MNISI Z LUANG PRABANG – LAOS

*

*

Decydując się na wizytę w Luang Prabang, dawnej stolicy laotańskiego królestwa, nie kierowałem się bynajmniej buddyjską zasadą odrzucenia wszelkich pragnień i pożądań, by uniknąć cierpienia, do którego nieuchronnie – prędzej czy później – one prowadzą. Nie, ciągnęła mnie tam moja ciekawość, (o której z kolei w naszym kręgu kulturowym mówi się, że jest pierwszym stopniem do piekła). Tak więc, mimo że czułem się pośród tych quasi-religijnych przestróg niczym między młotem a kowadłem, to wyruszyłem w dalszą podróż i już wkrótce znalazłem się w tym maleńkim miasteczku u zbiegu Mekongu z krętą jak wąż rzeką Nam Khan. Byłem ciekaw miejsca, które cieszy się famą jednego z najbardziej „uroczych” miejsc południowo-wschodniej Azji (fama ta wszak rodziła we mnie podejrzliwość, że utknę w ogładzonej, jaskrawo-kolorowej i wykończonej na globalną sztampę turystycznej pułapce pełnej raczących się azjatycką kuchnią i opijających lokalnym piwem back-packerów ). Przede wszystkim chciałem zobaczyć znajdujące się tam świątynie i spotkać zamieszkujących tę okolicę ludzi – ciekaw byłem bardzo tego zakątka Laosu osadzonego w dolinie najważniejszej rzeki Indochin, otoczonej zielonymi wzgórzami, pełnymi wodospadów i jaskiń. Wreszcie: ciekaw byłem zaludniających tutejsze – jakże liczne – świątynie, mnichów. Wiedziałem… spodziewałem się, czułem… że w Luang Prabang czeka mnie jedno z najciekawszych spotkań z buddyjskimi mnichami i że będzie to przeżycie niezapomniane. Czy oczekiwaniom tym stało się zadość?

Zbudziłem się kiedy jeszcze na zewnątrz panował gęstym mrok, zanim zaczęły piać okoliczne koguty, a nie umilkły jeszcze głosy bliżej mi nieznanych stworzeń żyjących w bambusowo-bananowych zaroślach i krzewach bugenwilii. Nie zapalając światła (by nie budzić osoby, która spała tuż obok mnie), narzuciłem na siebie to, co znalazłem pod ręką, otworzyłem drzwi i wsunąłem stopy w spoczywające przed progiem sandały, kierując się do wyjścia. Brama guesthouse’u była zamknięta, przed nią, na dziedzińcu leżała pod kocami jakaś skulona postać. Na dźwięk skobla, który usiłowałem odsunąć, śpiący człowiek zerwał się na równe nogi, ale poznawszy mnie uspokoił się, i – z niewyraźnym pozdrowieniem „gud monin” – otworzył mi furtkę. Wyszedłem na spotkanie z mnichami.


Stare Luang Prabang, ze względu na swoje rozmiary, trudno nazwać miastem. To raczej osada położona na cyplu jaki tworzą zbiegające się tu rzeki Mekong i Nam Khan i rozciągająca się na długości niespełna mili wzdłuż stromych urwisk rzecznych brzegów i szerokości dochodzącej zaledwie do stu, dwustu metrów. Na dodatek, znaczną część tego półwyspu zajmuje zalesione wzgórze Phu Si z górującą nad miastem złotą stupą. Na tym małym spłachetku ziemi wystawiono ponad 30 świątyń, przy każdej świątyni powstał klasztor, a w nich zamieszkało blisko pół tysiąca mnichów. Każdego ranka, o świcie, cała ta mnisza armia wychodzi ze swoich skromnych klasztornych kwater na ulice Luang Prabang i udaje się na… żebry.
No cóż, „żebry” mają w naszej kulturze raczej negatywną konotację. Tutaj, proszalna procesja buddyjskich mnichów jest natomiast czymś w rodzaju uświęconego rytuału, mającego także bardzo praktyczne, utylitarne znaczenie: jest ona głównym sposobem zdobywania pożywienia przez mnichów, którzy w swe jałmużne naczynia (swoją drogą nie pozbawione estetycznej elegancji) zbierają żywność ofiarowaną im przez okoliczną ludność.
Wychodząc przed wschodem słońca z mojego hotelu, chciałem być tego wszystkiego świadkiem – być może nawet uczestnikiem.


