„PARASITE”, albo o potrawach naszych czasów

.

„Parasite” – klasowy resentyment bawi i przestrasza wszystkich… a może też tumani?

.

Jestem w zdecydowanej mniejszości, bo nie uważam „Pasożyta” za najlepszy film roku (jak by wynikało z deszczu nagród przeróżnych oraz morza zachwytów – zarówno krytyki, jak i publiki), ani tym bardziej za dzieło wybitne. Sądzę natomiast, że jest to dobrze zmontowany film (choć im bliżej końca, tym jego konstrukcja trochę się sypie), z nieźle napisanym scenariuszem, i rzeczywiście znakomicie wyprodukowany. Widać, że „Pasożyt” został zrobiony przez bardzo zdolnego reżysera (Bong Joon-ho), ale uznanie go za wiekopomne arcydzieło kina byłoby według mnie przesadą.
Wydaje mi się, że na moje rozczarowanie „Pasożytem” wpłynęła jednak cała ta medialna pompa, jaka rozpoczęła się od przyznania mu Złotej Palmy w Cannes (później podkręciła to cała masa innych nagród i wyróżnień – łącznie ze Złotym Globem oraz sześcioma nominacjami do Oscara) i skonfrontowanie tego hype’u z moim odbiorem filmu, po którym spodziewałem się tak wiele dobrego.
Nie kupuję tego, że jest to film głęboko wchodzący w problematykę społeczną obecnego, coraz większego rozwarstwiania się klas społecznych (z uzasadnienia Jury w Cannes: „It’s so global but in such a local film”), ani tego, że stanowi on asumpt do jakieś głębszej analizy psychologicznej, o filozoficznej nie wspominając. Jeżeli już, to jest to wszystko raczej na poziomie gimbazy, a gdybym chciał być bardziej złośliwy, to napisałbym, że jest to taka „class struggle for dummies”, wpędzająca na dodatek w niejaką konfuzję.

Co mi przeszkadzało w tym filmie?
Nie rozpisując się zbytnio, chciałbym wymienić kilka moich wrażeń i zastrzeżeń.

– Cała intryga wydała mi się tak mocno naciągana (by nie napisać : niedorzeczna), że nawet (deklarowana przez Bonga Joon-ho) satyryczno-metaforyczna formuła nie mogła tego rozgrzeszyć i uwiarygodnić. W sumie wyszła z tego taka lunatyczna baja, podlana krwistym, horrorowym sosem, z wyraźną inklinacją do miażdżenia, kłucia i kiereszowania ciał. (Nic dziwnego, że Bonga pod niebiosa wynosi traktujący przemoc jak zabawkę Tarantino; ale że dał się w to wciągnąć Iñárritu… to mnie jednak trochę zaskakuje.)

– Dziwna przewrotność w postawach i charakterystyce bohaterów: ci, którzy mieli być mądrzejsi, bardziej inteligentni i wykształceni (upper class), zachowywali się jak naiwniacy i idioci; natomiast ci, wyraźnie kreowani na pasożytów z aluzjami do karaluchów (lower class), wykazywali się niezwykłą inteligencją, sprytem, przebiegłością i genialnymi wręcz zdolnościami. No i oczywiście byli przy tym oszustami i zawistnikami, a z czasem okazali się nawet (spoiler!) mordercami.
Czy to ma być wykładnia charakteru niższych klas? Nawet jeśli przyjmiemy, że jest to satyra, to bardziej świadczy to o mizantropii scenarzysty/reżysera, niż o konkretnych realiach społecznych czy jakiejś głębszej psychologii.
W sumie perfidia i mydłkowatość tych naciągaczy i macherów przeszkadzały mi w kibicowaniu ich intrydze, o braku wobec nich sympatii nie wspominając.

– Ten film jednak ludzi dehumanizuje – i być może to jest główną przyczyna mojej wobec niego rezerwy.

– To prawda, że reżyser zgrabnie żongluje różnymi konwencjami kina, zmieniając nagle ton i nastroje, ale zbyt często – przynajmniej jeśli chodzi o mój odbiór filmu – to nie działało: bo straszność znosiła śmieszność i vice versa: śmieszność rugowała straszność. To właśnie dlatego film ani za bardzo mnie nie śmieszył, ani też zbytnio mnie nie straszył. Zamiast tego stawał się w moich oczach coraz bardziej dziwaczny – i tak już było do samego końca, kiedy po finałowej krwawej jatce, na ekrany wylewa się… sentymentalizm.

