MOST… TO JEST COŚ! (szkice amerykańskie)

Most Złotych Wrót - praktyczność i piękno

Praktyczność, ogrom… może nawet piękno? (Golden Gate Bridge)

*

Mosty. Wielkie zwycięstwo człowieka nad topografią. Przepaść, której nie można przeskoczyć; rzeka, której nie można przebrnąć… A za nimi ta druga strona, która kusi, obiecuje – zapowiada i umożliwia poznanie, podbój, potęgę, bogactwo…
Często na początku był most a dopiero później cywilizacja albo… barbarzyństwo. To zależało od tego, kto był silniejszy – i kto przejął władzę nad mostem.
Budowanie mostu, oprócz praktycznej potrzeby, miało również znaczenie symboliczne – było wyrazem ekspansji, opanowania żywiołu, pewnej transgresji. Wpisywało się w archetyp zwycięstwa. Klęska zaś zmuszała często przegranych do palenia mostów za sobą.
Jednak najczęściej most był tym, co ludzi łączyło. Dlatego już Newton narzekał, że buduje się za dużo murów a za mało mostów.

Tu mała dygresja: o czym może świadczyć to, że nie mamy w Polsce słynnych mostów? Na pewno nie o tym, że nie potrafiliśmy ich budować (bo jednym z najsłynniejszych konstruktorów mostów na świecie był Polak, syn Heleny Modrzejewskiej, Rudolf Modrzejewski, z którego projektami możemy także spotkać się na kontynencie północnoamerykańskim). Jest zresztą u nas w kraju kilka ciekawych i unikalnych mostów, ale prawie nikt nic o nich nie wie.) Nie ma mostów słynnych, ani takich, które by rzucały na kolana. Dlaczego? Może brakowało nam jakiegoś nerwu ekspansji, albo po prostu nie trafialiśmy na odpowiednia przeszkodę? Wygląda na to, że za mało mieliśmy takich wyzwań, rzadko musieliśmy forsować coś – w terenie – na siłę. Przechodziliśmy z jednej strony rzeki na drugą, z jednej części miasta do drugiej – po moście nieszczególnym. ot, dobrym na tyle, by spełnić swoją utylitarną funkcję. Most był ledwie częścią drogi, ulicy, małym ogniwem traktu.

W Ameryce było zupełnie inaczej. Most, zwłaszcza w miastach, stawał się jednym z ważniejszych elementów cywilizacyjnego organizmu, niezbywalną częścią urbanistycznego tworu. Często też zaczynał żyć swoim własnym życiem, stając się przy tym sam w sobie ikoną, rozpoznawaną nie tylko lokalnie, ale i na całym świecie. Bo któż nie słyszał o moście Brooklińskim albo o Golden Gate w San Francisco?

Golden Gate Bridge. Złote Wrota istniały na długo przed pojawieniem się mostu, błędnie więc sądzi się, że sam most jest Złotymi Wrotami. Nie. Tak w czasach „gorączki złota” nazwano przesmyk między „ozłoconymi” wyschniętą trawą i dzikimi zbożami zboczami wzgórz, prowadzący z bezmiaru oceanicznych wód Pacyfiku wprost do rozległej Zatoki San Francisco, nad którą położone jest miasto i cały obszar „Większego” San Francisco, wliczając w to rozsławione przez Czarne Pantery Oakland i znane nam dzięki Miłoszowi Berkeley. Historia powstania mostu, takoż sposób jego funkcjonowania w kulturze masowej (filmy, filmy, trochę książek i piosenek) – nie wspominając o nieszczęsnych dwóch tysiącach samobójców, którzy wybrali ten cud XX-wiecznej techniki za miejsce pożegnania się z naszym światem – jest czymś intrygującym i fascynującym. Lecz tutaj bardziej niż opowiastki, interesuje nas estetyka: czyli jak Golden Gate wkomponowuje się w amerykański krajobraz, a konkretnie – w to harmonijne zespolenie się oceanu, wzgórz, zatoki i miasta, jakie uderza nas w zetknięciu się z tym rejonem kalifornijskiego wybrzeża. Otóż, moim zdaniem, wkomponowuje się świetnie. Pastelowy pomarańcz jaki wybrano, by pokryć gigantyczną stalową konstrukcję mostu, łagodzony jest dodatkowo mgiełką, która często tutaj gości, zwłaszcza wczesną porą dnia. Mgła ta rozwiewa się zazwyczaj po południu, barwa mostu staje się wtedy bardziej intensywna, by przed samym zachodem słońca rozświetlić się jaskrawą i ciepłą – płonącą wręcz – czerwienią. Sam most jest w rzeczywistości stalowym potworem, lecz mimo to sylwetka jego pełna jest gracji. Styl art deco nadaje wielkim pylonom mostu znamion prawdziwej sztuki, a wrażenie lekkości całej kompozycji spotęgowane jest przez (tworzące coś w rodzaju draperii) tysiące kabli i lin, na których wiszą przęsła z biegnącą wzdłuż nich drogą. Zwykle drażni mnie uzurpacja z jaką cywilizacja traktuje przestrzeń wyznaczaną przez samą Naturę, ale nie tutaj. Bo tutaj według mnie zachowana jest jednak harmonia miejsca i terytorium – forma bądź co bądź sztuczna, wykreowana przez człowieka, współgra nie tylko z naturalnym ukształtowaniem terenu, ale i z jego kolorystyką: nawet ten pomarańcz stalowego szkieletu nie gryzie się z szaro-buro-żółtą tonacją nabrzeżnych wzgórz, szafirową taflą wód i bladym błękitem nieba. W sumie: ładna jest ta widokówka z krańca kontynentu.

*

Na krańcach kontynentu (Golden Gate Bridge, w tle na horyzoncie: San Francisco)

Na krańcach kontynentu (Golden Gate Bridge; w tle – na horyzoncie – majaczy San Francisco)

*

Brooklyn Bridge. Most Brookliński nie ma już tej malowniczej gracji co Most Złotych Wrót, ale ma za to siłę – i to taką, która zdolna jest poruszyć wyobraźnię, nie tylko inżynierską, ale i poetycką. Bo o moście tym pisał nie tylko Majakowski, ale i pisał też nasz Stachura, choć uprzedził ich wszystkich autor „Źdźbeł trawy” Walt Whitman, dla którego przejście po moście Brooklińskim okazało się „najlepszym i najskuteczniejszym lekarstwem, jakiego zaznała moja dusza”. Nie dziwię się zachwyconemu modernizmem, napędzanemu futurystyczną energią i wiarą w nowoczesność Majakowskiemu, że wołał: „Brookliński most / tak… / to jest coś!”; ale nie dziwię się też Stedowi, który mu ripostował: „Nie brookliński most / ale przemienić w jasny nowy dzień / najsmutniejszą noc / to jest dopiero coś! / (…) nie brookliński most / lecz na drugą stronę głową przebić się / przez obłędu los / to jest dopiero coś!”. Pierwszy był pod wrażeniem kolosalnego osiągnięcia XIX- wiecznej techniki (wieże mostu Brooklińskiego były przez jakiś czas najwyższymi budowlami wzniesionymi przez człowieka na Zachodniej Półkuli), drugi przyznawał, że na nic zdają się cywilizacyjne cuda wobec egzystencjalnych zmagań człowieka z własnym losem, melancholią cienia i nachodzącą go niekiedy nocą lęków.
A dla mnie Brooklyn Bridge to swoisty paradoks: jego zwalistość i potęga przytłacza, lecz z drugiej strony – jego tryumf nad przestrzenią wyznaczoną przez płynącą pod nim East River i miejskie molochy rozrośnięte po obu brzegach, które on spina – napełnia energią, optymizmem i wiarą w zdolność opanowania przez człowieka urbanistycznej przestrzeni w sposób sensowny, praktyczny i celowy. Nie wspominając o możliwości relaksującego spaceru po znajdującej się na nim specjalnej kładce dla pieszych (i rowerzystów). Bo dla milionów ludzi odwiedzających Nowy Jork, przejście na piechotę z Brooklynu na Manhattan po moście okazuje się niezapomnianym przeżyciem. Patrzeć jak manhattańska dżungla ze szkła, betonu, kamienia, aluminium i stali zbliża się do nas, ogromniejąc za każdym naszym krokiem, gotowa wchłonąć nas w swoją tkankę ulic, parków i alej, przytłoczyć wielkością kanionów utworzonych przez drapacze chmur – ekscytujące!
Widoczne – „na przestrzał” – w kolosalnych pylonach mostu podwójne neogotyckie łuki łagodzą nieco masywność tych konstrukcji, a oplatający je gąszcz stalowych kabli sprawia wrażenie, jakby zarzucono na nie sieć – nie tyle podtrzymującą przęsła, co pętającą wieże i przytrzymującą je przy ziemi, jak również wyznaczającą trakt, jakim poruszają się przechodzący przez tę łukową bramę ludzie.

Most Brookliński nie jest oczywiście jedynym mostem przerzuconym nad Rzeką Wschodnią oddzielającą manhattańską wyspę od Wyspy Długiej (czyli Long Island). Ma on swoich równie istotnych dla ruchu, acz nie tak słynnych, sąsiadów: niebieski Manhattan Bridge, szary Williamsburg Bridge, brązowy Queensboro Bridge… wszystkie wiszące i zbudowane z solidnych choć ażurowych okratowań ze stali, których estetyka pozostawia jednak wiele do życzenia, strasząc niewiarygodną ilością żelastwa – tak, jakby komunikacja z Manhattanem opierała się na tych ekstrawaganckich kompozycjach ze złomu.
A jednak, jakimś dziwnym trafem, wszystko trzyma się tutaj kupy: trudno byłoby sobie wyobrazić nowojorski krajobraz nie tylko bez wieżowców, ale i bez mostów. To prawda, ziemia została tu stłamszona przez niemal rakowy rozrost urbanistycznej kolonii – cywilizacji metropolitarnej zdolnej do pokrycia ogromnych powierzchni w przeciągu zaledwie kilku ludzkich pokoleń. Ale w efekcie tego tworzy się jakaś nowa spektakularna jakość – coś na kształt cywilizacyjnego apogeum modernizmu i globalizacji.
Czy mnie to zachwyca tak, jak kiedyś zachwycił most Brookliński Majakowskiego? Czy też przygnębia i przytłacza – może nawet pęta – tak, jak Stachurę, którego techniczne cuda jakimi dysponował ogół, nie mogły wyzwolić od indywidualnego poczucia życiowej tragedii? Otóż odpowiem tak: może nie zachwyt, ale kop adrenaliny i wielkie wrażenie – prowincjusz zadziera głowę do nieba, by zobaczyć czubki drapaczy chmur. Rozgląda się w prawo i w lewo, biegnie wzrokiem po horyzont, nie ogarniając architektonicznej potęgi. Cieszy się, że tu jest, ale jeszcze bardziej cieszy się z tego, że jest tu tylko na chwilę – i że może od tego wszystkiego w każdej chwili uciec.

