SAN FRANCISCO, albo o misjach, złocie, pożarach i trzęsieniu ziemi

.

Kiedy mowa o historii San Francisco, słyszy się zazwyczaj o tym, że na początku byli hiszpańscy konkwistadorzy, zaraz później misjonarze, a następnie złoto. Jest to prawda, lecz niepełna. rzeczywiście gorączka złota przed 15o laty przyczyniła się wielce do kalifornijskiego boomu, a szczególnie do znacznego rozkwitu San Francisco. Jednak w międzyczasie wiele innych czynników i wydarzeń kształtowało KalifornięTak naprawdę – podobnie jak w przypadku każdego innego miejsca w Ameryce – na początku byli tu Indianie. Przez kilkanaście tysięcy lat żyli na Zachodnim Wybrzeżu w zgodzie z naturą, respektując siły, od których, od których zależało ich życie i powodzenie. Tak było aż do czasu, kiedy pojawił się biały człowiek, a wraz z nim jego agresywna ekspansja, choroby zakaźne, pogoń za złotem i bogactwami, lecz także i za chlebem.

.

San Francisco

San Francisco (wiktoriańskie Malowane Damy na tle miejskiego downtown)

.

To zderzenie z białymi spowodowało wyginięcie prawie wszystkich rdzennych mieszkańców Indian zamieszkujących wybrzeże Pacyfiku. A na początku podboju kontynentu przez Europejczyków było ich blisko 500 tysięcy.
Jedną z tych niszczycielskich sił była gorączka złota. Zresztą, jak można się domyślać, pierwsi odkryli złoto Indianie, jednak nie znaleźli w nim szczególnego upodobania. Aby jednak oddać sprawiedliwość misjonarzom, trzeba zaznaczyć, że to właśnie padres – jak ich z hiszpańska wówczas wszyscy nazywali – zabraniali rdzennej ludności rozgłaszania wieści o złożach złotego kruszcu, słusznie obawiając się, że sprowadzi to na ich misje i wioski indiańskie same plagi. Nie zapobiegło to jednak gorączce złota i kiedy w 1848 roku biali znaleźli kruszec nieopodal San Francisco, rozpętało się zamieszanie, które – w zależności od punktu widzenia – wyglądało albo na rozkwit, albo na katastrofę, przynosząc Kalifornii zarówno to, co złe, jak i dobre.

EUROPEJCZYCY

Wróćmy jednak do początków miasta, które później zasłynęło na całym świecie jako San Francisco. Wiadomo, że Hernando Cortes, słynny Hiszpan, który podbił Meksyk, dotarł do półwyspu znanego dzisiaj jako Baja California (czyli Dolna Kalifornia) i myśląc, że jest to wyspa, nadał jej nazwę California – tak samo, jak to było w znanej wówczas książce, w której opisano mityczną wyspę na Pacyfiku, nazywając ją właśnie Californią (od imienia jej władczyni, Calafii).
Juan Cabrillo, pierwszy Europejczyk, który przybył do wybrzeży dzisiejszej Kalifornii w 1542 roku, zatrzymał się w kilku miejscach Zachodniego Wybrzeża, jednak przeoczył zatokę San Francisco. Podobnie, jak słynny angielski żeglarz Sir Francis Drake, którego wielka, obładowana skarbami flotylla przepłynęła obok wejścia do zatoki, (które spina dzisiaj most Golden Gate) prawdopodobnie nawet jej nie zauważając. Trzeba było więc zaczekać aż do II połowy XVIII wieku, by Europejczycy bardziej zdecydowanie zajęli się kolonizacją tego zakątka ziemi.
Król hiszpański Karol III usunął Jezuitów ze swoich kolonii, zastępując ich wkrótce misjonarzami innych reguł. I tak, dominikanom przypadała w udziale Dolna Kalifornia, natomiast franciszkanom – Górna. A należało wówczas działać energicznie. Po wojnie siedmioletniej najsilniejszym gospodarzem Ameryki Północnej stała się Anglia. Swoje osady na Pacyficznym wybrzeżu Ameryki, zaczęli też zakładać Rosjanie. Hiszpanie już dłużej nie mogli czekać z umocnieniem swoich kolonii. Zaczęli więc organizować misje – zaczynając od San Diego, na San Francisco kończąc. Zajął się tym głównie franciszkanin Juniperro Serra. W latach 1769-1823 powstało 21 takich misji.

Fisherman's Wharf

Fisherman’s Wharf

YERBA BUENA

Najprawdopodobniej Zatokę San Francisco zobaczyli po raz pierwszy Hiszpanie z ekspedycji Gaspara de Portoli w 1769 roku. Jednak dopiero 6 lat później hiszpański statek wpłynął do zatoki przez cieśninę nazwaną później (1948 r.) przez Amerykanina Johna Charlesa Fremonta Golden Gate (Złote Wrota). Portola miał na pokładzie cieśli i murarzy, których zadaniem było zbudowanie misji i presidio, czyli garnizonu. I tak się stało. W 1776 roku powstała Mission Dolores.
Naturalnie, oprócz tego, że misja była siedzibą zakonników, którzy zajmowali się nawracaniem „dzikich” Indian na „świętą” wiarę katolicką, był to jednocześnie punkt strategiczny: fort mający bronić Hiszpanów zarówno przed wrogimi tubylcami, jak i przed wojskami innych państw kolonialnych.
Jednakże, przez najbliższe 50 lat od powstania Misji Dolores, jej mieszkańcy wiedli żywot spokojny, nie niepokojeni przez nikogo. A było ich w 1800 roku niespełna tysiąc, wliczając w to Indian. Czas jakby się dla nich zatrzymał. Nie zatrzymał się jednak w całej Ameryce. Meksyk wymówił posłuszeństwo Hiszpanii w 1821 roku, ogłaszając swoją niepodległość. Zaczęła się tzw. sekularyzacja kalifornijskich osad, czyli – dosłownie – ich uświecczenie. Misje zamieniały się w pueblo (wioski), ziemie zaczęto oddawać w prywatne ręce, także Indianom.
Do Kalifornii przybywało coraz więcej amerykańskich i angielskich biznesmenów. Jednym z nich był brytyjski kapitan William Richardson, który w latach 20-tych XIX wieku, parę kilometrów od Misji Dolores założył handlowe pueblo, nazwane wkrótce Yerba Buena (hiszp. dobre ziele). To właśnie miejsce stało się zalążkiem miasta, które z czasem zaczęto nazywać San Francisco.
Wszystko to odbywało się jeszcze przed gorączką złota. Była to epoka wielkich rancho, którą z wielkim rozrzewnieniem wspominali później starzy mieszkańcy Kalifornii, zmęczeni całym tym zgiełkiem, wywołanym przez gorączkę złota 1848 i 1849 roku.
Jednakże wcześniej, bo w 1846 roku, wybuchła wojna Stanów Zjednoczonych z Meksykiem, zakończona dwa lata później traktatem pokojowym, na mocy którego cała Kalifornia, jak i inne ziemie należące dotychczas do Meksyku (w tym Arizona, Nowy Meksyk, część Nevady) zostały włączone do Stanów Zjednoczonych.