– „Pasożyt” wpisuje się w postmodernistyczny model poszatkowanego świata, w którym trudno jest odróżnić dobro od zła, prawdę od fałszu – gdzie estetyka zastępuje etykę, forma staje się ważniejsza od treści i do jednego wora wsypuje się wszelkie możliwe konwencje. No i mamy bigos – potrawę naszych czasów, którą karmi się mózgi konsumentów współczesnej kultury (antykultury?)

To, że film mnie nie zachwycił, uznaję za swoją stratę. Ci, którzy się na nim bawili – wygrali. Mam nadzieję, że to co napisałem o „Pasożycie” nie zniechęci nikogo do jego obejrzenia, bo szansa, że film się spodoba, jest spora. Tak się stało, że do mnie – do mojego wnętrza (od dawna hołduję tezie, że każdy film odbieramy przede wszystkim trzewiami, a dopiero później uzasadniamy to racjonalnie) jakoś ten „Pasożyt” nie trafił (i bynajmniej nie stało się tak przez jego tytuł – którego przestraszył się chyba polski dystrybutor, bo jak widzę w kraju film pokazuje się pod angielskim tytułem „Parasite”).
Zachwyt „Pasożytem” pozostawiam innym.

*  *  *

KURIOZUM Z PALMĄ („Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia”)

*

Za filmem Apichatponga Weerasethakula szła fama filmu niezwykłego, może nawet wybitnego, zwłaszcza po tym, jak na Festiwalu w Cannes  dwa lata temu zdobył on Złotą Palmę. Za tą famą poszedłem i ja  więc kiedy niedawno chicagowskie Centrum Filmowe im. Gene’a Siskela w ramach zajęć Szkoły Filmowej (nota bene tej samej, w której studiował tajlandzki reżyser) zorganizował pokaz „Wujka Boonmeego, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia” wybrałem się do dowtnown, by film obejrzeć.
Muszę napisać, że pojechałem tam pełen dobrej woli, również z nadzieją na konfrontację… jeśli nie z arcydziełem, to przynajmniej z filmem bardzo dobrym. I już cieszyłem się na pogłębione studium na temat buddyjskiego sposobu postrzegania rzeczywistości, na okazję do zaczerpnięcia z duchowo-spirytualnego źródła wschodniej cywilizacji, na poddanie się refleksji i medytacji nad naturą czasu i możliwości jego percepcji, wreszcie na estetyczną ucztę dla oka…
Niestety, teraz zastanawiam się, czy w ogóle „Wujka Boonmee” mogę z czystym sumieniem nazwać filmem dobrym. Co gorsza: nie znajduję w nim jednak dostatecznego pretekstu, by na takie „pogłębionego studium” (o jakim wspomniałem powyżej) się poważyć.
Nie sądzę, że Apichatpong Weerasethakul jest tak wielkim wizjonerem kina, jakim starają się go obwołać jego wielbiciele. Bo według mnie „Wujek Boomnee” bardziej jest jednak utworem konceptualnym, niż wizjonerskim. Na dodatek koncept ów nie ma w moich oczach aż tak wielkiej wielkiej artystycznej rangi, jaką mu chcą przydać jego apologeci. Mam wrażenie, że podobnie jak to się dzieje w przypadku innych dzieł sztuki współczesnej, ranga ta jest kreowana sztucznie, na zasadzie mody (nie przypadkiem Weerasethakul brał udział w projektach związanych z firmą DIORA) – podsycając dobrą opinię wśród filmowej krytyki, która (znudzona powtarzalnością współczesnego kina i jego utartym sposobem narracji) rzuca się, by chwalić coś, co jest inne i jakby nie z tego świata. Nie bez znaczenia jest tu też chyba coś w rodzaju owczego pędu, wzajemna sugestia, afektacja, być może nawet pewien snobizm (lękliwość, by przyznać się do nierozumienia filmu i konsternacji?) oraz chęć wykrzesania czegoś z niczego – tu rozpościera się szerokie pole dla nieznającej umiaru i żadnych limitów nadinterpretacji. Zresztą to, by się zachwycać byle czym, albo zgoła niczym, ma już w sztuce współczesnej długą tradycję* (vide: dygresja poniżej).

greydot

Lecz skłamałbym, gdybym napisał, że nie oglądałem film Weerasethakula z zainteresowaniem, albo że się na nim nudziłem jak mops. Nie. Może dlatego, że obdarzyłem jednak reżysera zaufaniem, dałem mu pewien kredyt… Ponadto, rzeczywiście miałem świadomość tego, że oglądam coś, co jest w kinie nietypowe i na co dzień raczej w nim niespotykane; ciągle liczyłem na momenty, w których reżyser by mnie czymś zaskoczył (w tej swojej nieprzewidywalności Weerasethakul jest rzeczywiście dobry) – to wszystko sprawiało, że nie mogę uważać czasu spędzonego w kinie za stracony. Mimo wszystko sądzę, że warto jest z tym filmem się skonfrontować – zwłaszcza jeśli uznajemy kino za sztukę nam bliską.

