CZY EUROPA PSUJE SIĘ OD GŁOWY? – o filmie „Słodki koniec dnia”

.

Kiedy się zabierałem do napisania noty o tym filmie, to myślałem, że zajmie mi ona jakieś pół strony. Ale kiedy skończyłem, okazało się, że tych zapisanych stron jest cztery. Nakręcony we Włoszech, ale zdecydowanie polski obraz ze scenariuszem napisanym specjalnie dla Krystyny Jandy, sprowokował mnie do bardziej intensywnego myślenia, niż się spodziewałem, co jednak nie przełożyło się na moją dobrą o nim opinię. „Słodki koniec dnia” prowokuje, mówi o schyłku i dekadencji, ale chyba niechcący obnaża zepsucie tam, gdzie tego zepsucia sam nie dostrzega.

.

Jaki jest stan europejskich elit? (Krystyna Janda w filmie „Słodki koniec dnia”)

.

       Pamiętam jak urzekł mnie pierwszy film Jacka Borcucha, który widziałem. Nosił on tytuł „Wszystko co kocham” i był dość nostalgicznym, ale jednocześnie spontanicznym powrotem reżysera do czasów swojej młodości – nieco żywiołowym i rozwichrzonym, ale przy tym autentycznym i szczerym. Gorzej było niestety z następnym jego filmem „Nieulotne”, w którym młodzi ludzie usiłowali wejść w świat dorosłości, ale za bardzo nie wiedzieli, czego chcą (tam szukać) – wprawiając również w konsternację nas, widzów.

Ciekaw więc byłem najnowszego obrazu Borcucha „Słodki koniec dnia”, tym bardziej, że zagrała w nim dawno już nie widziana na kinowych ekranach Krystyna Janda (moje zaciekawienie z tego powodu jeszcze bardziej wzrosło, kiedy na ostatnim Festiwalu Filmowym Sundance za wystąpienie w tym filmie otrzymała nagrodę dla najlepszej aktorki); a tu jeszcze w obsadzie gwiazda (bardziej kina włoskiego niż polskiego) Kasia Smutniak; a tu scenariusz pisany m.in. przez Szczepana Twardocha, uznanego w Polsce za pisarza dobrego, choć kontrowersyjnego („Morfina”); a tu muzyka Blooma i Możdżera… No i jeszcze ta Toskania.

mgła

Początek „Słodkiego końca dnia” był zachęcający. Zamiast pocztówkowych, nieskazitelnie pięknych toskańskich pejzaży, którymi zazwyczaj napawają się operatorzy filmów z akcją osadzoną w tej idyllicznej krainie oliwek, cyprysów i wina, (którą, nawiasem mówiąc ja sam uwielbiam) patrzyliśmy na kadry Michała Dymka, który z włoskiego krajobrazu wydobył mglistą szarość, niekiedy wręcz mroczność – nawet w czasie dnia nie widzieliśmy jaskrawych kolorów, bo obraz zdominowały barwy zimne i stonowane, pozbawione nasycenia. Światło słoneczne, jeśli było, to było wyblakłe i przefiltrowane; zieleń i żółć – pieszcząca zazwyczaj w Toskanii nasze oczy – tutaj była brudna, poszarzała… I akurat w tym momencie to wszystko mi odpowiadało, gdyż mogło się przełożyć na równie intrygującą i niebanalną filmową historię o europejskiej dekadencji. Bo cóż po pięknie w czasie nerwowym?
Bardziej oswajały niż raziły aż nadto oczywiste odniesienia do znajomych scen z innych filmów. Docierały do nas znaki i symbole, które – miałem taką nadzieję – staną się bardziej czytelne i uzasadnione później. Do ludzi obecnych na ekranie, przybliżały nas ich gesty, zachowanie, słowa… Krystyna Janda we wszystkich scenach zwracała na siebie największą uwagę… Wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku, ale w pewnym momencie „Słodkiego końca dnia” zaczęło mi coś w nim zgrzytać.

