STRASZNA GODZINA PRAWDY z Krzysztofem Zanussim

.

Krzysztof Zanussi: "W Polsce nie ma bohatera, bo bohater jest dziś jednocześnie wrogiem publicznym. Jest to moment przemiany. Nie wiemy, czy przeklinać dorobkiewiczów, aferzystów, czy chwalić ludzi z inicjatywą. A przecież nie ma między nimi różnicy" (zdjęcie własne)

Krzysztof Zanussi: „W Polsce nie ma bohatera, bo bohater jest dziś jednocześnie wrogiem publicznym. Jest to moment przemiany. Nie wiemy, czy przeklinać dorobkiewiczów, aferzystów, czy chwalić ludzi z inicjatywą. A przecież nie ma między nimi różnicy” (zdjęcie własne)

Przyznam się, że do postaci Krzysztofa Zanussiego – a ściślej: do jego twórczości – mam stosunek ambiwalentny, czyli znaczony sprzecznościami. Wbrew oczekiwaniom, ta ambiwalencja nie tylko, że nie złagodziła się, ale wręcz zaostrzyła po rozmowie jaką przeprowadziłem z reżyserem w Chicago*, który przywiózł tu na amerykańska premierę swój film „Dotknięcie ręki”, mocno bergmanowski obraz o starzejącym się genialnym kompozytorze (Max von Sydow – jeszcze jeden przyczynek do bergmanizmu „Dotknięcia”), który żyjąc przez ostatnie 40 lat w odosobnieniu (Dania), przerywa swe twórcze milczenie zainspirowany wizytą młodego rodaka. Jednym zdaniem: film europejski par excellence.
Nie chciałem jednak aby moje spotkanie z Zanussim zamieniło się w dyskusję nad jego najnowszym filmem. Oto bowiem nadarzyła się okazja, by zapytać jednego z najwybitniejszych twórców w historii polskiego kina powojennego o te aspekty jego twórczości, które niezmiennie mnie nurtowały, odkąd się z nią zetknąłem po raz pierwszy.

Przyjazd Zanussiego do Chicago zapowiedziała notka moim zdaniem dość rzetelnie ujmująca charakter jego filmów, a tylko nieznacznie nacechowana elementami laurki:
„Zwany jest profesorem wśród polskich reżyserów. Lecz w przydomku tym nie ma cienia ironii. Już to, że studiował fizykę, a później filozofię (nota bene u Ingardena, ucznia Husserla) mówi wiele o obszarze, w jakim poruszają się jego myśli i zainteresowania. Takie są też jego filmy – zrodzone z konfliktu miedzy tym, co w ludzkim umyśle kartezjańskie i racjonalne, a tym, co platońskie i idealne. Każdy z nich to filozoficzny esej rozpisany na obrazy, studium egzystencjalne podejmujące problematykę etyczną, rozważający sens życia i śmierci, dokonywujący przewartościowań kontemplacyjnego doświadczenia religijnego. Dzięki niezwykle rzadkiej umiejętności uzyskiwania psychologicznej i filozoficznej głębi za pomocą prostego i powściągliwego obrazu, jego styl i sztuka doskonale została rozpoznana w świecie, zdobywając uznanie wśród największych autorytetów kina.”

Wszystko to prawda, jednak można się również zetknąć z nieco inną perspektywą spojrzenia na twórczość Zanussiego. I właśnie ten krytyczny ogląd chciałem skonfrontować ze zdaniem samego reżysera. Poddałem mu więc problem następujący:

– Wśród tzw. przeciętnej publiczności, zawsze – nawet w okresie największych sukcesów – pańskie obrazy miały opinię trudnych, „poważnych”, elitarnych a przez to hermetycznych. Pańskie nazwisko kojarzyło się z przeintelektualizowaną rozprawą filozoficzną, w której ponad konieczność „mnoży się byty”, gdzie bohaterów stawia się w hipotetycznych i wydumanych sytuacjach tylko po to, by bardziej skomplikować ich rozterki (czy wręcz rozdarcie) przy dokonywaniu życiowych wyborów. Czy wobec tego nigdy nie miał pan wrażenia, że to, co pan robi, może się wydawać pewnym nadużyciem, swego rodzaju intelektualnym hedonizmem?

– Zanussi: Nadużycie to pan teraz popełnia, tak konstruując pytanie. Czyni mi pan krytyczny zarzut, a następnie się pyta, czy to złe, co robię, wykonuję świadomie. Otóż robię to świadomie, ale uważam, że nie jest to złe, a pańska ocena jest chybiona.

– Podobne opinie (o tym, że trudno ogląda się pańskie filmy) można usłyszeć od tzw. „szerokiej” publiczności, są więc one dość powszechne. W takim razie: czy wszyscy się mylą?

– Proszę pana! Zdarzyło mi się zrobić kilka filmów, które miały najwyższe notowania komercyjne w PRL-u. Nie zaliczam się do twórców elitarnych, ponieważ byłem zawsze w górnej średniej frekwencyjnej w Polsce. Wiele z moich filmów miało również pod tym względem przyzwoite wyniki na świecie. Implikuje mi więc pan problem, który udało mi się rozwiązać i który mnie nie dotyczy. Do moich filmów nikt nie dokładał, a na wielu zn nich ktoś zarobił. Przytoczone przez pana opinie są więc bezzasadne, właściwie do zlekceważenia. Konto bankowe świadczy za mną.

– Muszę przyznać, że nigdy nie przyszło mi9 do głowy kojarzyć pana – i pańskiej twórczości – z kontem bankowym.

– Pan mi czyni konkretne zarzuty i cytuje opinie ludzi, którym fakty bankowe zamykają gębę. Jeżeli ja mogę się obronić tym argumentem, to po co mam dyskutować o reszcie? Jeżeli ktoś by na mnie zbankrutował, to rzeczywiście mógłby się po mnie przejechać nieźle, że go wyprowadziłem na manowce. Ale tak się nie stało, jak na razie.

– Pańskie filmy prowokują jednak pytania, które tu chciałbym panu zadać. Np. o to, na ile robienie filmów jest dla pana mierzeniem się z problemami filozoficznymi, światopoglądowymi, moralnymi i czy za pomocą filmu stara się pan rozwiązać te problemy?

– A czy pan tych filmów nie ogląda?

– Ja chcę poznać stanowisko twórcy. Interesuje mnie w tej chwili to, jak jego film działa na niego samego. Nie wierzę bowiem, by reżyser robił film jedynie dla publiczności. On robi też film dla siebie.

– Zabawne, że pan odwraca tę tezę. Jednak, cokolwiek byłoby prawdą w tym, ze film robię dla siebie, to wobec ludzi rozliczam się z tego, co te filmy znaczą dla tych ludzi. Co znaczą dla mnie – pozostanie moją intymną tajemnicą.

– Skoro tak, to może postawię problem nieco inaczej. Czy tak często spotykana w pańskich filmach konkluzja o tym, że nie mamy jednak wyboru, a jeżeli nawet wybieramy, to tylko pozornie, gdyż zawsze istnieje jakieś uwarunkowanie zewnętrzne, nie wpędziła pana nigdy w tzw. piekło relatywizmu, (w którym tak naprawdę nie jesteśmy w stanie wybrać miedzy dobrem a złem – bynajmniej nie dlatego, że nie wiemy czym jest dobro, a czym zło, ale dlatego właśnie, że ktoś/coś wybiera za nas)?

– I znowu to samo! Pan jest widzem i proponuje pewną interpretację moich filmów – być może mocno niezgodną z moim przekonaniem – wobec czego niech pan sam sobie odpowie na te pytania, oglądając moje filmy. Mnie się te pytanie nie podobają. Budując w ten sposób pytania, nigdy pan nie uzyska odpowiedzi. Jeżeli pan interpretuje utwór i chce, żebym ja na platformie pańskiej interpretacji się tłumaczył, to przecież nigdy tego nie zrobię. Musi pan rozumować zgodnie z moja intencją, wtedy przyjmę tę płaszczyznę.

– Wcale nie muszę rozumować zgodnie z pańską intencją…

– Jeżeli nie, to będziemy się spierać. Rzeczywiście, pan ma do tego prawo, tylko że stanie się pan wtedy krytykiem, a nie rozmówcą.

– Ja chcę być krytycznym rozmówcą.

– A ja nie mam obowiązku komentować pańskiej krytyki.

– Dobrze więc, w takim razie zapytam się pana o coś innego. Wydaje mi się, że z racji pańskiego wykształcenia – a i zważywszy na charakter filmów, jakie pan tworzy – scientysta i racjonalista musi być w panu w permanentnym konflikcie z moralistą, egzystencjalistą. Jak pan sobie daje z tym radę?

