DOBRZE POINFORMOWANI BARBARZYŃCY (Ameryka według Albee’ego)

.

Podobnie jak człowiek, każda cywilizacja ma swój początek, czyli narodziny, oraz swój kres, który można nazwać jej śmiercią. W jakim stanie znajduje się współczesna Ameryka? Osiąga swój zenit, czy też stacza się już po równi pochyłej, ciążąc ku upadkowi?

Na te i inne pytania starał się odpowiedzieć goszczący w Chicago Edward Albee, jeden z najbardziej uznanych na świecie dramaturgów.

Edward Albee (zdjęcie własne)

Edward Albee (zdjęcie własne)

Temat Narodzin i Śmierci – tych kluczowych fenomenów egzystencjalnych człowieka – zajmował tegorocznych uczestników Festiwalu Humanistycznego w Chicago. Wszystkie najważniejsze instytucje kulturalne tego miasta brały udział w tym ogromnym przedsięwzięciu, w ramach którego, w ciągu zaledwie kilku dni miało miejsce blisko 50 różnych wydarzeń. Naukowcy, historycy, pisarze, artyści, politycy, teolodzy, prawnicy, lekarze… ludzie przeróżnych profesji uczestniczyli w tym gigantycznym sympozjum rozproszonym po wszelkich sanktuariach kultury, sztuki i religii Wietrznego Miasta.
Wśród wartych szczególnej wzmianki gości znaleźli się m.in.: William Styron – pisarz, autor takich książek, jak „Wybór Zofii”, czy „Wyznania Nata Turnera” (za tę ostatnią otrzymał Nagrodę Pulitzera); Robert Alter – znany badacz, znawca i interpretator Biblii; Christian de Duve – biolog, odkrywca lizosomów, laureat Nagrody Nobla, którego ostatnia książka „Vital Dust: Life as a Cosmic Imperative” w sposób fascynujący przedstawia ewolucję życia na Ziemi, począwszy od prymitywnych biomolekuł, po cudowność ludzkiego umysłu; Scott Turow – chicagowski prawnik, który w pewnym momencie swojej kariery zaczął pisać powieści sensacyjne i kryminalne bestsellery (m.in. „Presumed Innocent”); James Park Sloan – profesor literatury na Uniwersytecie Illinois w Chicago, autor szeroko komentowanej ostatnio biografii Jerzego Kocińskiego… To zaledwie kilka nazwisk.

Wziąłem udział w kilku z tych wydarzeń i myślę, że warto podzielić się z Czytelnikami omówieniem choćby jednego z nich. Wybrałem niezwykle interesujące moim zdaniem spotkanie z Albertem Albee – dramaturgiem, którego sztuka „Kto się boi Virginii Wolf” przyniosła mu ogólnoświatową sławę. Albee należy do ekskluzywnej trójki dramatopisarzy (obok Eugene’a O’Neilla i Roberta Sherwooda), jacy mogą się poszczycić aż trzema nagrodami Pulitzera.
Wielopoziomowa sala Orchestra Hall – siedziby Chicagowskiej Orkiestry Symfonicznej – wypełniona była do ostatniego miejsca. Albee przykuwał nieustanną uwagę, swobodnie nawiązując ze wszystkimi bardzo ścisły, emocjonalno-intelektualny kontakt. Mówił niezwykle płynnie, nienaganną dykcją, z naciskiem na liczne puenty, zgrabne aforyzmy i paradoksy przypominające dobrą szkołę Oscara Wilde’a czy George’a Bernarda Shaw. Żałuję tylko, że wiele z tych walorów blednie w druku, albo też idiomatyczna gra słów nie pozwala na ich wierne przetłumaczenie. Umyka więc ta specyficzna u Albee’ego ironiczna przekora i niepospolite poczucie humoru, które sprawiło, że sala bardzo żywo reagowała na to, co mówił pisarz, a spontaniczny śmiech był tak częsty, jak żarty.

śmierć w życiu

Myślę, że warto zapoznać się z poglądami Albee’ego na wiele z kluczowych aspektów amerykańskiej rzeczywistości. Na samym początku swojej prelekcji nawiązał on do tematu wiodącego Festiwalu, czyli zagadnienia Śmierci i Narodzin, dochodząc do wniosku, że jednym z powodów, dla którego bardziej koncentrujemy się na śmierci, niż narodzinach jest fakt, że aby myśleć o czymś racjonalnie, musimy mieć jakiś punkt odniesienia, jakąś możliwość porównania do czegoś. Śmierć możemy porównać z życiem, narodzin zaś nie możemy porównać z niczym, gdyż przed narodzinami nie doświadczyliśmy niczego.
Albee zapowiedział, że chce przetransportować w swoim wykładzie festiwalowym temat „Śmierci i Narodzin” na „Śmierć i Życie”, a nawet – posuwając się dalej – na „Śmierć w Życiu”.

edukacyjny ping-pong

Pisarz przypomniał następnie swój życiorys, szczególnie okres dziecięcy i młodzieńczy, czas swojej edukacji („krótki i gwałtowny”). Został zaadoptowany, kiedy był jeszcze „drobiazgiem” przez pełną „dobrej woli – bogatą, reakcyjną rodzinę” z północno-wschodniego krańca Stanów Zjednoczonych. „Rodzinę, która starała się wychować mnie zgodnie ze swoimi najlepszymi wartościami, a za jedną z nich uważali dobrą edukację; rodzinę, która oczywiście nieświadomie wypełniła mnie wielka niechęcią do każdej z tych wartości” – zwierzył się Albee. Zresztą, jak zaraz podkreślił, gdyby był wychowywany przez inną rodzinę – intelektualnie stymulującą, politycznie wyrafinowaną, świadomą moralnie – to zapewne wobec niej również byłby w opozycji i prawdopodobnie wyrósłby na kogoś w rodzaju… reakcyjnego bigota.
W wieku 11 lat został więc wysłany do bardzo dobrej szkoły, lecz on – i na to do tej pory nie może znaleźć racjonalnego usprawiedliwienia – wcale nie chciał być z dala od domu. Przy pierwszej lepszej okazji postarał się więc o to, by go ze szkoły wyrzucono i sytuacja ta powtarzała się później jak w ping-pongu. Tak, że po pewnym czasie obie strony zdążyły się do tego nawet przyzwyczaić. W ogóle stosunek Albee’ego do edukacji był pasywny, niemalże „ghandyjski”. Ostatecznie, jego opiekunowie, uważając że wpadli na znakomity i skuteczny sposób, wysłali go do… akademii wojskowej.

nowela miała rację…

Od najwcześniejszych lat próbował pisania. Wiersze zaczął tworzyć, kiedy miał 8 lat i robił to aż do 28-go roku życia. Były one coraz lepsze – to znaczy na pewno większość wierszy, jakie napisał w wieku 28 lat, była lepsza, niż większość wierszy, które napisał mając lat 8 – podkreślił Albee. Jednak w pewnym momencie zdał sobie sprawę z tego, że gdyby nawet pisał dalej i gdyby nawet udało mu się pisać wiersze coraz lepsze, to stałby się ogromnie sprawnym, tyle że ogromnie… podrzędnym poetą. To mu nie wystarczało. Przestał więc pisać poezję.
Napisał także dwie powieści. Jedną w wieku lat 14 („jakieś 2200 stron”), drugą w wieku lat 16 („jakieś 180 stron”). Cieszy się przy tym na myśl, że te dwie powieści są najgorszymi powieściami napisanymi kiedykolwiek przez amerykańskiego nastolatka. Jeśli więc jakiś obecny na sali nastolatek przymierza się do napisania dwóch najgorszych powieści, jakie zostały kiedykolwiek napisane przez nastolatka w Ameryce, to niech z tym od razu da sobie spokój – one już istnieją, za sprawą Albee’ego.
Próbował też noweli. Ale ciągle nie mógł się z tą formą zgodzić i prawdopodobnie – w tym sporze – nowela miała rację.
Kiedy był młody chciał też malować i rysować, lecz nie był zadowolony z rezultatów. Później myślał o tym, czy aby nie zostać kompozytorem, ale uznał, że nie jest zbyt kompetentny, by nauczyć się muzyki i gry na fortepianie. („To niestety nie powstrzymało innych moich kolegów kompozytorów” – wtrącił.)

"Kto się boi Virginii Wolf" - sztuka Albee'ego, która zdobyła mu sławę (w kadrze z filmu: Liz Taylor, Richard Burton, George Segal)

„Kto się boi Virginii Wolf” – sztuka Albee’ego, która zdobyła mu sławę (w kadrze z filmowej adaptacji Mike’a Nicholsa: Liz Taylor, Richard Burton, George Segal)

co robić!? co robić!?

W pewnym momencie znalazł się – jednak pisarz przecież! – w samym środku stymulującej intelektualnie nowojorskiej dzielnicy Greenwich Village. Pisarz, wyczerpany poeta – ktoś, kto nie sprawdził się ani w powieści, ani w noweli, niekompetentny eseista… ale przecież – pisarz!
Co robić!? Co robić !?
Tak więc, na swoje 40-te urodziny Albee podarował sobie prezent, a była nią sztuka teatralna „The Zoo Story”, która – jak się okazało – zmieniła całe jego życie. Wkrótce powstały inne dramaty, a wśród nich „Kto się boi Virginii Wolf” – sztuka, która zdobyła światowy rozgłos, głównie za sprawą opartego na niej filmu z Liz Taylor i Richardem Burtonem w rolach dysfunkcjonalnych małżonków.
Albee lubi być dramaturgiem. Na szczęście… Gdyż jest to jedno z niewielu zajęć, przy wykonywaniu którego czuje się pewnie i kompetentnie.

***

Nawet jeśli nie uznamy Edwarda Albee’go za autorytet totalny (a takich na świecie przecież nie ma), to zważywszy na intelekt, erudycję i niekonwencjonalność pisarza – warto chyba zaznajomić się z jego opiniami na kilka istotnych zagadnień dotyczących człowieka i współczesności.

wigor lat 60-tych

U progu 6-tej dekady, w Ameryce, ludzie kultury i sztuki wierzyli, że wszystko jest możliwe. Zresztą, większość społeczeństwa podzielała ten optymizm. Pełno było witalności, wigoru, a sztuka wybuchła, przynajmniej w tych większych amerykańskich miastach. Wszystko to było żywe, ekscytujące…
Przykłady.
W 1955 roku wszyscy z czwórki największych dramaturgów amerykańskich, byli martwi. Osiem lat później, tworzyło już czterech największych dramaturgów amerykańskich.
Nastąpiło masowe zainteresowanie muzyką klasyczną. W teatrze, na widowni, było już wreszcie więcej ludzi, niż na scenie. Prace młodych, odważnych twórców wystawiano w galeriach i muzeach… Ludzie to widzieli, ludzie zwracali na to uwagę. To właśnie w tym czasie powstała Narodowa Fundacja Sztuki (National Endowment for the Arts).

sztuka

Sztuka jest po to, by kwestionować nasze wartości, kwestionować nasze status quo, a wszystko po to, byśmy ponownie przemyśleli, czy rzeczywiście wierzymy w to, co wierzymy.

współczesna ignorancja

Młodym ludziom gwarantuje się w tym kraju 12-to klasową edukację. Gwarantuje się też możliwość dalszej nauki. Albee wierzy, że Narodowa Fundacja Sztuki powstała, gdyż Amerykanie zrozumieli, że jeśli nie umożliwi się kulturalnej i estetycznej edukacji społeczeństwa, wtedy nie będą mogli mówić, że spełnili swój obowiązek.
„Jeżeli teraz, w epoce komputerów i rewolucji informatycznej, nie zmienimy czegoś w systemie edukacji – konkludował Albee – to wychowamy społeczeństwo dobrze poinformowanych barbarzyńców.”

edukacja

Tym, co Albee’ego najbardziej teraz niepokoi, jest właśnie brak właściwej edukacji, czego doświadcza młodzież amerykańska, i to zarówno w domu, jak i na uniwersytetach. System edukacji w Stanach Zjednoczonych koniecznie musi być zmieniony. Faktycznie doszło do tego, że w Ameryce wyodrębniły się dwa poziomy edukacyjne. Jeden kształci ludzi na rządzącą elitę, drugi – będący właściwie brakiem edukacji – jest dla ludzi, którzy nie będą mieli żadnej szansy, by decydować za siebie i za kraj. Między tymi dwoma poziomami istnieje przepaść. Amerykańskie szkolnictwo to wielki wstyd dla tego kraju.
Albee wykłada na Uniwersytecie w Houston. Zna wielu zdolnych studentów, ale czuje się zaalarmowany i zaszokowany ignorancją ich nauczycieli.

czyja wina?

