FILMOWISKO („Galerianki”, „Świnki”, „Rewizyta”, „Enen”… i inne polskie filmy w Chicago)

*

Kilkanaście listopadowych dni upłynęło mi pod znakiem polskiego kina. Jak co roku bowiem, jesienią miał miejsce w Chicago Festiwal Filmu Polskiego w Ameryce, obwieszczany przez organizatorów jako „największy przegląd filmów polskich na świecie”.
Chciałbym się teraz podzielić z Wami tym, co mnie tam spotkało.
 

 

„GALERIANKI”

  * * * * * *

Żyć „na poziomie” („Galerianki”)

Spodziewałem się, że będę miał po obejrzeniu tego filmu sporo do pomyślenia – a tym samym i do napisania – ale jednak nie miałem, więc siedzę teraz nad pustą kartką papieru i deliberuję, dociekając przyczyn tej obstrukcji.
Z jednej strony należą się pochwały pod adresem Katarzyny Rosłaniec, młodej adeptki kina, za odwagę podjęcia tematu drażliwego i jego dość sprawną realizację na filmowym ekranie; z drugiej zaś – trudno nie dostrzec pewnych braków aktorskich, scenariuszowych czy montażowych, które sprawiły, że „Galerianki” bardziej przypominały jednak etiudę (kóra zresztą była punktem wyjścia dla filmu pełnometrażowego), niż rasowy, kompleksowy film fabularny opisujący pewną socjologiczną niszę nowej rzeczywistości, w jakiej znalazła się Polska po „wybiciu się” na niepodległość.
Właściwie wszystko, począwszy od pierwszych kadrów, można było w tym filmie przewidzieć. Wiadomo, że jak młode dziewczyny (dzieci wręcz), zaczną się „puszczać” za ciuchy czy inne luksusowe towary sprzedawane w nowoczesnych centrach handlowych, to nie może z tego wyjść nic dobrego. Wiadomo, że „z jakim przystajesz, takim się stajesz”. Wiadomo, że jak rodzina jest dysfunkcyjna, to dzieci nie mogą się rozwijać normalnie i ulegają dmoralizacji. Wiadomo, że jak nie ma autorytetów i zdewaluowały się wszelkie wartości, to młodzi są zagubieni i oddani na pastwę szpanu, marginesu i używek. Wiadomo, że jak system edukacyjny „leży”, w praktyce sprawdza się tylko cwaniactwo, a nauczyciele stali się obywatelami drugiej kategorii – to nie ma po co się uczyć… itd.
A może, mimo że to wszystko „wiadomo”, warto takie filmy robić?

„ŚWINKI”

  * * * * * *

Post-komunistyczna mizeria („Świnki”)

Filmy Roberta Glińskiego są ważne. Począwszy od „Niedzielnych igraszek”, poprzez „Cześć Tereska”, na jego najnowszym filmie „Świnki” skończywszy.
To jeszcze jeden, obok „Galerianek”, utwór zajmujący się dziecięcą prostytucją. Główną postacią filmu jest kilkunastoletni Tomek, który, mieszkając w przygranicznym mieście, sprzedaje się niemieckim pedofilom – głownie po to, by zarobić na jakąś fanaberię swojej dziewczyny i wystrzałowe ciuchy.
W „Świnkach” nie brakuje tzw. „mocnych” scen, (w które zwykle obfitują filmy o prostytucji) jednak tym, co wyróżnia ten film spośród innych tego rodzaju jest jego… subtelność (jaką tylko Gliński potrafi obdarzyć swoje obrazy zajmujące się mało subtelną już rzeczywistością).
Szokujące są dla mnie te wszystkie zmiany w polskim społeczeństwie, jakie ukazuje polskie kino (i to począwszy od momentu samej transformacji ustrojowej). Nie mieszkając w kraju, mogę sobie zadawać pytania: czy jest tylko jakiś szary a tragiczny margines? Jakaś ekranowa moda, czy może tendencyjność twórców, którzy skupiają się na polskiej post-komunistycznej mizerii? Takie nowe kino starego moralnego niepokoju, ale już w dobie drapieżnego kapitalizmu i pseudo-demokratycznego liberalnego bezchołowia, które mimo tendencji, by z Polski zrobić państwo wyznaniowe, ma jednak miejsce w naszym kraju?

