CHWYTANIE ŚWIATŁA (John Constable, „Weymouth Bay”)

*

*

*

ciemność w żywiole burzy
wypełniająca horyzont
przytłacza jak ciężkie chmury
z ultramaryny, indygo i ołowiu
naniesione en plein air
wiatrem Natury i pędzlem
z pełnej zgaszonych kolorów
palety malarza
*
jasność w żywiole słońca
kładzie się na plaży i falach
olśniewająca lekka plama
z żółci, ugru i cynkowej bieli
przebija się przez chmury
snop światła ożywiony
magicznym dotknięciem różdżki
umaczanej w farbie
ręką iluzjonisty
*
to tylko moment
a jakby życie całe
uchwycone w jednym spojrzeniu
i utrwalone w raptownym
(choć pełnym uwagi)
szkicu artysty
*
to tylko spacer po plaży
– dwie małe ludzkie sylwetki
wychodzące z pola jasności
i zanurzające się w chłodnym mroku
by po chwili wyłonić się z cienia
i wejść w jasność ogrzaną
promieniami słońca
*
niby nic takiego
ot  farbowane kleksy
maźnięte przez pacykarza
na zwykłym kawałku tektury…
lecz przy naszej uwadze
i z naszymi nerwami
objawić się nam może
(mieniący się jasnością
i ciemnością)
prawdziwy skarb

*

*  *  *

Będąc w Londynie nie mogłem w swoich peregrynacjach brytyjskiej metropolii pominąć Muzeum Alberta i Wiktorii, które wśród mnóstwa zwracających uwagę eksponatów ma także słynne olejne szkice największego angielskiego pejzażysty XIX wieku Johna Constable’a. Wiedziałem, że one tam są, ale nie spodziewałem się, że będę musiał zapuścić się w dalekie, nieodwiedzane tłumnie czeluście galerii, gdzie w skromnej, nierzucającej się w oczy gablocie, umieszczono niewielkie formatowo malunki Constable’a. Podchodziłem do niej jak do relikwiarza – i sam byłem ciekaw swojej reakcji na jej zawartość. Cóż, złe oświetlenie (które nota bene jest zmorą wielu znanych galerii), tudzież pakowanie obrazów olejnych za szybę, robi swoje: znane mi skądinąd obrazki ukryte były jakby w półcieniu, niewyraźne, rozproszone refleksami odbijającego się w szkle światła. Przez to oryginały te sprawiały wrażenie jakby były kopiami reprodukcji, które miałem w swoich albumach. Jednak bezpośrednie obcowania z „sześciostopowcami” Constable’a (czyli jego wielkimi obrazami) były dla mnie zupełnie innym doświadczeniem – miałem wtedy wrażenie jakbym wchodził w chropowatą fakturę obrazu – w to, co było tak charakterystyczne dla „substancjalnego” sposobu malowania Constable’a („materia oleju tryska, kropelkuje i wprost wyłazi z płótna” – jak sugestywnie pisał o nim swego czasu Łysiak). Natomiast tutaj zdeprymowała mnie ta separacja – odgrodzenie od żywego śladu malarskiego pędzla. Lecz mimo to pozostałem wielkim fanem tych niepozornych szkiców, które tak mało atrakcyjnie prezentowało londyńskie muzeum. Bowiem gdzie indziej (choćby we wspomnianych monografiach Constable’a, czy nawet na niektórych stronach w sieci) można się im przyjrzeć uważnie i z bliska, dostrzegając nie tylko detale, ale i cały ów splendor czegoś, co w historii malarstwa europejskiego było bezsprzecznie nowatorskie, odważne i unikatowe.

Znajdująca się w Muzeum Alberta i Wiktorii „Zatoka Weymouth” to jeden z moich najbardziej ulubionych obrazów (a właściwie szkiców) Constable’a, mimo że nie ma na nim tego, z czego malarz ten jest najbardziej znany: wypełnionego łąkami, lasem i wszelką roślinnością angielskiego pejzażu, nasyconego zielenią o niespotykanym bogactwie odcieniowym. Są natomiast chmury, które z czasem stały się wręcz obsesją Constable’a, a tutaj niemalże „dławią” krajobraz Weymouth Bay z nadciągającym znad morza sztormem. Niemalże… bo jednak przebija się przez to dzikie kłębowisko sczerniałych i wzburzonych cumulusów słońce, które nie tylko rozprasza ciemności, ale i ociepla ziemię, na brzegu której pojawiają się żywe istoty – psy i ludzie, korzystający z tej oazy jasności otoczonej niebezpieczeństwem szalejących żywiołów.
Tylko jak długo może trwać ten azyl?

Najprawdopodobniej wiemy kim jest ta para przechadzająca się po plaży jak gdyby nigdy nic – najwidoczniej niewiele sobie robiąca z nadciągającej burzy. To pastor John Fisher ze swoją nowozaślubioną żoną – ten sam, który nie tak dawno udzielił też ślubu przyjacielowi Johnowi Constable, łączącemu się „węzłem małżeńskim” ze swoją wieloletnią miłością Marią Bicknell, której rodzice przez długi czas stali na przeszkodzie tego ożenku… dopóki z tego świata nie zeszli. Fisherowie nieopodal Weymouth Bay mieli swoją parafię, którą obdarował młodego pastora jego wuj, biskup Salisbury – widocznie nie biedak i nie skąpiec, skoro stać go było na tak hojny ślubny prezent dla bratanka.
Wielebny John Fisher z kolei, zaprosił do siebie (w podróż poślubną) młodą parę, czyli Constable’a z małżonką, których skusił takim oto listem:
„Okolica tutejsza jest wspaniale dzika, ale i wysublimowana, bezwzględnie warta wizyty malarza. Z mej posiadłości rozciąga się szczególnie piękny widok & można go już studiować z okien mego domu. Będziesz miał talerz pełen mięs rozłożony tuż obok swoich sztalug, nie musisz nawet zasiadać do obiadu. Nigdy nie mamy towarzystwa, ale pędzli, farb i płócien mamy w nadmiarze. Moja żona jest cicha & spokojna & milcząca & siedzi & czyta nie niepokojąc żywej duszy & Pani Constable może iść za jej przykładem. A pod wieczór możemy usiąść przed jesiennym kominkiem, czytając jakąś poważną, mądrą i sensowną książkę, być może Kazanie & wtedy modlitwy usposobią nas do snu w zgodzie z nami samymi & z całym światem.” (tłum. własne)
Któż mógłby się oprzeć takowemu epistolium?

Tyle anegdota, tutaj chyba nie bez znaczenia, zajmijmy się jednak samym obrazkiem. Constable maluje go w 1816 roku, a więc w okresie kiedy zaczyna wreszcie nabierać swojej malarskiej pewności i podążać w kierunku, który zaprowadzi go na wyżyny europejskiego malarstwa. Ale nie jest jeszcze – jako twórca – poważany. Estymy nie zdobyły mu bowiem ani portrety, które malował w Londynie dla czystego zarobku (czego nie znosił), ani tym bardziej główny temat jego obrazów, jakim był krajobraz – w hierarchii malarskiej wartości plasujący się wówczas gdzieś na szarym końcu. Lecz Constable jest uparty: mimo własnych artystycznych ograniczeń, których jest świadom, idzie za głosem swojej pasji zainteresowania przyrodą i jej transformacji na płótno za pomocą pędzla i malarskich środków wyrazu. To, co było jego (domniemaną) wadą (nigdy nie mógł jednak podołać kanonowi klasyków), potrafi przekuć na swoją korzyść – poszukując własnego języka i sposobu wizualizacji Natury, który byłby bardziej podatny jej samej, niż jakiejkolwiek (wydumanej przecież sztucznie) malarskiej koncepcji.
Innymi słowy: Constable jest nie tyle zmuszony, co sam chce oddawać na płótnie to, co widzi, a nie to, co chce widzieć, zasugerowany i spętany de facto obowiązującymi dotychczas malarstwo kanonami i regułami (istniały np. podręczniki do tego, jak malować krajobraz: gdzie umieszczać poszczególne jego elementy, takie jak drzewa, rzeki, jeziora… – i w jakiej proporcji, w jakiej perspektywie, na jakim podmalunku… etc.) Constable, mimo że wpatrzony od młodości w pejzaże XVII wiecznych Flamandów, w klasyczne płótna ówczesnego boga pejzażu mitycznego Lorraina; w narodowego arystokratycznego mistrza naturalnych teł Gainsborough… za swojego Mistrza i nauczyciela wybiera samą Przyrodę. I wychodzi ze swoją paletą i sztalugami w plener. Ale, żeby było ciekawiej, nie stosuje tam sposobów malowania studyjnego, a oddaje się niemal zupełnie szkicowaniu, usiłując pochwycić Naturę in flagranti – tu i teraz, dokładnie w tym, a nie innym momencie, bo wie, że jest ona w nieustannym ruchu jak heraklitejska rzeka – niby ciągle ta sama, ale jednak w każdej chwili inna: jej obraz pulsuje wraz z rytmem zmieniających się nie tylko pór roku, ale i samego dnia. Mało tego: Constable owych szkiców nie wykonuje (jak wszyscy dotychczas) za pomocą piórka, ołówka, pasteli czy akwareli – lecz za pomocą… farb olejnych! I nie na płótnie, a na tekturze albo nawet samym papierze. Nam obecnie wydaje się to wręcz trywialne, ale wówczas to była przecież rewolucja!

„Weymouth Bay” „sztormowe” malowane alla prima w czasie jednej sesji, podoba mi się bardziej, niż „Weymouth Bay” „pogodne”, które powstało najprawdopodobniej w Constable’owym studio (vide: reprodukcja poniżej). Fantastyczne jest tu zjednoczenie kolorystyczne nieba (a właściwie chmur, bo błękit ledwie prześwituje) z ziemią zarzuconą chmurnym cieniem i rozjaśnioną słonecznym przebłyskiem, wydobywającym jaskrawość tonu na piaszczystej plaży i porośniętym zieloną trawą pagórku rozciągającym się aż po horyzont, za który sztorm wydaje się już nie sięgać, koncentrując się nad zatoką – nad wzburzonymi falami morza i zakolu skalnego urwiska, poddanego wiecznej erozji powietrza i monotonnej cierpliwości wody.
Oczywiście można przy tej piktoralnej okazji snuć metaforyczne paralele między zmienną Fortuną, charakterem człowieczego losu a paradoksalną zmiennością trwałej i niewzruszonej w swej istocie Natury (tym bardziej, że w miejscu tym morze pochłonęło przed kilkunastoma laty pewnego kapitana, krewnego Fisherów, wraz z dziewiętnastoma członkami jego załogi, a i samo małżeństwo Constable’ów miało trwać zaledwie 12 lat, zakończone przedwczesną śmiercią Marii na gruźlicę) – lecz można też spojrzeć na ten szkic tylko z estetycznego punktu widzenia i oddać się czystej przyjemności oglądania śladów malarskiego pędzla układającego się w harmonijną orgię barw, cieni, kształtów, waloru, faktury czy tonu – niezwykłej dynamiki, zarówno tej atmosferycznej, jak i topograficznej – ze znakomicie oddaną głębią i perspektywą – przestrzenią, którą zaczyna wypełniać niepowstrzymany żywioł i jego wietrzną, coraz bardziej gwałtowną, furią.
Mimo pozornego chaosu, jakim być może wydawały się szybkie ruchy Constable’owego pędzla, w finalnym efekcie nie widać żadnych zbędnych, czy też przypadkowych „maźnięć” (nawet touch cynkowej bieli jest tu jak najbardziej na miejscu, nadając scenie przejrzystości, wibracji, wietrzności i świetlnej migotliwości) – jest natomiast znakomita precyzja trafienia w naturalną wizualną istotę materii, oddanie topografii miejsca ze zdumiewającą autentycznością, wyczuciem miejsca i chwili.
Czy tego można się nauczyć? Czy też może chodzi „tylko” o wydobycie czegoś, co istnieje już w głębi (i tylko tam) ludzkiego geniuszu?

*

John Constable, "Weymouth Bay" (c. 1816-19, oil on canvas)

John Constable, „Weymouth Bay” (c. 1816-19, oil on canvas)

*

Drugi malunek Constable’a przedstawia Zatokę Weymouth być może o tej samej porze roku, ale przy zupełnie innej pogodzie. Ujęcie scenerii w kadr jest niemal identyczne, ponownie zwraca uwagę znakomite oddanie perspektywicznej głębi (zwłaszcza topograficznej rzeźby pagórka w oddali oraz obmywającego brzeg morza, tym razem grającego jeszcze bogatszą gamą kolorów), jednak inny jest już sposób w jaki nad tym krajobrazem dominuje niebo, na którym przewalają się teraz kłębowiska potężnych obłoków, coraz bardziej ciemniejących, bo brzemiennych kondensującą się wilgocią, ale jednak ciągle bardzo jasnych na swoich obrzeżach, bo rozświetlonych blaskiem popołudniowego słońca z lekkim dotknięciem różu, będącego zapowiedzią zbliżającego się zmierzchu.
Coś mi tu jednak nie pasuje.
Bo to wygląda trochę tak, jakby niebo i ziemia z morzem były z dwóch różnych obrazów: skonsolidowany trójwymiarowo grunt z oblewającą go wodą i, niestety, dwuwymiarowe jednak, zachmurzone połowicznie niebo. Nie wiem, może to jest mój percepcyjny błąd w widzeniu tego obrazu, autosugestia wynikająca z lekkiego rozczarowania tym, że ziemia nie współgra tu już tak harmonijnie z niebem, jak to jest widoczne na obrazie pierwszym – o arcydziełach Constable’a powstałych zwłaszcza w następnej dekadzie (lata 20-te XIX wieku) nie wspominając.
Ponieważ dla Johna Constable’a niebo stawało się coraz ważniejsze – było pasją przybierającą w pewnym okresie jego życia znamiona obsesji. Ale w tym szaleństwie była przecież metoda – i chyba właśnie to pasyjne połączenie metodyki z obsesją przesądziło o tym, że przed malarzem tym padają obecnie na klęczki jego wyznawcy, i to nie tylko ci handlowi, płacący za obrazy Anglika dziesiątki milionów dolarów.
Metoda Constable’a, jak większość metod genialnych, była prosta (dziś rozbrajać nas może nawet swoją oczywistością), bo opierała się na trywialnym wręcz spostrzeżeniu: „(Niebo) jest w naturze źródłem światła i rządzi wszystkim”, dlatego musi być dla malarza „kluczem, powszechna skalą i głównym sposobem wyrażania uczuć”. Nie dajmy się jednak tak bardzo zwieść tej uczuciowości Constable’a, bo z drugiej strony uważał on, iż „w naszej epoce sztuka winna być traktowana jako pełnoprawna czynność naukowa i techniczna, nie zaś poetycka tęsknota”; oraz: „Malarstwo jest również nauką i powinno być uprawiane niczym badanie praw natury.” Może właśnie to połączenie pozytywizmu z romantyzmem, chłodnego oglądu z uczuciem (zresztą nie tylko w malarstwie, ale i w charakterze samego twórcy) zadecydowało o tym, że oryginalność sztuki Constable’a w końcu została dostrzeżona, doceniona i przetrwała do naszych czasów?

Nie dziwi więc, że w poszukiwaniu coraz doskonalszej egzekucji swojego zamysłu dotarcia do istoty Natury i jej fenomenów – by przetransponować je na swój malarski język (swoisty artystyczny idiom) tudzież udoskonalić swoje coraz bardziej ambitne pejzażowe projekty) – Constable coraz wyżej zadzierał głowę i coraz uważniej spoglądał w niebo, na którym oczywiście najbardziej interesowały go chmury. Studiował przy tym współczesne opracowania naukowe (jak np. klasyfikację chmur dokonaną przez „ojca meteorologii” Luke’a Howarda, którego prace nota bene spotkały się nawet z zainteresowaniem samego Goethego), otwierając się coraz bardziej na malarski eksperyment, polegający na prowadzeniu swego rodzaju notatek z przyrody, czego rezultatem były dziesiątki rewelacyjnych olejnych szkiców przedstawiających tylko i wyłącznie chmury – co w historii malarstwa było czymś bez precedensu. Ale to już temat na inną rozprawkę.

*

John Constable, "Cloud Study" (1822, oil on paper laid on board)

John Constable, „Cloud Study” (1822, oil on paper laid on board)

*

Reklamy

OBRAZY Z WYPRAWY NA AMERYKAŃSKI ZACHÓD

.

Oto mała próbka zdjęć zrobionych podczas naszej wyprawy na Zachód, której dziennik ukazał się w jednym z ostatnich wpisów TUTAJ. Więcej obejrzeć można na stronie mojego bloga fotograficznego pt. „ŚWIAT W OBRAZACH”, gdzie zamieściłem wybór ponad 70 zdjęć (TUTAJ) ilustrujących naszą szaloną eskapadę po preriach, górach, kanionach i pustyniach amerykańskiego Zachodu. Wprawdzie utrwalony w kadrze obrazek nie jest w stanie oddać całego piękna i niezwykłości miejsc, które udało się nam odwiedzić, to jednak, bez wątpienia, ich naturalna fotogeniczność rzuca się w oczy. By przybliżyć okoliczności i kontekst, każde zdjęcie opatrzyłem krótkim komentarzem.

(Klikając na obrazy, można zobaczyć je w pełnym wymiarze.)

 .

Idaho country - burza nadchodzi (pejzaż jak z malarskiego płótna)

Idaho country – burza nadchodzi

.

FARMA W IDAHO

W drodze z Salt Lake City w Utah do Jackson Hole w Wyoming zahaczyliśmy o „ziemniaczany” stan Idaho. Zostawiwszy w tyle wielką pustynną kotlinę Słonego Jeziora, wjechaliśmy na bardziej żyzną ziemię – mijane farmy zaczęły topić się w zieleni – nie tylko ziemniaczanych upraw. Tuż przed spotkaniem z meandrami Snake River, jeszcze przed ścianą gór Teton majaczących na horyzoncie, natrafiliśmy na burzę, która wprawdzie nie dotknęła nas bezpośrednio, ale dokonała atmosferycznej rewolucji obserwowanej przez nas z pewnego oddalenia, choć z wyczuciem aury przynoszącej chłód i chromatykę jakże różną od szaro-białej aparycji salin i brudno-żółtych piaszczystych równin porośniętych suchorostami i karłowatą krzewiną, jaka towarzyszyła nam w północnym Utah. Na niebie zaczęły się dziać dziwne rzeczy, chmury kłębiły się w zupełnie nieoczekiwanych miejscach, sklepienie zrobiło się niebiesko-popielate, jednak promienie słońca znalazły jeszcze ujście pomiędzy kłębami chmur, oświetlając budynki mijanej przez nas farmy i rozjaśniając falujące morze traw i zbóż, które ją otaczało. Zatrzymaliśmy się przy drodze, by lepiej widzieć ten niespodziewany spektakl na niebie, który właśnie zaczął odgrywać się przed naszymi oczami. Również i po to, by utrwalić z tego, co się da, na fotografii.

Lubię to zdjęcie ze względu na harmonijne połączenie rzadko jednak spotykanej kolorystyki nieba i złamanej zieleni, która pokrywa ziemię  – obraz wydaje się niemal monochromatyczny i stanowi pewien kontrast z barwną krzykliwością, jaka charakteryzuje w wielu rejonach krajobraz amerykańskiego Zachodu. Ma on coś z urody malarskiego płótna – stonowanie i łagodność flamandzkich pejzażystów; przypomina mi też niektóre malunki na porcelanie lub pokrytych emalią metalowych płytkach – pewną ich „gładkość”, swoistą skromność pastoralnej scenerii.

greydot.

Na przełęczy w Górach Skalistych (Kolorado)

Na przełęczy w Górach Skalistych (Kolorado)

 .

GÓRY SKALISTE

Także i tutaj niebo jest głównym malarzem pejzażu, z tym że jesteśmy już teraz wysoko w górach. A właściwie – nie tyle niebo maluje ten obraz, co znowu burza.  Góry są to oczywiście Skaliste, co doskonale widoczne jest na pierwszym planie, który wypełnia ruda kamienność zwietrzałego gołoborza, ze skąpą roślinnością alpejskiej tundry, (którą tak się tu nazywa, mimo że daleko stąd zarówno do Syberii, jak i Alp). No i podobny jest efekt z dziurą w chmurach, przez którą przebija się słońce, oświetlające zielone stoki gór na horyzoncie, co stanowi kontrast dla ciemnych zboczy, nad którymi wiszą już ciężkie burzowe chmury. Najważniejszy dla całej kompozycji tej naturalnej sceny jest jednak pierwszy plan – mocna chromatyka granitowego tarasu, który wydaje się prowadzić w przepaść, a jednak daje poczucie solidnego oparcia mimo erozji, będącej skutkiem lejącej się nań wody, smagającego wiatru i próbującego go rozsadzić zimą lodu. W centrum kadru zbiegają się perspektywicznie linie trapezowego występu skalnej tundry i sąsiednich zboczy z jasną smugą światła przecinającego obraz w poprzek – to ta mglista atmosfera wypełniająca bezkres górskiej scenerii. Właśnie w takich momentach czuje się potęgę żywiołów.

greydot.

Droga wśród czerwonych skał Sedony w Arizonie

Droga wśród czerwonych skał Sedony w Arizonie

 .

DROGA POD SEDONĄ

Już dzięki temu, że jest to widok przez samochodową szybę, obraz ten nie jest statyczny – nabiera dynamiki, którą podkreśla wijąca się żwirowa droga i czerwone skały, tworzące dziki kanion, którego nie jest w stanie ujarzmić cywilizacyjny wtręt traktu, po jakim jedziemy terenowym SUVem z napędem na cztery koła. Właściwie tylko takim pojazdem można zapuszczać się w dzikie ostępy naturalnego labiryntu, jaki tworzą otaczające Sedonę kaniony, pustynie i skały. Mekka dzieci epoki Wodnika i para-psychologicznych odjazdów filozofii New Age ma godny siebie naturalny entourage – coś jakby przedsionek kosmicznych podróży łączący Ziemię z ekstraterestrialnym Nieznanym – krajobrazową fantazję naszego globu z pozaziemską fantastyką przepastnego Kosmosu i mentalnej fikcji. Żółto-pomarańczowy piasek i żwir (ledwie) utwardzonej drogi, zieleń krzewów i drzew korzystających ze skąpych zasobów wody chwytanej przez kanion, czerwony piaskowiec skalnych ścian i ostańców, niebieskie niebo i białe chmury – to niemal krajobrazowa klasyka północnej Arizony, stanowionej przez płaskowyż, który dwieście kilometrów na północ został wyżłobiony przez rzekę Kolorado, dzięki czemu powstała najbardziej chyba spektakularna i najsłynniejsza dziura w Ziemi – Wielki Kanion.

Zdjęcie nabiera szczególnego charakteru przez to, że obramowane jest okienną konstrukcją, która nie tylko ujmuje w kadr widok, wyłaniający się przed nami w czasie jazdy, ale i umieszcza nas w konkretnej przestrzeni – nadając jej walor nie tylko postrzeganej naoczności, ale i dotykalnej niemal konkretności.

greydot.

Ścieżki w Kanionie Bryce'a (Utah)

Ścieżki w Kanionie Bryce’a (Utah)

.

BRYCE CANYON

Widok ten ma w sobie jakąś ażurowa świetlistość – głównie dzięki biało-różowym wapienno-piaskowym skalnym ostańcom, tak charakterystycznym dla tego przyrodniczego tworu, który bez wątpienia należy do jednego z najbardziej niezwykłych zakątków na naszej planecie. Nazwa tego miejsca to Bryce Canyon – czyli Kanion Bryce’a – pochodzi od nazwiska mormona, który jako jeden z pierwszych pionierów osiedlił się w tym rejonie. Jednakże to, co dla niego było utrapieniem (w skalnym, kolorowym labiryncie gubiły się mu krowy, wiec po jakimś czasie Bryce miejsce to opuścił), dla zwiedzających obecnie ludzi jest przedmiotem niekłamanej admiracji, a niekiedy i zachwytu – który można zrozumieć tylko wtedy, kiedy samemu stanie się na krawędzi owego „kanionu” (piszę „kanion” w cudzysłowiu, gdyż tak naprawdę to, co nazywamy kanionem, jest zerodowaną krawędzią płaskowyżu) lub – jeszcze lepiej! – kiedy zejdzie się wgłąb „kanionu” i uderzy w jeden ze szlaków, które prowadzą wśród jaskrawo-kolorowych skalnych ostańców, wież, szpic i pnących się dziesiątki metrów w górę stromych ścian z czerwonego piaskowca, okraszonego tu i ówdzie wapienną bielą.

Na zdjęciu możemy dostrzec jasną nitkę – to jest właśnie jeden ze szlaków na terenie Parku Narodowego Kanionu Bryce’a (bo taki jest status ochronny tego miejsca). W oddali widzimy zieloną (bo nawodnioną przez farmerów) dolinę, a po prawej stronie krawędź płaskowyżu, (z której nota bene robione jest to zdjęcie) – jeszcze nie zerodowaną… ale to tylko kwestia następnych setek i tysięcy lat. W skali geologicznej naszego globu – bagatela!

greydot.

Bajeczne pejzaże Doliny Monumentów - rezerwat Indian Navaho w Arizonie

Bajeczne pejzaże Doliny Monumentów – Ziemia Nawahów w Arizonie

 .

DOLINA MONUMENTÓW

A to kawałek amerykańskiego Zachodu, który wydaje się być jeszcze bardziej „nieziemski” i odrealniony. Lecz jednak prawdziwy jest on jak najbardziej – a na dodatek: widok ów jest tak dobrze znany z przeróżnych zdjęć i filmów, że stał się on niemal synonimem „westernowej” scenerii – taką ikoną osobliwości krajobrazowych „Dzikiego” Zachodu. I znów ta ceglasta czerwień piaskowców, dominująca pustynny teren, którego wszak krajobrazową determinantą jest szereg „mes”, czyli przypominających olbrzymie pniaki formacji skalnych, które – dzięki chroniącym je przed erozją twardym, bardziej odpornym na erozję czapom – ostały się nieco dłużej i górują teraz nad terenem, nadając mu owej nieziemskiej aparycji.

Oprócz tego, że formy spotykane w Dolinie Monumentów są osobliwe, to jeszcze bardziej ich niezwykłość podkreślona jest – i wydobywana – przez światło, które zmienia się wraz z porą dnia niebywale i wzmaga nie tylko efekt malowniczości Monument Valley, ale i powoduje, że obrazy w Dolinie zmieniają się jak w kalejdoskopie – nie tyle przez zmianę jej materialnych elementów, co chromatycznej wokół nich „aury”.

Po dnie doliny wije się żwirowa droga. Widoczne na niej są samochody – przypominają tu dziecięce zabawki, ale w rzeczywistości przydają się one naszej wyobraźni, bo można wedle nich ocenić ogrom sąsiednich skalnych (po)tworów – uświadamiają nam to, jakie są w tym naturalnym spektaklu proporcje. I właśnie to może zawrócić nam w głowie.

greydot.

Pod Łukiem Podwójnym w Parku Narodowym Łuków Skalnych w Utah

Pod Łukiem Podwójnym w Parku Narodowym Arches w Utah

 .

ŁUKI SKALNE

No cóż – kolejny „odlot” krajobrazowy: Łuk Podwójny w Parku Narodowym Arches (nota bene „arches” to nic innego, jak po angielsku „łuki” – dobrze więc byłoby nazywać to miejsce Parkiem Narodowym Łuków dodając ewentualnie: „Skalnych”, ale jak widzę w naszym kraju obowiązuje inna nomenklatura). Jak to dobrze, że na zdjęciu tym widać także ludzi, choć – zważywszy na proporcje – łacniej byłoby tu mówić o ludzikach – takimi bowiem mrówkami wydają się turyści, których ciekawość zagnała pod ten gigantyczny amfiteatr skalny – wnękę łukową w Utah. Mnie to przypominało cielsko jakiegoś olbrzymiego dinozaura (zwłaszcza jak patrzyłem na łuki od spodu). Lecz sceneria ta jest nie tyle jak z innej epoki, co z innej zgoła planety, więc aż się prosi, by użyć jej jako scenografii do filmu science-fiction. I tak się zresztą stało – choć akurat w tym przypadku więcej w tym filmie było fiction, niż science. Chodzi oczywiście o jeden z odcinków przygód Indiany Jonesa, a mianowicie o „Indiana Jones i ostatnia krucjata”, który rozpoczyna się sceną rozgrywającą się właśnie pod naszymi łukami.

Wbrew pozorom trudno jest fotografować łuki skalne w tym parku (wyjątkiem jest gwiazda łukowa parku znana jako Delicate Arch – tak fotogeniczna, że dobre zdjęcia robią się pod tym łukiem niemalże same). Po pierwsze: niełatwo jest objąć całe gabaryty łuków; po drugie: natrafiamy na zbyt duże kontrasty świetlne; po trzecie: ceglasty kolor skał stanowi pewną dysharmonię kolorystyczną z błękitnym (zazwyczaj tam) niebem; wreszcie po czwarte: jeśli w pobliżu nie ma ludzi, czy też obiektów, których wymiary znamy, wtedy trudno jest uchwycić prawdziwe proporcje, a tm samym wykazać na zdjęciu potęgę naturalna łuków. Na powyższym zdjęciu to się chyba udało – są ludziki, kontrast świetlny nie jest tak dramatyczny, a na nieba widać kontury łuków, dzięki czemu ujawnia się przed nami ich forma.

greydot.

Ci wspaniali mężczyźni i ich szalejace maszyny - zjazd Harley'owców na Czarnych Wzgórzach (Sturgis, Dakota Południowa)

Ci wspaniali mężczyźni i ich szalejące maszyny – zjazd Harley’owców na Czarnych Wzgórzach (Sturgis, Dakota Południowa)

 .

HARLEY’E W STURGIS

Wyjątek w serwowanej tu próbce zdjęć naszej podróży po Dzikim Zachodzie: zamiast naturalnego pejzażu – lokomocyjny behemot. Choć też jest to swego rodzaju przejaw pewnego żywiołu, reprezentowanego głównie przez samczych osobników gatunku Homo sapiens. Na zlot harley’owców, który każdego roku odbywa się w małym miasteczku Sturgis, położonym na Czarnych Wzgórzach w Dakocie Południowej, trafiliśmy przypadkiem. Trudno zresztą było zignorować to motocyklowe mrowie, które zalało Black Hills – zwłaszcza, że przyjechało tam w tym samym czasie, co my, ponad pół miliona jeźdźców dosiadających swoje dwukołowe błyszczące metaliczne cacka. Przechadzając się ulicami Sturgis, przeciskając między sporymi zazwyczaj wanciołami, ubranych w skórę motocyklistów, wśród huku i warkotu rozryczanych maszyn i zapachu pitego bez umiaru piwa… zrobiłem całą serie zdjęć temu panopticum, lecz mogę tu na razie pokazać tylko jedno; ogólny plan głównej ulicy w Sturgis obstawionej ciasno motocyklami, zaparkowanymi nie tylko na poboczu, ale i na środku Main Street – z olbrzymim, wiszącym nad tym wszystkim bannerem „WELCOME RIDERS!”, ozdobionym po obu stronach Harley-Davidsonowym logo – jakby ktoś miał wątpliwości co do tego, kto (a właściwie co) tu rządzi.

Aby zrobić to zdjęcie musiałem wdrapać się (odpłatnie, of course) na rodzaj podniesienia, które wzniesiono – nota bene specjalnie do tego celu – na środku ulicy. I rzeczywiście, dopiero stamtąd można było uchwycić w odpowiedniej perspektywie to niebywałe skupisko maszyn, które w równym stopniu służyły do jazdy, co i szpanerstwa lubiących się bawić zarośniętych oraz wyrośniętych (także i wszerz) chłopców.

greydot.

Skalna panorama - Zion o zachodzie słonca

Skalna panorama – Zion o zachodzie słońca

.

PANORAMICZNY ZION

To zdjęcie, aby docenić jego walory, koniecznie musi być oglądane w wersji pełnej panoramicznej (kliknij). Kiedy opuszczaliśmy Park Narodowy Zion, dzień chylił się ku końcowi, cienie się wydłużały, światło słoneczne robiło się coraz bardziej „miękkie” – co jest zresztą dobrze widoczne na zdjęciu w jego ciepłej tonacji barw, w jakiej skąpane jest skalne urwisko wraz z porastającymi je drzewami i lekko siniejącymi i różowiejącymi chmurkami na niebie. Jak na moje oko, równie ważny, jak kolorystyka, jest na tym zdjęciu profil tego urwiska, który wzbogacają wydatnie rosnące na nim sosenki – to nic, że karłowate. W tę sekwencje drzewek wpisują się także chmury – nadając tej naturalnej kompozycji pewną, miłą oku, płynność. Przyjemny obrazek i rodzący we mnie tęsknotę za ponowna wizytą w Zion – tam, gdzie skamieniała pustynia raduje nasz wzrok swoją bajeczną malowniczością.

greydot.

Powyższy wybór zdjęć stanowi ilustrację do dziennika z „Wyprawy na Zachód”, który przeczytać można TUTAJ. Więcej zdjęć, zrobionych podczas tej podróży, obejrzeć można na stronie „Świat w obrazach” (TUTAJ).

 

© ZDJĘCIA WŁASNE

WYPRAWA NA ZACHÓD (Wielkie Równiny – Góry Skaliste – Łuki Skalne – Dolina Monumentów – Wielki Kanion – Las Vegas – Dolina Śmierci – Zion – Bryce Canyon – Grand Teton – Yellowstone – Czarne Wzgórza)

Poniższy tekst opisuje podróż jaka odbyła się latem 2009 roku. Opisy poszczególnych dni naszej podróży powstawały „na gorąco” i były publikowane sukcesywnie – i oczywiście „na żywo” – niemal każdego dnia naszej eskapady – stąd być może pewne niedociągnięcia stylistyczne, może nawet rzeczowe. Niewykluczone, że ów (swego rodzaju) dziennik podróży może się przydać tym, którzy sami planują podobną przygodę i pragną na własne oczy przekonać się o pięknie i niezwykłości amerykańskiej ziemi.

.

Stany Zjednoczone Wyprawa na Zachód - trasa

*

Zapraszam wszystkich na włóczęgę po Ameryce.
Kilka dni temu przyleciała do Chicago (miasta, w którym aktualnie mieszkam) moja siostra wraz z całą swoją rodziną (mąż i dwie córki). Po częściowej aklimatyzacji porywam ich wszystkich na amerykański Zachód. Nasza podróż będzie trwała ponad dwa tygodnie. Wyruszamy już jutro, tj w sobotę 25 lipca, wcześnie rano. Jeszcze tego samego dnia musimy przejechać Wielkie Równiny – pierwszy nocleg planujemy w Kolorado, u podnóża Gór Skalistych.
Trasa naszej wycieczki będzie przebiegać przez następujące stany: Illinois, Iowa, Nebraska, Kolorado, Utah, Arizona, Nevada, Kalifornia, Idaho, Wyoming, Montana, Dakota Południowa, Minnesota, Wisconsin… Po drodze zobaczymy m. in. Wielki Kanion Rzeki Kolorado, parki narodowe Utah (Zion, Bryce, Arches), Dolinę Monumentów, Sedonę, Las Vegas, Dolinę Śmierci, Wielkie Słone Pustynie, Grand Teton, Yellowstone, Diabelską Wieżę, Czarne Wzgórza, rzeki Missisipi i Missouri…

Nie muszę chyba pisać o ekscytacji i gorączce podróży jaka właśnie nas ogarnia. Jeśli wszystko będzie przebiegać pomyślnie, to postaram się o zamieszczanie tutaj krótkich wpisów, tak by można było śledzić nasze losy i poczynania (skierowane to będzie nie tylko do naszych rodzin, znajomych i przyjaciół, ale i do wszystkich tych, którzy odwiedzają tego bloga i których to zainteresuje).
Oczywiście będzie to uwarunkowane dostępem do internetu, jak również ogólną kondycją, samopoczuciem i – naturalnie – czasem.

Cóż… wypada tylko życzyć sobie szerokiej drogi :)
I do usłyszenia!

Droga przez Wielkie Równiny (gdzieś na autostradzie I-80 w stanie Nebraska)

Droga przez Wielkie Równiny (gdzieś na autostradzie I-80 w stanie Nebraska)

*

DZIEŃ 1: WIELKIE RÓWNINY

„Go West Young Man” – pisał Horacy Greeley w połowie XIX wieku, zachęcając do podboju amerykańskiego Zachodu, wówczas jeszcze niemal dziewiczego i pół-dzikiego, będącego ziemią wolnych Indian i nieprzebranych stad bizonów pasących się na preriach.
Były to czasy, kiedy tysiące białych osadników – pionierów – ruszyło po wyboistych bezdrożach wgłąb kontynentu w poszukiwaniu lepszego życia, które zawsze wydawało się być wszędzie tam, gdzie ich jeszcze nie było.
Wędrówka, będąca wszystkim tylko nie romantyczną wyprawą, jaką kreowały amerykańskie mity podboju, trwała kilka miesięcy – w trudzie, znoju i mordędze – dziesiątkując po drodze osadników.

Dzisiaj tę odległość pokonaliśmy w kilkanaście godzin, przemierzając Wielkie Równiny dawnym, biegnącym wzdłuż rzeki North Platte, szlakiem Mormonów, który dzisiaj zwie się po prostu autostradą międzystanową I-80.
Z Wietrznego Miasta wyruszyliśmy skoro świt. Jazda przez stan Illinois trwała niespełna trzy godziny. Po przekroczeniu Missisipi znaleźliśmy się w Iowa, a po minięciu Missouri – w Nebrasce, gdzie czekało nas kolejne 400 mil do przebycia. Pod koniec dnia wjechaliśmy do Kolorado, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg in the Middle of Nowhere, czyli w zabitej sidingiem dziurze, w której – jak tu mówią – kojoty d. wyją.