– No nie ma rady- znalazłem już sposób na pana, więc mogę tylko powtórzyć: w moich filmach jest odpowiedź na to, jak sobie z tym daję radę. Cóż, raz lepiej, raz gorzej. Oba te elementy – które pan słusznie wyróżnia – są sprzecznościami, wśród których miotają się moi bohaterowie i wśród których dzieją się moje filmy.

* * *

Oczywiście, powyższa część rozmowy nie została uwzględniona w wywiadzie, który został ostatecznie opublikowany. A jednak zawierała w sobie kilka istotnych kwestii – zasugerowanych choć nierozwiązanych. Stąd jej tutejsza obecność. Nieformalny tok owych „wspomnień wywiadowcy” daje mi niejako licencję na pisanie o rzeczach i epizodach, które w wersji oficjalnej, reporterskiej, mogłyby być kwestionowane. A tak są dopełnieniem rzeczywistości, nie klarując jej zbytnio i nie selekcjonując. Mogę więc wspomnieć jeszcze o tym, że Zanussi spóźnił się na umówioną rozmowę półtorej godziny i już to mogło nastawić wobec niego „wywiadowcę” wojowniczo. Stąd te zaczepliwe lub – jak kto woli – prowokacyjne pytania oraz próba przystosowania się do specyficznego żargonu intelektualnego, na jaki przekłada się problematyka filmów tego reżysera. Poważam Zanussiego jako twórcę kina autorskiego. Nie można przecenić jego – zarówno krajowego, jak i międzynarodowego – sukcesu oraz pozycji, jaką sobie wyrobił w polskim i światowym kinie. Ale Zanussi jako człowiek… Czy mam prawo zdradzenia swoich wrażeń dotyczących osoby, z którą miałem bezpośredni kontakt?
Cóż, Zanussi wydał mi się typem dość sztywnego i chłodnego „mózgowca”, budującego wokół swojej osoby pewną barierę, którą łatwo można wziąć za swego rodzaju zarozumiałość superintelektualisty. Mógłby ktoś powiedzieć, że wynika to po prostu z faktu, że zna on swoją wartość i czuje się pewnie na swojej pozycji intelektualnego autorytetu twórcy wybitnego.
Skąd więc – i dlaczego? – ta fałszywa skromność na amerykańskiej premierze „Dotknięcia”? (Niestety, takie odniosłem wrażenie.)
Muszę też zaznaczyć, że ubodło mnie wprost parę stwierdzeń Zanussiego, kiedy rozmowa zeszła na tematy bardziej ogólne, dotyczące m.in. zmieniającej się sytuacji społeczno-polityczno-gospodarczej w Polsce. Przypomniałem reżyserowi, że kiedy pod koniec lat 80-tych pytano go o określenie charakteru przemian zachodzących wówczas w naszym społeczeństwie, nie był zdolny do dokonania syntezy, mówiąc że „czas nie dojrzał jeszcze do nowych sformułowań, a stare się wyczerpały”. I trudno było wówczas temu zaprzeczyć. Czy po kilku latach, jakie minęły od tamtego momentu, łatwiej już udzielić odpowiedzi na tak postawione pytanie?

Zanussi odparł, jak zwykle w sposób chłodny, analityczny i precyzyjny: „Zadaniem twórcy jest nie tyle formułowanie eseistycznych uogólnień, co wyrażanie w sztuce tego, co jest duchem czasu. Czy to się już dzisiaj da zrobić? Myślę, że nie. Szczególnie teraz byłoby to bardzo trudne. Wprawdzie mnie, człowiekowi obcującemu z Zachodem, dość łatwo wyobrazić sobie do jakiego modelu zmierzamy. Natomiast społeczeństwu jest to jeszcze bardzo trudno zrozumieć. Żyjemy w momencie rozsypki, która jest chyba przelotna i minie; może za rok, dwa, trzy… Brakuje niestety konstruktywnych emocji, myśli – nie ma żadnych elementów jednoczących społeczeństwo. Ludzie są w konflikcie z samymi sobą, tzn. lubią to, czego nie lubią, i próbują w sobie tego, czego nie mogą znieść. Nie ma bohatera, bo bohater jest dziś jednocześnie wrogiem publicznym. Jest to moment przemiany. Nie wiemy, czy przeklinać dorobkiewiczów, aferzystów, czy chwalić ludzi z inicjatywą. A przecież nie ma między nimi różnicy.”

Zaraz, zaraz… czy to stwierdzenie nie jest zbyt kategoryczne? Podzieliłem się ową konsternacją z reżyserem, pytając się go, czy rzeczywiście przedsiębiorcy i aferzyści to są ci sami ludzie?

Oczywiście! – odparł zdecydowanie Zanussi – To tylko kwestia tego, z której strony pan na to patrzy i jak pan to nazwie. W rozumieniu etymologicznym słowa „afera” każdy człowiek interesu jest jednocześnie aferzystą. Dopiero socjalizm nauczył nas rozumieć aferę jako coś brudnego i podejrzanego. To jest ślad zamętu w umysłach ludzi. Nie żyjemy w żadnym państwie prawa, chopciaż o nim marzymy, a przynajmniej to deklarujemy. Właściwie nie wiemy jakie ma być. Czasem jest jeszcze ono socjalistyczne i uważamy, że naturalnie powinniśmy prawo łamać. Bo łamanie prawa do niedawna było cnotą. W tej chwili jeszcze nie wiadomo, czy jest cnotą, czy już nie jest. Nie wiadomo np. czy płacić podatki. Za Jaruzelskiego właściwie nie należało. Sam czułem się fatalnie gdy płaciłem za moją pracę podatki w dewizach, bo wiedziałem, że za te pieniądze rząd kupuje np. gaz do rozpędzania demonstracji. Uważałem więc, że im mniej zapłacę, to będzie sprawiedliwiej. Ów zamęt nie sprzyja temu, by powstawała sztuka, w której mógłby zaistnieć prawdziwy społeczny rezonans. Na taką sztukę w tej chwili jeszcze nie jesteśmy gotowi.

Wtrąciłem: Rozum nie wydaje mi się być w szczególnym poważaniu w kraju. Inteligencja została poniżona do poziomu pariasa. Szczególnie pana może to zaboleć.

– Nie mogę nad tym specjalnie boleć – rzekł Zanussi – gdyż uważam, że od sprawdzianu wartości nie ma odwołania. Musimy się sprawdzać. Jeżeli inteligencja nie może dzisiaj zarobić na życie, nie potrafi związać końca z końcem, to w jakiś sposób daje dowód na to, że nie może również pretendować do roli przewodniej w kraju. W społeczeństwie rynkowym, zdolność do świadczenia usług jest wyrazem przydatności. Oczywiście, że żyjemy w chaosie, wiele rzeczy pomyślanych jest nienormalnie, lecz masa odruchów w naszym społeczeństwie pochodzi jeszcze z minionej epoki.
I w tym momencie usłyszałem opinię, z którą można było wówczas mocno polemizować. Opinię uwłaczającą chyba wielu ludziom w kraju. Zanussi kontynuował: „Jeżeli dawniej uniwersytet był miejscem, gdzie chroniły się najtęższe umysły, to musimy się dzisiaj pogodzić z tym, że najtęższe umysły pracują raczej dla przemysłu, a jeśli nawet posiada ktoś katedrę uniwersytecką, to jest jednocześnie w paru radach nadzorczych i jeździ przynajmniej średniej klasy samochodem. Jeśli nie jeździ, to znaczy, że jest marny, niewiele umie.”

Byłem zdumiony. Mówił to bowiem człowiek, który zajmował się najgłębszymi dylematami ludzkiej egzystencji, a za swych bohaterów obierał sobie ludzi, dla których najważniejsza była sfera umysłu, ducha – dokonywanie moralnych i filozoficznych wyborów, etyczna wrażliwość. A teraz dowiadujemy się od Zanussiego, że wartość człowieka należy mierzyć wartością jego samochodu. Czy naprawdę najtęższe umysły muszą pracować dla wyrobnictwa i przemysłu? Co począć w takim razie z wielkimi umysłami nie zainteresowanymi sferą produkcyjną czy konsumpcyjną? Na śmietnik darmozjadów?