bomba

Bomba wybuchła gdzieś tak w połowie filmu, zaraz po niej nastąpiła nie mniej wybuchowa przemowa głównej bohaterki, granej przez Jandę Marii Linde, pochodzącej z Polski laureatki Nobla, która odrzucając tę obmierzłą nagrodę, będącą dla niej symbolem psującej się (od głowy?) Europy, stwierdziła ponadto, że atak terrorystyczny, jakiego właśnie dokonano w Rzymie (i który pochłonął wiele ofiar śmiertelnych) jest niczym innym, jak… dziełem sztuki. A śmierć tych ludzi była dla nich… darem, jaki otrzymali oni od tych, którzy ich zabili.
Od tego momentu czekałem, jak to wszystko dalej się rozwinie – jak wytłumaczy ona tę histeryczno-niedorzeczną tyradę, jakie poda argumenty; wreszcie: co ona tak naprawdę sobą reprezentuje, jaka była jej twórczość, na czym polegało jej oddziaływanie na ludzi, na czym jej zależy, co ją w Europie boli… ? A może zamkną ją – jak Ezrę Pounda  w klatce (którą właśnie wybudowano na rynku jej miasta) – w psychiatryku?
Lecz na próżno – film spuścił z tonu i dalej „poleciał” już tylko bliżej nieokreśloną mamałygą, w której grana przez Jandę „poetka” (jakże trudno byłoby wyobrazić sobie jej „poezję”) zachowywała się coraz bardziej niezrozumiale, irytująco i antypatycznie.
Niestety, im więcej o tym filmie myślę (a daje on jednak do myślenia) tym mniej mi się on podoba. (Ale bardziej ze względu na treść, niż na formę).
Jedną z kluczowych kwestii, jaką podejmuje „Słodki koniec dnia” jest problem, jaki ma obecnie Europa z imigrantami (to polityka). Drugą jest wolność artysty do (najbardziej nawet skrajnych i kontrowersyjnych) wypowiedzi (to psychologia i etyka). Film, chcąc nie chcąc, pyta się też o kondycję europejskiej kultury i jej elit.
I tutaj budzą się we mnie spore zastrzeżenia… właśnie wobec tych europejskich elit, których przedstawicielką jest także Maria Linde.

ciacho

Po pierwsze: jej romans z (młodszym od niej o jakieś 30 lat) wielce urodziwym Egipcjaninem, sporo mówi nie tylko o hedonistycznych skłonnościach (te według mnie nie są tutaj tak istotne, podobnie jak to, że na „intelektualnych” spotkaniach z nią pali się „skręty”, alkohol leje się strumieniami, a ona sama „ćpa” na jakichś podejrzanych bibach), co o jej stosunku, zarówno do własnej rodziny (mąż, córka z dziećmi), jak i do imigrantów.
Ten jej flirt (nawiasem mówiąc w grze Jandy nie ma żadnej zmysłowości, dlatego afera ta wypada dość sztywno, sucho i pozbawiona jest jakiejkolwiek namiętności) nie ma jednak żądnej głębi – podobnie jak nie ma większej głębi w tym, jak Maria pojmuje kulturę imigrantów (to, że nie wie ona nawet tego w jaki sposób trzymać książkę arabskiego myśliciela, którą dostała w prezencie od swojego kochanka, jest tutaj symptomatyczne). Dla niej ten chłopak jest tylko takim „ciachem”, po które sięga znudzona, starzejąca się kobieta, łudząca się, że młodość jej kochanka ją samą odmłodzi, pozwalając jej zrzucić więdnące ciało niczym kolejną sukienkę (tak przynajmniej można wywnioskować z tego, co widzimy na ekranie). Po drodze, oczywiście, Noblistka rani swoich najbliższych (nawet jej własna córka mówi o niej, że jest „popierdolona”), powoduje to, że wszyscy się od niej odwracają (i akurat jej najbliżsi robią to nie dlatego, że palnęła jakąś kosmiczną bzdurę, która poszła w świat i de facto ją skompromitowała).