Większość tej notki piszę jeszcze w czasie jazdy przez Nebraskę. Mijamy jakieś miejscowości o indiańskich, francuskich lub niemieckich nazwach, otoczeni płaskimi jak patelnia terenami, oblani morzem kukurydzianych pól. Rzadko rozsiane farmy, przypominające coś w rodzaju rakietowych wyrzutni silosy, latające „kukuryźniki” opryskujące bezkresne uprawy… no i naturalnie towarzyszące nam na autostradzie tysiące amerykańskich ciężarówek przypominających gigantyczne, lśniące, metaliczne zabawki dla dużych chłopców.

Życie nasze oddałem właśnie w ręce szwagrowi, który zresztą po raz pierwszy w życiu prowadzi samochód z automatyczną skrzynią biegów. Maszynę mamy niezłą – wielki, solidny, ale prowadzący się lekko SUV Chevrolet Tahoe. Nasze dziewczyny rozłożone na tylnych siedzeniach coś tam właśnie czytają, z głośnika płynie dość smętne country (no cóż, na wycieczkach staram się być wyrozumiały, tolerancyjny i spolegliwy).

Wielkie Równiny nie należą raczej do tych ekscytujących amerykańskich pejzaży. Wręcz przeciwnie – poraża ich monotonia, nudna powtarzalność, bezbrzeżna rozległość, „nic-nie-dzianie-się”, wielkie a mdłe (zwłaszcza dzisiaj) niebo.
Jednakże, kiedy 17 lat temu jechałem przez nie po raz pierwszy, nie sprawiały na mnie takiego wrażenia. Lecz to były czasy mojej konkwisty i odkrywania kraju, który zwabił mnie wówczas obietnicą wolności i przygody – właśnie tym bezkresem ciągnącej się po horyzont, niekończącej się drogi, ogromem przestrzeni, którą można się było zachłysnąć wydostawszy się ze zgrzebnej i szarej klatki PRL-u.

Dawno już tędy nie jechałem. Ostatni raz – około 9 lat temu. Później tę odległość pokonywałem zwykle samolotem – latając z Chicago do Denver, Phoenix, Los Angeles, Salt Lake City, Las Vegas, Reno, San Francisco, Portland lub Seattle. Niewiele się zmieniło przez ten czas. Może tylko mniej jest krów, rozwalających się stodół; więcej za to olbrzymich białych wiatraków, czy kilkusetmetrowych konstrukcji do podlewania pól. Tyle samo zaś upraw, pastwisk, topoli, kukurydzy, soi oraz… robót drogowych, które zwalniają nieco nasz pęd (wynoszący zwykle 130 km./godz.) Cała eskapada dopiero się rozpoczyna. Jutro czekają nas scenerie zgoła odmienne. I ta niewiarygodna, dramatyczna wręcz zmienność będzie nam już towarzyszyła właściwie do końca naszej dwutygodniowej podróży.

Licznik: 882 mile

Droga prowadząca przez przełęcz Trail Ridge na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych w stanie Kolorado. Jedna z najwyżej położonych dróg na kontynencie (3723 m. n.p.m.)

Droga prowadząca przez przełęcz Trail Ridge na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych w stanie Kolorado. Jedna z najwyżej położonych dróg na kontynencie (3723 m. n.p.m.)

.

DZIEŃ 2: GÓRY SKALISTE

Zmrok zapadł nagle – jak to w górach. Jesteśmy już po zachodniej stronie potężnego pasma Gór Skalistych, w których spędziliśmy większość dnia. Na nocleg do Grand Junction (miasteczko położone jeszcze w stanie Kolorado, tuż przed granicą z Utah), jest jeszcze około godziny jazdy.
Mam teraz chwilę oddechu, więc spróbuję jeszcze coś wykrzesać z mojego lekko umęczonego już mózgu i napisać tych parę słów o naszych dzisiejszych poczynaniach i wrażeniach (chociaż nie będzie to łatwe).

Rocky Mountains National Park to pierwszy park narodowy na naszej trasie (będzie ich jeszcze bodajże siedem.) Kilkadziesiąt tysięcy hektarów wydzielonych z górskiej wilderness, czyli „dziczy” – wraz z fauną i florą, która ostała się w stosunkowo nienaruszonym stanie od XIX wieku, kiedy to biały człowiek dokonał największych spustoszeń na tzw. Dzikim Zachodzie, wybijając wówczas niemal wszystkie drapieżniki, eksterminując wiele innych gatunków, wycinając lasy oraz eksploatując wszelkie możliwe złoża cennych kruszców i minerałów. Opamiętanie (a i to nie u wszystkich), przychodziło później, choćby wraz z rozwojem systemu parków narodowych, który stał się właściwie wzorem dla całego świata, jeśli chodzi o kontrolowaną rządowo ochronę środowiska naturalnego. Wprawdzie na cofnięcie się ekspansji ludzkiej cywilizacji w Naturę nie ma co liczyć, to jednak te (uspakajające nieco nasze sumienie) enklawy przyrody zakonserwowanej w rezerwatach, parkach czy sanktuariach są czymś ze wszech miar godnym poparcia.
Lecz o tym można by pisać długo, a na to raczej nie mogę sobie tutaj pozwolić.

Wspomnę jedynie, że dziś największym dla nas przeżyciem było pokonanie leżącej na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych przełęczy Trail Ridge, która wyniosła nas na niebotyczną (niemalże) wysokość 3723 m. n.p.m. (nota bene rekord naziemnej wysokości dla towarzyszącej mi rodziny). Lecz zanim to się stało, nad ranem musieliśmy przebyć jeszcze zachodnie kresy Wielkich Równin, następnie pełne wąwozów przedgórze, za którym majaczyły już w oddali pokryte wieczną zmarzliną granie i ośnieżone szczyty Gór (jak najbardziej) Skalistych.

Kiedy wjeżdżaliśmy na teren parku narodowego pogoda była jeszcze całkiem znośna, choć pobliskie doliny zaczęły się zapełniać sinymi kłębami mgieł i chmur, które – w miarę jak pokonywaliśmy coraz wyższe górskie strefy – coraz bardziej dobierały się nam do skóry. Na szczęście pogoda nie załamała się jeszcze na tyle, by uniemożliwić nam pokonanie dość krótkich wprawdzie ale położonych za to na dużej wysokości, pieszych szlaków. Była więc okazja by przyjrzeć się roślinności, którą tutaj nazywają alpejską tundrą. Z bliska widzieliśmy świstaki, z daleka zaś – olbrzymie stado łań i jeleni wapiti. Nie zabrakło także łosi, chociaż owce gruborogie (będące zwierzęcym symbolem Gór Skalistych) już gdzieś się pochowały (o czarnych niedźwiedziach – baribalach nie wspominając).

Mały dramat zaczął się kiedy zaczęliśmy zjeżdżać z przełęczy – już po zachodniej stronie Wododziału Kontynentalnego. Wokół nas rozpętała się gwałtowna burza, ogarnęły nas ciemności, a z góry lunęła na nasze głowy (a właściwie na dach samochodu) cała masa wody, dzięki czemu jazda zaczęła przypominać jakiś ekstremalny sport. Z wielkim trudem dotarliśmy do autostrady I-70. Wtedy deszcz przestał padać, świat się rozjaśnił i już w niejakim komforcie mogliśmy kontynuować naszą podróż na zachód.

Tak więc siedzę oto teraz w pędzącym przez noc wehikule, sącząca się z głośników Sarah Brightman uśpiła wszystkich… z wyjątkiem oczywiście kierowcy. Mijamy właśnie Grand Junction. Do Fruity (czyli założonej jeszcze przez Mormonów „Owocarni”) gdzie mamy nocleg, zostało nam niecałe 14 mil. Czyli pestka!

Jutro znów czeka nas wielka odmiana: porośnięte lasem ciemno-zielone, rudo-szare zbocza Gór Skalistych pozostaną wspomnieniem, a ogarną nas płomienne żółto-pomarańczowo-czerwone scenerie Płaskowyżu Kolorado, ze swoją niepowtarzalną geologią, niewiarygodnymi formacjami skalnymi, zadziwiającymi tworami przyrody.
(A jeśli ktoś w tej chwili myśli, że ulegam przesadnej egzaltacji, to się myli, o czym zaświadczyć mogą tylko ci, którzy mieli to szczęście, by zetknąć się wcześniej chociażby z Wielkim Kanionem, Doliną Monumentów, czy niezwykłymi parkami narodowymi w Utah. To wszystko przed nami.)

Licznik: 1362 mile

Łuk Delkatny w Parku Narodowym Łuków Skalnych (Utah)

Łuk Delkatny w Parku Narodowym Łuków Skalnych (Utah)

.

DZIEŃ 3: ŁUKI SKALNE w UTAH

Pierwszy prawdziwy szok krajobrazowy czekał moich towarzyszy podróży dzisiaj, kiedy wjechaliśmy na Ziemię Kanionów w Utah.
I tutaj chciałbym napisać o moim „odkryciu”, którego dokonałem jeszcze przed laty, kiedy przemierzałem te rejony bawiąc się w pilota prowadzącego wycieczki po amerykańskim Zachodzie. Co ciekawe, nie znalazłem wtedy żadnej o tym miejscu wzmianki w przewodnikach, którymi się wówczas posiłkowałem. A wystarczyło zjechać z autostrady I-70 na lokalną drogę 128 (Exit 214) prowadzącą do Moab wzdłuż kanionu wyżłobionego przez rzekę Kolorado. Wprawdzie nie jest to jeszcze Kanion Wielki (tubylcy nazywają go bodajże Hal Canyon), ale moim zdaniem tworzy on jedną z najbardziej spektakularnych scenerii na kontynencie.
Niestety, żadne zdjęcie, żadne filmy, żadne słowa nie są w stanie oddać wrażenia, jakiego doznać można w bezpośrednim zetknięciu się z tym miejscem: wijąca się wśród stromych, wysokich na kilkaset metrów pomarańczowo-czerwonych klifów kolorowa rzeka, której brzegi porastają żółto-zielone krzewy i zarośla, zaś tło stanowią sterczące w oddali potężne skalne ostańce, przypominające jakieś zamki, wieże, kolumny, amfiteatry, mury obronne, twierdze…

Jednak chciałbym przy tej okazji wspomnieć jeszcze o innym miejscu, które zobaczyliśmy zaraz po zjechaniu z autostrady. Jest to „miasteczko”, które w moim rankingu najdziwniejszych (i najbiedniejszych) amerykańskich miast zajmuje jedno z czołowych miejsc. Nazywa się dziwowisko Cisco. Trudno je nawet nazwać miastem-widmem, bowiem nagromadzenie w nim przeróżnych złomów, ruin, ruder, wraków i baraków, walących się ścian, padniętych maszyn i urządzeń przywołuje do nas jak najbardziej materialne skojarzenia. Wygląda też na to, że mimo wszystko jest ono jednak zamieszkałe, o czym świadczą widoczne tu i ówdzie… anteny satelitarne i zaparkowane przy drodze samochody, (które chyba jednak są jeszcze na chodzie.)
Dla mojej rodziny to był doprawdy szok – tym razem socjologiczny. (Krajobrazowy miał nastąpić za kilka chwil, bowiem Cisco leży na owej samotnej drodze prowadzącej przez czerwoną pustynię do Kanionu Hala, o którym przed chwilą wspomniałem.)

Tak, tak… te amerykańskie kontrasty to temat godny osobnego (i szczególnego) potraktowania, co jednakże mogłoby rozdąć te notatki do lekko przerażających rozmiarów, a ja tu straszyć nikogo (i stresować) nie zamierzam, choć, jak widzę, to co miało być w tych notatkach tylko dygresją, rozrosło mi się do rozmiarów dłuższego wpisu.

A przecież główny temat dzisiejszego dnia stanowić miały niesamowite łuki skalne, które czekały na nas w Arches National Park. Łuki, o których całe moje towarzystwo już wiedziało wcześniej choćby ze zdjęć, z przewodników, z albumów, a nawet… z tablic rejestracyjnych Utah, na których widoczny jest tzw. Delicate Arch, będący zresztą (niejako) symbolem całego stanu.
W parku Łuków Skalnych spędziliśmy niemal cały dzień, bowiem jazdę zamieniliśmy na piesze wędrówki po licznych szlakach prowadzących do najciekawszych łuków i formacji skalnych. Już same nazwy mówią za siebie: Park Avenue, Windows, Double Arch, Landscape Arch, Pot Hole, Devils Garden, Fiery Furnace, Courthouse Towers, Balanced Rock, Garden of Eden…
Jak przystało na pustynię – było sucho i gorąco, żar lał się na nas z nieba, wypijaliśmy całe hektolitry wody, wsmarowywaliśmy w siebie całe kilogramy kremów przeciwsłonecznych, jednak dość dzielnie dawaliśmy sobie radę z liczącymi po kilka kilometrów szlakami. Najdłuższą i najbardziej chyba jednak wyczerpującą wędrówkę zostawiliśmy sobie na późne popołudnie, kiedy światło słoneczne zmiękło i nie było już tak mocne, dzięki czemu można było w miarę bezboleśnie przejść przez rozległą i otwartą skalną płaszczyznę, która w pełnym południowym słońcu zamienia się w jedną wielką rozgrzaną patelnię.
Był to właśnie szlak prowadzący do Delicate Arch.

Swoją drogą dziwnym mogłoby się wydawać to, by utworzony ze skały łuk – wielki, twardy i ciężki – nazywać „Delikatnym”. Kiedy jednak – pokonawszy dość forsowne podejście i zawieszoną nad przepaścią, prowadzącą po skalnej półce ścieżkę – odsłania się przed nami widok tego najsłynniejszego bez wątpienia skalnego łuku świata, bez mała oniemiejemy zadziwieni jego… wyrafinowanym kształtem i niemalże misterną budową.

Pod łukiem spędziliśmy ponad godzinę, spoczywając wraz z dziesiątkami innych ludzi na skale tworzącej coś w rodzaju skalnego amfiteatru – z Delikatnym Łukiem w miejscu sceny. I mimo że – jak ktoś zauważył – ten łuk tam tylko „siedział” i nic nie robił, to spektakl był zaiste pasjonujący, tym bardziej że światło zachodzącego słońca z minuty na minutę zmieniało kąt padanie i swoje natężenie, pociągając za sobą zmianę barwy samego łuku, jak również otaczającej go scenerii – wraz z majaczącymi daleko na horyzoncie górami La Salle.
Patrząc na ów skalny łuk zastanawiałem się także i nad tym, skąd biorą się te nasze doznania estetyczne w zetknięciu z tworami natury. (Myślałem o tym nie pierwszy raz, zresztą.) Czy to dlatego, iż my, tworząc naszą estetykę, naśladowaliśmy Naturę, w związku z czym może się w niej odbić – niczym w zwierciadle – nasz zachwyt? Czy też Natura sama dokonała niejako „zapisu” w nas pewnego kanonu – poczucia piękna, dzięki czemu możemy w niej owo piękno dostrzegać?
Ale, ale… to przecież temat do niewczesnych rozważań. Może kiedyś…

Wróćmy jednak do naszego itinerary.
Jutro wjeżdżamy na teren rezerwatu Indian Navaho. A to już Arizona. I kolejne nieziemskie widowisko: Dolina Monumentów!

Licznik: 1511 mil

Dolina Monumentów leży na terenie rezerwatu Indian Navaho w Arizonie

Dolina Monumentów – rezerwat Indian Navaho w Arizonie

.

DZIEŃ 4: DOLINA MONUMENTÓW

Grand Mesa, Valley of the Gods, Goose Necks (czyli przełomy rzeki San Juan), burza piaskowa, skalny Meksykański Kapelusz, deszcz i błoto w Dolinie Monumentów, powitanie Arizony, rezerwat Nawahów, pierwsze prawdziwe zetknięcie się z Indianami, zachód słońca nad Navajo Land….
To skrócona wersja historii naszego dzisiejszego dnia.
Niemal cały czas towarzyszyły nam scenerie jakby z innej planety, często też można było odnieść wrażenie, iż bierzemy udział w jakimś filmie, zwłaszcza podczas wycieczki z indiańskim przewodnikiem po Dolinie Monumentów.

Pierwsze mocniejsze emocje zaczęły się dla nas, kiedy przyszło nam zjeżdżać z płaskowyżu zwanego Grand Mesa do Doliny Bogów. Jakimś cudem udało się komuś wykuć drogę na pionowej, liczącej kilkaset metrów wysokości ścianie. Dozwolona prędkość na owej żwirowej drodze to 5 mil na godz. A to mówi samo za siebie. Kobiety zakrywały oczy nad przepaścią, muzyka Pink Floydów przenosiła nas w kosmiczne wymiary, ale w końcu znaleźliśmy się u stóp wielkiej ściany i wjechaliśmy na dno doliny, której niezmierzoną przestrzeń widzieliśmy wcześniej z krawędzi Mesy.

Valley of the Gods (Dolina Bogów) to takie preludium do Monument Valley. Jednak monumenty tu nieco mniej monumentalne, Indian raczej się nie uświadczy, spotkane samochody można policzyć na palcach jednej ręki… ale za to mogliśmy się już przyzwyczajać do czerwonego morza piasków, otaczającego nas – jak okiem sięgnąć – ze wszystkich stron.
Jednak czerwień to nie jedyny kolor, jakim zabarwione są tutejsze skały. Są nimi wszelkie odcienie błękitu, zieleni, fioletu, brązu… A wszystko ułożone we wzory godne prawdziwego malarza abstrakcjonisty.
I te niezwykłe rzeźby wokół!
Oto np. Meksykański Kapelusz (Mexican Hat) – niczym odwrócone do góry rondem wielkie kamienne sombrero spoczywające na szczycie stożkowatej skały. Oto wijące się niczym meander koryto rzeki San Juan, które przypomniało komuś wygięte gęsie szyje (Goose Necks), oto skała do złudzenia przypominająca profil Indianina, wysoką twierdzę, gigantycznego słonia…
Gdzieś po drodze złapała nas piaskowa burza (znowu debiut dla mojej siostry i jej rodziny). Cały kolorowy świat zrobił się nagle ciemny i szaro-niebieski. Byliśmy na szlaku, więc posypały się na nas potężne zwały piachu, wciskając się dosłownie wszędzie. Nasze włosy przybrały rudą barwę, w zębach zaczął zgrzytać piach, a oczy zrobiły się czerwone. Zaraz potem jednak zaczął padać deszcz – i to było nasze pierwsze mycie (z wielu) , mające na celu pozbycie się piachu.

Ta pogoda zmartwiła mnie jednak tylko z jednego powodu: pod znakiem zapytania stawała nasza wizyta w Monument Valley. A to przecież jedno z najwspanialszych miejsc na naszej trasie: leżąca na terenie rezerwatu Indian Navaho Dolina Monumentów jest bowiem bez wątpienia jednym z najbardziej spektakularnych i niezwykłych miejsc – nie tylko kontynentu Ameryki Północnej, ale i całego globu.
Jeśli chodzi o mnie, to od dziecka marzyłem o zobaczeniu na własne oczy tego zakątka Dzikiego Zachodu, który znałem jedynie z westernów (był to przede wszystkim „Dyliżans” Johna Forda, ale nie tylko…).

Na szczęście aura nieco się wyklarowała więc można było myśleć o zapuszczeniu się wgłąb Doliny. Byłem tu już wielokrotnie, ostatnim razem wjechałem do Monument Valley samodzielnie, lecz teraz zdecydowałem się, by towarzyszył nam indiański przewodnik. Bowiem tyko z uprawnionym do tego celu tubylcem można odwiedzić dalsze, a przecież niezmiernie ciekawe, zakątki Doliny. Tak też się stało.
I tutaj wielce żałuję, że brakuje mi miejsca i czasu, by dokładniej opowiedzieć o tym, co widzieliśmy (i przeżyliśmy) z naszym Howardem vel Husky’m (tak właśnie zwał się nasz Indianin) na zalanych wodą (sic!) i pogrążonych w błocie bezdrożach Monument Valley, i jak mocnych wrażeń ta eskapada nam dostarczyła. Podobnie jak nie jestem w stanie choćby poruszyć tematu dotyczącego Indian Ameryki Północnej, który mnie w czasach moich szczenięcych mocno zajmował, wręcz pasjonował.
Wspomnę jedynie o przepięknym (jak zwykle tutaj) zachodzie słońca, (który nigdy mnie jeszcze w Dolinie Monumentów nie zawiódł, bez względu na to jak paskudna byłaby pogoda w ciągu dnia.) To właśnie wtedy Dolina Monumentów staje się jednym z najbardziej malowniczych, wręcz mistycznych miejsc, jakie zobaczyć można na naszej planecie.

No cóż. Muszę kończyć, zbliżamy się bowiem do Tuba City – miejscowości, gdzie znajduje się nasz kolejny nocleg.
A jutro?
Najbardziej widowiskowa dziura w ziemi – Wielki Kanion!

Licznik: 1817 mil

Wielki Kanion Rzeki Kolorado w Arizonie

Wielki Kanion Rzeki Kolorado w Arizonie

.

DZIEŃ 5: WIELKI KANION

Sława Wielkiego Kanionu jest globalna. Kto o nim nie słyszał? Któż nie chciałby – przynajmniej raz w życiu – zobaczyć na własne oczy ten „cud natury”? Podejrzewam, że pragnieniu temu nie oparliby się nawet ci, którzy są zupełnie niewrażliwi na piękno przyrody – choćby ze zwykłej ciekawości.
Nie jest to teraz takie trudne. Wystarczy tylko przybyć do Arizony, wsiąść do samochodu, autokaru a może nawet do pociągu i w ciągu paru godzin stanąć na krawędzi największego (choć nie najgłębszego) i jednego z najbardziej malowniczych kanionów świata. Dawniej nie było to takie trywialne. Aby się tu dostać, potrzeba było kilku dni jazdy konnej ścieżkami znanymi tylko żyjącym w tych stronach Indianom i traperom.

Kiedy uczestnicy jednej z pierwszych wypraw eksplorujących zachodnie rubieże Ameryki zobaczyli ogrom oraz przestrzenne rozpasanie Kanionu, stwierdzili, że jest on czymś tak odstraszającym, że są pewnie ostatnimi białymi, którzy chcieliby się tu zapuścić. Obecnie Wielki Kanion zwabia każdego roku ponad 4 miliony turystów.
Tak oto zmienia się nasza ludzka perspektywa.
Drzewiej ważne było tylko praktyczne podejście do przyrody, którą trzeba było okiełznać, gdyż było to konieczne do przeżycia. Dziś liczy się zaspokojenie własnej ciekawości, dotarcie do miejsc znanych, zobaczenie ich – co jest w pewnym sensie celem samym w sobie.
Możemy być natomiast pewni tego, że kiedy blisko pół tysiąca lat temu dotarli tu pierwsi Europejczycy (a konkretnie hiszpańscy konkwistadorzy pod wodzą Francisco de Coronado), postrzegli oni Kanion jedynie jako przeszkodę na drodze do legendarnych złotych miast Ciboli, które chcieli złupić.

Dziś Wielki Kanion jest dobrem wręcz bezcennym i bynajmniej nie mam tu na myśli tylko arizońskiej turystycznej komercji. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że bezcennym tak, jak bezcenne są dzieła sztuki stworzone przez człowieka, bowiem, podobnie jak w nich, zamknięte jest w nim to, co uznajemy za piękno.

Swoje trzy grosze wtrąciłby też geolog, dla którego Wielki Kanion jest pasjonującą księgą z zapisaną w niej historią naszej planety. A sięga ona tutaj niewyobrażalnej dla ludzkiej percepcji czasu wielkości 2 miliardów lat (taki jest wiek najstarszych skał, jakie odsłoniły się na samym dnie Kanionu). Zresztą, nie możemy sobie nawet wyobrazić czasu, w jakim rzeka Kolorado zdołała wyrzeźbić swoje dzieło, choć w skali geologicznej jest to ledwie chwila: cóż bowiem znaczy te marne 5 milionów lat wobec owych miliardów lat istnienia Ziemi?

Kanion w ogóle jest tworem, który trudno jest człowiekowi ogarnąć, przyswoić, „zrozumieć”… Przede wszystkim – jeśli chodzi o ocenę jego kolosalnej wielkości – zawodzą nas nasze zmysły. Po prostu nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich parametrów, brak nam jakiegoś punktu odniesienia, by pojąć te proporcje. Chociaż wrażenie robią już suche liczby: długość kanionu – 450 km., szerokość dochodząca do 16 km., głębokość – 1600 m. Wyobraźmy sobie taki twór np. w Polsce. Ileż to by zajęło województw?

Jak ludzie reagują na widok Kanion?
Otóż różnie.
Podczas wielokrotnych wizyt tutaj zaobserwowałem różnorodne reakcje: od pojawiających się w oczach łez, do zupełnej obojętności (ktoś wolał sobie pójść na lody, niż podejść nad krawędź i rzucić okiem na Kanion.) Dwa ekstrema, każde jednak zawierające w sobie pewną dozę ekscesu. Między nimi rozciąga się spektrum ludzkiej wrażliwości na Kanion.

Niejednokrotnie zastanawiałem się od czego to zależy? Od jakiejś organicznej konstytucji człowieka, od czułości jego zmysłów, od stanu ducha, samopoczucia, od nastawienia, sugestii… ? Jaki to ma związek z inteligencją, a jaki z wiedzą? Bardziej to cecha wrodzona czy nabyta? Czy jest to prosta funkcja ciekawości świata, na stawienia doń, albo też – z drugiej strony – obojętności na estetyczne walory, jakie niewątpliwie posiadać mogą twory przyrody?

Przypomina mi się tutaj pewna anegdota. Pewnego razu gościem stanu Arizona był słynny marszałek francuski Ferdynand Foch. Kiedy zaprowadzono znamienitego gościa nad krawędź i pokazano mu Kanion, wszyscy byli niezmiernie ciekawi jego reakcji. Zapadło milczenie i każdy z towarzyszącej marszałkowi świty nadstawił ucha, oczekując jakichś wiekopomnych słów. Wtedy Foch odwrócił się i powiedział: „Let’s have a cup of tea”.

Nie jestem marszałkiem Fochem. Za każdym razem, kiedy docieram nad kanion, robi on na mnie niezmiennie wielkie wrażenie.
Także i dzisiaj cieszyłem się z tego kolejnego z nim spotkania. Mam nadzieję, że i zadziwienie moich towarzyszy podróży było autentyczne. W końcu spotykali się z Kanionem pierwszy raz w życiu.

Na południowej krawędzi Wielkiego Kanionu spędziliśmy niemal cały dzień, oglądając go z najciekawszych punktów widokowych: Grand View, Moran, Yavapai, Lipan. Późnym popołudniem zaś wybraliśmy się na Hopi Point, podobnie zresztą jak większość ludzi, gdyż taras ten słynie z najpiękniejszych zachodów słońca nas Kanionem. To właśnie o tej porze kolory wąwozu są najbardziej intensywne, pojawia się głębia i gra cieni… co chciałem (dość chyba jednak nieskutecznie) uchwycić aparatem fotograficznym – czego nieporadną próbkę załączam do mojego dzisiejszego wpisu (lecz to tylko namiastka).

Licznik: 2019

Las Vegas by night

Las Vegas by night

*

DZIEŃ 6: LAS VEGAS

Miasteczko Flagstaff, w którym spędziliśmy noc po odwiedzinach Wielkiego Kanionu, dzieli od Las Vegas kilkusetmilowa droga przez półpustynie Arizony. Zanim jednak tam dotarliśmy, zdecydowałem się zboczyć nieco z utartego szlaku i zajrzeć do położonej wśród sosnowych lasów Sedony, aby nieco otrząsnąć się z piasku pustyń, które pokonaliśmy do tej pory. Po drodze zatrzymaliśmy się na kilka godzin w parku stanowym Slide Rock, gdzie można się było wykąpać w orzeźwiającym strumieniu Oak Creek, którego koryto tworzy wygładzona skała, dzięki czemu w Oak Creek da się nie tylko pływać, ale i ślizgać (stąd nazwa parku), co sprawiło niezłą frajdę naszym dziewczynom.

Jednakże już w pobliskiej Sedonie zakurzyliśmy się ponownie, bowiem wypuściliśmy się naszym SUV-em w jeden z tych dzikich a kamienistych traktów, które prowadzą wśród otaczających miasto stromych, poszarpanych i wysokich czerwonych skał.

Lecz Sedona słynie w Ameryce nie tylko ze swojego malowniczego położenia i z tych wertepów. To właśnie tutaj ostatnimi laty ściągnęli zewsząd wyznawcy New Age, czekając na swój Rok Wodnika i ładując się emanującą ponoć ze skał energią. Miasteczko pełne jest więc artystów, ludzi uduchowionych, a także zwykłych dziwaków. Do tego grona dołączyliśmy także i my. Lecz tylko na chwilę. Zaraz bowiem musieliśmy uderzyć w dalszą drogę na północny zachód – w kierunku Nevady.

* * *
Do Las Vegas najlepiej jest wjeżdżać nocą, kiedy to położone w niecce miasto przypomina migotliwe morze świateł. Iluminacyjne wrażenie potęguje się, kiedy zbliżamy się do tzw. „stripu”, czyli położonego wzdłuż Bulwaru Las Vegas pasma rozświetlonych neonami największych kasyn ogarniętych zupełnie szaloną feerią barw. I bez względu na to, jak byśmy sobie to miejsce nie wyobrażali i co byśmy o nim nie sądzili, to widok ten przyprawia niemal każdego zjawiającego się tu po raz pierwszy człowieka o większy lub mniejszy (nie tylko estetyczny) szok.

Mam swoje dość jednoznaczne i wykrystalizowane zdanie o Las Vegas. Nie jest to mój świat, ani moja estetyka, ani też rodzaj rozrywki, który preferuję, a mimo wszystko uważam, że to jedno z największych dziwowisk świata absolutnie warto – przynajmniej raz w życiu – zobaczyć. Nasze zadziwienie będzie totalne. Nic bowiem nie jest w stanie przygotować nas na zderzenie się z tym fenomenem (a to, że jest to swego rodzaju fenomen nie ulega wątpliwości) – żaden film (a były ich o Las Vegas dziesiątki), żaden opis czy relacja.

Oczywiście, że jest to monstrualny kicz, z którym nic nie może się równać; naturalnie, że jest to apogeum konsumpcyjno-eskapistycznej cywilizacji, która na aksjologicznej – i dosłownej (w sensie geograficznym) – pustyni wybudowała swój Babilon.

Jednakże ta apoteoza kiczu nie jest tandetą ani też totalnie skrojonym na prostackie gusta lunaparkiem. Zbyt dużo w niej wyrachowanego zamysłu, przemyślności, rzec można nawet – wyrafinowanej koncepcji. Niejaki podziw może również wzbudzić doskonałość konstrukcji tej ludyczno-hazardowej machiny – jej skuteczność wydajność, niezawodność i skuteczność.

Ale czego się nie robi dla pieniędzy.

W Las Vegas panuje zaskakujący porządek. Cóż, „Ordnung muss sein!” – jak mawiali starzy mafiozi, którzy pierwsi zainwestowali w kasyna, rozkręcając ów biznes na niespotykaną nigdzie indziej skalę.

Uderzają lasvegaskie paradoksy, zadziwia historyczna ironia.
Las vegas to po hiszpańsku łąki (po których zresztą nie ma tu ani śladu, chyba że same kasyna uznamy za ośle łączki pasących się i karmiących złudzeniami hazardzistów), a miasto zostało założone przez purytańskich i pobożnych Mormonów. (Teraz jest to jedyne miejsce w Ameryce, gdzie dozwolona jest prostytucja, choć oficjalnie burdeli w samym Las Vegas nie ma. Amatorzy płatnej „miłości” jadą więc na pustynne peryferia do dziur w rodzaju położonego nieopodal Doliny Śmierci Pahrump lub zamawiają sobie do pokoju hotelowego call girl… ale o tym to ja tylko wiem ze słyszenia).

Las Vegas bawi, tumani, przestrasza – oszałamia, zachwyca, budzi niechęć lub przyciąga… you name it! Jest czymś obliczonym na masowe wzięcie, odwołuje się do najprostszych (ktoś bardziej złośliwy mógłby rzec – najprymitywniejszych) ludzkich potrzeb i skłonności, takich jak np. seks, rozrywka, konsumpcja, rozładowanie, zapomnienie, ucieczka… Daje przy tym średniemu człowiekowi złudzenie uczestnictwa w bajce i luksusie. Stąd te wszystkie Bellagia, Paryże, Wenecje, Miraże, Pałace Cezarów, Excalibury, Wyspy Skarbów, Luxory… Stąd nieprzebrane, uginające się od żarcia bufety, czy widowiska, przy których Moulin Rouge może wyglądać na Kopciuszka.

Tak więc zderzyliśmy się z tym wszystkim już dzisiaj, niemniej jednak nie daliśmy się (jeszcze) porwać przelewającym się po Las Vegas Boulevard tłumom. Przyjechaliśmy dość późno, więc tylko zrobiłem małą rundę po stripie, by pokazać mojej rodzinie największe kasyna – z perspektywy samochodowego okna. Po kolacji w Excaliburze zakwaterowaliśmy się w jednym z hoteli sąsiadujących z Cesar Palace, Bally’s, Flamingo i Bellagio (a więc w samym epicentrum lasvegaskiego tygla) i udaliśmy się na spoczynek przed planowaną na jutro wyprawą do Doliny Śmierci.

Licznik: 2398 mil

Zabriskie Point - pozdrowienia z Doliny Śmierci

Zabriskie Point – pozdrowienie z Doliny Śmierci

.

DZIEŃ 7: DOLINA ŚMIERCI

Udało się! Z Doliny Śmierci wyjechaliśmy żywi, cali i zdrowi!
Może tylko trochę podpieczeni słońcem, lżejsi o parę kilogramów wypoconej z nas i wyparowanej wody.
Wycieczka trwała prawie cały dzień. Po pustyni arizońskiej będącej częścią krainy zwanej Sonora Desert, poznaliśmy pustynię kolejną, a mianowicie Mohave, która zajmuje nieomal całą Nevadę oraz sporą część południowej Kalifornii, gdzie leży Park Narodowy Doliny Śmierci. Tym sposobem „zaliczyliśmy” również kolejny stan na naszej trasie. (Jednakże na to, by dokładniej poznać Kalifornię potrzeba ciut więcej czasu. Ale to zupełnie inna bajka.)

Dolina Śmierci swą złą (i dobrą) sławę zawdzięcza swojej wyjątkowości, o której decyduje jej położenie geograficzne: jest to bowiem najgorętsze, najniżej położone oraz najbardziej suche miejsce na półkuli zachodniej. A oprócz tego zupełnie niezwykłe, jeśli chodzi o krajobraz.

Etymologicznie, polska „pustynia” przywodzi na myśl jakieś miejsce puste. Jednak, moim zdaniem, lepiej oddaje naturę pustyni angielskie słowo desert, które kojarzy się z czymś opuszczonym, porzuconym. Bowiem pustynia pełna jest niespodzianek, nie wspominając o tym bogactwie ukrytym, niewidocznym na pierwszy rzut oka, niezbyt oczywistym.
Dokładnie tak się sprawy mają ze słynną Doliną Śmierci.

Przede wszystkim zaskakuje jej różnorodność. Każde miejsce gdzie się zatrzymywaliśmy, wyróżniało się czymś swoistym, było na swój sposób wyjątkowe.
Oto Kotlina Badwater: rozległa, biała jak śnieg salina, gdzie znajduje się największa depresja (86 m. poniżej poziomu morza), a na jej obrzeżach – stosunkowo mała sadzawka słonej wody, gdzie żyją gatunki roślin i zwierząt tzw. endemiczne, czyli takie, które spotkać można jedynie w tym bajorku i nigdzie indziej na świecie. Furnace Creek, gdzie zanotowano rekordowo wysoką (dla obu Ameryk) temperaturę (57 st. C) – teraz jest to oaza z przypominającym miraż dużym zagajnikiem palm daktylowych. Sand Dunes – przywodzące na myśl Saharę piaszczyste wydmy. Devil’s Golf Course – rozległe pola porowatych minerałów, które komuś skojarzyły się z golfowiskiem dla diabłów. Artist Drive – wijąca się pośród kolorowych skalnych stożków wąska dróżka prowadząca do bajecznie kolorowej ściany zwanej Paletą Artysty. Scotty’s Castle – „zamek” wybudowany dosłownie na piasku przez pewnego ekscentryka z Chicago… (I bynajmniej nie wymieniłem jeszcze wszystkich ciekawych miejsc Doliny.)
Ale, ale… jakże mógłbym nie wspomnieć o złotych zboczach i wąwozach, które widzi się na Zabriskie Point (czy ktoś przypomina sobie film Antonioniego z muzyką napisaną specjalnie do tego filmu przez „Pink Floydów”?) Nota bene, to jeden z najbardziej malowniczych zakątków Death Valley.

Dziś przez Dolinę Śmierci podróżować jest nieprzyzwoicie łatwo. Wsiada się do klimatyzowanego samochodu, jedzie z prędkością blisko 100 km. na godzinę, wysiada się na krótko, by z bliska zobaczyć co ciekawsze zakątki, robiąc niezbyt długie spacery, (które i tak pozwoliły nam odczuć na własnej skórze buchające żarem powietrze – na termometrze w Furnace Creek odczytaliśmy temperaturę 45 st. C !)
Służby parkowe kontrolują teren, by nikomu nie stało się nic złego. Są tu hotele, campingi, prawdziwe pola golfowe, stacja benzynowa, sklepy, restauracje a nawet… opera!

