zaskakujące skojarzenia i obrazy, swego rodzaju liryczna precyzja.

Przy tej okazji zaświtało mi w głowie kilka pytań:
Czy można wpatrywać się w nicość z religijną pasją?
Czy można być wyznawcą wszystkich religii?
Cohen wydaje się mówić że można, ale czy zdaje sobie sprawę, że tym samym w każdej z nich uznany zostanie za niewiernego? (Z wyjątkiem może buddyzmu, który nigdy, nikogo i za nic nie piętnuje.) Pewnie tak, ale on o to nie dba. Sam mówi – a nie pozbawione to jest autoironii – że jego religijność jest kiczowata (podobnie zresztą, jak melodyjki, które układa). Jednakże jest to najwyraźniej przekora, bo tak naprawdę Cohen wszystkie swoje wątki traktuje z wielką powagą.

greydot

Leonard wziął kilkuletnią lekcję buddyzmu ale wrócił na łono zmysłowego świata obierając sobie za towarzyszkę o wiele od niego młodszą, utalentowaną i piękną Anjani Thomas, dla której napisał słowa wszystkich piosenek, jakie znalazły się na jej debiutanckiej płycie.
Nie jest wiec prawdą, że „Ladies’ Man” umarł. Otóż żyje, i ma się wcale dobrze.
Choć i tutaj mruży on melancholijnie oczy, śpiewając, jak np. w piosence „Because of” (tłumaczenie własne):

Dzięki kilku piosenkom
Gdzie mówię o ich tajemnicy
Kobiety są wyjątkowo uprzejme
dla mojego wieku
Robią sekretne miejsce
w swoim ruchliwym życiu
I zabierają mnie tam
Stają się nagie
każda na swój sposób
i mówią
„Spójrz na mnie, Leonardzie
Spójrz na mnie jeszcze ten ostatni raz”.
A później pochylają się nad moim łóżkiem
I okrywają mnie
Jak dziecko, które drży.

greydot

Życie Cohena zatoczyło krąg: jak sam wyznał, mając kilkanaście lat zaczął pisać poezję tylko dlatego, żeby „zainteresować kobiety swoim umysłem”.
Zainteresował je, zainteresował… Nie tylko mózgiem. Również melancholijnym spojrzeniem, męską posturą i niebywale zmysłowym głosem.

greydot

POLEMIKA O ŚWIRACH

Andrzej Poniedzielski w jednym ze swoich listów do Magdy Umer pisze o swoim CV naznaczonym wychowaniem w PRL-u, ale kończy dość zabawnym i przewrotnym wierszykiem odnoszącym się do rodzaju ludzkiego en-bloc:

„Każdy swego świra ma
Ale, że niektórzy – dwa, to,
pytanie mnie po nocy czasem budzi –
– czy przypadkiem nie jest tak,
że jest świrów więcej niźli ludzi(?)”

Dziś, przy śniadaniu, wpadł mi do głowy wierszyk, którym – w tym samym tonie – chciałbym Poniedzielskiemu odpowiedzieć:

Mnie zaś nęka to pytanie
(Czy odpowiedź znajdę na nie?)
Ono spędza mi sen z powiek:
Czy ów świr to także człowiek?

A na prozaicznej jawie
Odpowiadam sobie wprawnie
(Choć odpowiedź idzie w pięty):
Homo sapiens to… acz stuknięty!

I takową konkluzją polemikę tę można zamknąć.

greydot

*

O POWROTACH, PUSTYNI, DŻUNGLACH, NIETZSCHEM I MOJEJ PRZYGODZIE Z CZASEM (co się plecie w kajecie – zapiski III)