fochy

Dla mnie najgorsze w tym filmie jest to, że Borcuch i Twardoch właśnie z takiego materiału wyciągają postulat o wolności artysty i jego prawa do ekspresji samego siebie. No ja przepraszam! W takim razie co z konsekwencjami jakie to za sobą pociąga? Co z odpowiedzialnością za słowa, za swoje czyny? Co z etyką (którą tak przecież napełniają sobie usta obrońcy imigrantów)? A tu sama Noblistka mówi wprost, że jest niemoralna („I am immoral”) i że nie podziela systemu wartości, który może jest dobry dla ogółu, ale nie dla niej. (Nota bene, mówienie w tym kontekście o „autorytecie moralnym” może wyglądać na jawną kpinę).
Jest jeszcze jeden szkopuł. Film nie daje nam żadnych przesłanek, byśmy uwierzyli w to, że Maria Linde rzeczywiście jest poetką – i do tego wybitną, zasługująca na najwyższą nagrodę w literackim świecie. Nie mamy pojęcia, jaka jest jej twórczość, czego dotyczy. Żeby choć żachnięto się o tym w filmie! A tu nic! Zamiast tego widzimy strzelającą fochy seniorkę, której bunt – oprócz niezrozumiałej dla nikogo przemowy – ujawnia się w piratowaniu swoim nowym Porsche, niezatrzymywaniu się do kontroli drogowej, uczeniu swojej wnuczki przeklinania (dzięki temu dla niej Sinatra okazuje się „wykurwisty”) tudzież w pisaniu listu do męża (z którym – jak na razie – mieszka pod jednym dachem) z prośbą, żeby zamiast w pantoflach, chodził po domu w butach. Czy to wszystko nie jest infantylne, zwłaszcza jak na zachowanie intelektualistki, której słucha świat?
Właśnie! Sama Maria Linde mówi, że to ją wykreowali inni (intelektualiści, literaci, krytycy…) i że ona nie ma z tym nic wspólnego. To nie jest jej wina, że zrobiono z niej autorytet.

bańka

Nie wiem, czy celowo, ale tutaj twórcy filmu zdradzili jeszcze jeden problem współczesnych elit – używania i ulegania mechanizmowi, w którym lansuje się, gloryfikuje, mitologizuje i nadyma bańkę sławy wokół kogoś, kogo twórczość jest problematyczna, a jej wartość pozostawia czasem wiele do życzenia.
Poza tym, tyrada Marii Linde zwróciła się też przeciw Nagrodzie Nobla. Bo czy warto padać na kolana przez werdyktem jakiejś spółki, skompromitowanej skandalem i bynajmniej nie kierującej się wartością literacką a swoim ideologiczno-politycznym widzimisię czy jakąś koterią?
Podsumowując wszystko, co do tej pory napisałem: czy nie jest to aby diagnoza stanu (choroby?) sporej części elit współczesnej Europy?

*  *  *

5.5/10

MIŁOŚĆ, ZDRADA I POLITYKA (rozmowa z Krystyną Jandą)

 

Najpopularniejsza współczesna aktorka polska. Przez wielu uważana za najlepszą. Jest niewątpliwie jedną z ważniejszych postaci polskiej kultury ostatnich kilkudziesięciu lat. Niedawno* odwiedziła Chicago dwukrotnie, grając w monodramie „Kobieta zawiedziona” oraz ożywiając Fredrę w „Mężu i żonie”. Ubiegły rok przyniósł dwa znaczące filmy z jej udziałem. Były to „Pestka” i „Tato”. Wątki tej rozmowy są niejako echem problematyki związanej z kreacjami teatralnymi i filmowymi Krystyny Jandy. Czy to przypadek, że łączy się w nich obyczaj i polityka?


STANISŁAW BŁASZCZYNA: Zadebiutowała pani w ubiegłym roku w roli reżysera, kręcąc „Pestkę” – grając ponadto w tym filmie główną bohaterkę. Niedawno zrobiła to samo Liv Ullman, która jednakże zerwała z aktorstwem, stwierdzając, że to zajęcie przestało ją interesować. Czy rzeczywiście, kiedy się zasmakuje reżyserii, na aktorstwo zaczyna się patrzeć jak na coś mniej prestiżowego, twórczego, poważnego, atrakcyjnego?