Co jeszcze dobrego mogę napisać o „Wujku Boonmee”?
Spodobała mi się obecna w nim jedność (równorzędność) świata ludzi i zwierząt, żywych i umarłych, cielesności i ducha – naturalne przenikanie się przestrzeni i czasów… nawet ta porwana narracja. No i oczywiście buddyjska łagodność i spokój, brak histerii w obliczu śmierci, która dla ludzi Wschodu nie jest taką tragedią, jak na Zachodzie. Odnosiłem wrażenie jakby film sączył się z ekranu – oglądając go przestałem się w końcu silić na jakąkolwiek jego racjonalizację. Może właśnie dlatego nie zdołał on przeniknąć zbyt głęboko do mojego wnętrza, i nie stymulował mózgu (opanowanego zachodnim respektem dla ratio i przyzwyczajonego do funkcjonowania bardziej analitycznego)?
A może jednak dopiero taki odbiór – bierny, intuicyjny ale w gruncie rzeczy powierzchowny – jest dla tego filmu najlepszy (bo racjonalizacja, szukanie we wszystkim sensów i znaczeń, rozwiewa jego tajemnice i sprowadza obraz do poziomu formalnie sklejonego artefaktu)?

Zdaję sobie sprawę z tego, że w pewien sposób nieco się tu zapętlam, ale oddaje to chyba problem jaki można mieć z tym filmem. A ja taki problem niestety z „Wujkiem Boomnee” mam: po prostu nie mogę temu obrazowi dać wiary. Czyli nie do końca wierzę, że jego twórca oddaje w nim pewną zakorzenioną w mentalności i kulturze Wschodu, usankcjonowaną tradycją rzeczywistość religijną (a tym samym poważniejszy koncept filozoficzny), a nie tylko swoje filmowe pomysły i fantazmaty, dość płytko usytuowane we własnej biografii, tajskiej pop-kulturze i sytuacji politycznej panującej obecnie w jego kraju.

greydot

Większość opiewających „Wujka Boomneego” krytyków zwraca uwagę na rzekomo „buddyjski” charakter filmu – że filozofia ta (religia?) przenika ów obraz wręcz organicznie, że jest on „świadectwem głęboko odczutego buddyzmu”. A według mnie – czy też raczej według tego, co mówi sam Apichatpong Weerasethakul – nie jest on w głębi serca buddystą (być może czuje wobec tej religii coś w rodzaju nostalgii, ale to przecież nie wiara lecz sentyment). Jeśli tak jest, to nie tworzy on swoim filmem sfery sacrum, tylko coś, co sacrum udaje – sam słyszałem jak przyznawał, że jego filmy są fake (czyli „podróbką”, rodzajem zmyłki mże nawet „kantu”). Ale zachwyceni „innością” a znudzeni chrześcijaństwem i zachodnią filozofią krytycy mówią o „głębokiej i prawdziwej eksploracji rzeczywistości buddyjskiej”, o odkrywaniu „nowych wymiarów duchowych człowieka”, o medytacji nad reinkarnacją, mistycznej podróży, a nawet o tym, że film jest – uwaga! – rodzajem wykładu na temat fizyki kwantowej (podobno dlatego, że w ostatniej scenie widzimy jak bohaterowie się „rozdwajają”, przez co się sugeruje, że żyją oni w równoległych wszechświatach). To jednak trochę jest paradne i na pewno idzie zbyt daleko. Kiedy np. nie za bardzo było wiadomo jak „ugryźć” scenę, w której leciwa księżniczka kopuluje w jeziorze z… hm… dorodnym sumem, to powiedziano, że to łamiące tabu nawiązanie do starego tajskiego mitu i legendy. A to guzik prawda, bo akurat w scenie tej Weerasethakul nawiązywał do tandetnych tajskich telewizyjnych mydlanych oper z lat 60-tych i 70-tych, w których pełno było księżniczek, mówiących ryb i podobnych dziwów. Zresztą, do tejże poetyki odwoływał się on także w innych scenach (stąd też widoczne w nich „sztywne” aktorstwo i kostiumy rodem z produkcji klasy B i C). Podobnie jest z małpimi duchami, jakie widzimy na ekranie, a zwłaszcza z przemienionym w małpoluda synem wujka Boonmeego, który odwiedza go, kiedy ten oczekuje swojej śmierci. Czy aby na pewno te małpo-duchy przynależą do spirytualnego świata odwiecznie towarzyszącego Tajom? A może jednak bardziej są produktem… cóż… infantylnym i komiksowym? (Okazuje się, że chyba jednak tak, na co zresztą nie tak trudno wpaść, bo przecież zmutowany, zarośnięty jak małpa syn Boonmeego, do złudzenia przypomina włochatego Chewbaccę z „Gwiezdnych wojen”). A duchy? Kiedy Apichatpong Weerasethakul  uwierzył w duchy? Sam o tym opowiadał. Po raz pierwszy został skonfrontowany z duchem, kiedy w pustym, zamkniętym pomieszczeniu poczuł na twarzy… podmuch, a leżący w kącie pies zaczął skowyczeć. Po raz drugi zaś w paryskim hotelu: w nocy, obok jego łóżka stanęła spowita w białą szatę kobieta, która jednakże „rozwiała się”, kiedy chciał się o coś jej zapytać. No proszę, a ja myślałem, że te wszystkie duchy w „Wujku Boonmee” pochodzą ze świata spirytualnych wierzeń ludzi Wschodu, a nie z bajek dla dzieci, telewizyjnych show i subiektywnego złudzenia reżysera.

