Z TATR W GÓRY SKALISTE

(zapiski z podróży)

Tatry

Tatry

.

iTatry.
Nie było mnie w tym miejscu 30 lat! Z mojej licealnej wycieczki pamiętam jedynie niewyraźne scenki z domu Tetmajera, cieniutkie nóżki naszego przewodnika i jakieś mgliste obrazki znad Morskiego Oka.
Cały majestat Tatr pozostał dla mnie nieodkryty. Czyżby dopiero dzikość, pejzażowa monumentalność i niezmierzoność amerykańskiego Zachodu obudziły we mnie wyczulenie na otaczający nas spektakl Natury?
Tak więc Tatry objawiły mi się tak, jakbym widział je po raz pierwszy. I zagrało we mnie to uczucie, jakiego doświadczałem często w obliczu nowo poznanych miejsc, które porażały mnie swoją niezwykłością i pięknem.
Nie wydaje mi się abym był zupełnie wolny od plemiennego sentymentalizmu, ale tym razem radość z obecności na ziemi o takiej urodzie była całkowicie wyzbyta jakiejkolwiek patriotycznej konotacji. Góry polskie czy słowackie? Jakież to mogło mieć znaczenie? Niedorzeczna wydała mi się myśl, aby szczycić się czymś, czego posiadanie zawdzięczamy jedynie geograficznemu przypadkowi.

Przeraziły mnie tłumy wdrapujące się po asfaltowej drodze ku Morskiemu Oku. Nie chcę wszak, aby ta niechęć do ludzkiej ciżby została tu źle zrozumiana. Większość z nas, od czasu do czasu lubi być w tłumie, ja również… ale nie w górach, które zawsze uważałem za miejsce gdzie można się wyciszyć, zagłębić w samotności, zajrzeć w siebie… Także zakosztować przyrody, zmierzyć z surowością natury.
Cenię doświadczenie wspólnoty z większą grupą ludzi, ale nie na górskim szlaku.

Zakopane, Krupówki.
Cóż, wydaje mi się, że straciły one swój dawny charakter, a nie wyrobiły sobie jeszcze nowego. Dlatego kosmopolityczne tłumy turystów przewalające się po tym głównym deptaku Zakopanego równie dobrze mogłyby się czuć w jakimkolwiek austriackim, szwajcarskim czy niemieckim górskim miasteczku. Oscypki, kwaśnica czy nawet góralskie u-orkiestry to za mało.
Pizza Hut i Kentucky Fried Chicken gryzą się z wylizanymi, silącymi się na autentyczną góralszczyznę karczmami. Gabinet figur woskowych, sklepy ze szwarcem, mydłem i powidłem, tandetne pamiątkarstwo – cała ta eklektyczna rupieciarnia w nader wątpliwym estetycznie guście wchodzi nam na głowę.
Mimo to wszechobecny luz wakacyjnego lenistwa robi swoje i daje się odczuć owa beztroska atmosfera będąca udziałem ludzi, którzy zostawili za sobą swoje powszednie światy. Zawieszeni w obcym ale jednak przyjaznym miejscu, mogą zapomnieć o swoich harmonogramach. Mogą się stać kimś innym, może nawet… sobą i niewykluczone, że niektórym z nich jest z tym ostatnim wcieleniem dobrze.

Do hotelu Belvedere trafiłem właściwie przez przypadek. Kiedy znalazłem się w jego wnętrzu, przypomniała mi się sarkastyczna opinia Passenta na jego temat, z którą gdzieś niedawno się zetknąłem.
Nie podzielam jego zdania o rozpanoszonym tu „najgorszym guście”, niemniej jednak miałem wrażenie, że jest to obiekt jak najbardziej nie na miejscu – już sama nazwa (podobnie jak sąsiedni „Wersal”) wydała mi się pretensjonalna, przystająca do Zakopanego jak kareta do wołu.
Być może w ogóle luksus nie pasuje z natury rzeczy do takich miejsc jak Zakopane, a już na pewno luksus bezstylowy i kosmopolityczny.

Niestety, moje poszukiwanie kwatery na Kościeliskach spęzło na niczym, nie chciałem też utknąć w jakimś pensjonacie w samym mieście.
Belvedere zaś leżał na uboczu, przy drodze Do Białego, otoczony lasem i spokojem. Za płotem zaczynał się szlak, w ciągu minuty człowiek był wśród drzew, ptasich świergotów i szumu strumienia. Przejście z „miasta” w góry odbywało się niemal natychmiast. A wystarczyło dziesięć minut na szlaku, by przeżyć kilka przygód: pies kąpiący się w potoku, niezwykłe kwiaty i narośle na liściach, kryjące się wśród drzew stare schronisko…
Maleńkie fragmenty świata, składające się, niczym puzzle, w hedone – wielką radość i przyjemność życia.

greydot

Granite Park Chalet (Glacier National Park, Montana)

Granite Park Chalet (Glacier National Park, Montana)

.

ii

Od kilku dni jestem w Montanie.
To ciekawe doświadczenie porównać nasze polskie góry (w których byłem zaledwie dwa tygodnie wcześniej) z amerykańską “dziczą” Gór Skalistych, z którą zderzam się teraz.
Miejsce jest mi znane, gdyż bywałem tu już wielokrotnie: to leżący na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Kanady Park Narodowy Lodowców (Glacier National Park). Nigdy jednak nie miałem aż tyle czasu co teraz, by zapuścić się na dłużej w dzikie górskie ostępy – by wędrować całymi dniami wśród lasów, jezior, skał i lodowców.

Słowa te piszę w miejscowości Saint Mary, leżącej na pograniczu Parku Lodowców i rezerwatu Czarnych Stóp.
O tych stronach powiedzieć można sporo, jednakże chciałbym skupić się na pewnym niezwykłym dla mnie doświadczeniu, jakim było spędzenie nocy w odciętym od świata, położonym w samym sercu gór, schronisku.