*

Neogotycka brama prowadząca do manhattańskiej dżungli (Brooklyn Bridge, New York)

Neogotycka brama prowadząca do manhattańskiej dżungli (Brooklyn Bridge, New York)

*

O amerykańskich mostach pisać by można długo. Ja właściwie tylko o nich wspomniałem. A zaczęło się od tego, że kiedy postanowiłem skreślić kilka szkiców na temat amerykańskich scenerii, to zauważyłem, że nie sposób jest pominąć w tym zarówno mostu Golden Gate, jak i mostu Brooklińskiego, które na przeciwległych krańcach kontynentu współtworzą coś w rodzaju ikon amerykańskiego pejzażu. Oba mosty są częścią krajobrazu miejskiego, choć w Kalifornii topos Natury nie został tak bardzo pogwałcony jak na Wschodnim Wybrzeżu, gdzie naturalne ukształtowanie terenu – a i sama Natura także – znikła praktycznie pod gęstą zabudową miasta, pokryta siatką przecinających go ulic, autostrad i dróg.

Zupełnie inną historią są mosty na południu Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza te florydzkie, ciągnące się nieraz przez wiele kilometrów – jak np. Seven Mile Bridge (polska nazwa brzmi wręcz fantazyjnie: Most Siedmiomilowy, przypominając bajkę z dzieciństwa o siedmiomilowych butach). Jest to jeden z 42 mostów jakie znajdują się na słynnej „nadmorskiej” drodze prowadzącej z Miami na Key West. Przy czym określenie „nadmorska” (ang. The Overseas Highway) należy traktować dosłownie, bowiem jadąc tym 200-kilometrowym traktem, na wielu jego odcinkach – po jednej i po drugiej stronie – widzimy morze, a konkretnie Ocean Atlantycki (po stronie południowo-wschodniej) i Zatokę Meksykańską (po północno-zachodniej). Archipelag Key West przypomina już nieco Karaiby (od jego krańcowej wyspy do Kuby jest zaledwie 150 km.), z podzwrotnikowym klimatem, wilgocią i słońcem, oblany bezmiarem turkusowych wód – z egzotyczną fauną i florą, niepodobną do tej, którą spotyka się na północy. Ta archipelagowa cienka wstążka drogi i łączących ją mostów jest dla mnie ekwiwalentem drogowych wstęg jakie spotyka się na pustkowiach amerykańskiego „Dzikiego” Zachodu. Odpowiednikiem pustynnego „morza” piachu, wydm i suchorostów jest tutaj rozciągające się po bezkresny horyzont, słone morze lazurowej wody, rozkołysanych fal i pieniących się morskich bałwanów; zaś zamiast drzewek Jozuego porastających przydrożną spieczoną pustynię, mamy palmy – podobnie jak drzewka Jozuego grzejące się w promieniach słońca, tyle że pławiące się tu na dodatek w życiodajnej dla nich, subtropikalnej wilgoci.
Znany jest też inny florydzki most o wdzięcznej nazwie Sunshine Skyway, biegnący nad Zatoką Tampa pod St. Petersburgiem. Ze swoimi jednorzędowymi wantami i podtrzymującymi go białymi kablami, przypomina sylwetką nasz warszawski Most Świętokrzyski, ale jest znacznie dłuższy, bo liczy ponad 6 km. (trzeba zaznaczyć, że w porównaniu z niespełna półkilometrowym mostem w Warszawie, to dużo).

Wszyscy musimy chyba przyznać, że w mostach jest coś podniecającego. I nie jest to tylko obawa o to, by most – po którym idziemy lub jedziemy – się nie zerwał, bo runęlibyśmy wtedy w przepaść. Bowiem przemierzanie mostu przypomina niekiedy rytuał przejścia – naszą gotowość do przekraczania granic, poznawania nowych terytoriów, podboju obcych ziem – rzucania wyzwania ogarniającej nas, a nieoswojonej jeszcze, przestrzeni – choć zazwyczaj most umożliwia nam po prostu przemieszczenie się z jednego miejsca do drugiego. Jednakże mosty, o których w tym szkicu była mowa, mostami zwyczajnymi nie są. Stały się one nie tylko nieodłącznym elementem amerykańskiej scenerii, ale i ważną częścią amerykańskiej kultury – i to nie tylko technicznej.

*

Manhattan nocą (po prawej: fragment mostu Brooklińskiego

Manhattan nocą (po prawej: fragment mostu Brooklińskiego)

*

© ZDJĘCIA WŁASNE  (kliknij na zdjęcia aby zobaczyć je w pełnym wymiarze)

AMERYKA (szkice)

*

*

Amerykański kontynent zawsze był dla wychodzącego mu na spotkanie człowieka kanwą, na jakiej tkał on w swojej wyobraźni mity pozwalające mu oswoić pustkę niezmierzonej i niedającej się ogarnąć okiem przestrzeni, nadawać sens tułaczce i krzesać nadzieję, dzięki której można było bez większej grozy patrzeć w przyszłość – na to, co czekało go na tej ziemi nieznanej, obiecanej mu przez bogów, czy też tylko owych bogów – bardziej lub mniej fałszywych – proroków. Czy głównym motorem była tu potrzeba wolności, czy też chciwość; złudna nadzieja powrotu do Edenu, czy choćby tylko poszukiwanie lepszego życia; awanturniczy zew przygody, a może po prostu konieczność? W każdym przypadku, człowiek, który się tu znalazł, musiał się zderzyć z oporem materii – z rzeczywistością najczęściej odstającą od jego wyobrażeń, jednak do pewnego stopnia dającą się kształtować pod wpływem jego woli. Otwierające się przed człowiekiem puste a ogromne przestrzenie stają się dzięki temu areną cywilizacyjnego eksperymentu, który z czasem przybrał formę nader konkretną – światowego imperium.
To, że imperium to w oczach wielu ludzi wydaje się teraz chylić już ku upadkowi – a przynajmniej tracić z wolna swoją moc i supremację nad światem – jest jednak dramatem, wobec którego trudno zachować obojętność. I dotyczy to zarówno jego wrogów, jak i (coraz mniej jednak licznych) przyjaciół.

greydot

Wolność, przestrzeń, ekspansja, bogactwo, siła… w czasie kiedy wyłaniał się i kształtował w mojej świadomości amerykański mit, te i podobne im słowa były jego osnową. To wokół takich właśnie pojęć (być może będących niczym innym, jak zakamuflowaną afirmacją witalności i nie do końca uświadomionym impulsem – echem nie tylko osobniczego, ale i społecznego darwinizmu?) budował się powszechny jednak zachwyt (nie wszyscy już chcą o tym pamiętać) nad american way of life, czyli amerykańską drogą i sposobem życia, metodą i stylem, które wydawały się być kulminacją zachodniej cywilizacji: tym, udanym wreszcie, polityczno-socjo-technicznym eksperymentem ludzkości. Zupełnie nie zauważałem przy tym, że leży to właściwie w sprzeczności z moją, przebiegającą niejako symultanicznie, fascynacją kontrkulturą lat 60-tych, która tenże amerykański sposób życia zaczęła kontestować (inna sprawa, że sama się przy tym kompromitując). Niekonsekwencja, zaślepienie, czy po prostu brak dostatecznej wiedzy i wyobraźni?

greydot

Największą klęską mitu nie jest to, że zostaje on złamany, ani nawet to, że między bajki się go wkłada. Największą jego klęską jest to, że staje się on nie tyle historią, co wspomnieniem, podszytym na dodatek rozczarowaniem.
A trzeba przyznać, że mit amerykański bronił się dzielnie. W świadomości wielu nie zdołały go zburzyć ani kłamstwo tzw. „odkrycia” Ameryki przez Kolumba (wiadomo przecież, że ludzie żyli na tym kontynencie już kilkadziesiąt tysięcy lat wcześniej); ani wojny zaborcze z Meksykiem, (którego Stany Zjednoczone pozbawiły ogromnych połaci ziemi Południowego Zachodu, wliczając w to dzisiejszą Kalifornię); ani podszyta chciwością agresywna ekspansja pionierów na Zachód, eksploatująca bez umiaru zasoby naturalne kontynentu; ani mająca znamiona holocaustu (także kulturowego) eksterminacja prawowitych a niewygodnych plemion Indiańskich; ani bratobójcza rzeź wojny secesyjnej, która wcale nie była wojną o zniesienie niewolnictwa (kolejny ciężki grzech Ameryki), tylko o zachowanie unii i ekonomicznych priorytetów; ani bezlitosny kryzys i depresja międzywojnia, z jej korupcją i gangsteryzmem; ani kunktatorska, izolacjonistyczna postawa amerykańskiego rządu w czasie pierwszych lat II wojny światowej; ani daleko posunięty kompromis z sowieckimi komunistami oddający im pod władanie całą Europę Wschodnią; ani zakłamana, okrutna i szalona wojna w Wietnamie i masowe ludobójstwo dokonane przez Amerykanów w latach 70-tych w Kambodży; ani jałowość amerykańskiej kultury masowej i bezmyślny, stadny konsumpcjonizm; ani cyniczna gra amerykańskich służb specjalnych popierających brutalne reżimy (zwłaszcza w Ameryce Południowej) i maczanie palców w brudnych wojnach; ani oparta na krętactwie i łgarstwach agresja na Irak; ani bezwzględne poparcie dla okupującego palestyńskie ziemie Izraela, za nic mające względy humanitarne, łamanie praw człowieka i zbrodnie wojenne popełniane przez izraelską armię; ani nawet bezsensowna wojna w Afganistanie… (sam jestem zaskoczony zarówno długością i ciężarem tej litanii).