Mając jeszcze w kościach kambodżańskie upały sprzed kilku dni, tym mocniej poczułem chłód laotańskiej „zimy”, która oznaczała tu temperaturę w nocy rzędu 10 – 12 stopni Celsjusza, zanim jeszcze słońce nie podniosło ją w dzień do przyjemnych dwudziestu-paru stopni. Od klasztoru Wat Xieng Thong i głównej Świątyni Złotego Miasta, gdzie zwykle pojawiają się pierwsi mnisi i dokąd zamierzałem dotrzeć, dzielił mnie nie więcej jak kwadrans drogi. Wokół panowała jeszcze głęboką ciemność rozświetlana słabym światłem ulicznych lamp, więc kiedy na opustoszałej ulicy zobaczyłem człowieka rozkładającego swój kram i zapraszającego mnie do wypicia czegoś ciepłego, nie omieszkałem skorzystać z tej okazji, by bardziej zdecydowanie przebudzić moje szare komórki. Kawa była gorąca i słodka, kubek parzył mnie w ręce – i mimo, że zwykle nie znoszę cukru w kawie, z niemałą rozkoszą smakowałem ten gęsty i mocny napój, który przypomniał mi wietnamskie esspresso z mocną nutą indyjskiego kardamonu. Czułem się dzięki temu jak w świecie nieco odrealnionym – niczym w zlepku różnych kultur, klimatów i smaków, w rzeczywistości pół-sennej i pół-jawnej, w której przenikały się majaki i wspomnienia – to co zmysłowe i konkretne z tym co wymyślone, oniryczne i urojone. Tu i ówdzie pojawiali się jacyś ludzie, coraz częściej rozlegał się dźwięk otwieranych bram i drzwi, podnoszonych rolet i stor, słychać było głosy wzajemnych pozdrowień. Nokturnowo-niebieskawa szarość zaczęła ustępować miejsca mglistemu brzaskowi dnia. Nad rzeką wisiały jeszcze sinawe mgły, od wschodu nadciągało przejaśnienie, w oddali szarzały góry… Otaczał mnie kraj, który mnie intrygował, ale którego nie znałem. Musiałem iść dalej. Podziękowałem mojemu ulicznemu gospodarzowi za kawę i dość energicznym krokiem skierowałem się ku leżącemu na samym cyplu półwyspu klasztorowi – tam gdzie kończyło się (czy też zaczynało) miasto. Szybkim marszem chciałem strząsnąć z siebie resztki nocnego spleenu, a pomagała mi w tym skutecznie także spora dawka kofeiny, jaką przed chwilą dostarczyłem mojej krwi. W pewnym momencie wydało mi się, że w oddali między świątynnymi zabudowaniami, mignęły pomarańczowe szaty mnichów.

*

Wszystko zaczęło się od Buddy – Przebudzonego, który odrzucił złudę materialnego świat wygód, bogactwa, posiadania i zmysłowości, by wyzwolić się z zaklętego koła życia (samsary) i osiągnąć nirvanę – stan, którego właściwie niczym nie da się opisać, a który dla niektórych buddystów jest odpowiednikiem naszego „nieba”, choć jest opisywany bardziej jako swego rodzaju „pustka”.
Wokół Sidharty-Przebudzonego zaczęli skupiać się jego uczniowie i to właśnie oni dali początek mniszym zgromadzeniom zwanym sangha. W klasztorze można było prowadzić bardziej zaawansowaną drogę buddyjskiego stylu życia: odsunięcie się od świata zwykłej życiowej krzątaniny i powszednich zajęć, wyrzeczenie się ludzkich pragnień (nie tylko tych przyziemnych, zmysłowych, ale i jakichkolwiek wyższych, w tym i duchowych, takich jak np. pragnienia nieśmiertelności, ale i nawet czegoś przeciwnego: pragnienia uwolnienia się z samsary). Żyć życiem prostym, cnotliwym, pokornym, wycofanym… pełnym spokoju i współczucia dla wszystkich cierpiących istot świata. Bowiem tylko wtedy może człowiek wejść na drogę Oświecenia i spełnienia się w finalnej nirwanie.
Oczy mnicha nie powinny się stymulować tym, co jest dla innych wizualnie atrakcyjne; jego usta powinny powstrzymywać się od gadatliwości, ręce Mistrza powinny oduczyć się chwytania i zagarniania rzeczy, a jego twarz nie może wyrażać pożądliwości ani nawet zwykłego pragnienia…
Czy spotkania takich ludzi mogłem się spodziewać tego ranka na ulicach Luang Prabang?


Dniało już kiedy na ulicy pojawił się wreszcie niezwykły korowód. Długi, pomarańczowy, niekończący się łańcuch idących gęsiego bosych mnichów, przedstawiał widok zgoła nieziemski. Każdy taszczył ze sobą sporych rozmiarów naczynie przypominające kształtem pękatą wazę, każdy milczał starając się zachować na twarzy wyraz powagi i nie zważać na to, co się działo wokół. Beznamiętnie i mechanicznie mnisi podsuwali swoje naczynia ludziom, którzy ustawili wzdłuż chodnika i wkładali w nie żywność – głównie „lepki” ryż. Wszystkie kobiety – skażone wedle odwiecznych przekonań nieczystością i stanowiące potencjalne zagrożenie dla cnotliwości mnicha – klęczały i dawały jałmużnę ze spuszczonymi oczami. Mężczyźni mogli to czynić na stojąco.
Jako że miałem ze sobą aparat fotograficzny (jakżeby inaczej!) starałem się trzymać od całej tej aktywności i ceremoniału z daleka.