Aby dostać się do Granite Park Chalet trzeba pokonać kilkunastokilometrowy szlak: Swiftcurrent Pass Trail lub Highland Trail. Wybrałem ten pierwszy, być może dlatego, że wymagał znacznie większego wysiłku. Trzeba było bowiem wspiąć się kilka kilometrów na wysoką przełęcz, po bardzo stromym zboczu, mając tuż obok kilkusetmetrowe przepaści – a wszystko w towarzystwie śnieżnych kozłów, kolorowych skał, grzmiących kaskad i śniegu.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, słońce chyliło się ku zachodowi, zalewając złotym blaskiem okoliczne doliny. Wkrótce różowym płomieniem zapaliły się górskie szczyty, przechodząc stopniowo w głęboką purpurę. Na niebie kłębiły się chmury, ciągle zmieniając – niczym w jakimś zaczarowanym kalejdoskopie – swoja barwę i kształty.
Prawie godzinę siedziałem oniemiały na tarasie schroniska przyglądając się temu Wielkiemu Spektaklowi na Niebie.
Wkrótce na niebo wysypały się gwiazdy, wzeszedł księżyc ogarniając srebrną poświatą górskie zbocza, granie i szczyty.
Długo nie moglem zasnąć. Mimo zamkniętych oczu ciągle widziałem te wszystkie obrazy, które otaczały mnie dzisiejszego dnia.

Ja, nieodrodny wspólnik wielkomiejskiej cywilizacji, zdaję sobie doskonale sprawę z namiastkowości podobnych doświadczeń.
Dawno minęły już czasy, kiedy dotarcie do takich miejsc wymagało wielotygodniowej przeprawy – końmi lub pieszo – przez dziewicze puszcze i górskie bezdroża; zdania się tylko na siebie – na własną znajomość elementarnej szkoły przeżycia, na którą składały się obycie z przyrodą, zdolność orientacji w terenie, wytrzymałość, twardość, determinacja…

Czy możliwy jest nasz bezwarunkowy powrót do natury?
Czy możemy otrząsnąć się z naszych cywilizacyjnych naleciałości?
Wydaje mi się, że nie jest to już możliwe, nawet jeśli chcielibyśmy poświęcić temu całe nasze życie.
Zresztą, podobne tęsknoty są chyba wyrazem naszej naiwności. Zaczęliśmy je artykułować jeszcze przed Oświeceniem, a już na dobre rozkwitły one w dobie Romantyzmu.
Najwyraźniej odbiło się to w pismach Jana Jakuba Rousseau, który kreślił wizje Natury jako naszego Raju Utraconego. Jemu też zawdzięczamy rozwinięcie archetypu noble savage – Szlachetnego Dzikusa, istoty prostej, niewinnej, nie zepsutej jeszcze przez cywilizację. Swój wpływ miały również powieści Williama Dafoe (przygody Robinsona Cruzoe na bezludnej wyspie), czy też Jonathana Swifta (podróże Guliwera do różnych bajecznych krain)… etc.

W naszej kulturze zrodziła się utopia szczęśliwej nieskażonej krainy, naturalnego raju.
Utraconego na zawsze?
A może nigdy nie istniejącego?

greydot(zapiski pochodzą z 2008 r.)

Widok na Saint Mary Lake i Wild Goose Island – Park Narodowy Lodowców w Montanie

Widok na Saint Mary Lake i Wild Goose Island w Parku Narodowym Lodowców w Montanie

© ZDJĘCIA WŁASNE

Powiązane wpisy: „Spotkanie z grizzly” , „Natura – piękno, zachwyt, bojaźń i drżenie”

Zdjęcia z Parku Narodowego Lodowców w Montanie obejrzeć można TUTAJ.

.

RAJ W CIENIU WIELKIEJ GÓRY

.

Mt. Rainier wyłania się z chmur

Mt. Rainier wyłania się z chmur

.

poczekalnia, awaria, trampki i lot

Późny samolot do Seattle. Zapokładowanie przebiega sprawnie. Wszyscy pasażerowie siedzą na swoich miejscach. Za pięć minut mamy startować.
Nagle słyszymy polecenie pilota, by opuścić maszynę.
Oficjalna wersja: potrzeba wymienić olej w silniku i go zrestartować…
Mogli by wymyślić coś mądrzejszego!
Wszyscy posłusznie i bez szemrania wychodzą z samolotu (nie było naszych Rodaków, więc obyło się bez dosadnych komentarzy, oprócz mojego cichego – w myśli)

Siedzimy w poczekalni, oglądamy (i słuchamy) program Larry’ego Kinga w CNN. Nadstawiam ucha bo mówią coś o Vancouver, w którym mam być już za dwa dni.
Co za wiadomość!
W pobliżu tego kanadyjskiego miasta woda wyrzuciła na brzeg pięć odciętych ludzkich stóp – wszystkie prawe i wszystkie w … trampkach! Myślałem że się przesłyszałem, ale gdzie tam – inni słyszą to samo co ja.
Dochodzę do wniosku, że to niemożliwe, by rzeczywistość płatała nam takie okrutne i absurdalne zarazem figle… bez naszego udziału. Podejrzewam, że to jednak sprawka jakiegoś makabrycznego żartownisia. Jednak w studio Kinga wszyscy rozprawiają o tym z powagą, nikt jakoś nie wpada na to proste i chyba jednak jedyne sensowne wytłumaczenie. Chociaż mogłoby się komuś wydawać, że to temat dla kolejnej powieści grozy innego pana Kinga – Stephena. Bo przecież… skąd tu wziąć niepostrzeżenie pięć ludzkich stóp! (Bo o trampki to już łatwiej.)

W końcu, po godzinie wchodzimy do samolotu i zaczyna się normalna gniecionka w wąskich jak cholera siedzeniach.
Coś czytam, później próbuję spać… ale gdzie tam! Nie wiadomo co zrobić z nogami , jak ułożyć głowę… tortury znane każdemu, kto musiał spędzić kilka (a niekiedy i kilkanaście) godzin w samolocie.

sleepless in Seattle

Po czterech godzinach lądujemy w Seattle. Jest już po północy. Odprawa bagażu, wychodzę na zewnątrz, chcę złapać taksówkę … podjeżdża jedenastoosobowy van. Jestem sam, więc uważam, że to lekka przesada, żebym do niego wsiadał. Ale innej taksówki nie ma. Kierowca mówi (domyślam się co mówi, bo to Hindus strasznie kaleczący angielski), że cena jest taka sama, co powtarza z dziesięć razy podczas półgodzinnej jazdy do hotelu. No i naturalnie opowiada o swoich Indiach oraz – jakże by mogło być inaczej – o swojej rodzinie. Angielski strasznie łamany, ale jakoś się rozumiemy. Jeszcze bardziej się ożywia, kiedy mówię, jak bardzo zafascynował mnie jego kraj.
I rzeczywiście kasuje 40 dolarów, czyli (podobno) jednak tyle co za zwykłą taksówkę o tej porze w nocy. A jest już druga.