Zupełnie inne warunki towarzyszyły tu ogarniętym gorączką złota pionierom, którzy, podążając w połowie XIX wieku do złotonośnych pół Kalifornii, chcąc skrócić sobie drogę, trafili na dno Doliny, w której utknęli na kilka tygodni i tylko jakimś cudem nie zostali w niej na zawsze (niestety, nie udało się to dwójce z nich).
Kiedy przybyto im wreszcie z pomocą wyprowadzając z głębi kotliny, jedna z kobiet odwróciła się za siebie i powiedziała: „Goodbye Death Valley”. Nazwa przylgnęła.

W samej Dolinie Śmierci spędziliśmy ładnych parę godzin, a na koniec zafundowałem mojej grupie niespodziankę: widok Doliny Śmierci z punktu zwanego Dante’s View, położonego na grzbiecie pasma górskiego Amargosa, które ogranicza kotlinę od strony wschodniej. Dopiero stamtąd (z wysokości ponad półtora kilometra nad dnem Doliny) widać jej ogrom (100 km. długości).
No cóż, muszę kończyć, bo i tak się rozpisałem ponad miarę, a tu widać już w oddali Las Vegas, gdzie czeka nas jeszcze jedna noc. Może tylko zatrzymamy się jeszcze przy niezwykłych drzewkach Jozuego?

Jest późne popołudnie. Jaskinia hazardu blisko. Tym razem więc zobaczymy owo rozpasane curiosum w świetle dnia, a jest to widok diametralnie różny od tego, co widzi się w nocy.
A propos nocy… Wygląda jednak na to, że (mimo wszystko) pójdziemy dzisiaj spać bardzo późno.

Licznik: 2698 mil

w Parku Narodowym Zion - Utah

Taniec na skale – Ania i Ula w malowniczym Zion

.

DZIEŃ 8: ZION

Z szalonego Las Vegas wróciliśmy na ziemie Mormonów, czyli do Utah. Tak się złożyło, że to właśnie oni zaczęli w połowie XIX-go wieku zasiedlać ten rejon, który geologowie nazywają Płaskowyżem Kolorado. Moim skromnym zdaniem należy on do najciekawszych krajobrazowo regionów naszego globu – o czym mogliśmy się już przekonać oglądając Łuki Skalne, Dolinę Monumentów i Wielki Kanion.
Teraz czekały nas jeszcze parki narodowe Zion i Bryce Canyon, kolejne miejsca niezwykłe i zadziwiające.

Do Zionu dotarliśmy już po południu, jednakże mieliśmy wystarczająco czasu by zobaczyć najciekawsze miejsca parku, przejść się po kilku szlakach. Mimo że Las Vegas dawało się jeszcze we znaki, nie sposób było nie dostrzec Zionowego piękna, które jest monumentalne, a przez to uderzające.

Ktoś może pomyśleć, że przesadzam z tą egzaltacją, nadużywając przy tym określenia „piękny”, ale Bóg mi świadkiem, że jest się tu czym zachwycać, a moje słowa są jak najbardziej usprawiedliwione. Moja rodzina orzekła, że w Zion jest ładniej niż nad Wielkim Kanionem i ja to rozumiem, zwłaszcza kiedy idziemy pełnym zieleni wąwozem Rzeki Dziewiczej (Virgin River) a po obu naszych stronach wznoszą się wysokie na 700 – 800 metrów strome skalne ściany i to we wszelkich odcieniach brązu, czerwieni, żółci i bieli.
Te monolity mają swoje adekwatne nazwy: Dwór Patriachów (Court of the Patriarchs), Wielki Biały Tron (The Great White Throne), Świątynia Sinawava (Temple of Sinewava), Lądowisko Aniołów (Angels Landing)… Sama nazwa parku sięga tradycji Mormonów, którym kanion kojarzył się z biblijnym Syjonem.

Wpierw podeszliśmy pod Płaczącą Skałę (Weeping Rock). To rodzaj wilgotnej groty przypominającej skalny ogród. Po jej ścianach pną się dzikie bluszcze a z górnej półki zwisają roślinne girlandy, po których spływa woda, tworząc rodzaj kotary z kapiących, skrzących się w słońcu kropel.
Następnie szlak zaprowadził nas do Szmaragdowych Stawów (Emerald Pools). Po przejściu około kilometra, w cieniu olbrzymiej skalnej niszy natrafiliśmy na małe, otoczone głazami i krzewami jeziorko mieniącej się kolorami wody. Po stromym podejściu prowadzącym wśród skalnych uskoków, półek i ścian czekała nas kolejna niespodzianka – następne urokliwe bajorko, a na jeszcze wyższym poziomie – już zupełnie sporych rozmiarów (choć ukryty pod wysoką na kilkaset metrów ścianą) staw.

Pamiętam jeszcze czasy, kiedy można było do tego, liczącego około 16 km. długości kanionu wjechać swoim wehikułem. Na szczęście nie tak dawno zamknięto tu ruch dla prywatnych pojazdów, dzięki czemu Kanion oddano na powrót we władanie naturze: zamiast wycia silników i smrodu spalin, słyszymy jedynie odgłosy przyrody i oddychamy czystym powietrzem.

Lecz nie był to jeszcze koniec naszych dzisiejszych wrażeń.
Zupełnie nieprawdopodobna była droga, którą przejechaliśmy na drugą stronę parku. Najpierw był niezwykle stromy podjazd w kanionie, z którego, jak by się mogło wydawać, nie sposób się wydostać; później – przejazd tunelem przez sam środek „góry”, a następnie drogą, która prowadziła przez krajobraz iście fantastyczny, bo utworzony przez liczącą dziesiątki milionów lat skamieniałą pustynię żółto-czerwonych wydm porośniętych karłowatymi drzewkami.
Chylące się ku zachodowi słońce wydobywało z tego labiryntu skał coraz bardziej intensywne barwy i coraz większą głębię, poddając wszystko grze światła i cienia… Lekko oszołomieni pożegnaliśmy się z Zionem.
Już jutro ma nastąpić spotkanie z jego nie mniej osławionym sąsiadem – Kanionem Bryce’a.

Licznik: 3018 mil

Oślepiający koloryt i oszałamiające formy Kanionu Bryce’a

Oślepiający koloryt i oszałamiające formy Kanionu Bryce’a

*

DZIEŃ 9: BRYCE CANYON

Na paradoks zakrawa to, że będący w zasadzie pustynią Płaskowyż Kolorado swą niezwykłą rzeźbę terenu zawdzięcza w dużej mierze wodzie. Naturalnie, za powstanie tego przedziwnego kalejdoskopu skalnych tworów są odpowiedzialne wszystkie czynniki atmosferyczne, ale woda jest tu siłą dominującą.

Dlaczego akurat w tym rejonie istnieje takie bogactwo geologicznych form – taka zdumiewająca różnorodność ukształtowania terenu, takie uderzające piękno krajobrazu?
Przyczyn jest kilka lecz najważniejsze to: stosunkowo młody wiek tych ziem (w skali geologicznej, oczywiście) oraz wyjątkowe zróżnicowane skalnych warstw, które zawdzięczamy bogatej historii regionu. Bowiem na przestrzeni setek milionów lat był on kolejno: oceanem, morzem, pustynią, bagnem, ponownie morzem i jeziorem, następnie dorzeczem, sawanną i jeszcze raz pustynią.

Wszystko nabrało dramatycznego przyśpieszenia około 15 milionów lat temu, kiedy płaskowyż zaczął się wypiętrzać. Wtedy siły erozyjne nabrały takiego impetu, że jego powierzchnia zaczęła się zmieniać w gwałtownym (jak na ziemskie warunki) tempie.
I tak jest do chwili obecnej, czego naocznymi świadkami możemy być nawet i my – istoty pojawiające się na powierzchni ziemi dosłownie na mgnienie oka – niczym jednodniowa jętka czy jakaś inna organiczna efemeryda. Gdyż na własne oczy widzieć możemy jak walą się skalne łuki i mosty, rozmywają i pogłębiają kaniony, wietrzeją skały, wysycha roślinność, tworzą się nowe jeziora…
Płaskowyż Kolorado należy więc do najszybciej zmieniających się krajobrazowo regionów na świecie. Dlatego tak bardzo różni się np. od amerykańskiego Wschodu, który ukształtował się na dobre już kilkaset milionów lat temu, kiedy to erozja spowodowała np. zniknięcie (przeminięcie z wiatrem i wodą) aż 7 km. skał osadowych, jakie kiedyś piętrzyły się nad dzisiejszymi Apallachami (czego nawet nie próbujmy sobie wyobrazić, bo jest to po prostu niemożliwe).

Myślę, że ten przydługi wstęp potrzebny jest jednak do tego, by zrozumieć to, co właśnie rozwinęło się przed naszymi oczami.
A dzisiaj były to dziwy Kanionu Bryce’a.
Mimo, iż leży on właściwie po sąsiedzku Zionu, to różni się od niego diametralnie. Właściwie nie jest to kanion a zerodowana krawędź Płaskowyżu … hm, proszę się przygotować: Paunsaugunt, gdzie doliczyć się można tysięcy małych kanionków „szczelinowych” (jeśli dobrze tłumaczę angielską nazwę slot canyon). Tym sposobem powstało tu kilkanaście „amfiteatrów” wypełnionych całą masą skalnych wieżyczek, szpic, ostańców, okien, mostków, kolumn, łuków… a wszystko w czerwono-różowo-białej tonacji, podkreślającej tylko bajeczny charakter tej krainy.
Indianie nazywali ją Agka-ku-wass-a-wit, co można przetłumaczyć jako „pomalowani na czerwono ludzie”, ponieważ, według legendy są to po prostu zamienieni przez bogów w skałę złoczyńcy. Jeśli tak, to było ich sporo, bo amfiteatry wyglądają tak, jakby stały w niej wielotysięczne, skamieniałe i czerwone od wstydu tłumy.

* * *
Noc spędziliśmy w położonej nieopodal Kanionu Bryce’a osadzie Tropic, dlatego też w parku (używam tego słowa, gdyż Bryce Canyon również ma status parku narodowego) mogliśmy się znaleźć dosłownie w ciągu paru chwil, pozostając w nim do późnego popołudnia.
Nasze spotkanie z Bryce nastąpiło na punkcie widokowym zwanym Inspiration Point, skąd rozciąga się panorama najbardziej chyba widowiskowego amfiteatru. Jednakże nic nie zapowiadało tego, co czekało nas przy zejściu wgłąb kanionu, ponieważ widok z jego krawędzi jest zupełnie czymś innym, niż doświadczenie jego bliskości „od wewnątrz”, czyli na ścieżce prowadzącej na dół.
Szlak ten nosił nazwę Pętla Nawahów (Navaho Loop), a prowadził m.in. przez kanion szczelinowy zwany adekwatnie Ulicą Ścienną (Wall Street), jako że przypominał on dróżkę wciskającą się pomiędzy dwie strome i bardzo wysokie skalne ściany z czerwonego piaskowca. Jakby tego surrealnego wrażenia było mało, u jego wylotu rosły smukłe daglezje (odmiana świerka), które jakimś cudem zdołały tam się nie tylko uchować, ale i rozwinąć w całkiem okazałe drzewa.
Navajo Loop to bez wątpienia jeden z najbardziej niezwykłych szlaków, na jakie udało mi się w życiu trafić.

Przy okazji warto chyba wspomnieć o moich doświadczeniach z czasów, kiedy bawiłem się w przewodnika, pokazując grupom wycieczkowym najciekawsze zakątki tego regionu. Zauważyłem np., że takie miejsca jak Zion czy Bryce robiły na ludziach większe wrażenie, niż np. osławiony Wielki Kanion.
Dość łatwo było mi to jednak zrozumieć.
Wielki Kanion jest czymś, co przez swoją potęgę wymyka się naszej percepcji – jego skala ma po prostu w sobie coś „nieludzkiego”, w przeciwieństwie do Zionu czy Kanionu Bryce’a, z którymi można nawiązać kontakt niemalże „intymny”, łapiąc ich piękno w bezpośrednim, bliskim zetknięciu. Dzięki temu stają się one czymś swojskim, przykrojonym na naszą miarę.
Przy tym Zion bardziej zwykł był podobać się mężczyznom (ta jego monumentalna wyniosłość i solidność!), natomiast Bryce kobietom (ach ta jego różowo-pomarańczowa delikatność i wręcz koronkowość!) Świadczy to jedynie o tym, jak odmienne w charakterze są te dwa miejsca… no i oczywiście o różnicy w reakcjach wynikających z odmienności płci.

Wśród moich towarzyszy podróży opinie są więc podzielone. Ale to w niczym nam nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – przyjemnie zmęczeni po całym dniu wrażeń, mkniemy w kierunku stolicy Mormonów, a ja spokojnie mogę sobie wypisywać wszystkie te dyrdymały.

Licznik: 3297 mil

Świątynia Mormonów w Salt Lake City

Świątynia Mormonów w Salt Lake City

.

DZIEŃ 10: SALT LAKE CITY – MORMONI

Znów piszę na kolanie. Mkniemy autostradą I-15 na północ, przed chwilą przekroczyliśmy granicę z Idaho, stanem nie tylko Wielkiego Ziemniaka, ale i słynnej Doliny Słońca – tej samej, gdzie Glenn Miller grał swoją serenadę i gdzie Ernest Hemingway po życiu pełnym przygód strzelił sobie w głowę z dubeltówki.
Godzinę temu opuściliśmy Salt Lake City, jesteśmy więc na świeżo po spotkaniu z Mormonami oraz z ich misjonarzami, którzy pokazali nam Plac Świątyni (Temple Square), stanowiący centrum świata mormońskiej religii. Opowiedzieli też o swoich dziejach, wierzeniach, organizacji, życiu… o historii, która zaiste jest niewiarygodna, choć przecież prawdziwa.
Prześladowana w XIX wieku sekta rozrosła się, przekształcając w kościół o globalnym zasięgu liczący dziś ponad 14 milionów członków, który oprócz tego, że konstytuuje światopogląd swoich wyznawców, to jest także jednocześnie potężną organizacją z ogromnym finansowym potencjałem.
Przywódcy Mormonów byli bowiem zawsze nie tylko przemyślnymi inwentorami dogmatów wiary (jako przywódcy duchowi), ale i również świetnymi biznesmenami (jako organizatorzy życia społecznego bogobojnych a zarazem pracowitych współbraci).

Po Placu Świątyni oprowadzały nas dwie misjonarki: siostra Fellmann ze Szwajcarii oraz siostra Shugart z Kanady, młode dziewczyny woluntariuszki, które półtora roku swojego życia poświęciły pracy misyjnej – służbie ludziom i Bogu, jak same wyznały (kiedy zapytałem o ich imię, powiedziały, że są teraz tylko „siostrami”).
Ciekawił mnie zwłaszcza przypadek siostry Fellmann, która przyznała, że pochodzi z rodziny ateistycznej, jednak w Kościele Jezusa Chrystusa Świętych Dnia Ostatniego (tak brzmi jego pełna nazwa) odnalazła spokój, radość, ukojenie i sens życia. A kiedy to mówiła patrząc mi prosto w oczy, nie sposób było jej nie uwierzyć.

Siostry opowiadały też o cudach, z których zwłaszcza jeden zabrzmiał mi wiarygodnie. Wydaje się bowiem, że bez pomocy sił nadprzyrodzonych niemożliwe byłoby wybudowanie na pustyni (w czasach, kiedy jeszcze nad Słonym Jeziorem nie było dosłownie nic), tak imponującej konstrukcji, jaką jest Świątynia Mormonów – kosmiczne centrum ich wiary. Jej budowa trwała 40 lat i zakończyła się dopiero w 1893 roku. (Świątynia nie jest zresztą jedynym ciekawym obiektem na Temple Square. Warto wspomnieć jeszcze o Tabernaculum – siedzibie słynnego chóru mormońskiego – istnej perle architektury drewnianej).

Jednakże cudem było chyba także to, że Mormoni zdołali 44 lata wcześniej przedrzeć się przez dzikie bezdroża Wielkich Równin oraz przełęcze Gór Skalistych, zasiedlić niegościnne pustynie i… nie tylko przetrwać, ale i przemienić swoje państwo (w państwie) w pewien rodzaj bogatego imperium, stając się jedną z najlepiej prosperujących społeczności w Stanach.
Mając to na uwadze, łatwiej znieść owe absurdy (absurdy z postronnego punktu widzenia), jakie zakradły się do ich wiary (jak np. „jedynie prawdziwa i objawiona” Księga Mormonów, która została ponoć spisana  – z bożego natchnienia – na kontynencie amerykańskim parę tysięcy lat temu, odnaleziona i przetłumaczona przez Josepha Smith‘a, założyciela sekty, któremu w 1828 roku w stanie Nowy Jork objawił się sam Jan Chrzciciel zdradzając miejsce ukrycia tablic, na których wyryty był tekst Księgi).

Wbrew pozorom wszystko to było bardzo racjonalne, gdyż bez sakralnego usankcjonowania władzy liderów sekty, niemożliwe byłoby przetrwanie Mormonów: przezwyciężenie prześladowań, wytrzymanie nieludzkich trudów przeprawy na Zachód, organizacja pierwszych osiedli, konstytucja i rozkwit Kościoła.
Czymś racjonalnym było też wielożeństwo (aspekt, który wśród odwiedzających mormońskie ziemie budzi niezmiennie żywe zainteresowanie). Bowiem nie było ono bynajmniej jakąś pochodną wybujałej potencji seksualnej Mormonów, ale praktyczną potrzebą zwiększania populacji grupy żyjącej przecież w bardzo specyficznych warunkach. Co bardziej prominentni mężczyźni mogli się poszczycić całkiem pokaźnym haremem liczącym kilkadziesiąt kobiet.
Oficjalnie, od wielożeństwa Mormoni odeszli pod koniec XIX wieku, jednakże jeszcze i dzisiaj zdarza się, że w niektórych rodzinach jest jeden patriarcha, kilka matron i cała czereda „pociech”.

Kiedy opuszczaliśmy Temple Square, a później bogate, schludne i rozbudowujące się w niezwykłym tempie downtown Salt Lake City, przypomniał mi się jeszcze jeden moment z mormońskiej historii.
Otóż kiedy (po morderczej przeprawie przez Góry Skaliste) Bringham Young i podążający za nim Mormoni stanęli na skraju Słonego Jeziora, ten oddalił się na jakiś czas w ustronne miejsce, a kiedy wrócił, obwieścił swoim umęczonym ludziom: „To jest nasza ziemia obiecana. Tak mi powiedział Bóg”.
I oni mu uwierzyli. I tu zostali.
A to co się działo później potwierdziło jedynie słuszność ich decyzji.

* * *
Jeszcze w Idaho, nad malowniczym przełomem Snake River, przejąłem kierownicę i wjechaliśmy w góry. Piołunowe pustynie i niezmierzone ziemniaczane pola ustąpiły miejsca świerkowym lasom, zielonym polanom, wartkim górskim strumieniom… Po pokonaniu wysokiej na dwa i pół kilometra przełęczy Teton, wjechaliśmy do innego świata, jakim jest bez wątpienia kotlina Jackson Hole. Od Yellowstone dzielił nas już tylko przysłowiowy „rzut beretem”. Lecz wcześniej czekał nas jeszcze potężny górski łańcuch Grand Teton.

Licznik: 3665 mil

Jackson Hole – ranczo u podnóża gór Grand Teton

Jackson Hole – ranczo u podnóża gór Grand Teton

*

DZIEŃ 11: GRAND TETON

Kiedy na początku XIX wieku pierwsi francuscy traperzy zobaczyli z daleka charakterystyczne szczyty gór ograniczających wielką kotlinę, do której właśnie wkroczyli, nieco na ten widok oniemieli, a jako że byli pozbawieni kobiet i seksualnie wygłodniali, skojarzenia mieli jednoznaczne. Nazwali je Grand Teton, co znaczy nic innego, jak Wielkie Piersi.
W rzeczywistości jest to jeden z najpiękniejszych górskich łańcuchów na kontynencie. (Czy jednak, zważywszy na nazwę, można się temu dziwić?)

W kotlinie Jackson Hole (bo o niej tu mowa) mieliśmy dwa noclegi – w dobrze mi znanym, zaprzyjaźnionym niemalże schronisku zwanym po prostu „The Hostel”, leżącym u podnóża gór w małej osadzie Teton Village.
Na zwiedzanie kotliny mieliśmy więc cały dzień, którego większość spędziliśmy na terenie Parku Narodowego Grand Teton. Wpierw przybyliśmy nad Jezioro Jenny i po przeprawieniu się na jego drugą stronę wyruszyliśmy na szlak prowadzący do Kanionu Kaskadowego, mijając po drodze Ukryte Wodospady (Hidden Falls), wspinając się na Inspiration Point (skąd roztaczała się rozległa panorama całej Jackson Hole z widocznymi w dole jeziorami). Idąc dalej wgłąb kanionu zgubiliśmy na szczęście tłumy kłębiące się na początku szlaku przy wodospadzie i punkcie widokowym na jezioro.
Nasza wędrówka trwała prawie 4 godziny i była prawdziwą rozkoszą delektowania się świeżym górskim powietrzem, tudzież widokami, które objawiały się przed naszymi oczami za każdym skalnym załomem. Na szlaku, oprócz okazjonalnych osobników homo sapiens, spotkaliśmy również pasące się na podmokłej łące, obgryzające młode wierzbowe listki łosie.

Przyjemnie zmęczeni zajechaliśmy jeszcze późnym popołudniem do miasteczka Jackson, będącym niejako sercem cywilizacji, która niestety coraz bardziej panoszy się w tym naturalnym raju, jakim jest kotlina. Kiedyś była to typowa górska osada zasiedlona jedynie przez traperów i ranczerów, teraz jest to mocno skomercjalizowane centrum turystyczne, nie pozbawione wszak pewnego uroku i kolorytu. Ciekawostka: w jednym z tutejszych saloonów zobaczyć można wypchanego niedźwiedzia grizzly zagryzionego przez… zdesperowanego cowboya, którego ów drapieżnik napadł (ponoć jest to historia prawdziwa).
Wieczorem zaś urządziliśmy sobie przy schronisku małą rodzinną imprezę – z ogniskiem, rożnem, kiełbaskami i winem.
Jednym słowem: pełen relaks.

* * *
Wypada mi jeszcze napisać choć parę słów o Jackson Hole i samym Parku Narodowym Grand Teton.
Przed laty, kiedy zjawiłem się w tej okolicy po raz pierwszy, pewnym zaskoczeniem było dla mnie to, że scenerie górskie spodobały mi się tu bardziej, niż w samym Yellowstone, (który nota bene z Grand Teton niemalże graniczy). Później dotarło do mnie to, że unikalność Yellowstone polega na czymś innym… choć przecież i tam znajdują się miejsca, które – jeśli chodzi o wyjątkowość, piękno i malowniczość – nie mają sobie równych na całym świecie (mam tu zwłaszcza na myśli Kanion i Wodospady Yellowstone).

Uroda Grand Teton wynika choćby z tego, że są to góry, które wypiętrzyły się zaledwie 10 mln. lat temu – a więc bardzo młode, jeszcze nie zwietrzałe. Na dodatek w czasie ostatniego zlodowacenia, potężny, gruby na parę kilometrów lodowiec wypełniający całą kotlinę, topiąc się wyrzeźbił granitowe szczyty i zbocza, nadając im ostry, postrzępiony kształt. Zostawił też po sobie piękny łańcuszek jezior u podnóża gór (jednym z nich jest Jezioro Jenny), a w samej kotlinie – płynącą jej środkiem Snake River.

Dno kotliny jest niemal idealnie płaskie. Mocno kontrastuje to z wznoszącą się dramatycznie, wysoką na ponad 2 km. granitową ścianą gór, tworząc ten charakterystyczny, niemalże ikoniczny dla scenerii amerykańskiego Zachodu widok: rozległa, pokryta niebiesko-zielonym kobiercem traw dolina z wijącą się pośrodku rzeką, której brzegi porastają drzewa i krzewy, a w tle – majestatyczne pasmo szaro-niebieskich granitowych olbrzymów z wyraźnie widocznymi białymi plamami lodowców osuwających się po ich zboczach.
Widok, który pozostaje pod naszymi powiekami nawet wtedy, kiedy zamykając oczy układamy się do snu po długim, pełnym wrażeń dniu.

Licznik: 3729 mil

Jedno z bajecznie kolorowych gorących źródeł w Yellowstone

Jedno z bajecznie kolorowych gorących źródeł w Yellowstone

*

DZIEŃ 12 i 13: YELLOWSTONE

Na zwiedzanie Yellowstone mieliśmy dwa dni. O jeden tydzień za mało. Przynajmniej o tydzień, bowiem w tym najciekawszym (i najstarszym na świecie) amerykańskim parku narodowym spędzić można znacznie więcej czasu.
Była to moja kolejna wizyta, sam już nie wiem która. W sumie na terenie Yellowstone spędziłem dobrych parę miesięcy swojego życia, a i tak nie zdołałem dotrzeć do wszystkich miejsc wartych eksploracji. Za każdym razem przybywam tu z radością i nigdy nie mam dosyć. Do dziś nie mogę zrozumieć Steinbecka, że zawrócił spod samej bramy parku tylko dlatego, że jego piesek Charley zaczął się wściekać i szczekać, wyczuwszy niedźwiedzia. Na szczęście moja rodzina zareagowała inaczej… chociaż także, tuż przed wjazdem do parku, spotkaliśmy młodego grizzly.

Pierwszego dnia zobaczyliśmy część zachodnią Yellowstone, czyli tę, gdzie znajdują się niemal wszystkie gorące źródła, gejzery, błotne wulkany i fumarole – rozłożone w tzw. kotlinach gejzerów (w tym miejscu warto zaznaczyć, że w samym Yellowstone można znaleźć ponad połowę wszystkich gejzerów, jakie znajdują się na całej kuli ziemskiej).
Oczywiście musieliśmy być świadkami erupcji najsłynniejszego gejzeru, jakim jest Old Faithful, a spektakl ten oglądaliśmy w towarzystwie… dobrych paru tysięcy innych, spragnionych tego widoku przybyszów, którzy zgromadzili się wokół gejzeru niczym w olbrzymim amfiteatrze.
Nazwa Old Faithful (Stary Wierny) zobowiązuje: gejzer ma erupcję dość regularnie – mniej więcej co półtorej godziny – i strzela wtedy białą fontanną wody i pary na wysokość blisko 60 m. (całkiem niezły wytrysk, jak na sędziwego wiarusa).
Kilkukilometrowy spacer po okolicznej Górnej Kotlinie Gejzerów pozwolił nam na zobaczenie z bliska kilkudziesięciu gorących źródeł o zdumiewającej wprost aparycji: wszystkie  te baśniowe kształty, fantazyjne wzory – nieziemskie, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy twory.

Dzień drugi przeznaczyliśmy na zapoznanie się ze wschodnią częścią parku, gdzie zjawisk hydrotermalnych jest znacznie mniej, ale za to krajobraz bardziej atrakcyjny: z niezwykle malowniczym złotym Kanionem Rzeki Yellowstone oraz z dwoma wodospadami – Górnym i Dolnym, z których ten ostatni jest bez wątpienia jednym z najpiękniej położonych wodospadów na świecie, swoją urodziwą oprawę zawdzięczając kanionowi, do którego wpada z blisko stumetrowej wysokości.
Kanion i wodospady oglądaliśmy z obu krawędzi wąwozu – z kilku punktów obserwacyjnych, jednakże poza konkurencją był widok z tarasu adekwatnie nazwanego po prostu Artist Point.

Zupełnie inna w charakterze jest natomiast rozległa i zielona o tej porze roku Dolina Haydena, po której rzeka Yellowstone płynie raczej leniwie – tutaj nic nie zapowiada jeszcze jej wyczynów w kanionie leżącym parę kilometrów niżej.
To właśnie w tej dolinie pasą się zazwyczaj idące w setki sztuk stada bizonów. Tym razem jednak udało się nam zauważyć zaledwie kilka tych zwierząt, które samotnie pasły się w oddali na zboczach doliny.
Nie widać było także stad wapiti, których w Wielkim Yellowstone są tysiące. Zamiast tego spotkaliśmy kilka jeleni. Zwłaszcza jeden z nich szczycił się imponującym porożem (z którego jednakże prawdziwy użytek zrobi on dopiero za miesiąc, kiedy walczyć będzie z innymi samcami o władzę nad haremem samic.)

Jakiś czas jechaliśmy wzdłuż brzegu Jeziora Yellowstone (największe wysokogórskie jezioro na świecie), a przy wyjeździe z parku spotkaliśmy jeszcze – niejako na pożegnanie – baraszkującego przy samej drodze misia grizzly.

Przed nami była kilkugodzinna przeprawa przez północno-wschodnie Wyoming – na nocleg w jednym z małych miasteczek przy autostradzie I-90, która zresztą miała nas zaprowadzić aż do samego Chicago, odległego teraz od nas o jakieś dwa tysiące kilometrów.
Przedtem jednak czekała na nas jeszcze Diabelska Wieża, Dakota Południowa i leżące na jej terenie Czarne Wzgórza – święte ziemie Siuksów.

Licznik: 4227 mil

Devil’s Tower w czasie najazdu amatorów Harley’a-Davidsona na Czarne Wzgórza

Devil’s Tower w czasie najazdu amatorów Harley’a-Davidsona na Czarne Wzgórza

.

DZIEŃ 14: DIABELSKA WIEŻA – CZARNE WZGÓRZA – HARLEY’OWCY

Mogłem się tego spodziewać: Czarne Wzgórza zalane były Harley’owcami, którzy corocznie w sierpniu zjeżdżają się z całego świata w liczbie przekraczającej wszelkie wyobrażenia.
Szacuje się, że w tym roku zjawiło się ich tutaj… ok. 500 tysięcy!
Jeśli komuś ta ilość wydawać by się mogła niewiarygodna, to mogę dodać, że w jubileuszowym 2000 roku, do małego miasteczka Sturgis w Dakocie Południowej (stanowiącego epicentrum zjazdu) przyjechało blisko miliona tych „wspaniałych młodzieńców” na swych „szalejących maszynach”.

Harley’owców spotkaliśmy już w Utah, a ich ilość stopniowo zwiększała się w miarę jak byliśmy coraz bliżej Czarnych Wzgórz. Pierwsze poważne zderzenie nastąpiło jednak już w Wyoming, pod Diabelską Wieżą.
Czy pamięta ktoś „Bliskie Spotkania III Stopnia” Spielberga? To właśnie w tym filmie Wieża odegrała jedną z głównych ról – jako miejsce spotkania Ziemian z Kosmitami.
Ja się Spielbergowi nie dziwię, że wybrał to miejsce, bo Diabelska Wieża to dziw nad dziwami i mimo, że jest ona tworem jak najbardziej naturalnym, to przypomina jednak gotową dekorację do filmów science-fiction. A tak naprawdę to jest owo geologiczne curiosum niczym innym, jak rdzeniem wygasłego wulkanu odsłoniętym wskutek erozji pokrywających go warstw skalnych. Wprawdzie Indianie mieli własną wersję powstania Wieży (skamieniały i wyolbrzymiony pień wielkiego drzewa, podrapany pazurami niedźwiedzia-giganta), to jednak ja skłaniałbym się bardziej ku koncepcji geologów.

Inwigilacja Harley’owców, którzy pod Diabelską Wieżą zaczęli się zjawiać całymi setkami, upewniła mnie, że ich zjazd jeszcze się nie zakończył, w związku z czym zdecydowaliśmy się zboczyć nieco z planowanej trasy i zaglądnąć do Sturgis.
I to był strzał w dziesiątkę, bo czegoś podobnego nikt z nas jeszcze w życiu nie widział: tysiące, tysiące lśniących motocykli i taka sama ilość ubranych w czarną skórę motocyklistów obojga płci – a wszystko upakowane na jednej (i właściwie jedynej, choć szumnie nazwanej Main Street) ulicy Sturgis.
Nie mogliśmy być tam długo, jednakże i ta godzina wystarczyła, by utrwalić choć część z tego szaleństwa w obiektywie aparatu, co postaram się za jakiś czas przedstawić na jednej z moich internetowych stron.

Miasteczko Sturgis leży już na skraju Black Hills, więc wkrótce po Harley’owym szoku znaleźliśmy się wśród zalesionych wzgórz, będących ongiś królestwem Siuksów, oczywiście wyrugowanych stąd wkrótce po odkryciu bogatych złóż złota.

Czarne Wzgórza tworzą jakby przedmurze Gór Skalistych łamiące hipnotyczną monotonię prerii Wielkich Równin. Niczym ciemne garby zalesionych wysp, wyłaniają się z morza, które przez tysiąclecia było morzem falujących traw… zaledwie przed chwilą zastąpionych przez pola uprawne i pastwiska. Jedynie od strony wschodniej – jak to było od prawieków – dotykają Czarnych Wzgórz tęczowe poszarpane Badlands.
Mówimy „przed chwilą”, bo te sto kilkadziesiąt lat ludzkich zmian na dzikich preriach i na samych Czarnych Wzgórzach są w skali geologicznej doprawdy ledwie chwilką. Chociaż nawet granit, ten najtrwalszy zdawałoby się szkielet Wzgórz, nie zdołał się oprzeć ludzkiemu impetowi. To właśnie dzięki obecności i ingerencji człowieka Czarne Wzgórza są dziś tak popularnym, dla wielu atrakcyjnym, choć przecież i kontrowersyjnym celem turystycznych pielgrzymek. Tak więc przyrodzona cudowność natury składa się tu na intrygujący, a miejscami i fascynujący konglomerat przyrody z tym, co z różnych intencji uczynili z tego rejonu ludzie.

Czarne Wzgórza – Paha Sapa, tak w języku Siuksów brzmi nazwa tych świętych dla nich ziem, które w historii pionierskiego osadnictwa Dzikiego Zachodu, walk z Indianami i ekspansji terytorialnej Stanów Zjednoczonych stanowiły miejsce szczególne, rzec można – pokazowe. Tak, jakby to górzyste zaburzenie jednostajności i względnej pustki prerii Środkowego Zachodu, powodowało ferment i zamieszanie, dzięki któremu dzieje Paha Sapa obfitują w niezwykłe momenty składające się na jakże bogatą i różnorodną mozaikę epizodów, anegdot i zdarzeń tworzącą historię tzw. Starego Zachodu.

Na Czarnych Wzgórzach spędzić można tydzień cały, tyle tu ciekawych i różnorodnych zakątków.
My trafiliśmy zaledwie do dwóch, ale chyba jednak do tych najbardziej znanych. Zobaczyliśmy mianowicie wykute w granitowej skale Głowy Prezydentów oraz powstającą nieopodal nich rzeźbę Szalonego Konia, którą przed kilkudziesięcioma laty zaczął tworzyć nasz rodak Korczak-Ziółkowski. Dużo by o tym pisać, jednak wspomnę tylko, że romantyczna choć megalomańska Korczakowa wizja mimo wszystko przemawia do mnie bardziej, niż monumentalno-patriotyczna i mocno rozdmuchana „Świątynia (amerykańskiej) Demokracji” przypominająca jako żywo patetyczne twory totalitarnego socrealizmu.

Gwoli ścisłości i dokumentaryzmu muszę jeszcze wspomnieć o jeszcze jednym – niewykluczone, że najmocniejszym – doświadczeniu dzisiejszego dnia, jakim była burza gradowa, która schwytała nas już w nocy, gdzieś w okolicach – nomen omen – Badlands. Nie było się gdzie skryć więc tylko zjechaliśmy na pobocze i zdaliśmy się na zmiłowanie niebios. Dziewczyny przeżyły chwile grozy, my nadrabialiśmy minami – kiedy na dach naszego samochodu sypały się lodowe grudy wielkości przepiórczych jaj. Starając się zachować racjonalnie, zacząłem się zastanawiać, czy aby ubezpieczenie wynajętej przeze mnie terenówki pokrywa zmasakrowaną gradem karoserię. Na szczęście, kiedy burza już ustała i dotarliśmy na miejsce, zorientowałem się, że jednak Chevy Tahoe również i blachę ma solidną – wgięcia były ledwo widoczne, więc istniała szansa, że w ogóle nie zostaną zauważone.

I to właściwie koniec naszych przygód.
Jutro czeka nas już tylko droga przez kilka stanów, ku Wietrznemu Miastu – do domu.

Licznik: 4678 mil

Dowtown Chicago

Dowtown Chicago – wjazd do Wietrznego Miasta pełnego wieżowców

.

DZIEŃ 15: DAKOTA POŁUDNIOWA – MINNESOTA – WISCONSIN – ILLINOIS (CHICAGO)

Ostatni dzień naszej eskapady trudno nawet nazwać epilogiem. To raczej nieunikniony powrót do rzeczywistości Wietrznego Miasta, odzyskanie miarowego oddechu, leniwszego rytmu, spokojniejszych wątków…

Dwunastogodzinna podróż minęła nam w miarę bezboleśnie, choć monotonia Wielkich Równin znów dała się nieco we znaki (podobnie jak pierwszego dnia), niejako zmuszając nas do skupienia się na lekturze lub muzyce (przy okazji przypomniałem sobie antologię J. J. Cale’a, uzupełnioną jego nagraniami z Erikiem Claptonem… cóż bowiem bardziej współgra z pokonywaniem bezkresu amerykańskich dróg, jak motoryczna fuzja bluesa, ballady, country i rocka?)