Zanussi sprecyzował jednak kogo ma na myśli, być może starając się złagodzić kategoryczność poprzedniego sądu:
 – Dla całej masy uniwersyteckich gryzipiórków, którzy mieli się za intelektualistów, jest to straszna godzina prawdy. Ich przyczynkowe nudziarstwo jest społeczeństwu niepotrzebne i w tej biedzie, w której żyjemy, nie ma sensu tego subwencjonować. Dla inteligencji jest to więc moment przewartościowań. Myślę, że w efekcie jakoś się ona wybroni. Wiele z inteligenckich przywilejów w starej postaci traci sens, gdyż nie ma już dla nich podstaw. Dlaczego np. robotnik ma patrzeć z poważaniem na człowieka, który jest niezdarą, leniuchem, pustym gadaczem i nie ma żadnych atutów, żeby przewodzić?

Zrozumiałem, że oto Zanussi przemawia z pozycji silnego – z pozycji kogoś, kto odniósł sukces w sferze biznesowej, a konkretnie, jako producent i dyrektor wytwórni filmowej. I naturalnie, uznał to za „działalność przemysłową” (w domyśle: taką, jaką zajmują się „najtęższe umysły”), co zostało przez twórcę wyartykułowane expressis verbis:
– Zajmuję się teraz działalnością przemysłową, tzn. jestem narzędziem przemysłu rozrywkowego, czyli producentem. Muszę się uczyć masę rzeczy od nowa, bo jest to zawód, który uprawiam dopiero od niedawna – od czasu, kiedy zaczęliśmy żyć w świecie gospodarki rynkowej. Przedtem uprawiałem go na niby. Miałem wielką ochotę być człowiekiem czynnym, nie czuję się jeszcze zmęczony i chcę się jakoś w tych nowych czasach znaleźć. Nie myślę się poddawać, gdyż wszystkie baty, które mnie mogły spotkać, spotkały mnie już wcześniej na Zachodzie. Tego, co większość moich rodaków uczy się dzisiaj, ja się musiałem uczyć 15 lat temu. W wielkim bólu, a jednocześnie z wielką przewagą, bo miałem w ręku PRL-owski paszport i zawsze mogłem wrócić do domu.

Wielu ze znanych twórców polskiej kultury, którzy swoją popularność zdobyli za czasów PRL-u, pytałem o to, czy nie żal im tej sielanki, jaką podobno stwarzał wówczas państwowy mecenat. Zanussi był jedynym, który odpowiedział twierdząco, chociaż wcale się tego nie spodziewałem:
– Oczywiście żal mi czasów minionych, jednakże już wtedy wiedziałem świetnie, że tak dobrze już nigdy nie będzie. Cieszyliśmy się przecież taką sławą odbitą, świeciliśmy nie zawsze własnym światłem i to było dla nas – artystów, intelektualistów – niesłychanie emocjonujące. Mamy to jednak za sobą.

Gwoli sprawiedliwości muszę tu jednak zaznaczyć, że Zanussi żałował nie tylko PRL-owskiego mecenatu, ale również tego, że jego filmy nie mogą już liczyć na szerszą widownię wśród młodego pokolenia. Żałował również utraty tych widzów, którzy byli wdzięcznymi odbiorcami jego twórczości w latach 70-tych. A więc dochodziła nostalgia za czasami, kiedy się było „młodym i pięknym”?:
– Każdy człowiek, w miarę jak czas mija i włosy wypadają – wyznał Zanussi – spostrzega, że nie jest już taki piękny, jak był kiedyś. To samo dotyczy artysty. Żałuję, że nie mam dzisiaj dostępu do młodej widowni, ale nikt tego chyba nie ma. Nie ma więc komu zawiścić. Nie pojawili się jeszcze tacy artyści, którzy mogliby stanowić siłę przewodnią dla młodzieży, gdyż dzisiejsza młodzież nie ma w ogóle artystów wśród swoich idoli. Kiedyś może tacy się pojawią. Ja jednak będę zabiegał o młodego widza. Jak każdy artysta, chcę być do końca żywy.

Ciekawił mnie jeszcze aspekt następujący:
– Jaki to paradoks sprawił, że pan – ze swoim sposobem widzenia świata i myślenia o życiu, tak różnym mimo wszystko od zachodniego – właśnie na Zachodzie chciał zrealizować większość swoich twórczych zamierzeń?

Na co Zanussi odparł: Ponieważ ja się czuję człowiekiem Zachodu, jak każdy Polak, który ma poczucie swoich korzeni. Wiem, że moja działalność była marginalna w Polsce, a tym bardziej na Zachodzie, bo wszystkie filmy ambitne – także literatura, czy teatr ambitny – raczej nie plasują się w głównym nurcie.

Przyznaję, że brakło mi w tym momencie przytomności umysłu. A przecież Zanussi zaprzeczył oto jaskrawo temu, co powiedział na początku naszej rozmowy. Przypomnijmy sobie: Nie zaliczam się do twórców elitarnych, ponieważ byłem zawsze w górnej średniej frekwencyjnej w Polsce.
No tak, brakło mi refleksu i zaprzepaściłem szansę wykazania reżyserowi tego, że podczas tej samej rozmowy wygłosił dwa sprzeczne ze sobą sądy. A szkoda. Bowiem uświadomienie intelektualiście tej klasy, co Zanussi ambiwalencji w myśleniu, skutkuje zwykle interesującym dialektycznym wywodem, a niekiedy i ciekawym paradoksem. A tak, wszystko skończyło się rozwinięciem wątku pracy reżyserskiej za granicą:
– Kiedy stawiałem pierwsze kroki – wspomniał Zanussi – bardzo zależało mi na tym, by się potwierdzić, żeby udowodnić, że to, co myślę, moja wyobraźnia także są warte w innych krajach, że nie jestem skazany tylko na moją ojczyznę. Tak się złożyło, że tamten świat podbijałem jeszcze z wolnej stopy. Nie musiałem tego robić, dzięki czemu było mi znacznie łatwiej. Widzę, że mam tę przewagę nad kolegami, którzy muszą się dzisiaj pogodzić z tym, że coś się bardzo zmieniło, i że nie ma od tego odwrotu. Ja zawsze ten odwrót miałem – mogłem wrócić do PRL-u, zdać się na państwowego mecenasa i jeszcze w tych warunkach prosperować zupełnie dobrze.

* * *

Cenię sobie tę rozmową z Krzysztofem Zanussim. Nawet na przekór temu, że reżyser nie podjął kilku naprawdę interesujących wątków, oraz że się zagapiłem i nie zareagowałem polemicznie na kilka jego stwierdzeń. Miałem jednak wrażenie zetknięcia się z błyskotliwą inteligencją… To nic, że po ludzku niedoskonałą.

 * * *

Krzysztof Zanussi: Kiedy stawiałem pierwsze kroki – wspomniał Zanussi – bardzo zależało mi na tym, by się potwierdzić, żeby udowodnić, że to, co myślę, moja wyobraźnia także są warte w innych krajach, że nie jestem skazany tylko na moją ojczyznę   (Max von Sydow w "Dotknięciu ręki")

Krzysztof Zanussi: Kiedy stawiałem pierwsze kroki, bardzo zależało mi na tym, by się potwierdzić, żeby udowodnić, że to, co myślę, moja wyobraźnia także są warte w innych krajach, że nie jestem skazany tylko na moją ojczyznę (Max von Sydow w „Dotknięciu ręki”)

.

* Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego” 28 lipca 1995 r. w ramach cyklu „Wspomnienia wywiadowcy”, a dotyczył rozmowy, która miała miejsce jesienią 1992 roku.

Powiązany wpis: MIŁOŚĆ, BÓG I KAPITALIZM – „OBCE CIAŁO” ZANUSSIEGO

.

MIŁOŚĆ, BÓG I KAPITALIZM – „OBCE CIAŁO” ZANUSSIEGO

.

Wśród filmów 50 Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago, znalazł się również najnowszy obraz Krzysztofa Zanussiego pt. „Obce ciało”. Do Wietrznego Miasta trafił także z tej okazji sam reżyser, z którym można się było spotkać po projekcji filmu w szczelnie wypełnionej widzami sali. Czy weteran kina polskiego, jakim bez wątpienia jest Zanussi, dotrzymuje kroku zmieniającej się – nie tylko w naszym kraju – rzeczywistości, rezonując w swojej twórczości najbardziej palącymi kwestiami współczesnego świata?

.

Co zrobić z "wonością absolutną"?  (Agnieszka Grochowska w "Obcym ciele" Zanussiego)

Co zrobić z „wolnością absolutną”? (Agnieszka Grochowska w „Obcym ciele” Krzysztofa Zanussiego)

.

„Obce ciało” Krzysztofa Zanussiego próbuje się znaleźć we współczesnym świecie (wliczając w to świat kina) ale czy kolejny moralitet jaki wychodzi spod ręki słynnego polskiego reżysera – uznanego i z poważnym dorobkiem – dowodzi, że ta próba się udaje? Mam co do tego pewne wątpliwości.

kapitalizm jak bestie Babilonu?