ZŁOTO!

Dosłownie na 6 dni przed podpisaniem tego traktatu, w pobliskich górach Sierra Nevada odkryto złoto. W ciągu kilku dni pueblo Yerba Buena – znane już wówczas jako San Francisco – opustoszało. Każdy, kto żyw zaczął w górskich strumieniach szukać złota, a fama o kruszcu rozniosła się nie tylko po Kalifornii i Ameryce, ale i po całym świecie. Wkrótce ze wszystkich zakątków globu zaczęli napływać poszukiwacze złota. Liczba mieszkańców San Francisco, w ciągu zaledwie dwóch lat (1848-50), zwiększyła się z tysiąca do 25 tysięcy osób.
W 1849 roku, na statku California przybyli tzw. Argonauci (inaczej zwani forty-nineres). Tysiące innych przypłynęło za nimi morzem, lub też dotarło lądem, pokonując wozem osadniczym 4-miesięczną trasę szlakami Oregon lub Santa Fe. Wśród nich nie brakło Anglików, Norwegów, Niemców, Australijczyków i ludzi wielu innych narodowości.
Ci, co byli pierwsi, rzeczywiście znaleźli kruszec w wielkiej obfitości – dziennie nawet o wartości do 150 dolarów, co jak na tamte czasy było sumą olbrzymią. Zdarzały się żyły złota zupełnie odkryte – tak, że metal ten można było wydłubywać ze skały zwykłym scyzorykiem. Jednak była to stosunkowa rzadkość, a zasoby w krótkim czasie zaczęły się wyczerpywać. Większość poszukiwaczy wydobywała złota tyko tyle, by się można z tego utrzymać (tj. za około 100 dolarów miesięcznie). A należy pamiętać, że utrzymanie było wówczas w tamtym rejonie okrutnie drogie, gdyż handlarze windowali ceny do astronomicznych wysokości. Funt gwoździ kosztował prawie tyle samo, co funt złota; zwykła deska – $20, jajka od $20 do $50 za tuzin, kwarta wódki – $30, a para butów około $100. Nic więc dziwnego, że w ostatecznym rozrachunku, na całym tym „złotym” interesie, najlepiej wyszli handlarze i ci, którzy ten ruch obsługiwali (a w szczytowym, 1852 roku, wydobyto złota za 81 milionów dolarów). Jednym z tych, którzy zapisali się wówczas dla potomności, był przybysz z Niemiec nazwiskiem Levi Strauss, który zamierzał poszukiwaczom złota sprzedawać namioty, lecz po jakimś czasie doszedł do wniosku, że zrobi lepszy interes, jeśli z tego płótna na namioty zacznie szyć spodnie. Trafił w dziesiątkę, czego skutki odczuwamy do dzisiaj, chodząc w „levisach„.
Oczywiście, cala ta gorączka miała także swe pochorobowe komplikacje i powikłania. San Francisco, ze spokojnego w miarę pueblo, w ciągu paru miesięcy zamieniło się w tzw. boom-town, czyli miasto hossy. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kasyna i domy gry (w krótkim czasie powstało ich blisko tysiąc); także salony, palarnie opium, knajpy oraz publiczne przybytki uciech seksualnych, zwane popularnie burdelami. Tłumnie zaczął napływać element mocno podejrzany, awanturniczy, wręcz bandycki – całe mnóstwo wyjętych spod prawa renegatów. Kwitło więc bezprawie – rozbój, kradzieże, łapówkarstwo, prostytucja… Nie działały żadne miejskie organizacje i praktycznie nie było żadnej efektywnej władzy stanowej, o federalnej nie wspominając. San Francisco rozwijało się zbyt szybko – i za daleko od Wschodniego Wybrzeża – by mogła za tym nadążyć legislatura. Więc nawet gdy uchwalono jakieś prawo, to nie było komu go egzekwować. Organizowały się szajki, którym obywatele San Francisco starali się stawić czoła, zakładając własną milicję porządkową. Dla przykładu powieszono kilku złoczyńców. Jednak odbywało się to poza władzą oficjalną. Sytuacja tak bardzo wymknęła się spod kontroli, że rząd Stanów Zjednoczonych zmuszony był do interwencji i do Kalifornii posłano wojsko pod wodzą generała Shermana, który zresztą uznał jedną z organizacji milicyjnych i pozwolił jej działać.
W 1854 roku hossa gwałtownie się skończyła, ale San Francisco nie opustoszało, tak jak to było z wieloma innymi, mniejszymi, osadami górniczymi. Te wyludnione zamieniały się w tzw. ghost towns, czylio miasta-widma. San Francisco rozwijało się nadal – kupowano nowe ziemie, zakładano farmy, budowano fabryki…