Krystyna Janda: ...  (zdjęcie własne)

Krystyna Janda: „Jestem rasową aktorką” (zdjęcie własne)

KRYSTYNA JANDA: Nie. Myślę, że jestem rasową aktorką, naprawdę lubię przede wszystkim grać i nie myślę z tego rezygnować. To, że zaczęłam reżyserować, wynikło z kilku powodów. Zawsze starałam się kierować swoją karierą, wybierać to, co gram i wydawało mi się już od kilku lat, że zrobienie „Pestki” jest bardzo dobrym pomysłem. Poza tym, nikt inny nie chciał tego zrobić.

– To znaczy, że Liv Ullman nie jest rasową aktorką?

– Nie. Chciałam tylko powiedzieć, że mnie interesuje przede wszystkim granie, a nie reżyseria. Poza tym, ona jest aktorką głównie filmową, a ja teatralną. To są dwa światy prawie że nieprzenikalne. W teatrze, interesujące role dla kobiet są właściwie do końca życia. W filmie, aktorka 40-letnia tak naprawdę wypada z gry. Bardzo rzadko zdarzają się interesujące propozycje w tym wieku. W Polsce do kin przychodzą głównie ludzie, którzy mają od 14 do 22 lat, a oni nie chcą oglądać historii 40-letnich kobiet.

KOMEDIANCI CZY MISJONARZE?

– Jedni postrzegają aktorstwo, jako powołanie, odpowiedzialną misję, wpływanie na ludzkie losy, kreowanie wyższych wartości; drudzy zaś uważają aktorów za „komediantów”, narcyzów, czy wręcz kabotynów, mówiąc, że to zawód niegodny człowieka z poważniejszymi aspiracjami. Kto ma rację?

– Wie pan, zdarza się, że po spektaklach przychodzą do mnie ludzie, płacząc. Dostaję listy od kobiet, które piszą, że zmieniłam ich życie, grając np. „Shirley Valentine” czy „Kobietę zawiedzioną”. Dostałam nieprawdopodobne ilości listów po rolach w „Kochankach mojej mamy”, czy w „Człowieku z marmuru”, nie mówiąc już u „Przesłuchaniu”, które zrobiło na wielu ludziach ogromne wrażenie i było dla nich czymś bardzo ważnym… Jeżeli człowiek oglądający aktora zastanowi się chociażby przez 10 minut nad sobą, nad losem, nad Polską, to warto być aktorem.

– Do pewnych ludzi to nie dociera. Z czego to wynika? Z niechęci do teatru, aktorstwa, sztuki? Obojętności, niezrozumienia?

– To nie jest sprawa nieprzychylności, tylko niewrażliwości tych ludzi. Po prostu, niektórzy ludzie nie odbierają piękna obrazu, dzieła sztuki, wytworu kultury… W ogóle nie chcą się nad tym zastanawiać. Nie chcą chodzić do teatru, kina… I wcale nie muszą. Niech więc sobie żyją u siebie, w swoim miejscu. A aktor jest całkowicie poddany krytyce wszystkich. Każdy może powiedzieć o nim, co chce, bo taki to jest zawód. Trzeba się z tym pogodzić.

– Sama pani kiedyś uznała, że – cytuję – „proporcje między zdrowymi i chorymi psychicznie w środowisku aktorskim nie są takie same, jak w innych zawodach. Nienormalnych jest wśród aktorów znacznie więcej.”

– Ja panu powiem teraz prawdę. Opowiadałam to wtedy żartem… absolutnie! I zdanie to było w pewnym kontekście.
Mąż jednej z moich przyjaciółek jest poważnym przedsiębiorcą, zajmującym się jakąś ważną dziedziną przemysłu… a ona zajmuje się wierszami, śpiewa poezję, ma związane z tym problemy i kłopoty, depresje i płacze. Ten mężczyzna – pragmatyczny, logiczny – powiedział kiedyś do nas, widząc naszą popremierową histerię: „Dziewczynki, sztuka to jest coś sztucznego! Ludzie wybudowali takie domki, pudełka, które nazywają teatrami, gdzie wy chodzicie coś odreagować, a inni wariaci was oglądają. Resztę społeczeństwa to nie interesuje.”
To żart, to zabawne – ale coś w tym jest.
Musimy właściwie pamiętać o tym, że dla ludzi nie mają tak naprawdę żadnego znaczenie te nasze histerie, problemy związane z nieudana rolą; z tym wieczorem w teatrze, kiedy publiczność nie była do końca zadowolona, że premiera się nie udała… To wszystko powoduje olbrzymie stresy, które nikogo nie obchodzą i dla ludzi z zewnątrz mogą się wydawać śmieszne. Ale taki to jest już zawód – wymaga użycia całych naszych emocji, nerwów… a potem są tego konsekwencje.