Jak się okazuje, mit Ameryki rozwiewa skutecznie dopiero słabnięcie potęgi amerykańskiego Imperium – stopniowe schodzenie z pozycji światowego hegemona (spowodowane choćby fatalną polityką zagraniczną Stanów Zjednoczonych), coraz większa niewydolność finansowa, jaką pociągnęły za sobą skandaliczne machinacje bankowców; kryzys demokracji, (której domniemany tryumf skłonił swego czasu światową gwiazdę ekonomii, Fukuyamę, do obwieszczenia „końca historii”) czyli systemu, którym Ameryka tak się dotychczas chlubiła, a który obecnie przestaje działać, stając się zakładnikiem wielkich korporacyjnych pieniędzy i działających wbrew interesowi całego społeczeństwa lobby (choćby przemysłu zbrojeniowego).
Niestety, to odwrócenie się od Ameryki dopiero teraz, kiedy ona słabnie i kiedy już nie możemy czerpać z jej siły i bogactwa takich korzyści jak dotychczas (a przypomnijmy sobie całe fale emigracji Polaków do Stanów Zjednoczonych, w pogoni za wszechmocnym dolarem i „lepszym” życiem, tudzież podlizywanie się Amerykanom przez kolejne polskie rządy w nadziei na mocarstwowy protektorat, czy choćby tylko na… intratne kontrakty dla polskich firm w Iraku), nie wystawia nam dobrego świadectwa, bo świadczy nie o autentycznym podziwie dla amerykańskich osiągnięć i zalet tego kraju, a o zwykłej interesowności i oportunizmie.

greydot

Dopiero z perspektywy czasu widzę, że sama – jakże sławetna i niemalże immanentna! –  wolność amerykańska też była pewnym rodzajem mitu. I mam tu na myśli wolność w głębszym rozumieniu tego słowa, a nie w tym potocznym, prozaicznym i praktycznym, jak np. w sferze swobód obywatelskich, czy tę, odnoszącą się do wolności wypowiedzi, możliwości decydowania o swoim życiu, (która w Ameryce bez wątpienia była – i częściowo nadal jest – czymś godnym podziwu i wspaniałym).
Powoli zdawałem sobie sprawę, że Amerykanie, w zdecydowanej większości, nie czują się jednak ludźmi wolnymi, mimo owych powszechnych deklaracji przywiązania do wolności i jej (werbalnej) manifestacji. Ostatni kryzys tylko to pogłębił. (Jednakże, powtórzę to raz jeszcze, mam tu na myśli nie tylko uwarunkowania ekonomiczne, a przede wszystkim – nazwijmy je – egzystencjalne.)

Weźmy choćby pod uwagę literaturę, która nota bene zawsze jest czymś w rodzaju diagnozy wystawianej społeczeństwu (chociaż, paradoksalnie, bywa też symptomem jego chorób). Wszystkie ważne dzieła literatury amerykańskiej mówiły o szarpaniu się indywidualnego człowieka z siłami, które go pętały: począwszy od Steinbecka, Faulknera, Hemingway’a, przez Scotta Fitzgeralda, Salingera, Kazana, Millera… na McCarthy’m i Franzenie skończywszy. Podobnie było w kinie: nawet te filmy, które zajmowały się „wolnym”, „wyzwolonym” człowiekiem – tak naprawdę przedstawiały jego tragedię wynikającą ze sprzeciwu wobec okoliczności i warunków, które w rzeczywistości go zniewalały. Można tu przypomnieć takie obrazy, jak np. „Easy Rider” albo „Znikający punkt”, także „Lot nad kukułczym gniazdem”, „Hair”… również „Ostatni seans filmowy”, „Czyż nie dobija się koni”, „Midnight Cowboy”, Serpico”, „On the Waterfront”, „Paris-Texas” Wendersa; filmy Stone’a, Scorsesego, Lumeta… a z tych nowszych: „Into the Wild” Penna, „No Country for Old Men” braci Coenów, czy „There Will Be Blood” Paula Andersona…  przykładów można podać mnóstwo, nie zapominając oczywiście o takiej klasyce jak „Obywatel Kane”, „Olbrzym”, „Buntownik bez powodu” czy „Wielki Gatsby”. Oczywiście, to wszystko była fikcja, lecz  uświadamiająca nam pewne prawdy funkcjonujące w amerykańskiej rzeczywistości.
Można tu jednak zadać sobie pytanie, czy to, co napisałem (o permanentnym poczuciu pewnego zniewolenia), bardziej nie dotyczy ludzkiej „kondycji” rozumianej ogólnie, a nie braku wolności wynikającego z osadzenia w jakimś konkretnym społeczno-politycznym kontekście (tutaj: w rzeczywistości amerykańskiej)? Bo to czy człowiek jest istotą wolną – w egzystencjalnym wymiarze – jest jednak problemem otwartym. Na wszystkich kontynentach, we wszystkich krajach i we wszystkich okolicznościach.

greydot

Miłosz w swoich „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” pisał: „(…) moja humanistyczna gorliwość jest osłabiona przez góry i ocean, przez te liczne momenty, kiedy patrzyłem na bezmierność z uczuciem podobnym do mdłości, a wiatr pustoszył moje małe gospodarstwo nadziei i zamiarów.”

Zupełnie inaczej reagowałem na amerykańską „bezmierność”. Nigdy nie zapomnę swoich wrażeń, kiedy po raz pierwszy trafiłem na zachodnie pustynie i półpustynie kontynentu i kiedy pierwszy raz skierowałem mój wzrok ku horyzontowi, starając się objąć coś, co wydawało się bezkresne. Ani tego oszałamiającego, rozpierającego pierś uczucia podniecenia i radości na widok niekończącej się przestrzeni, która była dla mnie zapowiedzią przygody życia – poszukiwania i odnajdowania miejsc nieznanych, a przeczuwanych tylko za pragnieniem doświadczenia czegoś niezwykłego. Wiatr wcale nie pustoszył mojego małego gospodarstwa nadziei i zamiarów – choćby dlatego, że nadzieja i zamiary nie były jeszcze przeze mnie zagospodarowane, kotłując się gdzieś w bezkształtnym żywiole nie posiadającym żadnych punktów oparcia i barier.

To prawda: będąc chroniony przez cywilizację (klimatyzowany samochód) nie doświadczałem tego zagrożenia dziką i niekiełznaną Naturą, jakie zapewne odczuwali pierwsi osadnicy – pionierzy, który skazywali się na wielomiesięczną poniewierkę, ciągnąc ledwo co przetartymi szlakami na Zachód – w tamtym czasie jak najbardziej dziki, lecz jednak nie pozbawiony nadziei, bo poddający się ludzkiej żądzy podboju, niczym gotujący się do uległości – i bycia poskromionym – zwierz. Miałem ten komfort, by w tym, co było wówczas przerażające, widzieć teraz naturalne piękno, które zachowało się do naszych czasów, mimo cywilizacyjnej ekspansji.
Zapewne sporo w tym zachwycie i zachłyśnięciu się wspaniałościami amerykańskiego pejzażu było z ignorancji i kompleksu prowincjusza, który nagle wyłamał się zgrzebnej prostocie i szarości podkarpackiego krajobrazu, przyzwyczajony do pospolitości otaczającej go przyrody, niemającej w jego oczach nic wspólnego z egzotycznym rozpasaniem i bogactwem, jakie spotkać można na innych – poza ziemią rzeszowską – kontynentach. I oto byłem tutaj: niebotyczne ściany z granitu i wieże z kolorowego piaskowca na wyciągnięcie ręki, zawracająca w głowie olbrzymia rozpadlina Wielkiego Kanionu, pokryte kwitnącymi kaktusami i drzewkami Jozuego gorące pustynie, grzmiące wodospady Yellowstone, niedźwiedzie grizzly w oddali, bizony w pobliżu, Indianie u boku… morze traw prerii nad Missisipi, ocean bezmiaru wód za skalnymi urwiskami wybrzeża… Oto mit ucieleśniał się przed moimi oczami, nic bynajmniej nie tracąc ze swojej kuszącej – podniecającej wyobraźnię i zmysły – niezwykłości.

greydot
Droga w mitologii amerykańskiej jest równie dobrze zaznaczona, jak rzeka w całej kulturze Zachodu. Kerouac i Heraklit nie mieli ze sobą nic wspólnego, ale ich odwołanie się do drogi i rzeki jako egzystencjalnej metafory życia i przemijania jest podobne. Droga jest życiem, życie jest rzeką – i na odwrót. Życie w kontekście rzeki i drogi – to wielka symboliczna triada naszej egzystencji.
Droga podnieca i ekscytuje, droga wydaje się nie mieć końca – daje możliwość podboju i ekspansji; bywa też nużąca, znojna i wyczerpująca – zwłaszcza wtedy, kiedy prowadzi do kresu.
A jednak bycie w drodze jest synonimem wolności, umożliwia zakosztowanie wszystkich smaków życia i poznanie jego bogactwa – począwszy od poczucia ekstazy i doświadczenia piękna mijanych stron, przez nudę i monotonię pokonywania tysięcy takich samych mil, po cel, który równie dobrze może być spełnieniem, co znikającym punktem – początkiem czegoś nowego albo kolizją i zagładą. Najlepiej jest jednak, jeśli droga, na które się znaleźliśmy, jest drogą poznania.
A w Ameryce dróg jest bez liku: począwszy od tzw. dirt roads (czyli często wyboistych „dzikich” dróg polnych, piaszczystych, żwirowych), przez obszerne freeway’e o niezłej twardej nawierzchni, po wygodne i supernowoczesne highway’e (czyli autostrady), których gęsta siatka oplata amerykański kontynent. Oprócz tego, że amerykańskie drogi są przejawem praktyczności i mają znaczenie czysto utylitarne, wiodąc do określonego celu, to biegną także niekiedy przez najbardziej zdumiewające tereny, do równie zadziwiających miejsc – właściwie bez celu – prowadząc nas na dobrą (lub złą) sprawę donikąd. Dlaczego więc wtedy wybiera się taką drogę? Z prostej przyczyny: bo jest. Ale również dlatego, że zwykle odsłania przed nami piękno amerykańskiej ziemi.

greydot

zdjęcie własne (Dolina Monumentów, rezerwat Indian Nawaho, Arizona)

*

HAWAJE – EDEN W ŚRODKU NICZEGO (zapiski hawajskie)

W kraterze wulkanu Puʻu Mahana nad zieloną plażą Papakōlea (Big Island of Hawai’i)

*

„Żaden inny obcy kraj na świecie nie ma dla mnie tak mocnego i głębokiego czaru jak ten, żadna inna ziemia tak nieustannie i nieubłaganie nie nawiedza mnie – na jawie i we śnie, przez połowę mojego życia – jak właśnie Hawaje. Wszystko inne mnie opuszcza, ale nie to; wszystko inne się zmienia, ale to pozostaje takie same. Ciągle czuję łagodny powiew tamtego powietrza, nadal widzę jak letnie morze połyskuje w słońcu; słyszę rozbijające się o brzeg fale; widzę spowite girlandami skały, spadające kaskady, palmy skłaniające się sennie na brzegu, odległe szczyty górskie unoszące się niczym wyspy nad morzem chmur; czuję duchy leśnych samotni, słyszę pluskanie strumieni; w moich nozdrzach ciągle jest zapach kwiatów, które zwiędły dwadzieścia lat temu.”