Jestem w samym centrum Seattle.
Na recepcji nie śpią, wkrótce trafiam do swojego pokoju, biorę prysznic, (a może jednak nie … już nie pamiętam ), kładę się do łóżka, próbuję zasnąć…
Kurcze… nie wychodzi! Pięć odciętych stóp w trampkach! Bardziej absurdalne, niż straszne. Próbuję od tego odwrócić myśli, może nawet… przestać myśleć, ale nie ma tak łatwo.
Przez okno widzę charakterystyczny futurystyczny spodek Space Needle – wieży, z którą zwykle kojarzy się na całym świecie to miasto. Oświetlona jak w Bliskich Spotkaniach Trzeciego Stopnia, dziwna, jak nie z tego świata…
Atmosfera niczym z Archiwum X.
Wieża wyrasta nie dalej, jak 100 metrów od mojego hotelowego okna. Jej neonowy niebieskawy blask gryzie w oczy. Jak tu spać? A na zegarze trzecia!
No pięknie! Za cztery godziny mam spotkać pewną grupę ludzi, a przecież wypada być wtedy świeżym, zwartym, sprawnym i gotowym.
Myśl błądzi po różnych tematach, ale w końcu zawsze wraca do kosmicznego spodka – i tak aż do rana snuje się ta moja insomnia.
Cóż… nie spodziewałem się tej bezsenności w Seattle.
To prawda, ze czasem rzeczywistość sączy się jak krew z nosa.

Vancouver z lotu ptaka (helikoptera)

Vancouver z lotu ptaka (helikoptera)

.

Vancoucer  – olimpijskie Whistler

Dwa dni w iście ekspresowym tempie.
Małe nieporozumienie co do lokalizacji hotelu, gdzie mam się spotkać z gośćmi z kraju (dwa hotele o tej samej nazwie) i oto wyjeżdżamy z Seattle opóźnieni o prawie dwie godziny. Musimy być na określony czas w Vancouver, stąd pośpiech.

Na szczęście przekroczenie granicy z Kanadą odbywa się szybko i bez problemów, tak że około południa jesteśmy na lotnisku dla helikopterów w samym centrum Vancouver.
Półgodzinny lot nad miastem i cieśniną Howe’a.
Z góry wszystko wydaje się śmiesznie małe. Niezwykłe wrażenie zawieszenia w powietrzu (helikopter jest cały przeszklony). W sumie – taka trochę dziecinna zabawa dla dorosłych, coś w rodzaju rollercoastera, tyle że spokojniej, bez wstrząsów i drożej

Po wylądowaniu krótka przejażdżka po downtown, następnie jedziemy do Parku Stanley’a, który jest czymś w rodzaju wyspy porośniętej dziewiczą puszczą, oddaloną o kilkaset metrów od miasta.
Po suto zakrapianym posiłku – spacer i oddech wśród wspaniałych drzew i indiańskich totemów z ciekawą perspektywą na oszklone drapacze chmur Vancouver.

Późnym popołudniem wyjeżdżamy na drogę Sea to Sky Highway (czyli, dosłownie, na autostradę “Od Morza w Góry”). Za trzy godziny powinniśmy być w Whistler.
Trasa jest malownicza. Wpierw prowadzi wzdłuż krawędzi fiordu, wysoko nad wodą. Później odbija w góry, pokazuje się śnieg, a nawet lodowce. Nasz (lokalny) kierowca Tim spisuje się znakomicie.
Wszędzie widzimy roboty drogowe – trwają przygotowania do zimowej Olimpiady, która odbywać się ma właśnie w Whistler, uznanym nota bene za najlepszy resort narciarski na kontynencie Ameryki Północnej.

Kolacja i nocleg w Chateau Fairmont.

Nazajutrz wracamy już do Vancouver. Po drodze widzimy jeszcze imponujące wodospady Shannona. Zaliczamy też kolejny lot helikopterem – tym razem na szczyt Grouse Mountain (jednakże zamiast dzikich cietrzewi spotykamy udomowione niedźwiedzie grizzly i tresowane orły z ich nie mniej interesującymi treserkami), zaś pod wieczór kierujemy się w drogę powrotną do Seattle.

Aaa… jeszcze zakupy. (Wiadomo: dolar słaby, złotówka mocna… Co to się nie porobiło na tym świecie! Ameryka stała się teraz dla Rodaków tańszym krajem niż Polska.)

Późnym wieczorem dojeżdżamy wreszcie do Seattle. Miasto tonie w miriadach kolorowych świateł.

Treserka orłów spod Vancouver

Treserka orłów spod Vancouver

.

mała wycieczka osobista

Przeżywam teraz niejaką konsternacje, gdyż nie jestem pewien czy warto o tym pisać. Czy ktoś przeczyta to z zainteresowaniem? I czy nie naruszam czyjeś dyskrecji?
Nie powiem… wypad do Kanady był niezłą frajdą, ale czy może to kogoś poza nami obchodzić? (Chyba jedynie służby specjalne wrogich mocarstw… just kidding!)
Najciekawszy wątek dotyczyłby zapewne charakterystyki osób, z którymi się spotkałem, ale siłą rzeczy bardzo niezręcznie byłoby mi o tym pisać. Zdradzę jedynie to, że moimi towarzyszami podróży byli zarówno pracownicy rządu polskiego, jak i amerykańskiego, a zamieszani w całą tę eskapadę byli także przedstawiciele firmy Microsoft, która jak wiadomo, ma swoją główną siedzibę w Seattle.
Tak się złożyło, że działo się to wszystko akurat w czasie, kiedy oficjalnie ze swojego stanowiska ustąpił Bill Gates, postanawiając poświęcić się odtąd prawie wyłącznie działalności charytatywnej.