Golden Gate

Golden Gate

TO JEDNAK NIE KONIEC

Drugi, znaczniejszy okres prosperity zanotowano w 1859 roku, kiedy to w zachodniej Nevadzie odkryto pokłady srebra zmieszanego ze złotem. Odzyskanie tych cennych kruszców nie było już takie proste i wymagało skomplikowanych metod oraz dużych inwestycji. Bogaci przedsiębiorcy i kompanie zainwestowały. Zasoby zostały wprawdzie wyeksploatowane już po 10 latach, ale ryzyko się opłaciło, bowiem do tego czasu wydobyto srebra i złota o całkowitej wartości 500 mln. dolarów. Inwestorzy wzbogacili się więc na tyle, by San Francisco rozbudować. Domy publiczne, hazard i meliny przestały dominować w mieście. Wyrosły za to bogate rezydencje, wybudowano słynny 800-pokojowy Palace Hotel, powstały teatry i opery… Życie kulturalne stawało się coraz bogatsze, tytuły prasowe coraz liczniejsze. Swoje imperium zaczął tworzyć William Randolph Hearst, powołując do życia gazetę San Francisco Examiner. Miasto zaczęli odwiedzać słynni pisarze, m.in. Mark Twain, Oscar Wilde czy Robert Louis Stevenson; w 1976 roku urodził się tu Jack London.
A i sama podróż do miasta Św. Franciszka stała się łatwiejsza po tym, kiedy w 1869 roku otworzono kolej transkontynentalną, którą w ciągu 5 dni – i to za jednego dolara! – można było dotrzeć tu aż z Nowego Jorku. W samym mieście uruchomiono (w 1873 r.) działające do dzisiaj tak charakterystyczne dla tego miasta, uliczne tramwaje.

48 SEKUND

Kiedy San Francisco wkraczało w XX wiek, żyło w nim około 45 % populacji całego stanu Kalifornia (dzisiaj jest to niespełna 5 %). Jak większość miast amerykańskich SF było zlepkiem wielu narodowości i jak na tamte czasy był to już miejski moloch, który zresztą znowu zaczynała podgryzać korupcja i arogancja finansowych magnatów, z czym walczyła m.in. niezależna prasa z gazetą Hearsta na czele. Nadużycia i oszustwa władz miejskich doprowadziły w końcu do rozruchów, lecz nieoczekiwanie sytuacja zmieniła się radykalnie w ciągu… 48 sekund, w dniu 18-go kwietnia 1906 roku. Tyle bowiem trwało trzęsienie ziemi, które dokonało straszliwych spustoszeń. Jeszcze większe zniszczenia spowodowały pożary, jakie wówczas wybuchły w wielu miejscach miasta. Zginęło ponad pół tysiąca ludzi, a straty oceniono na 350 mln. dolarów. To dlatego tak niewiele jest dzisiaj w San Francisco budowli, który pamiętają XIX wiek.
Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Miasto natychmiast zaczęło dźwigać się z ruin. Wzrosło poczucie solidarności i powszechna mobilizacja. W parku Golden Gate zbudowano olbrzymi namiot, w którym przez kilka miesięcy mieszkało parę tysięcy osób. Niestety, nie wszyscy się tam pomieścili: 300 tysięcy ludzi koczowało pod gołym niebem – w innych parkach, na ulicy, w ruinach…
Jednakże San Francisco potrafiło się zorganizować w potrzebie. Powstał Komitet Odbudowy, a do miasta zaczęła napływać pomoc z całej Ameryki (w ciągu tygodnia zebrano 8 mln. dolarów na odbudowę). Nie minęło wiele lat, a powstało miasto zupełnie nowe – poprawione, nowoczesne, czyste i bardziej nawet malownicze, mimo, że znalazła się tam niemal połowa budynków z betonu i stali, jakie wówczas istniały w całej Ameryce.

BUDUJEMY MOSTY

Pierwsza wojna światowa, która tak wyniszczyła Europę, dla miasta nad Zatoką okazała się jeszcze jedną okazją do dobrej koniunktury. Rozwijał się przemysł, po ulicach San Francisco jeździło coraz więcej samochodów. Mimo wielkiego kryzysu na przełomie lat 20-tych i 30-tych, masowych strajków, ekonomia zaczęła się polepszać w drugiej połowie lat 30-tych. Nie bez znaczenia było to, że 1936 roku otworzono długi na 7 km. most łączący San Francisco z Oakland, a rok później słynny Most Golden Gate. I znów wojna światowa, tym razem druga, przyczyniła się walnie do rozwoju miasta, ściągając do niego ponad pół miliona żołnierzy, którzy po demobilizacji przemienili się w robotników, co z kolei umożliwiło dalszy rozwój tutejszego przemysłu.
San Francisco ma więc swoją krótką, ale jakże burzliwą historię. Jest w tym mieście jakaś mieszanka zawziętości, uporu i twardości, ale jednocześnie swobody, subtelności i tolerancji. Właśnie taki charakter zawdzięcza San Francisco swojej przeszłości, kiedy to musiało się podnosić po klęskach, organizować społeczny ład w warunkach chaosu i rozprzężenia. Z drugiej strony, to właśnie tutaj miały swój początek zarówno ruch Beat Generation w latach 50-tych XX wieku, jak i hippiesowska kontr-kultura Dzieci Kwiatów w latach 60-tych, wspomagana chociażby przez intelektualne środowiska na Uniwersytecie w Berkeley (już wtedy wykładał na nim Czesław Miłosz). Nic więc dziwnego, że dzisiaj San Francisco jest miastem tak mozaikowym, wieloznacznym i kolorowym.

greydot

Artykuł opublikowany został na łamach chicagowskiego magazynu „Relax” (15 czerwca 1996 r.) w ramach cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce”)

greydot

Miasto nocą (widok z Treasure Island - Most Zatokowy i San Francisco skyline)

Miasto nocą (widok z Treasure Island – Most Zatokowy i San Francisco skyline)

.