Muszę zaznaczyć, że w sporze między prowokującym – bo wskazującym na ważność etyki w życiu człowieka i społeczeństwa – twórcą a tymi, którzy na samo słowo „moralność” dostają gęsiej skórki i wyszydzają każdego, kto opowiada się za pewnymi (zwłaszcza tradycyjnymi, judeo-chrześcijańskimi) wartościami, jestem po stronie Zanussiego. I choć enuncjację, jaką poczynił w wywiadzie dla włoskiego pisma katolickiego „Avvenire”, o tym, że jego film został zablokowany w Polsce przez „skrajne skrzydło feminizmu”, traktuję z przymrużeniem oka, jako przesadzoną, to jednak uznaję ważkość kwestii, jakie stara się podnieść w swoim najnowszym dziele reżyser, zwracając uwagę na niebezpieczeństwo ulegania siłom, które spychają człowieka na dalszy plan, podważają jego kulturową tożsamość (opartą choćby na tradycji czy religii), propagując swego rodzaju korporacyjny amoralizm: „Dzisiaj żyjemy w społeczeństwie zasadniczo pogańskim, jak w czasach antycznych. Kapitalizm początkowo miał także ludzkie oblicze, dzisiaj stracił je całkowicie. Nabrał nieludzkiego oblicza. Obecnie wielkie koncerny międzynarodowe pożerają ludzi, jak to czyniły wielkie bestie Babilonu. To nie do przyjęcia, to ogromne niebezpieczeństwo. Trzeba jednak zgodzić się co do tego, co uważamy za wartość nadrzędną: zysk czy człowieka?” – stwierdził we wspomnianym wywiadzie Zanussi, zaznaczając przy tym, że według niego jest możliwe pogodzenie praw ekonomicznych z etyką chrześcijańską.

Korporacyjny, bezwzględny amoralizm to jedno, a zachowanie wiary w mocno zlaicyzowanym świecie – to drugie. W „Obcym ciele” konfrontowane są dwie zasadnicze ludzkie postawy: ta, która wynika z wiary – czyli z wierności zasadom moralnym mającym swoje źródło w religii – z tą, która odrzuca tzw. „wartości tradycyjne” w imię tzw. „wolności absolutnej”, co sprowadza się zwykle do kierowania się w swoim postępowaniu skrajnym egoizmem.

Zanussi buduje swój film wokół tego konfliktu, przedstawiając parę dwojga młodych ludzi: Kasia (Agata Buzek) poznaje we Włoszech Angela (Riccardo Leonelli), który podobnie jak ona jest wierzącym i praktykującym katolikiem. Młodzi zakochują się w sobie, jednak Kasia postanawia swoje życie poświęcić czemuś, co według niej jest od tej miłości ważniejsze (miłość do Boga, powołanie) i wstępuje do klasztoru. Angelo jedzie za dziewczyną do Polski mając nadzieję, że w ciągu roku, jaki dzieli ją od ślubów zakonnych, zmieni ona zdanie i miłość ziemska zwycięży nad tą niebiańską. Szczęśliwym (?) trafem dostaje w naszym kraju pracę w pewnej międzynarodowej korporacji, dzięki czemu jego pobyt w Polsce staje się jeszcze bardziej sensowny (zapewniając mu taki drobiazg, jak utrzymanie) – umożliwia mu też przebywanie w pobliżu klasztoru, w którym znajduje się Kasia. Niestety, w pracy Angelo zmuszony jest obcować ze swoją szefową Kris (Agnieszka Grochowska), która okazuje się być wyzbytą wszelkich skrupułów „suką” (szkoda, że w języku polskim słowo to ma nieco inny – bardziej prostacki i wulgarny – wydźwięk, niż popularna – ale jakże adekwatna – w świecie anglosaskim bitch), jak również z jej przyjaciółką Mirą (Monika Rosati), reprezentującą podobny rodzaj kobiecości, by nie napisać – pardon my French – kurewskości. Obie panie postanawiają przetestować, czy też wręcz „złamać” cnotliwego nomen omen Angela – rozdziewiczyć go, skorumpować i skłonić do innych, równie niecnych, postępków.

zderzenie ciał obcych

Wprawdzie (domniemany?) konflikt sumienia ludzi „zaprzedających się” korporacyjnym układom, wynikający z konieczności poświęcenia pewnych zasad moralnych w imię kariery i zysku, nie jest według mnie konfliktem na miarę tragedii antycznej, ani nawet faustowskim „dealem” – będąc w rzeczywistości zaledwie (?) uleganiem jakże ludzkiej i powszechnej skłonności do oportunizmu i konformizmu – to jednak koncept Zanussiego, by zderzyć ze sobą pewne siły, które wpływają obecnie na formowanie się (zmianę) tożsamości nie tylko polskiej, ale i europejskiej w kontekście wartości chrześcijańskich, na których bądź co bądź – choćby tylko deklaratywnie – opiera się cywilizacja zachodnia, był obiecujący. Niestety, sposób egzekucji tego dylematu przez reżysera zaowocował filmem, który wydał mi się elaboratem sztucznym, nieprzekonywującym, dopuszczającym się schematyczności, niewiarygodności i ulegającym zbyt daleko idącym uproszczeniom. Innymi słowy, to co widziałem na ekranie, to nie było życie – to był ekstrakt pewnych idei, tez, koncepcji zamieniony w obraz, ale w taki sposób, który nigdy mi nie pozwolił na to, by zapomnieć o tym, że oglądam kino (czyli swego rodzaju maszynerię) – że na ekranie widzę aktorów, a nie prawdziwych ludzi (a z prawdziwą sztuką kina mamy do czynienia wtedy, kiedy oglądając film zapominamy o tym, że jesteśmy w kinie, bowiem przenosi on nas do świata, jaki – pozostając sztucznie wygenerowanym – budzi w nas autentyczne uczucia i empatię, dzięki czemu odnosimy wrażenie, iż obcujemy z czymś prawdziwym w rzeczywistości, którą zaczynamy utożsamiać z tą, w jakiej żyjemy naprawdę).

Konflikt między zmysłami a wiarą? Jaka miłość zwycięży?

Konflikt między zmysłami a wiarą?

Według mnie słabym elementem filmu było zarówno to, co wiązało zakochaną parę z chrześcijaństwem (trudno było nam uwierzyć w mocną wiarę bezbarwnego i słabego dramaturgicznie Angelo; wiele do życzenia pozostawiała także motywacja Kasi, w którą, nota bene, nie wierzył nawet jej ojciec), jak i związek dwóch kobiet-bohaterek z wielkim biznesem (niestety, ani przez chwilę nie odniosłem wrażenia, iż grana przez Agnieszkę Grochowską Kris jest szefową firmy – gdyż praktycznie cały czas ekranowy wypełniały jej knowania i manipulacja otaczającymi ją ludźmi, głownie za pomocą traktowanego instrumentalnie seksu). Czyli nie funkcjonowało już właściwie to, co miało być kluczowe, jeśli chodzi o oś dramaturgiczną całej historii, stanowiąc fundament konfliktu etycznego między dwoma różnymi światami: wiary i niewiary, idealizmu i cynizmu, duchowości i bezduszności, altruizmu i egoizmu, przyzwoitości i nikczemności, wartości wyższych i hedonistycznej próżności… etc.

feminizm jak cholesterol?