Kto by pomyślał, że autorem tych słów tak kwieciście opiewających Hawaje jest Mark Twain, jeden z najbardziej prominentnych amerykańskich prześmiewców, który zwykle suchej nitki nie pozostawiał na miejscach, do jakich w życiu podróżował. Jednakże fragment ten nie pochodzi z jego słynnych „Listów z Hawajów”, które pisał w latach 60-tych XIX wieku, podczas swojej pierwszej, czteromiesięcznej wizyty na wyspach, tylko z wykładu jaki dał ponad 20 lat później.
Jakże więc można dziwić się tej fali mitologizującej i uromantyczniającej Hawaje, która przewaliła się przez świat cały w następnym stuleciu, trwając właściwie po dzień dzisiejszy, skoro uległ temu nawet tak przenikliwy, trzeźwy i pozbawiony złudzeń człowiek jak Samuel Clemens?
Lecz potrzeba raju w ludzkich marzeniach wydaje się być nieprzemożna. To nic, że jest to raj kreowany zwykle na potrzeby masowej turystyki.

Jaki jest więc ten hawajski Eden?
Cóż, jak każdy raj, ślizga się on po cienkiej krawędzi dzielącej rozkosz od nudy – między aktywnym zażywaniem frenetycznej radości a biernym, lekko ogłupiającym lenistwem. To, jakiego doświadczenia Edenu doznasz, zależy jednak od Ciebie – bo nawet w raju, zwłaszcza tym ziemskim, nie ma żadnej gwarancji na to, że rozkosz, przyjemność i szczęście podane Ci zostaną jak na tacy, i że każdy załapie się tu na te wszystkie atrakcje bez żadnego wysiłku.

Leciałem na Hawaje z całą świadomością owych istniejących tam niebezpieczeństw. Ale czułem się w miarę bezpiecznie, tym bardziej, że nie była to moja pierwsza wyprawa na wyspy. Tym razem jednak Hawaje miały być tylko dla mnie (i dla osoby, która mi towarzyszyła, of course) – w przeciwieństwie do wyjazdów poprzednich, które, jakby nie było, miały charakter… powiedzmy sobie… służbowy.
Tym razem na rajskie doświadczenia miałem ponad trzy tygodnie – wcale nieźle, nawet jeśli postanowiłem rozłożyć ten czas pobytu na cztery wyspy: Oahu, Maui, Big Island i Kauai.

O każdej z tych wysp książkę napisać by można (nawet jeśli nie jest się Jamesem Michenerem), jednak skromne ramy tego bloga, tudzież (nie)cierpliwość (co poniektórych) Czytelników, niezbyt zachęcają mnie do przepastnego rozwodzenia się nad Sandwiczowym Archipelagiem (jak pierwotnie nazwali Hawaje Europejczycy – a konkretnie James Cook, który oficjalnie dotarł na nie w 1778 roku jako pierwszy z europejskich żeglarzy… co jest jednak wątpliwe, bo najprawdopodobniej uprzedzili go w tym, i to o dobre półtora wieku, wszędobylscy Hiszpanie).
Pozwolę więc sobie na przedstawienie tu jedynie części moich notatek – szkicu o plażach, Waikiki, drogach, przygodzie w Dolinie Waipio…  oraz  na wyznanie, że jeszcze kiedyś do tematyki hawajskiej chciałbym powrócić.

Plaża Palihale i strome skalne klify wybrzeża Napali (Kauai)

*

PLAŻE

W naszej wyobraźni obraz plaży tkwi najczęściej w wersji zbanalizowanej: żółty piasek i turkusowa woda, a nad tym wszystkim bardziej lub mniej przechylona palma. Jest ten obrazek niczym więcej jak efektem reklamowej kampanii przemysłu turystycznego podsycającego ludzkie marzenia o egzotycznym raju, gdzie pierzchają wszystkie nasze utrapienia i gdzie można oddawać się niczym nie skrępowanemu, relaksującemu wypoczynkowi (vel lenistwu).

Dla mnie jednak plaża jest ciekawym tworem, który w paradoksalny sposób łączy w sobie dwie – wydawałoby się – wykluczające się nawzajem cechy: wieczność i nietrwałość.
Plaża reprezentuje wieczność bo tworzy się z materii poddanej przeobrażeniom przez siły działające nań przez setki milionów lat (piasek gromadzony przez fale na plaży jest niczym innym jak skutkiem erozji – rozkruszania skał i sedymentów).
Plaża jest nietrwała, bo ulega ciągłej przemianie powodowanej przez potężny żywioł, jakim jest morze i ocean.
Fenomenalna poniekąd sprzeczność.
Może właśnie dzięki niej, spacerując, siedząc lub leżąc na plaży odczuwamy podświadomie to, że  jesteśmy gdzieś na granicy tymczasowości i wieczności? Że każda fala, rozpryskując się o brzeg lub skały, ma swój nagły kres, a jednocześnie – rozmywając się – tworzy następną i następną… i tak w nieskończoność?
Myślę, że w tym właśnie leży przyczyna tego, że przebywając na plaży, czujemy się często jakby zahipnotyzowani morzem, oceanem.

Jeśli miałbym wymienić rzeczy, które najbardziej lubię w życiu i które dostarczają mi niewypowiedzianej… hm… trudno to nazwać… błogości, odprężenia i prostej radości istnienia – to bez wahania zaliczyłbym do nich spacer po plaży oraz pływanie w morzu czy też w oceanie. Nie jest to jednak li tylko przyjemność wynikająca z fizycznego wysiłku, czyli wydatkowania i rozpraszania własnej energii. Jest to dla mnie również – jakkolwiek zabrzmiałoby to pretensjonalnie – doświadczenie duchowe.
Przypomina mi się tutaj coś, co przed laty napisałem w Miami Beach na Florydzie:

Bezmiar oceanu ma w sobie coś hipnotyzującego. Szum fal, przenikliwy lazur, barwy, które są odbiciem nieba…
To jednak tylko powierzchnia kryjąca głębię – toń ciemną, zimną i nieprzeniknioną. Słońce sprawia, że zapominamy o tej czarnej otchłani. Ciepłe promienie koją nas i zniewalają, przypisując jednoznacznie widzialnemu światu.
Ponad godzinę płynę już wzdłuż brzegu, nie czując pod stopami dna. Po jednej stronie dal niebieskich wód, po drugiej – pełna ludzi plaża. Trwająca chwilę pokusa, by zwrócić się ku bezkresnemu horyzontowi. Zbyt mocno jednak czuję się jeszcze dzieckiem słońca. I ta radość kiedy znów poczuje się grunt pod nogami.
Zmęczony idę po ciepłym piasku – po śladach innych ludzi, szybko rozmywanych przez fale.

Radość, która żyje i pulsuje wokół nas – i w nas.
To znów lgnący do wszystkiego smutek i żal.
Wieczne falowanie…
*  *  *

zachód słońca nad Ni’hau

*

Plaża plaży nierówna. I nie chodzi tu tylko o ich różnorodność geologiczną, topografię, środowisko naturalne… Również o jej… populację, czyli o to jak często i jak licznie jest ona przez ludzi nawiedzana.
Oprócz plaż „miejskich”, takich jak położona nieopodal Honolulu Waikiki Beach, są plaże tzw. „dzikie”, gdzie nie uświadczy się żywej duszy. Plaże miejskie wzbudzają jedynie moją ciekawość – nazwę ją – antropologiczną (trudniej byłoby mi napisać „kulturową”, bo jakaż to na plaży może się przejawiać kultura?). Natomiast plaże dzikie (lub „pół-dzikie”) to nie zmącony cywilizacją kontakt z żywiołem natury (nie ważne, czy dostarczający nam ukojenia, czy też wprost przeciwnie: pewnego rodzaju niepokoju, który wszak zawsze jest czymś podniecającym).
Jedną z najbardziej niewiarygodnych plaż na jakich zdarzyło mi się być, jest słynna, położona w Rio, Copacabana. Zagęszczenie na niej kolorowych tłumów i jeszcze bardziej kolorowych parasoli jest niewiarygodne. Tylko trochę ustępuje jej pod tym względem jej sąsiadka – Playa Ipanema.
Natomiast jedne z najbardziej dzikich plaż, na jakie udało mi się w życiu dotrzeć, to plaże pacyficznego wybrzeża Oregonu, ale i… to była dla mnie niespodzianka – plaże karaibskie, także te znajdujące się na Wyspach Dziewiczych, które to wyspy przecież, skądinąd takie dziewicze bynajmniej już nie są.