„REWIZYTA”

  * * * * * *

Zanussi odwiedza po latach swoich bohaterów (Jan Nowicki w „Rewizycie”)

Mimo, że „Rewizytę” Krzysztofa Zanussiego trudno uznać za film z prawdziwego zdarzenia (jest to właściwie pozbawiony jakiejkolwiek akcji zapis kilku rozmów), to jednak obejrzałem go z wielką ciekawością. Nie tylko dlatego, że przypomniał mi on kilka ważnych filmów mojej młodości (i lat szczenięcych), takich jak „Barwy ochronne”, „Życie rodzinne”, „Constans”, ale również dlatego, że przykuły mą uwagę jego dialogi, będące rodzajem wywiadów, jakie z bohaterami tamtych filmów przeprowadza współcześnie młody chłopak (znany nam z ostatniej komedii Zanussiego „Serce na dłoni”, niedoszły samobójca … – tutaj niezbyt rozumiem intencję reżysera, dlaczego akurat ten bohater zostaje przez niego wykorzystany, a nie inny?)
Szokiem może być już dla nas sama konfrontacja aparycji młodych ludzi, jakimi w czasie kręcenia tamtych filmów byli Maja Komorowska, Daniel Olbrychski, Zbigniew Zapasiewicz… z ich wyglądem dzisiejszym (czas jest jednak nieubłagany!) Aczkolwiek musimy pamiętać, że jest to tylko fizyczność, bowiem najciekawsza jest psychologioczna analiza przemian, jakie zaszły od tamtych czasów w odgrywanych przez nich bohaterach. I Zanussiemu, jak uważam, udaje się to przekazać w bardzo zajmujący sposób.

„POPIEŁUSZKO. WOLNOŚĆ JEST W NAS”

  * * * * * *

Religia i polityka („Popiełuszko. Wolność jest w nas”)

Nie zniechęcony afiszem, który był ewidentnym plagiatem z plakatu do najnowszego „bonda” (nota bene zupełnie nie przystającym w swoim jawnym szpanerstwie do treści filmu), tudzież złą prasą wokół tej „super-produkcji”, do festiwalowego kina wbrałem się także po to, by obejrzeć obraz „Popiełuszko. Wolność jest w nas”. Nie tylko dlatego, że wybrany on został przez organizatorów, jako tytuł otwierający całą imprezę.
Muszę wyznać, iż bardzo trudno jest mi oceniać ten film w oderwaniu od autentycznych wydarzeń , które on opisuje, a które chyba większość z nas nosi w sobie od czasu, kiedy wydarzyła się ta tragedia.
A jednak spróbuję.
Na realizację filmu przeznaczono – co zresztą widać na ekranie – ogromne środki. Lecz oczywiście to jeszcze nie musi o niczym świadczyć. Ważna jest artystyczna egzekucja dzieła i to, czy powiodło się przedstawienie w nim prawdy o tamtych czasach – o ludziach i wydarzeniach… czyli po prostu, czy obraz do nas przemówił, i to zarówno emocjonalnie, jak i intelektualnie. A na to pytanie odpowiedzieć sobie musi każdy widz indywidualnie – mnie również nie pozostaje nic innego, jak tylko napisać o własnych odczuciach.
A z nimi było różnie.
Z jednej strony trudno nie docenić wysiłku twórców, by odtworzyć rzeczywistość owej szarej i baznadziejnej epoki, jaka nastąpiła po zdławieniu solidarnościowego zrywu na początku lat 80-tych; trudno nie ulec autentyzmowi kreacji odtwarzającego główną rolę Adama Woronowicza, trudno nie czuć się zszokowanym patrząc na jakże naturalistycznie odtworzone bestialskie morderstwo dokonane na bezbronnym człowieku…