Ostatnio Kongres Stanów Zjednoczonych dąży do zdemontowania i ostatecznej destrukcji Narodowej Fundacji Sztuki – do destrukcji edukacji kulturalnej kraju. Albee wyznaje: „To mnie martwi, gdyż wiele mówi o stanie moralnego, filozoficznego i psychicznego zdrowia społeczeństwa. Ci ludzie, którzy głosują za tym, żeby to zniszczyć, robią to dlatego, że my, jako społeczeństwo, stawiamy ich na pozycjach takich, iż mają władzę, by to zrobić. Nie jest to więc ich wina, tylko nasza.”

wybory

W ostatnich wyborach głosowało około 49% uprawnionych do głosowania. Oznacza to, że Stany Zjednoczone będą rządzone dzięki woli zaledwie 1/4 potencjalnego elektoratu. A to już nie jest demokracja, tylko rodzaj elitaryzmu na opak.
Albee pyta się: „Czy naprawdę tak mało dbamy o to, jak jesteśmy rządzeni, że nawet nie zadajemy sobie trudu, by w sposób racjonalny i inteligentny przeanalizować i ocenić ludzi, których wybieramy? Jeżeli jesteśmy tak pasywni, to może oznaczać, że staliśmy się martwi za życia i nie dbamy już o tak wrażliwą i kruchą rzecz, jaką jest demokracja.”

amerykańska cywilizacja

Max Lerner był kiedyś tak uprzejmy i nazwał społeczno-kulturowy stan Ameryki „cywilizacją”.
Otóż w związku z tą „cywilizacją” Stanów Zjednoczonych, Albee jest najbardziej zaniepokojony tym, że ta – jedna z najdziwniejszych ludzkich cywilizacji – może się już chylić ku upadkowi, nie osiągnąwszy nawet swojego zenitu.
Wszystkie cywilizacje w historii miały okresy wielkiej witalności i rozkwitu, następnie pewnej stabilizacji, wreszcie zapaści. Ich koniec następował czasem bardzo gwałtownie, czasem był to schyłek łagodny, ledwie uchwytny… Są obawy, że Stany Zjednoczone zaczęły się staczać w dół.

totalitaryzm

Albee przyznał, że spędził sporo czasu w społeczeństwach totalitarnych, co jeszcze bardziej wzmaga jego obawy w związku z pasywnością amerykańskiego społeczeństwa. Kiedy był w Związku Sowieckim, spotkał tam wielu ludzi – i to zarówno pisarzy-dysydentów, jak i reżimowych komisarzy kultury, czyli ludzi, którzy decydowali w tamtym czasie jacy pisarze mogą publikować swoje książki, a których trzeba wysłać do obozów pracy; decydowali o tym jakie obrazy, jakich malarzy mogą wisieć w Galerii Tretiakowskiej, a które z nich należy zepchnąć czołgami do rzeki Moskwy; decydowali jacy kompozytorzy mogą być obecni w programie nauczania w konserwatoriach, a którzy z nich są na to zbyt reakcyjni… Komisarze kultury, którzy decydowali o tym, jaką świadomość mają Rosjanie rozwinąć.

semiotyczna zapaść

Jeden z rosyjskich przyjaciół Albee’ego, pisarz dysydencki Andriej Amalryk, spędził parę lat w więzieniu, później zdołał wyjechać do Rosji, ale został zamordowany w Hiszpanii, na długo przed swoją śmiercią, jeszcze w latach 60-tych, wysunął podczas jednej z rozmów z Albee’em teorię, że ludzie, którzy prowadzą kulturę w jego kraju, celowo dążą do czegoś, co Andriej nazwał „semantyczną zapaścią” między dwiema kulturami – rosyjską i amerykańską; dążą do sytuacji, w której nie będzie już możliwe żadne porozumienie. Totalne załamanie się języka, semantyki – zupełne załamanie się woli i intencji.
Później Albee wielokrotnie zastanawiał się nad tym, co powiedział mu Andriej. Wreszcie zadał sobie pytanie, czy tego typu „semantyczna zapaść” może się zdarzyć tylko między tak odmiennymi społeczeństwami, jak amerykańskie i rosyjskie? A może w samych Stanach Zjednoczonych może dojść do podobnego, całkowitego załamania się wzajemnego porozumienia między twórcami i intelektualistami, którzy chcą przekazać społeczeństwu twarde i niewygodne prawdy o nim samym, a ludźmi, od których zależy to, czy będą chcieli ich słuchać? To poczucie stale rosło w nim samym: tak, taka semantyczna zapaść w społeczeństwie amerykańskim nie tylko może mieć miejsce, ale właśnie się rozpoczęła.

jeszcze o Ameryce

Jednak Albee woli być pisarzem w Stanach Zjednoczonych, niż w jakimkolwiek innym kraju, a odwiedził ich wiele w swoim życiu. Był świadkiem tego, z czym muszą się tam mierzyć twórcy. Wrogość, niezrozumienie, odrzucenie… Sytuacja w Stanach Zjednoczonych jest niczym w porównani ze sprawą życia i śmierci, jaką jest często pisanie prawdy i tego, co się myśli, w państwach totalitarnych, albo tam, gdzie panuje dyktatura. Tutaj, w Ameryce, to jest dziecinada w porównani z tym, co muszą znosić ludzie w niektórych krajach. Tam można stracić życie za napisanie książki.
Na szczęście w Stanach Zjednoczonych nie ma jeszcze nikogo, kto by mówił z urzędu: nie możesz czytać tej książki, nie możesz słuchać tej muzyki, nie możesz patrzeć na ten obraz, nie możesz oglądać tej sztuki, nie możesz czytać tej gazety… Nie ma jeszcze tutaj nikogo, kto by odmówił ludziom prawa dostępu do różnych przejawów kultury. I tym miejscu Albee dodał: „Z wyjątkiem nas samych”.
Autocenzura i brak uczestnictwa Amerykanów w życiu kulturalnym i politycznym kraju, jest – zdaniem Albee’ego – formą śmierci za życia.
Jednak może ktoś powiedzieć: Czy rzeczywiście ma to wszystko jakieś większe znaczenie? Czy nie mieliśmy w Ameryce cięższych okresów przez ostatnie 35 lat? Czy nie nastąpiło zhańbienie prezydentury przez Nixona? Czy tkanka naszego społeczeństwa nie została zszarpana przez wojnę w Wietnamie? Czy nie byliśmy w ostatnich latach świadkami katastrofalnego kierowania naszą gospodarką? Czy młodzi ludzie, od wielu już lat, nie odwracają się od aktywnego uczestnictwa w życiu politycznym kraju?
Alebee podkreślił, że Stany Zjednoczone są jedyną ze znanych mu demokracji, w której studenci wyższych uczelni w ogóle nie biorą udziału w polityce, nie formują żadnych programów, nie orientują się nawet w podstawowych sprawach społecznych i politycznych.
Zdaniem Albee’ego, społeczeństwo amerykańskie jest w związku z tym wszystkim bardzo zagrożone. Na domiar złego to, że amerykańska ekonomia jest zdrowa, jest totalnym złudzeniem. Tak więc, czy wobec tych wszystkich zagrożeń, jest jeszcze sens martwić się o sztukę? Albo o to w jakiej relacji jest ona ze społeczeństwem?

małpi ogon

Co odróżnia nas od innych zwierząt? (Zadając to pytanie Edward Albee podkreślił, że nie chce zaostrzać konfliktu między ewolucjonistami a kreacjonistami, choć ostatnie oświadczenie papieża odnośnie ewolucji jest precedensem na korzyść tych pierwszych.)
Otóż jesteśmy jedynymi zwierzętami, które świadomie i intencjonalnie tworzą sztukę; jedynymi zwierzętami, które posługują się metaforą, by zdefiniować zarówno relacje miedzy sobą, jak i siebie samych określić.
Albee opowiedział o swoich doświadczeniach w kontaktach z małpami, głównie z gorylami i szympansami. Zauważył np., że wszystkie, które chciały się z nim porozumieć, były samicami. (I nie ma zielonego pojęcia, co by to mogło znaczyć.*) Zdumiewające było także to, że niektóre z nich opanowały aż 500 różnych znaków. (To definitywnie o wiele więcej, niż w przypadku większości ludzi, jakich Albee poznał w Nowym Jorku.)
Jednak do tej pory nie spotkał on takiej małpy, która by napisała sztukę teatralną. Z pewnością, gdyby do czegoś takiego doszło, zyskałaby ona status Wielkiej Sztuki i od razu wystawiono by ją na Broadway’u. Zważywszy na stan współczesnej krytyki, otrzymałaby ona entuzjastyczne recenzje, dzięki czemu utrzymałaby się na scenie przynajmniej 4 i pół roku. Bowiem publiczność dzisiejsza nie chodzi wcale do teatru, by się czegoś tam dowiedzieć. Chodzi dlatego, ponieważ powiedziano jej, żeby chodziła.
Albee jest przekonany, że wynalazek metafory – czy też sztuki, jak ktoś to woli nazywać – jest częścią procesu ewolucji. Kiedyś mieliśmy ogon (jakiś jego szczątek ostał się nam do dzisiaj) i w związku z tym faktem Albee wypracował sobie pewną teorię: „W jakimś momencie ten ogon nam odpadł i wtedy… wykształciliśmy sztukę”.
Wykształciliśmy w nas zdolność i potrzebę trzymania przed nami lustra, abyśmy mogli się w nim przejrzeć; lustra, w którym odbijałoby się nasze zachowanie, nasze intencje… Na tym polega ewolucyjne rozwinięcie się sztuki.

kultura masowa

W Ameryce istnieje niezdrowa relacja między Sztuką a Pieniądzem. Niezdrowa relacja, która sugeruje, że to, co jest bardziej popularne, jest lepsze. Jest oczywiście lepsze dla kieszeni tych, którzy chcą to sprzedać. Jednak taki produkt najczęściej niewiele ma wspólnego ze sztuką. Wystarczy wziąć za przykład Hollywood. Albee wie, że dzisiaj wielu „olewa” („piss on”) Hollywood. Ale jest też mocny powód, dla którego obecnie tak „olewa” się Hollywood. O wiele trudniej jest rozpowszechnić np. poważniejszy, mądrzejszy, rozumny ale niskobudżetowy film, niż jakąś produkcję pełną przemocy, eskapistyczną. Tę sytuację całkowicie kontroluje ekonomia.
Podobnie jest z teatrem na Broadway’u. Niepodobne jest wystawienie tam teraz poważniejszej sztuki. Bardzo trudno jest to zrobić w komercyjnym teatrze dlatego, że… jest to komercyjny teatr.
Albee jest jednak przekonany – biorąc pod uwagę to, że jednak profit decyduje o tym, jak kontrolowana jest sztuka w Stanach Zjednoczonych – że jeżeli ktoś zdołałby przekonać ludzi prowadzących teatry, iż publiczność tak naprawdę chce oglądać sztuki takich dramaturgów, jak np. Czechow czy Pirandello, to po jakimś czasie większość teatrów grałaby taki repertuar, mając wielką widownię. A tak, wystawia się jakieś głupie musicale, jakieś „zdumiewające płaszcze Józefów”, jakichś beznadziejnych „nędzników”… etc.
Musimy zrozumieć, że możemy mieć to, co chcemy. Możemy mieć zdrową sztukę, dobry teatr, gdzie stale dostępne byłyby dla nas największe dramaty przeszłości i teraźniejszości. Moglibyśmy to mieć, gdybyśmy tylko chcieli. Ponieważ, gdyby tylko się zorientowano, że byśmy za to zapłacili, to by nam to dostarczyli. Ale w sytuacji kiedy jesteśmy bierni, siedzimy tylko i dajemy sobie wciskać „śmieci” („junk”), nigdy niczego nie zmienimy. Dadzą nam to, w co zainwestują. Tylko wtedy, kiedy sami im powiemy, czego chcemy, oni mogą zrobić to, na czym tak naprawdę nam zależy. To jest w sumie proste.

krytyka

Większość krytyków w Ameryce została wynajęta i tolerowana jest przez media masowe tylko dlatego, że w pewien sposób reprezentują to, co system władzy („power structure”) w Ameryce uważa za właściwy stosunek publiczności – czyli że odbiorca powinien reagować tak, a nie inaczej. Ci krytycy są tam właściwie tylko po to, by odbijać – a nie świadomie i pełnie kreować – gusta publiczności.
Pewien krytyk – i to człowiek bardzo wykształcony, inteligentny, z którego zdaniem się liczono – powiedział kiedyś w telewizji coś, co do dzisiaj utkwiło Albee’emu w pamięci: „uważam, że moja funkcja jako krytyka polega na tym, by odzwierciedlać to, co uważam za gust czytelników pisma, dla którego pracuję”.
I to mówił człowiek, którego zdanie powinno właśnie polegać na kreowaniu gustów i oczekiwań publiczności, na edukowaniu tej publiczności – pomaganiu w wyborze tego, co jest rzeczywiście dobre i wartościowe.

brak racjonalnego dyskursu

Demokracja jest czymś bardzo delikatnym. Wiele krajów doświadczyło na sobie tego, że jeśli w demokracji nie uczestniczy się w pełni i świadomie, to w końcu znajdzie się ona w wielkim niebezpieczeństwie. A pasywność Amerykanów – brak odpowiedzialności zarówno za siebie, jak i za innych – jest dziś niebezpieczna i destrukcyjna dla Stanów Zjednoczonych.
Albee zauważył, że od jakiegoś czasu nie ma w społeczeństwie amerykańskim racjonalnego, „gniewnego” dyskursu.
Ostatni raz, kiedy w Ameryce miała miejsce debata na szczeblu państwowym – wolna debata, w której pozwalano na swobodne zadawanie sobie pytań, na mówienie bez przerywania, bez żadnego reżyserowania – to był rok 1960: debata między Kennedy’m a Nixonem. Wszystkie następne były już wyreżyserowane, wszystkie były kontrolowane tak, żebyśmy się niczego nie dowiedzieli o humanizmie, o prawdziwych ideałach i wartościach kandydatów.
Teraz wszyscy mają tendencję, by głosować tak, a nie inaczej, ponieważ manipulatorzy wmawiają im to, jak mają reagować, zanim jeszcze sami mają możliwość zareagowania na coś po swojemu.
Zanik woli, samodzielnego myślenia, rozsądku i samokrytycyzmu w Ameryce jest spowodowane m.in. przez komercyjną zachłanność, która nie ma nic wspólnego z demokratyzacją kultury, kraju i społeczeństwa.
W demokracji możemy mieć absolutnie wszystko, czego tylko chcemy, jak również – i to jest ta „twarda” część prawdy – w demokracji mamy dokładnie to, na co sobie zasłużyliśmy.

greydot

* Albee powiedział to z wyraźną ironią i przekąsem – sam jest zadeklarowanym homoseksualistą.

(Artykuł opublikowany został w Dzienniku Chicagowskim, 29 listopada,1996 r.)