Połów ryb na czarnej plaży (Big Island)

*

Plaże wypełnia nie tylko piasek (w kompleksach miejskich często zresztą uzupełniany przez ciężarówki). Także kamienie i żwir, bardziej lub mniej skruszone muszle i korale, oraz – co jest powszechne na Hawajach – zastygła czarna lawa. Naturalnie, najlepiej chodzi się po plażach piaszczystych, jednak wg mnie, najbardziej fotogeniczne są plaże kamieniste i żwirowe. Bo to właśnie na ich pourywanych i postrzępionych klifach rozgrywają się najbardziej dramatyczne spektakle, jakie urządza podczas sztormów Natura (czego doświadczyłem chyba najmocniej w kanadyjskim Parku Narodowym Pacific Rim położonym na północny zachód od Vancouver).

Plaża plaży nierówna również dlatego, że i piasek piaskowi nierówny. Bo z jednej strony – jak to jest w przypadku florydzkich plaż nad Zatoką Meksykańską – mamy bielutki i drobniutki jak cukier puder piasek, (będący efektem trwającej kilkaset milionów lat erozji Apallachów, z których to gór został on zniesiony do zatoki przez strumienie i rzeki); z drugiej zaś posiadający wiele odcieni piasek plaż położonych po atlantyckiej stronie amerykańskiego wybrzeża, który oprócz kwarcu posiada także wapienne drobiny muszelek i koralowców.
*  *  *

Zadziwienie – na zielonej plaży Papakōlea (Big Island)

*

Na Hawajach, naturalnie, oprócz plaż klasycznych z zieloną palmą, turkusową wodą i żółtym piaskiem, są także plaże dziwolągi, które wszak przy odrobinie krajoznawczej przychylności nazwać można plażami niezwykłymi, a ulegając pewnemu entuzjazmowi – fascynującymi. Bo któż z nas nie byłby zadziwiony, a w niektórych wypadkach – zachwycony czy zdumiony, gdyby nagle znalazł się na plaży, której piasek jest… czarny, czerwony, albo nawet… zielony?
A na hawajskich wyspach, owszem – takie dziwy się zdarzają.

Oto na Big Island znajduje się znana geologom całego świata Plaża Zielonego Piasku Papakōlea powstała wskutek erozji wulkanicznego stożka Pu’u Mahana. Kolor swój zawdzięcza małym kryształkom olivinu, zwanego też hawajskim diamentem. Nie prowadzi do niej żadna droga – trzeba jechać jeepem przez wertepy, lub iść parę godzin na piechotą. Na Maui, nieopodal Hana jest zaś Plaża Czerwonego Piasku zwana przez Hawajczyków Kaihalulu – utworzona przez zerodowaną skałę bogatą w związki żelaza. Jej głęboka czerwień kontrastuje z niebieską wodą oceanu, czarnym klifem i zielonymi drzewami tworząc dość zdumiewający konglomerat. Też trudno dostępna. Większość plaż Wielkiej Wyspy (Hawaii) jest czarna. Najbardziej znaną (i niestety – ze względu na łatwy do niej dostęp – najbardziej obleganą) jest Punaluu, Plaża Czarnego Piasku położona na wschodnim zboczu wulkanu Mauna Loa. Powstała w miejscu, gdzie do Oceanu wlała się lawa, która stygnąc zamieniła się w czarny bazalt.
Wszystkie te kolorowe plaże budzą zrozumiałe zainteresowanie, ale żadna z nich nie jest jednak w stanie przebić, jeśli chodzi o przyjemność plażowania, zwykłych, rzec można swojskich, plaż, na których leży piasek żółty.

WAIKIKI

Plażowy szyk i elegancja (Waikiki Beach)

„Najsłynniejsza” plaża na świecie jest plażą sztuczną. I jest to znaczące: sztuczny raj, który udaje „raj” tropikalny. Lecz nie jest to bynajmniej raj i nie tropik, tylko – gwoli ścisłości – sub-tropik. W języku rdzennych Hawajczyków waikiki oznacza „tryskającą wodę”, ewentualnie „źródło” lub „strumień”, bowiem było ich tutaj przed rozrostem honolulskiej metropolii kilka. Niestety, jeśli w jakiś sposób one przetrwały, to zostały wchłonięte przez okalające Waikiki (rozumiane tu jako rozbudowane przedmieście Honolulu) kanały. Naturalnie, była tu jeszcze przed tą cywilizacyjną inwazją dzika plaża (nota bene uczęszczana przez hawajską „arystokrację”, w tym tę „królewską”), lecz z czasem uległa erozji i budowlanym przeobrażeniom nie do poznania. Doszło do tego, że zaczęto zwozić na nią piasek sprowadzany z… Kalifornii.

Plaża jest zaskakująco krótka – liczy niewiele ponad pół kilometra – ale nagromadzone na niej tłumy sprawiają, iż wydaje się ona sporym organizmem, pewnego rodzaju mikrokosmosem tworzącym swój własny klimat. Wejść na nią to jak zanurzyć się po uszy w ludzką magmę osobników oddających się temu, co określa się mianem „plażowania”, czyli wszelkiej aktywności związanej z obecnością słońca, piasku i wody. Należy jednak zauważyć, że w wielu przypadkach owa „aktywność” ogranicza się do leżenia plackiem na ziemi i smażenia się w promieniach palącego się na niebie słońca.

Waikiki to kolorowa i hałaśliwa mikstura snobizmu, proletariackości, luksusu, szczęścia, mizerii, luzu, napięcia, dezynwoltury, konwenansów, piękna, brzydoty… czyli wszystkiego tego, co tworzy ludzki biotop, na dodatek skondensowany tu na małym spłachetku ziemi, stanowiący epicentrum powszechnego zainteresowania i przyciągający całe mnóstwo nie zawsze pasujących do siebie elementów i indywiduów.
Skąd ten misz-masz? Otóż ze współistnienia obok siebie – i to w pozbawionej większego dystansu bliskości – skrajnie różnych socjologicznie sfer: wymieszanie się klas, gdzie na jednym biegunie znajduje się nieprzyzwoita nędza widocznych niemal na każdym kroku bezdomnych, a na drugim… równie nieprzyzwoite bogactwo i zbytek reprezentowany przez gości bogatych ekskluzywnych mega-resortów tupu Hilton, Hyatt, Sheraton, Marriott…

Bezdomny na Kalakaua (Waikiki, Oahu)

Oczywiście, że homelesi przytłoczeni są całym tym rozbuchanym konsumpcyjnym zgiełkiem (a większość z oddających się owemu niczym nieskrępowanemu używaniu wszelkich możliwych uciech i dóbr, zapewne w ogóle ich nie zauważa – lub udaje, że nie zauważa).
*  *  *
I jeszcze jedno. Nocny spacer rozświetloną, kolorową aż do bólu oczu promenadą Kalakaua muszę uznać za najbardziej nudną i nużącą dla mnie godzinę spędzoną na Hawajach. I bynajmniej przyczyna tego nie leżała w trwającym wiele godzin locie samolotem przez Pacyfik.
Kalakaua biegnie równolegle do plaży Waikiki, której nie można jednakże widzieć, jako że po obu stronach tej ulicy znajdują się wspomniane już resorty, które już dawno zatraciły swój nimb ekskluzywności, stając się czymś w rodzaju okazjonalnego substytutu zaspokajającego (chwilowo i dość iluzorycznie przecież) snobistyczno-konsumpcyjne aspiracje tzw. upper-middle-class.
Kalakaua to także jeden wielki ciąg sklepów i handlowych „galerii”, gdzie przewalające się tłumy poszukują… właściwie nie wiadomo czego, a jeśli już znajdują, to najczęściej rzecz, która do niczego nie jest im potrzebna, będąc po prostu zbytkiem – kompulsywnym zaspokojeniem potrzeby posiadania, którą zaszczepiła w nich cywilizacja materialnego „sukcesu”, gromadzenia „dóbr” i rozchełstanego konsumpcjonizmu. Do sklepów już nie chodzi się wtedy, gdy człowiekowi coś potrzeba; do sklepów się chodzi – i w nich kupuje – dlatego że one są i dlatego, że postępują tak inni.

HAWAJSKIE DROGI (I BEZDROŻA)

Hawajskie drogi to nie tylko typowy pan-amerykański kontrast ale i miejscowy szok. Ich jakość rozciąga się od super-nowoczesnej wielopasmowej autostrady na Oahu po pełne błota dziury i wertepy obecne już na wszystkich wyspach, gdzie tylko koleiny i ślady jeepowych opon wskazują na obecność czegoś, co można nazwać prowadzącym dokądś traktem.
Trudno sobie wyobrazić bliższe poznanie hawajskich wysp bez dysponowania własnym (a ściślej – wypożyczonym) samochodem. Aby jednak trafić do najbardziej „dzikich”, a tym samym najbardziej niezwykłych i ciekawych zakątków, należy dysponować jeepem, a co najmniej SUV-em z napędem na cztery koła.