greydot

Nie mam pretensji do tego filmu o to, że igra z czasem, że nie ma linearnej narracji (tylko „skaczącą” i eliptyczną), że chce się posługiwać swoim własnym językiem, że jest celowo enigmatyczny i miesza ze sobą to, co iluzoryczne z tym, co realne. Nie mam mu za złe nawet tego, że miejscami brakuje mu logiki i widocznych (umotywowanych) powiązań między poszczególnymi sekwencjami, a jego niezrozumiałość wydaje się niekiedy wynikać z reżyserskiej premedytacji. Bowiem doskonale mogę sobie wyobrazić kino, które by posiadało te cechy, a które znalazłoby moje uznanie (takimi filmami były np. obrazy surrealistów czy ekspresjonistów, oniryczne eksperymenty kina europejskiego… etc.). Ale „Wujek Boonmee” jest jednak zbytnio… rozrzedzony (czyli mało treściwy), pretensjonalnie ezoteryczny i pozbawiony pulsu. Z jednej strony rzuca się w oczy jego minimalizm, a z drugiej zaś: zbyt dużo w nim elementów redundantnych, alogicznych czy wręcz bezsensownych. Zbyt często też zamiast mistycyzmu wyczuwa się dziwaczność, zamiast filozofii – mętność, a to co miało być mądre, w gruncie rzeczy jest banalne, granicząc nawet czasem ze śmiesznością. Niestety, według mnie „Wujek Boonmee” nie jest aż taki pomysłowy, nie aż tak zręcznie skonstruowany i inteligentny, jak to głoszą jego wyznawcy.

A jego wyznawcy głoszą rzeczy niesłychane – na pewno bardziej zdumiewające, niż jest zdumiewający sam film. Dla nich to: magia, głębia, urok, hipnotyzm, piękny eksperyment, czysta medytacja, modlitwa, powalająca wizualność, narkotyczny sen… Cóż, mogę im tylko pozazdrościć (piszę to bez żadnej ironii). Ale przecież oziębłość w sali kinowej nie jest moją cechą charakterystyczną. Wręcz przeciwnie: często doświadczam w kinie wielkich emocji i wzruszeń, zwłaszcza jeśli jakiś film posiada (w moim odczuciu) magię, głębię, urok, hipnotyzm i powali mnie wizualnie… nawet jeśli jest eksperymentem, wygląda na modlitwę czy medytację, albo nawet przypomina narkotyczny sen. Nie boję się tzw. „trudnych” filmów, nie uchylam się od myślenia w kinie (może tu właśnie leży pies pogrzebany?); lubię oryginalność, twórczą odwagę i łamanie schematów… Niestety, „Wujek Boonmee” na mnie tak mocno nie oddziałał – bo od filmu oczekuję więcej, niż tylko pretekstu do zachwytu i poddania się artystycznym pretensjom jego twórców. Innymi słowy: brakło mi powodów, by się filmem …. zachwycić, nie mówiąc już o tym, by obwieścić, że jest on arcydziełem.