Wtrącę jeszcze tylko, że nie przepadam za podobnymi imprezami, które zbytnio determinują jednak moje zachowanie – tak, że nie można raczej być wtedy w pełni sobą.
Wprawdzie można wygrywać w ten sposób pewną – nadal autentyczną – część własnej osobowości, ale jest to – akurat dla mnie – swego rodzaju personalna nisza, której zbytnio nie pozwalam się rozrosnąć. Tym sposobem można zachować wobec podobnych występów pewną rezerwę.

Jedna wszak myśl utrzymywała mnie w równowadze.
Ale o tym to może będzie następnym razem.

Kosmiczna Igła w nocy

Tym razem wracam do Seattle o ludzkiej porze – jest dopiero 9 wieczór. Miasto tętni jeszcze życiem, choć teraz jest to już życie nocne.
Żegnam się z ludźmi, z którymi przebywałem kilka dni. Już jutro, i to wczesnym rankiem, wylatują do Waszyngtonu DC.
Wcale im tego nie zazdroszczę.
Cieszę się na myśl o zaszyciu się w moim ulubionym zakątku w pobliskich górach.
Przełamując lekkie zmęczenie wybieram się na nocny spacer ulicami miasta. Nigdy do tej pory – mimo wielokrotnych wizyt w Seattle – nie miałem czasu by spojrzeć na panoramę miasta z okolicznego wzgórza. Może tym razem?
Nie mam mapy, ale wieża Space Needle jest dla mnie niezawodnym punktem orientacyjnym.
Po trzech kwadransach wspinania się pod górę, docieram do parku, w którym znajduje się platforma widokowa. Wokół pełno młodzieży – w parach i w grupkach, atmosfera luzu i beztroski.
Z tej perspektywy miasto prezentuje się doprawdy imponująco. Modernistyczna kompozycja z tysięcy kolorowych, migotliwych światełek – klasyczne Seattle by night. (Ujmuje nawet takiego kontestatora urbanizacji jak ja.)
Robię kilkanaście zdjęć (nie wiem czy bez statywu coś z tego wyjdzie). Spędzam jeszcze parę chwil gapiąc się na ten niezwykły widok, który roztacza się przed moimi oczami.
Łapię taksówkę i po dziesięciu minutach jestem w hotelu.
BIORĘ PRYSZNIC!
Niczym kłoda rzucam się na wymarzone łóżko i zasypiam kamiennym snem. Okazuje się jednak, że można zasnąć w Seattle… może nawet snem sprawiedliwego?

Seattle by night i Kosmiczna Igła

Seattle by night i Kosmiczna Igła

.

ucieczka w cień Wielkiej Góry

Uciekłem w mateczniki i knieje. Cały dzień włóczęgi w cieniu Wielkiej Góry!
U jej stóp gęsta puszcza, której soczysta zieleń kłuje wprost w oczy.
Na tej wysokości baśniowy las tętni już wiosenno – letnim życiem.

W wyższych partiach Mt. Rainier (bo tak właśnie nazywa się współcześnie Wielką Górę) głębokie śniegi. Droga biegnie w tunelach wśród kilkumetrowych zasp. Tu jeszcze nie dotarło lato… ani nawet wiosna.
Idę po szlaku zupełnie zasypanym śniegiem.
Biało.
Nieopodal marszczy się niebieskawo zsuwający się z Wielkiej Góry lodowiec. Wśród skał stają w słupek świstaki, przemykają się cicho czarne lisy, słychać śpiew ptaków.
Słońce próbuje się przebić przez chmury.
Co jakiś czas podnoszę głowę by kolejny raz zachwycić się potęgą wysokiego na cztery i pół kilometra wulkanu, jakim w rzeczywistości jest przykryta śnieżno-lodową czapą Wielka Góra.

Zapominam o całym cywilizowanym świecie.
I bardzo mi z tym dobrze

atawizmy przy kominku

Przed chwilą wróciłem do mojej leśnej chatki.
Gorąca herbata z rumem. W kominku trzaskają płonące brewiona. Zrzucam wysłużone buty, suszę przemoknięte nogawki.
Cudowne uczucie odprężenia i prawie że kojącego zmęczenia.
Błogie poczucie bezpieczeństwa, pamiętane jeszcze pewnie z czasów, kiedy po udanym polowaniu chroniliśmy się w ciepłych ogniskiem jaskiniach.
Brakuje tylko przy boku jakiejś oddanej squaw.

Mount Rainier

Wielka Góra to oczywiście wysoka na 4 400 m. Tacoma, znana teraz powszechnie jako Mount Rainier.
Przyznam ze nazwa indiańska (oznaczająca po prostu Górę) podoba mi się bardziej, podobnie jak Denali zamiast McKinley. Wydaje mi się bowiem bardziej naturalna, lepiej przystająca do tego kontynentu, na którym Europejczycy zjawili się dopiero wczoraj, a szarogęszą się jakby tu byli od zawsze.
Tacomę przezwał tak przed dwustu laty kapitan Vancouver, podobno na cześć swojego przyjaciela księcia Rainier, który zresztą nigdy góry nie widział, ani też w Ameryce nigdy nie był. (Oj, przydałaby się rewizja tych nazw, bardziej może nawet niż u nas w kraju, gdzie na gwałt zmieniono nie tak dawno jeszcze nomeny komunistyczne na katolickie.)

Kiedy przed laty po raz pierwszy zobaczyłem Tacomę, czyli Mt. Rainier, oniemiałem z zadziwienia i zachwytu. A było to tuż przed zachodem słońca. Od Wielkiej Góry dzieliło mnie wtedy kilkadziesiąt kilometrów, a ona wydawała się być – potężna i monumentalna – tuż, tuż…
Nigdy w życiu nie widziałem podobnego zjawiska: wysoko ponad horyzontem wisiał gigantyczny biało-różowy stóg, o którym już wiedziałem, że jest pokrytym śniegiem i lodem wulkanem.

Przy dobrej widoczności Górę widać z odległości ok. 300 km., można więc sobie wyobrazić jej rozmiary i potęgę.
Mt. Rainier to emblemat stanu Waszyngton (jej charakterystyczną, nie pozbawioną gracji sylwetkę, można zobaczyć na każdej tablicy rejestracyjnej stanu) – znak rozpoznawczy widoczny z odległości setek kilometrów. Naturalny skarb, który mimo piekielnego pochodzenia (góra jest najwyższym z wulkanów Ameryki Północnej powstałych na okalającym Pacyfik osławionym Pierścieniu Ognia), zniewala swoim pięknem.
Piszę to bez żadnej egzaltacji i przesady. Uważam, że Tacoma, zwłaszcza w środku lata, jest jednym z najpiękniejszych miejsc naszej planety.