Nieraz zastanawiałem się, czy aby to, że pozwala się na istnienie takich „dróg” nie jest celowe. Bo przecież cóż to dla amerykańskiej technologii i budowlanych środków utwardzić, wyasfaltować czy też wybetonować drogę – o czym świadczy choćby obecność takichże dróg w najbardziej nawet niewiarygodnych miejscach amerykańskiego kontynentu? Czy przypadkiem nie chodzi tu o utrudnienie dostępu masowej turystyki do pewnych wybranych miejsc? O niedopuszczenie do stratowania ostatnich połaci dzikich zakątków? O zlitowanie się nad fauna i florą – czyli o zachowanie pewnych rezerwatów przyrody w stanie nieskalanym zbytnio motoryzacyjnym hałasem i spalinami? Pewnie o wszystko po trochu. A efektem – przynajmniej jeśli chodzi o nasze egoistyczny instynkt odkrywania i eksploracji – jest również poczucie pewnej ekskluzywności i dreszczu przygody.
Powiedzmy sobie jednak szczerze: jakież może nam grozić niebezpieczeństwo w miejscu gdzie ma zasięg nasza komórka?
Chyba jednak może… o czym świadczyły spalone wraki samochodów, jakie pospadały w przepaść ze stromego urwiska na jednej z takich dróg na Wielkiej Wyspie (z tą drogą wiąże się zresztą pewien niezwykły przypadek, jakim nam się tam zdarzył… ale o nim może za chwilę).
*  *  *

W otoczeniu zielonego szaleństwa dżungli – droga do Hana i… zagubiony na niej mały biały samochodzik (Maui)

*

Bez przesady można stwierdzić, że na Maui istnieje jedna z najbardziej malowniczych dróg na świecie. Jest to słynna Droga do Hana, prowadząca wzdłuż wybrzeża, po północno-wschodnim stoku wulkanu Haleakala. 80 kilometrów, 56 mostów i 617 zakrętów nad spienionym Oceanem, wśród tropikalnej roślinności, obok wodospadów, poszarpanych, utworzonych przez czarną lawę brzegów, podtopionych pól uprawnych taro, bambusowych zarośli, cyprysowych gajów…
Tak, droga do miejscowości Hana jest asfaltowa, ale za tym miasteczkiem, (które bardziej przypomina nadmorską wioskę) nagle jeszcze bardziej się zwęża,  kończy się asfalt, a zamiast niego mamy piasek i żwir, a na dodatek, w pewnym momencie natrafiamy na szlaban ze znakiem „Road closed. Local traffic only”.  Tutaj przestaje działać  polisa ubezpieczeniowa kompanii wypożyczających samochody (a tym samym kończą się żarty), natomiast zaczyna jeszcze ciekawszy i jeszcze bardziej niezwykły odcinek drogi, po której jadąc można okrążyć Haleakalę i przedostać się na drugą stronę wyspy.
Co też uczyniliśmy i muszę przyznać, że oprócz tego, że ten fragment drogi należał do najciekawszych na całej naszej trasie, to była to jednocześnie droga najbardziej wstrząsająca… także z powodu niezliczonej ilości dziur i wybojów, które zelżały dopiero wtedy, gdy wjechaliśmy na rozległe, falujące łagodnie zielone łąki i rancza pełne pasących się, swojsko wyglądających, choć czarnych jak najczarniejsza lawa, krów.

PRZYGODA NAD DOLINĄ WAIPIO

Gdybym był przesądny (albo wierzył w Opatrzność – co na jedno wg mnie wychodzi) to to, co się wydarzyło na spadzistej  drodze, która prowadziła z wysokiego klifu na dno doliny, uznałbym za oczywistą sprawę działania sił nadprzyrodzonych.
Dolina Waipio należy do najpiękniejszych na całych Hawajach. Leży w północno-wschodnim rejonie Wielkiej Wyspy (Hawai’i), na Wybrzeżu Hamakua. To kilkadziesiąt akrów płaskiej niczym namorzynowa delta ziemi otoczonej amfiteatrem wysokich na pół kilometra klifów, z których spływają liczące po kilkaset metrów wodospady.
Większość z nielicznych, docierających tu turystów, ogląda dolinkę z tarasu widokowego, którym kończy się droga z Hilo.  Niestety, mnie ten tarasik nie mógł zadowolić, więc zdecydowałem się zjechać do Waipio stromą, prowadzącą skalnymi półkami, żwirową drogą. Byłem pewny, że jeep z łatwością z tym sobie poradzi, tym bardziej, że droga przecież używana była nie tylko jako szlak pieszy, ale i uczęszczana była przez mieszkających w Waipio (nielicznych, co prawda) ludzi, którzy każdego dnia pokonywali ją swoimi pick-upami.

Hawajskie drogi (Big Island)

Aby zjechać na dół, należało pokonać jakieś półtora kilometra drogi, co zajmowało ok. 15 minut lub… 15 sekund, jeśli ktoś miał to nieszczęście sięgnąć dna doliny w linii prostej, spadając po prostu w przepaść (a widoczne z daleka wraki potwierdzały, że nie jest to tylko możliwość hipotetyczna).
Byłem już u wylotu biegnącej w dól drogi, kiedy do okna samochodu podeszła kobieta w średnim wieku i zapytała, czy nie mogłaby się z nami zabrać. Nieco zdziwiony zapytałem się, dlaczego nie chce zejść do doliny na piechotę – przecież to taki piękny szlak (wziąłem ją po prostu za turystkę). Odparła, że zawsze stara się aby ją ktoś podwiózł, bo ona… w Dolinie Waipio mieszka. Aaa!  Skoro tak – to proszę bardzo! Zmieniłem bieg na najniższy, nasza pasażerka przypomniała, by sprawdzić również hamulec ręczny (przy okazji zorientowałem się, gdzie go można znaleźć) po czym zaczęliśmy zjeżdżać po niezwykłej stromiźnie na dół. Nie ujechaliśmy stu metrów, gdy wtem silnik Wranglera zgasł, a tym samym przestały działać wszystkie urządzenia elektroniczne, w tym układ kierowniczy i hamulec główny. Samochód bezwładnie zaczął się zbliżać do krawędzi przepaści a ja już oczami wyobraźni zobaczyłem, jak roztrzaskujemy się u podnóża skalnej ściany. Usłyszałem głośne: „handbreak”! i odruchowo zacisnąłem dłoń na hamulcowej rączce. Jeep jednym kołem wisiał już nad przepaścią.

Ale to jeszcze nie był koniec całej przygody. Bo cóż się okazało? Otóż… wskaźnik poziomu paliwa wskazywał „zero”, więc i tak nie mogliśmy ponownie uruchomić silnika. Samochodu nie dało się ruszyć, a na dodatek tarasował on skutecznie całą drogę i nie bardzo było wiadomo, czy można go będzie stamtąd wyholować.
Potrzebna była benzyna, ale jak tu zdobyć na tym odludziu „gas” i to o tak już późnej porze? Ledwie człowiek przeżył a tu znowu wpakował się w niezłe tarapaty.
Ale, ale… czy uwierzycie, że nasza pasażerka wyciągnęła wtedy ze swojej torby… pełen paliwa kanister!? (Benzyna potrzebna jej była do zasilania domowego generatora prądu). Nasze zdumienie (a i radość) nie miała granic. Silnik „załapał”, wszystko zaczęło działać i po kilku minut znaleźliśmy się bezpiecznie na dnie cudownej skądinąd Doliny Waipio.
Zadziwił mnie ten brak paliwa, gdyż przypomniałem sobie, że sprawdzałem jego poziom nie tak dawno i że wskaźniki wychylony był na ok. 1/3 skali. Jednakże, gdy znaleźliśmy się na stromiźnie, cała benzyna spłynęła do dolnej części baku i zasysanie przestało działać. Dziwne, bo co jak co, ale jeep powinien być raczej niezawodny w takich warunkach.

Dzięki tej przygodzie poznaliśmy Kamaleę – bowiem takie imię nosiła nasza towarzyszka, co mnie trochę zdziwiło, jako że była białą kobietą. Mieszkała (samotnie) w Dolinie Waipio już od dwudziestu lat. Urodziła się  na Hawajach, a jej rodzice byli potomkami portugalskich imigrantów, którzy przybyli na wyspy jeszcze w XIX wieku  i zaczęli hodować tu bydło oraz uprawiać kawę.
Nie chciała przyjąć zapłaty za dostarczoną nam benzynę i dopiero później, kiedy już jechaliśmy na nocleg do Hilo, zreflektowałem się, że przecież mogłem – jako symboliczny dowód wdzięczności – podarować jej… ananasa, którego dzień wcześniej kupiliśmy od sprzedającego napoje chłodzące (przy położonej na Maui drodze do Hana) pewnego Niemca. O nim także można by tu opowiedzieć całą historię, jak zresztą i o wielu innych imigrantach, którzy postanowili na Hawajach ułożyć sobie życie, stworzyć swój dom.
Ale o tym to już może innym razem…

* * *

HAWAJSKIE OBRAZY:

Zmierzch na Maui

*

Mierząc się z Wielką Falą srebrnego oceanu (Oahu)

Wodny wachlarz (Kauai)

*

Wszędobylskie palmy (Oahu)

*

Zachód słońca nad Kauai  (Wybrzeże Napali)

© ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej zdjęć z ostatniej podróży na Hawaje obejrzeć można TUTAJ (panoramy) oraz TUTAJ (hawajski misz-masz) – w brulionie podróżnym (ilustrowanym), jak również- inny zestaw – TUTAJ – na moim blogu fotograficznym Światowid.

*

TOSKANIA – W DRODZE DO KRAIN Z MITÓW I SNÓW

Toskania… z pieskiego punktu widzenia

Nasze mity podróżne mogą sie potykać o przydrożne kamienie, ale nigdy nie zostają porzucone. Nigdy też nie opuszczają prawdziwego pielgrzyma. Realna twardość miejsc, do których docieramy nie jest w stanie odebrać im mglistej aury czegoś nieokreślonego – czegoś, co pojawiło się w śnionych przez nas na jawie obrazach, w marzeniach o przygodzie, o odzyskaniu utraconego raju, w tęsknocie za doświadczeniem Niezwykłego.
Lecz próżna byłaby nasza pogoń za duchem miejsca, za magią jaką emanują lokalni bogowie, za poezją prozy życia tubylców, gdybyśmy tej cudownej aury nie mogli dostrzec na co dzień – nawet w tej przyciasnej klatce naszych przyzwyczajeń, w monotonii karmienia się chwilą powszednią, w rutynie marnotrawienia czasu przeciekającego nam przez palce – zaprzepaszczaniu godzin, dni i lat naszego życia.
Cudowność świata zabieramy do torby podróżnej, walizki lub plecaka z nami. To bagaż, który nie jest ciężarem a ciągłym zadziwieniem.
Cudowności świata się nie szuka, nie wygląda… ona nigdzie na nas nie czeka. Ona jest tu i teraz albo… nie ma jej – dla nas – wcale.

greydot

Czy każda podróż musi mieć swój cel? Czy na pewno sens jest w tym co znajdujemy? A może więcej sensu jest już w samym szukaniu? Może sama droga ważniejsza od dotarcia na miejsce, które przecież zawsze wydaje się nam jakimś kresem?
Prawdziwy podróżnik (możemy go równie dobrze nazwać pielgrzymem) bardziej przypomina żyda-tułacza lub latającego Holendra, czyli kogoś, kto nigdy nie dotrze do celu, bo ten cel jest ruchomy. Nieznane staje się dla niego znanym ale za tym poznanym ciągle jest coś nieznanego. Stąd to permanentne rozdarcie od początku drogi po koniec… koniec, którego zresztą wyraźnie nie widać – bo jest to punkt, który przemieszcza się wraz z linią horyzontu, nigdy nie znikając.