Domyślam się, że w założeniu autorskim Zanussiego, Kris i Mira miały być przedstawicielkami postępu, nowego „porządku”, kapitalizmu bez ludzkiej twarzy (jakim ponoć staje się globalny korporacjonizm), w którym dążenie do osiągnięcia egoistycznych celów przestaje się opierać na jakiejkolwiek etyce, przy jednoczesnym odrzuceniu jakichkolwiek wzajemnych zobowiązań, przyzwoitości, uczciwości, miłosierdzia, empatii, altruizmu – tego, co kojarzone jest z ludzkim sercem i sumieniem. Trochę więc zdziwiło mnie to, że dyskusja na temat filmu zaczęła się toczyć wokół feminizmu, a miało to miejsce parę lat temu w momencie odrzucenia projektu Zanussiego przez tzw. komisją ekspercką Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, w reakcji na co nasz zasłużony reżyser podniósł larum, że jest atakowany przez owo słynne już „radykalne skrzydło polskiego feminizmu” (czy miał tu na myśli Dorotę Kędzierzawską i Małgorzatę Szumowską? – bo przecież nie Agnieszkę Holland, która była za przyjęciem jego filmu do realizacji, ani tym bardziej Filipa Bajona, Andrzeja Jakimowskiego czy Macieja Wojtyszkę, którzy także znaleźli się w tej komisji, a których raczej trudno zaliczyć w poczet polskich feministek). Tak czy owak sam Zanussi położył nacisk na feminizm, powtarzając przy różnych okazjach (także podczas spotkania po projekcji filmu na Festiwalu w Chicago, co słyszałem na własne uszy) swoją „złotą myśl” o tym, że feminizm jest jak cholesterol: „… bywa dobry i zły. Jestem więc za tym dobrym feminizmem, który kazał paniom domagać się praw wyborczych, możliwości kształcenia, równości płac itd… Ale przeciw temu złemu, który ma je uczynić identycznymi jak mężczyźni – w karierowiczostwie, bezwzględności, wulgarności. Przecież dzisiaj to powszechne schamienie, traktowane jest jako przejaw emancypacji, wulgarny język używany przez kobiety jako triumf feminizmu, a moim zdaniem to akurat wielka przegrana. W Polsce feminizm jest spóźniony. Obserwuję losy kobiet, które uwierzyły, że w walce o karierę, w pazerności na władzę, pieniądze, mają być jeszcze gorsze od mężczyzn. Ten feminizm walczy o zrównanie szans nie w prawach, co jest słuszne, ale w bestialstwie. Na szczęście kobiety są na to mniej podatne, ale kobiety biznesu czy władzy czasem mogą budzić grozę. Nie chcę czynić żadnego despektu słusznym i szlachetnym feministkom. Jestem z nimi tam, gdzie chodzi o równe prawa, tam trzeba walczyć. Ale jest taki nurt skrajnego feminizmu, który głosi, że kobiety mają być takie jak mężczyźni, a mężczyźni tacy jak kobiety. Uważam, że jest on szkodliwy, gdyż zaciera granice między płciami.”

Ponoć prof. Magdalena Środa, czołowa polska feministka, zareagowała śmiechem na pytanie o działalność „skrajnego skrzydła feminizmu”: „Po pierwsze, takiego feminizmu w ogóle u nas nie ma. Mówienie o nim to jest jak sen o złych ludach. Widocznie Zanussi dołączył do Macierewicza z problemami psychicznymi. (…) Dziwię się, że Zanussi w ogóle mówi o feministkach w kontekście najnowszego filmu, bo nie słyszałam, by ktokolwiek protestował. Żadna feministka nie widziała scenariusza tego filmu i zapewniam, że nikt się nie interesuje twórczością tego reżysera. To jest widocznie nadęty starszy pan, który chce się za wszelką cenę wypromować, dlatego mówi o jakimś lobbingu ‚skrajnego skrzydła feminizmu’, które nie istnieje.”

ciężar właściwy

Pomijając złośliwości wymieniane przy tej okazji przez adwersarzy, jestem gotów przyznać rację tym, którzy zarzucają Zanussiemu pewną manipulację (być może wymyślona ona została przez niego na użytek medialny w celu wyprowadzenia dyskusji o filmie na szersze forum, nadania jej pewnego światopoglądowej ostrości i dramatyzmu), ale mimo wszystko solidaryzuję się z reżyserem, bowiem podzielam jego poglądy na skrajny feminizm, tudzież obawy wynikające z zagrożenia europejskiej tożsamości przez cyniczny, amoralny, bezwzględny korporacjonizm, dla którego zysk stał się bogiem, a wydajność ekonomiczna ważniejsza od jakiegokolwiek humanitaryzmu.
Wprawdzie Zanussi podkreśla, że on robi film, ale już to, co ten film będzie oznaczał, zależy od samego widza, to jednak zdradza swoje intencje i mówi nawet o przesłaniu, jakie ma „Obce ciało”: „I najważniejsze, co pokazuję w filmie, to fakt, że mentalność korporacyjna, jest nie do pogodzenia z całą tradycja judeo-chrześcijańską. I jak łatwo – wywalczywszy sobie wreszcie wolność polityczną, sprzedajemy ją na rzecz nowej władzy jaką stałą się korporacja, z jej przemożną potrzebą bogacenia się. To jest tak naprawdę przesłanie tego filmu.”
Wydaje się, że przyłapaliśmy tutaj twórcę na sprzeczności: z jednej strony bowiem uznaje on, że prawa ekonomii nie muszą być sprzeczne z etyką chrześcijańską, z drugiej zaś wskazuje na to, że nie da się jej pogodzić z „mentalnością korporacyjną”. Jednakże, moim zdaniem, jest to sprzeczność pozorna, która zwraca nam uwagę na to, że „mentalność” korporacyjna wcale nie musi być mentalnością pozbawioną etyki, by kierować się prawami panującymi w ekonomii. Czym innym są te prawa (domena ekonomii), czym innym moralność (domena etyki) – każde zachowanie cywilizowanego człowieka (również ekonomisty czy korporacjonisty) powinno się stosować do przyjętego (zaakceptowanego cywilizacyjnie) systemu etycznego, według którego dobro powszechne i sam człowiek (również ten „zwykły” – common man) są ważniejsze niż ekonomiczny zysk i imperatyw bogacenia się za wszelką cenę. (W tym kontekście atakowanie Zanussiego jako tego, który jest po stronie „prawicowców” jest pewną niedorzecznością, bo przecież mamy tu do czynienia z postulatem typowo „lewicowym”.)

Ale przecież „Obce ciało” nie jest filmem politycznym, nie jest też filmem atakującym feminizm – według mnie to, co się zaczęło dziać wokół obrazu Zanussiego jest sporem wywołanym sztucznie. Ale to prawda, że pojawienie się „Obcego ciała” na ekranach można potraktować jako pretekst do dyskusji nad zmianami współczesnego świata i europejskiej tożsamości, miejscem Boga w przestrzeni publicznej i w życiu samych ludzi, związku etyki z ekonomią… etc. Tylko czy „Obce ciało” Zanussiego zdolne jest udźwignąć ciężar tych kwestii?

greydot

Miłość (niebiańska?) Boga silniejsza od miłości (ziemskiej) do mężczyzny?   (Agata Buzek w "Obcym ciele")

Miłość (niebiańska?) do Boga silniejsza od miłości (ziemskiej) do mężczyzny? (Agata Buzek w „Obcym ciele”)

.

PARNAS I SUTERENA

Amerykańska podróż do jądra ciemności. Marlon Brando w „Czasie Apokalipsy” Coppoli.

Kino jako sztuka, źródło doznań „wyższych” – kino jako patrzydło, „guma do żucia” dla oczu. To samo medium – jakże różne, wydawałoby się, światy.
Kino europejskie, autorskie, artystyczne vs. kino hollywoodzkie, popularne, rozrywkowe…
Wygląda na to, że także i tutaj mamy do czynienia z konfliktem między kulturą masową a tzw. „elitarną”.
Czy jednak musi to być walka „na noże”, konflikt pełen resenstymrntów i animozji? Czy wysublimowany widz musi patrzeć z góry na odbiorcę filmowej pop-kultury? Czy tzw. widz „przeciętny” musi klękać przed wyniosłym artystą, albo też go profanować?

Czy jest to permanentny i nierozwiązywalny antagonizm? Czy naprawdę parnas nie może mieć nic wspólnego z sutereną, i czy aby suterena nie może czasem sięgnąć parnasu? Oto jeszcze jeden przyczynek do niegasnącej debaty o stosunkach kultury „wyższej” z tą uznaną za „niższą”.
Czy musi to być wojna?
Czy możliwy jest tu mezalians?

ZABAWKA MACHULSKIEGO

Dla lepszego zobrazowania dylematu, jakim chcę się tu zająć, pozwolę sobie przytoczyć dwa jakże odmienne spojrzenia na sztukę kina, posiłkując się wypowiedziami dwóch polskich twórców, reprezentujących kino diametralnie różne gatunkowo. Mam na myśli Juliusza Machulskiego oraz Krzysztofa Zanussiego.

Machulski: „Kino to najlepsza zabawka dla mężczyzny” (Komediowa „Seksmisja” )

Od Machulskiego, w jednej z rozmów jakie z nim swego czasu przeprowadziłem, usłyszałem:
„Jestem chyba bardziej kinomanem, niż reżyserem. Zostałem reżyserem, gdyż lubiłem oglądać filmy, a nie dlatego, że chciałem zbawić świat. (…) Musimy się z tym pogodzić, że filmami niczego ważnego nie jesteśmy w stanie zdziałać, zmienić. Moim zdaniem, to najlepsza zabawka dla mężczyzny. (…) Kino jest sztuką plebejską. (…) Zawsze starałem się robić filmy dla szerokiej publiczności. (..) Nie można oddzielać: to jest film artystyczny, a to jest film dla widza. Trzeba to umieć łączyć, nie tylko w kinie, ale i w każdej dziedzinie sztuki, która powinna być przecież przeznaczona dla jak największej liczby ludzi”.
Trudno o bardziej demokratyczne, egalitarne, a tym samym anty-elitarne podejście do kina. Machulski mówi o plebejskości i to wcale nie w znaczeniu pejoratywnym.