*

powroty

Kiedy wyruszasz w podróż, żegnaj się uważnie z miejscem, w którym mieszkasz, tak jakbyś nigdy nie miał już do niego powrócić. Ale nie dlatego, żeby myśleć o tym, że może cię w tej podróży spotkać coś najgorszego, za co zwykle uważamy tragiczny wypadek i śmierć. Żegnaj się, aby przypieczętować twoje przywiązanie do czegoś trwałego w świecie, w którym wszystko jest ulotne i gdzie wszystko spływa z rzeką czasu albo dryfuje po bezkresnych wodach oceanu zdarzeń. Kiedy wypływasz na szerokie wody, podnosisz kotwicę, którą musisz za sobą dźwigać – ale nie jako brzemię, ale jako przypomnienie tego, że tylko wtedy, kiedy się zatrzymasz, możesz poczuć solidny grunt – że tylko jedno miejsce może być twoim prawdziwym domem, choćby wszędzie na świecie witano cię z otwartymi ramionami i oferowano serdeczną gościnę (a przecież nie wszędzie, nie zawsze i nie wszyscy tak cię witają).
Dlatego twoje powroty muszą być jeszcze bardziej uważne i świadome, niż wyruszania w podróż. Powroty mogą nas cieszyć albo smucić, są końcem, ale też i początkiem – jednakże nigdy nie są czymś obojętnym dla uświadomienia sobie naszego miejsca ma ziemi. Nawet wtedy, kiedy pozostają pytaniem, nie dając nam żadnej odpowiedzi.

greydot

w pustyni i w dżungli

Pustynia jest jak archetypiczny pejzaż, stanowiąc scenę, na której zawrzeć można z bogami przymierze, albo z nimi się wadzić – lub nawet boga ukrzyżować. Nagi i ascetyczny krajobraz to także arena, na której bardziej wyraźnie i ostro widać walkę człowieka o przetrwanie – zwłaszcza wtedy, gdy człowiek ten jest samotny, zdany tylko na siebie, pozbawiony rzeczywistego oparcia w świecie, w którym nie ma już ludzkiej, ani nawet boskiej sprawiedliwości.
Czym była – i jest – dla ludzi pustynia? Żywiołem, z którym trzeba było się zmierzyć, udowodnić własną wytrzymałość? Odpowiednikiem Kosmosu, w którym człowiek czuł się zagubiony i przytłoczony? Odzwierciedleniem niszczycielskich sił natury? Przejawem boskiej władzy nad człowiekiem?
Tak, ale nie tylko. Pustynia stała się metaforą, miejscem gdzie ścierały się w człowieku różne tendencje, skłonności, dążenia… gdzie rodził się pewien kulturowy kanon. To na pustynie uciekali eremici, by odnaleźć drogę do Boga i samego siebie.
A więc pustynia jako sztafaż ascetyczny – swego rodzaju czyściec. To na pustyni Św. Hieronim tłumaczył Biblię. To na pustyni miały miejsce kuszenia Jezusa i Św. Antoniego. To na pustyni przemówił do Mojżesza krzak gorejący. Czyli pustynia jako arena zmagania się tego co ludzkie, z tym co boskie czy też nawet diabelskie.

Sądzę, że doświadczenie pustyni jest dla człowieka ważniejsze – i bardziej “twórcze” – niż doświadczenie dżungli. Paradoksalnie: człowiek na pustyni zdaje się bardziej i dogłębniej “dokopywać” do swojego egzystencjalnego “rdzenia”, dotykać mocniej “doli człowieczej”, pełniej rozumieć fenomen (ludzkiego) życia, niż mając wokół siebie tętniącą i kipiącą (zwierzęcym) życiem dżunglę. Dlaczego? Może dlatego, że pustynia lepiej pozwala człowiekowi identyfikować się ze swoją kulturą, natomiast dżungla to nieokiełznana, atawistyczna – przeciwstawiona ludzkiej cywilizacji – Natura?
“Jądro ciemności” jest zwierzęce, pustynną pustkę człowiek wypełnia tym, co najbardziej ludzkie – czyli kulturą. Instynkt życia i popędy przeciwstawione zostają pragnieniu duchowości. Łatwiej chyba o tę transgresję w jasności gorącego Słońca pustyni, niż w redukującej nas do pierwotnej biomasy i zmuszającej do walki i rywalizacji z innymi formami życia, dżungli.

greydot

martwy Bóg Nietzschego

Często podejmuje się wątek “śmierci” Boga w myśli Nietzschego i to jest dla mnie zrozumiałe, bo Nietzsche zaprzątał sobie głowę Bogiem, a jeszcze bardziej Jego “martwotą”, jak mało który filozof. Ale – to trzeba sobie wyraźnie powiedzieć – on mierzył się nie tyle z samym Bogiem (nieważne tu: z żywym czy martwym), co z ideą Boga w swoim umyśle, (choćby nawet po Jego trupie).