Wyruszyliśmy rano z miejscowości Chamberlain położonej na zachodnim brzegu Missouri. Jeszcze w samej Południowej Dakocie czekało nas kilkaset mil drogi, które pokonaliśmy w niezłym tempie, jednak po przekroczeniu granicy z Minnesotą musieliśmy nieco zwolnić ze względu na liczne roboty drogowe. Kiedy zaś zobaczyłem Missisipi, (która stanowi granicę między Minnesotą a Wisconsin) poczułem się niemalże jak w domu – bo przecież była to już sąsiednia „parafia”. Wokół zrobiło się zielono, mijaliśmy bogate farmy Wisconsin (to „zagłębie” mleczarskie Ameryki), wypoczynkowe resorty i letniska, lasy, rzeki, jeziora…
W Illinois na autostradzie zrobiło się nieco ciaśniej i tak już było do samego Chicago, w którym zastał nas zachód słońca – widoczny nad drogą, wprost za naszymi plecami. Przed nami zaś zaczynało się rozświetlać chicagowskie downtown.

Teraz pozostaje nam tylko przywołanie i uporządkowanie tych wszystkich niezwykłych obrazów, które niczym miraże jawiły się przed naszymi oczami w ciągu tej nieco szalonej, dwutygodniowej włóczęgi po amerykańskim Zachodzie.

Chciałbym wszak jeszcze podziękować wszystkim tym, którzy śledzili naszą trasę i losy – i to nie tylko z ciekawością, ale i życzliwością.

Licznik: 5396 mil (8634 km.)

K O N I E C

Więcej zdjęć, zrobionych podczas tej podróży, obejrzeć można na stronie „Świat w obrazach”  (TUTAJ).

.

Rodzinny odpoczynek na szlaku

*

POST SCRIPTUM

Podróżne gorące emocje opadły, czas na chłodniejsze podsumowanie – poczynienie paru końcowych uwag.

Myślę, że dopiero po powrocie do powszedniej rutyny możliwe jest właściwe ogarnięcie perspektywy tych wszystkich obrazów, które oglądaliśmy podczas naszej wycieczki na amerykański Zachód. A była ich taka obfitość i różnorodność, że zachodzi podejrzenie, iż wszystkiego i tak nie można było zasymilować, przyswoić i przetrawić w tak stosunkowo krótkim czasie. Pozostają zdjęcia, wspomnienia, kolekcja wrażeń i słowa tej relacji, które – mam nadzieję – pomogą w utrwalić to, co widzieliśmy i przeżyliśmy. Starałem się owe zapiski robić na bieżąco – co mniej więcej mi się udawało, mimo, że wpisów właściwie zmuszony byłem dokonywać „w biegu” ad hoc, przez co była to jedna wielka improwizacja… z wszystkimi wynikającymi stąd konsekwencjami.

Była to podróż specyficzna z wielu względów.
Przede wszystkim była ona imprezą rodzinną, z udziałem mojej siostry i szwagra, (którzy odwiedzili mnie w Stanach po raz pierwszy) oraz dwóch ich córek, będących akurat w wieku… gdzieś na pograniczu dzieciństwa, podlotkowatości i kobiecości (no to mi się za to teraz oberwie).
Pod takim kątem więc popełniałem swoje kolejne teksty, które miały być głównie dość rzeczową dokumentacją przebiegu naszej wyprawy – rejestracji, odnotowania i krótkiego opisu miejsc, które udało nam się zobaczyć. Dzięki temu mogli też śledzić nasze poczynania nasi bliscy, znajomi i przyjaciele, jak również – bardziej lub mniej przypadkowi – blogowi goście, jeśli tylko spotkało się to z ich zainteresowaniem (przy okazji dziękuję wszystkim jeszcze raz za ciekawe i przychylne komentarze).
To wszystko wymuszało więc niejako popularną, wyzbytą pretensji formę tych zapisków. Zupełnie inaczej pisałbym, gdybym po tym kraju poniewierał się sam, a jeszcze inaczej – w towarzystwie… misia maskotki, pieska czy też żony. Pisałbym w inny sposób, choćby z tego względu, że trasa, przebieg i charakter podróży byłby całkiem inny – a doprawdy można robić to na tysiące różnych sposobów.

To, co uskuteczniliśmy podczas tej piętnastodniowej eskapady było bez wątpienia dość szaloną i prowadzącą przez niezwykłe miejsca wycieczką krajoznawczo-turystyczną. Było swego rodzaju rekonesansem po wielu fantastycznych zakątkach, które ma do zaoferowania amerykański kraj. A zaprawdę jest to oferta wspaniała – i mówię to z pełną świadomością i wyzbyty lokalnego „patriotyzmu”: wątpię, czy jakikolwiek inny region świata mógłby konkurować z amerykańskim Zachodem, jeśli chodzi np. o krajobrazowe piękno, topograficzno-geologiczne zróżnicowanie, unikalność i wyjątkowość natury – z tymi wszystkimi „cudami” przyrody, skondensowanymi i nagromadzonymi przecież na stosunkowo niewielkim obszarze.

Byliśmy więc w zasadzie tylko „łowcami” pięknych obrazów, kolekcjonerami ciekawych a niekiedy i fascynujących miejsc, omijając właściwie całą cywilizacyjną złożoność amerykańskiego kraju. Docierały do nas jedynie jakieś socjologiczno-historyczne „odpryski” – czy to w „kultowym” (jeśli chodzi o kulturę masową) Las Vegas, tudzież w stworzonym przez Mormonów (z niczego na pustyni) Salt Lake City, czy też na zalanych przez Harleyowców (z tą ich niesamowitą subkulturą) Czarnych Wzgórzach Dakoty Południowej.
Naturalnie, ważne były również dla nas owe „minizderzenia”, których doświadczaliśmy podczas naszej podróży, czyli krótkie i przypadkowe, ale za to pamiętne i niekiedy znaczące spotkania z innymi ludźmi – i to nie tylko z Amerykanami, ale i przygodnymi przybyszami z różnych stron całego świata.

*  *  *

Wielka przygoda się skończyła. Mam nadzieję, że dobrze zapisze się również w pamięci Mariolki, Wieśka, Ani i Uli. Chciałem im pokazać piękno amerykańskiej ziemi… Czy mi się to udało? Czy zdolni byli go dostrzec? Czy zaraziłem ich choć trochę entuzjazmem poszukiwacza nowych i nieodkrytych jeszcze przez nas samych miejsc?

Przypominam sobie moje pierwsze eskapady na Zachód – to zachłyśnięcie się wolnością „swobodnego jeźdźca”, zauroczenie bezkresną, pełną kuszących obietnic, przestrzenią. Mimo, że jestem już teraz innym człowiekiem i żyję już w innych czasach, to miałem niekiedy wrażenie, iż na tych starych i przetartych dawno temu szlakach, ciągle udaje mi się jeszcze odnaleźć jakąś cząstkę samego siebie, którą przed laty tu zostawiłem – kogoś, kim wtedy byłem.

Z Anią i Ulą pod rzeźbą Szalonego Konia w Dakocie Południowej

.

.

MOJA PRZYGODA Z KONTYNENTEM

.

Czym jest powrót do przeszłości? Czy tylko nostalgią? Może próbą zrozumienia siebie samego – tego, kim jesteśmy dzisiaj, także poprzez tego, kim byliśmy kiedyś? Rozliczeniem się z pewnymi okresami w swoim życiu? Wspomnieniem – i utrwaleniem tego – co spotkało nas dobrego? Identyfikacją, nazwaniem i odrzuceniem tego, co było złe? Podzieleniem się z innymi tym, czego dowiedzieliśmy się o świecie – jakich ludzi spotkaliśmy – co przeżyliśmy podczas tej niezwykłej podróży, jaką jest życie każdego człowieka? Każdy może sobie odpowiedzieć na te pytania sam, cofając się do pewnych wydarzeń swojego życia lub poznając to, co przeżywali inni. Oto jedna z moich przygód. Może kogoś zaciekawi?

.

Amerykańska przygoda: trasa kontynentalna - od Pacyfiku do Atlantyku

Amerykańska przygoda: trasa kontynentalna – od Pacyfiku do Atlantyku

.

To były czasy, kiedy jeszcze funkcjonował na świecie – a zwłaszcza w Polsce – mit Ameryki, jako kraju globalnej dominacji i awangardy, jeśli nie kulturowej (bo żywa już była wtedy krytyka macdonaldyzacji świata), to na pewno ekonomicznej i politycznej (Chiny parły już do przodu, ale potęgą jeszcze nie były; Stany Zjednoczone, po upadku ZSRR zdawały się grać pierwsze skrzypce na arenie międzynarodowej, popierając swoich sojuszników, co w świecie arabskim odbierane było jako potwarz, a Huntingtona skłoniło do przekonania o mającym właśnie miejsce „zderzeniu cywilizacji”, wkrótce potwierdzonym w tragicznym ataku na Manhattan). Ponadto, kontynent amerykański zawsze jawił się wszystkim jako ziemia topograficznych niezwykłości, wielkich przestrzeni, przyrodniczych enklaw, unikalnej fauny i flory (w rodzaju słynnego Parku Narodowego Yellowstone) – tych wszystkich pięknych, surowych, nieskalanych cywilizacją krajobrazów, rozpropagowanych choćby przez obrazy z Hollywood (a wiemy, że filmy amerykańskie oglądał – i nadal ogląda – cały świat, spychając na dalszy plan kinematografie lokalne). Nie dziwi więc zainteresowanie Ameryką – pragnienie, by zobaczyć ten kraj na własne oczy – ciekawość żywa zwłaszcza wśród Polaków, których miliony związało z nim, w taki czy inny sposób, swoje losy.
Tak się stało, że przez kilka sezonów w latach 90-tych ubiegłego wieku, starałem się moim rodakom obraz Ameryki przybliżyć – i to poprzez bezpośrednie spotkanie się tych ludzi z kontynentem – organizując i prowadząc wycieczki turystyczne po Ameryce Północnej. Zwiedzaliśmy różne rejony Stanów Zjednoczonych – imprezy te trwały od kilku dni do kilku tygodni – znacznie też różniły się programem. Tutaj jednak chciałbym się skupić na trasie, która była najdłuższa i – jeśli można tak powiedzieć – najbogatsza: niemal czterotygodniowa autokarowa eskapada „from Coast to Coast”, czyli „od wybrzeża do wybrzeża”, mająca swój początek w położonym nad Pacyfikiem Los Angeles, a kończąca się w nadatlantyckim Nowym Jorku. To będzie także pretekst do podzielenia się z Wami uwagami dotyczącymi tzw. turystyki „masowej”, rzeczywistości amerykańskiej (zarówno od strony socjologicznej i politycznej), jak i niewątpliwej „atrakcyjności turystycznej” tej ziemi – być może zahaczając także o nasz narodowy charakter (a o psychologicznych aspektach – i perypetiach – obcowania z rodakami w czasie wspólnego zwiedzania Ameryki, książkę całą można byłoby spisać – pełną tak dumy i radości, jak też pewnej dozy wstydu i żenady).

Odpoczynek na trasie - pod Diabelską Wieżą w Wyoming i polskim orłem na autokarze

Odpoczynek na trasie – pod Diabelską Wieżą w Wyoming i polskim orłem na autokarze

Wycieczki odbywały się pod szyldem chicagowskiego biura podróży Exotica Travel, którego założycielem był Andrzej Kulka, znany obieżyświat, pasjonat poznawania świata i doświadczony podróżnik, jednak ich organizacja należała do mnie (w czym pomagała mi żona Andrzeja, Jola; Andrzej w tym czasie – praktycznie całe lato – przebywał bowiem na swojej ukochanej Alasce), włącznie z ustaleniem programu imprezy, rezerwacją noclegów i zapewnieniem transportu (autokary wypożyczała nam, wraz z kierowcami, zlokalizowana w Arizonie firma VIA). Grupy, które pilotowałem na tej trasie składały się zwykle z 35 – 50 osób i rekrutowały się (najczęściej po połowie) zarówno z amerykańskiej Polonii (klienci naszego biura), jak i z Polaków, „zebranych” przez polskie biura podróży w kraju.
Było to oczywiście spore wyzwanie pod względem logistycznym, które było o tyle łatwiejsze w realizacji, że infrastruktura obsługi turystycznej w Stanach jest doskonale rozwinięta, a ponadto – co było chyba najważniejsze dla powodzenia tych szalonych mimo wszystko imprez – trasa uwzględniała tak atrakcyjne, ciekawe i fascynujące miejsca, że nie miałem większych problemów z ułożeniem programu (niejaką trudność sprawiała tylko konieczność rezygnacji, z tego, co warte było zobaczenia, a na co już nie było czasu). Pomogły mi w tym moje wcześniejsze wizyty w tych miejscach, zarówno prywatne, jak i „zawodowe” – w ramach krótszych wycieczek „tematycznych”, skupiających się na zwiedzaniu poszczególnych rejonów Ameryki (Wielki Kanion, Kalifornia, Yellowstone, Czarne Wzgórza, Niagara – Waszyngton – Nowy Jork, Nowa Anglia, Apallachy… etc.) Nie bez znaczenia były także rady, jakie wcześniej otrzymałem zarówno od Andrzeja Kulki, jak i Tadeusza Reka (właściciela agencji Rek Travel), którzy pilotowali wycieczki, kiedy ja jeszcze nawet o tym nie marzyłem.
Pozwolę sobie tutaj przedstawić program jednej z wersji tej wyprawy, która z roku na rok zmieniała nieco swoje itinerary, trwając kilka dni krócej lub dłużej – w zależności od warunków, jakie wówczas musieliśmy brać pod uwagę. Jednak jej „szkielet” pozostawał ten sam: chodziło o prezentację najatrakcyjniejszych miejsc, jakie można było spotkać na trasie biegnącej w poprzek całego kontynentu – z Los Angeles do Nowego Jorku – i realizowanej w ciągu 22- 27 dni. Oto on (w wersji reklamowej, jaką dostawali do ręki nasi klienci):

.

DZIEŃ 1: Przylot do LOS ANGELES, zakwaterowanie w hotelu.

DZIEŃ 2: HOLLYWOOD * BEVERLY HILLS * SANTA MONICA.  Zwiedzanie Los Angeles i Hollywood: Chiński Teatr, odciski dłoni i stóp filmowych gwiazd. Przejażdżka Bulwarem Zachodzącego Słońca, dzielnica milionerów Beverly Hills, Santa Monica, plaża nad Pacyfikiem.

DZIEŃ 3LOS ANGELES. Dalsze zwiedzanie miasta: studia filmowe Universal (alternatywa: Centrum Getty’ego lub Muzeum Sztuki Współczesnej – LACMA). Park i Obserwatorium Griffith’a, zachód słońca na plaży w Malibu.

DZIEŃ 4: SANTA BARBARA. Kwintesencja Kalifornii: malownicze miasteczko Santa Barbara, zwiedzanie franciszkańskiej misji, historia Kalifornii. Spacery, plażowanie, oceaniczna fauna i flora. Wieczorem – niespodzianka.

DZIEŃ 5: HEARST CASTLE * EL CAMINO REAL * CARMEL * MONTEREY. Ekstrawagancja eklektyzmu i bogactwa: pałac magnata prasowego Williama Hearsta. Widokowa trasa nad Pacyfikiem (El Camino Real – Droga Królewska), przełomy Big Sur i anegdoty o życiu słynnych mieszkańców tej miejscowości (Henry Miller, Orson Welles, Rita Hayworth, Doris Day…), czerwone sekwoje (“redwoods”), niezwykła miejscowość Carmel, misja Ojca Junipero Sera, knajpa Clinta Eastwooda. Kolacja w porcie nad Zatoką Monterey.

DZIEŃ 6: SAN FRANCISCO. Dzień spędzamy w jednym z najpiękniejszych miast Ameryki – San Francisco. Nabrzeże rybackie (Fisherman’s Wharf). Rejs po Zatoce oferujący wspaniałą panoramę miasta i wyspy Alcatraz. Most Golden Gate, niespodzianki… Obiad i zakupy w Chinatown.

DZIEŃ 7: NAPA VALLEY. Dzień pełen relaksu w winiarskim zagłębiu Kalifornii. Wizyta w najciekawszych winnicach: Mondavi, Hess, Coppola… degustacja win i serów.

DZIEŃ 7SIERRA NEVADA * YOSEMITE. Spacery i relaks w Górach Śnieżnych (Sierra Nevada). Park  Narodowy Yosemite (najpiękniejsza dolina polodowcowa na świecie), kąpiel w rzece Merced; imponujące granitowe kolosy Half Dome i El Capitan; sekwoje mamucie, przełęcz Tioga, niezwykłe jezioro Mono…

DZIEŃ 8 : DOLINA ŚMIERCI * LAS VEGAS. Góra Mt. Whitney (najwyższa w USA, bez Alaski). Dolina Śmierci: wydmy, słone równiny, gaj palm daktylowych… Po południu docieramy do szalonego Las Vegas. Pełna wrażeń noc w światowej stolicy hazardu i rozrywki. Nocleg (?) w Las Vegas.

DZIEŃ 9 : LAS VEGAS * HOOVER DAM * ARIZONA.  Wypoczynek i odsypianie nocnych szaleństw. Około południa wyruszamy do Arizony. Zwiedzamy Tamę Hoovera na rzece Kolorado. Arizona – historia i opis stanu.

DZIEŃ 10 : WIELKI KANION KOLORADO. Jesteśmy w jednym z najsłynniejszych cudów przyrody, Grand Canyon National Park. Chętni lecą nad Kanionem samolotem. Niezapomniany film o Kanionie (w technice IMAX). Droga nad południową krawędzią – podziwianie Kanionu z najciekawszych punktów widokowych. Kolacja na terenie rezerwatu Indian Navaho. Dzieje Indian Ameryki Północnej.

DZIEŃ 11 : UTAH * BRYCE * MORMONI. Bajeczne scenerie najpiękniejszego parku stanu Utah: Bryce Canyon National Park. Wyruszamy pieszo na jeden ze szlaków. Po południu przejazd do Salt Lake City. Mormoni.

DZIEŃ 12 : GRAND TETON * JACKSON HOLE. W drodze do stanu Wyoming. Pasmo górskie i park narodowy Grand Teton; jezioro Jenny. Modne miasteczko Jackson, czyli Dziki Zachód par excellence. Nocleg w górskim schronisku w kotlinie Jackson Hole.

DZIEŃ 13 : YELLOWSTONE.  Najstarszy i najsłynniejszy park narodowy na świecie: Yellowstone. Gejzery, błotne wulkany, gorące źródła, dzika zwierzyna, doliny pełne bizonów. Wielki Kanion, rzeka i jezioro Yellowstone.

DZIEŃ 14 : YELLOWSTONE. Kolejny dzień w Parku Narodowym Yellowstone: najsłynniejszy gejzer świata – Old Faithful, fantastyczne scenerie Mamucich Gorących Źródeł, kilkugodzinna wyprawa jednym z wielu yellowstońskich szlaków. Wykład i pogadanka o historii Yellowstone. Nocleg w Montanie.

DZIEŃ 15 : BIGHORN * DEVILS TOWER * DEADWOOD.  Przeprawa przez góry Bighorn. Niesamowita Diableska Wieża. Siedlisko piesków preriowych. Droga do Dakoty Południowej. Deadwood – miasteczko legend Dzikiego Zachodu – awanturnicy, rewolwerowcy, poszukiwacze złota. Nocleg na Czarnych Wzgórzach.

DZIEŃ 16 : BLACK HILLS * MT. RUSHMORE * CRAZY HORSE * BADLANDS.  Góra Mt. Rushmore i wykute na niej głowy 4 prezydentów Stanów Zjednoczonych. Największa rzeźba świata – pomnik wodza Siuksów Szalonego Konia (dzieje wojen z Indianami, życie twórcy Korczaka Ziółkowskiego). Po południu – przejazd do parku narodowego Badlands. Opowieść o Tańcu Ducha. Rzeka Missouri.

DZIEŃ 17 : DAKOTA POŁUDNIOWA – CHICAGO. Droga przez krainę Wielkich Równin prerii: Dakotę Południową, Minnesotę, Wisconsin i Illinois. Po drodze przekraczamy „króleowe” amerykańskich rzek: Missisipi i Missouri. O rozsądnej porze docieramy na nocleg do Chicago.

DZIEŃ 18 : CHICAGO. Dla gości z Polski: całodzienne zwiedzanie “Wietrznego Miasta”: Jezioro Michigan, Sears Tower (najwyższy wieżowiec w USA), Wspaniała Mila, najciekawsze miejsca downtown Chicago (śródmieście). Kolacja na Jackowie – centrum amerykańskiej Polonii.

DZIEŃ 19 : CHICAGO – NIAGARA. Wyjazd z motelu o godz. 5 rano, jazda przez stany: Illinois, Indiana, Ohio, Pensylwanię i Nowy Jork. Przyjazd nad Niagarę. Podziwiamy cud przyrody – wodospady Niagary (Podkowa, Amerykanin) z najciekawszych punktów widokowych. Kozia Wyspa. Nocleg w okolicach Buffalo, NY.

DZIEŃ 20 : APALLACHY. Przejazd przez stany: Nowy Jork Pensylwanię i Maryland. Przepiękne o tej porze roku Appallachy (złoto-czerwona jesień!) Leśny szlak – odpoczynek w górach. Malownicze prowincjonalne miasteczka.

DZIEŃ 21 : WASZYNGTON. Całodniowe zwiedzanie stolicy Stanów Zjednoczonych: Biały Dom, Kapitol (siedziba Kongresu). The Mall: Mauzoleum Lincolna, pomniki poœwięcone bohaterom wojen wietnamskiej i koreańskiej. Wykład o amerykańskiej historii i obecnej sytuacji politycznej kraju (dla zainteresowanych). Kolacja na Dworcu Union Station.

DZIEŃ 22 : WASZYNGTON * FILADELFIA. Dalszy ciąg zwiedzania DC: Monument Waszyngtona, Pennsylvania Avenue. Po południu przenosimy się do Filadelfii, byłej stolicy kraju, gdzie w 1776 r. ogłoszono Deklarację Niepodległości. Starówka, Independence Hall, Dzwon Wolnoœci, dom w którym mieszkał Kościuszko. Nocleg pod Nowym Jorkiem.

DZIEŃ 23 : NOWY JORK (MANHATTAN). Całodzienne zwiedzanie miasta: rejs statkiem pod Statuę Wolności, Światowe Centrum Handlu – World Trade Center (imponująca panorama ze szczytu jednego z wieżowców Twin Towers). Wall Street, Chinatown, siedziba ONZ, Central Park,Times Square, Broadway, 42 Ulica, Manhattan nocą…

DZIEŃ 24 : NOWY JORK. Po śniadaniu dalszy ciąg zwiedzania miasta: Piąta Aleja, Empire State Building, Rockefeller Center, katedra Św. Patryka. Ostatnie zakupy… Pod wieczór odprawa na lotnisku JFK, goodby kisses, wylot do Polski, zakończenie wycieczki. Grupa z Chicago wraca do Wietrznego Miasta.

DZIEŃ 25 : Powrót do Chicago. Szczęśliwe zakończenie podróży.

greydot

Powyższy program siłą rzeczy musiał być szkicowy, zaznaczający jedynie główne punkty programu realizowane w poszczególne dni wycieczki. Wiele miejsc celowo nie zostało objętych oficjalnym programem z uwagi na ewentualne, niezależne od nas przeszkody, które mogły wystąpić, lecz były oczywiście realizowane, kiedy tylko sprzyjały temu warunki i okoliczności. Zależało mi bardzo na urozmaiceniu programu, a jednocześnie nie przeładowaniu go – ważne było zachowanie balansu tak, by uczestnicy nie czuli ani niedosytu, ani też przesytu – a to ostatnie byłoby chyba gorsze od tego pierwszego. Z uwagi na liczebność i zróżnicowanie grupy, program musiał być różnorodny, uwzględniając zarówno zainteresowania amerykańską kulturą i cywilizacją, jak i przyrodą i krajobrazem. To ostatnie akurat było bajecznie łatwe, jako że trasa przebiegała przez rejony, których naturalne piękno według mnie nie ma sobie równych na całym globie.

Ventura Highway - kalifornijska autostrada (widok z tarasu Centrum Getty'ego)

Ventura Highway – kalifornijska autostrada (widok z tarasu Centrum Getty’ego)

Wszyscy zbieraliśmy się w Kalifornii, a konkretnie w Los Angeles, przylatując na lotnisko LAX samolotem – grupa amerykańska najczęściej z Chicago, polska – zwykle z Warszawy. Przybysze z Polski musieli się zaaklimatyzować, a że budzili się wcześnie rano, gotowi do zwiedzania, więc nie było większego problemu z realizacją programu, tym bardziej, że ekscytacja tym, że się jest w słynnym Mieście Aniołów, pomagała przezwyciężyć jet lag – zmęczenie wynikające ze znacznej różnicy stref klimatycznych i czasowych.
Zaczynaliśmy od spotkania z Pacyfikiem, które miało miejsce w Santa Monica (samo miasto LA nie ma dostępu do Oceanu), od spaceru po plaży i słynnym (choćby z „Żądła”) molo, po którym przewalały się tysięczne tłumy – pierwsza okazja, by przekonać się naocznie o niesamowitej różnorodności etnicznej Amerykanów, choć oczywiście kalifornijskie tłumy zdominowane są przez Latynosów. Jeśli czas na to pozwalał, zaglądaliśmy też na osobliwą Venice Beach, pełną kolorowych (i nie chodzi tu tylko o kolor skóry) ekscentryków, ulicznych występów, alkoholowych i marihuanowych oparów, od których jednak łatwo było uciec na obmywane przez oceaniczne fale piasek właściwej już plaży, gdzie słonawy ale rześki zapach morskiej wody mieszał się z krzykiem mew i kormoranów.
W Los Angeles spędzaliśmy zwykle kilka dni, więc nadarzała się okazja, by wybrać się do Malibu, gdzie docieraliśmy słynnym Bulwarem Zachodzącego Słońca, po uprzednim pobycie w Beverly Hills pełnym rezydencji ludzi znanych i bogatych, głównie z branży przemysłu rozrywkowego, wśród których prym wiedli słynni hollywoodzcy aktorzy (pewnego razu, wychodząc z toalety w Beverly Hills Hotel, do którego czasem zaglądaliśmy, wpadłem niemalże na Warrena Beatty). Nie mogło się też obejść bez wizyty w samym Hollywood – w miejscu pod tzw. „Chińskim Teatrem”, gdzie na trotuarze znajdują się odciski dłoni słynnych hollywoodzkich gwiazd; zaglądaliśmy też na kilka godzin do studiów filmowych Universal, które z prawdziwym studio filmowym niewiele wszak mają wspólnego, będąc tzw. „parkiem tematycznym”, co wcale większości uczestnikom naszej wycieczki nie przeszkadzało, dostarczając szalonej zabawy. Alternatywą dla Universal Studios było niezwykle bogate w dzieła sztuki Centrum Getty’ego (swego czasu najdroższy kompleks muzealny na świecie) lub nie mniej bogate (zwłaszcza w dzieła sztuki współczesnej) muzeum LACMA. (O tym, co ostatecznie wybieraliśmy, decydowały wcześniejsze – dokonywane w sposób „demokratyczny” – ustalenia.)

Atrakcji w Los Angeles County nie brakuje a program nasz był na tyle elastyczny, że za każdym razem pozwalał wybrać coś innego, w zależności o oczekiwań i preferencji uczestników wycieczki. Wiec kiedy tylko było można zabierałem całą grupę, by pokazać im niespodziankę – największy na świecie obraz o tematyce religijnej namalowany przez Jana Stykę i prezentowany w wybudowanym specjalnie do tego celu gmachu na terenie Forest Lawn Memorial Park w Glandale – cmentarzu skądinąd równie ciekawym, i to nie tylko architektonicznie, bo znajdują się tutaj miejsca ostatniego spoczynku takich ludzi, jak np. Walt Disney, Clark Gable, Humphrey Bogart, Errol Flynn, Douglas Fairbanks, Nat King Cole, bracia Marx, Mary Pickford, Liz Taylor… a także sam Jan Styka, jak również – ostatnio – Michael Jackson. Warto też było wspiąć się na hollywoodzkie wzgórza, by z bliska zobaczyć ów słynny napis. Natomiast z tarasu pobliskiego obserwatorium Griffitha zobaczyć można było całą panoramę „Wielkiego” Los Angeles – szczelnie wypełnioną miejskimi zabudowaniami olbrzymią nieckę, nad którą zazwyczaj unosił się lekko sinawy smog – mieszanina pary wodnej i samochodowych spalin (mimo że Kalifornia posiada najbardziej restrykcyjny system badania emisji gazów w całych Stanach). Patrząc na bezkres tej urbanistycznej monotonii, można było sobie uświadomić niezwykłą trafność tego, co ktoś kiedyś powiedział o tym mieście: „Los Angeles to siedemnaście przedmieść w poszukiwaniu metropolii”.

Los Angeles to dobre miejsce na pierwsze spotkanie z Ameryką, nie tylko dlatego, że może ono być wstępem do zapoznania się z tym, co cywilizacja Zachodu uczyniła z dziewiczego (z punktu widzenia Europejczyków) kontynentu w ciągu ostatnich kilku wieków, ale i dlatego, że w sposób płynny oszołomienie związane z różnicą czasową, klimatyczną i długim lotem tutaj, wypierane jest przez oszołomienie, nazwę je, „kulturowe”, wywołane zderzeniem się z pewną mitologią LA i całej Kalifornii – także konfrontacją wyobrażeń z realnością (co zresztą uznać można za główny motyw całej naszej kontynentalnej eskapady). Nigdy bowiem nie jest tak, że nasze wcześniejsze wyobrażenia pokrywają się z zastaną przez nas rzeczywistością. Zwykle rzeczywistość ta je przerasta – i to zarówno pozytywnie (kiedy się zachwycamy), jak i negatywnie (kiedy spotyka nas rozczarowanie). Tak, czy siak, wszystko jest inne, niż sobie wyobrażamy.

Póki co opuszczamy metropolię Los Angeles i po Ventura Highway kierujemy się na północ. Czeka nas jedna z najpiękniejszych tras scenicznych świata: biegnąca wzdłuż pacyficznego wybrzeża słynna Highway 1, która bez wątpienia najciekawsza jest na odcinku między San Simeon a Carmel. Lecz wcześniej zaglądamy jeszcze do urokliwego na pierwszy rzut oka miasteczka Santa Barbara, gdzie zwiedzamy malowniczą misję franciszkańską, a zgromadzone tam artefakty są pretekstem do opowiedzenia historii europejskiej kolonizacji Kalifornii, znaczonej zarówno krzyżem, jak i mieczem, wpraszającej się ongiś na te ziemie z całym dobrodziejstwem swojego inwentarza – kultywującą ziemię, ale i niszczącą sposób życia, kulturę, a często i zdrowie czy nawet życie tubylców, zwanych przez kolonizatorów i misjonarzy „dzikimi”.
Dalsza droga na północ przebiega po falujących wzgórzach, których zbocza porastają dzikie zboża (pozostałość po zasiewach misyjnych gospodarstw) nadające im miedziano-rudawy, złoto-miodowy kolor, jak również suchorosty i trawy – to tam gdzie znajdują się ogrodzone drutem rancza, na których pasą się leniwie krowy i konie. W niektórych rejonach zaś zbocza są jasno-zielone: to winnice, gdzie w beczkach lub (częściej) metalowych kadziach dojrzewa dionizyjski płyn otrzymany z gron pino grigio, shiraz lub zinfandel. Droga oddala się co jakiś czas i zbliża do Oceanu, kiedy więc widać plażę, a na niej wylegujące się stada lwów morskich i fok, jest wtedy okazja do tego, by się zatrzymać, rozprostować kości, pospacerować po plaży, zaczerpnąć tlenu i poobserwować na pozór leniwe życie kolonii tych morskich zwierząt.

Złoty posąg z Hearst Castle - z widokiem na kalifornijskie wybrzeże i Pacyfik

Złoty posąg w ogrodzie Pałacu Hearsta – z widokiem na kalifornijskie wybrzeże i Pacyfik

.

Żelaznym punktem programu na tej trasie jest wizyta w osobliwym, lecz niezmiennie robiącym wielkie wrażenie Hearst Castle, czyli w pałacu magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta, który widoczny jest z Highway One już z odległości kilku mil – niczym miraż drgający na szczycie wysokiego, nabrzeżnego wzgórza. Pobyt na ranczo Hearsta trwa dobrych kilka godzin: specjalne autobusy zawożą naszą grupę do Pałacu, gdzie przewodnicy oprowadzają nas po komnatach („żywcem” ściągniętych tutaj z europejskich dworów, pałaców i zamków – wraz z całym wyposażeniem w dzieła sztuki, meblami i sztukaterią), wiodą po ogrodach i basenach, z których jeden przypomina jakąś szczególnie pyszną wersję luksusowej rzymskiej łaźni, topiąc się w misternych mozaikach i błękitach ceramicznych wykładzin. Nie tylko oczyma wyobraźni można zobaczyć hollywoodzkie gwiazdy – m.in. Charliego Chaplina, jak pływa w basenie ubrany w śmieszne kąpielowe gatki, zabawiając przy tym znamienitych gości – bo oto w znajdującej się w Pałacu sali kinowej oglądamy film dokumentalny ukazujący high life w stylu retro, w wykonaniu towarzystwa, które zapraszał do siebie Hearst. Wokół Pałacu dziesiątki hektarów ogrodów drzew cytrusowych (pomarańcze i granaty) oraz pastwisk, gdzie przy odrobinie szczęścia dojrzeć można… zebry, których potomkinie swego czasu żyły w prywatnym zoo Hearsta wraz z innymi egzotycznymi zwierzętami, takimi jak słonie, żyrafy, lwy i hipopotamy.

Lecz to nie koniec ekstrawagancji mieszkańców kalifornijskiego wybrzeża, bo oto na naszej drodze czeka nas jeszcze niejedna niespodzianka, z których najbardziej dziwaczną, chociaż nie pozbawioną swoistego uroku, jest zajazd Madonna Inn – niczym wyjęty z bajek o chatce z piernika. Kilkadziesiąt minut dalej robi się jednak bardziej ekskluzywnie i… literacko: docieramy bowiem do owianego legendą (nie tylko amerykańskiej bohemy) Big Sur. Droga jest wąska i niewiarygodnie kręta, skąpo zarośnięte wzgórza ustępują miejsca prawdziwym górom. Ich stoki porasta las coraz większych drzew, wśród których zaczynają się pojawiać redwood, czyli sekwoje czerwone „wiecznie zielone” (tak wiem, zbitka jest trochę dziwna, ale taka jest łacińska nazwa tych drzew: sempervirens) – drzewa, które są najwyższymi drzewami na naszej planecie. Tak, w okolicach Big Sur zaczyna się krasnobór, ale sekwoje tutaj nie są jeszcze tak wysokie, jak na północnym wybrzeżu Kalifornii, blisko granicy z Oregonem. Niemniej jednak spacer wśród wysokich na 70-90 metrów gigantów, czyni z nas mrówki, które nota bene nie mogą wyjść z podziwu nie tylko z powodu rozmiarów tych roślin, ale i z gwałtownej zmiany w ukształtowaniu terenu, tudzież aparycji otaczającej nas flory.
Pojawia się też gratka dla miłośników literatury, zwłaszcza tej bardziej krwistej i pieprznej, którą „strzepną” ongiś ze swojego pióra – czy też raczej wystukał na maszynie do pisania – enfant terrible amerykańskich men of letters, Henry Miller, który Big Sur uczynił swoim domem na wiele lat (a swój pobyt tam opisał choćby w książce „Big Sur i pomarańcze Hieronima Boscha”). Wprawdzie do posiadłości, w której mieszkał pisarz nie ma już dostępu, to jednak możemy się zatrzymać w bibliotece jego imienia – wypełnionej nie tylko wszystkimi dziełami, które spłodził za swego życia Miller, ale i memorabiliami powodującymi, że duch obrazoburczego pisarza daje się wyczuć całkiem wyraźnie – i to nie tylko wśród zwisających z sufitu książek.
Ale to nie koniec naszych zawrotów głowy – czeka nas bowiem jeszcze kilkaset zakrętów – i kilka punktów widokowych na wysokich klifach, skąd roztaczają się widoki nie do opisania, i gdzie szmaragdowo-lazurowe wody Oceanu spotykają się z ciemno-brązowo-zielonymi wzgórzami, obmywając brzegi spienionymi grzywaczami fal, które wciskają się w półkola zatok i uderzają z hukiem o skały. Natura po raz pierwszy daje znać o sobie w tak intensywny sposób – i wrażenie to nie opuści nas aż do momentu, kiedy za kilka tygodni zjeżdżać będziemy ze wschodnich zboczy Apallachów, ku stolicy, na drugim krańcu Ameryki. Tutaj dla grup szczególnie zainteresowanych przyrodą, przygotowaną mam w zanadrzu nie byle jaką niespodziankę: jeśli czas pozwala, zanim jeszcze, opuściwszy dramatyczne wybrzeże Big Sur dotrzemy do Carmel, tuż przed tym miasteczkiem, zbaczamy lekko z drogi i wjeżdżamy do miejsca, które niezmiennie cieszy się moim zachwytem, a mianowicie do rezerwatu dzikiej przyrody zwanego Point Lobos State Preserve. (Nawet nie próbuję tu zaczynać opisu tego wszystkiego, co się tam znajduje, bo zajęłoby mi to kilka następnych scrolli myszką.)