Zwykły człowiek czy święty?

ale z drugiej – trudno jednak zapomnieć o słowie hagiografia na określenie tego, co zrobiono z portretem księdza Popiełuszki, malując go na filmowym ekranie. I to wbrew zapewnieniom reżysera i scenarzysty (w jednej osobie) Rafała Wieczyńskiego, że zależało mu na pokazaniu człowieka z krwi i kości, a nie świętego męczennika, (którym właściwie Popiełuszko stał się dopiero w momencie swej straszliwej śmierci). Moim zdaniem to się nie udało. Mimo, że widzimy jakieś tam słabostki i drobne wygłupy kapłana, to jednak od samego początku jest on traktowany jak osoba niezwykła – jako kandydat na świętego, charyzmatyczny ksiądz z aureolą – a nie jak zwykły człowiek, którym w swej istocie był Jerzy Popiełuszko. Przeszkadzała mi także pompatyczna muzyka, zdradzająca monumentalne zapędy twórców filmu; także pewien schematyzm niektórych scen, którymi zdawał się kierować nie autentyzm, tylko jakaś teza…

*

INNE FILMY 

Nie chcąc powiększać zapisanej literkami przestrzeni i tak już obszernego wpisu, omawianie innych obejrzanych przeze mnie na Festiwalu filmów spróbuję ograniczyć do krótkich uwag o ich charakterze, treści i ewentualnie wspomnieć, jakie one zrobiły na mnie wrażenie,czyli co o nich (subiektywnie) sądzę.

Kolskiego zawodzi liryzm? („Afonia i pszczoły”)

„Afonia i pszczoły”. Najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego. Spore rozczarowanie. To, co we wcześniejszych filmach Kolskiego (choćby w „Jasminum” ) było nie pozbawionym uroku realizmem magicznym, poetycką wizją reżysera opowiadającego swe dziwne, ale dość ciepłe baśnie, tutaj zamieniło się w jakąś okrutną dziwaczność. Tym bardziej zniechęcającą, że podawaną nam już w konwencji realistycznej, jako ślepą miłość pewnej, opiekującej się niepełnosprawnym mężem (doskonały w tej roli Mariusz Saniternik) kobiety, która w post-wojennej Polsce zakochuje się w przystojnym Rosjaninie (a ten, niestety, okazuje się być psychopatycznym sadystą). Film cokolwiek rozwlekły, z nużącymi repetycjami, bez większej „chemii” między kochankami. Nie mogło się to wszystko dobrze skończyć. I nie skończyło, mimo, że Afonia wróciła w końcu do swojego chromego męża i pszczół, którym wcześniej porozbijała ule. Bowiem czasem świat się rozsypie tak, że nie da się go już z powrotem skle(c)ić.

Bardzo efektywny w swoim przekazie polityczno-historycznym był natomiast „Generał Nil” Ryszarda Bugajskiego, twórcy słynnego „Przesłuchania” (aż sie nie chce wierzyć, że było to 27 lat temu!). „Generał Nil” to  film tematycznie do „Przesłuchania” podobny, bo zajmujący się zbrodniami stalinowskimi w naszym kraju. Temat, wydawałoby się przebrzmiały, martyrologiczny i nadużywający cierpliwości (zwłaszcza młodego poskiego) widza, stanowi jednak mocną podstawę tego solidnego, zajmującego i nad wyraz sprawnie zrealizowanego filmu, którego mocnym atutem jest gra Olgierda Łukasiewicza (w roli generała AK Fieldorfa, skazanego w latach 50-tych, w procesie pokazowym na karę śmierci przez „niezawisły” polski sąd). A wydawałoby się, że dziś takich filmów już się nie robi.