FOTOGRAFICZNE POST SCRIPTUM

San Francisco to bez wątpienia jedno z najbardziej malowniczych (a tym samym fotogenicznych) amerykańskich miast. Dla wielu jest ono najpiękniejsze, i ja jestem skłonny z tą opinią się zgodzić. Czemu SF zawdzięcza tę swoją, jakże atrakcyjną, aparycję? Otóż składa się na to kilka czynników. Przede wszystkim położenie: miasto (nota bene nie takie znów rozległe) wyrosło na nabrzeżu oceanu i nad brzegiem olbrzymiej śródlądowej zatoki, jak również na wzgórzach, i w otoczeniu gór. Następnie: kosmopolityzm i tętniąca życiem społeczność, bardzo zróżnicowana etnicznie i wzmocniona przybyszami z całego świata. No i wreszcie: architektura, której najbardziej rzucającym się w oczy jest styl wiktoriański, nadający charakter całemu miastu, mimo że dominuje on tylko w niektórych dzielnicach (wbrew temu, co napisałem w artykule, wiele wiktoriańskich domów przetrwało pożar z początku XX wieku i nawet jeśli z czasem zatraciło swój estetyczny polor, to zostało już do tej pory odrestaurowanych).

Niewątpliwie wizytówką miasta jest słynny Most Golden Gate (wbrew nazwie nie jest on złoty, a pomarańczowo-czerwony) uznawany za najczęściej fotografowany most na świecie (o jego złej sławie zawdzięczanej samobójcom nie będę wspominał). I rzeczywiście, mimo swoich potężnych rozmiarów, to dzięki m.in. architekturze art déco, konstrukcja ta zaskakuje swoją… gracją. To dlatego most Golden Gate jeszcze bardziej podkreśla malowniczość tego zakątka Ameryki, zwanego Bay Area. (Istnieje kilka „żelaznych” punktów, z których most prezentuje się najlepiej, jeśli chodzi o fotografowanie. Moim ulubionym jest widok ze wzgórza Hawk Hill, położonego na półwyspie Marine Headlands, po stronie północnej mostu. Według mnie to jeden z najpiękniejszych widoków na całym kontynencie pólnocnoamerykańskim.)

Bardzo charakterystyczne są strome sanfranciscańskie ulice (wśród nich „najbardziej kręta ulica świata” – Lombard S.), dodatkowo uatrakcyjnione przez słynne „kablowe” tramwaje, których nigdzie indziej na świecie nie można już spotkać. Portowy charakter miasta odbija się we wszechobecnych, pływających po wodzie lub zacumowanych przy molach statkach, jachtach, okrętach i łodziach – a to kolejny wdzięczny obiekt do fotografowania (szczególnie w miejscu zwanym Fisherman’s Wharf, z jego licznymi pirsami). Zainteresowanie może też budzić lokalna zwierzyna: mnóstwo ptaków, a zwłaszcza lwy morskie i foki, które po wieloletniej nieobecności wróciły na (najczęściej odwiedzany przez turystów Pier 39) i tam się z powrotem zadomowiły, pozując spragnionym egzotycznych fotek turystom. Niezłe zdjęcia zrobić można w Parku Golden Gate (tutejszy odpowiednik Parku Centralnego na Manhattanie); znakomicie widać (z góry) miasto z jednego z bliźniaczych wzgórz Twin Peaks (nie mylić z filmem Davida Lyncha); no i – last but not the least – wielce malownicze, tłumne, egzotyczne, pełne barw i zapachów, China Town (najstarsza i największa chińska dzielnica na świecie, poza Azją i Manhattanem).

Mieszkańcy San Francisco cieszą się łagodnym klimatem, przypominającym nieco śródziemnomorski, jednak bliskość chłodnego Oceanu i ciepłego powietrza nagrzanej pustyni powoduje powstanie swoistego fenomenu meteorologicznego, dzięki któremu, zwłaszcza latem, całe miasto o poranku spowite jest mgłą, najczęściej rozwiewającą się jednak wczesnym popołudniem. Jest to zjawisko bardzo (dosłownie i w przenośni) klimatyczne, jednak potrafi skutecznie zasłonić widok całej okolicy, co jest uciążliwe zwłaszcza wtedy, kiedy chce się miasto sfotografować. Wtedy trzeba trochę na tę okazję poczekać.

Odwiedzałem San Francisco dziesiątki razy (służbowo, w latach 90-tych) i tylko raz mgła i smog utrzymywały się przez cały dzień, uniemożliwiając zupełnie dostrzeżenie choćby skrawka Golden Gate, o miejskiej panoramie z Twin Peaks nie wspominając. Jednak niemal zawsze, przynajmniej druga połowa dnia była słoneczna i bezwietrzna, a powietrze przyjemne. Tak więc to, jak odbierzemy miasto – i czy się nam ono spodoba – zależy w dużej mierze od dobrej pogody, ale też od naszych oczekiwań i nastroju. Poniżej przedstawiam mały wybór zdjęć San Francisco, jakie powstały podczas dwóch moich ostatnich (prywatnych już) wizyt w tym mieście przed kilkoma laty.

greydot.
UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

WIĘCEJ ZDJĘĆ Z SAN FRANCISCO OBEJRZEĆ MOŻNA NA STRONIE „ŚWIAT W OBRAZACH” (TUTAJ).

.

Powiązane wpisy: „KALIFORNIA” i „MOST TO JEST COŚ”

.