– Aktorzy są też tradycyjnie częstymi bohaterami wywiadów, wypowiadając się na tematy niekoniecznie związane z ich profesją. Czy jest to usprawiedliwione, by akurat aktora, spośród laików uznawać za wyrocznię, eksperta czy też autorytet w jakiejkolwiek pozascenicznej, niezwiązanej z jego profesją, sprawie?

– Nie. Jednak gazety chcą sprzedawać swoje nakłady, chcą zarabiać pieniądze – a aktorzy są ludźmi znanymi, popularnymi. W związku z tym dziennikarze zmuszają nas do odpowiedzi na najróżniejsze tematy. Przynajmniej trzy razy dziennie mam telefon, który związany jest z jakąś ankietą, quizem, tylko dlatego, że mam znane nazwisko. Oczywiście, nie odpowiadam na te pytania, przerywam i odkładam słuchawkę.

MIŁOŚĆ I ZDRADA

– Zarówno „Pestka”, jak i „Tato” – dwa najnowsze filmy z pani udziałem – podejmują problemy istotne dla naszej współczesnej obyczajowości. „Tato” wydaje się ostro zwracać nam uwagę, że prawa rodzicielskie ojców w Polsce są gwałcone, głównie przez kobiety, które totalitarnie opanowały w kraju wszystko, co dotyczy praw wychowawczych. Z kolei „Pestka” obraca się wokół domowego ogniska, dotykając problemu wierności małżeńskiej oraz zdrady, ukazując go jako konflikt między moralną powinnością, a wzniosłą i prawdziwą miłością.
Czy jest to przypadek, czy też rzeczywiście zachodzą w Polsce jakieś zauważalne przemiany w sferze obyczajowości, które np. kino zaczyna odzwierciedlać?

– Nie potrafię odpowiedzieć panu na to pytanie. Natomiast niewątpliwie film w Polsce zaczął walczyć o widza, ponieważ publiczność odwróciła się całkowicie od polskiego filmu i obecnie, do realizacji skierowywane są scenariusze, które dają szansę na to, ze dotkną w sposób bezpośredni widowni.

– Podobno nadeszły czasy „człowieka średniego”?

– Nie wiem, być może, ale uważam, że nie ma to nic wspólnego z poziomem. Można zrobić naprawdę wybitny film opowiadający o rzeczach codziennych. Przez ostatnie lata problem polskiego kina polegał na tym, że reżyserzy robili filmy, które kompletnie nie znajdowały zainteresowania wśród widowni i dzięki temu, obecnie w Polsce sytuacja jest dramatyczna: to być albo nie być polskiej kinematografii! Albo zdobędziemy na nowo widza, albo kino polskie padnie, przestanie istnieć poza produkcją dla telewizji. Co roku sprowadza się na krajowe ekrany ponad 100 amerykańskich filmów. Toczy się więc teraz walka o przetrwanie.
Niestety, nadal są reżyserzy, którzy tego nie zauważają i robią coś dla samych siebie. Porozumiewają się z Bogiem, z filozofami… ponad głowami publiczności.
Umówmy się! zapomnijmy o jakichś nieprawdopodobnych ambicjach, postarajmy się natomiast przyjrzeć bliżej publiczności i zastanówmy się, co by im sprawiło przyjemność, radość… co by ich mogło wzruszyć. Zajmijmy się publicznością!

