O TYM JAK ZABIJA SIĘ AMERYKAŃSKĄ WOLNOŚĆ

*

„…this nation, under God, shall have a new birth of freedom – and that government of the people, by the people, for the people – shall not perish from the earth.”
(„…ten naród doczeka się odrodzenia idei wolności; i że rządy narodu, przez naród i dla narodu nie znikną z powierzchni ziemi.”)

*

O tak! Wszyscy amerykańscy patrioci pamiętają te słowa Lincolna. Ale co one teraz znaczą? Czy aby nie zamieniły się one dzisiaj w czczy slogan?
Nowe narodziny wolności? Kiedy to było?
Prawda jest taka, że nasza wolność w Ameryce zabijana jest każdego dnia i mało kto zdaje sobie z tego sprawę, bo zabijana jest w sposób „miękki”, niemalże niepostrzeżenie.
Nasz rząd przyjmuje formy rządzenia, które stają się coraz mniej „rządami narodu, przez naród i dla narodu” i są mocne przesłanki do tego, by sądzić, że taki rodzaj rządu zniknie jednak wkrótce z powierzchni ziemi – jeśli tylko sprawy nadal będą podążały w tym samym kierunku, w jakim podążają od ponad 10 lat (a wszystko wskazuje na to, że niestety, w tym kierunku zmierzać będą).
Wystarczy tylko poświęcić więcej uwagi informacjom, które do nas docierają (lecz zazwyczaj giną w informatycznym szumie, przytłoczone wiadomościami i obrazami bez większego znaczenia).
Ostatnia afera z zapisem rozmów klientów firmy Verizon (nota bene ujawniona nie przez amerykańskie media, tylko zagraniczne), która udostępniła je agencji rządowej (National Security Agency), to tylko czubek góry lodowej. Od ponad 6 lat działa rządowy program PRISM (będący skutkiem podpisania fatalnej moim zdaniem ustawy „Patriot Act”), który zajmuje się monitorowaniem i kolekcjonowaniem danych przepływających przez internet i inne środki komunikacji. We wrześniu ma ruszyć w Utah nowy olbrzymi (wybudowany kosztem 2 miliardów dolarów) kompleks szpiegowania Amerykanów (bo tak to przecież należy nazwać), który będzie wspomagał te istniejące dotychczas. Istnieją już pierwsze przecieki, że największe korporacje i platformy internetowe – Microsoft, Yahoo, Google, Facebook, PalTalk, AOL, Skype, YouTube, Apple… – udostępniają dane swoich klientów, najprawdopodobniej dając szpiegującym agencjom rządowym (National Security Agency, Central Security Service) bezpośredni dostęp do swoich serwerów, dzięki czemu, mogą one zapisywać (i monitorować) dosłownie WSZYSTKIE dane i informacje, jakie pojawiają się w cyberprzestrzeni – jak np. to, że w tej chwili piszę te słowa, czyli, praktycznie – dostęp nie tylko do informacji, które umożliwiają śledzić każdy nasz ruch (włącznie z tym, gdzie się w danej chwili znajdujemy), ale i nasze myśli. Zdaję sobie sprawę z tego, że może się to wydać lekko paranoiczne, (bo przecież co może w tej chwili obchodzić rząd amerykański myślenie takich maluczkich, jak ja czy Ty) ale faktem jest, że istnieje już techniczna możliwość, żeby monitorować i gromadzić – a tym samym analizować i kontrolować – dosłownie wszystkich i wszystko. A jeśli taka możliwość istnieje, to – nawet jeśli nie jest praktykowana dzisiaj – będzie praktykowana, i to na coraz szersza skalę, w przyszłości. Tym bardziej, że polityka rządów największych państwa świata (z amerykańskim na czele – o chińskim nie wspominając) idzie właśnie w tym kierunku.
Dzisiaj, na spotkaniu w Dolinie Krzemowej, Obama nazwał te praktyki „modest encroachments on privacy” („skromne naruszenie prywatności”? – sic!), usprawiedliwiając je oczywiście koniecznością walki z terroryzmem. „Nikt nie podsłuchuje waszych rozmów przez komórkę”, „dotyczy to tylko obywateli obcych państw”– dodał, co oczywiście było kolejnym jego kłamstwem (jak widać, wskutek… czy to słabości, czy bezradności, kłamanie weszło naszemu prezydentowi w krew – przy czym, on chyba nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że kłamie – tym samym stosując najbardziej wyrafinowany sposób kłamania, czyli taki, dzięki któremu sam kłamca zaczyna wierzyć w swoje kłamstwa).
Ciężko mi się pisze te słowa, bo byłem jednak zwolennikiem Obamy, kiedy wybieraliśmy go na prezydenta. Dałem mu wielki kredyt zaufania, który niestety dość szybko topniał. Obama sprawił mi ogromny zawód, okazał się prezydentem, który – mimo, że startował z liberalnych pozycji – zaczął kontynuować praktyki swojego poprzednika G. W. Bucha, idąc na pasku tych, którzy posiadali dotychczas wpływy, korporacyjną władzę i olbrzymie pieniądze. Co z tego, że Obama ma charyzmę, jest błyskotliwym mówcą i sprawia sympatyczne wrażenie, jako człowiek? Tym gorzej dla nas, bo łatwiej mu uprawiać fatalną w skutkach politykę i pogrążać kraj w dalszej zależności od wielkiego kapitału, zepsutej finansjery, od coraz bardziej wścibskich instytucji rządowych – cały czas zawężając pole naszej wolności.

PS. Have a good read Big Brother ;)

*

Reklamy