Psychiatria wg Falka („Enen”)

Prawdę pisząc, nieco więcej spodziewałem się po najnowszym filmie Feliksa Falka „Enen”. Czyżby dlatego, że moje oczekiwania były zbyt wygórowane? Ale jak mogły nie być, skoro Falk jest przecież sprawcą tak znakomitych filmów, jak np. „Wodzirej” (toż to już klasyka!), „Był jazz”, „Bohater roku”, czy „Komornik” !? Nie przeczę, „Enen” jest filmem ciekawym – nie nudziłem się na nim ani minuty! (co jest już  dość solidnym komplementem dla filmu), a jednak wydał mi się on być pozbawiony tego ciężaru właściwego, który mógłby go plasować w gronie utworów wybitnych (a tego chyba właśnie oczekiwałem). Poza tym opierał sie na dość niewiarygodnym pomyśle fabularnym (pewien psychiatra podejmuje się leczenia w swoim domu człowieka, z którego dwadzieścia kilka lat wcześniej – czyli jeszcze w PRL-u – zrobiono „warzywo”, co najprawdopodobniej miało podłoże polityczne.) Mimo wszystko, „Enen” wart jest polecenia (tak więc go polecam).

Do przeszłości, ale już w zupełnie innym tonie nawiązywał debiut Michała Rogalskiego „Ostatnia akcja” . Film z założenia lekki, nakręcony w tradycji kryminalnej komedii, nie zdołał jednak udźwignąć całego grona popularnych swego czasu aktorów polskich starszego pokolenia, takich jak Jan Machulski, Marian Kociniak, Wojciech Siemion, Lech Ordon, Barbara Kraftówna, Anna Janowska, Piotr Fronczewski… moim zdaniem głównie wskutek słabości scenariusza, który starał się zająć nas para-kryminalną historyjką, tyle że w sposób mało przekonywujący, bez żadnego suspensu, raczej przewidywalnie i mało oryginalnie. „Ostatnią akcję” wyprodukował nikt inny, jak Juliusz Machulski (co zresztą wyczuć można było w charakterze filmu wystylizowanego lekko na „Va Banque” czy „Killera”), więc z pewnymi obawami wybierałem się na film, który on wyreżyserował, czyli „Ile waży koń trojański?”, tym bardziej, że nie sposób było mi zapomnieć o złej prasie, jaką swego czasu „cieszyła się” ta komedia w naszym kraju. I tu spotkało mnie dość miłe zaskoczenie, gdyż trafiłem na film sympatyczny, zajmujący, gładko zrealizowany, a także świetnie zagrany. Nie miał on wprawdzie ciężaru odpowiedniego dla kinowego ekranu, ale jako opowieść oglądana w domowym zaciszu, w mniejszym już formacie, sprawdzić się on może, moim zdaniem, doskonale.

Na Festiwalu obejrzałem jeszcze dwa inne filmy, które w jakiś sposób ze sobą kojarzę i łączę, może ze względu na dość pesymistyczną, ponurą i miejscami desperacką wręcz ich wymowę. Mowa o „Jestem twój” Mariusza Grzegorzka oraz o filmie, który, jak słyszałem, wywołał swego czasu w kraju pewne poruszenie (przynajmniej w środowisku kinomanów), czyli „33 sceny z życia” Małgorzaty Szumowskiej. Oba filmy sprawnie zrealizowane, ale w pewien sposób wtórne (obraz Szumowskiej nawet swoim tytułem nawiązuje do Bergmana). No i przedstawiające rzeczywistość w konwencji jakiegoś egzystencjalno-psychologicznego koszmaru (co oczywiście, samo w sobie jeszcze filmu nie dyskredytuje, a jednak może być nużące).

* * *
W sumie jednak – było ciekawie. I mój apetyt na kino polskie na jakiś czas został zaspokojony.

*

Dość męczące „33 sceny z życia”

*