Oczywiście, że nie należy brać dosłownie jego oskarżenia, czy też samo-oskarżenia, iż to on (lub ktokolwiek inny) “uśmiercił” Boga, ale metaforycznie. Nietzsche nie był aż tak szalony (ani tym bardziej głupi), by twierdzić, że byt (czy też – według ateistów – niebyt) taki jak Bóg, da się uśmiercić. On cały czas mówił o kulturotwórczej relacji: Bóg prehistoryczny – Bóg przedchrześcijański – Bóg Chrześcijan – Bóg obecny (czy też raczej nieobecny) we współczesnym mu świecie – i to wszystko w odniesieniu do zmieniającego się ewolucyjnie, religijnego pojmowania Boga przez ludzi pierwotnych, starotestamentowych, Chrześcijan (także przez samego Jezusa), wreszcie przez katolicyzm i protestantyzm, (ten ostatni uznając nota bene za głównego sprawcę tego, iż Bóg stał się martwy).

W tym wszystkim widzimy nie tyle to, że Nietzsche borykał się z problemem istnienia lub nieistnienia Boga, (czyli nie daje on nam tutaj przesłanek do tego, by uznać go za ateistę), ale to, jak mocno był on związany z korzeniami, czy też zespolony z rdzeniem teistycznej kultury, w której ukształtowała się jego świadomość i samo myślenie.
Tutaj należy poczynić bardzo ważne wg mnie spostrzeżenie, które w pewien sposób nobilituje w moich oczach Nietzschego: otóż całe “szaleństwo” Nietzschego w dużej mierze wzięło się z jego radykalnego, pełnego uwagi i powagi, podejścia do źródeł zachodniej cywilizacji (głównie religijnych, ale też i filozoficznych). To właśnie Nietzsche był owym szaleńcem (jak to przedstawione jest w „Tako rzecze Zaratustra”), który w biały dzień wyszedł z latarnią na rynek pełen ludzi i szukał Boga, lamentując przy tym, że jest on martwy, bo “ja i wy go zabiliście”. On był tym szaleńcem, który wołał o tym, o czym inni milczeli, choć przecież wśród obecnych na rynku ludzi było wielu takich, którzy wiedzieli, że Boga nie ma. Jeszcze raz się okazało, że to właśnie od szaleńców (podobnie jak i od dzieci) można usłyszeć prawdę, którą podejrzewają – lub o której wiedzą – wszyscy “normalni”, “zdrowi na umyśle”, dorośli… ale wolą się nie wychylać i o tej wiedzy milczą.

To prawda, że Bóg z czasem (historycznym) wyemigrował z ludzkiego świata empirii (a był On kiedyś, choćby w epoce animizmu i panteistycznego widzenia rzeczywistości, niemal namacalnie obecny wśród ludzi) w jakieś metafizyczne zaświaty, dzięki czemu kapłani wszystkich religii świata mogli manipulować ludźmi, dzieląc ich przy tym na “wiernych” i “niewiernych”. A i tam, gdzieś hen… za kosmicznymi mgławicami widzialnego świata, z czasem się zestarzał i wyblakł tak, że dla naszej współczesności jest ledwie wspomnieniem, cieniem, fantazmatem przytłoczonym choćby przez ekonomię i konsumeryzm. I tylko wśród pasjonatów (np. tych, którzy bawią się w teistyczno-ateistyczne spory) budzi on jakieś żywsze myśli i uczucia. Cała reszta, zarówno ta “wierząca”, jak i “niewierząca” podchodzi do Niego dość obojętnie, rutynowo i instrumentalnie. Ta obojętność uderzać może zwłaszcza w przypadku tych, którzy wierzą w Jego istnienie (bo wśród tych, którzy “nie wierzą” jest to bardziej oczywiste), ponieważ ich “wiara” w Boga jest zwykle naiwna, bezrefleksyjna, płytka, powierzchowna… Bóg w ich pojęciu jest niczym ten Tatuś, który ma nas w swojej pieczy, który zawsze jest dobry, mądry i miłosierny, dzięki któremu nigdy i nigdzie nie przepadniemy…