Dlaczego w tym właśnie czasie?
Otóż wtedy zbocza góry pokrywają się bajecznie kolorowym kobiercem dzikich kwiatów, co w zestawieniu z potęgą ośnieżonego szczytu, rzeźbą terenu, wodospadami, fauną i florą, niezwykłą atmosferą miejsca i mikroklimatem, wywiera ogromne wrażenie… niezwykłości, a może nawet i cudowności.

Na kwitnące łąki jest w tej chwili jeszcze za wcześnie, niemniej jednak w dolnych partiach, u stóp Tacomy, lasy tętnią już pełnią życia, rzeki rwą skalnymi żlebami, po skałach przelewają się wodospady, a zwierzyna otrząsa się z zimowego uśpienia…
Wystarczy jednak przemieścić się kilkaset metrów wyżej, by znaleźć się w innym świecie – w innej strefie klimatycznej, gdzie dominuje jeszcze śnieg, a zima jeszcze nie jest tylko li wspomnieniem.

Zejście ze szzczytu wulkanu - My. Rainier jeszcze w czerwcu przykryty jest grubą warstwą śniegu

Zejście ze szczytu wulkanu – Wielka Góra jeszcze w czerwcu przykryta jest grubą warstwą śniegu

Paradise

No cóż… byłem w Raju, jednak twarz mam teraz ogorzałą, jakbym wstąpił do piekieł, choć wcale mi tam po drodze nie było.
Nie spodziewałem się tak mocnego słońca. Kiedy wyruszałem na szlak, tylko jedna, wschodnia strona góry była nasłoneczniona. Po zachodniej, nad Tacomą, kłębiły się chmury. Lecz za parę godzin wszędzie już paliło ostre słońce.

Z tym „rajem” to nie są żarty.
Odwiedzający Park Narodowy Mt. Rainier przybysze zmotoryzowani docierają zwykle do dwóch miejsc na zboczach góry, do których dojechać można samochodem. Jednym z nich jest Sunrise, o tej porze zamknięte, bowiem droga nadal zasypana jest śniegiem. Drugim – właśnie Paradise, położony już w strefie lodowców, na południowym stoku wulkanu. Amerykanie mają skłonność do przesady w nazewnictwie, jednakże Paradise jak najbardziej zasługuje na swoje imię. Kiedy bywałem tu w czasie kwitnących łąk (środek lata), zakątek ów wydał mi się zaiste jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałem w swoim życiu.

O tej porze roku niemal wszystkie szlaki wokół Paradise pokryte są jeszcze śniegiem, niemniej jednak są otwarte, oznaczone i uczęszczane.
Wybrałem Skyline Trail, który okrąża Paradise po graniach. Tym razem mogłem jednak dotrzeć tylko do Punktu Panoramy, najwyższego miejsca na szlaku, skąd, przy dobrej pogodzie, rozciąga się widok w promieniu ponad 200 km.
W czasie kiedy tam dotarłem, chmury nad Tacoma rozwiały się a powietrze wyklarowało tak, że można było, oprócz pobliskich wulkanów Mt. Adams i Mt. St. Helens (czy pamięta ktoś potężną erupcję tego ostatniego w 1982 r.?), dostrzec położoną już w Oregonie – po drugiej stronie rzeki Columbia –  Mt. Hood.

Szlak Skyline pokrywa się z tym, który prowadzi do Camp Muir – obozu, skąd wyruszają twardziele zdobywający Mt. Rainier. Spotkałem dzisiaj kilkadziesiąt osób, które wracały ze szczytu. Musieli wstać zaraz po północy, opuścić Camp Muir przed pierwszą, by zdobyć szczyt nad ranem i wrócić jeszcze przed południem, aby uniknąć zabójczych lawin.
Równie wielkim wyzwaniem jest piesze okrążenie góry szlakiem Wonderland Trail o długości – bagatela! – 150 km. Z tym, że trzeba na to przeznaczyć od 10 do 14 dni, wędrując z plecakiem i śpiąc po drodze w namiotach.n Ci, którzy tego dokonali, mówią o niezapomnianym doświadczeniu swojego życia.
To się dopiero zowie pobratanie z Naturą!

Po półdniowej śnieżnej włóczędze wracam do Paradise Inn. Pora na suszenie, posiłek i odpoczynek. W olbrzymiej sali tej gospody panuje fantastyczna atmosfera. Z ogromnego kominka promieniuje ciepło, ktoś gra na pianinie… Ludzie z całego świata wymieniają się wrażeniami, dzielą doświadczonymi przygodami, zawiązują się nowe znajomości…
Kończy się jeszcze jeden dzień w raju.

* * *

Widzę że ów tekst rozrósł mi się do niebezpiecznych rozmiarów, co może wystawić na próbę cierpliwość ewentualnego Czytelnika. Tak więc owym rzeczowym sprawozdaniem moją relację z Raju zmuszony jestem zakończyć.
A tyle myśli kłębiło mi się w głowie, kiedy siedziałem blisko godzinę na ogrzanej słońcem półce skalnej Punktu Panoramy, gapiąc się w niewiarygodny spektakl objawiający się przed moimi oczami.

* * *

UWAGA: Notatki pochodzą z podróży, która odbyła się w czerwcu 2008 r.

Nie ma to jak wyciągnąć nogi w odpowiednim czasie i miejscu.

Nie ma to jak wyciągnąć nogi w odpowiednim czasie i miejscu

.

Happy monk in winter Paradise - Mt. Rainier

Happy buddist monk in winter Paradise – Mt. Rainier

.