„FREE TIBET” – DWUGŁOS O WYZWALANIU TYBETU

Chińska komunistyczna gwiazda i czadak (tybetańska szarfa dobrych życzeń) - sojusz, wyzwolenie czy wroga okupacja? Obraz pochodzi z folklorystycznego show, jaki turyści mogą zobaczyć w Lhasie, a który jest oficjalną manifestacją dobroczynnego powrotu Tybetu do "Macierzy" (zdjęcie własne)

*

Powiedzmy sobie otwarcie: nie będzie wolnego, niezależnego od Chin, Tybetu. Przynajmniej tak długo, jak Chiny będą potęgą. A zanosi się na to, że Państwo Środka będzie potęgą długo, a już wkrótce – największą potęgą świata.
„Free Tibet!” – to zawołanie stało się synonimem walki o niepodległość dla zniewolonego kraju, ale też rodzajem hasła i mantry, nie mającej tak naprawdę wpływu na rzeczywistość. Gest, który ginie w powodzi medialnych ciekawostek i newsów mających żywot jednodniowej jętki.
A jednak dla tych, którzy chcą w dylemat ten wniknąć głębiej, „Free Tibet” przestaje być sloganem a staje się poważnym problemem natury nie tylko politycznej i społecznej, ale i etycznej.

Chcąc napisać prawdę o Tybecie nie sposób jest ominąć ten niewygodny dla wielu temat relacji chińsko-tybetańskich. Niby można spojrzeć na tę krainę od strony „turystycznej”, potraktować ją jako podróżną „atrakcję” – zachwycić się kolorowym i egzotycznym ludem, niezwykle malowniczymi krajobrazami, tajemniczym mistycyzmem klasztorów i świątyń, nawiązać do legendy Tybetu jako krainy ongiś szczęśliwej, zamieszkałej przez łagodny, miłujący pokój i stroniący od przemocy naród, którego życie przebiegało w niczym nie zmąconej harmonii.
Ale jak by to przystawało do rzeczywistości? Czy mogłoby oddać jej pełny obraz?

*  *  *

Koncept tego artykułu był na samym początku zupełnie inny. Otóż podczas kolacji w jednej z tybetańskich restauracji w Lhasie ,uwagę moją przykuło kilka półek wypełnionych książkami. Podszedłem do nich i sięgnąłem po pierwszą lepszą pozycję. Okazała się nią wydana przez China International Press książka Zhanga Xiaominga „China’s Tibet”. Otworzyłem ją i pierwszym obrazem jaki rzucił mi się w oczy było archiwalne zdjęcie z 1951 roku przedstawiające korowód Tybetańczyków tańczących radośnie (?) wokół niesionego niczym na religijnej procesji wielkiego portretu Mao. I podpis: „Sługi i niewolnicy świętują wyzwolenie”. Na innej zaś stronie ujrzałem starą Tybetankę modlącą się przed domowym ołtarzykiem Wielkiego Sternika i Syna Niebios oraz podpis: „tybetańska kobieta przez 40 lat była wierna swemu ukochanemu Przewodniczącemu Mao”.
Zapomniawszy o jedzeniu zacząłem czytać i oczywiście poniosły mnie emocje, bo odnalazłem w tej książce całą przewrotną, kłamliwą i obłudną propagandę, która stosowana była przez „komunistów” także w naszym kraju. Chiński autor opisywał jakim dobrodziejstwem było dla Tybetańczyków „pokojowe wyzwolenie Tybetu” i powrót tego kraju do „Macierzy”. Czytając to przypomniałem sobie jak ten czas opisywał w swojej książce Dalajlama. Czy muszę dodawać, że jego wersja tamtych wydarzeń różniła się od chińskiego spojrzenia diametralnie? Wówczas wpadł mi właśnie do głowy ów pomysł, o którym wspomniałem wcześniej: by zestawić obok siebie te dwie antagonistyczne wersje (czyli oficjalną, chińską oraz tę tybetańską, Dalajalmy) i pozostawić to wszystko bez słowa komentarza, który wydawał mi się wówczas zbędny.


Spostrzegłem, że na półce stało jeszcze kilka egzemplarzy tej książki, więc pomyślałem, że jest ona na sprzedaż i postanowiłem ją kupić. Zdradziłem się z moją chęcią przed młodą kelnerką, ta pobiegła na zaplecze, na którym zauważyłem wkrótce mały popłoch. Sprawa trafiła do menadżera restauracji i nastąpiły negocjacje – można mi tę książkę sprzedać, czy też nie można? Z jednej strony czegoś się obawiano i na pomysł sprzedaży książki zareagowano niechętnie, z drugiej zaś – gościnność wobec obcego skłaniała ku przychylności i zadośćuczynienia jego prośbie. Nie będąc pewnym, jak się zachować, menadżer oświadczył mi że tej książki to chyba jednak nie będę chciał kupić, bo jest ona dwa razy droższa, niż pokazuje cena na okładce. Odpowiedziałem, że to nie jest problem i wręczyłem mu stu-yuanowy banknot. (Nawiasem mówiąc, na tę samą książkę natrafiłem tydzień później w Czengdu na terenie Chin „właściwych”, gdzie można już było kupić ją po normalnej cenie.)