I ja się temu prostemu i naiwnemu pojmowaniu Boga nie dziwię.
Także dlatego, że uważam, iż wszelkie nasze myślowe spekulacje na temat Boga, wszystkie te nasze super-intelektualne dyskursy, mędrkowania i filozoficzne rozważania nad Bogiem, (o którym tak naprawdę nie możemy mieć zielonego pojęcia) zawsze muszą prowadzić nas ad absurdum, a może nawet i do czegoś gorszego… tak jak zaprowadziły m. in. biednego Nietzschego.

greydot

Nietzsche as a „f…ing” shocker?… a few thoughts in English (just for fun)

Nietzsche is the attraction not only to socially maladjusted young men, (otherwise called misfits). He is the man of interest to everyone who is fascinated with bold, deep, free (i.e. not dogmatic) boundless human thinking. He cannot be ignored in the history of Philosophy. And his influence on various men of letters, thinkers and artists as well, cannot be exaggerated.
The problem is… some of his thoughts and ideas (aphorisms, quotations, phrases…) are being taken too seriously, too literally, too simplistically… without any criticism – with no distance whatsoever, so Nietzsche is – at the same time – one of the most misunderstood (and vulgarised) philosophers in history.

It would be way too easy to point out all the faults, defects, absurdity (and even stupidity) in his thinking, but such a project would tend toward philistinism or obscurity, maybe even vulgarity.
For me Nietzsche was more like a poet, not the thinker that would lead me to some kind of truth I was looking for.

Many times I was tempted to charge bold, blasphemous and uncompromising thinkers for „spoiling” others, but as a matter of fact I don’t assume one can blame philosophers for the actions people do, even if they are so called “influenced” by them. Everybody should take responsibilty for his own deeds and choices.
Nobody should be exempted of thinking on his own.

greydot

moja przygoda z czasem

Pewnego razu siedziałem na ławce w parku, gdy wtem pojawił się przed moimi oczami krasnoludek, mimo że w krasnoludki przestałem wierzyć już dawno – mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zauważyłem, że Św. Mikołaj ma buty naszej sąsiadki.

Mas cas? – zapytał.
Mam – odpowiedziałem.
No to go sobie zatsymaj – rzekł na to, po czym schował się w trawie.

Dobra rada, pomyślałem, zwłaszcza dla tych, którzy nie wiedzą co z czasem zrobić, albo wręcz chcą go nawet zabijać.
No tak… tylko jak ja mogę sobie ten czas zatrzymać?

Jakiś czas posiedziałem jeszcze na ławce, ale z czasem zrobiło się późno, wiec po pewnym czasie wstałem i wyszedłem z parku, aby gdzieś zdążyć przed czasem. Dotarłem na miejsce (jak mi się wydawało – na czas) ale okazało się, ze już nie było czasu – powiedzieli mi ze minął. Tym sposobem przekonałem się ponownie, że jednak warto wszystko zrobić w swoim czasie. Bo tylko ten czas jest odpowiedni. Trzeba tylko wiedzieć kiedy nadchodzi. Niestety, często tego nie wiemy… nie tylko czasami.

Taka była moja przygoda z czasem.
Ale, jak wiemy, z czasem kończą się wszystkie przygody.

greydot

*

NARCYZ

*

Narcyz Caravaggia

Caravaggio, „Narcyz”

*

*

Każdy kwiat jest narcyzem.
Bez uznania konieczności tego, że musi się być pięknym po to, by skutecznie uwodzić i wydać owoce, nie byłoby piękna kwiatów.