No i wreszcie jesteśmy w Carmel – surowość Big Sur zamieniona w lekko kiczowatą, ale nie pozbawioną też smaku i elegancji, zabudowę miasteczka, które całe wydaje się być jednym wielkim (czy też raczej małym) wypoczynkowym resortem. Czy pasuje to wszystko do Clinta Eastwooda, który swego czasu był tutaj merem? Lecz zostawmy na razie Brudnego Harry’ego (część z nas uda się wieczorem na kolacje do knajpy, której właścicielem jest właśnie Clint, a która nosi jakże romantyczną nazwę: Hog’s Bretah, co daje się przetłumaczyć, jako Oddech Wieprza). Carmel jest niewielkim miasteczkiem, można je obejść spokojnym spacerkiem w parę kwadransów, a zatrzymać się choćby na plaży, na którą nawieziono góry białego, miałkiego jak mąka piasku i gdzie – niemal rytualnie – każdego wieczoru setki ludzi wyczekują na spektakularny zachód Słońca. I tylko nieliczni (jeśli ktokolwiek) wiedzą o tym, że kilka kroków stąd znajduje się nabrzeżny domek z kamieni wybudowany przez jednego z największych poetów amerykańskich Robinsona Jeffersa, (o którym swego czasu tak wiele pisał Miłosz). Nie sposób także pominąć franciszkańskiej misji. Ta w Carmel jest szczególna i to nie tylko dlatego, że znajduje się w niej kościół mający status bazyliki, i że pochowany jest tutaj „szef” Franciszkanów, Ojciec Juniperro Serra, postać intrygująca – tak samo zresztą, jak dzieje i pozostałości całego misyjnego łańcucha, jaki wzdłuż tzw. Camino Real (czyli Drogi Królewskiej), stworzył fanatyczny flagellant Serra. Uderza malowniczość tego miejsca (więc nie dziwi wcale to, że misję San Carlos Borromeo del Rio Carmelo nazwano Klejnotem Misji), jak również jego autentyzm, mimo konieczności przystosowania się do turystycznych wymagań.
Kiedy czas pozwala wybieramy się na przejażdżkę drogą sceniczną 17-Mile Drive, objeżdżając zalesiony półwysep, zasiedlony przez upper class – ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na zakup i utrzymanie posiadłości w jednym z najdroższych zakątków Kalifornii. Droga jest prywatna, trzeba za nią płacić, każdy otrzymuje mapkę z najciekawszymi punktami na trasie, wśród których największą bodaj popularnością cieszy się tzw. Samotny Cyprys – ponoć najczęściej obfotografowywane drzewo kalifornijskiego wybrzeża. Lecz na drodze tej nie uświadcza się tłumów. Jedziemy bardzo blisko Oceanu, tuż obok poszarpanych skał pełnych morskich zwierząt i gwarnych ptasich kolonii; to znów przejeżdżamy przez zielone, schludnie utrzymane pola golfowe, lub lasem, w którym znajdują się rezydencje milionerów. Kiedy kończy się 17-Mile Drive, zaczyna się Monterey, jeden z największych portów rybackich zachodniego wybrzeża. Jet okazja, by wspomnieć o Johnie Steinbecku, który spędził tu kawał swojego życia i utrwalił tę okolicę w swoich najsłynniejszych książkach: „Cannery Row”, „Tortilla Flat” i „Grona gniewu”. Podekscytowani mogą się także poczuć fani muzyczni: to tutaj bowiem odbył się pierwszy wielki rockowy spęd pączkujących wówczas (bo jeszcze przed Woodstock) dzieci kwiatów, a każdego roku ma w Monterey miejsce słynny Festiwal Jazzowy. Po kolacji w porcie – z widokiem na kutry i las jachtowych masztów – wśród krzyków mew i charakterystycznego zapachu morza (zdominowanego przez zapach ryb i rozkładających się wodorostów), pora opuścić to miejsce i uderzyć dalej na północ, bo jeszcze tej nocy czeka nas dotarcie w okolice San Francisco.

Pod mostem Golden Gate

Pod mostem Golden Gate

Jeśli pora jest jeszcze w miarę przyzwoita, czeka wszystkich niespodzianka, którą jest niezwykły widok: San Francisco by nightnocna panorama miasta, którą najlepiej jest zobaczyć z tzw. Treasure Island, położonej na Zatoce San Francisco wyspy (zamiast skarbów wszak, znajduje się tu baza amerykańskich marines; zresztą, właściwa nazwa wyspy brzmi Yerba Buena Island, czyli Wyspa Dobrego Zioła), a stanowiącej lądową podporę dla długiego na 7 km. Mostu Zatokowego (nota bene zbudowanego pod nadzorem Rudolfa Modrzejewskiego, syna słynnej Heleny). Widok rozświetlonego bajecznie skyline San Francisco to niezłe preludium do poznania miasta, zaostrzające apetyt na zwiedzanie, które zaplanowane jest na następny dzień.

Można się chyba zgodzić z tym, że San Francisco to najbardziej malownicze miasto Ameryki Północnej, o bardzo specyficznej atmosferze, posiadające swój wyraźnie rozpoznawalny charakter, który jest wypadkową nie tylko historii tego regionu i zamieszkujących go ludzi, ale i ukształtowania terenu oraz klimatu przypominającego nieco śródziemnomorski w Europie, tyle że otulany często mgłą, której wilgotna „mleczność” sprawia, że wszystko, zwłaszcza na początku dnia, zanurza się tu w odrealnionej bladości, ustępującej stopniowo miejsca kolorom rzeczy rozświetlonych przez Słońce, które zaczyna królować na niebie zwykle gdzieś koło południa, uwidaczniając urodę miasta, Zatoki i okolicznych wzgórz.
Najlepiej jest zacząć dzień od zakotwiczenia się przy Fisherman’s Warf, nabrzeżu portowym, gdzie dziesiątki piersów dają świadectwo tego, jaką potęgą morską było (i nadal jest) San Francisco. Niestety, jest to również epicentrum turystyczne miasta, więc po krótkim pobycie tutaj, dobrze jest wybrać się na rejs po Zatoce, pozwalający na pierwsze bezpośrednie zetknięcie się z potęgą mostu Golden Gate rozpostartego nad wąską cieśniną łączącą Zatokę z Oceanem. Podczas rejsu zapoznajemy się też bliżej z Wyspą Pelikanów, gdzie zainstalowano słynne więzienie Alcatraz (niekiedy udaje się nam zejść tam na ląd i zaglądnąć do smutnych cel oraz wejść na nie mniej ponure dziedzińce – a stanowi to szalony kontrast z atmosferą panująca w mieście, oddalonego zaledwie o parę kilometrów stąd). Po pobycie na Fisherman’s Wharf wybieramy się na objazd całego San Francisco, wyszukując miejsca i punkty widokowe, z których najlepiej byłaby widoczna malownicza uroda tego miasta. Wśród nich są moje dwa ulubione: widok z Twin Peaks (zbieżność nazwy tego wzgórza z tytułem znanego serialu Davida Lyncha chyba przypadkowa), gdzie ze szczytu wysokiego pagórka, wyrastającego w samym środku miasta, doskonale widać jego panoramę – regularną, falującą wraz z pofałdowanym terenem, na którym wybudowano ciągnące się po horyzont osiedla złożone z budynków pomalowanych na jasne, pastelowe kolory. Drugim znakomitym miejscem skąd można zobaczyć całe San Francisco, z jego „oceaniczną” topografią miasta portowego, jest punkt widokowy po drugiej stronie cieśniny, na zboczu góry, która wznosi się nad mostem Golden Gate. Aby tam się dostać, trzeba oczywiście przejechać samym mostem, co jest dla wielu z nas ekscytującym i niezapomnianym przeżyciem, tym bardziej, że mostu Złotych Wrót można dosłownie „dotknąć”, przechadzając się po nim (i mając nadzieję, że akurat wtedy nie spotka się na nim żadnego samobójcy – bo niestety most „cieszy się” z tego powodu złą sławą). Lecz wspomniany punkt widokowy, (na który trzeba się wspiąć krętą drogą, bo położony jest on kilkaset metrów nad poziomem Oceanu) pozwala zapomnieć o całym złu i brzydocie, której niestety nasz świat nie jest pozbawiony. To, co można stamtąd zobaczyć, stanowi według mnie esencję amerykańskiej urody – harmonijne połączenie piękna naturalnie ukształtowanego terenu z urbanistyczną zabudową, która akurat tutaj tego piękna nie gwałci, ale komplementuje je i wzbogaca (w niewielu miejscach na świecie miałem takie poczucie zgodności – zwykle bowiem ubolewam nad faktem panoszenia się cywilizacyjnej sztuczności w autentycznym, naturalnym środowisku, czyli inwazji, która często bywa dla tego środowiska zabójcza). Niepozbawiona gracji – a przecież ciężka i olbrzymia – konstrukcja mostu (nie bez znaczenia jest tutaj styl art deco, w jakim zbudowano Golden Gate, jak również to, że pomalowano go na taki żywy i pogodny kolor, będący czymś w rodzaju połączenia barwy ceglastej z różową), kontrastująca z lazurowo-niebieską wodną taflą Zatoki i modrą migotliwością falującej powierzchni Oceanu, spinająca ze sobą żółto-brunatne zbocza wzgórz osadzonych po obu stronach cieśniny i stanowiąca pierwszy plan dla ogólnej panoramy miasta z widocznymi na horyzoncie wieżowcami dowtnown – to wszystko składa się na jeden z najpiękniejszych amerykańskich pejzaży łączących cywilizację z Naturą (sorry Wschodnie Wybrzeże).

Pamiątka z San Francisco – w tle: słynne kamieniczki “Victorian Ladies” i wieżowce downtown

Pamiątka z San Francisco – w tle: słynne wiktoriańskie domki “The Painted Ladies” i wieżowce downtown

.

Niekiedy, skoro już byliśmy po drugiej stronie mostu, decydowałem się na mały wypad do pobliskiego rezerwatu przyrody Muir Woods, bajecznego lasu, gdzie rosną piękne okazy redwood, (i w którym znajduje się ścięty pień olbrzymiej sekwoi, jaki zainspirował kiedyś Herberta do napisania jednego z wierszy Pana Cogito). A jeśli czas nagli, to wracamy do miasta, by przejechać się słynnym tramwajem po nie mniej słynnych stromych ulicach San Francisco, odwiedzić najbardziej krętą na świecie ulicę Lombard, zajrzeć do jednego z parków, pojawić się na Alamo Square (gdzie stoją pocztówkowe „Malowane Panie” – wiktoriańskie domki, rozsławione przez telewizyjny serial „Full House”); przejechać się ulicą Castro (tu kłania się Milk i centrum gejowskie Ameryki) lub w rejonie Ashbury Heights, gdzie pojawiły się pierwsze dzieci-kwiaty i skąd hippiesowska kontrkultura zawojowała później spory kawał świata, docierając także i do zgrzebnej wówczas peerelowskiej Polski; no a na kolację udać się do chińskiej dzielnicy – żółto-czerwono-złotego zgiełku i kolażu dźwięków, barw i zapachów Azji, która zadomowiła się na kontynencie Ameryki Północnej. Pełni wrażeń, późnym wieczorem wyjeżdżamy na nocleg poza miasto. Będąc na Moście Zatokowym, ostatni raz rzucamy okiem na rozświetlone milionami świateł San Francisco.

Wersja rozszerzona programu uwzględniała także wizytę w Napa Valley – zagłębiu winiarskim Ameryki. Gdzieś tak w latach 60-tych ubiegłego roku amerykańskie wina zaczęły się liczyć w świecie, konkurując z powodzeniem z produktami winnic włoskich, hiszpańskich czy francuskich. Nastąpił wówczas boom, i od tamtego czasu winnicom kalifornijskim (zwłaszcza tym, które położone są w Napa Valley, jak również w sąsiedniej Sonoma Valley) dzieje się dobrze – większość z nich to obecnie bogate posiadłości, mające swój charakter, choć przypominające niekiedy do złudzenia to, co można spotkać w Toskanii, Prowansji czy Andaluzji. Łagodny klimat, dużo słońca, odpowiednio nachylone stoki, dobra (bo niezbyt bogata) gleba – to wszystko przyczynia się się do sukcesu win z dolin Napa i Sonoma. Ale rzeczą równie ważną dla  tego rejonu jest to, że stał się on jedną z największych atrakcji Kalifornii – każdego roku przybywa tu około 5 milionów wizytorów. Niekiedy tę liczbę zasilaliśmy i my sami.
Winnic w Napa Valley jest około 400, wiele z nich można zwiedzić, przyjrzeć się z bliska procesowi produkcji wina, zajrzeć do piwnic, obejrzeć kadzie i beczki, gdzie płyn dojrzewa, wziąć udział w degustacji, która jest pewnego rodzaju ceremoniałem… Pamiętam wizytę w winnicy Roberta Mondaviego (to jest chyba największy winiarski kombinat produkcyjny w Dolinie), w posiadłości Francisa Forsa Coppoli, który jakiś czas temu zajął się na poważnie winogronami; także w winnicy Hessa, która jest o tyle ciekawa, że połączona jest z bogatą galerią sztuki współczesnej (posiada m.in. bogate zbiory dzieł Magdaleny Abakanowicz). W Dolinach Napa i Sonoma można spędzić parę tygodni (jest to bowiem raj nie tylko dla miłośników dobrego wina, ale i znakomitej kuchni), znajduje się tu także wiele ciekawych miejsc związanych z naturą (m.in. gejzery i gorące źródła) – no i nie bez znaczenia w tym wszystkim jest krajobrazowe piękno: łagodne wzgórza porośnięte regularnymi zagonami winnych latorośli, które najpiękniej wyglądają jesienią, czyli w porze, kiedy wszystkie winnice ożywają, mienią się kolorami, nie tylko zielono-żółto-czerwonymi liśćmi, ale i granatowymi lub seledynowymi kiśćmi nabrzmiałych sokiem gron.

W Dolinie Yosemite

W Dolinie Yosemite

Z Doliny Napa odbijało się na południowy wschód i wypatrywało na horyzoncie gór Sierra Nevada, które stanowią potężny granitowy szkielet odgraniczający płaską jak patelnia Dolinę Sacramento od pustynnego interioru. Nevada znaczy śnieg – i rzeczywiście już z daleko zaczynały nam majaczyć na wschodzie białe ośnieżone grzbiety wysokich na 4 km szczytów, wśród których kryła się gdzieś Yosemite Valley – najpiękniejsza polodowcowa dolina na świecie. Zwykle do parku Narodowego Yosemite zajeżdżaliśmy od strony południowej, gdzie – w miejscu zwanym Mariposa Grove – po raz pierwszy mogliśmy zetknąć się z innym gatunkiem sekwoi – gigantycznymi mamutowcami, które są nie tyle najwyższymi (bo najwyższe są sekwoje redwood), co największymi drzewami na świecie (jedno takie drzewko może ważyć ponad tysiąc ton!). Rozmiar tych drzew dosłownie powala z nóg – wydaje się wprost niewiarygodne, że roślinki o podobnych gabarytach mogą żyć na naszej planecie. Przy takim Grizzly Giant (tak się nazywa najbardziej znana sekwoja rosnąca w zagajniku Mariposa), człowiek czuje się niczym  mróweczka, która zadziera swą główkę do góry i nie może ogarnąć potęgi czegoś, co jest żywe jak ona, ale niepomiernie ją przerasta .
Aby dotrzeć do Doliny, trzeba długiej jazdy krętą górską drogą wśród urodziwych tu nad wyraz jodeł, świerków i sosen. Po paru godzinach czekał na nas widok wprost nieziemski, który wyłonił się natychmiast kiedy tylko wyjechaliśmy na światło dzienne z ciemnego tunelu: oto przed nami w całej swej okazałości ukazała się długa na 10 km. niecka o płaskim, porośniętym lasem dnie, otoczona zewsząd wysokimi na kilometr, niebiesko-szarymi, niemalże pionowymi granitowymi ścianami, których potęga i monumentalizm zapierał wszystkim dech w piersiach. Po lewej stronie widoczny był stromy El Capitan – najwyższy na świecie, odsłonięty blok granitowej skały; na wprost nas charakterystyczna sylwetka Pół-Kopuły (Half Dome), granitowej góry ściętej pionowo przez lodowiec niczym przez jakiś gigantyczny nóż; po prawej: wodospad Welon Panny Młodej (cóż, nazwa mało oryginalna, ale jednak adekwatna do wyglądu tej białej szerokiej strugi spadającej z wysokiej grani i rozpryskującej się w tęczowy wachlarz).
W Dolinie spędzaliśmy kilka godzin – za mało! za mało! – ech, jakże żal było ją opuszczać, tym bardziej że kusiło nas wiele szlaków – np. ten, który prowadził na skalną półkę, z której spadał w przepaść strumień, tworząc Wodospady Yosemite – najwyższe na kontynencie (739 m.) Lecz niestety z Doliną należało się pożegnać przed wieczorem, bo jeszcze tego samego dnia musieliśmy dotrzeć na drugą, wschodnią stronę gór. Na szczęście nie można było dostać się tam inaczej, jak pokonując Tioga Pass – a droga przez tę przełęcz pozwala jednak ogarnąć całą górską urodę Sierra Nevada – z jej łąkami, lasami, strumieniami, jeziorami, gołoborzami, rumowiskami skalnymi i granitowymi ścianami… Przy odrobinie szczęścia można było nawet spotkać baribala – czarnego niedźwiedzia (niestety, ostatni niedźwiedź grizzly ostał się w Kalifornii tylko na… stanowej fladze). Po spektakularnym i bez mała karkołomnym zjeździe z przełęczy, natrafialiśmy jeszcze na osobliwe (bardzo) słone i stare Jezioro Mono z jego księżycowym krajobrazem tufowych szpic, wież i ostańców – i ten widok zwykle był ostatnim widokiem tego dnia, bo było już po zmroku, kiedy Doliną Owensa jechaliśmy na nocleg, który zwykle czekał nas w Bishop.

Tego dnia mamy dotrzeć do szalonego Las Vegas, ale zanim to nastąpi, poznajemy kolejne niezwykłe miejsce na naszej trasie: cieszącą się złą sławą, lecz bez wątpienia ciekawą geologicznie, krajobrazowo i kolorystycznie Dolinę Śmierci. Jesteśmy już na terenach par excellence pustynnych – wilgoć nadciągająca znad Oceanu zatrzymała się na zboczach gór po drugiej, zachodniej stronie łańcucha Sierra Navada. Tutaj jest sucho i gorąco, ziemie pokrywa żwir, piasek kamienie i skąpa roślinność – na spieczonej bezlitosnym słońcem ziemi walczą o życie nieliczne zwierzaki, a także suche krzewy, kaktusy i emblemat pustyni Mohawe: drzewka Jozuego, których rozczapierzone „gałęzie” przypomniały Mormonom rozpiętego na krzyżu Jezusa (stąd nazwa „drzewek”, które tak naprawdę są jednym z rodzajów jukki). Póki co jesteśmy jeszcze w obrębie Doliny Owensa, w której jest sporo ciekawych miejsc: stanowisko najstarszych drzew na świecie, liczących około 5 tysięcy lat sosen długowiecznych (The Ancient Bristlecone Pine Forest w Górach Białych); pozostałości obozu – de facto – koncentracyjnego, jaki rząd amerykański stworzył dla swoich obywateli japońskiego pochodzenia w czasie II wojny światowej; Alabama Hills – niezwykle malownicze formacje skalne, wśród których nakręcono całe mnóstwo hollywoodzkich filmów, głównie westernów; Portal Whitney – leśne obozowisko-marzenie, doskonałe miejsce wypadowe do wyprawy na Mt. Whitney, najwyższą górę Stanów Zjednoczonych (nie licząc Alaski z jej bezkonkurencyjnym kolosem – Denali). Oczywiście na wszystkie atrakcje nie ma miejsca – wybieram więc te, o których sądzę, że spodobają się konkretnej grupie.
Zawsze jednak wjeżdżamy na teren Doliny Śmierci, która także ma status Parku Narodowego – i ja się wcale temu nie dziwię. To tutaj znajduje się najbardziej gorące i najniżej położone miejsce na Półkuli Zachodniej; to tutaj żyje wiele endemicznych gatunków roślin i zwierząt (czyli takich, które nie występują nigdzie indziej na naszej planecie); to tutaj jest wiele fascynujących zakątków, topograficznie i geologicznie osobliwych, których kształtom, rzeźbie i kolorom nie można się nadziwić. Dolina Śmierci leży na naszej drodze do Las Vegas – musimy przejechać jej dnem sto kilkadziesiąt kilometrów. Zatrzymując się wśród piaszczystych wydm i szaro-zółtych żwirowisk; wkraczając na Diabelskie Pole Golfowe; spacerując po rozległych, śnieżnobiałych salinach (dolina jest niczym innym jak dnem wyschniętego słonego morza); wypatrując ślimaków w zasolonej sadzawce Bad Water (nie na tyle jednak złej, by zabić te endemiczne stworzenia); podziwiając całe spektrum kolorów w geologicznym dziwie nazwanym bardzo adekwatnie Paletą Artysty; a nawet… szukając daktyli w zagajniku palmowym, rosnącym w zaskakującej w tym miejscu oazie… Furnace Creek (nazwa, trzeba przyznać, jak na oazę dość kuriozalna). Jakby tego było mało, tuż przed opuszczeniem Death Valley, zbaczamy lekko, by rzucić okiem na złote hałdy minerałów w Zabriskie Point (tak, tak… tutaj kłaniają się choćby Pink Floydzi i Antonioni). A jeśli grupa nie ma jeszcze dość – to wspinamy się na szczyt pobliskiej góry, gdzie czeka na nas widok dosłownie… dantejski (Dante’s View). Stąd, jak na dłoni, widać – drgające niczym miraż od gorącego powietrza, i białe od soli – dno rozległej Death Valley w całej okazałości. Obraz to jednak malowniczy i bardziej piękny, niż piekielny – co rozpamiętujemy w naszej drodze do stanu Nevada, aż do momentu, kiedy na kilkadziesiąt minut przed celem z autokarowych głośników, zaczyna się rozlegać ekscytujące „Viva Las Vegas” Presley’a.

Las Vegas - kolorowy zawrót głowy

 Kolorowy zawrót głowy – Las Vegas

Cóż, po kilkudziesięciu wizytach w Las Vegas moja ekscytacja nie jest aż tak wielka, jednak nie mogę się z tym zdradzić przed grupą i psuć jej zabawy – tym bardziej, że jednak dziwowisko to jak najbardziej warte jest zobaczenia na własne oczy – przynajmniej raz w życiu, choć i parę pobytów w Las Vegas nie byłoby jakimś większym przestępstwem. Opowiadam wszystkim jak to się stało, że na środku pustyni powstał jeden z najpopularniejszych i najbardziej znanych lunaparków świata, będący jednocześnie jaskinią hazardu, konsumpcyjnym pandemonium opilstwa i obżarstwa, królestwem hedonizmu, niezbyt zakamuflowanym burdelem…  źródłem upadku i bankructwa dla jednych, żyłą złota dla drugich… (Oczywiście nie używając – jak na razie – żadnego z tych pejoratywnych, negatywnie skonotowanych słów. Piszę „jak na razie”, bo później, w bardziej prywatnych rozmowach, wcale nie ukrywam swojej opinii o LV.) Ale teraz – bez przesady. Po co moralizująco przynudzać, skoro nadarza się okazja, by zafundować sobie jedną szaloną noc w Las Vegas, które zasypia – przynajmniej jeśli chodzi o kasyna – dopiero nad ranem? Już przejażdżka stripem, czyli Bulwarem Las Vegas, po którego obu stronach, na przestrzeni kilku kilometrów, wybudowano monstrualne hotele-kasyna (7 spośród 10 największych hoteli na świecie znajduje właśnie tutaj), daje wszystkim wyobrażenie czego można się będzie spodziewać po zapadnięciu zmroku, kiedy zabłysną miliony różnokolorowych neonów i świateł, a wszystko zacznie migotać w takt oszałamiającej muzyki, wabiąc i atakując zmysły ludzkiego tłumu, który niczym rzeka przelewa się po Las Vegas Boulevard. Nocą strip staje się miejscem odrealnionym: oto widzimy Wieżę Eiffla i miasteczko udające Paryż; tuż obok jest Wenecja – oczywiście z Pałacem Dożów, kanałami i gondolami; w dali mieni się złoty Mirage, a także Pałac Cezara, a za nimi: bajeczne zamczysko Excalibur; jest też Rio, Kosmiczna Wieża, Wyspa Skarbów, a nawet… krzykliwe gmaszysko o nazwie… nomen omen… Circus, Circus. Lecz jeśli ktoś myśli, że ten kicz jest tandetny, to jednak się myli. W całym tym rozpasaniu bezguścia, wszystko jest podane sprawnie, efektywnie, profesjonalnie i solidnie. Wszystko musi działać jak w zegarku (dawniej dbała o to głównie mafia, teraz pewnie też jest coś podobnego), gdyż inaczej cała ta machina rozrywki i konsumpcji mogłaby się zaciąć, zakrztusić i splajtować. Nie mogą do tego dopuścić ci, którzy wpakowali w to kuriozum miliardy dolarów.
Podczas pierwszych moich pobytów w Las Vegas, eksplorowałem to miasto z czystej ciekawości (myślę, że warto np. zobaczyć kilka tutejszych show – zwłaszcza zdumiewające przedstawienia Cirque du Soleil; dobre też bywają koncerty gwiazd muzyki popularnej), lecz później wykorzystywałem pobyt w Las Vegas po prostu do tego, by odpocząć. Kiedy więc moje kochane towarzystwo wycieczkowe wyruszało na całonocne balety (wcześnie poinstruowałem wszystkich jak się poruszać, co warto zobaczyć, gdzie i czego się spodziewać…) ja uderzałem „w kimono” i zwykle spałem jak zabity do późnego rana (mogłem sobie na to pozwolić, bo następnego dnia wyruszaliśmy w dalszą podróż dopiero w południe).

Zmieniamy stan. W tym dniu jest raczej spokojnie. Odsypianie nocnych szaleństw pozostawiło różne ślady na twarzach wycieczkowiczów. Niektórzy składają relacje z własnego hazardowania się, inni mówią co ciekawego zobaczyli podczas nocnej włóczęgi po rozświetlonym kolorowo i rozhukanym rozrywkowo mieście. W międzyczasie żegnamy się z Nevadą, a witamy Arizonę – pustynny, ogromny powierzchniowo stan, którego krajobrazowa monotonia jest pozorna, bo w każdym niemal zakątku tej „suchej strefy” (ari-zona) są miejsca godne uwagi. Lecz my, niestety, możemy być tylko w jego północnej części. A może jednak „stety”, ponieważ to właśnie na północy tego stanu znajduje się jeden z siedmiu cudów przyrody świata (wówczas jeszcze nie zdetronizowany). Mowa oczywiście o Wielkim Kanionie – najbardziej spektakularnej dziurze na Ziemi. Na zapoznanie się z Kanionem mamy cały następny dzień, zanim jednak dotrzemy na nocleg w okolice Flagstaff, przejeżdżamy przez Zaporę Hoovera, która swego czasu (lata  30-te ubiegłego wieku) była największą elektrownię i konstrukcję betonową na świecie (jeśli są chętni to zwiedzamy tamę, schodząc nawet do podziemi, gdzie znajdują się potężne generatory). Hoover Dam leży dokładnie na granicy stanów i ulokowana jest oczywiście na rzece Kolorado, w tzw. Czarnym Kanionie a otacza ją krajobraz iście księżycowy i dość ponury: skały przypominające jakieś ciemno-rude, brunatne hałdy żwiru i spalonego koksu. Więc kiedy jesteśmy już w Arizonie, to odczuwamy pewną ulgę – bo otaczający nas pejzaż (pustynia Mohave przechodząca tutaj w pustynię Sonora), stanowi jasny i słoneczny kontrast dla piekielnej aparycji otoczenia Zapory Hoovera.
Grand Canyon of Colorado River. Nareszcie! Legendarny i wyczekiwany – jeden z highlights całej naszej kontynentalnej trasy. Jesteśmy na krawędzi południowej. Stąd Kanion jest najlepiej widoczny. Droga biegnie wzdłuż krawędzi, co jakiś czas można się zatrzymać na punktach widokowych i zajrzeć w kolorową otchłań – a z każdego miejsca Kanion wygląda inaczej. Gdzieniegdzie można dostrzec wijącą się „stróżkę” rzeki Kolorado, maleńką z tej odległości, choć rzeka na dnie Kanionu jest przecież niewąska – w niektórych miejscach mając niemal sto metrów szerokości. Reakcja na pierwsze spotkanie z Kanionem uczestników wycieczki niezmiennie mnie ciekawiła – bo sporo mówiła, zarówno o kondycji psychicznej ludzi, jak i ich wrażliwości na naturalne piękno i osobliwość tego niezwykłego tworu geologicznego, jakim jest Wielki Kanion. Tak więc – był zachwyt, zdarzało się też i rozczarowanie; była próba ogarnięcia specyfiki miejsca, ale także niemożność percepcji samej wielkości rozpadliny; była radość z faktu dotarcia na to miejsce, ale bywała również mała melancholia spełnienia... Summa summarum, nasze zmysły na Kanion reagują różnie – nieprzyzwyczajone do ogarniania tak wielkich gabarytów w Naturze. Ja osobiście w Kanionie zakochałem się od pierwszego spojrzenia. Ważne było chyba to, że odbyło się to podczas pierwszej mojej prywatnej podróży na Zachód – nota bene w kwietniu, co nie jest bez znaczenia, bo wówczas jeszcze tłumów nie ma, jest za to śnieg i pogoda „w kratkę” (przeplatające się: słońce-chmury-mgła-błękitne niebo), co wydatnie przydaje urody temu miejscu. Lecz Kanion robi wrażenie o każdej porze roku. Kiedy więc zaglądaliśmy tam latem lub wczesną jesienią, radości też było zwykle co niemiara – wielu z nas nie mogło napaść oczy mieniącymi się barwami na zboczach Kanionu, regularnie odmierzanych poszczególnymi warstwami osadowymi, które dla geologa są niczym otwarta księga, pozwalająca zajrzeć wgłąb ziemi i zobaczyć to, co było tutaj przed setkami milionów lat.
Najczęściej czekaliśmy nad Kanionem do zachodu Słońca, ale kiedy dni były dłuższe, wyjeżdżaliśmy z Parku (bo Grand Canyon jest także parkiem narodowym) przed zmrokiem, by zobaczyć jeszcze ziemie Indian Navaho – ich rezerwat bowiem graniczy z rejonem Wielkiego Kanionu.
Indianie Ameryki Północnej – to kolejny temat-rzeka, którego nawet nie śmiem tutaj poruszyć. Przy innych okazjach można było jednak poznać Ziemię Navahów, i samych zamieszkujących ją tubylców, bliżej: ot, choćby zwiedzając niewiarygodnie malowniczą Dolinę Monumentów czy niesamowity Kanion Antylopy w okolicach Page; jednakże na omawianej tutaj trasie, grupa musiała się zadowolić opowieściami o Indianach i słownym opisem ich rezerwatu – a był na to czas, kiedy zmierzaliśmy tego dnia na nasz nocleg do Utah.

Bryce Canyon

Bryce Canyon

.

Bryce Canyon – kolejny park narodowy na naszej trasie. Jesteśmy w południowym Utah, cały czas na Płaskowyżu Kolorado, gdzie dzieją się tak ciekawe – geologicznie i krajobrazowo – rzeczy, iż tylko w tym rejonie utworzono aż pięć parków narodowych, z których każdy jest inny, mimo że znajdują się one stosunkowo blisko siebie. Oficjalnie, program wycieczki – z uwagi na ograniczony czas – obejmuje wizytę tylko w jednym z tych parków, czyli właśnie w Bryce Canyon, choć niekiedy udaje się nam także zajrzeć do położonego obok, pięknego i monumentalnego Zion. Kanion Bryce’a jest nie mniej spektakularny, niż Zion, choć bardziej, rzec można, „zwiewny”, wręcz koronkowy. Powstał bowiem w innym czasie, wyrzeźbiony (przez wiatr i wodę) w innych skałach osadowych, dzięki czemu jego wapienne kolumny w kolorze „łososiowym” różnią się znacznie od masywnych ciemno-brunatnych ścian piaskowców oraz żółto-czerwonych skamieniałych wydm jakie spotyka się w Zion. Zerodowana krawędź płaskowyżu w Bryce (mylnie nazwana „kanionem) przybrała kształt biało-różowych skalnych ostańców, tworzących przedziwne, a przy tym niezwykle malownicze amfiteatry, których na terenie parku znajduje się kilka. Schodzi się na ich dno wyznaczonymi szlakami, i dopiero z bliska można zobaczyć ich niezwykłość: to, co z oddali wydaje się być naturalną „koronką”, w rzeczywistości okazuje się być zbiorowiskiem potężnych skalnych monumentów, wśród których znajdują się szczeliny, gdzie rosną pachnące wanilią (!) sosny. Na szlaku jest sucho i gorąco, im schodzi się niżej, tym barwa biało- różowo-ceglasta wapieni staje się bardziej jaskrawa, wręcz oślepiająca – a wszystko to daje efekt baśniowego odrealnienia, oszałamiającego chyba bardziej niż neonowe ekstrawagancje Las Vegas.
Utah to nie tylko stan geologicznych dziwów, ale i Mormonów – ciekawego ludu, niby to amerykańskiego, ale jednak tworzącego odrębną społeczność, rządzącą się swoimi specyficznymi wierzeniami, prawami i obyczajami, z których poligamia jest równie zadziwiająca, jak biznesowy spryt, jaki uczynił z nich jedną z najbogatszych warstw klasowych w Ameryce.
Mormonów poznajemy oczywiście w ich stolicy Salt Lake City, mieście wybudowanym pod górami, na pustyni, nad Słonym Jeziorem w połowie XIX wieku przez pierwszych mormońskich osadników z ich prorokiem i liderem Brighamem Youngiem na czele. Rozległym traktem (ulice w SLC są niezwykle szerokie, bowiem projektowane były tak, aby można było zawrócić na nich konnym zaprzęgiem) dojeżdżamy do Placu Świątynnego (Temple Square), epicentrum religijnego Mormonów, gdzie jakimś cudem, jeszcze w połowie XIX stulecia, udało się tym wycieńczonym drogą na Zachód pionierom wybudować świątynię, która wielkością, rozmachem i architektoniczną zgrabnością zadziwia wszystkich do dzisiaj. Do środka świątyni oczywiście mamy, jako profani, wstęp wzbroniony, ale cała jej gloria widoczna jest z zewnątrz. Zamiast tego możemy wejść do Tabernakulum, siedziby słynnego mormońskiego chóru, którego próbę lub występ (ach, to anielskie brzmienie!) możemy przy odrobinie szczęścia niekiedy usłyszeć. W innej budowli zaś przemawia do nas Chrystus – pod kilkumetrowym białym posągiem (wzorowanym na rzeźbie Duńczyka Thorvaldsena), wysłuchujemy (w języku polskim!) Chrystusa Króla dającego nam napomnienia i przypominającego, że to On właśnie jest Stworzycielem Nieba i Ziemi. Po Placu Świątynnym oprowadzają nas młodzi mormońscy misjonarze – eteryczni, delikatni i grzeczni, lekko nawiedzeni (wszak taka ich rola) a jednak sympatyczni – zwłaszcza wstydliwe siostrzyczki, żyjące jakby w innym świecie… Ta atmosfera i nam się trochę udziela, więc kiedy już – opuściwszy Plac Świątynny i miasto – jedziemy na północ w kierunku Idaho, w autokarze jest cicho i spokojnie, jakby każdego musnęło skrzydło anioła Moroniego, którego złoty, dmący w trąbę, posąg zobaczyliśmy na jednej ze strzelistych wież mormońskiej świątyni.

W Idaho, czyli w stanie ziemniaka, pierwszej elektrowni atomowej, wulkanicznych Księżycowych Kraterów… i Doliny Słońca, gdzie w miasteczku Ketchum zakończył swój żywot Hemingway strzelając sobie z dubeltówki w usta. Pierwszy postój nad cudnym przełomem „Rzeki bez Powrotu” (czyli wijącej się jak nomen omen wąż Snake River) daje nam przedsmak tego, co czeka nas przez następne kilka dni – przeżywanie spektakularnych scenerii Gór Skalistych, obcowanie z dzika przyrodą, oddychanie krystalicznie czystym powietrzem i zażywanie ruchu na licznych górskich szlakach.

Przełomy rzeki Snake, w tle - górskie pasmo Teton (fot. Ansel Adams)

Przełomy rzeki Snake, w tle – górskie pasmo Teton (fot. Ansel Adams)

Na dłużej zatrzymujemy się dopiero w Wyoming, w Jackson Hole – otoczonej górami płaskiej kotlinie – a konkretnie w schronisku położonym w Teton Village,  robiąc stamtąd wypady do miasteczka Jackson oraz Parku Narodowego Grand Teton. Jackson to miejsce stylizowane na Dziki Zachód. Autentyzm został tu wyparty przez turystyczny przemysł – ma to wszak swój urok, bo brak w tym tandety, jednak aby poczuć jakim naprawdę wspaniałym miejscem jest Jackson Hole, trzeba wyjechać poza miasto, w sam środek kotliny, rozejrzeć się wokół, no i paść na kolana przed jedną z najpiękniejszych panoram górskich Ameryki – widokiem pasma Teton, którego granitowe, szaropopielate granie i ośnieżone niebotyczne szczyty stanowią niesamowity kontrast z zielono-niebieskim kobiercem płaskiego dna kotliny, przeciętego meandrami Rzeki Wężowej, z jej brzegami porośniętymi topolami i dzikimi wierzbami. (Nic dziwnego, że było to jedno z najbardziej ulubionych miejsc Ansela Adamsa, najsłynniejszego amerykańskiego fotografa Natury.) Czasem robimy sobie spływ pontonami po rzece (wypatrując przy tym łosi i orłów, które mają nawet wśród tubylców swoje własne imiona); najczęściej jednak płyniemy łódką po Jenny Lake do miejsca, skąd wybieramy się na górski szlak do Hidden Falls, na punkt widokowy Inspiration Point i dalej – zapuszczając się w kotlinę leżącą u stóp wielkiej góry, jaką jest bez wątpienia Grand Teton (4197 m. n.p.m.) Późnym popołudniem wracamy do Teton Village. Po drodze często spotykamy pasące się jelenie mulaki i łanie wapiti, brodzące w wodzie i zajadające się wierzbowymi listkami łosie, na nawet – najczęściej w lasku osikowym, nieopodal rancza Harrisona Forda – czarne niedźwiedzie, które rzadko kiedy zwracają na nas jakąkolwiek uwagę, wspinając się na drzewka i przychylając zielone gałązki swoim małym. Dzień kończy wspólne, zwykle mocno zakrapiane ognisko-grill pod schroniskiem – konsumpcja steków, kiełbas, pieczonych ziemniaków i warzyw. (Jesteśmy zbyt daleko lasu, by zapach pieczonego, ociekającego krwią i tłuszczem mięsa, drażnił nozdrza mieszkających tam naszych dzikich braci mniejszych, choć widzimy jak nasi sąsiedzi – bracia już nam równi – toczą ukradkiem ślinkę.)