Ile jest w tej tułaczce z wyboru, a ile z przeznaczenia?
Czy nawet stojąc na rozstaju dróg ten dylemat wędrowca – gdzie iść? – i jego wybór może mieć jakiekolwiek znaczenie? Ciekawość świata kusi, moc możliwości rzuca wyzwanie. Więc znów wędrowiec rusza przed siebie. Boczna ścieżka staje się głównym traktem, a main street przypadkowym szlakiem (albo też na odwrót). Kierunki biegną we wszystkie strony świata, by w jakimś miejscu ponownie się spotkać – przeciąć, minąć, a może przejść obok?
Cały nasz świat pokrywa pajęczyna dróg.
Na ile jednak tkamy tę pajęczynę sami, a na ile jesteśmy ofiarą, jaka w tę sieć wpada?

greydot

Ludzie i pejzaż.
Czy kultura może mieć jakikolwiek związek z krajobrazem, z rzeźbą ziemi zaludnionej przez tych, którzy ową kulturę tworzą? Jeśli dodamy do tego klimat, to odpowiedź na pewno będzie twierdząca.
Bogowie zawsze zamieszkiwali miejsca trudno dostępne dla ludzi. Spoglądali na nas z góry, z nieba, chowali się pod ziemię, kryli w głębinach, także w księgach; byli krzakiem gorejącym na pustyni, bezpostaciowym głosem, tajemnym znakiem, promieniem światła, powiewem wiatru…
I zazwyczaj byli bardziej okrutni tam, gdzie okrutniejsze były warunki życia. Łagodnieli, gdy wszystkiego było w bród, zwykle stając się wtedy bardziej ludzkimi.

Toskański pejzaż ma w sobie coś, co niekoniecznie domaga się wznoszenia oczu ku niebu, by odszukać tam Boga. Może dlatego, że boską harmonię i złote światło można odnaleźć na falujących niczym łagodne morze winno-oliwno-cyprysowych wzgórzach? I w ten sposób zwrócić większą uwagę na człowieka, na piękno i doskonałość, którą można osiągnąć – po ludzku – samemu, bez odwoływania się do Tego, co na wysokościach, bez proszenia o to wszystko niedostępnego skądinąd Boga? Może właśnie dlatego człowiek w Toskanii mógł się odrodzić? To przecież tu, nigdzie indziej, ma swój początek Renesans, epoka-zalążek współczesnej cywilizacji Zachodu.

greydot

Rzadko która fotografia przedstawiająca dzieło sztuki sama jest dziełem sztuki. Zwykle jest ledwie rejestratorką, która dokumentuje (i prezentuje) czyjś artystyczny wysiłek. I jest tym lepsza, im więcej zdoła owej artystycznej wartości dzieła nam przekazać.
Paradoksalnie, sama staje się dziełem sztuki dopiero wtedy, kiedy odbiera przedmiotowi swojego zainteresowania część jego artyzmu, zawłaszczając go niejako dla siebie i transformując.

Przebywanie z aktywnym aparatem fotograficznym w tak przepełnionym sztuką (i krajobrazowym walorem) miejscu jak Toskania, niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwo. Człowiek zamiast tworzyć, zaczyna konsumować – staje się do pewnego stopnia (nie tylko kulinarnym, ale i estetycznym) żarłokiem, którego z czasem ogarnia nawet coś w rodzaju słodkiego lenistwa. Lecz to dolce far niente nie ma nic wspólnego z próżniactwem – bardziej jest uległością wobec przyjemności jaka sączy się niczym nektar z wszechobecnej dookoła toskańskiej sztuki, z sielskiej łagodności toskańskiego pejzażu, z owoców tej ziemi i z tego co pozostawili po sobie toskańscy artyści.
A jednak nie pociąga to za sobą mdłości – dobre wino nie może być słodkie, w oliwce jest sporo goryczy, czerwone mięso ma w sobie krwistą dzikość, a mgły i deszcze otulają czasem wzgórza, szczędząc im słonecznego przegrzania, uwiądu, suszy i przejaskrawienia.

greydot
Uległem oczywistości toskańskiego piękna – dałem się uczynić niewolnikiem rozbrajającej malowniczości toskańskiego pejzażu, estetycznej harmonii i mistrzostwa sztuki (nie tylko renesansowej, ale i romańskiej); zagubiłem się chętnie wśród ochry, żółci i palonej sieny średniowiecznych uliczek i murów; chłonąłem oliwkową zieleń wzgórz, próbowałem dojrzewającej czerwieni winogron…
Warto było – dla tej błogiej i bezwstydnej sielskości, która działając na wszystkie nasze zmysły czyni z nas bezczelnego hedonistę. Lecz nawet jeśli poddajemy się tam hedonizmowi, to ten toskański hedonizm jest pełny, łagodny i dojrzały niczym stare dobre chianti.
Pod słońcem Toskanii zawsze było łatwiej sycić zmysły i doznawać rozkoszy, ale raczej nie zamieniało to człowieka w sybarytę. Zapobiegał temu pewien rodzaj wyrafinowania, o którym przypominały choćby kreski i sztychy mistrzów malarstwa, śmiałe projekty architektów, dążenie do doskonałości, harmonii, proporcji i piękna; wreszcie: ciekawość tego wszystkiego, co ludzkie.

greydot

A jednak zdarzały się rebelie – także ten humanistyczny paradygmat miał swoich dysydentów.
Czyżby w końcu Bóg katolików zaczął być o to wszystko zazdrosny? Tak, jakby rozkosz nie zbliżała nas do nieba, ale prowadziła na manowce? Tak, jakby cierpienie przestawało stanowić centrum chrześcijańskiego świata? Tak, jakby renesansowe piękno pociągało za sobą amnezję zadżumionej Europy?
Savonarola zaczął grzmieć na italskich ambonach, oskarżając pańskość wielmożów o próżność i ucieczkę od chrześcijańskiej ascezy. Zebrał nawet obrazy, klejnoty, bogate stroje, „nieobyczajne księgi”… i spalił to wszystko na Piazza della Signoria – głównym placu Florencji. Lecz Medyceusze tak łatwo nie oddali pola. A była to nie tylko walka o zachowanie politycznej potęgi, ale i o władzę, zarówno nad wzniosłą duszą, jak i zmysłowym ciałem – więc w tym samym miejscu spłonął też w końcu sam zbuntowany mnich.
Mimo to ziarno strachu przed dies irea zostało posiane. Ludzie w dolinie Arno przestali dowierzać ludzkiej doskonałości wzmacnianej dotychczas geniuszem swoich jakże licznych mistrzów. Ponownie zwrócili oczy ku niebu, swoje miasta oddając – symbolicznie i dosłownie (co zobaczyć można do dzisiaj na wielu obrazach i freskach) – w ręce świętych i patronów.

A Machiavelli? Czy to możliwe, by w tym raju ziemskich rozkoszy wyrosła taka bestia jak on? Jego „Książę” świadczy o tym, że tak. Ale czy machiawelizm był bardziej produktem toskańskiego hedonizmu, czy też może praktyczności (i skuteczności) uniwersalnych w ludzkim świecie reguł trzymania wszystkich poddanych za twarz? Jak pamiętamy, na nic się jednak zdało Machiavellemu to jego przemądrzałe lizusostwo, bo również i jego samego Medyceusze wrzucili bezpardonowo do lochu, gdzie gnił już do końca żywota, mając tam sporo czasu, by zrewidować swoje kategoryczne poglądy na ludzką naturę (a może jednak… by się w nich jeszcze bardziej utwierdzić?)

Tak… okazuje się, że kiedy pogrzebiemy nieco głębiej w historii – nawet tak archetypicznie sielskiej krainy jak Toskania – to zawsze można wywlec na wierzch jakaś stęchliznę faktów już nie tak chwalebnych, pięknych i radosnych.
Więc po co grzebać? Może lepiej jest – mając w końcu na cieszenie się Toskanią tak mało czasu – po prostu zadowolić się jej przyjemną i łagodną powierzchownością? Diabeł leży szczegółach, więc może lepiej jest nie podsłuchiwać tych jego szatańskich podszeptów?

greydot

Nie wszędzie motoryzacja wydaje się być obcym wtrętem – czymś agresywnym i nie na miejscu. Trudno sobie bez niej wyobrazić np. Manhattan – a jeśli już takie wyobrażenie przywołamy do wyobraźni, to będzie ono przypominało obraz apokalipsy.
Także amerykańska pustynia dała sobie świetnie radę z tym highway’owy wtrętem. Ciągnąca się pod horyzont nitka asfaltu podkreśla tylko jej organiczny charakter; oddaje sprawiedliwość owej niezmiernej przestrzeni. Autostrada nie tyle nas z pustynią oswaja, co od niej izoluje, choć nadal pozostaje dla nas ta pustynia spektaklem.

Rzucona przez Toskanię autostrada jest jak cięcie noża. To blizna, zranienie, coś, co jest bolesne i jakby nie na (swoim) miejscu. Obca intruzja, zanieczyszczenie – zaburzenie oliwkowo-winnej harmonii wzgórz.
Wyjeżdżając z Pizy, pogubiłem drogę szukając wjazdu na autostradę prowadzącą do niezbyt odległej przecież Florencji. Cały czar Toskanii w tym momencie prysł, genius locci się ulotnił – znalazłem się oto w amorficznym i pozbawionym charakteru świecie współczesnej cywilizacyjnej infrastruktury (już samo to określenie brzmi okropnie), która równie dobrze mogłaby znajdować się w jakimś innym zdeprawowanym przez motoryzację miejscu.
Na szczęście tych superszybkich autostrad w Toskanii jest mało. Jest za to mnóstwo lokalnych dróżek, wąskich i krętych, które zwykle podążają śladami odwiecznych traktów jakie dawniej łączyły ze sobą wszystkie te miasta-państwa-królestwa, które choć miniaturowe, to były jednak wówczas osobnymi światami. Jadąc dziś po takich drogach nie odczuwamy już tego zawłaszczenia nas przez pęd i tłok dróg szybkiego ruchu. Bardziej jako współczesną dogodność podróży, nie niweczącą wszak doświadczenia tego, co jest tej ziemi topograficzną esencją: pofałdowanego łagodnie krajobrazu, następujących po sobie obrazów nawiedzanych krain, pełnych niespodziewanych, a jednak niezmiennie malowniczych zakątków.

greydot
Zamienione w banały truizmy: życie jest podróżą, każda prawdziwa podróż jest podróżą wgłąb siebie, (czyli poszukiwaniem samego siebie). I wynikający stąd (równie banalny) wniosek: gdziekolwiek nie dotrzemy, dokądkolwiek byśmy nie uciekli – tam zawsze spotkamy siebie samych… (co zresztą może być zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem).
I jeszcze przypomnienie jak najbardziej a propos: podróże kształcą, ale raczej tylko ludzi… wykształconych.