Jakież wyrzuty sumienia może mieć rajski ptak będąc świadom tego, iż jest najpiękniejszy – skoro pomaga mu to w zdobyciu wszystkiego, czego tylko zapragnie?

greydot
Dążenie do tego, aby być pierwszym, by zostać zwycięzcą, by zdobyć najbardziej urodziwą kobietę, by stworzyć najpiękniejsze dzieło… to wszystko związane jest z narcyzmem.
Chęć wyróżnienia się z anonimowego tłumu, wyniesienia się ponad „szarą masę” (jaką, tak naprawdę, dla poszczególnego osobnika są inni ludzie) – to jeden z najsilniejszych bodźców kierujących zachowaniem człowieka.
Wygląda więc na to, iż pewne elementy narcyzmu są czymś niezbędnym w budowaniu naszego świata. I były już obecne w przyrodzie, zanim człowiek stworzył swoją cywilizację.
Są siłą ewolucyjną równie mocną, jak dążność do władzy, chęć panowania nad innymi, narzucania innym swojej woli.
Jednym słowem: są czymś, jeśli nie boskim, to naturalnym.

greydot
Pismo czasami trafia w sedno, mówiąc np. bez ogródek:
„Kochaj bliźniego, jak siebie samego” (najwidoczniej odbywa się to przy założeniu, że miłość samego siebie jest czymś naturalnym i powszechnym).
Czy osoba, która nie kocha siebie, może pokochać kogoś innego?
Pytanie otwarte.
Jednak pewien jestem już tego, że ktoś, kto nienawidzi samego siebie, nie jest zdolny do miłości.

greydot
Kiedy kogoś bezgranicznie podziwiamy, wręcz ubóstwiamy? Czy wtedy, gdy projektujemy nań nasze własne pragnienia, dążenia i aspiracje?

Kiedy akceptujemy w kimś narcyzm? Czy wtedy, gdy widzimy w nim pewne atrybuty boskości?

Któraż z kobiet nie podziwiała choć raz swoich pomalowanych ust?
Któryż obdarzony mięśniami mężczyzna nie prężył przed lustrem swojej muskulatury?
Czyż nasze narcyzmy nie spotykają się ze sobą?
greydot
Czym są nasze kompleksy jeśli nie urażonym narcyzmem?

Czyjś narcyzm wziął górę nad naszym.
Rzadko wybaczamy taką zniewagę.
greydot
Narcyz przyznający się do swojego narcyzmu nie przestaje być narcyzem. Staje się po prostu narcyzem bardziej szczerym.
Ten zaś, który się nie przyznaje – narcyzem skrytym, albo nawet zatwardziałym.
Jest oczywiste, że większą sympatię wzbudza w nas ów pierwszy. Gotowi nawet jesteśmy przyznać, że narcyzmu się on wyzbył.
Co jest oczywiście złudzeniem.

greydot
Naturalnie, jest również ta ciemniejsza strona narcyzmu: niezaspokojona żądza, która kończy się autodestrukcją. Skupienie się na sobie prowadzące do zupełnego zerwania ze światem. Rozdmuchane ego, które dławi samo siebie. Miraż i złudzenie jako obiekt pożądania i źródło westchnień.
Wreszcie obłęd i katatonia – ostateczne uwięzienie w klatce skrajnego introwertyzmu.
Być może melancholia to łagodniejsza forma autyzmu.
greydot
Jesteśmy dziwnym zlepkiem narcyzmu i niechęci do samego siebie.

greydot
Trudno mi się jednak zgodzić z tym, że narcyzm jest – jak ktoś to określił – „korzeniem psychopatii”. Jeśli już chcemy ów „korzeń” znaleźć, to prędzej odnajdziemy go w czymś, co jest przeciwieństwem narcyzmu, a mianowicie w nienawiści do samego siebie, (czyli – w konsekwencji – w nienawiści do świata i innych ludzi).


greydot
Zwykle, posądzenia o narcyzm unikamy jak ognia.
Głównie dlatego, że pochwała samego siebie, działa zwykle na innych jak przysłowiowa płachta na byka – potrafi wręcz kogoś zdyskredytować, jako zarozumiałego pyszałka. Nawet jeśli jest prawdą… Co innego, jeśli to samo wypowiada ktoś inny.
To właśnie na to czeka narcyz, który udaje skromność.
Jednakże, kto z nas nie pragnie pochwał?