Dwa następne dni to szczególna uczta dla oczu, bo jesteśmy w Yellowstone – kolejnym, „kanonicznym” jeśli chodzi o ochronę „dzikiej” przyrody, obszarze wyjętym spod radykalnego wpływu współczesnej cywilizacji. Grand Teton i Yellowstone to dwa parki narodowe, które sąsiadują ze sobą, więc nasza droga ze schroniska w Jackson Hole do granicy z Yellowstone nie jest długa. I tym bardziej się ona nie dłuży, że zewsząd towarzyszą nam nader ciekawe scenerie: wspinamy się bowiem na olbrzymią wyżynę wypiętrzoną przez starożytne mega-wulkany w obrębie Gór Skalistych – nota bene wulkany, które drzemią tylko, gotowe wybuchnąć w super potężnej eksplozji, jaka niewątpliwie spowodowałaby katastrofę ekologiczną (a i cywilizacyjną, jeśli chodzi o ludzi) w skali całego ziemskiego globu. Póki co jednak, nad tymi groźnymi potworami kwitnie i rozwija się bujne życie (jest tak od ostatniego zlodowacenia, jakie miało tutaj miejsce przed dziesięcioma tysiącami lat – tak więc flora i fauna Yellowstone jest stosunkowo młoda), a ich podziemna bliskość sprawia, że na powierzchni dają się zauważyć fascynujące rzeczy i zjawiska, budzące nie tyle strach czy grozę, co wpędzające nas w stan permanentnego zadziwienia. A są to nie tylko tzw. twory termalne (gorące źródła, gejzery, fumarole… (nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu o tym, że więcej niż połowa tego rodzaju tworów będących na świecie, znajduje się właśnie tutaj, w Yellowstone); dalej: niezrównane scenerie (w rodzaju Kanionu i Wodospadów Yellowstone), czy wreszcie obfitość dzikiej zwierzyny: całe stada bizonów, jeleni wapiti, antylop, owiec gruborogich… o niedźwiedziach (zarówno czarnych, jak i grizzly) nie wspominając. Nic dziwnego, że ktoś kiedyś pokusił się nazwać Yellowstone amerykańskim Serengeti. Naturalnie o Yellowstone można by pisać i opowiadać bez końca. Zwykle więc pilnowałem się, by nie zarzucić mojej grupy lawiną informacji, a zamiast tego pokazać wszystkim to, co w Yellowstone najlepsze – a co z powodzeniem „napaść” mogło ich złaknione przyrodniczych cudów oczy. Koniecznie więc: Dolny Wodospad na rzece Yellowstone, malowniczo dopełniony bajecznie kolorowym kanionem; wielkie niczym morze Jezioro Yellowstone, nad którym aura często wyczynia dramatyczne spektakle; gejzer Old Faithfull, który z godną podziwu regularnością tryska na kilkadziesiąt metrów do góry białą fontanną gorącej pary wodnej i wody (zazwyczaj w parku widzimy jeszcze kilka erupcji innych gejzerów); fantastyczne tarasy trawertynowe w Mammoth Hot Springs; niewiarygodnie kolorowe sadzawki gorących źródeł, jak choćby Morning Glory Pool… etc. Niezapomniane są też bliskie (niekiedy zbyt bliskie) spotkania z yellowstońską zwierzyną: imponuje zwłaszcza widok wielotysięcznych stad bizonów pasących się w rozległych zielonych dolinach. Wielkie wrażenie robią też nie mniej liczne stada wapiti, które w Mammoth Hot Springs podchodzą tak blisko zabudowań, że trzeba im schodzić (ewentualnie zjeżdżać) z drogi (to samo zresztą odnosi się do bizonów). Jednakże największym przeżyciem jest spotkanie z najgroźniejszą bestią jaka w Yellowstone żyje – niedźwiedziem grizzly.
W parku można byłoby się zatrzymać co najmniej na tydzień (sam spędziłem w nim w sumie kilka miesięcy swojego życia i nigdy – zwłaszcza podczas prywatnych „niesłużbowych” pobytów – nie miałem tego miejsca dość), jednak parę dni wystarczy, by docenić niezwykłość tego najstarszego i najsłynniejszego parku narodowego na świecie.

Wspomnienie szalonych czasów: z jedną z gru w Parku Narodowym Yellowstone

Wspomnienie szalonych czasów: z jedną z moich grup w Parku Narodowym Yellowstone

.

W zależności od pogody, wyjeżdżając z Yellowstone, wybieraliśmy drogę biegnącą przez Wyoming (wtedy musieliśmy „przebić się” przez pasmo niewyobrażalnie starych gór Big Horn z ich niepowtarzalną rzeźbą terenu) lub przez Montanę – stan nie tylko (jak sama nazwa wskazuje) górzysty, ale i obdarzony „wielkim niebem”: Big Sky State to z kolei przydomek Montany. Następnym punktem naszego programu była obowiązkowo Diabelska Wieża – wysoka na niemal 400 m. skała przypominająca gigantyczny pień ściętego drzewa, będąca niczym innym jak pozostałością po wulkanicznej intruzji odsłoniętej z czasem wskutek erozji otaczającego ją terenu. Ta jedna z największych osobliwości geologicznych amerykańskiego Zachodu (nota bene pierwszy w Stanach Zjednoczonych „Narodowy Pomnik” przyrody, ustanowiony w 2906 r. przez prezydenta T. Roosevelta) zadziwia każdego roku setki tysięcy przybyszów z całego świata, ciesząc się jeszcze większą popularnością po tym, jak Steven Spielberg postanowił, że „wystąpi” ona w jego filmie „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, który okazał się wielkim międzynarodowym „hitem”.
Devil’s Tower widoczna jest już z odległości kilkunastu kilometrów (stosunkowo łatwo można ją dostrzec na tym lekko pofałdowanym terenie będącym klasyczną prerią), ale największe wrażenie robi swoim ogromem z bliska, kiedy możemy dotknąć jej twardych jak stal bazaltowych kolumn, i spojrzeć w górę, gdzie często można wypatrzeć śmiałków wspinających się na jej płaski wierzchołek. Wulkaniczną Wieżę otacza sosnowy las, u jej nasady utworzyły się skalne rumowiska potężnych głazów, a nieopodal znajdują się kolonie piesków preriowych, które wbrew nazwie są gryzoniami, tyle że bardzo płochymi i ostrzegającymi się charakterystycznym piskliwym szczekaniem.

Na czarnych Wzgórzach - pod głowami prezydentów z granitu

Na Czarnych Wzgórzach – pod granitowymi głowami prezydentów (Mt. Rushmore)

Jesteśmy jeszcze w Wyoming, lecz stąd już niedaleko do Czarnych Wzgórz, które leżą w Dakocie Południowej. Black Hills przypominają otoczoną morzem prerii górzystą wyspę porośniętą lasem, który wydaje się być bardzo ciemny (niemal czarny), jeśli patrzymy nań z daleka (stąd właśnie wzięła się nazwa tych wzgórz). Mimo, że z rejonu tego utworzono coś w rodzaju olbrzymiego parku rozrywki, jest tutaj wiele miejsc wartych zobaczenia, a naturalne piękno tej ziemi zdołało się jakoś oprzeć dewastacji przez zaborczy – i kiczowaty pod wieloma względami – przemysł turystyczny. Teren Czarnych Wzgórz jest dość rozległy więc stosunkowo łatwo jest uciec tu od tłumów – i jeśli tylko natura pociąga nas bardziej od turystycznego lunaparku, można zawitać do Parku Narodowego Jaskini Wiatrów gdzie czeka na nas nie tylko ciekawa jaskinia, ale położone nad nią tereny nieskażonej dzikiej przyrody – podobnie jak w w Parku Stanowym im. Custera, gdzie w bród jest zwierzyny, z owcami górskimi, jeleniami i bizonami na czele. Lecz będąc tutaj nie można jednak oprzeć się pokusie zobaczenia słynnej Mt. Rushmore, na której granitowym zboczu wyrzeźbiono głowy czterech prominentnych amerykańskich prezydentów, jak również, położonego nieopodal, konkurencyjnego niejako dla Mt. Rushmore miejsca zwanego Crazy Horse Memorial, gdzie nasz rodak Korczak Ziółkowski zapoczątkował tworzenie czegoś, co ma być największą rzeźbą na świecie – wykuty w górze pomnik wodza Indian Szalonego Konia. Jednakże, podczas gdy prezydenckie głowy budzić mogą mieszane uczucia (niemalże szowinistyczna ingerencja w pejzaż Czarnych Wzgórz, turystyczny moloch gwałcący piękno Natury), to rzeźba szalonego Konia imponuje nie tylko artystycznym rozmachem, ale i przesłaniem, które oddaje hołd pierwotnym mieszkańcom tej ziemi, wypartym przez osadników i przepędzonych przez ekspedycję Custera po tym, kiedy znaleziono tu złoto – za co Indianie wzięli okrutny odwet w słynnej bitwie nad rzeką Little Big Horn.
Na Czarnych Wzgórzach zostawaliśmy na noc, zatrzymując się w jednym ze starych historycznych hoteli Deadwood, będącym klasycznym miasteczkiem Dzikiego Zachodu, rozsławionym nie tylko przez gorączkę złota, która tę górska osadę powołała do życia, ale i przez legendarnych zabijaków w rodzaju Dzikiego Billa Hickoka czy Calamity Jane. Ci bardziej zażywni z nas do późna w nocy mogli więc testować trunki w jednym z tutejszych saloonów – dokładnie takim, jakie znaliśmy z jakże popularnych ongiś (zwłaszcza wśród starszych pokoleń) westernów – ewentualnie paść w szalonych tańcach na saloonową, zaśmieconą i zbrukaną podłogę z trzeszczących, wysuszonych desek.

W dalszej drodze na wschód, zanim dotarliśmy w okolice Wielkich Jezior, oprócz kilkunastogodzinnej jazdy przez farmy, pastwiska i pola uprawne Dakoty Południowej, Minnesoty i Wisconsin, (które zaledwie przed stu kilkudziesięcioma laty były bezkresnym obszarem prerii dziewiczych jeszcze wówczas Wielkich Równin) czekała nas wizyta w Badlands, czyli na „złych” ziemiach, które wszak złe były tylko dla pierwszych pionierów, bo nie mieli oni żadnego pożytku z tej jałowej, pustynnej i gliniastej gleby, stanowiąc tylko trudną do przebycia przeszkodę w ich dalszej wędrówce na Zachód. Teraz jednak na Badlands patrzymy inaczej, zadziwieni ich księżycowym krajobrazem, rzeźbą i barwami przypominającymi jakieś kolorowe przekładańce z ciasta lub piaskowe babki. Po wyjeździe z Badlands krajobraz staje się monotonny jak niekończące się pastwiska dla bydła i kukurydziane pole, ciekawie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy zbliżamy się do dolin „królowych” amerykańskich rzek, jakimi niewątpliwie są Missisipi i Missouri. W Wisconsin zaś robi się już bardzo zielono, jednakże oraz większa ilość zabudowań wskazuje na to, że zbliżamy się do północnych krańców stanu Illinois – rejonu mocno „ucywilizowanego” i zurbanizowanego. Wreszcie nocą docieramy do Wietrznego Miasta.

Tego dnia jestem w domu – odpoczynek od wszystkiego i wszystkich, doprowadzenie się do porządku, zajęcie się własnymi sprawami, nabranie oddechu przed dalszą drogą… Chicago zaś pokazuje wycieczkowiczom jeden z moich kolegów i znajomych, także parających się przewodnictwem: Andrzej Kulka, Zbyszek Banaś lub Jurek Skwarek. Tak więc grupa ma okazję poznać nie tylko Wietrzne Miasto, ale i ciekawych ludzi (AK to znany wśród Polonii autor przewodników, bardzo doświadczony pilot, prowadzący wyprawy do najdalszych zakątków globu; ZB – oprócz tego, że zajmuje się turystycznym przewodnictwem, to jest także jednym z najlepszych polsko-amerykańskich krytyków filmowych; JS to pasjonat i nestor globtroterstwa i włóczęg po całym świecie.) Na zwiedzanie Chicago przeznaczony jest cały dzień. To dużo i mało jednocześnie. Mało, po poznajemy miasto tylko powierzchownie; dużo, bo można zobaczyć urbanistyczną esencję miasta nad Jeziorem Michigan: downtown, czyli śródmieście z jego drapaczami chmur, wprawdzie nie tak licznymi, jak na Manhattanie, ale nie mniej znanymi i imponującymi, wśród których wyróżniają się wieżowce John Hancock Center oraz Sears Tower (w programie jest wyjazd na teraz widokowy jednego z nich, skąd widać imponującą panoramę metropolii i wielkiego jak morze Jeziora Michigan). Jest również przechadzka po tzw. Magnificent Mile (Wspaniałej Mili) – czyli po paru kilometrowej promenadzie biegnącej wzdłuż Michigan Avenue: to tam, gdzie Chicago jest najbardziej „wystawne”, pełne drogich sklepów, bogactwa i światowego szyku. Spaceruje się też po parkach leżących nad Jeziorem, wzdłuż Columbus Drive, obok wielkiej i ozdobnej Fontanny Buckingham, Planetarium Adlera, Akwarium Shedda i Muzeum Historii Naturalnej i Ziemi. Przy tej okoazji, bez przesady można stwierdzić, że Chicago posiada najładniejsze downtown z wszystkich amerykańskich miast – jest więc co pokazywać. Niekiedy, zwłaszcza gdy pogoda nie sprzyja, zagląda się do Chicagowskiego Instytutu Sztuki, gdzie zgromadzono przebogatą kolekcję sztuki z całego świata, w tym wspaniałą galerię malarstwa.
Wypada też zajrzeć na słynne Jackowo, które stanowi centrum chicagowskiej Polonii. Wprawdzie pod względem architektonicznym to żadna atrakcja – i raczej nie ma się czym w tej dzielnicy chwalić – to kolacja w jednej z polskich restauracji pozwala wszystkim przypomnieć sobie swojskie smaki i zapachy, których być może niektórym już zaczynało podczas ostatnich paru tygodni testowania amerykańskiej gastronomii, brakować.

Chicago – Niagara: to najdłuższy, liczący bez mała 1000 km. przejazd na naszej trasie. Wyruszamy więc o wyjątkowo nieprzyzwoitej porze (5-ta nad ranem!), jedziemy przez Indianę, Ohio, przez kawałek Pensylwanii, wjeżdżamy do stanu Nowy Jork i około 3-ej po południu jesteśmy w okolicach wodospadu, a unoszącą się nad nim mgłę z rozpryskanej wody widzimy już z odległości kilkunastu kilometrów. Do tej pory widoki za autokarowym oknem były nieszczególne – typowa nudna zabudowa amerykańskiej prowincji – tym bardziej teraz wszyscy czują podniecenie, bo oto za chwilę objawi się przed naszymi oczami kolejny przyrodniczy „cud” świata: wodospad Niagara! Lecz nie jest tak łatwo dostrzec jego potęgę – będąc na krawędzi, widzimy tylko wodę znikającą gdzieś w niewidocznej dla nas czeluści; dopiero wyprawa małym stateczkiem w pobliże spadających mas wody, daje nam wyobrażenie, czym tak naprawdę jest ten wodospad – nieujarzmioną siłą i grzmiącym kolosem, przy którym człowiek może się poczuć jak Calineczka w łupinie orzecha, wydana na pastwę nieposkromionego żywiołu. Pływając po rzece jesteśmy właściwie na samej granicy z Kanadą. W duchu żałuję trochę, że wodospadu nie możemy zobaczyć z kanadyjskiej strony – bo dopiero stamtąd dobrze są widoczne te jego niespotykane nigdzie indziej na świecie wymiary.

Tęcza nad Niagarą - widok wodospadu od strony kanadyjskiej

Tęcza nad Niagarą – widok wodospadu od strony kanadyjskiej

.

Kiedy tak jechaliśmy w poprzek całego kontynentu, niemal cały czas towarzyszyła nam amerykańska przyroda. Natura dominowała w programie wycieczki, z wyjątkiem kilku początkowych dni w Kalifornii, pobytu w neonowym Las Vegas i nad Jeziorem Michigan w Chicago. Zbliżaliśmy się jednak do Wschodniego Wybrzeża i całą eskapadę przyszło kończyć mocnym akcentem cywilizacyjnym, bo wielkie metropolie rozłożone nad Atlantykiem to ta Ameryka zurbanizowana, zabudowana, zindustrializowana – z finansowym centrum świata na Manhattanie, początkiem swojej historii w Filadelfii i stolicą w Waszyngtonie, będącym siedzibą władz amerykańskiego imperium. Zanim jednak dotarliśmy do największego na świecie Megalopolis (warto przypomnieć, że w miastach – de facto połączonych ze sobą terenami zabudowanymi – począwszy od Waszyngtonu aż po Boston, mieszka blisko 50 mln. ludzi), naturalne piękno amerykańskiej przyrody pokazywało się nam jeszcze raz w całej swojej krasie, kiedy docieraliśmy do Apallachów. I zwłaszcza jesienią, kiedy eksplozja kolorów zamienia lasy liściaste porastające zbocza tych gór w niewiarygodnie barwny kobierzec, nie można było oderwać wzroku od tych fantastycznych widoków. Wprawdzie nie było w nich już takiego dramatyzmu, jaki pamiętaliśmy z pobytów w Sierra Nevada i w Rocky Mountains (Appallachy są górami bardzo starymi – przez ostatnie kilkaset milionów lat zerodowały tutaj warstwy skał osadowych grube na kilka kilometrów) ale pejzaż działał na nas równie silnie, tyle że już w innej nieco zmysłowej tonacji.

Żegnaj Naturo, witaj Cywilizacjo – zbliżamy się do wschodniego krańca kontynentu.  Kiedy ponad 200 lat temu szukano miejsca pod stolicę młodego państwa, Północ i Południe poszły na kompromis i wybrano ziemię na Potomakiem, w centralnej części atlantyckiego wybrzeża, nota bene w pobliżu posiadłości Jerzego Waszyngtona pod Mount Vernon. Na przełomie XVIII i XIX wieku zaczęto budować Dom Kongresu i Dom Prezydenta oraz The Mall według planu francuskiego oficera i architekta L’Enfanta, który kreśląc go miał w głowie paryskie Pola Elizejskie. Jednakże przez kilkadziesiąt lat w Waszyngtonie (bo oczywiście o tym mieście tu mowa) wszystko to taplało się w błocie, otoczone było przez bagna i dopiero po osuszeniu gruntu pod koniec XIX stulecia National Mall nabierał stopniowo aparycji takiej, jaka jest widoczna dzisiaj. I trzeba przyznać, że jest to widok robiący wielkie wrażenie, zwłaszcza kiedy stoimy na tarasach Kapitolu i ze wzrokiem skierowanym na wschód, ogarniamy szeroki na pół kilometra i długi na trzy kilometry pas zieleni, alej, stawów i wielkich neoklasycznych budowli, w których znajdują się muzea i siedziby ministerstw. W centrum National Mall wznosi się strzelisty, wzorowany na egipskich obeliskach, Pomnik Waszyngtona (swego czasu najwyższa budowla na świecie – 170 m. wysokości), zaś na jego przeciwległym końcu widać Mauzoleum Lincolna (z nadludzko wielkim kamiennym prezydentem w środku). Kierując wzrok na prawo i biegnąc nim wzdłuż rozchodzącej się promieniście od Kapitolu Alei Pensylwańskiej. natrafiamy w końcu na Biały Dom, do którego czasami udaje się nam później wejść. Podobnie zdarzały się nam także wizyty w sali, gdzie obradował amerykański Senat, jak i w Izbie Reprezentantów – ale to było w czasach, kiedy jeszcze kongresmeni cieszyli się jako-takim uznaniem Amerykanów. Zawsze też starałem się zabrać wszystkich na drugi brzeg Potomaku, gdzie znajduje się rozległy, wypełniony setkami tysięcy białych, ustawionych równiutko w rzędach krzyży, znaczących groby amerykańskich żołnierzy, którzy ginęli w tych wszystkich beznadziejnych – bardziej niesprawiedliwych i bezsensownych, niż uprawnionych i mających jakiś sens – wojnach toczonych na obcych kontynentach.
Kontynuację wątków patriotycznych i historycznych mieliśmy w położonej zaledwie o godzinę jazdy od Dystryktu Kolumbii Filadelfii – „Mieście Braterskiej Miłości”, pierwszej stolicy Stanów Zjednoczonych, gdzie nabierały formy i znaczenia pierwsze amerykańskie instytucje państwowe i gdzie w 1776 roku ogłoszono Deklarację Niepodległości. Filadelfia to właściwie jedyne miasto w USA posiadające „starówkę” – kilka przecznic kolonialnej zabudowy, z charakterystycznymi, kanciastymi domkami z czerwonej cegły. Po waszyngtońskiej megalomanii, kameralność starej Filadelfii uspokajała, spacer wśród urokliwych kamieniczek relaksował na tyle, że można było jeszcze wstąpić do jednej z nich i zobaczyć mieszkanie, w którym mieszkał po amerykańskiej rewolucji Tadeusz Kościuszko (jak również Julian Ursyn Niemcewicz). Nie można było też zapomnieć o tym, że Filadelfia to także miasto Benjamina Franklina – bodajże największego amerykańskiego „człowieka renesansu” i odwiedzić kilka miejsc związanych z tym wybitnym pisarzem, politykiem, filozofem i uczonym; no i oczywiście… Rocky’ego Balboa.

Początkowo program wycieczki obejmował także wizytę (i nocleg) w Atlantic City lecz po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że nie warto tracić czasu i sił na to miasto rozpasanego kiczu, niewybrednej rozrywki i hazardu – tym bardziej, że mieliśmy już za sobą doświadczenie Las Vegas, kasynowej stolicy świata par excellence. O tyle jednak dobrze było się tam zjawić, bo stwarzało to możliwość bezpośredniego zetknięcia się z Atlantykiem, co było swoistym dopełnieniem pielgrzymki od jednego wybrzeża do drugiego – z rytualnym niemal zanurzeniem stóp i rąk w obu oceanach.
A siłą, kondycją i chęciami należało jeszcze dysponować, bo czekał nas jeszcze przecież wielki finał w miejscu, które dla całego świata stanowi esencję Ameryki. Mowa oczywiście o Wielkim Jabłku, Gotham City, mieście, które nigdy nie śpi… czyli o Nowym Jorku. W naszym parudniowym pobycie w New York City skupialiśmy się naturalnie na Manhattanie, bez wątpienia najciekawszym okręgiem spośród pięciu nowojorskich borough. Nieprzypadkowo Manhattan należy do najtłumniej odwiedzanych miejsc turystycznych na świecie (ponad 50 mln. przybyszów  rocznie; dla porównania: Paryż odwiedza o połowę ludzi mniej). Dwa dni na zwiedzenie Nowego Jorku (czasami nasz pobyt tutaj był o jeden dzień dłuższy) to nie za wiele, niemniej jednak wystarczało czasu, by uświadomić sobie jego ogrom i poczuć charakter. I znowu: o mieście tym można by tu całą księgę spisać, wspomnę więc tylko o „żelaznych” punktach programu naszej wizyty. A więc, obowiązkowo: rejs na Liberty Island i bliskie spotkanie ze Statuą Wolności; przechadzka (niekiedy przejażdżka rowerem) po Parku Centralnym, wizyta na Wall Street, na Broadway’u i Piątej Alei, niekiedy na brooklińskim polskim Greenpoincie, w Chinatown lub w Little Italy; opłynięcie Wyspy Manhattan rzekami Wschodnią i Hudson; dla chętnych (do wyboru): wizyta w Metropolitan Museum, American Museum of Natural History lub Museum of Modern Art… Wreszcie panorama Nowego Jorku widziana z najwyższego wieżowca World Trade Center (wtedy jeszcze Twin Towers stały, oferując niezapomniany widok na spory kawał metropolii w promieniu kilkudziesięciu kilometrów) lub z najsłynniejszej budowli miasta, będącej, rzec można, jego symbolem: Empire State Building). Tak więc, w NYC spadała na nas cała masa wrażeń – Manhattan w dzień, Manhattan nocą (to jakby dwa zupełnie inne miasta), betonowo-aluminiowo-szklana dżungla z lasem wieżowców i kanionami gęstej, miejskiej zabudowy, wypełnionymi rzeką samochodów i tłumami ludzi – oszołomienie, które nie pozwalało na chwilę odpoczynku i jakieś racjonalne odniesienie się do zjawiska, które dla większości z nas było nieporównywalne z czymkolwiek, co widzieliśmy do tej pory na świecie. Dość wspomnieć, że nasza szalona wielotygodniowa eskapada kończyła się mocnym akcentem: nocą spędzoną na Broadway’u – wpierw obejrzeniem jednego z tutejszych musicali, a później (dla silnych i wytrwałych) wypadem do któregoś z wielu nocnych klubów jazzowych (ot, choćby go Blue Note czy też Birdland).
I tak oto, następnego dnia – w lepszej lub gorszej kondycji, ale jednak zawsze szczęśliwie – docieraliśmy na lotnisko Kennedy’ego,  gdzie żegnaliśmy naszych przyjaciół z Polski (goodbye kisses), po czym, sami już i bez większych szaleństw, wracaliśmy na wpół opustoszałym autokarem do Chicago.
Tak, za każdym razem, kończyła się dla mnie ta wielka przygoda z amerykańskim kontynentem, bez wątpienia jedna z największych przygód mojego życia.

greydot

New York minute - w Parku Centralnym na Manhattanie

New York minute – w Parku Centralnym na Manhattanie

.

Cóż, to co miało być zaledwie szkicem odnoszącym się do mojej najdłuższej trasy jaką realizowałem, kiedy przez kilka lat zajmowałem się turystyką, rozrosło się do takich rozmiarów, iż może przerazić co bardziej niecierpliwych czytelników – a jednak tak naprawdę szkicem pozostaje, bo doprawdy jest to tylko muśnięcie opisu kilkutygodniowej wycieczki po Stanach Zjednoczonych, którą miałem swego czasu przyjemność – i szczęście – organizować i prowadzić. Tak, to była jedna z wielkich przygód mojego życia – nie tylko doświadczenie zawodowe, ale poznawcze – zarówno jeśli chodzi o spotkania z ciekawymi ludźmi, jak i poznanie samej Ameryki.
Bez fałszywej skromności mogę napisać, że wszystkie te eskapady były bardzo udane i do dzisiaj zachowałem na to dowody w postaci dziesiątków listów i kartek otrzymanych od moich towarzyszy podróży.
Nie będę ukrywał, że realizacja takiej wycieczki była dla mnie wielkim wyzwaniem, a tym samym niezwykłą mobilizacja do tego, by zgłębić wiedzę o kraju, który stał się moim drugim domem, jak również do tego, by wzmocnić własną kondycję fizyczną i psychiczną (skok adrenaliny powodował, że prowadzenie tej wycieczki wprowadzało mnie jakby w stan permanentnego rauszu), tudzież wyrobić w sobie cechy, które do tej pory uważałem za niezbyt dobrze mnie określające (jak np. cierpliwość), czy wreszcie przezwyciężyć swoją wrodzoną nieśmiałość (to ciekawe, że zbierałem przy tej okazji pochwały za swoją odwagę ;) )
Nigdy nie byłbym w stanie dokonać takiego wysiłku, gdyby nie pasja, jaką było dla mnie (moje prywatne) odkrywanie Ameryki, a zwłaszcza zauroczenie amerykańskim Zachodem – całym tym jego krajobrazowym splendorem i Naturą, które pozostają dla mnie czymś wspaniałym i nieporównywalnym z żadnym innym rejonem na świecie.
Bardzo zależało mi na tym, aby zdobytą przeze mnie wiedzą i doświadczeniem dzielić się z innymi – starałem się więc, by wycieczki te miały walor nie tylko imprezowy, ale przede wszystkim edukacyjny. O tyle z realizacją tego było łatwiej, że zdecydowana większość uczestników głodna i chłonna była wiedzy (wśród nich było sporo ludzi kultury, nauczycieli, wykładowców wyższych uczelni, także biznesmenów – choć ci ostatni stanowili chyba najbardziej specyficzną grupę „specjalnej troski”). Byli to więc zazwyczaj ludzie bardzo ciekawi i zainteresowani tym, co spotykało ich na trasie – a że z wyborem miejsc atrakcyjnych i wartych zobaczenia nie było problemu, to i zwykle imprezy te kończyły się sukcesem.
Równolegle z prowadzeniem wycieczek zajmowałem się pisaniem artykułów do prasy polonijnej, gdzie w cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” starałem się popularyzować różne wątki i aspekty dotyczące kraju – jego historii, przyrody i zamieszkujących go ludzi. I to było dla mojego pilotażu jak znalazł, ponieważ zdobytą w ten sposób wiedzę (a pisanie tych tekstów zmuszało mnie do dość szerokich studiów i to w zakresie różnych dziedzin wiedzy – począwszy od zoologii, geologii, przez historię i kulturę, na socjologii i polityce skończywszy) mogłem wykorzystać w mojej pracy przewodnika, nie mówiąc już o egoistycznej stymulacji i ćwiczeniu mózgu.  Każdy bowiem dzień dotyczył innego wątku – miejsca i tematy zmieniały się jak w kalejdoskopie – a ponieważ spędzaliśmy w autokarze sporo czasu ze względu na długie przejazdy, to i była okazja, by o tym mówić i rozmawiać (dla uatrakcyjnienia programu – a i rozruszania towarzystwa – robiłem konkursy sprawdzające to, co grupa zapamiętała z moich prelekcji – dla najlepszych przewidziane były nagrody w postaci fotograficznych albumów).
Oczywiście z nadmiarem przekazywanej wiedzy nie można było przesadzać – musiałem też dostosowywać to, co mówiłem do danej sytuacji – do poziomu, oczekiwań, charakteru i zainteresowań grupy.
No i cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość… Każdy, kto miał do czynienia z polskim fenomenem grupy zorganizowanej, wie czym pachnie z takim organizmem dłuższe – ale też i krótsze – obcowanie. Nie wiem, czy coś takiego jak charakter narodowy istnieje, ale ujawnianie się pewnych cech specyficznych naszych rodaków, (o których nie mam wszak najmniejszej ochoty tu pisać) bywały dla mnie niekiedy dość traumatycznym doświadczeniem, z którym w końcu musiałem jakoś dawać sobie radę. Robiłem więc wszystko, aby to nie malkontenci nadawali ton całej imprezie, ale ci, którzy podchodzili do sprawy pozytywnie, przyjaźnie – gotowi na przeżycie wspaniałej przygody, być może nawet podróży swojego życia.
Na szczęście, niemal zawsze się to udawało.

To prawda, miałem jeszcze zamiar napisać słów parę na temat tzw. turystyki masowej – ze specjalnym uwzględnieniem uwikłania w nią większych grup autokarowych – lecz rozmiar tego tekstu również i mnie samego w końcu bez mała przeraził, więc pora napisać: basta! Ale niczego nie żałuję i z niczego nie mam zamiaru się tłumaczyć. Pisanie tego wszystkiego było dla mnie frajdą – a ponadto powrotem do niezapomnianych chwil i przeżyć, jak również utrwaleniem ich (przynajmniej na jakiś czas) w świecie, w którym wszystko (a zwłaszcza to, co dobre) tak szybko przemija. Mam również nadzieję, że przybliżyłem niektórym czytelnikom piękno amerykańskiej ziemi. I że tekst ten posiada pewien walor praktyczny, który można wykorzystać, realizując własny plan odwiedzin tej fascynującej części naszego globu, jaką jest bez wątpienia kontynent Ameryki Północnej.

greydot.

Powiązane wpisy: „SZKICE O AMERYKAŃSKIEJ SCENERII”,   „WYPRAWA NA ZACHÓD”.

New York by night: Time Square – rozjarzone serce Manhattanu – widok z Empire State Building

Nowy Jork nocą: Time Square – rozjarzone serce Manhattanu (widok z Empire State Building)

© ZDJĘCIA WŁASNE (klikając na zdjęcia można zobaczyć obrazy w pełnym wymiarze)

.

AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM: W PUSTYNI I W PUSZCZY

szkice o amerykańskiej scenerii, cz. III

*

Osobliwość, niezwykłość czy piękno - krajobraz bierze nas we władani (nad Jeziorem Kraterowym w Oregonie)

Osobliwość, niezwykłość czy przyrodzone piękno? – krajobraz bierze nas we władanie (nad Jeziorem Kraterowym w Oregonie)

*

Każdy krajobraz, który jest inny od krajobrazu jaki nas otaczał kiedy dorastaliśmy, wydaje się nam osobliwością. A do osobliwości, które spotykamy na amerykańskim kontynencie, możemy mieć stosunek dwojaki: zachwycić się ich egzotyką, mieć poczucie tego, że oto dotarliśmy do niezwykłego miejsca wzbogacającego obraz świata, w jakim żyjemy i rozszerzającego perspektywę z jakiej go widzimy; odczuć posmak małego zwycięstwa w pokonaniu przeszkód, które leżały na naszej drodze do odkrycia nowej ziemi, jej pejzaży, przyrody obcej a fascynującej – klimatów dotychczas na naszej skórze nie doświadczonych, nieba wyższego i bardziej niebieskiego, słońca jaśniejszego, wód głębszych, wodospadów huczniejszych, fal bardziej spienionych, skał o kolorystyce jak na palecie malarza impresjonisty…
Albo zgoła inaczej: mieć poczucie obcości, może nawet dziwaczności – przytłoczenia skalą nieporównywalną z czymkolwiek nam znanym; zdezorientowanie proporcjami wymykającymi się naszej percepcji, niemożność przyzwyczajenia się do czegoś, co dla nas nieswojskie…

Muszę przyznać, że mnie zdecydowanie bliższy jest ten pierwszy sposób odczuwania krajobrazowej i przyrodniczej nowości – ten pociąg, zachwyt i ekscytacja czymś dotychczas niewidzianym, po raz pierwszy prywatnie odkrywanym. To wszystko, co zadecydowało o tym, że w końcu wyruszyłem w świat, by zbadać nowe miejsca i plenery – zobaczyć je na własne oczy, poczuć przez skórę wszystkimi zmysłami.
Niewątpliwie ma ten stosunek do świata trochę z naiwności, dziecięcej gotowości do zadziwienia się nim. I mniej związany jest z intelektem, bardziej ze zmysłowością – otwarty na bardziej spontaniczne doświadczenie tego, co człowieka podczas jego podróży spotyka i otacza. Ale wiem, że jest też inne podejście do przyrodniczych osobliwości i tworów Natury, obcych naszym doświadczeniom wyniesionym z dzieciństwa. Pamiętam, że uderzyły mnie słowa Miłosza wypowiedziane o jednym z najpiękniejszych, moim zdaniem, miejsc na amerykańskim kontynencie, a mianowicie o Jeziorze Kraterowym, położonym na południu stanu Oregon. Muszę się przyznać, że takich słów bym nigdy nie napisał (i to nie z oczywistego skądinąd powodu niedosiężności poziomu literackiego Noblisty), ale z prostej przyczyny takiej, że moje odczucia z pierwszego spotkania z Crater Lake były zupełnie inne, bardziej z Naturą spolegliwe – bez poczucia obcości, dziwności i nudy, które Miłosz expressis verbis w swoich „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” wyraził: „Parę dziesiątków mil pustej, nakreślonej nienagannie prostą linią szosy, wznoszącej się tak niedostrzegalnie, że przypomina o tym tylko opór motoru, i z obu jej stron nic prócz lasu nędznych karłowatych sosen ma podłożu rozsypanej lawy, a nuda tego jest taka, że oczy zalepia  senność. Następnie wirażami na zbocza góry, której wierzchołek urwał wybuch wulkanu, i stamtąd widok na jezioro w środku, w obręczy skał. Strome jego brzegi, bez dostępu, nie mają roślinności, kolor jego wody jest przeraźliwy, jadowity lazur, zbyt czysty, zbyt absolutny. jakby po to, by zaznaczyć, że ten geologiczny kaprys opiera się wszelkiemu użytkowi, jest i nieprzystępna wyspa, kamienna piramida łamiąca jednolitość powierzchni. Racjonalnie rzec biorąc, brak danych, żeby przypuścić, że każdy, kto znajdzie się w tym krajobrazie, będzie odczytywał go jako szyfr jałowości samej w sobie. Niemniej zdaje się w tym zbytecznym splendorze kryć jakaś myśl, a nawet może miejsce na wytyczoną między karłowatymi sosnami szosę było z dawien dawna przygotowane, w przewidywaniu, że będzie nią jechał ktoś, kto uchwyci intencje ukrytego, przewrotnego Twórcy.”