 

POECI WYKLĘCI, ROZUM NA MANOWCACH I SERCE VAN GOGHA

(co się plecie w kajecie – z zapisków rozproszonych, XIII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Intelektualiści ciągle się łudzą, że nie tylko są w stanie ogarnąć swoimi koncepcjami świat, objaśnić go, ale i na niego wpłynąć, zmienić go… Największy paradoks tego złudzenia polega na tym, że zaczęło się to na dobre gdzieś w okolicach Oświecenia – od zawierzenia koncepcji kartezjańskiej, czyli od zauroczenia ROZUMEM. Dość wcześnie jednak zorientowano się, że ten rozum przeceniono – bo przecież na racjonalnych przesłankach opierały się (wbrew pozorom, realizacji i konsekwencjom) założenia systemów totalitarnych: zarówno faszystowskiego, jak i komunistycznego. Z drugiej strony zniknęły fundamenty metafizyczne („śmierć” Boga, laicyzacja, marginalizacja religii…) a tym samym rozwiał się mit, który był nie tylko źródłem ludzkiej kultury, ale i scalał całe społeczeństwa.
Świat wokół nas bardzo się skomplikował, umykając nam zarówno pod względem duchowym, jak i intelektualnym (zaczęliśmy błądzić, jak te pijane dzieci we mgle, powodowani impulsami, odruchami i jakimś stadnym instynktem: kultura masowa, konsumpcjonizm, technologiczne zabawki typu internet…) podczas gdy inni, posiadający władzę i pieniądze, „golili” nas i motali w tworzone przez siebie struktury zależności i de facto wyzysku. Ci zaś, którzy poza ten system wypadli, przestawali się liczyć, dzięki czemu na świece jest teraz coraz więcej ludzi „zbędnych”, którzy po prostu nie mają nic do roboty – wegetują więc albo walczą wręcz o przetrwanie.
Intelektualiści „wysiadają”, bo naszą rzeczywistość tworzy obecnie tak ogromna ilość elementów, że nikt nie jest wstanie zrozumieć tego, co się dzieje – a co dopiero żeby przewidzieć jaka będzie przyszłość. To dlatego teraz wszyscy kpią z „końca historii” Fukuyamy, a i sugestywna ongiś „globalna wioska” Tofflera przypomina dziś coś zupełnie innego.

Ja również mam wrażenie, że nie jest dobrze – zwłaszcza kiedy czytam takie teksty, jak wywiad z prof. Królem w „Gazecie Wyborczej”, który kaja się za swoje ideologiczne i polityczne błędy solidarnościowej przeszłości, poczynione w epoce tzw. transformacji ustrojowej naszego kraju. To wszystko jeszcze dobitniej uświadamia mi, że coraz bardziej jesteśmy bezsilni wobec tego co się dzieje – i to nie tylko na świecie, ale i w krajach, w których żyjemy. Paradoksalnie, ludzie, mimo że mają teraz niemal nieograniczony dostęp do informacji, jak i możliwość natychmiastowej komunikacji, stracili podstawę, na której mogliby się zsolidaryzować (np. w masowym społecznym proteście), gdyż poszczególne warstwy (klasy) społeczne uległy swoistemu rozproszeniu i wzajemnej separacji. Innymi słowy: struktury stają się silniejsze od ludzi. To jest chichot historii, bo dzieje się to akurat w momencie, w którym ponoć zatryumfował liberalizm.
To dlatego to, co mówił prof. Król, wydało mi się być taka mową trawą – paszą treściwą dla nas – myślą interesującą, może nawet pasjonującą – ale bez żadnych realnych konsekwencji, niczego nie zmieniająca. Ukazana jest w niej cała bezsiła intelektualisty („głupi byliśmy”) – którego dopiero z dystansu (ot, zaszywając się choćby, tak jak prof. Król, w jakimś domku pod lasem), po wyzwoleniu się z „układu”, stać na szczerą ocenę całej beznadziei swojej sytuacji.
Król tęskni do filozofii, metafizyki, literatury, które mogłyby wpływać na nasze życie, świat i go zmienić, ale wystarczy spojrzeć na ludzi, którzy nami „rządzą” (politycy), których „celebrują” masy (wątpliwej jakości artyści) – którzy nami zawłaszczają (banki, korporacje, właściciele mediów, dystrybutorzy „kultury”) – by uświadomić sobie, że to nic innego, jak marzenia ściętej głowy.

greydot

Inteligencja, nawet o wysokim IQ, nie musi mieć wiele wspólnego z mądrością. Można być człowiekiem mądrym posiadając przeciętną inteligencję. I vice versa: nawet wybitna inteligencja nie zawsze czyni z człowieka kogoś mądrego (czyli nie chroni go przed głupotą). Zresztą, jak wiemy, najgorszy rodzaj głupoty, to głupota uczona.

Ogólnie przyjęta definicja mówi, że inteligencja to zdolność przystosowania się do sytuacji. Otóż nigdy ta popularna definicja inteligencji mi się nie podobała, bo bardziej przypomina mi definicję konformizmu, niż inteligencji.

Samo posiadanie zdolności twórczych nie jest wystarczające do tego, aby być człowiekiem prawdziwie twórczym. Tutaj, oprócz inteligencji, przydaje się motywacja, pasja… również takie cechy charakteru, jak wytrwałość, ambicja, pracowitość, poświęcenie… wreszcie determinacja, by stworzyć coś własnego, oryginalnego, pożytecznego… etc. Poza tym, ważna w tym wszystkim jest tzw. inteligencja emocjonalna. To ona w dużej części decyduje o temperamencie twórczym człowieka, pobudzając jego pęd do kreacji.
Niemożliwe jest chyba stworzenie czegoś wybitnego bez pasji. A tu wielką role odgrywają emocje. Inteligencja w tym wszystkim wydaje mi się być tylko narzędziem.

Jeśli mowa o mądrości, to równie ważne powinno być odniesienie do inteligencji, jak i do sfery etycznej. Sama sprawność intelektualna jest zaledwie czymś instrumentalnym. Do tego, by stała się czymś ludzkim, ważne jest umieszczenie jej w sferze ludzkich wartości – innymi słowy, trzeba ją wypełnić człowieczeństwem.

Od dawna nie mierzę wartości człowieka jego inteligencją. Są dla mnie kryteria ważniejsze. Dlatego towarzystwo z MENSY skupiające osobników o najwyższym ilorazie inteligencji, nie robi na mnie większego wrażenia, ani zbytnio nie obchodzi. To taki klub towarzyski, który najprawdopodobniej napawa się własną „wyższością” nad średniakami. Taki Van Gogh np. był pod względnej tzw. zaradności życiowej człowiekiem zupełnie nieprzystosowanym (ot, choćby w jego przypadku definicja inteligencji jako zdolności przystosowania się do warunków zewnętrznych, jest totalnym nieporozumieniem), a dla mnie jest jednym z najbardziej wartościowych ludzi, jacy pojawili się na naszej planecie.
Nota bene Van Gogh był człowiekiem bardzo inteligentnym, o czym świadczą choćby jego listy do brata. Już nie mówiąc o jego zupełnie rewolucyjnym i nadzwyczaj unikalnym sposobie malowania, jak również o samej płodności twórczej, która była niezmordowana.

Właśnie, w jakiej relacji jest poziom inteligencji z twórczą płodnością? Wydaje mi się, że jeśli chodzi o zdolności twórcze i ich realizację, to oprócz samego intelektu, wchodzi tu jeszcze w grę cała masa czynników niekoniecznie związanych z samą sprawnością intelektualną (która, powtórzę to raz jeszcze, jest ledwie instrumentalna i nabiera wartości dopiero w kontekście tego, co człowiek tworzy, jak tworzy, dla kogo tworzy… etc., czyli w kontekście kulturowym i międzyludzkim).
Moim zdaniem dość jałowe jest skupianie się tylko na sprawności intelektualnej człowieka (tj. jego inteligencji), którego należy ujmować holistycznie czyli całościowo – zarówno jeśli chodzi o procesy fizjologiczne, jakie zachodzą w jego mózgu (włączając w to np. emocje), jak i jego kulturę, charakter, motywacje, etykę… Również biorąc pod uwagę jego relacje z innymi ludźmi – to co człowiek potrafi dać z siebie innym ludziom.

greydot

Wiele dyskusji na tzw. forach publicznych, ale też i w mediach, przypomina bicie piany, rzucanie grochem o ścianę, okopywanie się na swoich pozycjach, wołanie na puszczy… etc. i niemal nigdy niczego nie rozstrzyga.
Dlaczego? Może dlatego, że tutaj, podobnie jak z tym łapaniem króliczka, nie chodzi o przekonanie kogoś, tylko o samo przekonywanie – mówię (piszę, komentuję) więc jestem (bo wydaje mi się, że mówienie i pisanie wynika z mojego myślenia?)
Ostatecznie wszystko rozbija się o siłę naszych szańców (czyli zależy od mocy i realnej skuteczności struktury, w jaką jesteśmy – chcąc nie chcąc – wpisani, i której jesteśmy częścią). Tak więc, nie mają przy tym w zasadzie większego znaczenia fakty, prawda, sprawiedliwość…
Nasz świat jest ścieraniem się idei – a idee wcale nie opierają się na faktach, tylko są tych faktów przedstawieniem i interpretacją. A interpretujemy zwykle tak, jak chcemy (lub musimy). Z kolei przedstawiamy sobie tylko tak, jak możemy (a to z powodu naszych ograniczeń). „Wistość” rzeczy nie jest przecież rzeczą samą w sobie. Ani tym bardziej oczy-wistością, mimo że taka się wydaje.

greydot

Używanie ludzkiego języka do mówienia o tym, co boskie, (w znaczeniu bezpośredniego odniesienia się do Boga) nie ma sensu. Ale piszę to z pozycji agnostycznej, (którą – jak mi się wydaje – świadomie wybieram).
Natomiast dla ludzi „wierzących”, teistów, deistów… to ma sens (stąd ich koncepcje Boga i wszelkie teologie).

Podobny jest sens (bezsens?) mówienia o ateizmie albo teizmie buddyzmu (mam tu na uwadze buddyzm „czysty”, pierwotny, wywodzący się od samego Buddy, bo później buddyzm się rozgałęził, przejmując nawet w niektórych swoich przejawach „lokalne” bóstwa, vide: politeistyczny buddyzm tybetański).
Jeśli więc, respektując pojęcie Boga przyjęte w judeo-chrześcijaństwie, pytamy się z tej perspektywy, czy buddyzm jest ateistyczny, to odpowiedź powinna być twierdząca: tak, w tym sensie buddyzm jest ateistyczny.
Jednakże, kiedy już pytamy z pozycji uwzględniającej światopogląd i nauki głoszone przez samego Buddę, to odpowiedź jest (powinna być) przecząca, (bowiem Siddhartha nie tyle odrzucał ideę Stwórcy Wszystkiego, co się tym w ogóle nie zajmował, czy też raczej nie uwzględniał jej w swojej doktrynie). W tym sensie buddyzm ateistyczny nie jest.

Nota bene, dzięki tej (a)teistycznej nieokreśloności buddyzm wydaje się być tak otwarty dla „wyzwolonej” umysłowości Zachodu (ale też i atrakcyjny dla ludzi „przesiąkniętych” mentalnością chrześcijańską).
I z tego też powodu – stosując nasze kryteria „racjonalistyczne” – skłonni jesteśmy raczej uważać go za system filozoficzny (pewną koncepcję światopoglądową i ontologiczną), niż religię.

greydot

Autentyczne doświadczenie mistyczne (dla człowieka, który go doświadcza, jest ono autentyczne, choć ktoś „z zewnątrz” może ten autentyzm zakwestionować, a tym samym „odrzucić”) wyklucza według mnie jakiekolwiek „rozczarowanie się” mistyką. Ale wyklucza też – co oczywiste – owego doświadczenia „odrzucenie”.
Myślę, że nie należy utożsamiać doświadczenia mistycznego z doświadczeniem religijnym (to dlatego, religią można zarówno się rozczarować, jak i ją odrzucić – w przeciwieństwie do mistycyzmu).

greydot

Usłyszałem niedawno takie pytanie: Skąd się bierze ateizm?
Otóż można odpowiedzieć, że ateizm bierze się stąd, co wiara, czyli z niewiedzy.
Ale tak można stwierdzić tylko z pozycji agnostycznej, bo zarówno ateiści, jak i osoby wierzące mogą temu gwałtownie zaprzeczyć – i mówić, że to z wiedzy… ich wiedzy (czyli z tego, co sami wiedzą o świecie – albo z tego, co im wpojono).

Napisawszy to, muszę stwierdzić, że wiara wydaje mi się posiadać większą „wartość”, niż ateizm (a nawet większą, niż agnostycyzm – mimo, że uważam ten ostatni za bardziej „uczciwy” poznawczo i epistemologicznie).
Jednakże, to co napisałem, jest pewnego rodzaju wartościowaniem samego światopoglądu, a nie ludzi (wierzących i ateistów). Nie osądzam żadnego człowieka według tego, czy jest ateistą, czy osobą wierzącą. Człowieka poznaje się bowiem po czynach (i jego relacjach z innymi ludźmi) a nie po jego – ideologicznych czy też religijnych – deklaracjach.

greydot

Wśród genialnych powiedzonek Gombrowicza jest i takie, które stwierdza, że człowiek przed trzydziestką jest podpalaczem, a po trzydziestce staje się strażakiem. Oczywiście jest to pewne przerysowanie, niemniej jednak skłonni jesteśmy przyznać, że tak właśnie sprawy się mają.
Czym wytłumaczyć ową skłonność do zmiany frontów? Dojrzewaniem? Hormonalną transformacją? Wiekowym przepoczwarzeniem? Zgredowacieniem? Wapnieniem? Ciążeniem w kierunku hipokryzji i konformizmu? A może zdobytym doświadczeniem, dojrzałością, czy też nawet – ba! – mądrością?
Kiedy jest się młodym, nie jest się jeszcze w żadnych “układach”, nie należy się do establishmentu – można więc wtedy pozwolić sobie na swobodę zachowania, wypowiedzi, gestu… Może wówczas człowieka porwać kontestacja, bunt podnosi mu poziom adrenaliny. Czymś nieznośnym jest gorset pruderii a moralizatorstwo brane jest za obłudę. Czuje się potrzebę wyładowania, wygłupu, anarchii. To dlatego mówi się, że młodość ma swoje prawa, że za młodu trzeba się “wyszumieć”.
Później wchodzi się w inne role – wychowawcy, rodzica, mentora, autorytetu… Człowiek, chcąc nie chcąc, przywdziewa maskę. Nowa rola wymusza na nim pewnego rodzaju zachowania. Powoli zapomina, iż “cielęciem się było”. Wykazuje większą skłonność do ładu, czy umiaru. Z większą aprobatą i zrozumieniem przyjmuje się wtedy podobne stwierdzenia, jak to Miłosza: „Społeczeństwo i cywilizacja trwają dzięki niesłychanie drobnym cząsteczkom cnoty rezydującym w poszczególnych indywiduach” .

Mając w świadomości hańbę XX wieku – tego stulecia kłamliwych ideologii i największych zbrodni ludzkości – ma się też nieodparte wrażenie, iż horrendum, jakie się w nim działo, miało swój wielki wpływ na wyczerpanie się tradycyjnej kultury. Dzięki temu współczesność jest domeną kulturowego chaosu a w głowach wiruje ludziom wszelkie materii pomieszanie.
Jak na takim tle jawi się młodzieńcza skłonność do podpalania – do ekscesu i kontestacji, oraz gaśnicze pozycje dorosłych pokoleń?