„China’s Tibet” opisuje Tybet od strony geograficznej, etnicznej, administracyjnej, przemysłowej, rolniczej… etc. Mówi też o historii, oczywiście widzianej z perspektywy chińskiej: wynika z niej, że Tybet od stuleci był częścią Chin, czerpiąc z tej przynależności same korzyści. Skoro jednak było tak dobrze, to dlaczego było tak źle? I dlaczego w takim razie trzeba było „pokojowo” wyzwalać Tybet w 1951 roku, jak zrobiła to Chińska Armia Ludowa? Takie tam naiwne pytania.
Książka pisana jest stylem i językiem znanym doskonale tym, którzy pamiętają „jedynie słuszną linię” partii komunistycznych w europejskich krajach tzw. „demokracji ludowej”. Może więc oszczędzę sobie tutaj cytowania jakichś rozległych fragmentów, ograniczając się jedynie do małej próbki, która właściwie mówi wszystko: „Po pokojowym wyzwoleniu Tybetu w 1951 roku, instytucje na wielu szczeblach prowadziły szczerą i pełną dobrej woli politykę wolności wierzeń religijnych, za co były powszechnie chwalone. Obecnie, pod protekcją Konstytucji i prawa, ludzie Tybetu w pełni cieszą się swobodą uprawiania normalnej aktywności religijnej”. *

Natomiast w książce pt. „My land & My People – Memoirs of His Holiness the Dalai Lama” można przeczytać:
„Zabito dziesiątki tysięcy ludzi, nie tylko podczas starć zbrojnych, ale i indywidualnie i z zimną krwią. Byli zabijani bez udowodnienia winy na podstawie podejrzeń o sprzeciwianie się komunizmowi, ukrywanie pieniędzy, zajmowanie wysokiego stanowiska albo bez żadnego powodu. Byli zabijani przede wszystkim dlatego, że nie chcieli wyrzec się swojej religii. Nie tylko strzelano do nich z broni palnej. Byli bici na śmierć, wieszani na krzyżach, paleni żywcem, topieni, poddawani wiwisekcji, głodzeni na śmierć, duszeni, wieszani, oblewani wrzątkiem, grzebani żywcem, wypruwano im wnętrzności i obcinano głowy. Zabójstwa te były przeprowadzane publicznie. (…) Kobiety i mężczyźni byli doprowadzani do powolnej śmierci podczas gdy członkowie ich rodzin byli zmuszani do przyglądania się ich agonii. Małym dzieciom kazano strzelać do własnych rodziców.
Najbardziej prześladowani byli mnisi. Chińczycy usiłowali ich upokorzyć, szczególnie tych najstarszych i najbardziej szanowanych, a potem poddawano ich torturom, zaprzęgając ich do pługów, jeżdżąc na nich jak na koniach, chłoszcząc ich batem i bijąc kijem, i stosując inne metody zbyt okrutne, żeby je tutaj opisywać. A kiedy doprowadzano ich w taki sposób do wycieńczenia, wyśmiewano się z ich religii, nawołując żeby czynili cuda, by uwolnić się od bólu i śmierci. (…)
Poza tym Chińczycy zniszczyli setki klasztorów, albo fizycznie zamieniając je w ruiny, albo zabijając mnichów lub wysyłając ich do obozów pracy. Tam pod groźbą kary śmierci zmuszano ich do zerwania ślubów czystości. W opuszczonych klasztorach urządzano stajnie i baraki wojskowe.” **

*  *  *

Miało więc obyć się bez komentarza, jednak z czasem coraz więcej myśli przychodziło mi do głowy. I z niektórymi z nich postanowiłem się tu jednak podzielić.
Problem tybetański z jednej strony wydaje się być czymś prostym i jednoznacznym, z drugiej jednak – czymś nader skomplikowanym. Wszystko zależy od tego z jakiej perspektywy będziemy nań patrzeć, jakie kryteria stosować, ku jakim wartościom się skłaniać.

Chińscy żołnierze na murach Potali w Lhasie

Nie miałem jednak żadnych wątpliwości po której jestem stronie, kiedy chodziłem ulicami Lhasy i na każdym kroku – dosłownie za każdym zaułkiem, przed każdą ważniejszą bramą, na każdym placu – widziałem setki chińskich policjantów, żołnierzy i tajniaków. Jeśli ktoś wątpi, że jest to okupacja  obcego terytorium kraju przez państwo policyjne, to ten widok powinien go z owych wątpliwości uleczyć.
Z początku starałem się to ignorować, oswoić się z nieprzyjemną koniecznością obcowania z tymi siłami, ale doprawdy było z tym trudno. Zacząłem więc stosować podwójną taktykę: traktować ich jak powietrze, skupiając się na tym co chciałem w Lhasie poznać albo też wręcz przeciwnie: śmiało patrzeć umundurowanym prosto w oczy, dając im do zrozumienia, że nie wszyscy godzą się z ich obecnością tutaj i że mogą mieć władzę nad czyjąś fizycznością, ale już nie nad czyimś sercem i umysłem (Młodzi żołnierze reagowali różnie: albo niemal wstydliwie spuszczając wzrok, ale też i wytrzymując moje spojrzenie, czasem nawet z ironicznym i bezczelnym  błyskiem w oku).
Tak czy owak, przebywanie na placach i ulicach w towarzystwie tych paradujących krokiem defiladowym (a sprawiało to nieco surrealistyczne wrażenie) lub stojących na baczność na warcie sołdatów (cóż, w tym też był jakiś surrealizm), nie było niczym przyjemnym. Przypominało też o czasach, kiedy w Lhasie wybuchały bunty i zamieszki.

Żołnierze byli wszędzie. Kilkakrotnie przestrzegano mnie przed ich fotografowaniem, bo – mówiono – może to się źle skończyć, nie tylko konfiskatą aparatu, ale i poważnymi konsekwencjami z aresztowaniem, karą pieniężną i odebraniem zezwolenia na pobyt w Tybecie włącznie. Lecz kiedy wychodząc już z Potali spostrzegłem w oddali grupę chińskich żołnierzy, którzy malowniczo rozmieścili się na olbrzymim murze obronnym Pałacu, mając w tle położoną u stóp Potali Lhasę – nie mogłem się oprzeć. Dzieliło mnie od nich dobre sto jardów, więc mimo, że patrzyli w moim kierunku, teleobiektyw raczej ich nie mógł zaniepokoić. Zacząłem schodzić w dół i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie moment, kiedy znalazłem się na schodach pod nimi i jeszcze raz wymierzyłem w nich obiektyw. W jednej chwili wszyscy zniknęli za murem a ja z duszą na ramieniu szykowałem się już do rewizji przy wyjściowej bramie. Na wszelki wypadek wyciągnąłem z aparatu kartę pamięci, która była pełna zdjęć i zamieniłem ją na pustą – bardziej bowiem szkoda byłoby mi zarekwirowanych zdjęć, niż samego aparatu. Ale na szczęście przy wyjściu nikt na mnie nie czekał. No cóż – pomyślałem, wypłoszyłem tylko wygrzewających się na słońcu chłopaków.