Niewątpliwie konsekwentne jest to wyznanie dla kogoś, kto – jak Miłosz – wyszedł od chłopięcego zakochania w Naturze, a skończył jako ktoś „dorosły”, dla kogo jest ona bezduszną, bezmyślną, bezcelową manifestacją bytu i działania kosmicznej machiny, w której organizmy żywe – jej małe trybiki – podlegają cierpieniu jakie niesie ze sobą życie, poddawane nieosobowemu, a wpisanemu w jej strukturę, okrucieństwu. Intelektualista zwykle odrzuca romantyczne skłonności uczłowieczania Natury – przydawanie jej atrybutów będących wytworami ludzkiej kultury, w tym i estetyki, w obrębie której zawarte jest pojęcie i percepcja piękna. Jest w tym jednak niekonsekwentny – bo odrzucając piękno, dobro i opiekuńczość w Naturze, winien zaniechać też przypisywania jej istocie takich cech, jak brzydota, zło i okrucieństwo. A tego właśnie nie czyni, pozostając mimo wszystko przy wymyślonych przez siebie miazmatach (ludzkiej per se) kultury, wchodzącej w relacje z (nie wiadomo jednak czy boską) Naturą.

Pustynie, lasy, prerie, góry, jeziora, rzeki, oceany… ich obrazy konstytuują – i to nie tylko w masowej wyobraźni – ikonografię amerykańskiego pejzażu, która staje się dla kontynentu czymś swoistym, z nim nierozerwalnym – czymś co kreuje w ludzkich głowach wyobrażenie o tej ziemi, tym bardziej istotne, że nieporównywalne z żadnym innym rejonem świata. Ta typowo amerykańska skłonność do tego, by uważać kraj ten za coś wyjątkowego w skali całego globu, ma akurat tutaj swe uzasadnienie, bo rzeczywiście amerykański krajobraz jest unikalny, niezwykły – w swojej osobliwości wyróżniający się, nie spotykany nigdzie indziej na świecie.
To poczucie egzotyki nie opuszcza każdego, kto po raz pierwszy zanurza się w amerykański pejzaż. I zapewne byłby on dla wielu czymś przytłaczającym, gdyby nie cywilizacja, którą przybysz czuje za swoimi plecami, wiedząc, że zapewnia mu ona jednak pewne bezpieczeństwo, tudzież komfort odwrotu, może nawet ucieczki. Mimo to o cywilizacji (tu warto zaznaczyć, że nie jest ona jednak tożsama z kulturą) warto w pustyni i w puszczy zapomnieć – lepiej wtedy dociera do człowieka cały ten przyrodzony amerykańskiej ziemi naturalny splendor.

W PUSTYNI…

Ktoś może powiedzieć: cóż ciekawego w pustyni? Czym tu się zachwycać w tej pustce? Żar leje się z nieba, piasek się praży, światło jaskrawe oślepia – wszechobecna suchość dostaje się nawet do naszego gardła. Repetycja pustynnych motywów powoduje, że nuda i znużenie dobiera się nam do umysłu i zmysłów, oczy zaczynają się kleić, skóra piec i wysychać – wszystko zaczyna się zlewać i drżeć tworząc obraz podobny temu, jakiego doświadczyć można w mirażu czy nawet w malignie.
Zgoda, tego doznałem również, lecz amerykańska pustynia zawsze była dla mnie skądinąd czymś fascynującym i bynajmniej nie nudnym. Ba! Tak naprawdę nie jest ona pusta, bo pełna rzeczy – być może na pierwszy rzut oka niewidocznych, a jednak kryjących się za pozorną martwotą i układających się w mozaikę, która bynajmniej nie jest monochromatyczna. Przesada? Nie sądzę. A przyzna mi rację każdy, kto choć raz zapuścił się wgłąb skalnych kanionów Doliny Śmierci i zobaczył tam orgię kolorów zdjętych jakby wprost z malarskiej palety (jeden z punktów widokowych nazywa się tu właśnie adekwatnie: „Artist Pallete”). Albo jeszcze inne miejsce w Dolinie – słynne Zabriskie Point – kłujące w oczy złotem, brązem, żółcią, pomarańczem i bielą – całą tą jaskrawością będącą efektem erozji dna dawnego morza, poddanego działaniu wiatru, czasu i okazjonalnie wody. Miejsce to jest tak niezwykłe, że nie tylko dało nazwę słynnemu (głównie dzięki ścieżce dźwiękowej napisanej przez zespół „Pink Floyd”) filmowi Antonioniego, ale i było świadkiem największego ponoć życiowego doznania Michela Foucaulta, który dokładnie tutaj doświadczył niebywałego odlotu po zażyciu sporej dawki LSD.

.

Spotkanie z pustynią jako doświadczenie euforyczne - Zabriskie Point w Dolinie Śmierci

Spotkanie z pustynią jako doświadczenie euforyczne – Zabriskie Point w Dolinie Śmierci

.

Dolina Śmierci to geologiczna anomalia, co pociąga za sobą anomalie krajobrazowe, choć właściwiej byłoby tutaj mówić o niezwykłości pejzażu – niezwykłym nawet wtedy, gdy zestawi się go z osobliwościami widokowymi pustyni Mojave, której Dolina Śmierci jest częścią. Długa na ponad 200 kilometrów niecka, otoczona dwoma ponurymi pasmami gór Amargosa i Panamint, wypełniona w znacznej części salinami i djunami, żwirem i piaskiem, a nawet kamieniami czy głazami, które poruszają się – jak się wydaje –  samoistnie, w zupełnie tajemniczy sposób, pozostawiając za sobą ślad podobny temu, jakim znaczy swoją drogę pełzający wąż.
Dobra dla tego miejsca nazwa: depresja – zapadnięte na głębokość niemal 90 m. poniżej poziomu morza dno wyschniętego jeziora, i to w pobliżu słonego niebywale bajorka, o równie adekwatnej dla całego tego pustynnego anturażu nazwie – Badwaters. Jest jeszcze Devil’s Golf Course, jak również Devil’s Cornfield, jest wspomniany już przeze mnie Widok Dantejski (Dante’s View), oraz oaza ochrzczona – o dziwo! – jako Furnace Creek – z prawdziwym polem golfowym (już dla ludzi) i przypominającym do złudzenia fatamorganę, zagajnikiem palm daktylowych.

Na kontynencie Ameryki Północnej pustyń jest bez liku: właściwie cały amerykański Zachód (a ściślej: tereny położone w zachodniej części Stanów Zjednoczonych) są jednym wielkim ciągiem pustyń i półpustynnych stepów, bowiem nadciągające znad Pacyfiku wilgoć i deszcze zatrzymują się na potężnych łańcuchach górskich Kordylierów, wśród których wyróżniają się oczywiście Sierra Nevada i Góry Kaskadowe. A najciekawszy „pustynnie” jest rejon zwany Pustynnym Południowym Zachodem (Desert Southwest), czyli pustynie Mojave, Sonora i Chihuahua pokrywające takie stany, jak Kalifornia, Arizona, Nowy Meksyk i Teksas. Jest jeszcze potężna pustynia Wielkiej Kotliny obejmująca niemal całą Newadę i większość zachodniego Utah.
Jednak nie chcę tutaj nużyć nikogo geograficzną wyliczanką, którą można znaleźć w pierwszym lepszym przewodniku lub podręczniku, a także w sieci. Zamiast tego podzielę się moimi wrażeniami z zetknięcia się z tymi pustyniami – czyli tym, co obrazy owych pustyń zostawiły w mojej pamięci.

Pierwsza była arizońska Sonora – las strzelistych kaktusów saguaro rosnących na południe od Phoenix, wraz z wieloma innymi gatunkami sukulentów (kaktusy organowe, baryłkowe, ocotillo, chola…), które wczesną wiosną pokrywają się kwieciem, tworząc widok przedziwny, nazywany przez tubylców kwitnącą pustynią. Jeśli na dodatek ta pustynia jest „Malowana” (a taką nazwę nosi pustynia leżąca na wschód od Wielkiego Kanionu, w obrębie Rezerwatu Indian Navajo), to można sobie wyobrazić estetyczne konsekwencje tego: barwną mozaikę kwitnących kaktusów i kolorowych skał, w niczym nie przypominającą stereotypowego wyobrażenia żółtoszarej monotonii piaszczysto-żwirowych hałd zalegających ziemię aż po horyzont.
Z kolei, charakter pustyni Mojave podkreślają niezwykłe „drzewka Jozuego” (joshua trees) – nazwane tak przez Mormonów ponoć dlatego, że jego gałęzie przypominały im ramiona rozpiętego na krzyżu Chrystusa (Joshua=Jozue=Jezus). Zresztą, nie dziwi to wobec mnogości biblijnych nazw, zwłaszcza w Utah – w stanie zamieszkałym w większości przez Mormonów, dla których biblijna mitologia do tej pory stanowi niekwestionowane źródło odniesień dla ich duchowego życia i religijnych wierzeń.
Chihuahua zaś to pustynia w zasadzie meksykańska, która jednak wielkim suchym jęzorem sięga Nowego Meksyku i Teksasu, pokrywając olbrzymie obszary suchorostami, jukkami, opuncjami i różnymi gatunkami kaktusów. Przez pustynię tę płynie słynna Rio Grande (którą bardziej chyba znamy jako Rio Bravo), lecz  najbardziej osobliwym zakątkiem tej pustyni są tzw. Białe Piaski – jaskrawe morze falujących wydm z rozdrobnionego gipsu – jedno z najciekawszych miejsc Ameryki, leżące na terenie Nowego Meksyku, warte większej uwagi.Wiedziałem, że ponad pół wieku temu wybuchła tu pierwsza bomba atomowa, wymyślona przez Oppenheimera i spółkę w ramach tajnego projektu “Manhattan”, realizowanego w laboratoriach położonego nieopodal urokliwego miasteczka Santa Fe. Wiedziałem również, że Białe Piaski otacza jeden z największych poligonów doświadczalnych na świecie (należące do US Army 4000 mil kwadratowych ziemi), gdzie testuje się najnowszą amerykańską Wunderwaffe. Nie wiedziałem jednak tego, że jest to miejsce tak spektakularne – dopóki sam nie dotarłem na to morze bieli rozciągającej się po bezkresny horyzont.
Białe Piaski Nowego Meksyku to największa gipsowa pustynia na świecie. Nieogarniony wzrokiem obszar wydm białych jak śnieg, sypkich jak mąka. Można dostać zawrotu głowy, stając na szczycie jednej z tysięcy gipsowych gór i rozglądając się wokół na rozlewające się aż po kres widoczności morze falujących hałd, kopców, stożków, kopuł… zwałów gipsowych ziaren, które od tysięcy lat przemieszcza z miejsca na miejsce niespokojny wiatr.
Ta biała pustynia jest tu w ciągłym ruchu, ale schwytana w pułapce kotliny Tularosa, niczym gigantyczna klepsydra pełna miliardów ton białego piasku, odmierza czas mijający od ostatniego zlodowacenia, kiedy nieckę tę wypełniało olbrzymie jezioro. Jednak te przesypujące się drobiny pamiętają czasy jeszcze dawniejsze. Są one właściwie pozostałością po organicznych depozytach, jakie odłożyły się na dnie morza, które znajdowało się tutaj 250 mln. lat temu.
Cóż nam jednak mówią owe czasowe interwały? Miliard lat nie robi na nas większego wrażenia jak milion, ponieważ nasza wyobraźnia jest pod tym względem mocno ograniczona czasem, jaki przebywamy na ziemi i trudno jest jej sięgnąć poza czubek nosa własnego krótkiego żywota. Bowiem w skali Wszechświata jest on niczym mgnienie oka jakiegoś kapryśnego bóstwa.

Spokrewnione z pustynnym krajobrazem są piaszczyste wydmy, ale co ciekawe – te największe z nich, jak np. Diuny Oregonu zwane czasami (nie bez pewnej przesady) „amerykańską Saharą”, czy Wydmy Śpiącego Niedźwiedzia w Michigan – rozciągają się wzdłuż wielkiej wody: w Oregonie – biegną przez 60 km wybrzeżem Pacyfiku, zaś w Michigan – rozłożone są nad Jeziorem Michigan, w rejonie gromadzącym największe zasoby wody pitnej naszej planety (mowa oczywiście o Wielkich Jeziorach). Chociaż w pustynnej Dolinie Śmierci też powstały wydmy, podobnie jak u podnóża gór Sangre de Cristo w Kolorado, gdzie utworzono park narodowy o bardzo adekwatnej nazwie: Great Sand Dunes, czyli Wielkie Piaszczyste Wydmy  (najwyższe z nich osiągają wysokość 270 m.)
Tak jak piaszczyste czy gipsowe pustynie są falującym morzem oślepiającej oczy jaskrawej bieli czy żółci, tak wzgórza i stożki z zastygłej lawy czy też z wulkanicznych popiołów uderzają w nas iście piekielną czernią: tak jest w najsłynniejszym obszarze pól lawowych w Ameryce, którymi są Księżycowe Kratery w Idaho. Podobnie jest w północno-wschodniej Kalifornii (Lava Beds National Monument) oraz w Oregonie (Newberry Volcanic National Monument), jak również w innych miejscach rozsianych po kontynencie tam, gdzie z gorejących i plujących ogniem czeluści podziemnych nie tak dawno jeszcze wylewała się magma, a teraz czarny żwir, popiół i pumeks tworzą unikalne, ale przede wszystkim ponure i infernalne wręcz pejzaże.

.

Pod wielkim słońcem pustyni - na Białych Piaskach Nowego Meksyku

Pod wielkim słońcem pustyni – na Białych Piaskach Nowego Meksyku

* * *

A teraz pozwolę sobie na krótką osobistą wycieczkę, która jednak ściśle wiąże się z tematem tej części szkiców. Otóż swego czasu, przy okazji podróży przez pustynie Nowego Meksyku i Teksasu (TUTAJ), napisałem ustęp, który pozwolę sobie tutaj przytoczyć:
„Pustynia jest naturalnym fenomenem, który zawsze splatał się z pewnymi aspektami kultury człowieka. Co ciekawe, często największy ferment cywilizacyjny miał miejsce na jakimś stosunkowo niewielkim a życiodajnym obszarze otoczonym rozległymi, niezbyt gościnnymi obszarami pustynnymi lub półpustynnymi. Przykładami mogą tu służyć choćby Egipt, Bliski Wschód, dorzecze Tygrysu i Eufratu, Dolina Indusu, czy nawet sama Grecja.
Pustynia jest jak archetypiczny pejzaż, stanowiąc scenę, na której zawrzeć można z bogami przymierze, albo z nimi się wadzić – lub nawet boga ukrzyżować. Nagi i ascetyczny krajobraz to także arena, na której bardziej wyraźnie i ostro widać walkę człowieka o przetrwanie – zwłaszcza wtedy, gdy człowiek ten jest samotny, zdany tylko na siebie, pozbawiony rzeczywistego oparcia w świecie, w którym nie ma już ludzkiej, ani nawet boskiej sprawiedliwości.
Czym była – i jest – dla ludzi pustynia? Żywiołem, z którym trzeba było się zmierzyć, udowodnić własną wytrzymałość? Odpowiednikiem Kosmosu, w którym człowiek czuł się zagubiony i przytłoczony? Odzwierciedleniem niszczycielskich sił natury? Przejawem boskiej władzy nad człowiekiem?
Tak, ale nie tylko. Pustynia stała się metaforą, miejscem gdzie ścierały się w człowieku różne tendencje, skłonności, dążenia… gdzie rodził się pewien kulturowy kanon. To na pustynie uciekali eremici, by odnaleźć drogę do Boga i samego siebie.
Czyli pustynia jako sztafaż ascetyczny – swego rodzaju czyściec. To na pustyni Św. Hieronim tłumaczył Biblię. To na pustyni miały miejsce kuszenia Jezusa i Św. Antoniego. To na pustyni przemówił do Mojżesza krzak gorejący. A więc pustynia jako arena zmagania się tego co ludzkie, z tym co boskie czy też nawet diabelskie.
(…) Sądzę, że doświadczenie pustyni jest dla człowieka ważniejsze – i bardziej ‚twórcze’ – niż np. doświadczenie dżungli. Paradoksalnie bowiem: człowiek na pustyni zdaje się bardziej i dogłębniej ‚dokopywać’ do swojego egzystencjalnego ‚rdzenia’, doświadczać mocniej ‚doli człowieczej’, pełniej rozumieć fenomen (ludzkiego) życia, niż mając wokół siebie tętniącą i kipiącą (zwierzęcym) życiem dżunglę. Dlaczego? Może dlatego, że pustynia lepiej pozwala człowiekowi identyfikować się ze swoją kulturą, natomiast dżungla to nieokiełznana, atawistyczna – przeciwstawiona ludzkiej cywilizacji – Natura?
‚Jądro ciemności’ jest zwierzęce, pustynną pustkę człowiek wypełnia tym, co najbardziej ludzkie – czyli kulturą. Instynkt życia i popędy przeciwstawione zostają pragnieniu duchowości. Łatwiej chyba o tę transgresję w jasności gorącego Słońca pustyni, niż w redukującej nas do pierwotnej biomasy i zmuszającej do walki i rywalizacji z innymi formami życia, dżungli.”

Przeczytawszy to, jedna z moich blogowych znajomych zarzuciła mi pod moim wpisem: „Ja zaczęłabym inaczej: ‚Wyruszając w podróż, otwórz się na nowe a w domu zostaw cały swój bagaż kulturowy, bo może okazać się zbędnym balastem.’ Piszę pół żartem, pół serio, bo oczywiście z całym takim bagażem trudno się pożegnać. Niemniej jednak po przeczytaniu tego wpisu, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że takie podróżowanie, gdzie przebywanie na pustyni automatycznie przywołuje miejsce przymierza bądź walki z bogami, zmaganie z natura etc., to podróżowanie sztuczne, zamknięte w dość utartej symbolice kulturowej i na dobrą sprawę mogłoby być ‚podróżowaniem’ po domowej bibliotece, a nie szczerym i otwartym doświadczaniem nowego, odmiennej przestrzeni.”

Mogłem się z tym zgodzić, ale pewną przykrość sprawiło mi to, co – nawiązując do tego samego tekstu – M. napisała na innym blogu:
„Mnie notka Logosa zadziwiła z tego samego powodu, bo ja też na pustyni nie przeżywałam walki dobra ze złem, ale jej wspaniałą przestrzeń, gładkość piasku i ciepło wiatru, który rysował doskonale fale na wydmach. Zgadzam się z tym, że w jego wpisie dużo jest antropomorfizacji, ale jest tam coś więcej: całkowite zamknięcie się w pewnych schematach kulturowych (historii biblijnych, mitycznych etc.) i brak swobody w przeżywaniu przestrzeni. Podróż w taki sposób wydaje się nie mieć w ogóle sensu, bo nie dostarcza podróżującemu żadnych nowych wrażeń poza może pewna przyjemnością w odtwarzaniu literackich skojarzeń.
Moim zdaniem takie podejście niekoniecznie musi mieć coś wspólnego z byciem wierzącym bądź nie. Przynajmniej ja bym tych dwóch rzeczy nie łączyła. Widzę tutaj raczej niemoc czy może ograniczenie wykształconego człowieka w przeżywaniu czegoś nowego. Zamiast podróżowania i doświadczenia natury, jest ucieczka w kulturę. Dla mnie to przykład tego, jak można sprowadzić całą przyjemność fizycznego obcowania z nową przestrzenią do czegoś w rodzaju konwencjonalnego wyjścia do biblioteki.”

Ubodło mnie nieco zwłaszcza radykalne stwierdzenie, jakoby moje doświadczenie przyrody (krajobrazu, pleneru, Natury) oznaczało „…całkowite zamknięcie się w pewnych schematach kulturowych (historii biblijnych, mitycznych etc.) i brak swobody w przeżywaniu przestrzeni”, jak również i to oświadczenie M.: „widzę tutaj raczej niemoc czy może ograniczenie wykształconego człowieka w przeżywaniu czegoś nowego”. 
Te zdania mnie jednak zdziwiły, bo zupełnie rozmijają się z moim doświadczaniem miejsc nowych (zwłaszcza Natury i krajobrazu), któremu zresztą nie raz dałem wyraz – i to nie tylko na piśmie, ale i na fotografii. Już nie mówię o tym, że jednak są one nieco obraźliwe, zarzucając mi jakąś „niemoc” i „ograniczenie”, tudzież „brak swobody w przeżywaniu przestrzeni”.
Nikt nie jest doskonały, ale to nieprawda, że kultura przysłania mi świat – częściej jednak pozwala wydobyć z niego piękno. Bo czy to, że w związku z Naturą, nawiązuje się do kultury, literatury czy mitu, jest równoznaczne z tym, że nie można odczuć „wspaniałej przestrzeni, gładkości piasku i ciepła wiatru, który rysował doskonałe fale na wydmach”? Wręcz przeciwnie.
Zresztą, mimo wszystko, Naturę odbieram przede wszystkim zmysłowo, a dopiero później – i to ewentualnie – intelektualnie. Interpretacja kulturowa przychodzi więc po sensorycznej, będąc w zasadzie czymś wtórnym, ale także dopełniającym. Może nawet nadającym sens i znaczenie czystemu doświadczeniu zmysłowemu, które – samo w sobie – choć czasem euforyczne, to jest także w jakimś sensie nihilistyczne. Metafora nie zabija rzeczywistości, ona ją przybliża i oczywiście wzbogaca, nasycając przy okazji tym, co specyficznie ludzkie.
Do tego, by odszukać, przyjąć i poczuć piękno amerykańskiej ziemi, nie potrzeba więc wspomagania się literaturą, niemniej jednak może być ona w tym pomocna. Zwłaszcza jeśli chce się doświadczeniem tego piękna podzielić z kimś innym.

… I W PUSZCZY

Pustynia pustynią lecz dopiero w puszczy możemy poczuć całą tę bujność życia, które dokonuje brawurowej ekspansji we wszelkie możliwe miejsca naszego globu, dając dowód na to, że elan vital jest siłą, która świetnie sobie radzi z oporem martwej materii, zwłaszcza tam, gdzie znajduje odpowiednie warunki i środki, jakimi karmić się może życie. A życie roślinne karmi się najlepiej tam, gdzie jest dobra gleba i nie brakuje wody.
Tej ostatniej pod dostatkiem mają lasy porastające zachodnie stoki gór rozciągających się pacyficznego wybrzeża amerykańskiego kontynentu.

.

W bajecznym lesie - oszołomienie bujnością życia i intensywnością zieleni (Las Deszcziwy Hoh, Park Narodowy Olympic w stanie Waszyngton)

W bajecznym lesie – oszołamiająca bujność życia i intensywność zieleni (Las Deszczowy Hoh, Park Narodowy Olympic w stanie Waszyngton)

.

Z niejakim niedowierzaniem przyjmują niektórzy informację, że na terenie Ameryki Północnej rosną lasy deszczowe. A takie można znaleźć na Półwyspie Olympic, który jest miejscem szczególnym – zresztą nie tylko z tego powodu. Przypomina on bowiem otoczoną oceanicznymi mgłami naturalną twierdzę utworzoną przez wysokie na dwa i pół kilometra góry, których szczyty pokryte są wiecznym śniegiem a stoki gęstą puszczą, bujną zwłaszcza od strony Pacyfiku, gdzie znacznie więcej jest wilgoci i gdzie często padają deszcze. Stąd las „deszczowy”, który bez przesady nazwać można bajecznym – bo nie przypomina on nam żadnej ziemskiej krainy, a raczej scenerię z jakiejś fantastycznej baśni, gdzie dziwne stworzenia żyją wśród wysokich paproci i potężnych drzew porośniętych mchem, pnączami, porostami… w zieleni nasyconej tak, że nas, zwykłych śmiertelników, mogą od tego zaboleć oczy.
A jednak nad tym bólem zdecydowanie przeważa zadziwienie, może nawet zachwyt. Sprawia to widoczna w każdym zakątku roślinna bujność, spowita mistyczną wręcz aurą snującej się między drzewami mgły, wypełniona szmerem płynących strumieni i spadających kropel wody, migocząca drobinami rosy, które przylgnęły do liści i źdźbeł trawy, drżąc w swojej grawitacyjnej niepewności i zawieszeniu.
Półwysep Olympic jest częścią krainy zwanej Pacyficznym Północnym Zachodem (Pacific Northwest), a lasy deszczowe półwyspu tylko bardziej osobliwym zakątkiem porastających tę krainę gęstych lasów cedrowych, świerkowych, sosnowych, których wielkie połacie na szczęście uniknęły karczowniczego szaleństwa, jakie opanowało Amerykę zwłaszcza w XIX wieku, kiedy to wycięto sporą część amerykańskich puszcz. Lasy Północnego Zachodu są wspaniałe, zwłaszcza te porastające wschodnie zbocza Gór Kaskadowych lub rozrośnięte wokół potężnych, zwykle uśpionych dzisiaj wulkanów – jak np. Mt. Hood, Mt. Baker, Mt. Adams – ze szczególnym wskazaniem na przepiękne scenerie pewnego cudownego miejsca, jakim jest położony nieopodal Seattle Park Narodowy Mt. Rainier – wzbogacone na dodatek spektakularnymi – pokrywającymi wyższe partie tego kolosalnego wulkanu – lodowcami. Niedaleko od Mt Rainier leży słynna Mt. St. Helens, pamiętna dzięki wulkanicznej katastrofie sprzed kilkudziesięciu lat, która zniszczyła niemal doszczętnie porastające jej zbocza lasy, pozostawiając po sobie krajobraz wręcz apokaliptyczny, niczym po nuklearnej eksplozji – obraz spustoszeń, który do dzisiaj może wywierać na przybyszach szokujące wrażenie, łagodzone wszak oznakami odradzającego się z tego rumowiska popiołów i zgliszczy, życia. Warto przy tym pamiętać, że zupełnie podobnie wyglądały kiedyś także i tereny wokół sąsiednich wulkanów (jak np. Mt. Rainier), tyle że z czasem zamieniły się one z powrotem w tętniące życiem lasy i puszcze, które odrodziły się niczym Feniks z popiołów, nabierając urody inspirującej ludzi do nadawania im takich nazw jak np. „Paradise” (jeden z rejonów Parku Narodowego Mt. Rainier) – co wydaje się całkiem adekwatne do aparycji tego miejsca, rzeczywiście będącego jednym z najpiękniejszych zakątków naszej planety, i to nie tylko w moich oczach. Zwłaszcza latem, kiedy szlakami wokół Paradise, można dotrzeć do łąk pokrytych kolorowymi kobiercami kwitnących dzikich kwiatów, które wraz z lodowo-górska scenerią – dzięki wrażliwej siatkówce naszych oczów – zostawiają w naszym mózgu niezatarte wrażenia.

Wśród sekwoi redwood - Avenue of the Giants

Wśród sekwoi redwood – Avenue of the Giants

Zejdźmy jednak wzdłuż pacyficznego wybrzeża nieco niżej, na południe. Zaraz po przekroczeniu granicy Oregonu i wjechaniu do  Kalifornii znajdziemy się w kolejnym unikalnym w skali całego naszego globu lesie, w którym rosną najwyższe drzewa na świecie, czyli sekwoje redwood. I oto znów jesteśmy w magicznym, par excellence mistycznym, bo także spowitym mgielną aurą (mist = to w j. ang. mgła) lesie, który zmusza nas do kręcenia… z niedowierzaniem i zdumieniem – głową.
Myślę, że warto tutaj ponownie oddać głos Miłoszowi, który o tej północno-kalifornijskiej puszczy pisał tak: „Krasnobór, czyli resztki dziewiczego lasu sekwoi. Niektóre gotyckie katedry, na przykład strasburska, odtwarzają, jak można się domyślać, małość i bezbronność człowieka w jego średniej strefie pomiędzy Piekłem i Niebem, to znaczy wśród kolumn puszczy, która, kiedy budowano katedry, pokrywała nadal duże obszary Europy. Jednak w Europie nigdy nie było drzew liczących sobie ponad dwa tysiące lat wieku, takich jak redwoods. Ten las jest ideą lasu, prawzorem narysowanym przez Pana Boga, żadne kolumny kościołów nie sięgnęły tej wysokości, nigdzie półmrok wśród nich nie kontrastuje tak wyraźnie z ukośnym promieniem przenikającym z jakiejś niewidzialnej dali. Figurki ludzkie mają nawet nie wobec pni, te są poza wszelką proporcją, ale wobec tego co na niższym poziomie, większych od człowieka paproci i zwalonych omszałych kłód puszczających nowe zielone pędy. Żeby się potwierdziła wartość lasu-symbolu, krasnobór ma tę właściwość, że nawet kloc ściętego drzewa nie umiera i odradza się w mnóstwie szybko rosnących gałązek.”
Nie wspominając już o tym, że stanowi pożywienie dla tysięcy różnych gatunków zwierząt mniejszych i większych, tudzież innych roślin symbiotycznych i pasożytniczych.
Zwróćmy uwagę, że Miłosz opisując krasnobór balansuje między Naturą a cywilizacją, nawiązując wprost do europejskiej kultury – tak jakby umożliwiało mu to nie tylko ogarnięcie, ale i zrozumienie ludzkiej relacji zachodzącej na styku człowiek – Natura, bez którego to zrozumienia las byłby tylko jednym z przejawów bezcelowego, może nawet pozbawionego sensu, biologizmu.
Czy jednak takie zrozumienie jest nam potrzebne? Moim zdaniem tak, ponieważ ściśle łączy się z biologizmem nas samych, a ponadto uświadamia nam i nadaje sens temu, że z ową Naturą stanowimy jedną wielką ożywiona całość – że jesteśmy cząstką o wiele większego od nas systemu, być może nawet jednym z przejawów i urzeczywistnień planu, którego jednak nie możemy do końca poznać, ani nawet zyskać pewności, że taki plan w ogóle istnieje.
Ale przecież można poczuć Naturę w chwili mistycznej, wymykającej się wszelkiej zracjonalizowanej łączności z kulturą, siłą tylko zmysłowego i duchowego przeżycia, doświadczonego na nagim styku Ja-i-Przyroda, tak jak to zdarzyło się jednej z moich blogowych znajomych, Chihiro, która wpierw cytuje japońskiego pisarza Tawadę: „Ciało ludzkie jest jak kropla wody, a kropla wody – jak blask. Podczas pełni nigdy nie wieje wiatr. Drzewa pogrążają się w ciszy, zasypiają nawet nocne ptaki. Rytm czasu zanurza się w stawie, nocne niebo przylega do ziemi. Jeszcze teraz łzy cisną mi się do oczu, gdy przypominam sobie tamtą chwilę: niewyśpiewaną melodię, która wypełniła moje ciało, niekończące się drżenie w krtani.” – by następnie opisać swoje doświadczenie zetknięcia się z lasem sekwoi redwood: „Kiedy ja przeżyłam taką chwilę? Takie leśne zen trwało u mnie długo, może godzinę, może dłużej. Było to w Alei Gigantów, czyli Avenue of the Giants, w Kalifornii zeszłej wiosny. Gdy przypominam sobie te kilkadziesiąt kilometrów podróży, hipnotyzującej jazdy po lesie pełnym sekwoi, sięgających gwiazd (te drzewa mają niekiedy po 2 tysiące lat i liczą do 115m wysokości), wśród leśnych strumieni i rzek, również łzy cisną mi się do oczu, bowiem moje ciało wypełniała niewyśpiewana melodia.”
Też znam to wzruszenie – pozbawione mimo wszystko ckliwej czułostkowości, na którą nie zezwala jednak surowość i dzikość przedmiotu admiracji. Sekwoje redwood (łacińska nazwa też nie jest pozbawiona swoistej nazewniczej poezji: sequoia sempervirens, czyli sekwoja „wiecznie-zielona”) rosną (wysiane naturalnie) jedynie w Kalifornii i to w wąskim pasie blisko Oceanu – począwszy od wybrzeża Big Sur poniżej San Francisco, biegnąc wzdłuż Pacyfiku, aż po granicę z Oregonem, gdzie znajduje się specjalnie chroniony obszar krasnoboru, który otrzymał status narodowego parku (Redwood National Park). Parkowy las sekwojowy jest piękny, lecz jeszcze piękniejszy jest ten, który widzi się z drogi leżącej poza parkiem – a o którym wspomina Chihiro – czyli Aleja Gigantów, wąska droga ciągnąca się – i wijąca – przez kilkadziesiąt mil przez sam środek gęstego lasu czerwonych sekwoi, gdzie jadące nią samochody przypominają dziecięce zabawki, a strzeliste, ponad stumetrowe drzewa o korze koloru bordo, mijają obok nas – i nad nami – jak dekoracja z bajecznego snu.

* * *
Skoro mowa o redwood, poczyńmy tutaj małą dygresję. Otóż jest taki wiersz Herberta („Sekwoja” z tomu „Pan Cogito”):

Gotyckie wieże z igliwia w dolinie potoku
niedaleko Mount Tamalpais gdzie rankiem i wieczorem
gęsta mgła jak oceanu gniew i uniesienie

w tym rezerwacie olbrzymów pokazują przekrój drzewa miedziany pień zachodu
i ktoś przewrotny wpisał daty ludzkiej historii
cal od środka pnia pożar dalekiego Rzymu za czasów Nerona
w połowie bitwa pod Hastings nocna wyprawa drakkarów
popłoch Anglosasów śmierć nieszczęsnego Harolda
opowiedziana jest cyrklem
i wreszcie tuż przy wybrzeżu kory lądowanie Aliantów w Normandii

Tacyt tego drzewa był geometrą nie znał przymiotników
nie znał składni wyrażającej przerażenie nie znał żadnych słów
więc liczył dodawał lata i wieki jakby chciał powiedzieć że nie ma
nic poza narodzinami i śmiercią nic tylko narodziny i śmierć
a wewnątrz krwawa miazga sekwoi

„Dolina potoku niedaleko Mount Tamalpais” to niewątpliwie Muir Woods – rezerwat przyrody chroniący las sekwoi redwood, położony o godzinę jazdy na północ od San Francisco – w którym Herbert mógł być w 1968 roku, kiedy to gościł go tutejszy Uniwersytet Berkeley (nota bene ten sam, na jakim przez większą część swojego życia wykładał Miłosz, który zresztą o pobyt Herberta na tym uniwersytecie się wystarał).
Kiedy byłem w Muir Woods także i moją uwagę zwrócił przecięty pień powalonej sekwoi, na którym można było przeczytać kilka dat odwołujących się do ważniejszych wydarzeń historycznych – wraz ze strzałkami wskazującymi słoje, które powstały w tym samym czasie. Jednak wszystkie te daty odnosiły się do historii Ameryki Północnej i Południowej, a nie do Europy, jak w wierszu Herberta. Na dodatek, drzewo to zaczęło rosnąć „dopiero” w 909 roku, (a więc nie mogło być współczesne pożarowi Rzymu podpalonego przez Nerona) a przestało rosnąć w 1930 roku (czyli na kilkanaście lat przed lądowaniem aliantów w Normandii).
Czy jednak ma to wszystko jakiekolwiek znaczenie wobec tego, co jest zawarte w Herbertowej „Sekwoi”? Herbert bez wątpienia zasłużył sobie na licentia poetica i właśnie tu z niej korzysta. Literatura (a zwłaszcza poezja) kreuje swoją własną rzeczywistość, która – jak się nam wydaje – często lepiej opisuje rzeczywistość „prawdziwą” niż fakty. (A może jest to tylko nasze kolejne złudzenie?)
Koniec dygresji.

* * *

Chociaż biolodzy w swoim imperatywie ścisłej klasyfikacji wszystkiego co żyje spierali się o to, które drzewa nazwać można sekwojami, a które nie, utarło się w powszechnej świadomości przekonanie, że istnieją dwa rodzaje sekwoi: wspomniana już redwood (Sequoia sempervirens) oraz sekwoja olbrzymia (Sequoiadendron giganteum) zwana też sekwoją mamucią lub (przyznam się, że ta nazwa nie pasuje do „poetyki” w jakiej sam postrzegam to drzewo) mamutowcem olbrzymim.
Sekwoje olbrzymie są organizmami żyjącymi niewyobrażalnie wielkimi. Największa z nich, liczące dwa tysiące lat Drzewo Generała Shermana, waży 1200 ton, w obwodzie (przy ziemi) ma 31 m., wysoka jest na 84 m., a masę drewna ma taką, jaką mają wszystkie drzewa rosnące na powierzchni 1 ha lasu sosnowego w Polsce.
Las, w którym rosną sekwoje olbrzymie wygląda zupełnie inaczej, niż las sekwoi redwood, który jest lasem bardziej jednolitym, gdzie dominuje jeden gatunek drzew, którymi są naturalnie sekwoje redwood. Otóż mamutowce rosną solo lub w grupach po kilka kilkanaście sztuk, a dookoła nich rośnie las innych drzew iglastych, wśród których dominują sosny i jodły.
Jedynym obszarem naszej planety, na którym występują (w stanie „dzikim”) sekwoje olbrzymie, są zachodnie stoki gór Sierra Nevada w Kalifornii – w wąskim dość pasie o długości 300 km, i to jedynie na ściśle określonej wysokości: od ok. 1500 m. – do 2200 m. nad poziomem morza, gdzie panują szczególne warunki, w których może się zasiać, wyrosnąć i dojrzeć sekwoja olbrzymia. Z najwspanialszymi okazami tego gatunku można się spotkać w kilku obszarach chronionych: głównie na terenie Parku Narodowego Yosemite, Parku Narodowego Sekwoi, w którym rośnie Drzewo Generała Shermana oraz Parku Narodowego Kings Canyon, gdzie znajduje się niezwykły Zagajnik Granta a w nim drugie co do wielkości drzewo na świecie – Drzewo Generała Granta.
Człowiek idący Zagajnikiem Granta ma wrażenie, iż znalazł się w lesie rosnącym na jakiejś innej planecie, niż Ziemia. Natrafia tu bowiem na takie zachwianie proporcji, do którego nie przyzwyczajone są nasze zmysły – burzy się więc percepcja otaczającego nas świata. W naszej pamięci, w szufladce przechowującej widziane przez nas do tej pory lasy, nie ma czegoś podobnego, jak np. Grupa Katedralna (patrz zdjęcie poniżej), jaką stanowią kolosalne drzewa, przy których czujemy się jak karzełki i gdzie nachodzą nas refleksje zgoła mało mające wspólnego z poczuciem wielkości naszej cywilizacji i szczególnym znaczeniem naszej własnej egzystencji (patrz mój wierszyk TUTAJ).