Za wspomnianymi “maskami” dorosłych kryje się jednak często niewygasła do końca iskra. Wielu ludzi przez całe swoje życie przejawia buntownicze skłonności i pozostaje bardziej lub mniej otwartymi rebeliantami (z tym, że najczęściej z buntowników bez powodu, zamieniają się w buntowników mających jednak jakiś powód).
Wszyscy pozostali także zachowują pewne cechy młodzieńczej anarchii, niedojrzałości i dezynwoltury, tyle że mocniej potrafią trzymać to wszystko w ryzach, nie ujawniając już tego tak ostentacyjnie przed światem. No i wreszcie – w zdecydowanej większości – stają się z biegiem czasu konformistami.

greydot

Czy współczesność jest dobrym czasem dla poetów przeklętych?
Ciekawe pytanie.
Bo niewątpliwie dla poetów przeklętych są “lepsze” i “gorsze” czasy, choć zawsze jednak ten wiatr (epoki) w oczy im wieje. Przy czym należy sobie wyjaśnić co to znaczy “lepszy” i “gorszy” w tym kontekście.
Otóż czas “lepszy” dla poetów przeklętych to nie tylko ten, który sprzyja wykwitowi cech z elementami maudit, ale i taki, który niejako z tym co oni wyprawiają (tworzą) współgra. Takim czasem była np. epoka dekadencji drugiej połowy XIX-go wieku. Także jej rozwinięcie – secesja, a na terenie naszego kraju – Młoda Polska. A wszystkie one nie byłyby tym czym były, gdyby nie Romantyzm i (np.) przynależąca do niego fala werteryzmu, czy też kreacja bohatera romantycznego na postać tragiczną, niezrozumianą, cierpiącą, odmieńczą, przeklętą właśnie…
W podobny sposób, ale już na zasadzie kontrastu z oficjalną propagandą nowego wspaniałego świata komunizmu, możliwe było zaistnienie poetów przeklętych w realiach totalitaryzmu komunistycznego, których przedstawicielami są u nas np. Hłasko czy Wojaczek, a w Rosji choćby Jerofiejew czy – po części przynajmniej – Wysocki z Okudżawą.
Jednak generalnie – poeta przeklęty może się pojawić w każdej epoce, bo w każdej epoce można się zbuntować i żyć “pod włos” społecznego i politycznego establishmentu.
Hm… być może w każdej epoce z wyjątkiem… naszej właśnie?
Bo w naszej epoce – w dobie rozpasanego postmodernizmu – rzeczywiście wszystko już było, wszystko już widzieliśmy, wszystkie prawdziwe profanacje i prowokacje się dokonały; szok już za bardzo nie chce działać, bo np. w internecie można znaleźć takie monstra i mega-perwersje, o których się “boskiemu” (?) Sade’owi nie śniło – a tego wszystkiego jest na pęczki, i to na wyciągnięcie ręki (za jednym “kliknięciem”).
Dziś poeta przeklęty może mieć najwyżej te swoje warholowskie 15-minut (medialnej) sławy, bo po kwadransie wszystkim te jego wybryki się nudzą, nie robiąc na nikim większego wrażenia.

greydot

Dzisiaj nie chodzi już o konkretne nazwanie kogoś „poetą przeklętym”, (które ma proweniencję romantyczną) a właśnie o rodzaj osobowości człowieka – zrywającego więzi ze społeczeństwem i swoim najbliższym otoczeniem, zbuntowanego, odrzucającego konwenanse i obowiązujące normy moralne i obyczajowe, dopuszczającego się ekscesów… etc.
A taki rodzaj osobowości zdarza się wśród ludzi od zawsze, tyle że różną przybiera formę (w zależności od epoki) i inaczej jest nazywany. I niekoniecznie dotyczy tylko literatury, ani nawet – tylko i wyłącznie sztuki, choć zwykle powiązany jest z kanonem artysty.

greydot

Nie wiem czy powinniśmy “zaglądać do medycyny” w poszukiwaniu chorób gnębiących “poetów przeklętych”, właśnie w nich (i tylko w nich) upatrując źródeł oraz modus vivendi dla ich twórczości, czy nawet twórczego napięcia. Bowiem etykietka choroby znosi niejako autonomię tego, co oni stworzyli, nadając temu jakieś chorobliwe piętno, w pewien sposób degradując ich wartość dla tzw. “zdrowego człowieka”.
A przecież choroba jest również niezbywalnym (niestety) elementem naszej condition humaine.

Nie uważam jednak, że należy o tym (medycznym kontekście) milczeć. Nie. Raczej widzieć to wszystko bardziej integralnie – w całej swej złożoności.
Zresztą, to np., że u Stachury, Wojaczka, Plath… i in. zdiagnozowano schizofrenię, w żaden sposób nie może deprecjonować wartości i (ewentualnego) piękna ich poezji. Jeśli ktoś, cierpiąc na chorobę psychiczną, namalował piękny obraz, to ten obraz nie przestaje być piękny tylko dlatego, że malarz był “wariatem”.
Jestem przeciwny wszelkim piętnom i stygmatom, zwłaszcza jeśli nie życzą ich sobie sami “napiętnowani” i “stygmatycy”.

greydot

Ktoś nazwał Goethego “ojcem poetów przeklętych”. To chyba jakieś nieporozumienie.
To, że spowodował swoimi „Cierpieniami młodego Wertera” szeroką falę “werteryzmu” (czyli samobójstw “z miłości”) nie ma tu nic do rzeczy. Tak, stworzył postać Wertera, ale już to, że jego Werter stał się pewnym duchowym patronem wszelkich “kochanków przeklętych” (czytaj: wzgardzonych), nie jest Goethego – ani zasługą, ani tym bardziej winą. Zresztą, Goethe był jedną z najwybitniejszych i (najmocniejszych, jeśli chodzi o charakter) postaci swojej epoki i trudno go kojarzyć z rozwichrzonym, rozedrganym i miotającym się poetą przeklętym.

greydot

Czy śmierci poetów przeklętych były skutkiem depresji czy też może świadomym aktem artystycznym – takim mocnym finałowym akordem?
Myślę, że każda z owych śmierci (nawet tych samobójczych – a nie wszystkie takie były) była inna, miała inne przyczyny i motywy. Bywało też tak, że wiele czynników składało się na decyzje L’homme maudit, by się zabić. A zdarzało się, że nie była to (do końca świadoma) decyzja, ale jakieś fatum, przypadek, rodzaj konieczności, psychosomatyczna determinanta, czy po prostu wycieńczenie organizmu…
Zresztą nie wszyscy poeci przeklęci się zabijali. Nawet ci “wzorcowi”. Rimbaud nie popełnił samobójstwa fizycznie, a po prostu (?) przestał pisać i wyjechał trudnić się handlem (nie obchodziło go to, co się stanie z jego poezją, nie odebrał nawet swojej nowo-wydanej książki). Beaudelaire i Verlaine przez lata niszczyli swój organizm (opium, narkotyki, absynt, alkohol…), tułali się po szpitalach i przytułkach, ale jednak dożyli tego, że ich poezja stała się doceniona, (choć tylko Verlaine przekroczył 50-kę; Beaudelaire zmarł wieku 46 lat).
Jimi Hendrix, Janis Joplin i Jim Morrison zmarli wskutek przedawkowania narkotyków, ewentualnie z przepicia.
Samobójstwo – w ścisłym znaczeniu tego słowa – popełnili Wojaczek, Stachura, Plath, Zawistowska (wszyscy cierpieli na ostrą depresję, panicznie bali się obłędu)… niejako skazany na śmierć (poprzez swoją nieuleczalną wadę serca, podobnie zresztą jak Poświatowska) był Bursa. Tak więc trudno w tych wszystkich przypadkach mówić o jakiejś “artystycznej kreacji”. To był bardziej ich – jakże ciężki, nieznośny, pełen cierpienia, beznadziei i bólu – los, który ich pchał ku śmierci.

greydot

Akceptacja i nie akceptacja poete maudit?
Ale jaka akceptacja, (ewentualnie nie akceptacja)? Ich osobowości, zachowania, wyborów? – czy też twórczości?
To, że są (byli) to ludzie amoralni, (czyli nie uznający powszechnie przyjętych norm moralnych) rozumie się samo przez się. Poete moudit to niemal synonim L’immoraliste. Myślę, że stosując kryteria moralne w ocenach literackich nie zajechalibyśmy zbyt daleko (bo musielibyśmy dać szlaban lwiej części najwybitniejszych pisarzy).
Również i dla mnie bardziej istotne są w tym przypadku argumenty i kryteria estetyczne niż etyczne.
Oczywiście, że bez “gorączki”, wewnętrznego ognia, niemożliwa jest prawdziwie artystyczna twórczość, jeśli już to zimna i kostyczna, czyli – moim zdaniem – żadna. Jak to świetnie ktoś zauważył: temperatura ciała to dla duszy za mało!
I naturalnie zgadzam się również z tym, że nie tylko buntownicza ekspresja jest dla tej twórczej gorączki “jedynie właściwą”. Zresztą, są różne odmiany buntu: np. z jednej strony mamy bunt romantyczny (którego przedstawicielem jest Byron), a z drugiej – bunt racjonalny (mający proweniencję oświeceniową). Nawet Goethe dzielący epokę z bohaterami stricte romantycznymi stanowi dla tych bohaterów coś w rodzaju antytezy.
Ale przecież twórczość artystyczna to również afirmacja, (która nota bene nie musi mieć nic wspólnego z konformizmem… i zwykle nie ma). Dobra sztuka istnieje nie tylko w tonacji dur ale i w mol, nie tylko w forte, ale i piano.

greydot

Współczesne “wszystko na sprzedaż”, jest tylko jednym z aspektów sławy “poety przeklętego” eksploatowanej dzisiaj. Ta “sprzedawalność” nie leży natomiast w istocie tego fenomenu, do której należy bunt, sprzeciw, eksces, niepohamowanie, odrzucenie ogólnie przyjętych społecznie norm… Sam “poeta przeklęty” nie chciał się “sprzedać” (w przeciwieństwie do współczesnych obrazoburców i prowokatorów działających głownie na polu tzw. “sztuki”, najczęściej do cna skomercjalizowanej). Wprost przeciwnie: on zdążał ku samozatraceniu się i w zasadzie nie obchodziło go to, co też świat (w tym świat merkantylny) z nim zrobi – a tym bardziej, czy na nim zarobi.

greydot

Problem z markizem de Sade jest taki, że mimo wszystko nie można go skwitować wzruszeniem ramion, bo zrobiono zeń reprezentanta pewnego aspektu człowieczeństwa (może raczej nieludzkości) – takiego apostoła perwersji. A jaki on był naprawdę, to ja nie wiem. Ile było w tym co robił i pisał pozy? Tego też nie sposób teraz wiedzieć. Myślę, że gdybyśmy go spotkali wówczas osobiście, to może by nawet przypadł nam do gustu i wydał się całkiem sympatycznym gościem. Tak podejrzewam, że cały ten “sadyzm” rozgrywał się głównie w jego wyobraźni, mimo kilku ekscesów w realu.
Ja bym go też nie demonizował. O wiele większymi “diabłami” dla mnie są np. zwykli, poczciwi, oportunistyczni i strachliwi administratorzy III Rzeszy, czy tzw. “komunistyczne pachołki”. To jest dopiero prawdziwe piekło, zgroza naszej cywilizacji – gułagi i obozy koncentracyjne, a obok “normalne” światy, które niewiele sobie z tego robią. Przy tym wszystkim taki Sadek to pestka, błazen jakiś, fantasta, dziwak i eksperymentator.
Ale badacze kultury uparli się, by robić z pojedynczych ludzi jakieś kamienie milowe, prekursorów, inspiratorów, epokowej forpoczty… Bzdura! Zło – jak zresztą zauważyli to już niektórzy, i to jeszcze przed panią Arendt – jest banalne. Ludźmi zwykle kieruje oportunizm, koniunkturalizm, chęć ustawienia się w życiu, doraźna korzyść; a często i zwykła chciwość, pożądanie władzy, strachliwość wreszcie… takie pospolite motywy, a nie jakieś tam perwersyjne ciągoty czy demonizm, motywują zwykle ludzi. Oczywiście piszę o wymiarze społecznym a nie o jakichś tam kolorowych outsiderach, indywidualistach z rozdmuchanym ego, czy wreszcie zwykłych socjo- czy też psychopatach. Ci bowiem spotykają się z uwagę na zasadzie – bez mała! – hollywoodzkich idoli. Pomagają ludziom zwalczać pustkę i nudę egzystencji. Ot co!

greydot

Wydaje mi się, że nie ma takiego drugiego malarza, którego twórczość byłaby tak mocno zespolona z jego życiem, jak Van Gogh.
Zawsze byłem ciekaw jak świat odebrałby jego obrazy, gdyby nic o nim nie wiedział, nie znał jego biografii – gdyby nie było “Listów do brata”, książek i filmów, które mu później poświęcono. Może wręcz nie byłoby czego odbierać, wszak płótna mogłyby posłużyć za podpałkę lub za podkład dla innych malarzy.
Ale załóżmy, że by przetrwały.
Czy dostrzeżono by w nich olbrzymią pasję, która je stworzyła? Czy rozprawiano by o geniuszu Van Gogha? Czy uznano by go za jednego z największych malarzy XIX wieku?
Czy wreszcie – sprowadzając rzecz do kwestii trywialnej, bo merkantylnej – zapłacono by za jego “Irysy” prawie 54 mln. dolarów, a za “Słoneczniki” 40 mln. ?
Na pewno można spojrzeć na to malarstwo abstrahując od osoby autora. Czy można jednak wyobrazić sobie coś takiego jak “obiektywna” wartość tej twórczości?
Jakie wobec tego zastosować tu kryteria? Czy można by się tu zdać na opinie ekspertów, krytyków sztuki, tzw. “znawców” …?
Ja osobiście bym im nie dowierzał.