Odział żołnierzy defilujący na placu Barkhor. W oddali - górujący nad Lhasą Pałac Potala.

*  *  *

Czy chińska okupacja Tybetu ma swoje dobre strony?
Ależ oczywiście!
I to właśnie one przyczyniają się do tego, że sprawy związane z niepodległością Tybetu nieco się komplikują i wyglądają niejednoznacznie, nawet dla tych, którzy z Tybetańczykami sympatyzują.
Przede wszystkim, wydaje się że wszyscy zyskują na chińskich inwestycjach w tybetańską infrastrukturę, choć niektórzy twierdzą, że prawdziwymi beneficjentami tego są Chińczycy Han, natomiast Tybetańczykom zostają tylko jakieś ochłapy i w rzeczywistości są obywatelami drugiej kategorii w swoim własnym (?) kraju. Zresztą Chińczycy, inwestując wielkie pieniądze w Tybecie, nie robią tego bynajmniej z miłości do swoich tybetańskich braci, a po prostu umacniają swoją (kolonialną) pozycję w tamtym rejonie. Liczący 1 miliard 300 milionów mieszkańców kraj, potrzebuje przestrzeni życiowej jak wody i powietrza, nie wspominając o bogactwach naturalnych jakie znajdują się na Wyżynie Tybetańskiej. Już teraz w Tybecie żyje kilkakrotnie więcej Chińczyków, niż rdzennych mieszkańców tej ziemi.

Już z samolotu dostrzegłem rozłożone w dolinie Yarlung (Brahmaputry) rozległe bloki chińskich zabudowań, a kiedy dotarłem do Lhasy, to przeżyłem mały szok, gdyż czekało tam na mnie nie tyle nowoczesne, co nowe miasto, zupełnie nie przypominające znajdującego się po drugiej stronie Himalajów Kathmandu (na co po cichu liczyłem). Nie, nic z tego. Powiew starej Lhasy wyczuwało się jedynie w pobliżu historycznych budowli, których jednak nie ostało się wiele. Właściwie można je policzyć na palcach jednej ręki: Pałac Potala, klasztor Jokhang i okolice bazaru Barkhor. Cała reszta to pozbawione charakteru, nijakie miasto – betonowo-blaszane, szaro-bure pudła i klocki, które ktoś nie bez złośliwości nazwał „chińskim badziewiem”.

*  *  *
Tym, czego najbardziej obawiają się Tybetańczycy chcący utrzymać własną tożsamość, jest rozmycie się, a w końcu zanik ich rdzennej kultury, która wchłonięta zostanie przez to, co przynoszą ze sobą Chińczycy. Tym większe dostrzegają niebezpieczeństwo, ponieważ naród tybetański nie jest wcale tak liczny. Na całym świecie żyje tylko około 6 milionów Tybetańczyków, z czego połowa w samym Tybecie.

Tybetanki

To jest największy problem i troska nie wychodząca z głowy znajdującego się już od pół wieku na emigracji Dalajlamy i popierających go rodaków: zagrożenie narodowego bytu Tybetańczyków. Nota bene Dalajlama już od dawna nie domaga się niepodległości Tybetu (bo wie, że w obecnych warunkach jest to niemożliwe), tylko prawdziwej autonomii dla tego regionu. Na razie jednak jego zabiegi nie przynoszą żadnych wymiernych skutków i choć na świecie istnieje spora grupa ludzi popierających wolnościowe dążenia Tybetańczyków, to ich wysiłki także mają niewielki wpływ zmianę chińskiej polityki wobec Tybetu.

Ja jednak wierzę w Tybetańczyków.

To była druga moja noc spędzona w Lhasie. Obudziłem się przed świtem, czułem jak organizm broni się przed niedoborem tlenu, w głowie ciągle czułem lekki ucisk, co wskazywało na to, że jeszcze niezupełnie przystosowałem się do gwałtownej zmiany wysokości (Lhasa jest położona 3600 metrów nad poziomem morza). Było zimno (wyglądało na to, że hotel oszczędza na opale), za oknem panował jeszcze zmrok – tym wyraźniej można było dostrzec za rzeką w oddali rozżarzony fioletowo-czerwonymi neonami wieżowiec, przypominający mi jako żywo kasyno Rio. Czyżby Las Vegas w Lhasie?
Wziąłem prysznic, ubrałem się i zszedłem na dół do hotelowego lobby z nadzieją znalezienia czegoś ciepłego do picia. Było  pusto, ale w jadalni siedział już Pema, mój nowy Tybetański znajomy, który był naszym tłumaczem i przewodnikiem. Zaczęliśmy rozmowę od jakiejś błahostki, ale postanowiłem wykorzystać to, że byliśmy sami i zadałem mu pytanie: „Co czujesz jak słyszysz, że Tybet jest chiński”?
Pema – młody, inteligentny i delikatny człowiek wywodzący się z plemienia górskich nomadów – spuścił oczy i na dłuższą chwilę zamilkł. Po jakimś czasie usłyszałem jednak: „Nie chcę o tym mówić. Może tylko powiem, że Twój kraj też nie był wolny, więc powinieneś wiedzieć jak to jest.”