Pascal: „Chcecie, aby ludzie mieli o was dobre mniemanie. Nie mówcie dobrze o sobie.”


greydot
„Metamorfozy” Owidiusza.
Mit o Narcyzie nabiera tu literackiej formy. Czy jednak możemy go traktować jako pochodną czegoś co jest głębiej, a mianowicie archetypu?
Co w nim jest?
Losy Narcyza i zakochanej w nim nimfy Echo są tragiczne: żadne z nich nie zazna zaspokojenia ani spełnienia. Oboje skazani są na alienację: Echo nigdy nie zespoli się ani z Naturą, ani z człowiekiem (powtarzając tylko to, co dotrze do niej z zewnątrz). Narcyz zatopi się zaś we własnym odbiciu i znajdzie tam śmierć (niezdolny do otwarcia się na świat i pokochania go – ani czegokolwiek, co jest poza nim, na zewnątrz).

Mit o Echu i Narcyzie wskazuje na to, iż rzeczywistość jest zbiorem elementów, które do siebie nie przystają.

Zwróćmy uwagę, że mitologiczny Narcyz (podobnie jak Echo), nie wywołuje w nas odrazy (ani nawet niechęci). Nie wydaje się też nam śmieszny. Budzi natomiast nasze współczucie, może nawet sympatię.
Czyż nie dzieje się tak dlatego, iż podświadomie odnajdujemy w nim wszystkie nasze zawiedzione miłości – zarówno te, w których kochamy kogoś innego, jak i tę, w której kochamy samego siebie?

greydot

APENDYKS
*
A OTO „NARCYZ” HERBERTA:
*
“Ten mit tkwił we mnie całe dziesięciolecia, tkwił, ale nie rósł, nie rozwijał się jak piąstka niemowlęcia wokół nieruchomej grzechotki.
Cóż można bowiem powiedzieć o Narcyzie? Że był, że był piękny, że zapatrzył się w swoje odbicie w sadzawce i rażony pięknem utonął. A gdzież wzniosły przekaz, przesłanie, morał? Gapi się w wodę i nagle – chlup. W sam raz na modne haiku, które propagował przed laty pewien klasyk, aby powściągnąć wodolejstwo poezji rodzimej. W istocie mit był nieznośnie statyczny. Tkwił.
Czyniono wszakże próby ożywienia Narcyza. Wymyślono mu nerw, nerw oczywiście erotyczny. W Narcyzie zakochała się nimfa leśna – Echo. Z niewiadomych przyczyn Narcyz odrzucił tę miłość i Echo z żalu została bóstwem leśnych ustroni. Wycieczkom otyłych mieszczuchów odpowiadało – imię.
I tak nimfa stała się stewardesą natury.
Jak widać, brak Narcyzowi zarysu charakteru, czy choćby zalążka winy tragicznej, by można go było traktować poważnie i tropić jego losy naszym współczuciem lub gniewem. Tłumaczyć może on najwyżej imię kwiatu, uwodzicielskiego oczywiście, ale róża, która nie ma swojego kawalera i trubadura, jak wiadomo – obywa się bez mitów.
I jaka była kolejność? Zapewne olśnienie nowym zjawiskiem natury, poszukiwanie nazwy, wreszcie próba dopasowania anegdoty, bez której i tak istniał, więc była ona czymś przypadkowym i bez znaczenia, niekoniecznym. Tak więc Narcyz został emblematem tautologii.
Taki los musiał spotkać Narcyza, którego jedyną cnotą była – uroda”.
* * *

Zbigniew Herbert („Król mrówek. Prywatna mitologia”)

To odnalezienie Herberta zawdzięczam  Adzie . Przy okazji zapraszam do zobaczenia całej galerii narcyzów TUTAJ .

John William Waterhouse („Echo and Narcissus”)

John William Waterhouse („Echo and Narcissus”)
*