Nie mogę sobie wyobrazić, jak patrzyłbym na obrazy Van Gogha bez znajomości kolei jego życia i warunków w jakich powstały, ponieważ te ostatnie poznałem wcześniej niż same obrazy (jeśli nie liczyć kilkunastu albumowych reprodukcji i wypranych z wszelkiego artyzmu, masowych kopii różnych “słoneczników”, “gwiaździstych nocy” i “cyprysów”).
Na to jest już za późno.
W tym kontekście wielka wartość komentarzy Vincenta (na temat samego siebie, własnego życia i malarstwa) wyrażonych w jego listach, polega być może na tym, iż po prostu nauczył on nas patrzeć na swoje obrazy. Swoim geniuszem, pasją i egzystencjalną głębią uświadomił nam nierozerwalność jego twórczości z nim samym. Płótna Van Gogha nabrały symbolicznej wartości jako odzwierciedlenie pewnego aspektu naszego człowieczeństwa, humanistycznego fenomenu. Jego przeżycia zaś uświadomiły nam jak tragicznie może się człowiek zderzyć ze światem, w którym przyszło mu żyć.
To dlatego Karl Jaspers mógł napisać: “Całość tej korespondencji (chodzi o listy do brata Theo), stanowi dokument jakiegoś światopoglądu, jakiejś egzystencji, jakiegoś myślenia znamionującego się wysokim etosem; jest to forma wyrażenia szczerości absolutnej, głębokiej, irracjonalnej wiary, nieskończonej miłości, serdecznego człowieczeństwa, niewzruszonej amor fati. Listy te zaliczają się do najbardziej wzruszających zjawisk niedawnej przeszłości”.
A płótna Van Gogha wiszą dziś na ścianach największych muzeów świata niczym cząstki jego poranionej duszy.

greydot

Listy Van Gogha do brata są doprawdy niewiarygodne – tzn. są czymś nad wyraz niezwykłym, wręcz niesamowitym, bo wiary są one godne jak najbardziej – tym czym fascynuje Vincent do naszych czasów jest bowiem jego prawdomówność, prostolinijność i autentyzm; to był człowiek – mimo swych ekscesów, życiowej niezaradności i dziecięcej wrażliwości – niesłychanie uczciwy.)
Jego uwagi są niekiedy rozbrajające:
“Ja nie czuję potrzeby małżeństwa i dzieci, i w pewnych chwilach ogarnia mnie melancholia, kiedy myślę o tym, jaki jestem mając 35 lat – powinno być całkiem inaczej. I mam to czasem za złe temu wstrętnemu malarstwu. Richepin powiedział kiedyś: ‘Miłość sztuki zabija miłość prawdziwą’. Uważam to za słuszne w straszliwy sposób i wiem też, że prawdziwa miłość zniechęca do sztuki. Zdarza mi się, że czuję się stary i złamany, a jednak dość jeszcze zakochany, żeby nie być entuzjastą malarstwa”.
Na ile więc to oddanie sztuce było jego suwerennym wyborem, a na ile sprawą fatum, które go chwyciło i już nie wypuściło aż do śmierci?
Z pewnością ludziom z jego otoczenia wydawało się to być marnowaniem życia – jakąś manią, obsesją, niezdrową idée fixe… Tym bardziej, że zdradzał on coraz bardziej objawy umysłowej choroby.
A jednak Van Gogh okazał się jednym z tych niewielu “wariatów”, którzy postawili na swoim i wygrali.
Wprawdzie jest to zwycięstwo odniesione post mortem, ale jakże przecież spektakularne – i lepsze takie, niż żadne.

greydot

Niedawno odwiedziłem Muzeum Van Gogha w Amsterdamie (nota bene znakomite). Zdumiały mnie te tłumy, które tam spotkałem – tysiące ludzi, którzy ustawili się w długiej na kilkaset metrów kolejce, by wejść do środka i zobaczyć obrazy Vincenta. Tego samego, który – kiedy jeszcze żył – uznany został za wariata, wytwórcę bohomazów, na które pies z kulawą nogą nie zwracał żadnej uwagi, i za które nikt nie chciał dać złamanego grosza. Łaska uznania i podziwu gawiedzi na pstrym koniu jeździ.

greydot

Karl Jaspers – bądź co bądź jeden z reprezentantów europejskiej czołówki intelektualnej XX wieku – tak podsumowuje swoje doświadczenie zetknięcia się z Van Goghiem:
“Van Gogh mnie zafascynował, być może przede wszystkim całą swą egzystencją światopoglądową (…) To tak, jak gdyby na przelotną chwilę objawiło się ostateczne źródło egzystencji, jak gdyby bezpośrednio dały znać o sobie utajone źródła wszelkiego bytu. Cóż, dla nas jest to jednak równoznaczne ze wstrząsem, którego nie możemy znosić zbyt długo…”

greydot

A najpiękniej o Van Goghu napisała moja znajoma, Ola: „Na drzwiach szafy namalowałam sobie Jego cyprysy, popijam cejlońskie herbaty z kubeczków z reprodukcjami Jego dzieł, jest ze mną gdy czytam, myślę, szukam siebie… i kiedy upadam.
Co by powiedział świat, gdyby nie wiedział przez co przeszedł?
Ja go pokochałam jako kilkunastoletnia dziewczyna. Nie wiedziałam o Nim nic. Odebrałam go jako człowieka, który jeśli coś robi, to zawsze całym sercem, bezkompromisowo, czułam, że przyroda potrafiła go wzruszyć, rozczulić, że pochłania go ciągle ocean zachwytu, potrafi dostrzegać piękno w drobnostkach. W każdym najmniejszym pociągnięciu pędzla ukrywa niewyobrażalne pokłady emocji, emocji, które były tak silne, że zwykły człowiek nie umiałby ich ogarnąć, poczuć. Pędzel był jedynym sposobem obdarowania szarego schematycznego i zagubionego świata. Powiedział kolorem to, czego nie oddają słowa.
Dopiero potem go poznałam. Zobaczyłam introwertyka, który dostrzegał Człowieka nie w pięknym opakowaniu, ale w umęczonej chłopce, w wygłodzonej rodzinie górniczej. Widział piękno w tym co trudne, bolesne, niezrozumiałe i po ludzku beznadziejne.
Dzięki niemu zrozumiałam jakim skarbem jest jeden życzliwy człowiek. Jeden życzliwy człowiek potrafi utopić w otchłani pasji i radości cały mrok wytwarzany przez niezrozumienie i odtrącenie…
Brat w Niego wierzył, kiedy ślepy tłum zabijał obojętnością.
Wielkim skarbem jest jedność dusz… i serce Van Gogha”


greydot

Żadna ludzka społeczność nie może się obejść bez norm, które sama sobie narzuca (nawet jeśli robi to odwołując się do metafizyki – wierząc, że są one dane nam “odgórnie” przez Boga, bóstwa, jakieś Siły Nadprzyrodzone…). Nasza kultura jest o tyle paradoksalna, że deklarując najczęściej swoją zgodność z tzw. prawem “naturalnym”, sama “porządkowi” naturalnemu (panującemu w przyrodzie) zwykle się przeciwstawia (kto wie, czy właśnie owe normatywne veto nie jest kwintesencją naszego “człowieczeństwa”?). Z tego zderzenia wynikają wszystkie ludzkie tabu, które chcą ten konflikt zakamuflować. Tabu można więc uznać za pewnego rodzaju kulturowy sprzeciw – swoisty wybieg, by nie przyznać się do tego, że drzemie w nas zwierzę, które czasem staje się nawet bestią.
Przy czym, prawo, które tworzymy, nie chce jednak zbyt głęboko wchodzić w geny determinujące zachowanie się człowieka, bo wtedy konflikt między kulturą a naturą staje się ewidentny i istnieje niebezpieczeństwo tego, że ludzkie działanie (w danej chwili bezprawne) będzie usprawiedliwiane, a tym samym podważona zostanie bezwzględna sankcja obowiązującego nas prawa, relatywizując je, może nawet kwestionując jego racje.
A jednak, to właśnie głębsze poznanie genetycznej podstawy np. zachowań homoseksualnych spowodowało, że w większości społeczeństw kręgu kultury zachodniej homoseksualizm przestał być traktowany jako wykroczenie przeciw prawu, jak również – w sferze medycyny – przestał być uznawany za chorobę, za coś “nienormalnego” (przy czym nie mówię tu o mentalnym i obyczajowym “nadążaniu” poszczególnych grup społecznych czy poszczególnych ludzi za tymi zmianami, bo to już zupełnie inna kwestia).
W tym kontekście (genetyka vs. prawo), już w przypadku homoseksualizmu wkraczamy na pole pełne min i kontrowersji, (które ludziom żyjącym zwłaszcza w krajach o silnych tradycjach katolickich są dobrze znane), a co dopiero, jeśli podejmiemy takie gorące tematy tabu jak pedofilia i kazirodztwo? Przecież zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku także można mówić o genetycznych uwarunkowaniach owych “dewiacji”, które przez wiele systemów jurysdykcyjnych uznawane są za ciężkie przestępstwa, a nawet zbrodnie (odnosi się to zwłaszcza do pedofilii). Czy może więc dziwić to, że w społecznościach konserwatywnych, ustępstwa jakie poczyniono wobec homoseksualizmu są przyjmowane jako pierwszy krok do swoistej “legalizacji” i przyzwolenia dla kazirodztwa i pedofilii, tudzież innych “zboczeń”? Człowiekowi o poglądach bardziej liberalnych takie rozumowanie może się wydać wręcz absurdalne (no bo jak tu zrównywać ze sobą “zdrowego” homoseksualistę z “chorym” i zwyrodniałym pedofilem?), ale już ktoś o mentalności bardziej “zachowawczej” może w tym widzieć niebezpieczeństwo precedensu i konsekwencji – swego rodzaju następstwo “od rzemyczka do koniczka”.

greydot

Nawet jeśli wolna wola nie istnieje, to musimy postępować tak, jakby istniała (dlatego skazujemy ludzi za zbrodnie, które popełnili).
A Natura to twarda bestia – zawsze znajdzie swój sposób, swoją drogę…
Bardzo kruche jest to, co nazywamy cywilizacją.

greydot

Morderców nie rozumiemy, bo nie chcemy zrozumieć – ponieważ, im większą mielibyśmy o nich wiedzę, tym boleśniejszej prawdy dowiadywalibyśmy się o nas samych.

greydot

Nasz ludzki „Rozum” to tylko łódka, za pomocą której próbujemy się nie potopić dryfując po oceanie nieświadomego o przepastnej głębi i pełnego wirów – udając, że mamy wpływ na siły, które bezmiernie nas przerastają.

greydot

Kiedy namiętność i pożądanie stają się miłością? Czy mężczyzna (albo kobieta) ma prawo do pokochania kogoś innego, niż własną żonę (albo męża)? Jeżeli tak, to jakie to jest prawo, jeżeli nie, to kto (lub co) nam je odbiera? Jak mocno wiąże nas małżeństwo, (które jest przecież pewnego rodzaju społeczną umową)? Albo, innymi słowy: w jaki sposób warunkuje ono naszą wolność (lub zniewolenie)? Jak się ma obowiązek do namiętności, a lojalność do wolności?
W jakim stopniu natura determinuje naszą skłonność do “grzechu” (że użyję tego staromodnego, wychodzącego już z użycia, określenia).
Kiedy człowiek, który „zdradza” dotychczasowego partnera (partnerkę) staje się (w oczach innych) draniem (lub suką?), kiedy zaś bohaterem a nawet obiektem kultu, który poszedł za głosem wielkiej miłości, tudzież – patrząc na to z innej perspektywy – własnych potrzeb i pragnień? Kiedy zostaje niewolnikiem własnych uczuć, a kiedy walczącym o nie buntownikiem? Wreszcie: jak się mają genitalia do porywów serca, a hormony do miłosnej czułości?

greydot

Ludzie uparcie uzależniają prawdę od punktu widzenia.
Tak by było, gdyby prawda była wytworem ludzkiego umysłu.
Paradoksem jest to, iż wydaje się nam jednak, że jest, bo w świecie pozaludzkim nie ma przecież rozróżnienia na prawdę i fałsz: atom albo kwant się nie mylą.

greydotPółprawda jest najgorszym rodzajem kłamstwa.

greydot

Jednym z przejawów tego, że samiec alfa odniósł sukces w walce jest natychmiastowe podporządkowanie się mu samców beta i omega.
W polityce odpowiednikiem tego jest wysiew wszelkich totumfackich i wysławiających zwycięskiego wodza.

greydot

Rodzice dzieci niepełnosprawnych w polskim Sejmie. Skoro godzimy się z tym, że politycy nie są prawdomówni, nie muszą mieć wstydu, nie zawsze mogą postępować etycznie, to czy nie jest naiwnością wymaganie od nich czegoś takiego, jak współczucie?

greydot

Ktoś to stwierdził, jako oczywistość: „Wstyd nie jest kwalifikacją do uprawiania polityki.”
Dlatego mamy takich polityków, jakich mamy.

greydot

Kultura czy polityka?
Kultura.
Polityka, wbrew pozorom, jest gorszym rodzajem ucieczki od nudy, niż kultura.