DODATEK

Przy okazji załączam kilka zdjęć z Mt. Rainier zrobionych latem – wraz z notą ze strony ŚWIAT W OBRAZACH, na której obejrzeć można więcej obrazów z tego niezwykłego zakątka Ameryki:

Park Narodowy Mt. Rainier położony w zachodniej części stanu Waszyngton to obszar kilkuset mil kwadratowych dziewiczej przyrody, otaczającej olbrzymi, wysoki na 4 400 m. wulkan, jakim w rzeczywistości jest Góra Rainiera.
Uderza zróżnicowanie stref klimatycznych, w miarę jak wznosimy się ku szczytowi Tacomy (tak nazywali Wielką Górę Indianie), a co za tym idzie wielka różnorodność fauny i flory. Przypomina to przenoszenie się w krótkim czasie z jednego świata do drugiego, gdzie panują inne warunki, żyją inne zwierzęta, rosną inne rośliny…
Późną wiosną, ale i wczesnym latem, gdy na wysokości 2 km. n.p.m. trwa jeszcze skuta lodem i pełna śniegu zima, o kilkaset metrów niżej zieleni się las, do którego zawitała już pełnia lata. Lecz zwykle w połowie sierpnia, śniegi topnieją a odsłonięte dzięki temu łąki pokrywają się niewiarygodnie kolorowym kobiercem kwiatów, które sprawiają, że Mt. Rainier staje się wtedy jednym z najpiękniejszych miejsc na naszej planecie. Wówczas nazwy, jakie nadał człowiek znajdującym się tam miejscom (dajmy na to: Wonderland albo Paradise) nabierają całej swej adekwatności – urzeczywistniając się w widzianych przez nas obrazach.

(UWAGA: Kliknij na zdjęcie, aby zobaczyć obraz w pełnym wymiarze.)

Park Narodowy Mt. Rainier

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (1)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (2)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (3)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (4)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (5)

 

Więcej zdjęć z Parku Narodowego Mt. Rainier obejrzeć można na nowej wystawie TUTAJ.

© ZDJĘCIA WŁASNE

KANADA PACHNĄCA EUROPĄ

*

Le Rocher Percé - najsłynniejsza skała Kanady

Widok na Le Rocher Percé i Zatokę św. Wawrzyńca (Półwysep Gaspésie, Quebec)

 

Na podróż po wschodniej Kanadzie poświeciłem ponad trzy tygodnie, co i tak okazało się zbyt krótkim okresem, by dobrze poznać ten rejon Ameryki. Pozwoliło mi jednak wyrobić sobie pewne pojęcie o tym jak wygląda (głównie frankofońsko – anglosaska) cywilizacja rozłożona w dolinie rzeki Św. Wawrzyńca. I choć wydawałoby się, że dla kogoś, kto mieszka w rejonie Wielkich Jezior, nie jest to kraina egzotyczna, (bo leżąca właściwie tuż za miedzą, czy też raczej jeziorem) to jednak ciekawość przeważyła i dzięki temu mogłem na własne oczy przekonać się, jakie są wschodnie rubieże naszych kanadyjskich sąsiadów.

 

1.

Kanadyjczycy dokonali rzeczy godnej szacunku – stworzyli państwo i społeczeństwo żyjące w miarę dostatnio i spokojnie. Co prawda było im łatwiej, bowiem mieli do swojej dyspozycji krainę przebogata i różnorodną. W rezultacie mamy tam do czynienia z doskonałą niemalże hybrydą amerykańskości z europejskością. Jest to pewnie zaleta, ale w moich oczach, paradoksalnie, widzę to bardziej jako wadę: dla mnie Kanada z jednej strony jest za mało europejska, a z drugiej za mało… amerykańska. W konsekwencji Stany – w porównaniu z Kanadą – to kraj z większym oddechem, szerszą perspektywą; zaś Europa… wiadomo – tradycja, zabytki, kultura i jej elementy przeniesione na inne kontynenty mogą być jedynie tej europejskiej cywilizacji odpryskiem, (podobna refleksja nawiedziła mnie w Peru).
Być może jednak nie mam racji, tym bardziej, że zdaję sobie sprawę, iż to, co dla mnie jest pewnym niedosytem, dla innych może być atrybutem: amerykańskość Kanady jest dla nich moderowana europejskością, zaś europejskość rewitalizowana amerykańskością.
Niemniej ważny, z socjologicznego punktu widzenia, wydaje się płaszcz socjalny (w postaci np. „darmowej” służby zdrowia), który w Kanadzie jest grubszy niż w jakimkolwiek innym kraju obu Ameryk.

2.

Najbardziej kosmopolityczne jest Toronto, miasto na wskroś nowoczesne. Im dalej zaś na wschód – tym bardziej górę bierze pewna lokalność, tak że w końcu człowiek nie może się porozumieć po angielsku. Dla mnie to był mały szok – jest się w Ameryce i po angielsku nie można się dogadać. Dotyczy to głównie prowincji Quebec, ale to ona właśnie wydaje się dominować kanadyjską konfederację, mimo własnych ambicji separatystycznych (przez niektórych zwanych niepodległościowymi). Jednakże, chyba te ambicje mieszkańcom Quebec przechodzą (wszak popierający je generał de Gaulle nie żyje już od dawna), bo po prostu, w obecnej sytuacji, nie mają już większego sensu (nie po to Europa się jednoczy, by Kanada się dzieliła).
Zostaje jednak pewien lokalny patriotyzm, który przybiera czasem dziwne formy (np. – dajmy na to – w ignorancji dla języka angielskiego. Zdarza się bowiem, że ludzie po prostu udają, ze go – czyli języka angielskiego – nie znają…). Pewne takie zachowania wpaja się im tam ponoć od kołyski. Innymi słowy, można stwierdzić, że niechęć do angielskiego i miłość do francuskiego wysysają oni z mlekiem matki.

3.

W każdym z tych większych miast Kanady wschodniej (Toronto, Montreal, Quebec, Ottawa) spędziliśmy z żoną po parę dni tylko, więc nie roszczę sobie pretensji do jakiegoś głębszego ich oglądu. Wyłuszczyć mogę jedynie pewne swoje – być może bardzo powierzchowne – wrażenia. Taki sobie szkic na gorąco.