Miłość i wierność małżeńska, cudzołóstwo i moralne rozdarcie... "Myślałam, że w kraju, gdzien wszyscy mówią, że są katolikami, warto taką historię opowiedzieć." (Krystyna Janda i Daniel Olbrychski w filmie "Pestka")

Miłość i wierność małżeńska, cudzołóstwo i moralne rozdarcie… „Myślałam, że w kraju, gdzie wszyscy mówią, że są katolikami, warto taką historię opowiedzieć.” (Krystyna Janda i Daniel Olbrychski w filmie „Pestka”)

– Tygodnik „Wprost” opublikował niedawno recenzję „Pestki” pisząc, że jest to film o tym, jak homo sovieticus romansował w czasach Gomułki. Krytyka właściwie dotyczyła książki, na podstawie której powstał scenariusz, niemniej jednak odnosi się także do moralnych i obyczajowych aspektów „Pestki” filmowej. Oto fragment:
„Jeżeli kobiecie przytrafi się pokochać żonatego mężczyznę, powinna raczej rzucić się pod tramwaj, niż rozbić jego małżeństwo – takie przesłanie powtórzyła Krystyna Janda w ‚Pestce’ za Anką Kowalską, która napisała przed laty powieść pod tym samym tytułem. Pisarka powieliła zaś przekonanie powszechne w czasach sekretarza Gomułki i prymasa Wyszyńskiego.”
Czy rzeczywiście takie było przesłanie tego filmu?

– I w filmie, i w książce, to samobójstwo jest, moim zdaniem, całkowicie usprawiedliwione. Poza tym, jest właściwie przypadkiem. Nie jest to przemyślana decyzja bohaterki, a wynik trudnego momentu, chwili, samotności… Zresztą, w filmie tak to jest zrobione, że nikt do końca nie wie, czy to był wypadek, czy samobójstwo.

 – W „Pestce” opowiadała pani historię miłości i niewierności małżeńskiej. Czy nie obawiała się pani banalności?

– Nie, poza tym ludzie lubią banał. Chciałam opowiedzieć nie tyle o miłości, co o problemie moralnym. Myślałam, że w kraju, gdzie wszyscy mówią, że są katolikami – a przynajmniej 97 % tak deklaruje – warto taką historie opowiedzieć. Oczywiście nie w tonie nagany, ani przestrogi, ani pouczenia… Po prostu, zwyczajnie podzielić się problemem.

– Czy nie uważa pani tego za paradoks, że to właśnie ludzie posiadający mniej wrażliwe sumienie, mniej skrupułów, a więc jakby mniej moralni – właśnie oni czynią zazwyczaj mniej szkody zdradzając małżonka, niż ci, którzy z faktu niewierności robią wielką tragedię?

– Absolutnie prawda! Muszę panu powiedzieć, że przygotowując się do „Pestki” rozmawiałam np. z psychologami, psychiatrami, którzy leczą kobiety, i to zarówno „żony”, jak i „kochanki”. Dowiedziałam się, że kobieta najczęściej podejmuje decyzję dużo szybciej i drastyczniej, jeżeli dojdzie do zdrady, natomiast mężczyzna ma problemy, nie potrafi podjąć decyzji, latami zadręcza ją i siebie.

– Czy wielka autentyczna miłość może usprawiedliwić zdradę małżeńską?

– Myślę, że tak. To jest jak choroba – coś, nad czym nie można zapanować.

– Miłość jest wątkiem odwiecznym w kulturze. Patrząc na to, jak była traktowana przez literatów, poetów, malarzy, dramaturgów, można by dojść do wniosku, że ci, którzy są wierni, znają jedynie jej trywialna, „letnią” stronę. Zaś tylko „niewierni” mogą poznać prawdziwą tragedię i dramatyzm miłości. Czy zgadza się pani z tym stwierdzeniem?

– Chyba nie jest ono prawdziwe. Zdarzają się wielkie namiętne miłości, które kończą się szczęśliwie i trwają całe życie. I są głębokie. Naprawdę, sama znam takich ludzi. Ale nikt o nich nie robi filmów.