To, na co patrzyłem, nie było tylko malowniczą paradą ubranych w pomarańczową szatę i ogolonych na łyso mężczyzn, którzy zbierali ryż do oplecionych wikliną mis. To był przede wszystkim odwieczny rytuał określający podstawową relację między ludźmi świeckimi a duchownymi – ich wzajemną zależność i wymianę pewnych wartości.
Wyrzeczenie się świata materialnego przez mnichów pozwala na ich doskonalenie się duchowe, osiąganie wyższych wartości, które w postaci nauk i przykładu mogą przejmować ci, którzy prowadzą życie laickie. To właśnie mnisi niejako torują drogę ku wyzwoleniu się z cierpienia, zwiększają szansę na odrodzenie się w lepszym wcieleniu czy wreszcie osiągnięcia stanu nirwany. Ludzie zajmujący się sprawami przyziemnymi mogą zaś odwdzięczyć się jałmużną, materialnym wsparciem oraz okazywanym szacunkiem, zaznaczając przy okazji tą postawą swój podrzędny status społeczny. Ponadto, okazując szczodrość, zdobywają zasługi, dzięki którym będę się mogli odrodzić do lepszego (a przynajmniej niegorszego) życia.
Świadomość tego wszystkiego pozwalała mi patrzeć na odbywający się na ulicach Luang Prabang ceremoniał nie tylko okiem ciekawskiego turysty żądnego lokalnych ciekawostek i  egzotycznego kolorytu, ale i kogoś, kto chciał zrozumieć jego głębszy sens.


Ale patrzyłem na ten rytuał także okiem fotografa. Teleobiektyw pozwalał mi zachować pewien dystans, zaś estetyczna radość utrwalania niezwykle fotogenicznych obrazów – podekscytowanie będącego w swoim żywiole pasjonata. Uliczki Luang Prabang dostarczały znakomitego tła dla kontrastujących z nimi pomarańczowymi szatami mnichów. Wystarczyło tylko wybrać te kadry, które objęłyby także tutejszą architekturę, roślinność, samych mieszkańców… jak również – last but not the least – buddyjskie świątynie i klasztory. A przy tym unikać widoku innych paparazzich i wpychających się na pierwszy plan turystów. Zadanie trudne, ale nie niewykonalne, zwłaszcza jeśli można było usunąć się w bardziej ustronne, niezatłumione przez obcych przybyszów, miejsce.

Nie była to moja jedyna z mnichami styczność. Kilka dni spędzonych w Luang Prabang pozwalało na niemal ciągłe z nimi obcowanie, bo poza ranną procesją, prowadzili oni dość otwarte życie na dziedzińcach świątyń i klasztorów, w szkolnych klasach – ucząc się, chędożąc obejście, bawiąc się, śmiejąc, rozmawiając… Kontrastowało to z solemną postawą jaką zachowywali podczas porannego obchodu miasta, kiedy w milczeniu zbierali do swoich misek potrzebny im do przeżycia ryż.
A we mnie pozostawiło wspomnienie przyjaznych, ciekawych świata i mimo wszystko… zwykłych ludzi.

*

*

*

*

*

*

*

*

*

       © ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej zdjęć mnichów z Luang Prabang obejrzeć można w Brulionie Podróżnym (ilustrowanym) – TUTAJ (bardziej przestrzennie) oraz (nieco bliżej) na stronie Światowida TUTAJ .

*

Reklamy

INDOCHINY


*

Wszystkim odwiedzającym tę stronę – a zwłaszcza tym, którzy czytają i komentują moje teksty – dziękuję za dotychczasową uwagę, interesujące wypowiedzi i wyrazy przychylności. Jednocześnie chcę Was powiadomić, że na czas bliżej nieokreślony zmuszony jestem zawiesić mojego bloga (chodzi o ukazywanie się nowych wpisów). Wybieram się bowiem do Indochin – a konkretnie do Kambodży, Laosu i Wietnamu. Moja podróż będzie trwała około miesiąca.

Przy okazji chciałem życzyć wszystkim udanego wypoczynku na Święta, szampańskiej zabawy na Sylwestra i wszelkiej pomyślności w Nowym Roku. Jak również podziękować za inspirujące towarzystwo – za rozmowy, które miałem tu przyjemność z Wami prowadzić.

Powodzenia. I do usłyszenia…

*


* *Zdjęcia pochodzą stąd (Angkor Wat) oraz  stąd (Ha Long)