Co to znaczy?
Otóż nie mniej, nie więcej jak to, że to my za wszystko jesteśmy odpowiedzialni – że to właśnie nasza osobowość, charakter, oczekiwania, ciekawość, wrażliwość, otwartość, głód przygody, bogactwo wnętrza; ale i nasza ignorancja, lenistwo, nieprzychylność dla świata czy wrogość, sarkazm, kpina i zła wola kształtują naszą relację z miejscem, które odwiedzamy. I do pewnego stopnia – choć w sposób względny – wszystko to kształtuje zarazem samo miejsce. Jeśli ktoś znajdzie smutek w zamglonej dolinie – to ten smutek rzeczywiście tam jest. Jeśli na kogoś spłynie radosne ciepło toskańskiego słońca – to ta radość w tym słońcu jest.
Nasza spostrzegawczość czyni miejsce i obraz ciekawym i bogatym w szczegóły, podobnie jak nasza ślepota pozbawia obraz piękna i koloru.
To tak, jak stwarzać coś, powołać do życia samym nazwaniem; to tak, jak unicestwić coś tylko tym, że nie potrafimy tego dostrzec, a tym samym – nazwać.
Światy, w których żyjemy, powstają w nas samych. Nasze piekła i nieba trwają tuż obok siebie, często znajdując się nawet w tym samym miejscu.

greydot

Spotkania z Toskanią: Virginia Wolf, Twain, Dostojewski, Stendhal…
czytając ich relacje, odnoszę wrażenie jakby każdy z nich spotykał się z inną krainą.
Mark Twain sobie kpi, stając nad przepływającą przez Florencję Arno: „To takie popularne podziwiać Arno. To wielki historyczny potok, kanalik szeroki gdzieś na cztery stopy, z całą tą pływającą w nim szumowiną. To byłaby bardzo przyjemna rzeka, gdyby tylko wpompowali w nią trochę więcej wody. Oni wszyscy nazywają to rzeką. Naprawdę ubzdurali sobie, że jest to rzeka – te cholerne ciemniaki z Florencji. A żeby jakoś usprawiedliwić tę bzdurę, to wybudowali tu nawet kilka mostów – jakby nie mogli po prostu przechodzić tego rowu w bród”. (tłum. własne)
Ha, ja Twaina lubię, więc mu tę zgryźliwość wybaczam. W końcu to nic innego, jak żart z Florentyńczyków.
Współczuję zaś Dostojewskiemu, który trafił we Florencji na mordercze upały: „Kiedy zobaczyłem na ulicach dobrze ubrane Angielki, a nawet Francuzki, to nie mogłem pojąć dlaczego ci ludzie, mając pieniądze na to żeby stąd uciec, godzą się dobrowolnie, by pozostawać w takim piekle.”
Mroczny skądinąd Dickens zachwyca się Sieną, a zwłaszcza Pizą, nazywając sakralne budowle Campo dei Miracoli „najbardziej niezwykłymi, najpiękniejszymi na świecie”, (nota bene, samo „Pole Cudów” zawdzięcza swoje miano włoskiemu poecie Gabrielowi d’Annunzio).
Virginia Wolf pojawia się natomiast w Toskanii z całą tą swoja chodzącą mieszanką melancholii, nadwrażliwości i drobiazgowej spostrzegawczości, zwracając głównie uwagę na ludzi, ale i pisząc o toskańskiej country side, o tym „morzu cieni z rdzawo-czerwonymi wyspami farm otoczonych czarnym obramowaniem z cyprysów. Nieskończona pustka, samotność, cisza – nigdzie żadnej budowli, ani wioski, tylko winnice i drzewka oliwne, które były tu od zawsze. Wzgórza robią się blado-niebieskie, ich ostre kontury miękną na tle nieba; wzgórze za wzgórzem.” (tłum. własne)

greydot

Syndrom Stendhala. Zachwyt i entuzjazm kogoś, kto oto znalazł się w miejscu gdzie żyli i tworzyli jego artystyczni idole, w otoczeniu dzieł sztuki i arcydzieł, które, jak dotąd, obecne były zaledwie w jego wyobraźni, pamięci – w świadomości oderwanej od fizycznej styczności.
Czegoś takiego doświadcza właśnie Stendhal, wjeżdżając do Florencji (przypominam: miasta Giotta, Dantego, Michała Anioła, Leonarda da Vinci, Petrarki, Boccaccia…). Oto co przydarzyło się mu w podczas wizyty w pełnym grobowców (m.in. Galileusza, Michała Anioła, Machiavellego) kościele Santa Croce: „Co za fantastyczne zgromadzenie! Przypływ emocji, które wypełniły mnie tak dogłębnie, że trudno je było odróżnić od religijnego uniesienia i zachwytu. Moja dusza, na samo tylko uświadomienie sobie tego, że jestem we Florencji, w pobliżu tych wielkich ludzi, wpadała w trans. Zatopiony w kontemplacji wysublimowanego piękna, mogłem przenikać samą jego esencję, która stała się bliska jak na wyciągnięcie ręki; czułem jego treść pod opuszkami palców. Dosięgłem owego najwyższego stopnia wrażliwości, gdzie obecna w sztuce świętość łączy się z pełną pasji zmysłowością emocji. Kiedy wychodziłem z Santa Croce, dopadły mnie gwałtowne palpitacje serca; szedłem w ciągłej obawie, aby nie upaść na ziemię”. (tłum. własne)

Cóż… literacka ranga autora „Czerwone i czarne” nie pozwala nam na skwitowanie całego tego zamieszania wzruszeniem ramion i stwierdzenie: „ot, jeszcze jedna przesadna egzaltacja”.
Dlaczego jednak przesadna? Czy bezmyślne, bezrefleksyjne i całkowicie obojętne (choćby na sztukę) reakcje tłumów wylewających się (nie tylko we Florencji) z uprawiających masową turystykę autobusów są już w normie, bo nie przesadzone?

Warto żyć uważnie.
A tym bardziej warto uważnie podróżować.

greydot

Dzisiaj rano otrzymałem od mojego znajomego wiadomość. Dowiedział się, że wkrótce wybieram się w podróż do miejsca, gdzie byliśmy razem prawie 10 lat temu. W swoim liście pisał: „W ostatnim czasie wiele razy przywoływałem w pamięci tamte obrazy. Zazdroszczę Ci. Jeśli będziesz na tej plaży gdzie biegaliśmy, to nie zapomnij o paru dużych muszelkach. Właśnie m. in. dla tych muszelek chcę tam jeszcze kiedyś pojechać”.
Tak, można tęsknić za podróżą do miejsca odległego o parę tysięcy mil tylko dlatego, że można tam znaleźć muszle, które pragnie się dotknąć; można planować wyprawę wgłąb dżungli, tylko po to, by zobaczyć rzadkiego ptaka, albo na czubek niebosiężnej góry, by dotknąć jaj szczytu i rzucić jedno spojrzenie na leżącą u naszych stóp dolinę. Jeśli tak, to tym bardziej można przebyć morza, rzeki i oceany, by znaleźć się na wyciągnięcie ręki od namalowanego przez Goyę psa, albo zobaczyć z bliska Venus Botticellego; by odszukać pewien fresk Giotta, dotknąć marmuru, którego dotykał również Michelangelo, stąpać po bruku, po którym chodził też Dante…
Bo w tym wszystkim nie chodzi o przedmiot. Materia jest ledwie pretekstem dla naszej duszy tułającej się w poszukiwaniu czegoś ulotnego i mglistego, czegoś nieokreślonego, ale wydającego się nam tym czymś… najważniejszym; tym, co naprawdę liczy się dla nas w życiu.

greydot

Co jest pod podszewką rzeczywistości?
Chyba następna podszewka.
Warstwy świata odsłaniają się przed nami – jeden wymiar przechodzi w drugi – i znów się coś zasłania, ginie nam z oczu.
Rzeczywistość pulsuje, wszystko ma swój rytm – pojawiania się i znikania.
Tak, jak po każdej fali przychodzi kolejna fala, czas kurczy się i rozszerza przypominając nam o nieskończoności.
Czy jednak Ocean jest wieczny?

Czy toskański raj nie kończy się za ostatnim wzgórzem? Czy nie staje się coraz bardziej wyblakły jak malowany krajobraz na freskach Giotta albo na płótnach Leonarda, Rafaela, Botticellego?
Czy naprawdę istnieje?

greydot

**

Tuż przed winobraniem: dojrzałe, soczyste, brzemienne kiście winogron

*

Terakotowe psy zapatrzone w toskański krajobraz (z tarasu Villi Vignamaggio w Chianti, domu urodzenia Mony Lizy)

*

*

Zmierzch nad rzeką Arno i mosty Florencji

*

*

Tryumf artysty nad materią: „Perseusz z głową meduzy” Celliniego i „Porwanie Sabinek” Boulonge’a – rzeźby wystawione od wieków na widok publiczny na Piazza della Signoria, głownym placu Florencji

*

(zdjęcia własne)

Zapraszam do obejrzenia nowej wystawy zdjęć z Toskanii pt. „W KRAINIE SŁOŃCA, WINA I SZTUKI” , która ukazała się właśnie na blogu fotograficznym „ŚWIATOWID”, jak również na stronę „brulionu podróżnego (ilustrowanego)”, gdzie można obejrzeć TOSKAŃSKIE PANORAMY.

*