– Czy brak miłości między dwojgiem ludzi pozostających w związku małżeńskim czyni zdradę bardziej „moralną”, czy choćby tylko w jakimś sensie usprawiedliwioną i zrozumiałą? Benjamin Franklin powiedział kiedyś, że tam, gdzie jest małżeństwo bez miłości, będzie też miłość bez małżeństwa.

– Jeżeli człowiek doznaje takiego szczęścia, jakim jest miłość, to nie jest ważne w jakim momencie to się mu zdarza. Miłość jest jednym z najwspanialszych, najbardziej konstruktywnych, ale też i destruktywnych uczuć, jakie istnieją. Ostatnio zrobiono w Polsce ankietę, z której wynika, że 40% Polaków nigdy się nie zakochało. To straszne!

POLITYKA

– Sama uznaje pani role w „Przesłuchaniu” czy też w „Człowieku z marmuru” za najlepsze w swojej karierze. A były to wystąpienia o mocnej wymowie politycznej. Ne mogła więc ta problematyka polityczna być pani obojętna. Skądinąd wiem jednak, że obecnie do polityki jest nastawiona pani raczej sceptycznie. A przecież, zdawałoby się, że właśnie dzisiaj dochodzi do politycznych rozstrzygnięć, które zadecydują o przyszłości Polski. Czy wobec tego odsunięcie się od polityki, zobojętnienie na nią, nie jest dziś rodzajem rejterady, niejako oddaniem pola przeciwnikowi?

– Ja bardzo proszę, żebym mogła być już dzisiaj tylko aktorką. Jest demokracja… podobno. Robi się referenda, wybory i każdy naród ma to, na co sobie zasłużył. W tej chwili, kiedy mamy wolność prasy i mediów myślę, że sztuka nie musi się zajmować takimi sprawami.

– Można jednak patrzeć na to właśnie jak na obywatelski obowiązek, związany ściśle z demokracją. Są momenty – jak choćby podczas wyborów – kiedy musimy bardziej zdecydowanie poprzeć to, co nam się wydaje słuszne – dobre dla nas i dla naszego kraju. Nie chcę to popadać w patos, ale od tego przecież zależy przyszłość Polski. Aktorzy są jakby większą i głośniejszą tubą, mają szerszy dostęp do mediów, więc mogliby to wykorzystać.

– Tak było kiedyś, ale to już się skończyło. Dziś nie ma żadnego znaczenia to, na kogo głosuje jakiś aktor. Zresztą, wielu aktorów nadal wypowiada się politycznie, ale w tej chwili nie ma to już żadnego znaczenia. I wiedzą to już sztaby wyborcze wszystkich polityków.

– W krajach zachodnich, gdzie panuje względna stabilizacja społeczna, większości ludzi w ogóle nie obchodzi polityka. Polacy stają się teraz na nią bardziej obojętni, ale z zupełnie odmiennej przyczyny – o czym pani zresztą już wspomniała: polityka zaczyna ich mierzić, są nią zmęczeni, zdegustowani… A właśnie w takich momentach przełomowych, rozstrzygających wręcz, zachodzi potrzeba działania, dokonywania wyborów, lansowania i popierania odpowiednich ludzi.

– Ale dlaczego sztuka ma to robić?

– Nie tyle sztuka, co ludzie, Polacy, którymi także są ludzie kultury i sztuki. Jeżeli nie mamy polityków z prawdziwego zdarzenia, to ktoś ich musi wykształcić, wylansować.

– Musimy wykształcić przy tym właśnie pewną kulturę. Niech więc aktorzy się tym zajmą. Np. tym, żeby nowe pokolenia miały nawyk chodzenia do teatru. Rosną całe zastępy młodych ludzi, którzy w ogóle nie doznają takich elementarnych wzruszeń związanych ze sztuką, kulturą. Myślę, że właśnie tym powinniśmy się zająć, a polityką niech się zajmą ci ludzie, którzy mają temperament polityczny i społeczny. Niech się tym zajmie telewizja, prasa… Naprawdę nie warto wydawać tych 15 milionów – a tyle kosztuje film – żeby się zająć jakimś problemem interwencyjnym. A pieniądze przyznawane kulturze są i tak śmiesznie małe. Myślę, że lepiej wystawić za nie „Hamleta” czy kupić książki do biblioteki.