OCZY SPIELBERGA I SUBTELNY KOD ZANUSSIEGO

Zupełnie inaczej sprawy się mają z Krzysztofem Zanussim, który w swoim eseju traktującym o sytuacji sztuki współczesnej pisał:
„Jakkolwiek chciałbym dowartościować dziś obszar kultury masowej, nie mogę przemilczeć faktu, że niesie ona regres. Tradycyjne dziedziny sztuki w swym popularnym wydaniu produkują chłam, który nam, ludziom starej daty, wydaje się falą barbarzyństwa pozbawionego wszelkiej wartości kulturowej. (…) Wiem, że prosty kod porozumiewania nie potrafi unieść treści, dla których stworzony został kod subtelny, wyrafinowany”.

Zanussi: „… prosty kod porozumiewania nie potrafi unieść treści, dla których stworzony został kod subtelny, wyrafinowany”. (Kadr z „Iluminacji” )

Jednak w tym samym eseju znajdziemy ustęp, który jakby przechyla szalę racji na stronę Machulskiego.
Oto ten sam elitarystyczny Zanussi wyznaje:
„… Rozmyślam z żalem, dlaczego to ja nie potrafię dotrzeć do tych widzów, którzy mnie opuścili, a znajdują ukontentowanie w utworach grubaśnych, koślawych ale na swój sposób autentycznych i szczerych. Patrząc w oczy Spielberga odnajduję w nich całą naiwność, która jest w jego sztuce i nie mogę mu zazdrościć naiwności, ale wiem, że w swej sztuce nie kłamie – jego świat jest bliski świata średniej statystycznej publiczności, a ja muszę do tej publiczności schodzić, tak jakbym schodził do jakiejś sutereny. W tym miejscu winię się za to, że brak mi prawdziwej i szczerej solidarności z człowiekiem, który nie przywykł do mego kodu porozumiewania i że nie potrafię odmienić tego kodu tak, bym się porozumiał w prosty sposób na temat tego, co nieproste.”

No i proszę! Nawet Zanussi wyraża szczerą tęsknotę zstąpienia z wysokości wieży z kości słoniowej do sutereny „średniego” człowieka.

METAFIZYKA I JARMARK

Czy kino artystyczne, podejmujące głębsze wątki musi być „niestrawne” dla przeciętnego widza? ( „Milczenie” Bergmana)

Oto dwie różne perspektywy z jakich postrzegane jest kino (również cała kultura) zarówno przez jego twórców, jak i odbiorców czy krytyków.  Dwie odmienne opcje i zapatrywania – a każda wydaje się mieć po swojej stronie mocne argumenty.
Czy aby jednak próby godzenia ich ze sobą nie są pobożnym życzeniem? Mógłby ktoś powiedzieć, że przecież nie można być jednocześnie na piętrze i w suterenie. Zawsze więc będzie istniał podział na sztukę elitarną i masową.

Chodzi jednak o to, by nie budować dodatkowo i nie wzmacniać barier między nimi, a pozwolić na swobodne przenikanie się przez nie tym, którzy doświadczyć chcą zarówno jarmarku, jak i czegoś bardziej wyrafinowanego. Wierzę bowiem, iż w każdym plebejuszu może drzemać subtelny artysta, a w każdym artyście – plebejusz. Szkopuł w tym, że w plebejuszu stosunkowo rzadko ten artysta się budzi, a już nigdy nie budzi się w „masie”.

Naturalną konsekwencją różnic dzielących Machulskiego i Zanussiego, jest odmienność filmów jakie wychodzą spod ich ręki. Sposób widzenia świata, a także pojmowania roli, znaczenia i celów kina, zależy przecież od temperamentów i osobowości – to wszystko determinuje charakter ich twórczości.
Zanussi przejęty metafizyką, wydelikacony intelektualnie, elitarny, pytający o sprawy absolutne… chce traktować kino w kategoriach sztuki przez duże „S” – skutkiem czego powstały choćby „Iluminacja”, „Paradygmat”, czy też „Barwy ochronne” ; Machulski – nota bene przezwany kiedyś „polskim Spielbergiem” – wygarnia prosto z mostu, że kino jest ze swej natury plebejskie i… robi swoich „Killerów”, „Seksmisje”, czy „Girl Guidy”
Na ile jednak jest to konsekwencja, a na ile ograniczenie?
Skądinąd wiemy, że obaj twórcy tęsknią niejako do tego, by wypróbować siebie w tej odmiennej – ale przecież obcej im – poetyce kina. To dlatego Zanussi spoziera czasem tęsknie w „naiwne”, ale i „szczere” oczka Spielberga ( „Serce na dłoni” ), a Machulskiemu marzy się polemika na miarę Wajdy ( „Szwadron” ).

AMERYKAŃSKI CHŁAM ?

Niestety prawdą jest to, że kino „masowe” zalane jest głupotą, średniactwem, bezmyślnością; wypełnione fajerwerkami i krwią, tudzież klecone schematami i banałem. Rzeczywiście trudno w tym wszystkim znaleźć głębszą myśl, refleksję – jakąś treść pełniejszą.
Wygląda na to, że kino hollywoodzkie, zatoczywszy koło, wróciło do swych plebejskich korzeni, czyli właśnie do jarmarku. Prawdą jest również, że kino amerykańskie w swojej masie nastawione jest głównie na zysk i na to, by trafić do jak „najszerszej” widowni. I ma to swoje konsekwencje.
Kino rasowe: bardziej wyrafinowane, estetycznie wysmakowane, wyrobione myślowo – jednym słowem artystycznie i intelektualnie „ambitne” – przemyka się gdzieś po peryferiach.

A jednak nie mogę się zgodzić z tym, że „Hollywood produkuje wyłącznie chłam”, jak raczyła zauważyć jedna z moich komentatorek. Nie mogę przechodzić obojętnie obok totalnej krytyki amerykańskich produkcji, jakże ostatnio wyraźnie widocznej na ogólnej, powszechnej fali niechęci do wszystkiego co amerykańskie.
Według mnie jest to zbyt daleko idące uogólnianie i dlatego niesprawiedliwe. Argumentem są choćby takie filmy ostatnich lat, jak np. „The Hurt Locker”, „Doubt”, „Precious”, „A Serious Man”, „There Will Be Blood”, „Invictus”, „The Messenger”, „No Country For Old Men”, „Milk”, „A Single Man”… Żadnego z nich nie sposób nazwać chłamem – bo czyż tym obraźliwym w sumie słowem można określić, dajmy na to, reżyserię Clinta Eastwooda, aktorstwo Seana Penna i Meryl Streep, artyzm Toma Forda czy zdjęcia Janusza Kamińskiego?

Film jako pokoleniowy manifest (Dustin Hoffman w „Absolwencie” Nicholsa)

Należy pamiętać o tym, że także i w Hollywood powstawały (i jak widać – powstają nadal) filmy, zaliczane obecnie do światowej klasyki, bez których historia kina drastycznie by zubożała. Mam tu na myśli obrazy choćby Roberta Altmana, Olivera Stone’a, Stanley’a Kubricka, Martina Scorsese, Davida Lyncha, Mike’a Nicholsa, Petera Bogdanovicha… dzieła reżyserów takich, jak np. Kazan, Malick, Schlesinger, Wilder, Huston, Ford, Coppola…

CZAS NA SUSHI, CZAS NA KOTLETA

A jednak – Hollywood to nie tylko plebejska, płytka rozrywka. ( „Midnight Cowboy” Schlesingera)

Muszę przyznać, że lubię kino – towarzyszy mi ono w życiu od bardzo dawna. Staram się dostrzegać całe jego bogactwo, również te dzielące go różnice. Oczywiście, oglądam także filmy wyprodukowane w Hollywood, choć niejednokrotnie znalazłem się w takiej sytuacji, że mimo ochoty na obejrzenie jakiegoś filmu na dużym ekranie, nie było „żywcem” na co się wybrać: dziesiątki tytułów w tzw. „szerokim rozpowszechnianiu” i ani jednego filmu godnego uwagi. A jednak, mimo wszystko, każdego roku można znaleźć obrazy, które warto obejrzeć.