*

Château Frontenac - najsłynniejszy kanadyjski hotel dominuje nad zabudową miasta Quebec

Château Frontenac – najsłynniejszy kanadyjski hotel dominuje nad zabudową miasta Quebec

 

Najbardziej kolorowym i urokliwym miastem wydało mi się na pierwszy rzut oka Quebec City. Pięknie doprawdy i ciekawie położone – na stromej skarpie skalnej (część górna starego miasta) oraz na brzegu Rzeki Św. Wawrzyńca (część dolna). Lecz po pierwszym oczarowaniu przyszła konstatacja, że to co mi się najbardziej podobało, było też i najmniej autentyczne – wykreowane (czy też zachowane) właściwie głównie dla turystów. Podobne wrażenie odnieść można również w innych atrakcyjnych turystycznie miastach Europy, tam jednak te stare miasta żyją swoim życiem – i pewnie żyłyby nim również bez zwiedzających. A Vieux Quebec bez turystów – mam takie obawy – padłoby jak zapomniany skansen. Wymiotłoby dorożki, oberże, restauracje, butiki i kolorowe szyldy z wąskich uliczek miasta. Ale póki co wszystko to jest ku uciesze uczestników masowej turystyki, a górujące nad rzeką malownicze mury olbrzymiego Chateau Frontenac wywierają na wszystkich odpowiednie wrażenie.

Podobna do Quebec wydała mi się zrazu Ottawa, głównie z racji nawiedzających ja równie tłumnie przybyszów, jednakże siłą rzeczy stolica Kanady nie mogłaby być li tylko turystyczną maskotką. Siedziba parlamentu, ministerstw i rządu dużego bądź co bądź państwa, musi spełniać swoje utylitarne funkcje. Mimo to Ottawa – jak za dawnych lat – nie może się pozbyć kompleksu biedniejszej i bardziej prowincjonalnej siostry Montrealu, co widać zwłaszcza na dość obskurnych i pospolitych obrzeżach miasta (no chyba że ucieknie się do olbrzymiego – 36 tys. ha! – Parku Gatineau, malowniczej ziemi lasów, jezior i wzgórz).
Można odnieść wrażenie, że zrobiono z tej Ottawy stolicę cokolwiek na siłę (podobnie jak z Brazylii w Brazylii) bowiem zaistniałe tu w XIX wieku tartak drzewny i śluzy (wokół których de facto rozrosło się miasto) zupełnie nie predestynowały tego locum na centrum zawiadowcze kanadyjskiego imperium.

Montreal spodobałby mi się pewnie bardziej, gdybym się był nie rozminął tam z (największym na świecie) festiwalem jazzowym. A tak czułem się trochę niedopieszczony, zaś samo miasto wydało mi się nieco chaotyczne i jakieś takie… architektonicznie niedorobione, zwłaszcza w okolicach nabrzeża. Montreal nie jest pozbawioną rozmachu metropolią, tyle że chyba nadal poszukuje swojej estetycznej tożsamości. Ma kilka miejsc znakomitych: jest to przede wszystkim niesamowita, obdarzona przepięknym wnętrzem, bazylika Notre Dame, pełne dobrego malarstwa Musée des Beaux Arts, no i niezwykły Parc du Mont-Royal, który jest niczym innym jak olbrzymią, porośniętą lasem górą, zaadaptowaną dla potrzeb rekreacyjnych mieszkańców miasta.

*

Panorama Toronto - widok z archipelagu wysp

Panorama Toronto – widok z archipelagu wysp

*

A propos parków i zieleni: w Kanadzie ich nie brakuje. Już choćby w Toronto człowiek się dziwi, jak zgrabnie można otoczyć lasami autostradę (nawet w obrębie rozwiniętym urbanistycznie – to wymagało samozaparcia by nie przeznaczyć tych terenów pod miejską zabudowę). Genialnym pomysłem było również pozostawienie w stanie bukoliczno – sielskim położonego tuż obok Toronto, na jeziorze Ontario, małego archipelagu wysepek. Dzięki temu można dziś w ciągu 10 minut uciec promem spod wieżowców wprost do małego zacisznego raju… bez samochodów zresztą. (Tu pytanie na marginesie: czy ktoś – oprócz miłośników porsche czy ferrari – może sobie wyobrazić raj, w którym byłyby samochody?

4.

Ciekawość zagania mnie czasem do zwiedzania tworów cywilizacji, jednak zdecydowanie wolę oddychać na tzw. łonie przyrody. Musiałem więc uciec od kanadyjskich miast choćby na te kilka dni – i nocy, które spędziliśmy w namiocie (po zgrabnych butikowych hotelikach i domowych kwaterach typu Bed&Breakfast był to przeskok zaiste dramatyczny).
No cóż… klimat Kanady nie jest idealny do rozbijania obozowisk, choć miejsca przeznaczone na to są tam niezrównane. Przeżyliśmy zmiany aury gwałtowniejsze niż w tropiku, pogoda była w kratkę jak się patrzy (5 minut słońca, 5 minut deszczu, błękit nieba, a za chwilę siność chmur – i tak na okrągło). Miało to jednak swoje dobre strony: natura stawała się dzięki temu bardziej fotogeniczna, co pasowało do moich fotograficznych obsesji jak ulał: te olbrzymie, niczym okręty gigantów, kłębiaste obłoki, tudzież jasne niebiesiutkie dziury w ciemnym ołowianym niebie!

Nie można się jednak spodziewać w tym rejonie Kanady pejzażowego dramatyzmu na taką miarę, jaką spotykamy na amerykańskim Zachodzie. Przyczyna jest zasadnicza: wschód kontynentu jest geologicznie bardzo stary, dawno uformowany, góry starte i zwietrzałe. Wschód Ameryki jest wiec już bardziej uformowany i ustabilizowany – kosztem pejzażowej spektakularności. Niemniej jednak, jego północne rejony poddane były nie tak dawno – bo jakieś 10 tys. lat temu – działaniu grubych na kilka kilometrów lodowców, które starły na miał całe połacie tzw. Canadian Shield (Płyty Kanadyjskiej). Zostawiły jednak za sobą tysiące jezior i… dziwo nie mniej zdumiewające jak Wielki Kanion, a mianowicie Wodospad Niagara.

*

Chmury jak u Constable'a (jedno z miasteczek w Dolinie Św. Wawrzyńca)

Chmury jak u Constable’a (jedno z miasteczek w Dolinie Św. Wawrzyńca)

*

Tę przyrodę kanadyjską oglądałem głównie w okolicach fiordu Saguenay oraz na Półwyspie Gaspésie (na dotarcie do Nowej Funlandii nie było już niestety czasu), lecz oprócz kilku ciekawych i uroczych wręcz zakątków – jak np. Park Narodowy Forillon i skała Le Rocher-Percé. nie zastałem tam nic co by mnie oszołomiło. No może z wyjątkiem smaku ryb, które kupowaliśmy bezpośrednio od rybaków i natychmiast pichciliśmy na naszych obozowych rożnach.