A przy okazji można się zastanowić w jakiej relacji są polityka kulturalna i kultura polityczna oraz jakie konsekwencje (również w polityce kulturalnej) pociąga za sobą brak politycznej kultury.

greydot

W kinie na „The Wolf of Wall Street”. Niesamowitym sukcesem Scorsesego jest to, że film cienki jak studolarowy banknot, płytki jak zawieszenie Lamborghini, amoralny jak chciwcy i oszuści z Wall Street, próżny jak jacht z helikopterem na dachu, obsceniczny jak dmuchanie przez rurkę haszyszu w odbyt prostytutki, wulgarny jak użycie 576 razy (rekord w kinie amerykańskim!) przekleństwa fuck, głupi i okrutny jak rzucanie karłami w tarczę, potrafi tak przykuć naszą uwagę a nawet nas rozbawić (przyznaję się bez bicia: sam tego doświadczyłem i brałem w tym udział ).
Dlaczego? Może dlatego, że grzeczne dzieci (widzowie) lubią niegrzeczne bajki, a i niegrzeczne są też w swoim żywiole? Bo wszystko kładziemy na karb konwencji?
Co może usprawiedliwić to, że film Scorsesego się nam tak podoba? Może to, że na karuzeli nie ma czasu na refleksję? Bo kiedy błędnik zaczyna szaleć, przestajemy być sobą – czyli osobą myślącą? A może wręcz przeciwnie: ujawnia się wtedy coś, co leży gdzieś w sednie każdego z nas, a do czego na trzeźwo nie chcemy się przyznać – może nawet sobie tego nie uświadamiamy?

 greydot

Gdybym chciał napisać coś o mojej namiętności do książek, to musiałbym wrócić się do samego zarania, czyli do mojego dzieciństwa. Do dzisiaj czuję zapach niektórych książek, ciągle przed oczami mam ilustracje, które wówczas zdały mi się czymś zgoła magicznym, jakże wyraźnie pamiętam pewne sceny w tych książkach spisane… Nawet wtedy, kiedy przyszedł czas mojego buntu i kontestacji – wyrażany głównie przez używanie niecenzuralnych wyrazów, picie taniego wina, mówienie, że religia to “bajki” a wszyscy ludzie to hipokryci, noszenie obdartych dżinsów, zapuszczanie długich po ramion włosów i słuchanie Hendrixa – nie rozstawałem się z książką. Tym sposobem uzbierałem w domu dość pokaźną bibliotekę i ślęczałem po nocach nad rewelacjami, które znajdowałem w dziełach Camusa, Lema, Dostojewskiego czy Manna.
Włosy teraz noszę już krótsze (nie wspominając już o siwiźnie), wino piję już lepsze, rzadko przeklinam albo rzucam kalumnie, mój bunt bardziej oswojony a spodnie bez dziur, religie bardziej wiążę z mitami (szanując wszak jej Tajemnice)… lecz nadal żyję z książką pod ręką (w moim nowym domu księgozbiór już dawno przestał się mieścić), a i Hendrix w dalszym ciągu jest w stanie przeszyć mnie dreszczem.
Moja biblioteka przeżywa ciężkie chwile zwłaszcza wtedy, gdy wracam z wizyty w Polsce. Zwykle wywożę z kraju cały kufer książek, który jakimś cudem udaje mi się zmieścić do samolotu bez zbędnych perypetii – te pół tony makulatury, będącej efektem szperania po (głównie) krakowskich księgarniach i antykwariatach.

greydot

Cóż nas tak ciągnie do słowa pisanego? Co powoduje, że uwielbiamy trzymać w ręku książkę, decydując się nawet na… jej przeczytanie? Skąd uzależnienie, słodka narkomania – ten pewien rodzaj intelektualnego, a może i emocjonalnego, nałogu?
Dlaczego bez lektury trudno jest niektórym żyć?
Otóż bez wątpienia sprawia to bogactwo światów, które zawarte jest tamże, między okładkami – zapisane czarnym drukiem na białych kartkach papieru. Za każdym razem, kiedy łapiesz sens przeczytanego zdania, twoje istnienie nabiera większego znaczenia, staje się bardziej intensywne i zwielokrotnione, łącząc się w jakimś magicznym akcie z wrażliwością innego człowieka – z jego myślą, ze śladem jego świadomości, z jego wizją świata, i z wyobraźnią, która tenże świat za każdym razem stwarza i ujmuje. To taki rodzaj prawie że religijnej komunii, stopienia się monad – skupienia porozpraszanych w kosmosie drobin ludzkich egzystencji.

greydot
“Co pozostaje?” – pyta się w jednym ze swoich esejów Nicola Chiaromonte i odpowiada: nie ważne jest to co się otrzymało, ważne jest to co trwa i istnieje. Co w takim razie pozostaje w nas z naszych lektur? Czy ogrom trafiających do nas myśli i fraz nie podmywa brzegów naszej jaźni, czy nie rozmywa wewnętrznego świata o ustalonych już konturach i uformowanych brzegach? Co zapożyczamy, a co kradniemy? I czy nie przestajemy być sobą – z każdym słowem i zdaniem, które sączy się nam do mózgu i oblepia nasze poskręcane myśli? Czy zachłanność na słowo pisane nie jest właśnie jakimś narkotycznym głodem? Czy pochłaniając te gęste treści jesteśmy w stanie to wszystko przetrawić?
Czy poprzez lekturę naprawdę się wzbogacamy? Czy nasze ograniczone wnętrze zdolne jest pomieścić cały ten splendor? Czy jest w nim dostatecznie miejsca by przyjąć to bogactwo myśli, wyobrażeń, słów i idei? Czy wszystko, co czytamy jesteśmy w stanie zrozumieć, ogarnąć, przyswoić? Do jakiego poziomu możemy się wznieść, nie mogąc wszak przeskoczyć siebie samego? Wreszcie, czy aby czytając mądre książki, sami stajemy się mądrzejsi?
Czy wszystko co nowe jest dla nas lepsze? A może nowe powoduje erozję starego ale pewnego, czyli tego, co już się w nas osadziło, stało podporą, mocnym fundamentem? Chyba jednak nie: nagrodą za burzenie gnuśnego spokoju jest olśnienie cudem nieustającej przemiany.

greydot

WOODSTOCK – TRZY DNI MIŁOŚCI, POKOJU, MUZYKI I BŁOTA

Krajobraz po miłości totalnej: Woodstock - tryumf czy klęska Dzieci Kwiatów?

*

Dokładnie ćwierć wieku temu* miało miejsce wydarzenie, któremu z czasem zaczęto przydawać wagi kamienia milowego w historii amerykańskiego społeczeństwa. „Trzy dni muzyki i pokoju” Festiwalu Woodstock zasłużyło niewątpliwie na  miano kulturowego fenomenu. Ile w tym zjawisku mitologii, a ile autentycznego głosu pokolenia? Jak brzmi ten głos po latach?

RADOSNA HEKATOMBA

Tak jak każdy mit, również i Woodstock jest czymś nieuchwytnym i do końca nieokreślonym. I jak każdy mit, wymyka się racjonalnej ocenie, będąc bardziej wyznaniem wiary, albo też po prostu – tęsknotą i życzeniem. Przez te 25 lat, które minęły od Festiwalu, ukształtowały się o nim dwie skrajne opinie: jedna romantyczna, druga zaś cyniczna. Z jednej strony uznano go za enklawę miłości i pokoju, za dopełnienie wspólnoty młodego pokolenia, wyraz jego ideałów, dążeń i wartości; z drugiej natomiast – za fanaberyjny wykwit naiwności zaczadzonych marihuaną Dzieci Kwiatów, za jeden wielki bałagan, za unurzany w błocie spęd hipisowskiej hordy. Trzeba przyznać, że te opinie zawierają w sobie ziarno prawdy, choć obie mocno zabarwione są emocjonalnością i subiektywizmem.

Niewątpliwie Woodstock stał się czymś więcej niż festiwalem rockowym. A nie  spodziewali się tego nawet sami organizatorzy, którzy chcieli po prostu powtórzyć sukces (również komercyjny), odbytego dwa lata wcześniej festiwalu w Monterey w Kalifornii.
Już pierwszego dnia pamiętnego sierpniowego weekendu 1969 roku, impreza wymknęła się spod kontroli. Tak wielka była presja potrzeby manifestacji i wyrażenia się ówczesnej młodzieży. Po pierwsze – zamiast spodziewanych 150 tys. uczestników, na miejsce Festiwalu usiłowało dotrzeć ok. 500 tys. ludzi. Piszę „usiłowało”, gdyż ponad połowa z nich nigdy nie dotarła nawet w pobliże estrady, utykając w 20-to kilometrowym korku, porzucając samochody, koczując na dziko, gdzie popadło… Same występy odbywały się gdzieś w jakimś kącie tego całego zamieszania, były jego ułamkiem. Mimo że bilety wstępu jak na tamte czasy kosztowały słono, organizatorzy, widząc napierające tłumy – poprzerywane zasieki, deptane płoty – ogłosili Festiwal imprezą darmową. Już wkrótce okazało się, że brakuje wszystkiego: żywności, elektryczności, wody, toalet. Zatłoczony niemiłosiernie kawałek ziemi zaczął przypominać bezładne mrowisko. Na domiar złego, drugiego dnia spadł ulewny deszcz, zamieniając grunt w jedno wielkie grzęzawisko błota.
Władze stanowe uznały teren pod White Lake (gdyż Festiwal odbywał się w pobliżu tej miejscowości oddalonej niemal o 50 mil od samego Woodstock w stanie Nowy Jork) miejscem klęski żywiołowej. Postawiono w pogotowie cały pluton US Army. Zaczęto nawet zrzucać z powietrza żywność i artykuły pierwszej potrzeby. A jednak to wszystko nie było w stanie zabić kołaczącego się wśród Dzieci Kwiatów ducha. A zaledwie krok dzielił ich od katastrofy. Mimo to zanotowano tylko jedno zejście śmiertelne, wyrównane przez naturę jednymi narodzinami.

Make Love not War

WIĘCEJ NIŻ ROCK&ROLL

Mimo tego misz-maszu wydarzenie miało swoje znaczenie – tak kulturowe i społeczne, jak i polityczne. Nie bez kozery muzyka rockowa pełniła w tym wszystkim funkcję spoiwa. Już rock&rollowe szaleństwo lat 50-tych, a później beatlesowska gorączka lat 60-tychś świadczyła o tym, że właśnie muzyka jest dla młodego pokolenia głównym środkiem ekspresji, stanowiąc przy tym medium, przez które komunikowano się ze sobą i starano się wpływać na świat zewnętrzny. Woodstock był tego kulminacją. A ówczesny rock był nie tylko rodzajem muzyki, ale przede wszystkim stylem, sposobem życia, myślenia…
Inną już sprawą jest, czym się ten styl objawiał, jak manifestował, jakie niósł wartości. I jakie konsekwencje obyczajowe miało głoszenie free love without consequences, jak dewastująco działały na młodych ludzi narkotyki, alkohol, abnegacja… Ale to już bardziej sprawa socjologii i moralistów.

TRZYDNIOWA UTOPIA

Jeśli chodzi o aspekt polityczny, to oczywiście wskazuje się głównie na antywojenny charakter kontestacji, na nastroje skierowane głównie przeciw trwającej wówczas wojnie w Wietnamie, która właśnie najwięcej ofiar pochłaniała wśród pokolenia Baby Boomers, czyli powojennego wyżu demograficznego. Prostest songi, niesamowita wersja amerykańskiego hymnu narodowego („Star Spangled Banner”) Hendrixa, pamiętna wyliczanka Joe McDonalda „I Feel Like I’m Fixin’ to Die Rag”, zaangażowanie Joan Baez… Festiwal był przesiąknięty tą atmosferą: słynny slogan Make Love not War, wszechobecne znaki pacyfistyczne, festiwalowe logo, gdzie na gryfie gitary siedzi sobie biały gołąbek… etc.
Jednakże nie byłbym skłonny do przeceniania wpływu tych odruchów, manifestacji i symboli na odwrócenie koła amerykańskiej historii. Przede wszystkim warto pamiętać, że prawdziwi hipisi stanowili subkulturę, czyli – wyrażając się współczesnym żargonem socjologicznym – byli w zasadzie ludźmi wyalienowanymi ze społeczeństwa. Co nie znaczy, że lwia część ich równolatków nie sympatyzowała z ich poglądami. Różnica polegała na tym, że hipisi swoje deklaracje próbowali zamienić w ciało, zaświadczając to sposobem życia, ubioru, bycia… To była taka bohema epoki napalmu. Jednak stawiało to ich poza społeczeństwem i nie tylko przez tzw. establishment polityczny byli oni postrzegani raczej jako kuriozum, przemijająca dziwaczna moda. Również same demonstracje, protesty i pikiety studentów (Berkeley), mogły być przez Biały Dom i Pentagon ignorowane. Niepomiernie bardziej brzemienny w skutki był fakt ogarniania przez nastroje anty-wojenne coraz szerszych kręgów amerykańskiego społeczeństwa, w tym i pokolenia rodziców żołnierzy wysyłanych na indochińskie front. Nie zapominajmy też o opozycji politycznej (wśród ich sympatyków był wówczas m.in. młody Bill Clinton).

W drodze do Utopii

Woodstock był więc rodzajem gestu – powiedzmy sobie szczerze – bez większych reperkusji społecznych w następnych latach. Dzieci Kwiaty w dużej części (tej, której nie zdziesiątkowały narkotyki), obcięły włosy, zamienili workowate, kolorowe szatki na biznesmeńskie garnitury, ewentualnie na robotnicze kombinezony czy też koszule z niebieskimi kołnierzykami; przyłączyły się – chcąc nie chcąc – do pogardzanego dotychczas „wyścigu szczurów”, wychowując w przyszłości pokolenie energicznych biznesmenów yuppies.
A po Woodstock pozostało wspomnienie zamienione w mit, w symbol. Realiści – niekoniecznie cynicy – wiedzieli, że „wspólnota Woodstock” była utopią… choć prawie ucieleśnioną na okres 3 dni (to i tak długo, jak na utopię). Później już tylko mieliśmy do czynienia z przypadkiem, o którym mówił Santayana: „idealna społeczność jest wyłącznie dramatem odgrywanym w ludzkiej wyobraźni”.

POLSKIE ZAPATRZENIE

Jakie reperkusje miał Woodstock w Polsce? Czy ogólne doświadczenia młodzieży amerykańskiej były przekładalne na nasze krajowe realia?

Niewątpliwie, pewne elementy kontrkultury trafiły u nas na podatny grunt, znalazły się punkty styczne w wiedzeniu świata przez młodych ludzi. I chyba nie chodziło tu tylko o estetykę: o długie włosy i kolorowe paciorki, o dżinsowe mundurki (np. taki Jacek Kuroń, choć młodzieniaszkiem nie był już w tamtych czasach, chodził we wranglowej katanie – i to nawet do Sejmu – jeszcze 20 lat później). Andrzej Olechowski, późniejszy minister spraw zagranicznych, a ongiś disc jockey i kierownik artystyczny zespołu Klenczona „Trzy Korony”, powiedział w jednym z ostatnich wywiadów: „W kręgu moich znajomych jest kilka osób, które świadomie postanowiły nie wchodzić w rytm kariery i kierat codzienności. I pewnie nie znalazłyby motywacji czy usprawiedliwienia, by podjąć taką decyzję, gdyby nie (amerykańska) kontrkultura”. Lecz do dzisiaj nie wiadomo: bardziej to (dla zainteresowanych) powód do zadowolenia, czy do żalu i smutku.