– Być może chodzi tu także jeszcze o coś innego? Czy aby artyści nie odchodzą teraz w Polsce od polityki, gdyż ta przestała być im potrzebna? Dawniej czerpali z niej korzyści w dwojaki sposób: bycie w opozycji nakręcało, inspirowało twórców artystycznie i intelektualnie, natomiast współpraca z „przewodnimi siłami narodu” oznaczała korzystanie z przywilejów, które były przecież niebagatelne. Nie bez kozery przypomina się teraz tzw. „pieszczochów” PRL-u. Teraz to się skończyło. Jak znoszą to pani koledzy?

– To, co pan teraz mówi nie ma kompletnie żadnego związku z tym, co się dzieje obecnie. Trzeba pamiętać, że film nie istnieje w pudełku, teatr nie istnieje bez widzów, aktor nie istnieje, jeżeli nie ogląda go publiczność… Zawsze więc robiło się coś, co – jak się wydawało – zainteresuje publiczność i nawiąże z nią dialog. I właśnie wtedy teatr, kino zajmowały się polityką, bo to było potrzebne widowni. W tej chwili widownia nie chce oglądać filmów politycznych. Demonstracyjnie nie chce! Dlatego, po prostu, nikt się tym nie zajmuje, bo widzi, że to kompletnie nie znajdzie odbiorcy. My jesteśmy ludźmi wynajętymi dla publiczności. Nawet w czasach PRL-u robiło się filmy nie po to, by zmienić ustrój, tylko po to, żeby porozmawiać z publicznością. To było potrzebne.

– W tym momencie przypomina się „Człowiek z marmuru”, „Przesłuchanie”… Te tytuły do dzisiaj uważane są za jedne z najważniejszych filmów ostatniego dwudziestolecia. Np. „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego – podobnie jak „Matka królów” Janusza Zaorskiego – to były te słynne polskie ocenzurowane „półkowniki. Z drugiej strony sam słyszałem – nawet od ludzi kultury – takie określenie, jak np. „stary trup” (Jan Nowicki o „Przesłuchaniu”), czy też „polityczny kicz” (Bożena Janicka o „Matce Królów”). Proszę mi powiedzieć, po czyjej stronie pani zdaniem leży racja: po stronie tych, którzy filmy te uznają za  symbol sprzeciwu, protestu, niezależności; czy też tych, którzy uważają je za artystyczny niewypał, swego rodzaju polityczne nudziarstwo?

– Trzeba zapytać o to publiczność. Myślę, że miały one ogromne znaczenie dla polskiej kultury i polskiej historii.

– Powiedziała pani kiedyś, że młodym reżyserom nie jest już pani do niczego potrzebna, że w ogóle nie obchodzi ich kobieta 40-letnia. kategoryczne stwierdzenie. Czy jednak słuszne? Być może znajdzie się wśród nich człowiek na miarę Wajdy, którego – czego pani wcale nie ukrywa – uznaje pani niemalże za swojego mentora?

– No może, ale ja dotychczas nie dostałam takiego scenariusza do ręki. Żadnej, naprawdę interesującej propozycji od siedmiu lat.

– Życzę więc pani tego, aby wreszcie tak się stało.

greydot

Krystyna Janda: "Jeżeli ktoś doznaje takiego daru łaski i się zakochuje, to nie pytajmy się, czy to jest moralne, czy to jest niemoralne... Ważne, że się zdarzyło." (Na zdjęciu: jako Margaret w sztuce Tennessee'go Williamsa "Kotka na rozpalonym blaszanym dachu")

Krystyna Janda: „Jeżeli ktoś doznaje takiego daru łaski i się zakochuje, to nie pytajmy się, czy to jest moralne, czy to jest niemoralne… Ważne, że się zdarzyło.” (Na zdjęciu: jako Margaret w sztuce Tennessee’go Williamsa „Kotka na rozpalonym blaszanym dachu”)

.

* Rozmowa z Krystyną Jandą miała miejsce w 1996 r. (Wywiad ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 1 marca, 1996 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.