Pozostając jeszcze trochę przy komparatystyce: wybrzeże wschodnie Kanady nie jest jednak tak malownicze jak zachodnie, pacyficzne wybrzeże Brytyjskiej Kolumbii – tam bowiem, czyli na zachodzie, czuje się (pacyficzne) obrzeża kontynentu. Na wschodzie zaś nie wiadomo: ciągle to rzeka, zatoka, a może już Ocean? (Dowiedziałem się np. rzeczy lekko zdumiewającej: woda oceaniczna dochodzi aż do samego Quebec (tyle że w dolnych warstwach nurtu rzeki Św. Wawrzyńca – górne to woda słodka). Dziwnie wszak patrzyło się na rzekę, która ma przypływy i odpływy.
Jednakże dzięki tym akwarycznym wybrykom, u ujścia fiordu Saguenay ma miejsce niezwykły spektakl, który zaliczany jest do jednych z największych turystycznych atrakcji Kanady: wypatrywanie całych stad waleni, które kongregują tu w letnie miesiące. A są to wieloryby wszelkiej maści – od bieług przez orki i fiszbinowce średnie, po gigantyczne płetwale. To było chyba największe dla mnie przeżycie na całej trasie: pływanie małym ale zwinnym i szybkim Zodiakiem wśród tych wszystkich potworów, które wszak nikomu nie robią żadnej krzywdy, zajęte wystrzeliwaniem w górę powietrzno-wodnych fontann i nurkowaniem w rzecznych głębinach. I to wszystko w słoneczno-burzowej scenerii, wśród zmieniającej się niczym w kalejdoskopie aury.

5.

No cóż… przyroda przyrodą, miasta miastami, nie sposób jednak będąc w tamtym regionie przejść obojętnie obok wspaniałych kanadyjskich muzeów. Zdecydowanie wyróżniają się wśród nich dwa: Muzeum Cywilizacji koło Ottawy oraz Królewskie Muzeum Ontario w Toronto.
Muzea bywają niekiedy synonimem nudy, ale dzieje się to głównie z dwóch przyczyn: braku zainteresowania ze strony zwiedzających lub też mało pomysłowej (gablotowo-sztampowej) prezentacji eksponatów. We wspomnianych muzeach jest zaś zgoła przeciwnie: zadziwia inwencja projektantów tych wszystkich wystaw tematycznych. To nie są tylko wystawione na widok publiczny zbiory rzeczy, ale autonomiczne małe światy, które zdolne są przemówić do naszej wyobraźni, przykuć uwagę. Równie ciekawa i niezwykła jest architektura samych budynków, w których mieszczą się owe muzea.
Jeśli chodzi o malarstwo, to widziałem dwa (bodajże największe w Kanadzie) zbiory: w Muzeum Sztuk Pięknych w Montrealu i w Galerii Narodowej w Ottawie. Choć nie mogą się one równać tym, które są w Stanach Zjednoczonych (chodzi mi głównie o waszyngtońską Galerię Narodową, nowojorskie Metropolitan Museum i chicagowski Instytut Sztuki) to jednak i tu było na czym oko zawiesić, zwłaszcza w Ottawie, gdzie ledwie starczyło nam na to dnia… Chociaż i tak przeliczyłem się z czasem i na ciekawe zbiory malarstwa kanadyjskiego (reprezentowane zwłaszcza przez tzw. Grupę Siedmiu) trochę mi go brakło.

* * *

Niewątpliwie, owe trzy tygodnie w Kanadzie były wielką przygodą i zredukowały nieco moją ignorancje co do wschodnich rubieży naszego północnego sąsiada. Mimo wszystko wolę jednak te rejony, w których Kanada bardziej pachnie żywicą, a tak jest choćby w Górach Skalistych – gdzie parki narodowe Jasper i Banff, gdzie niezrównana pod względem spektakularności górska droga Icefield Parkway, gdzie bajeczne jeziora i lodowce, rzeki, wodospady, kaskady i lasy; gdzie krystalicznie czyste powietrze, od którego poczuć można mały zawrót głowy… Ale o tym może innym razem.

(Z zapisków z podróży do Wschodniej Kanady, 2007 r.)

*

Cudo sztuki ołtarzowej - katedra w Montrealu

Cudo sztuki ołtarzowej – Bazylika Notre-Dame w Montrealu

Zdjęcia własne (kliknij, by zobaczyć obraz w pełnym wymiarze)

*

Więcej zdjęć z Kanady obejrzeć można na moim blogu fotograficznym TUTAJ.

*

OJCIEC, SYN I ŻYWIOŁY

*

*

Lubię to zdjęcie. Zrobiłem je kilka lat temu podczas wycieczki do Kanady, nieopodal Quebec City, pod położonym w Dolinie Rzeki Św. Wawrzyńca wodospadem Montmorency.

Dziki, spieniony, nieposkromiony żywioł potężnego wodospadu zderza się ze spokojem mężczyzny, który przypatruje się całemu widowisku, podczas gdy jego syn, spoglądając w twarz ojca, zadaje mu jakieś pytanie.

Scenka jest prosta, ale zarazem piękna i wymowna. Oto ludzkie opanowanie i rodzicielski autorytet połączony z ufną ciekawością dziecka w obliczu objawiającej swoją siłę natury. Oczywiście cała sytuacja nie była aranżowana. Miałem dosłownie sekundę, by to uchwycić.

Wszystko układa się szczęśliwie w spójną i ciekawą kompozycję:
Małe ludzkie sylwetki kontrastują z jasnym tłem ogromnej ściany spadającej wody. Widoczna ciemno-szara skała wprowadza do zdjęcia dodatkowy element naturalnej potęgi, cokolwiek złowrogiej ale i solidnej, natomiast  czarne bloki widokowego tarasu przełamują płaszczyznę kadru, który bez nich mógłby się wydawać banalny.

I pomyśleć, że wszystko to sprawił przypadek.