Jednak, generalnie rzecz biorąc, to zapatrzenie polskiej młodzieży na Zachód i przejmowanie pewnych wzorów, miało znamiona ledwie kalki. Z prostych przyczyn: żyliśmy w dwóch różnych światach, otaczały nas dwie różne rzeczywistości, byliśmy inaczej uwarunkowani. Tak naprawdę, to o co innego nam chodziło po obu stronach muru. Jeśli więc na Zachodzie Woodstock jest postrzegany w kategoriach mitu to nie należy od jego polskiego odbicia oczekiwać większego konkretu. Zachodnią kontrkulturę, polska młodzież o skłonnościach opozycyjnych wobec komunistycznego reżimu, zaczęła traktować jako źródło ideałów wolnościowych, solidarnościowych. I tu dotykamy małego paradoksu: zachodni ruch kontestatorski, hipisowski, uznany został  przez upartych i zasadniczych politologów za ruch lewicowy. Czyżby więc polska młodzież, w kraju nasrożona przeciw „czerwonym”, a na Zachodzie hołubiąca „lewaków”? Wątpię, by ktoś na to zwracał wówczas uwagę. Bardziej to była sprawa równości pokoleniowej oraz zapatrzenia w bardziej swobodny, kolorowy, różnorodny Zachód, z którego przejmowaliśmy kulturowo-obyczajowe trendy, pozy i mody.

Jimi Hendrix

BYŁA TEŻ MUZYKA

Woodstock to oczywiście także muzyka. Czy Festiwal rzeczywiście odbił to, co było najlepsze w ówczesnej muzyce rockowej? Bez wątpienia zgromadził wielkie dla tej muzyki nazwiska i zespoły: m.in. Janis Joplin, Jimi Hendrix, „The Who”, Joan Baez (to już bardziej folk niż rock)… W Woodstock początek swej świetności miał Santana, świetny kwartet (na festiwalu raczej tercet, bez Younga) „Crosby, Stills, Nash & Young”… Pamięta się o występach Joe Cockera, Ravi Shankara, „Ten Years After”… czy jednak wszystkie nagrania z Woodstock rzucają na kolana? Nie, choćby z tego powodu, że dokonane zostały w dość specyficznych warunkach, dalekich choćby od technicznej doskonałości (nie wspominając już o dyspozycji samych wykonawców). A jednak muzyka ta z czasem urosła niemalże do wielkości monumentu i nabrała znaczenia manifestu pokolenia. Ile w tym fakcie było względów pozamuzycznych? Bez wątpienia sporo. Niemniej jednak nadal pozostaje ona w pamięci swych fanów czymś unikalnym – i mimo wszystko nie jest to przekonanie bezpodstawne.

Image Festiwalu Woodstock zaczęły kształtować – już wtedy, na gorąco, w 1969 roku – media. Na żywo został on utrwalony przez rzeczywiście doskonały, pod wieloma względami fenomenalny film dokumentalny Wadleigha „Woodstock” (wśród jego montażystów znalazł się sam Martin Scorsese), który wkrótce obejrzało miliony widzów na całym świecie – i który oglądany jest do tej pory. To właśnie temu filmowi w dużej mierze należy przypisać ustalenie się legendy Woodstock.

SĘP ZAMIAST GOŁĄBKA

Organizatorzy Festiwalu w 1969 roku zbankrutowali, ich przedsięwzięcie okazało się – po podsumowaniu wszystkiego – finansową klapą. Dopiero później zaczął przynosić dochody (np. sam film zarobił w początkach lat 70-tych ok. 35 mln. dolarów – i nie bez znaczenia był tu Oscar). Oczywiście, jeszcze wiele lat po Festiwalu usiłowano ciągnąć z niego profity. Ale komercyjna pazerność swą kulminację osiągnie chyba w bieżący weekend w Saugerties, miejscowości oddalonej zaledwie kilka mil od lokalizacji pierwszego festiwalu. Bowiem planuje się tam imprezę Woodstock ’94 – biznesową machinę za $135 mln., gdzie zapewne próżno będzie szukać ducha, który nawiedził Dzieci Kwiaty ćwierć wieku wcześniej. Wojskowy regulamin, stalowe ogrodzenie, tysiąc goryli, cash stations, licencje handlowe i usługowe dla wybranych (czytaj: wypłacalnych) – innymi słowy: wszechobecny merkantylizm. Czyli znak naszych czasów? Bo chyba nie symbol dla współczesnego Generation X? Nic dziwnego, że na „stickerach” samochodów zdążających na Woodstock ’94 pojawiło się nowe logo: zamiast gołąbka, na gitarowym gryfie siedzi… sęp.

*  *  *

* Artykuł ten ukazał się po raz pierwszy na łamach „Dziennika Chicagowskiego” (12 sierpnia, 1994.)

                  Photo: LIFE (zdjęcia pochodzą STĄD)

POECI PRZEKLĘCI

I.

 

Poètes maudits (Od góry: Arthur Rimbaud, Paul Verlaine, Charles Baudelaire, Paul Gauguin)

Kim jest poeta przeklęty?

Poète maudit – l’homme sensible, l’homme incompris…
„Człowiek wrażliwy”, „niezrozumiany” – tak nazwie go romantyzm; „dziwak”, „oryginał” – a tak burżuazja; „nieszczęśnik” – powie o nim człowiek miłosierny; „wariat” – określi go tzw. trzeźwy realista.
Wszyscy zaś wyznawcy kultów literackich wiedzą, że poeta przeklęty tworzy w bólu i ekstazie, przekracza bariery praw ludzkich i boskich; będąc radykalnym non-konformistą kwestionuje wszelkie autorytety, rzuca wyzwanie światu, chce się przedostać na druga stronę, eksperymentuje na sobie, doświadcza ekstremów…
Wreszcie: jest zarażony śmiercią – wie o każdej godzinie i o każdej dobie, że na ziemi nie ma prawa stałego pobytu.

Opętany miłością i erotyzmem – często (zazwyczaj) nie znajduje spełnienia. A jeśli spełniony – to nienasycony. Stąd skłonności do perwersji, czasem wręcz erotomania i panseksualizm. („Widzę całą Naturę jako apokaliptyczną apoteozę wiecznie drgającego phallusa” – pisał Przybyszewski.)
Nihilista, ateista i obrazoburca. Jednak jeśli bluźni, to nie zauważa swojej niekonsekwencji (jak bowiem można występować przeciw komuś, w kogo istnienie się nie wierzy? Czy bluźnierstwo, będąc poniekąd negatywem modlitwy, nie przypomina czasami histerycznej manifestacji tęsknoty za znakiem Boga?)

Poeta przeklęty zrywa więzi z otoczeniem: rodzinne, społeczne, cywilizacyjne; kwestionuje zasady i normy jakimi ludzie regulują własne współżycie. Bliski jest mu natomiast etos artystowski, utracjuszowy – lump, kloszard, cygan, tramp i włóczęga.
Swoje życie utożsamia ze sztuką , własną wyobraźnię bierze za rzeczywistość, kreując się przy tym na bohatera podsycanych przez siebie mitów… Dlatego efektem jest niekiedy „fałszywa literatura i prawdziwe trupy” – jak określił casus Przybyszewskiego Boy-Żeleński; albo, w wersji bardziej pozytywnej, osiągnięcie poziomu porażającej otoczenie wiwisekcji, szczerości graniczącej z obłędem. Przypominać to może pozbawiony hamulców ekshibicjonizm, zatracenie się… penetrację obszarów ziemi niczyjej, na które nikt o tzw. „zdrowych zmysłach” nie śmie się zapuszczać.
Często kończy jako szaleniec lub samobójca, co tylko wzmaga jego atrakcyjność w oczach fanów podążających śladem mitu zapewniającego mu nieśmiertelną sławę.

* * *
Pozwolę tu sobie teraz na pewien eksperyment. Otóż przed laty popełniłem tekst o poetach przeklętych, a konkretnie recenzję o filmie Agnieszki Holland „Całkowite zaćmienie” zajmującym się burzliwym związkiem dwóch francuskich poètes maudits, a mianowicie Arthura Rimbauda i Paula Verlaine’a Starałem się w niej dociec tego, kim naprawdę byli ludzie, których legenda przetrwała do naszych czasów. Przytoczę ją tutaj niemal in extenso, co stanowić ma niejako oś tego wpisu – rozprawy o fenomenie mitu poety przeklętego i jego konfrontacji z prawdziwym życiem.


II.

GENIUSZ CZY ŻAŁOSNY BŁAZEN?
Rzecz o „Całkowitym zaćmieniu” Agnieszki Holland

Baudelaire, Verlain, Rimbaud… najsłynniejsi poeci przeklęci. Uważa się, że zmienili po wsze czasy wyraz nie tylko poezji, ale i literatury światowej, wpływając na mentalność epoki. Jacy to byli ludzie? Jaki to był wpływ? Czy najnowszy film Agnieszki Holland zajmujący się bynajmniej nie platonicznym związkiem Paula Verlaine’a i Arthura Rimbauda może nam odpowiedzieć na te pytania?

Ekscytujące orgiastycznym seksem, roztapiające się w alkoholu i pląsające w delirycznym transie… Krótkie acz frenetyczne były stosunki Rimbauda z Verlainem

Dlaczego Agnieszka Holland zdecydowała się nakręcić film o poetach przeklętych?
Nie można zaprzeczyć, że tekst Christophera Hamptona, który parę lat temu otrzymał Oscara za naprawdę rewelacyjny scenariusz napisany do „Niebezpiecznych związków” Laclosa, większość filmowców uznałoby za niezwykle atrakcyjny. Dramatyzm, legenda nazwisk, wyraziste sylwetki, barwna epoka – to stwarza dla reżysera, aktorów, operatora niebywałe pole do popisu. I trzeba przyznać, że wszyscy wywiązali się z tej realizacji bez zarzutu: pod względem warsztatu filmowego „Całkowite zaćmienie” jest obrazem nieskazitelnym.
Dzieje krótkiego acz niezwykle burzliwego i skandalizującego związku między 17-letnim Rimbaudem a starszym o kilkadziesiąt lat Verlainem, czyli historia frenetycznej i „zakazanej” miłości pomiędzy dwoma wzorcowymi poetami przeklętymi, którym w literaturze światowej od dawna ustępuje się miejsca przed innymi – to gratka raczej niebywała. (…)

Weźmy na pierwszy ogień Verlaine’a. Uznaje się go za jednego z najwybitniejszych poetów francuskich. A jak jawił się on swojemu najbliższemu otoczeniu? Otóż napiszmy bez ogródek, że jako moczygęba i pijak, awanturnik katujący swoją żonę i grożący zabójstwem jej matce, opętany manią samobójczą melancholik, miotający się między euforią a depresją psychopata. Ponadto osobnik o aparycji mocno odpychającej (być może dlatego seks i nagość kobieca stała się jego obsesją?- co jednak nie przeszkadzało mu „konsumować” chłopięce ciało Rimbauda). Jako sodomita wtrącony zostaje do więzienia, „skąd wyszedł pojednany z złoczyńcą i z Bogiem” (Staff).

* * *
Wydaje się, że dość łatwo można by zdyskredytować bohaterów „Całkowitego zaćmienia” opisując tylko parę ich zachowań. Głupich, absurdalnych, impertynenckich, grubiańskich, obrzydliwych, wreszcie okrutnych… Można się wzdrygnąć z odrazą świadcząc niektórym scenom: bicie ciężarnej żony, pijackie orgie, chuligańskie ekscesy, zwykłe chamstwo…
Ale czy ktoś, kto poszedł obejrzeć film Agnieszki Holland – czyli człowiek tolerancyjny, o szerokich horyzontach myślowych, obeznany ze sztuką, wyrozumiały dla „genialnych artystów” – może się przyznać otwarcie do tego, że poczuł się tymi obrazkami po prostu zdegustowany, albo i zażenowany? No bo przecież można wyjść na kogoś z kruchty i Ciemnogrodu, na mieszczucha i zaściankowca… czyli jednym słowem – na filistra.

Agnieszka Holland po projekcji „Całkowitego zaćmienia” usprawiedliwiała swoich bohaterów. Odebrałem to jako pośredni sposób usprawiedliwiania samego filmu. Jest to bowiem logiczne, by tłumaczyć racje powstania czegoś, co kosztowało całą masę wysiłku, kupę pieniędzy – i czemu poświęciło się kilka miesięcy swojego życia. A jako kobieta o wybitnej inteligencji, może ona czynić to nie tylko interesująco, ale i błyskotliwie. Jednakże, moim zdaniem, film powinien się usprawiedliwiać sam. Hm… no właśnie: czy „Całkowite zaćmienie” zdolne jest obronić się samo?

* * *

Co nas pociąga w poetach przeklętych? Na czym polegała ich genialność? Co jest za drzwiami, które  chcieli przed nami  otworzyć?

Co pociąga ludzi w poetach przeklętych?
Jakie są przesłanki kultu „poète maudit” ?
Nie jest przecież tajemnicą, że nagła śmierć artysty gwałtownie może zwiększyć zainteresowanie jego życiem, a nawet… twórczością. W tym kontekście, nie opierając się wszakże złośliwości, moglibyśmy wręcz stwierdzić, że „dobry twórca to martwy twórca”.
Jednakże sprawy wyglądają bardziej skomplikowanie i znacznie poważniej.
Tadeusz Różewicz, poeta bynajmniej nie ugrzeczniony, napisał kiedyś coś rozsądnego: „Być może pamiętniki tchórza i dezertera są ciekawsze od pamiętników ‚kawalera orderów’ i rycerza bez skazy? Kamikadze fascynuje mocniej niż agronom czy ogrodnik, pani Walewska mocniej niż sto wiernych żon, i choć wiemy, że to niemoralne, a nawet głupie zjawisko… nie ma rady”.
I konkludował: „Tragiczna śmierć poety lub artysty nie może być przedmiotem handlu, nie wolno uprawiać kultu samobójców (…) Przecież wszystkie nasze siły musimy kierować przeciw pociągowi do samobójstwa, jaki od jakiegoś czasu objawia biedny, oszalały homo sapiens. Samobójstwa indywidualnego i zbiorowego”.