Tak, nagle uświadomiłem sobie jak bardzo sytuacja Tybetu przypomina tę, w jakiej przez długi przecież była Polska. My także mieliśmy nad sobą kuratele sąsiedniej potęgi (w naszym przypadku był to rosyjski niedźwiedź, Tybetańczycy mają na karku chińskiego smoka); także i nas „zdradziły” i opuściły w potrzebie miłujące ponoć demokrację potęgi Zachodu; również i u nas wiara religijna (oraz utożsamiająca ją instytucja kościelna) wspomagała ludzi w trudnych chwilach, solidaryzując społeczeństwo i przechowując pewne narodowe tradycje i symbole…
Ciekawa sprawa: kiedy po kilkudziesięciu latach okupacji Chińczycy nabrali pewności, że zmienili sposób myślenia Tybetańczyków (i że przecież nie mogą już oni tęsknić za starym, opresyjnym porządkiem, w którym byli sługami i niewolnikami), i zezwolili na wizytę w Tybecie kilku przebywającym na emigracji, wyższym duchownym buddyjskim, to nie mogli wyjść ze zdumienia, z jakim uwielbieniem i rewerencją spotkali się oni u swoich rodaków, (którym – a to jeszcze ciekawsze – w obawie przed skandalem, zakazali wcześniej opluwać ich i obrzucać błotem i kamieniami). Jako żywo stanęła mi przed oczami pielgrzymka Jana Pawła II do swego rodzinnego kraju rządzonego jeszcze wówczas przez wasalską wobec Sowietów PZPR.

Pielgrzymujący Tybetańczycy pod Świątynią Jokhang

*

Już po powrocie z Tybetu oglądałem film, potajemnie nakręcony przez Tybetankę („What Remains of Us”), której po kilkudziesięciu latach udało się wjechać do rodzinnego kraju. Przywiozła ze sobą nagrane na laptopie przesłanie, jakie Dalajlama chciał przekazać mieszkającym w kraju rodakom. I kiedy obserwowałem reakcję Tybetańczyków, którym twórczyni tego dokumentu prezentowała (oczywiście w wielkiej konspiracji) słowa Dalajlamy, to doprawdy serce mi pękało. Wpatrzeni, wbici wzrokiem w ekran, przejęci, chłonący każde słowo, płaczący… Wówczas uświadomiłem sobie, jak głęboko wryta jest w tych ludzi wiara i tęsknota za czymś, co wyrasta poza świat, w jakim chcą umieścić ich Chińczycy ze swoim „postępem”, „ucywilizowaniem” i obietnicami lepszego życia – w rzeczywistości, której nie będzie już zatruwać żadna religia (tu warto przypomnieć słynne powiedzenie Mao, który w jednej z rozmów z Dalajlamą stwierdził, że „religion is poison”).

*  *  *

Wszyscy ci, którzy popierają Tybetańczyków w ich dążeniach do uzyskania pełnej autonomii (czy też bardziej radykalnie – niepodległości) czują się bezradni. Bowiem świat wielkiej polityki i globalnych interesów wybiera pragmatyzm, podkreślając przy tym, i niejako usprawiedliwiając, że kieruje się realizmem. Kwestia łamania praw człowieka schodzi na dalszy plan i staje się domeną grupki idealistycznie nastawionych zapaleńców, którymi wielkie potęgi niezbyt się przejmują. Po raz kolejny zwycięża pieniądz – bo business is business. Obecnego Przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej Hu Jintao przyjmuje się na całym świecie z wielkimi honorami, a w Ameryce nawet niczym króla – bo przecież będzie się potrzebowało jego pieniędzy, (które Stany Zjednoczone pożyczają ostatnio od Chin na potęgę). To wszystko są siły, które wydają się nie do przezwyciężenia.
Ja sam także zastanawiałem się nad tym, czy wobec takiego stanu rzeczy jest sens deklarować swoje poparcie dla „Wolnego Tybetu”. I co to da? Czy, zważywszy na wszelkie okoliczności i warunki zewnętrzne, podobna deklaracja nie staje się tylko jakimś pustym słowem, hasłem i gestem, który jedynie polepsza nasze samopoczucie, umożliwiając nam przy tym identyfikację z wartościami humanistycznymi, demokratycznymi, liberalnymi.
I próbowałem nawet te swoje wątpliwości i zniechęcenie racjonalizować: bo rzeczywiście dzięki Chińczykom Tybet przestaje być krajem „zacofanym”, bo rzeczywiście został tam zniesiony system feudalny, który dopuszczał nawet niewolnictwo; bo rzeczywiście nie można obecnych warunków życia w Tybecie porównywać z tymi, jakie istniały w tym kraju przed chińskim „wyzwoleniem”; bo rzeczywiście wydaje się, że Chińczykom bardzo zależy na unormowaniu sytuacji w tamtym rejonie i nie dopuszczeniu do kolejnych rozruchów; bo rzeczywiście po jakimś czasie może dojść do kulturowej konwergencji, która zniesie napięcia istniejące między różnymi grupami etnicznymi…
Ale… nie, nie! Uświadomiłem sobie, że wszystkie te argumenty nie powinny jednak zmienić mojego stosunku do tybetańskiej wolności i samostanowienia. Jestem więc za Wolnym Tybetem. Nawet nie dla zasady, a po prostu dla zachowania zwykłej ludzkiej przyzwoitości, która mówi, że także inni ludzie mają prawo do decydowania o własnym losie, do mówienia tego, co myślą, do wyboru indywidualnych i cywilizacyjnych wartości, do swobodnego wyrażania samego siebie… Jednym słowem: prawo do życia w wolności.

*  *  *

*  Zhang Xiaoming, „China’s Tibet” (tłum. własne); ** Dalai Lama, „My Land & My People” (tłum. Beata Pawlikowska)

Chińska flaga nad Potalą i żołnierska warta

 © ZDJĘCIA WŁASNE)

Nową wystawę zdjęć z Tybetu można obejrzeć TUTAJ. Na stronie brulionu podróżnego znalazły się już także tybetańskie panoramy.

*