* * *
Należy pamiętać, że kino hollywoodzkie jest kinem głównie rozrywkowym, popularnym i jest oczywiste, że do takiego kina trzeba przykładać inne miarki, niż do filmów, dajmy na to, Bergmana, Felliniego, Buñuela, Kieślowskiego czy Herzoga. Nie ta liga, nie ta estetyka, nie ta sztuka, nie ten ciężar gatunkowy.
Zgadzam się, że większości filmów hollywoodzkich nie da się oglądać, ale część z nich posiada swoją niekwestionowaną wartość. Kto z nas nigdy nie przejął się, nie wzruszył – nie zachwycił nawet – oglądając film hollywoodzki, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Wszelkie uogólnienia są niebezpieczne, niesprawiedliwe i w sumie mylące. Nie można wszystkiego pakować do jednego wora. A skoro kino popularne ma tak ogromny wpływ na ludzi (a ma!), to moim zdaniem warto wskazywać na to, co jest w nim wartościowe, co dotyka wyższej sztuki… (bo czasami dotyka!).
My również, delektując się niekiedy jakimś wyszukanym daniem, na co dzień spożywamy to, co większość ludzi – chleb, ziemniaki, ryż, kotleta… Chodzi tylko o to, aby były to potrawy w dobrym gatunku, i raczej bez toksyn.
Nie mam zamiaru udawać, że nie jestem także odbiorcą tego, co kwalifikuje się jako pop-kultura.
Słucham nie tylko Handela, Strawińskiego, Góreckiego, Milesa Davisa, Tori Amos czy Charlie’go Parkera… Także Claptona, Springsteena, Dire Straits, Cockera…

Jest czas na kawior i sushi, jest czas na frytki i steka.
Jest czas na Bergmana i czas na Spielberga.

Artyzm w kinie amerykańskim („A Single Man” Toma Forda)

*

FILMOWISKO („Galerianki”, „Świnki”, „Rewizyta”, „Enen”… i inne polskie filmy w Chicago)

*

Kilkanaście listopadowych dni upłynęło mi pod znakiem polskiego kina. Jak co roku bowiem, jesienią miał miejsce w Chicago Festiwal Filmu Polskiego w Ameryce, obwieszczany przez organizatorów jako „największy przegląd filmów polskich na świecie”.
Chciałbym się teraz podzielić z Wami tym, co mnie tam spotkało.
 

 

„GALERIANKI”

  * * * * * *

Żyć „na poziomie” („Galerianki”)

Spodziewałem się, że będę miał po obejrzeniu tego filmu sporo do pomyślenia – a tym samym i do napisania – ale jednak nie miałem, więc siedzę teraz nad pustą kartką papieru i deliberuję, dociekając przyczyn tej obstrukcji.
Z jednej strony należą się pochwały pod adresem Katarzyny Rosłaniec, młodej adeptki kina, za odwagę podjęcia tematu drażliwego i jego dość sprawną realizację na filmowym ekranie; z drugiej zaś – trudno nie dostrzec pewnych braków aktorskich, scenariuszowych czy montażowych, które sprawiły, że „Galerianki” bardziej przypominały jednak etiudę (kóra zresztą była punktem wyjścia dla filmu pełnometrażowego), niż rasowy, kompleksowy film fabularny opisujący pewną socjologiczną niszę nowej rzeczywistości, w jakiej znalazła się Polska po „wybiciu się” na niepodległość.
Właściwie wszystko, począwszy od pierwszych kadrów, można było w tym filmie przewidzieć. Wiadomo, że jak młode dziewczyny (dzieci wręcz), zaczną się „puszczać” za ciuchy czy inne luksusowe towary sprzedawane w nowoczesnych centrach handlowych, to nie może z tego wyjść nic dobrego. Wiadomo, że „z jakim przystajesz, takim się stajesz”. Wiadomo, że jak rodzina jest dysfunkcyjna, to dzieci nie mogą się rozwijać normalnie i ulegają dmoralizacji. Wiadomo, że jak nie ma autorytetów i zdewaluowały się wszelkie wartości, to młodzi są zagubieni i oddani na pastwę szpanu, marginesu i używek. Wiadomo, że jak system edukacyjny „leży”, w praktyce sprawdza się tylko cwaniactwo, a nauczyciele stali się obywatelami drugiej kategorii – to nie ma po co się uczyć… itd.
A może, mimo że to wszystko „wiadomo”, warto takie filmy robić?

„ŚWINKI”

  * * * * * *

Post-komunistyczna mizeria („Świnki”)

Filmy Roberta Glińskiego są ważne. Począwszy od „Niedzielnych igraszek”, poprzez „Cześć Tereska”, na jego najnowszym filmie „Świnki” skończywszy.
To jeszcze jeden, obok „Galerianek”, utwór zajmujący się dziecięcą prostytucją. Główną postacią filmu jest kilkunastoletni Tomek, który, mieszkając w przygranicznym mieście, sprzedaje się niemieckim pedofilom – głownie po to, by zarobić na jakąś fanaberię swojej dziewczyny i wystrzałowe ciuchy.
W „Świnkach” nie brakuje tzw. „mocnych” scen, (w które zwykle obfitują filmy o prostytucji) jednak tym, co wyróżnia ten film spośród innych tego rodzaju jest jego… subtelność (jaką tylko Gliński potrafi obdarzyć swoje obrazy zajmujące się mało subtelną już rzeczywistością).
Szokujące są dla mnie te wszystkie zmiany w polskim społeczeństwie, jakie ukazuje polskie kino (i to począwszy od momentu samej transformacji ustrojowej). Nie mieszkając w kraju, mogę sobie zadawać pytania: czy jest tylko jakiś szary a tragiczny margines? Jakaś ekranowa moda, czy może tendencyjność twórców, którzy skupiają się na polskiej post-komunistycznej mizerii? Takie nowe kino starego moralnego niepokoju, ale już w dobie drapieżnego kapitalizmu i pseudo-demokratycznego liberalnego bezchołowia, które mimo tendencji, by z Polski zrobić państwo wyznaniowe, ma jednak miejsce w naszym kraju?

„REWIZYTA”

  * * * * * *

Zanussi odwiedza po latach swoich bohaterów (Jan Nowicki w „Rewizycie”)

Mimo, że „Rewizytę” Krzysztofa Zanussiego trudno uznać za film z prawdziwego zdarzenia (jest to właściwie pozbawiony jakiejkolwiek akcji zapis kilku rozmów), to jednak obejrzałem go z wielką ciekawością. Nie tylko dlatego, że przypomniał mi on kilka ważnych filmów mojej młodości (i lat szczenięcych), takich jak „Barwy ochronne”, „Życie rodzinne”, „Constans”, ale również dlatego, że przykuły mą uwagę jego dialogi, będące rodzajem wywiadów, jakie z bohaterami tamtych filmów przeprowadza współcześnie młody chłopak (znany nam z ostatniej komedii Zanussiego „Serce na dłoni”, niedoszły samobójca … – tutaj niezbyt rozumiem intencję reżysera, dlaczego akurat ten bohater zostaje przez niego wykorzystany, a nie inny?)
Szokiem może być już dla nas sama konfrontacja aparycji młodych ludzi, jakimi w czasie kręcenia tamtych filmów byli Maja Komorowska, Daniel Olbrychski, Zbigniew Zapasiewicz… z ich wyglądem dzisiejszym (czas jest jednak nieubłagany!) Aczkolwiek musimy pamiętać, że jest to tylko fizyczność, bowiem najciekawsza jest psychologioczna analiza przemian, jakie zaszły od tamtych czasów w odgrywanych przez nich bohaterach. I Zanussiemu, jak uważam, udaje się to przekazać w bardzo zajmujący sposób.