(c.d.n.)

Uwaga: część pierwszą szkiców o amerykańskiej scenerii przeczytać można TUTAJ, zaś część drugąTUTAJ.

Na pograniczu dzikości, piękna i monumentalizmu  (wśród drzew gigantów - w Parku Narodowym Sekwoi, Kalifornia)

Na pograniczu dzikości, piękna i monumentalizmu – wśród drzew gigantów (Sequoia & Kings Canyon NP, Kalifornia)

.

© ZDJĘCIA WŁASNE  (kliknij na zdjęcie by zobaczyć obraz w pełnym wymiarze)

AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM: KONTYNENT, MIASTO, DROGA…

szkice o amerykańskiej scenerii, cz. I

*

Konfrontacja z żywiołem - groza i piękno Natury
Piękno i groza – ludzka konfrontacja z żywiołem (Grand Teton, Wyoming)

*

My i kontynent – znikomość ludzkich spraw traktowanych przez nas jak coś najważniejszego na świecie. Mimo, że Natura zawsze ustawia nas w końcu we właściwej pozycji – gdzie zachowane są już prawdziwe proporcje miedzy tym, co ludzkie, a tym co kosmiczne, absolutne lub boskie – to karmimy się złudzeniem, iż stanowimy pępek Wszechświata i że jesteśmy w stanie podporządkować sobie siły, które przerastają nas niewspółmiernie do naszych aspiracji, ambicji i możliwości.

.

My i kontynent – zamknięci w cywilizacyjnym kokonie, owinięci przędzą naszych kulturowych wątków, żyjemy (łudząc się, że bezpiecznie) w środku sztucznie wykreowanych przez nas światów, które w konfrontacji z Naturą i jej przejawami – żywiołami, przyrodą, surowym krajobrazem – lasem, pustynią, rzeką, morzem… rozciągają się, trzeszczą, czasem nawet pękają. Zwykle jednak wytrzymują ten napór, tworząc warstwę ochronną – a owe manifestacje Natury redukowane są przy tym do kolorowego obrazka, do scenerii – do tła zaledwie, na którym rozgrywają się nasze tragedie, komedie, dramaty i farsy.

A jeśli by tak ze scenerii tych wydobyć to, co ludzkie? Czyli to, co można poznać, nazwać i opisać? Tylko czy rzeczywiście jest w nich jakiś „ludzki” element? Czy też raczej są to jedynie projekcje naszych wyobrażeń – próby oswojenia, udomowienia, okiełznania tego, co dzikie, pierwotne, i w istocie swojej jednak nieposkromione? Czy nie jest to tylko czymś w rodzaju rejestru naszych pobożnych (lub niepobożnych) życzeń? I zaklęć? Nie mamy wszak wyjścia: wyciągnięto nas za uszy z nicości, obdarowano (obarczono?) bytem i świadomością, z którą przecież trzeba coś zrobić. I w jakiś sposób się porozumieć. Nie tylko z podobnymi nam istotami, ale i tym wszystkim co nas otacza – nie tylko z tym, co żywe, ale i tym, co nieożywione. Czy jednak jest to możliwe? Czy też szukamy tylko komfortu łudząc się, że rozmawiamy z całym światem – może nawet z Bogiem, Absolutem i Kosmosem – podczas gdy w rzeczywistości mówimy do siebie samych, a odpowiada nam tylko nasze własne echo? I ta pustka niezmierzonych przestrzeni…

w poszukiwaniu złotych miast

Jeśli przed wiekami padaliśmy przed ziemskim krajobrazem na kolana, to czy nie było to bardziej powodowane strachem i bezradnością, niż zachwytem nad pięknem tej naocznej manifestacji kreatywności Natury, czy też – jak kto woli – samego Boga? Kiedy w 1540 r. hiszpańscy konkwistadorzy, poszukując mitycznych (choć w ich mniemaniu realnych) złotych miast Ciboli, po raz pierwszy stanęli na krawędzi Wielkiego Kanionu, to bardzo wątpię, czy ich prowodyr Francisco Vásquez de Coronado przyklęknął wtedy i przeżegnał się przejęty jego boską potęgą (jak to można zobaczyć na filmie wyświetlanym w technice IMAX na ogromnym ekranie turystom odwiedzającym Grand Canyon Village). Nie, on pewnie zaklął pod nosem, bo oto zobaczył na swojej drodze przeszkodę nie do pokonania: potężną, przepastną, głęboką na półtora kilometra dziurę w ziemi, która przekreślała ich plany obłowienia się złotymi łupami.
Kiedy w 1849 roku pionierzy – nota bene również powodowani i trawieni gorączką złota – chcąc skrócić sobie drogę do San Francisco, utknęli w spieczonej słońcem, wyschniętej, popękanej, pokrytej solą, piaskiem, żwirem i kamieniami, wielkiej jak dno morza niecce, to przez głowę im wówczas nie przeszła myśl, że ktoś kiedyś będzie się tą pustynią zachwycał. Tak jak to robią dzisiaj turyści, którzy – schronieni w klimatyzowanych pudełkach na kółkach –  szukają w tym miejscu wytchnienia przed klaustrofobią kasyn, oczopląsem neonów i szalonym zgiełkiem Las Vegas, położonego zaledwie o parę godzin jazdy stąd. Całkiem to inne doświadczenie, niż w epoce okrytych płótnem wozów, miesiącami poniewierających się na wertepach ledwie przetartych – lub zgoła wcale nieprzetartych – szlaków. Kiedy jakimś cudem zdołano nieszczęsnych „Forty-niners” z tego piekielnego zagłębienia wydostać, jedna z kobiet odwróciła się za siebie, mówiąc „Good bye, Death Valley” – chrzcząc w ten sposób miejsce, znane teraz na całym świecie jako Dolina Śmierci – i to bardziej znanej w kontekście turystycznej atrakcji, niż grozy.

.

Przestrzeń nieoswojona, nasycona barwą. Nieziemskie scenerie Doliny Monumentów (rezerwat Indian Nawaho w Arizonie)

Przestrzeń nieoswojona, nasycona barwą. Nieziemskie scenerie Doliny Monumentów (rezerwat Indian Nawaho w Arizonie)

.

Dla kogoś, komu w miarę idylliczne dzieciństwo upływało wśród łagodnych wzgórz Podkarpacia, w otoczeniu pól uprawnych i lasów, których szarość przełamywana była tylko zielenią łąk czy płowiejącą żółcią zbóż, zetknięcie się z amerykańskim rozpasaniem krajobrazowym, było bez mała szokiem. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tropikalną obfitość florydzkiej flory, czy też kaktusowy splendor arizońskiej pustyni – egzotyka tych widoków nie pozwalała mi odbierać je jako coś rzeczywistego. Bardziej przypominało mi to sen na jawie – albo film, który przesuwał się przed moimi oczami na ekranie wielkim jak otaczający mnie zewsząd widnokrąg. Czegoś podobnego – i to nawet intensywniej – doświadczyłem kiedy wjechałem na teren rezerwatu Indian Nawaho w Arizonie a przed moimi oczami pojawiła się słynna Dolina Monumentów, klasyczne, rzec można (a zarazem egzotyczne) miejsce, kojarzone niezmiennie z Dzikim Zachodem.

zderzenie z metropolią

Pierwsze było jednak amerykańskie miasto – cywilizacja, która zaczęła się piąć, cegła po cegle, stopa po stopie, piętro po piętrze, na niebotyczną wysokość, tworząc kaniony ze szkła, betonu, aluminium i stali – labirynt ulic i budynków, wśród których krzątał się i biegał za swoimi sprawami tysięczny tłum ludzkich mrówek. Pamiętam jak na Michigan Avenue w śródmieściu Chicago po raz pierwszy zadzierałem głowę, by dosięgnąć wzrokiem szczytów niebosiężnych drapaczy chmur – skala tego wszystkiego zawracała mi w głowie, przytłaczała, lecz z drugiej strony powodowała, że krew w moich żyłach krążyła raźniej, czuło się ten zastrzyk adrenaliny, który bardziej niż do ucieczki, zmuszał człowieka… może nie tyle do ataku, co do działania – serce biło mu mocniej, miechy płuc pracowały szybciej.

Mimo uderzającej homogenizacji amerykańskiej zabudowy, miasto miastu w Stanach nierówne i każde z nich ma swój charakter – nawet jeśli na pierwszy rzut oka jest to brak charakteru. Wprawdzie w ciągu ostatnich paru dekad Ameryka straciła w świecie hegemonię jeśli chodzi o budowanie najwyższych wieżowców, tudzież miejskich kompleksów przypominających olbrzymią betonową dżunglę poprzecinaną arteriami dróg i autostrad, to nadal tak zwane downtown, czyli gęsto zabudowane śródmieścia amerykańskich miast robią spore wrażenie, zwłaszcza na kimś, kto przyzwyczajony jest do europejskiej nisko-pienności budynków i topograficznej różnorodności miast Starego Kontynentu.
Największe skupisko „drapaczy chmur” to oczywiście Nowy Jork, a konkretnie Manhattan. Tuż za nim plasuje się Chicago, następnie kępka wieżowców na zachodnim krańcu kontynentów w miejscu, które ktoś określił jako „kilkanaście przedmieść w poszukiwaniu metropolii”, czyli w Los Angeles, trochę jest ich w Seattle, San Francisco, San Diego; na Wschodzie: w Bostonie, Filadelfii, Miami… no a później jest długo, długo nic – i wreszcie mamy dość skromne dowtown innych miast Ameryki, na które składa się kilkanaście lub kilkadziesiąt wieżowców, usiłujących zwrócić na siebie uwagę różnych firm, urzędów i biznesmenów.

bez ziemi jałowej i skowytu

Lecz to co się działo w miastach raczej nie było moją bajką. Innymi słowy: nigdy nie mogłem przekonać się do tego urbanistycznego raju. Wprawdzie nie nawiedzały mnie apokaliptyczne wizje, które w swoim „Skowycie” roztaczał Ginsberg, ani nie prześladowała mnie tak cywilizacyjna nicość, która według Eliota rozkwitała z absurdalną bujnością na naszych zabudowywanych coraz gęściej „ziemiach jałowych”, to miasto bardziej mnie odrzucało, niż nęciło – stawało się rodzajem przymusowego zesłania, w którym można było wprawdzie wieść życie wygodne i w miarę bezpieczne, lecz sztuczność tego dawała o sobie znać na każdym kroku. Kiedy więc tylko mogłem, uciekałem z dala od miejskiej cywilizacji – a najlepszym miejscem ucieczki okazał się amerykański Zachód.

wstęgą szos

Amerykańskimi drogami przemierzyłem setki tysięcy mil. Dzięki temu przez kilkanaście lat zrosłem się niejako z kontynentem – jego krajobrazy majaczyły nie tylko w snach, ale i na jawie – i do dzisiaj wystarczy, abym tylko przymknął oczy, by przywołać pod powiekami pejzaże zbliżające się w przedniej szybie samochodu, mijające po jego bokach i uciekające do tyłu we wstecznych lusterkach wehikułu napędzanego paliwem, które wydarliśmy wnętrzu tej ziemi. To marzenie me spełnione – od dziecka bowiem pragnąłem zmierzyć się z bezkresem amerykańskich dróg, znaleźć się w środku nieziemskiego (jak mi się wtedy wydawało) – pustynnego, górzystego lub leśnego – obszaru, który był dla mnie wówczas synonimem wolności, przestrzenią, którą można się było zachłysnąć – odurzyć swobodą, jaką to wszystko obiecywało i jednak dawało.

Z ogromu kontynentu wynikają pewne konsekwencje dla kogoś, kto porywa się, by przemierzyć go drogą lądową: setki mil jakie trzeba przebyć każdego dnia pokonując dystanse, które w Europie równoznaczne byłyby z przekroczeniu kilku państwowych granic, zaś tutaj – zwłaszcza na tzw. Środkowym Zachodzie, czyli na terenie Wielkich Równin – porazić mogą monotonią nic-nie-dziania-się: scenerią, której repetywność znęca się nad naszą potrzebą zmiany potrzebnej nam do poczucia tego, że jednak przemieszczamy się z jednego miejsca w drugie i że zbliżamy się do celu naszej podróży, który wszak rzadko w Ameryce jest tej podróży kresem.
Choć kiedy pierwszy raz znalazłem się na autostradzie przecinającej obszary Wielkch Równin – jadąc samochodem z Chicago do Denver – nie nudziłem się ani przez chwilę, bo równinną monotonię skutecznie przepędzała moja ekscytacja tym, że oto sam zdążam wreszcie na podbój Dzikiego Zachodu, którego legenda mocno siedziała jeszcze w mojej głowie od czasów dziecięcych lektur o pionierach, kowbojach, bandytach i Indianach. Już pogodzony byłem z tym, że dawne dzikie prerie, na których pasły się jeszcze w XIX wieku nieprzeliczone stada bizonów, zostały zaorane, „uprawione”, a morze traw i krzewów zamieniło się w bezkresne szachownice pól kukurydzianych i sojowych, warzywnych i zbożowych… lub w wielkie pastwiska, po których leniwie przemieszczało się bydło i konie. Wiedziałem jednak, że to zagospodarowanie nie dotarło do miejsc, które rzeczywiście pozostały dzikie; że oparły się temu pustynie i niektóre puszcze, że zatrzymała go niedostępność gór, chroniły brzegi jezior, rzek i wreszcie samego Oceanu.
Po kilkunastu godzinach jazdy – po przebyciu półtora tysiąca kilometrów – teren zaczął się lekko marszczyć a na horyzoncie zamajaczyło coś, co zrazu mogło przypominać miraż lub fatamorganę. Nasza cierpliwość i wytrzymałość doczekała się swojej nagrody, bo oto wyrastała przed nami zwarta ściana wypiętrzonych przed dziesiątkami milionów lat skał, pokryta białymi czapami lodowców i śniegu – a całe to zjawisko widoczne już było z odległości przynajmniej stu mil. Zbliżaliśmy się do Gór Skalistych.

.

Na krętej, piaszczystej drodze przez czerwoną pustynię (Grand Staircase Escalante w Utah)

Na krętej, piaszczystej drodze przez czerwoną pustynię (Grand Staircase Escalante, Utah)

.

jak na filmowym planie

Cały amerykański Zachód przypomina jeden ogromny plan filmowy, z czego zresztą ochoczo korzystało Hollywood od samego zarania. Nawet pustynia, którą mylnie i nieadekwatnie jednak kojarzymy z pustką, jest tam malownicza i fotogeniczna, i w dobie rozwiniętej motoryzacji – która skutecznie odsuwa od nas grozę wyczerpania i śmierci z braku wody i przegrzania – może dostarczyć niemałej rozkoszy obcowania z tym niezwykłym, zwłaszcza dla Europejczyka, pustynnym, lecz mimo wszystko udekorowanym niesamowicie przez Naturę, atelier.

Gęsta sieć amerykańskich dróg daje złudzenie, że można tutaj dotrzeć wszędzie. Wrażenie to potęguje fakt, że Amerykanie budowali drogi w zupełnie fantastycznych – wydawałoby się niedostępnych – miejscach, których jedyną racją istnienia było to, że… można się było tą drogą przejechać. Tak więc, celem ich powstania było właściwie to, żeby po nich do pewnych miejsc dotrzeć i zobaczyć je na własne oczy. Stąd tzw. „scenic drives” – drogi dla wielu zmotoryzowanych wagabundów kuszące, bo obiecujące spotkanie z widokiem jeszcze bardziej spektakularnym niż te, które oferowały zwykłe drogi tranzytowe, prowadzące ludzi z punktu A do punktu B w jakimś ściśle określonym – utylitarnym i praktycznym – celu.

przez skalne fanaberie

Jest kilka takich niezwykłych traktów przejezdnych, które w tej chwili przychodzą mi na myśl. I nie przypadkowo biegną one zazwyczaj przez wydzielone tereny parków narodowych, które to instytucje określił ktoś kiedyś jako najlepszy pomysł, jaki dały Stany Zjednoczone światu. Coś w tym jest na rzeczy, bo, tak jak wiele z amerykańskich tworów i idei zaczyna się teraz kompromitować, to wyjątkiem są właśnie parki narodowe, gdzie można jeszcze spotkać w miarę nieskażoną, bujną i pierwotną przyrodę w topograficznym ziemskim raju, niezmienionym jeszcze przez coraz bardziej panoszącą się cywilizację.
Drogi, które tu mam na myśli, znajdują się zazwyczaj w górach – w każdym razie tam, gdzie różnica poziomów jest znaczna i gdzie inżynierowie i projektanci musieli pokonać naturalne przeszkody, które zazwyczaj piętrzą się w rejonach o specjalnych walorach krajobrazowych. Tak jest np. w położonym na terenie stanu Utah, Parku Narodowym Zion, gdzie wstęga czerwonego asfaltu wije się wśród fantazyjnych, żółto-pomarańczowo-czerwonych zboczy, które były kiedyś niczym innym jak ogromnymi piaszczystymi wydmami, lecz później skamieniały i wyglądają dzisiaj niczym jakaś kolorowa skalna fanaberia, unikalna w skali całego naszego globu.
W Parku Narodowym Doliny Śmierci jest z kolei serpentyna, dzięki której wdrapać się można na szczyt jednej z gór łańcucha Amargosa, do punktu widokowego zwanego obrazowo – ale i wymownie – Dante’s View, bo widok z niego zaiste jest piekielny, a jednak niewątpliwie piękny: w dole, z wysokości ponad mili widoczna jest bowiem w całej okazałości – jak długa i szeroka, z ogromnym liszajem białej saliny – Dolina Śmierci, najgorętsze i najniżej położone miejsce na Półkuli Zachodniej.

drogi do nieba

Niewątpliwie jedną z najpiękniejszych scenicznych dróg świata jest słynna Going-to-the-Sun Road, przecinająca Park Narodowy Lodowców w Montanie, otoczona górską scenerią, z którą konkurować mogą jedynie niektóre, co bardziej urodziwe zakątki najsłynniejszych gór świata, jakie niewątpliwie można znaleźć w Alpach, Himalajach, Andach, w górach Patagonii czy Kaukazu.
Going-to-the-Sun jest drogą prowadzącą z jednej strony górskiego łańcucha na drugą, przez przełęcz Logan Pass (nota bene pokrywa się ona z pradawnym indiańskim szlakiem, któremu zawdzięcza swoją, jakże obrazową, nazwę). A drogi prowadzące przez przełęcze to osobny „genre” niezwykłych amerykańskich dróg, z natury swej niezwykle spektakularny. Wystarczy, że wspomnę o tych najbardziej prominentnych: drodze Trail Ridge, która w Parku Narodowym Rocky Mountains, przełęczami Millner, Fall River i Iceberg prowadzi ze wschodnich rubieży Gór Skalistych na ich część zachodnią; jak również o drodze Tioga, która w Parku Narodowym Doliny Yosemite, przełęczą Tioga przenosi nas z jednej strony gór Sierra Nevada na drugą, biegnąc wśród majestatycznych granitowych zboczy, ścian i pełnych głazów rubieży, w sąsiedztwie jezior o krystalicznie czystej wodzie i obok kamiennych zboczy porośniętych starymi – schłostanymi przez śnieżne burze i wymęczonymi zimowymi mrozami – karłowatymi sosnami, których niezwykłe, poskręcane pnie, przez setki lat rzeźbił cierpliwie i niestrudzenie wiatr.

Amerykanie wybudowali też drogi, których jedynym celem jest dotarcie zmotoryzowanym wehikułem na najwyższe góry. Najbardziej chyba znaną jest tzw. Pikes Peak Highway prowadząca niemal na sam szczyt góry Pikes Peak, położony na wysokości 4,301 m n.p.m. górujący ponad dwa i pół kilometra nad pobliskim miasteczkiem Colorado Springs. Aby dotrzeć od podnóża tej góry na jej szczyt, trzeba pokonać aż 31 km. Ponadto jest się narażonym na atak choroby wysokościowej, wiec osoby o słabszym sercu i skaczącym ciśnieniu, winny raczej zawrócić w połowie drogi, gdzie kończy się nawierzchnia asfaltowa, a zaczyna żwirowa. Góra zdobyła w XIX wieku sławę, a to z racji zawołania „Pikes Peak or Bust!” (w wolnym tłumaczeniu: „Wóz albo przewóz!”), jakie było popularne wśród pionierów i poszukiwaczy złota, którzy – prąc na Zachód i przemierzając Wielkie Równiny – wypatrywali wiadomego szczytu. A kiedy go dostrzegli, to mogli być już pewni, że ich długa podróż dobiega kresu, bo oto najbardziej prominentny pik granitowej ściany Gór Skalistych, jest w zasięgu ich wzroku.

Nie sposób nie wspomnieć także przy tej okazji o drogach prowadzących na monumentalne wulkany będące częścią „Pacyficznego Pierścienia Ognia”, które na kontynencie amerykańskim leżą w obrębie Gór Kaskadowych, stanowiących przedłużenie pasma Sierra Nevada –  mających swój początek w północnej Kalifornii (Park Narodowy Lassen Volcanic) i ciągnące się aż po Brytyjską Kolumbię na terenie Kanady. Chodzi przede wszystkim o takie zjawiskowe miejsca, jak Mt. Shasta, Crater Lake, Mt. Hood, Mt. St. Helens, Mt. Baker i najbardziej niezwykłe z nich: Mt. Rainier. Na wulkany te jeszcze w naszym szkicu wrócimy, gdyż bez wątpienia należą one do najpiękniejszych, a jednocześnie najbardziej osobliwych zakątków Ameryki Północnej. Dwa z nich: Jezioro Kraterowe w Oregonie i właśnie Mt. Rainier w stanie Waszyngton, doczekały się nawet statusu narodowych parków.

(c.d.n.)

.

Scenerie godne oka Ansela Adamsa (Dolina Yosemite)

Spektakle Natury godne oka Ansela Adamsa (Dolina Yosemite, Kalifornia)

*

© ZDJĘCIA WŁASNE  (kliknij na zdjęcie by zobaczyć obraz w pełnym wymiarze)

MOST… TO JEST COŚ! (szkice amerykańskie)

Most Złotych Wrót - praktyczność i piękno

Praktyczność, ogrom… może nawet piękno? (Golden Gate Bridge)

*

Mosty. Wielkie zwycięstwo człowieka nad topografią. Przepaść, której nie można przeskoczyć; rzeka, której nie można przebrnąć… A za nimi ta druga strona, która kusi, obiecuje – zapowiada i umożliwia poznanie, podbój, potęgę, bogactwo…
Często na początku był most a dopiero później cywilizacja albo… barbarzyństwo. To zależało od tego, kto był silniejszy – i kto przejął władzę nad mostem.
Budowanie mostu, oprócz praktycznej potrzeby, miało również znaczenie symboliczne – było wyrazem ekspansji, opanowania żywiołu, pewnej transgresji. Wpisywało się w archetyp zwycięstwa. Klęska zaś zmuszała często przegranych do palenia mostów za sobą.
Jednak najczęściej most był tym, co ludzi łączyło. Dlatego już Newton narzekał, że buduje się za dużo murów a za mało mostów.

Tu mała dygresja: o czym może świadczyć to, że nie mamy w Polsce słynnych mostów? Na pewno nie o tym, że nie potrafiliśmy ich budować (bo jednym z najsłynniejszych konstruktorów mostów na świecie był Polak, syn Heleny Modrzejewskiej, Rudolf Modrzejewski, z którego projektami możemy także spotkać się na kontynencie północnoamerykańskim). Jest zresztą u nas w kraju kilka ciekawych i unikalnych mostów, ale prawie nikt nic o nich nie wie.) Nie ma mostów słynnych, ani takich, które by rzucały na kolana. Dlaczego? Może brakowało nam jakiegoś nerwu ekspansji, albo po prostu nie trafialiśmy na odpowiednia przeszkodę? Wygląda na to, że za mało mieliśmy takich wyzwań, rzadko musieliśmy forsować coś – w terenie – na siłę. Przechodziliśmy z jednej strony rzeki na drugą, z jednej części miasta do drugiej – po moście nieszczególnym. ot, dobrym na tyle, by spełnić swoją utylitarną funkcję. Most był ledwie częścią drogi, ulicy, małym ogniwem traktu.

W Ameryce było zupełnie inaczej. Most, zwłaszcza w miastach, stawał się jednym z ważniejszych elementów cywilizacyjnego organizmu, niezbywalną częścią urbanistycznego tworu. Często też zaczynał żyć swoim własnym życiem, stając się przy tym sam w sobie ikoną, rozpoznawaną nie tylko lokalnie, ale i na całym świecie. Bo któż nie słyszał o moście Brooklińskim albo o Golden Gate w San Francisco?

Golden Gate Bridge. Złote Wrota istniały na długo przed pojawieniem się mostu, błędnie więc sądzi się, że sam most jest Złotymi Wrotami. Nie. Tak w czasach „gorączki złota” nazwano przesmyk między „ozłoconymi” wyschniętą trawą i dzikimi zbożami zboczami wzgórz, prowadzący z bezmiaru oceanicznych wód Pacyfiku wprost do rozległej Zatoki San Francisco, nad którą położone jest miasto i cały obszar „Większego” San Francisco, wliczając w to rozsławione przez Czarne Pantery Oakland i znane nam dzięki Miłoszowi Berkeley. Historia powstania mostu, takoż sposób jego funkcjonowania w kulturze masowej (filmy, filmy, trochę książek i piosenek) – nie wspominając o nieszczęsnych dwóch tysiącach samobójców, którzy wybrali ten cud XX-wiecznej techniki za miejsce pożegnania się z naszym światem – jest czymś intrygującym i fascynującym. Lecz tutaj bardziej niż opowiastki, interesuje nas estetyka: czyli jak Golden Gate wkomponowuje się w amerykański krajobraz, a konkretnie – w to harmonijne zespolenie się oceanu, wzgórz, zatoki i miasta, jakie uderza nas w zetknięciu się z tym rejonem kalifornijskiego wybrzeża. Otóż, moim zdaniem, wkomponowuje się świetnie. Pastelowy pomarańcz jaki wybrano, by pokryć gigantyczną stalową konstrukcję mostu, łagodzony jest dodatkowo mgiełką, która często tutaj gości, zwłaszcza wczesną porą dnia. Mgła ta rozwiewa się zazwyczaj po południu, barwa mostu staje się wtedy bardziej intensywna, by przed samym zachodem słońca rozświetlić się jaskrawą i ciepłą – płonącą wręcz – czerwienią. Sam most jest w rzeczywistości stalowym potworem, lecz mimo to sylwetka jego pełna jest gracji. Styl art deco nadaje wielkim pylonom mostu znamion prawdziwej sztuki, a wrażenie lekkości całej kompozycji spotęgowane jest przez (tworzące coś w rodzaju draperii) tysiące kabli i lin, na których wiszą przęsła z biegnącą wzdłuż nich drogą. Zwykle drażni mnie uzurpacja z jaką cywilizacja traktuje przestrzeń wyznaczaną przez samą Naturę, ale nie tutaj. Bo tutaj według mnie zachowana jest jednak harmonia miejsca i terytorium – forma bądź co bądź sztuczna, wykreowana przez człowieka, współgra nie tylko z naturalnym ukształtowaniem terenu, ale i z jego kolorystyką: nawet ten pomarańcz stalowego szkieletu nie gryzie się z szaro-buro-żółtą tonacją nabrzeżnych wzgórz, szafirową taflą wód i bladym błękitem nieba. W sumie: ładna jest ta widokówka z krańca kontynentu.

*

Na krańcach kontynentu (Golden Gate Bridge, w tle na horyzoncie: San Francisco)

Na krańcach kontynentu (Golden Gate Bridge; w tle – na horyzoncie – majaczy San Francisco)

*

Brooklyn Bridge. Most Brookliński nie ma już tej malowniczej gracji co Most Złotych Wrót, ale ma za to siłę – i to taką, która zdolna jest poruszyć wyobraźnię, nie tylko inżynierską, ale i poetycką. Bo o moście tym pisał nie tylko Majakowski, ale i pisał też nasz Stachura, choć uprzedził ich wszystkich autor „Źdźbeł trawy” Walt Whitman, dla którego przejście po moście Brooklińskim okazało się „najlepszym i najskuteczniejszym lekarstwem, jakiego zaznała moja dusza”. Nie dziwię się zachwyconemu modernizmem, napędzanemu futurystyczną energią i wiarą w nowoczesność Majakowskiemu, że wołał: „Brookliński most / tak… / to jest coś!”; ale nie dziwię się też Stedowi, który mu ripostował: „Nie brookliński most / ale przemienić w jasny nowy dzień / najsmutniejszą noc / to jest dopiero coś! / (…) nie brookliński most / lecz na drugą stronę głową przebić się / przez obłędu los / to jest dopiero coś!”. Pierwszy był pod wrażeniem kolosalnego osiągnięcia XIX- wiecznej techniki (wieże mostu Brooklińskiego były przez jakiś czas najwyższymi budowlami wzniesionymi przez człowieka na Zachodniej Półkuli), drugi przyznawał, że na nic zdają się cywilizacyjne cuda wobec egzystencjalnych zmagań człowieka z własnym losem, melancholią cienia i nachodzącą go niekiedy nocą lęków.
A dla mnie Brooklyn Bridge to swoisty paradoks: jego zwalistość i potęga przytłacza, lecz z drugiej strony – jego tryumf nad przestrzenią wyznaczoną przez płynącą pod nim East River i miejskie molochy rozrośnięte po obu brzegach, które on spina – napełnia energią, optymizmem i wiarą w zdolność opanowania przez człowieka urbanistycznej przestrzeni w sposób sensowny, praktyczny i celowy. Nie wspominając o możliwości relaksującego spaceru po znajdującej się na nim specjalnej kładce dla pieszych (i rowerzystów). Bo dla milionów ludzi odwiedzających Nowy Jork, przejście na piechotę z Brooklynu na Manhattan po moście okazuje się niezapomnianym przeżyciem. Patrzeć jak manhattańska dżungla ze szkła, betonu, kamienia, aluminium i stali zbliża się do nas, ogromniejąc za każdym naszym krokiem, gotowa wchłonąć nas w swoją tkankę ulic, parków i alej, przytłoczyć wielkością kanionów utworzonych przez drapacze chmur – ekscytujące!
Widoczne – „na przestrzał” – w kolosalnych pylonach mostu podwójne neogotyckie łuki łagodzą nieco masywność tych konstrukcji, a oplatający je gąszcz stalowych kabli sprawia wrażenie, jakby zarzucono na nie sieć – nie tyle podtrzymującą przęsła, co pętającą wieże i przytrzymującą je przy ziemi, jak również wyznaczającą trakt, jakim poruszają się przechodzący przez tę łukową bramę ludzie.

Most Brookliński nie jest oczywiście jedynym mostem przerzuconym nad Rzeką Wschodnią oddzielającą manhattańską wyspę od Wyspy Długiej (czyli Long Island). Ma on swoich równie istotnych dla ruchu, acz nie tak słynnych, sąsiadów: niebieski Manhattan Bridge, szary Williamsburg Bridge, brązowy Queensboro Bridge… wszystkie wiszące i zbudowane z solidnych choć ażurowych okratowań ze stali, których estetyka pozostawia jednak wiele do życzenia, strasząc niewiarygodną ilością żelastwa – tak, jakby komunikacja z Manhattanem opierała się na tych ekstrawaganckich kompozycjach ze złomu.
A jednak, jakimś dziwnym trafem, wszystko trzyma się tutaj kupy: trudno byłoby sobie wyobrazić nowojorski krajobraz nie tylko bez wieżowców, ale i bez mostów. To prawda, ziemia została tu stłamszona przez niemal rakowy rozrost urbanistycznej kolonii – cywilizacji metropolitarnej zdolnej do pokrycia ogromnych powierzchni w przeciągu zaledwie kilku ludzkich pokoleń. Ale w efekcie tego tworzy się jakaś nowa spektakularna jakość – coś na kształt cywilizacyjnego apogeum modernizmu i globalizacji.
Czy mnie to zachwyca tak, jak kiedyś zachwycił most Brookliński Majakowskiego? Czy też przygnębia i przytłacza – może nawet pęta – tak, jak Stachurę, którego techniczne cuda jakimi dysponował ogół, nie mogły wyzwolić od indywidualnego poczucia życiowej tragedii? Otóż odpowiem tak: może nie zachwyt, ale kop adrenaliny i wielkie wrażenie – prowincjusz zadziera głowę do nieba, by zobaczyć czubki drapaczy chmur. Rozgląda się w prawo i w lewo, biegnie wzrokiem po horyzont, nie ogarniając architektonicznej potęgi. Cieszy się, że tu jest, ale jeszcze bardziej cieszy się z tego, że jest tu tylko na chwilę – i że może od tego wszystkiego w każdej chwili uciec.

*

Neogotycka brama prowadząca do manhattańskiej dżungli (Brooklyn Bridge, New York)

Neogotycka brama prowadząca do manhattańskiej dżungli (Brooklyn Bridge, New York)

*

O amerykańskich mostach pisać by można długo. Ja właściwie tylko o nich wspomniałem. A zaczęło się od tego, że kiedy postanowiłem skreślić kilka szkiców na temat amerykańskich scenerii, to zauważyłem, że nie sposób jest pominąć w tym zarówno mostu Golden Gate, jak i mostu Brooklińskiego, które na przeciwległych krańcach kontynentu współtworzą coś w rodzaju ikon amerykańskiego pejzażu. Oba mosty są częścią krajobrazu miejskiego, choć w Kalifornii topos Natury nie został tak bardzo pogwałcony jak na Wschodnim Wybrzeżu, gdzie naturalne ukształtowanie terenu – a i sama Natura także – znikła praktycznie pod gęstą zabudową miasta, pokryta siatką przecinających go ulic, autostrad i dróg.

Zupełnie inną historią są mosty na południu Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza te florydzkie, ciągnące się nieraz przez wiele kilometrów – jak np. Seven Mile Bridge (polska nazwa brzmi wręcz fantazyjnie: Most Siedmiomilowy, przypominając bajkę z dzieciństwa o siedmiomilowych butach). Jest to jeden z 42 mostów jakie znajdują się na słynnej „nadmorskiej” drodze prowadzącej z Miami na Key West. Przy czym określenie „nadmorska” (ang. The Overseas Highway) należy traktować dosłownie, bowiem jadąc tym 200-kilometrowym traktem, na wielu jego odcinkach – po jednej i po drugiej stronie – widzimy morze, a konkretnie Ocean Atlantycki (po stronie południowo-wschodniej) i Zatokę Meksykańską (po północno-zachodniej). Archipelag Key West przypomina już nieco Karaiby (od jego krańcowej wyspy do Kuby jest zaledwie 150 km.), z podzwrotnikowym klimatem, wilgocią i słońcem, oblany bezmiarem turkusowych wód – z egzotyczną fauną i florą, niepodobną do tej, którą spotyka się na północy. Ta archipelagowa cienka wstążka drogi i łączących ją mostów jest dla mnie ekwiwalentem drogowych wstęg jakie spotyka się na pustkowiach amerykańskiego „Dzikiego” Zachodu. Odpowiednikiem pustynnego „morza” piachu, wydm i suchorostów jest tutaj rozciągające się po bezkresny horyzont, słone morze lazurowej wody, rozkołysanych fal i pieniących się morskich bałwanów; zaś zamiast drzewek Jozuego porastających przydrożną spieczoną pustynię, mamy palmy – podobnie jak drzewka Jozuego grzejące się w promieniach słońca, tyle że pławiące się tu na dodatek w życiodajnej dla nich, subtropikalnej wilgoci.
Znany jest też inny florydzki most o wdzięcznej nazwie Sunshine Skyway, biegnący nad Zatoką Tampa pod St. Petersburgiem. Ze swoimi jednorzędowymi wantami i podtrzymującymi go białymi kablami, przypomina sylwetką nasz warszawski Most Świętokrzyski, ale jest znacznie dłuższy, bo liczy ponad 6 km. (trzeba zaznaczyć, że w porównaniu z niespełna półkilometrowym mostem w Warszawie, to dużo).

Wszyscy musimy chyba przyznać, że w mostach jest coś podniecającego. I nie jest to tylko obawa o to, by most – po którym idziemy lub jedziemy – się nie zerwał, bo runęlibyśmy wtedy w przepaść. Bowiem przemierzanie mostu przypomina niekiedy rytuał przejścia – naszą gotowość do przekraczania granic, poznawania nowych terytoriów, podboju obcych ziem – rzucania wyzwania ogarniającej nas, a nieoswojonej jeszcze, przestrzeni – choć zazwyczaj most umożliwia nam po prostu przemieszczenie się z jednego miejsca do drugiego. Jednakże mosty, o których w tym szkicu była mowa, mostami zwyczajnymi nie są. Stały się one nie tylko nieodłącznym elementem amerykańskiej scenerii, ale i ważną częścią amerykańskiej kultury – i to nie tylko technicznej.

*

Manhattan nocą (po prawej: fragment mostu Brooklińskiego

Manhattan nocą (po prawej: fragment mostu Brooklińskiego)

*

© ZDJĘCIA WŁASNE  (kliknij na zdjęcia aby zobaczyć je w pełnym wymiarze)