* * *
Po co i dlaczego tworzą poeci przeklęci?
Otóż wydaje się, że twórczość pełni dla nich m.in. rolę kompensacyjną: nie mogą spełnić swoich oczekiwań i pragnień w rzeczywistości, spełniają je (zastępczo) w sferze imaginacji, marzenia, fantazji (mechanizm nieobcy zresztą każdemu człowiekowi). Porażeni często atrofią woli, szukają ujścia dla swojej energii (Boy: „Kiedy życie realne jest wątłe, wytwarza się przerost życia imaginacyjnego”).
Poeci przeklęci własne życie widzą najczęściej jako egzystencjalny „byt ku śmierci”, podlegając drzemiącemu (ponoć) w każdym z nas instynktowi śmierci. Stąd tendencje autodestrukcyjne. Nadwrażliwcy, podobnie jak Stachura, żyją „z nożem na gardle”. Twórczość bywa więc dla nich albo oswajaniem śmierci, albo też od tej śmierci ucieczką.

* * *

Rimbaud i Verlaine na obrazie Fantain-Latoura, fragm. (Muzeum d’Orsay, Paryż, zdjęcie własne)

Poeci przeklęci odczuwają własną słabość i żeby to poczucie zagłuszyć, wmawiają sobie wszechmoc demiurgów, rzucając wyzwanie choćby i całemu światu, bardzo często „cierpiąc (przy tym) za miliony”. Kompensacja doskonale znana w psychologii (i psychiatrii): kompleks niższości często zamieniający się w manię wielkości.
Poetów przeklętych stać niekiedy na samokrytycyzm. Kiedy posłuchamy uważniej Rimbauda i Verlaine’a w „Całkowitym zaćmieniu”, dojdzie do naszych uszów ich spowiedź, pokajanie i uderzenie się w piersi. Verlaine, po szaleństwach z Rimbaudem, skazany za sodomię, pojedna się w więzieniu z Bogiem. Rimbaud w wieku 19 lat zaprzestanie na zawsze pisania poezji, uznając to zajęcie za bezcelowe. Stwierdzi, że „świat jest za stary by go zmienić” i wyjedzie handlować do Abisynii, co można potraktować jako rodzaj (przynajmniej artystycznej) samobójczej kapitulacji (umrze w wieku zaledwie 37 lat).
Skądinąd wiemy, co napisał o sobie autor „Kwiatów zła” Baudelaire, targając się na swoje życie: „Zabijam się, bo jestem niepotrzebny innym – a niebezpieczny dla samego siebie (…) Rozwichrzenie umysłu i życia prowadzi do mroków rozpaczy albo zupełnej zagłady”.
Inny z kolei poeta przeklęty, Georg Trakl, stawiany obok Hofmannsthala i Rilkego w rzędzie najwybitniejszych poetów austriackich, tak oceniał swoje, znaczone kazirodztwem i pełne pijackich orgii życie: „marny owoc brudu i zgnilizny, który jest aż nadto wiernym odbiciem pozbawionego Boga, przeklętego stulecia”.

Jak można potraktować te zwierzenia?
Jako płaczliwą niekonsekwencję? Jako przebłysk rozsądku, zmysłu moralnego i chęć pokuty? A może to skomlenie kundla, który dostał od życia kijem po zadzie i przykucnął z podwiniętym ogonem?

* * *
Agnieszka Holland powiedziała po projekcji: „Trzeba przyjąć, że (Rimbaud) był geniuszem. A jeżeli nawet nie, to popatrzeć na niego, jak na człowieka, który próbuje dotknąć innych ludzkich doświadczeń, otworzyć drzwi, które dotychczas były zamknięte (nota bene, jakbym słyszał Huxley’a i Morrisona – przyp. LA). Tacy ludzie są w każdym pokoleniu, jedni są genialni, inni nie są, ale dzięki nim czegoś więcej się dowiadujemy o sobie samych. (…) Otwierają drzwi do ciemnego pokoju, żeby go oświetlić”.

A ja chciałbym się zapytać: Na czym właściwie polegał ten geniusz? Czego się dowiadujemy o sobie samych? Czym (i co) oświetlić?
To są proste pytania, które – jako widz – mam prawo stawiać i oczekiwać konkretnych odpowiedzi. Jeśli Agnieszka Holland nie daje mi ich wprost (rzeczywiście, jako reżyserka i twórca filmu, nie musi tego robić), to nie pozostaje mi nic innego, jak szukanie ich w jej filmie.
I co znajduję?
Otóż dwóch niezrównoważonych psychicznie osobników, nieszczęśników schwytanych w kleszcze własnego przeklętego losu, bez celu i kierunku w życiu, porażonych niemocą, wypalających się na własne życzenie, omamiających się w strumieniach absyntu, rozhisteryzowanych pożądaniem, którego nigdy nie można – z przyczyn naturalnych – spełnić, raniących wszystkich naokoło, a zwłaszcza najbliższych im ludzi…
Gdzie ten geniusz? – można ponowić pytanie. Gdzie te strofy genialne? Otóż próżno nam szukać tego na ekranie.

Bardzo cenię sobie szczerość. Dlatego też podziwiam Agnieszkę Holland za odwagę przyznania się explicite do tego, że podziela ona wraz z poetami przeklętymi jedną perspektywę: nihilizm. Bowiem czyż nie tak właśnie potraktować można jej własne wyznanie?: „Nasze życie jest okrutne i absurdalne, a losy ludzkie są anonimowe i właściwie bezsensowne. Ktoś żyje, cierpi, kocha, robi głupstwa, rodzi dzieci, umiera i… co?”
I co !?
A czyż właśnie to nie jest sensem naszego życia: żyjemy, cierpimy, kochamy, robimy głupstwa, rodzimy dzieci, umieramy…?

(stb, 1995)

Opętani miłością i erotyzmem, zwykle nie znajdujący spełnienia… Leonardo DiCaprio (Rimbaud) i David Thewlis (Verlaine) w „Całkowitym zaćmieniu” Agnieszki Holland

*

III.

Czytanie tego, co się napisało 15 lat temu, bywa ciekawym (a niekiedy i pouczającym) doświadczeniem. Można bowiem odnieść wtedy wrażenie, że czyta się obcego człowieka; czasem dochodzi do naszej świadomości to, jak bardzo było się wtedy naiwnym i niemądrym; albo też dziwimy się temu, że już wtedy takie myśli chodziły nam po głowie i że jednak teraz lepiej nie moglibyśmy czegoś podobnego wyrazić… Koniec końców, zapisane przez nas kiedyś słowa są bez wątpienia śladem naszej ówczesnej świadomości, utrwaleniem pewnego momentu życia, pamiątką po tym, co już odeszło, przebrzmiało, zgasło, minęło…

Trzymajmy się jednak tematu.
Jak odbieram obecnie ten tekst, w którym – pod pretekstem krytyki filmu Agnieszki Holland – sam rozprawiam się z mitem poety przeklętego?
Jedno jest pewne: w chwili obecnej czegoś takiego bym nie napisał, co jednak nie oznacza, że już nie zgadzam się z tezami, które wówczas w tym artykule wysunąłem. Tyle że teraz napisałbym to w inny sposób. Inaczej rozłożyłbym akcenty, nie byłbym już chyba tak dosłowny i jednoznacznie krytyczny, tudzież mniej patetycznie potraktowałbym wypowiedzi Agnieszki Holland…

To był dla mnie bardzo ważny temat. Z rodzaju tych, które wyciskamy z naszych trzewi, bo dotyczący jakiegoś najistotniejszego rdzenia naszej egzystencjalnej świadomości.

Poeci przeklęci: Stanisław Przybyszewski (na obrazie Muncha), Charles Bukowski, Jim Morrison, Rafał Wojaczek, Marek Hłasko

Ale żeby o tym napisać, muszę się cofnąć do wczesnej młodości, w której mój bunt przeciw wszystkim i wszystkiemu podobny był w swoich zarysach do postawy poetów przeklętych, wszystkich tych „rebeliantów, obrazoburców i prowokatorów”, którzy jedynie potwierdzali moje ówczesne przekonanie o bezsensowności istnienia, zakłamaniu i hipokryzji tzw. „świata dorosłych”, złudzie i iluzji kultury, kłamliwości mamiącej nas religii, złym do szpiku kości rdzeniu ludzkiej natury… itp. Owe perspektywy utrwalane były w alkoholu, spowijane gęstymi kłębami papierosowego dymu, pogłębiane w (…). Wszystko to, (jak również inne elementy mojej ówczesnej sytuacji życiowej) spowodowało, że znalazłem się na równi pochyłej, a w końcu – nad samą przepaścią, gdzie (…). Brzmi to może cokolwiek patetycznie ale niestety było jak najbardziej prawdziwe i wiązało się z cierpieniem nie do zniesienia, które miało dla mnie wymiar prawie że kosmiczny. W tej sytuacji – aby trwać na tym świecie dalej – jedynym wyjściem była ucieczka w obłęd lub… zrewidowanie i wyczyszczenie swego wnętrza, przewrócenie z dołu do góry własnych wyobrażeń o rzeczywistości, „przewartościowanie wszystkich wartości” czy też raczej: ponowne nadanie wartości i sensu temu wszystkiemu, co mogło mieć jakąś wartość i sens.
Wybrałem to drugie.
W ten oto sposób znalazłem się niejako w drugim stadium mojego stosunku do poetów przeklętych – właśnie w fazie krytyki i rozprawy z ich mitem. Zacząłem patrzeć na ich życie z zupełnie innej perspektywy, dostrzegać to, czego wcześniej nie widziałem, przyjmować do wiadomości to, o czym poprzednio nie chciałem słyszeć, zdawać sobie sprawę z tego, co do tej pory odrzucałem…

Bardzo żałuję, że gdzieś po drodze przepadły dwa moje artykuły o Jimie Morrisonie, z których pierwszy był niczym innym jak hołdem składanym idolowi niepokornej buntowniczości, bogowi rocka i hedonizmu, bezkompromisowemu artyście; drugi zaś – dość bezpardonową rozprawą z kultem kogoś, kto w rzeczywistości zachowywał się jak megaloman, bufon i pozer, kto zmarnował swoje życie w pijackich, seksualnych i narkotycznych orgiach, wydzielając przy tym z siebie jakąś bełkotliwą pseudo-poezję. (A jednak pierwszy się odnalazł i przeczytać go można teraz TUTAJ. Przyp. LA)
Artykuł o „Całkowitym zaćmieniu” pisany był właśnie gdzieś u schyłku tej drugiej fazy, po niej powoli dojrzewała faza trzecia, którą pokrótce nazwać mogę fazą akceptacji, zrozumienia, może nawet… przebaczenia; albo też porą względnego spokoju po burzy, kiedy można sobie już pozwolić na pewien dystans, akceptację, dojrzałość – na pełniejsze ogarnięcie życiowego spectrum. Towarzyszy temu poczucie opanowania pewnych żywiołów, uzyskanie kontroli nad własnym życiem, satysfakcja nie tylko z przetrwania, ale i spełnienia, możliwości kosztowania tego, co jest dobre w życiu i na świecie. (Wspomnę tylko, że do tej ostatniej fazy zaliczyć np. można np. mój poprzedni tekst pt. „Błazny i demony”.)

* * *
Być może powinienem się powstrzymać od tak osobistego tonu i podobnych wynurzeń, które w jakiś sposób mogą zostawić swego rodzaju piętno na ich autorze, ale jednak zdecydowałem się to opublikować, bo właściwie… czegóż się mogę obawiać? Tych, którzy to przeczytają? Tego, że zepsuję swój własny image? Bez przesady. (…) Niektórzy z Was odbiorą to wszystko bardziej przychylnie, inni zaś nieco mniej, albo zgoła obojętnie. I w zasadzie w każdym przypadku będzie to OK.
Niemniej jednak, wydaje mi się że dzięki temu ekshibicjonistycznemu odruchowi, to, co napisałem o poetach przeklętych nabiera (pod pewnym względem) większej wagi i wiarygodności.

Miałem to szczęście, że mimo tych personalnych ewolucji, nie poddałem się zbyt gwałtownej konwersji z grzesznika w świętego, co przecież się zdarza (toutes proportions gardées: Św. Augustyn był za młodu kobieciarzem, Św. Franciszek nie unikającym zmysłowych uciech dandysem…etc.), bo mogłoby się to skończyć jakąś formą fanatycznej ucieczki w religię (lub inną ideologię), tudzież zamknięciem się i ograniczeniem wolności samemu sobie, czy też popadnięciem w moralizatorstwo, którego przecież nadal szczerze nie cierpię. Zamiast tego czuję się swobodnie światopoglądowo, tylko w sobie szukając odpowiedzi na związane z naszą condition humaine pytania.

Nie pałam niechęcią do poètes maudits; do tych odmieńców, innych, obcych, szalonych, wykolejonych, przeklętych, wyobcowanych. Wprost przeciwnie. Została mi w duszy iskra pewnej dla nich… tkliwości. Także wyrozumiałości, ale również  i współczucia (choć mam świadomość tego, że akurat o to ostatnie wielu z nich by się nie prosiło). Bronię się też przed cynizmem, a nawet sarkazmem, który często zatruwa czyjąś zawiedzioną miłość do świata.
A jednak czuję, że nadal, gdzieś tam na dnie, głęboko, w najgłębszych zakamarkach wnętrza czai się coś, co uwiera… coś, co można nazwać jądrem ciemności, niepokojącym tchnieniem mroźnego wiatru.

Tamaryszek w jednym ze swoich ostatnich postów napisała, interpretując Zagajewskiego: „Poezja jest radością, pod którą kryje się rozpacz. A pod rozpaczą znowu jest radość.”
Mógłbym to chyba uogólnić, poezję zastępując życiem: „Życie jest radością, pod którą kryje się rozpacz. A pod rozpaczą znowu jest radość.”
I kto wie? Być może właśnie dzięki tej rozpaczy, która kryje się pod radością można tę radość pełniej i intensywniej przeżyć? Podobnie jest z pięknem: ceni się go tym bardziej, im bardziej agresywna jest ta warstwa brzydoty, która wyziera z różnych zakamarków świata i życia. Być może również to nasze „jądro ciemności” rozjaśni kiedyś blask odradzających się słońc?

*  *  *

Jim Morrison: „Interesuje mnie wszystko co dotyczy rewolucji, zaburzenia, nieporządku, chaosu – szczególnie ten rodzaj aktywności, który wydaje się nie mieć żadnego znaczenia. To wydaje mi się być drogą do wolności…”

*