„POPIEŁUSZKO. WOLNOŚĆ JEST W NAS”

  * * * * * *

Religia i polityka („Popiełuszko. Wolność jest w nas”)

Nie zniechęcony afiszem, który był ewidentnym plagiatem z plakatu do najnowszego „bonda” (nota bene zupełnie nie przystającym w swoim jawnym szpanerstwie do treści filmu), tudzież złą prasą wokół tej „super-produkcji”, do festiwalowego kina wbrałem się także po to, by obejrzeć obraz „Popiełuszko. Wolność jest w nas”. Nie tylko dlatego, że wybrany on został przez organizatorów, jako tytuł otwierający całą imprezę.
Muszę wyznać, iż bardzo trudno jest mi oceniać ten film w oderwaniu od autentycznych wydarzeń , które on opisuje, a które chyba większość z nas nosi w sobie od czasu, kiedy wydarzyła się ta tragedia.
A jednak spróbuję.
Na realizację filmu przeznaczono – co zresztą widać na ekranie – ogromne środki. Lecz oczywiście to jeszcze nie musi o niczym świadczyć. Ważna jest artystyczna egzekucja dzieła i to, czy powiodło się przedstawienie w nim prawdy o tamtych czasach – o ludziach i wydarzeniach… czyli po prostu, czy obraz do nas przemówił, i to zarówno emocjonalnie, jak i intelektualnie. A na to pytanie odpowiedzieć sobie musi każdy widz indywidualnie – mnie również nie pozostaje nic innego, jak tylko napisać o własnych odczuciach.
A z nimi było różnie.
Z jednej strony trudno nie docenić wysiłku twórców, by odtworzyć rzeczywistość owej szarej i baznadziejnej epoki, jaka nastąpiła po zdławieniu solidarnościowego zrywu na początku lat 80-tych; trudno nie ulec autentyzmowi kreacji odtwarzającego główną rolę Adama Woronowicza, trudno nie czuć się zszokowanym patrząc na jakże naturalistycznie odtworzone bestialskie morderstwo dokonane na bezbronnym człowieku…

Zwykły człowiek czy święty?

ale z drugiej – trudno jednak zapomnieć o słowie hagiografia na określenie tego, co zrobiono z portretem księdza Popiełuszki, malując go na filmowym ekranie. I to wbrew zapewnieniom reżysera i scenarzysty (w jednej osobie) Rafała Wieczyńskiego, że zależało mu na pokazaniu człowieka z krwi i kości, a nie świętego męczennika, (którym właściwie Popiełuszko stał się dopiero w momencie swej straszliwej śmierci). Moim zdaniem to się nie udało. Mimo, że widzimy jakieś tam słabostki i drobne wygłupy kapłana, to jednak od samego początku jest on traktowany jak osoba niezwykła – jako kandydat na świętego, charyzmatyczny ksiądz z aureolą – a nie jak zwykły człowiek, którym w swej istocie był Jerzy Popiełuszko. Przeszkadzała mi także pompatyczna muzyka, zdradzająca monumentalne zapędy twórców filmu; także pewien schematyzm niektórych scen, którymi zdawał się kierować nie autentyzm, tylko jakaś teza…

*

INNE FILMY 

Nie chcąc powiększać zapisanej literkami przestrzeni i tak już obszernego wpisu, omawianie innych obejrzanych przeze mnie na Festiwalu filmów spróbuję ograniczyć do krótkich uwag o ich charakterze, treści i ewentualnie wspomnieć, jakie one zrobiły na mnie wrażenie,czyli co o nich (subiektywnie) sądzę.

Kolskiego zawodzi liryzm? („Afonia i pszczoły”)

„Afonia i pszczoły”. Najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego. Spore rozczarowanie. To, co we wcześniejszych filmach Kolskiego (choćby w „Jasminum” ) było nie pozbawionym uroku realizmem magicznym, poetycką wizją reżysera opowiadającego swe dziwne, ale dość ciepłe baśnie, tutaj zamieniło się w jakąś okrutną dziwaczność. Tym bardziej zniechęcającą, że podawaną nam już w konwencji realistycznej, jako ślepą miłość pewnej, opiekującej się niepełnosprawnym mężem (doskonały w tej roli Mariusz Saniternik) kobiety, która w post-wojennej Polsce zakochuje się w przystojnym Rosjaninie (a ten, niestety, okazuje się być psychopatycznym sadystą). Film cokolwiek rozwlekły, z nużącymi repetycjami, bez większej „chemii” między kochankami. Nie mogło się to wszystko dobrze skończyć. I nie skończyło, mimo, że Afonia wróciła w końcu do swojego chromego męża i pszczół, którym wcześniej porozbijała ule. Bowiem czasem świat się rozsypie tak, że nie da się go już z powrotem skle(c)ić.

Bardzo efektywny w swoim przekazie polityczno-historycznym był natomiast „Generał Nil” Ryszarda Bugajskiego, twórcy słynnego „Przesłuchania” (aż sie nie chce wierzyć, że było to 27 lat temu!). „Generał Nil” to  film tematycznie do „Przesłuchania” podobny, bo zajmujący się zbrodniami stalinowskimi w naszym kraju. Temat, wydawałoby się przebrzmiały, martyrologiczny i nadużywający cierpliwości (zwłaszcza młodego poskiego) widza, stanowi jednak mocną podstawę tego solidnego, zajmującego i nad wyraz sprawnie zrealizowanego filmu, którego mocnym atutem jest gra Olgierda Łukasiewicza (w roli generała AK Fieldorfa, skazanego w latach 50-tych, w procesie pokazowym na karę śmierci przez „niezawisły” polski sąd). A wydawałoby się, że dziś takich filmów już się nie robi.

Psychiatria wg Falka („Enen”)

Prawdę pisząc, nieco więcej spodziewałem się po najnowszym filmie Feliksa Falka „Enen”. Czyżby dlatego, że moje oczekiwania były zbyt wygórowane? Ale jak mogły nie być, skoro Falk jest przecież sprawcą tak znakomitych filmów, jak np. „Wodzirej” (toż to już klasyka!), „Był jazz”, „Bohater roku”, czy „Komornik” !? Nie przeczę, „Enen” jest filmem ciekawym – nie nudziłem się na nim ani minuty! (co jest już  dość solidnym komplementem dla filmu), a jednak wydał mi się on być pozbawiony tego ciężaru właściwego, który mógłby go plasować w gronie utworów wybitnych (a tego chyba właśnie oczekiwałem). Poza tym opierał sie na dość niewiarygodnym pomyśle fabularnym (pewien psychiatra podejmuje się leczenia w swoim domu człowieka, z którego dwadzieścia kilka lat wcześniej – czyli jeszcze w PRL-u – zrobiono „warzywo”, co najprawdopodobniej miało podłoże polityczne.) Mimo wszystko, „Enen” wart jest polecenia (tak więc go polecam).

Do przeszłości, ale już w zupełnie innym tonie nawiązywał debiut Michała Rogalskiego „Ostatnia akcja” . Film z założenia lekki, nakręcony w tradycji kryminalnej komedii, nie zdołał jednak udźwignąć całego grona popularnych swego czasu aktorów polskich starszego pokolenia, takich jak Jan Machulski, Marian Kociniak, Wojciech Siemion, Lech Ordon, Barbara Kraftówna, Anna Janowska, Piotr Fronczewski… moim zdaniem głównie wskutek słabości scenariusza, który starał się zająć nas para-kryminalną historyjką, tyle że w sposób mało przekonywujący, bez żadnego suspensu, raczej przewidywalnie i mało oryginalnie. „Ostatnią akcję” wyprodukował nikt inny, jak Juliusz Machulski (co zresztą wyczuć można było w charakterze filmu wystylizowanego lekko na „Va Banque” czy „Killera”), więc z pewnymi obawami wybierałem się na film, który on wyreżyserował, czyli „Ile waży koń trojański?”, tym bardziej, że nie sposób było mi zapomnieć o złej prasie, jaką swego czasu „cieszyła się” ta komedia w naszym kraju. I tu spotkało mnie dość miłe zaskoczenie, gdyż trafiłem na film sympatyczny, zajmujący, gładko zrealizowany, a także świetnie zagrany. Nie miał on wprawdzie ciężaru odpowiedniego dla kinowego ekranu, ale jako opowieść oglądana w domowym zaciszu, w mniejszym już formacie, sprawdzić się on może, moim zdaniem, doskonale.

Na Festiwalu obejrzałem jeszcze dwa inne filmy, które w jakiś sposób ze sobą kojarzę i łączę, może ze względu na dość pesymistyczną, ponurą i miejscami desperacką wręcz ich wymowę. Mowa o „Jestem twój” Mariusza Grzegorzka oraz o filmie, który, jak słyszałem, wywołał swego czasu w kraju pewne poruszenie (przynajmniej w środowisku kinomanów), czyli „33 sceny z życia” Małgorzaty Szumowskiej. Oba filmy sprawnie zrealizowane, ale w pewien sposób wtórne (obraz Szumowskiej nawet swoim tytułem nawiązuje do Bergmana). No i przedstawiające rzeczywistość w konwencji jakiegoś egzystencjalno-psychologicznego koszmaru (co oczywiście, samo w sobie jeszcze filmu nie dyskredytuje, a jednak może być nużące).

* * *
W sumie jednak – było ciekawie. I mój apetyt na kino polskie na jakiś czas został zaspokojony.

*

Dość męczące „33 sceny z życia”

*