greydot

Bynajmniej nie twierdzę, że ten obraz to taka „czarna kropka”* (vide: dygresja poniżej), ani tym bardziej, że jest to nic, ale – podobnie jak to można usłyszeć w filmie, gdzie pada stwierdzenie, że „niebo jest przereklamowane” – uważam, że jest to obraz mocno jednak przereklamowany, że przesadzone są te pienia pochwalne większości krytyków i że film nie doczekał się trzeźwej oceny. Nie muszę chyba wspominać o tym, że nie zgadzam się z opiniami, które „Wujka Boonmeego” mieszają z błotem, odmawiając mu wszelkiej wartości, ale też nie podzielam mocno przesadzonych pochwał umieszczających ten film w obszarach bliskich arcydziełom kina. Jednocześnie chciałbym podkreślić prawo tych wszystkich, którym „Wujek” się po prostu nie spodobał (albo nie był przez nich zrozumiany) do wyrażenia swojej dezaprobaty tudzież konsternacji – bez obawy, że zostaną posądzeni o niewrażliwość, ograniczoność a może nawet o brak inteligencji.

greydot

**

* MAŁA DYGRESJA: Zdaję sobie sprawę z tego, że można godzinami wpatrywać się np. w akwarium, w wodę, w drzewo, w mur, cegłówkę, w jeden punkt, plamkę albo – dajmy na to – w białe cyferki namalowane (ledwie widocznie) na białym płótnie. I wymyślać sobie Bóg wie co… Bynajmniej nie uważam, że samo w sobie jest to czymś złym (w końcu uznać to można za jeden z rodzajów medytacji), jednak sprawy zaczynają wyglądać inaczej, kiedy taką sytuację rozpatrzymy w kontekście odbioru sztuki. Bo według mnie natrafiamy tu na jeden z zasadniczych problemów związanych z percepcją „dzieł” sztuki współczesnej, którym są: nadinterpretacja, swoista nadbudowa myśli, przydawanie znaczenia czemuś, co znaczenia nie ma (albo ma znaczenie zupełnie inne). I czyni się tak bez względu na to, czym w rzeczywistości dany obiekt (sztuki?) jest, jaką ma treść, czy też wartość artystyczną (którą i tak ustala się dziś dowolnie i arbitralnie – bo uniwersalne kryteria wartościowania sztuki uleciały wraz z postmodernizmem i przestały istnieć). Dla mnie jednak ciągle czymś najważniejszym pozostaje samo dzieło sztuki, a nie to co wokół niego się nawarstwia. (Czyli w samym dziele sztuki nadal szukam punktu zaczepienia, a nie w ezoteryce tego, co ktoś sobie o nim pomyśli.) Uważam, że weryfikacja znaczeniowa jest możliwa tylko wtedy, jeśli odniesiemy się do dzieła, a nie do jego interpretacji i wartości naddanej. Oczywiście, że o – dajmy na to – czarnej kropce na białym tle można spisać tomy. Ale w tym tumulcie znaczeń i asocjacji sama czarna kropka przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie – równie dobrze mogłoby jej w ogóle nie być, a my nadal podniecalibyśmy się tym, co byśmy sobie o tej kropce pomyśleli. Zresztą, zamiast kropki mogłoby być cokolwiek innego – tak więc, jeśli uznamy, że wszystko jest sztuką, to samo pojęcie sztuki przestaje mieć sens. I tym oto sposobem wszyscy znaleźliśmy się (a raczej zagubili) w kropce.

Niedawno przeczytałem gdzieś następującą opinię: „… nieważne jakich środków użyła artystka, jakie kierowały nią pobudki. Liczy się efekt (w moim wypadku lawina pytań), jaki wywołała.” Dla mnie jednak nadal ważne jest to, jakich artysta używa środków, i jakie są jego pobudki… Nadal ważny jest dla mnie warsztat artysty, jego wiedza, wrażliwość, biegłość, mistrzowskie opanowanie formy, treści jakie chce nam przekazać, jego przesłanie, mądrość, intencje… Jeśli tego nie będziemy cenić (poważać), jeśli to staje się nam obojętne – to tak jak byśmy nie cenili samego artysty, (który to wszystko sobą reprezentuje, który tym wszystkim jest, który przez to wszystko wyraża swoją sztukę… etc.) Wtedy rzeczywiście najważniejszy jest pomysł. I nieistotne nawet staje się to, czy ten pomysł jest banalny, mądry czy głupi – tylko to, jakie reakcje (emocje) w nas wywołał. Tym sposobem, według mnie sztuka przestaje istnieć – zamienia się w koncept, jakiś impuls, psychologiczny gadżet, nowinkę, kuriozum… A my reagujemy jak dzieci (czyli infantylnie), które mają radochę już wtedy, kiedy ktoś zrobi do nich głupią minę, albo kiwnie zabawnie paluszkiem. Tylko czy to będzie świadczyć o naszych genialnych zdolnościach aktorskich? Czy też raczej o potrzebie śmiechu u dziecka, które może się śmiać z byle czego?

*