„POWIDOKI”, „PROSTA HISTORIA O MORDERSTWIE”, „LAS, 4 RANO”, „PLANETA SINGLI” – o filmach 28. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

Cena uprawiania sztuki jest wysoka (Bogusław Linda jako Władysław Strzemiński w filmie Andrzeja Wajdy

Cena uprawiania sztuki jest wysoka (Bogusław Linda jako Władysław Strzemiński w filmie Andrzeja Wajdy „Powidoki”)

„POWIDOKI”  (reż. Andrzej Wajda)

.

      Moje rozczarowanie tym filmem było zupełne. Znałem burzliwe dzieje związku Władysława Strzemińskiego z Katarzyną Kobro – którzy, oprócz tego, że byli małżeństwem, byli także jednymi z najbardziej prominentnych przedstawicieli sztuki modernistycznej pierwszej połowy XX wieku – więc spodziewałem się, że nawet jeśli Wajda wykroił z życia Strzemińskiego tylko końcowy jego fragment i umieścił postać tego artysty w centrum swojego filmu, to jednak nawiąże w jakiś sposób do życia osobistego Strzemińskiego w kontekście jego związku z najważniejszą dla niego osobą, jaką była Katarzyna Kobro – której nota bene, jak sam mówił, zawdzięczał swoje zainteresowanie sztuką oraz to, że sam stał się twórcą. Liczyłem też na głębsze wejrzenie w jego artystyczną osobowość; na to, że zobaczę portret człowieka o złożonym charakterze – również istotę z krwi i kości – a nie ikonę nonkonformizmu złamaną przez komunistyczny „nowy porządek” i jedynie słuszny socrealizm.
Przy tym wszystkim najnowszy film Wajdy jest taki ładny i elegancki – do bólu niemal poprawny i sprawny technicznie – nakręcony na domiar złego w bardzo staroświeckiej według mnie konwencji. To trochę dziwne, bo stoi w sprzeczności z duchem awangardy, jaki rezydował w samym Strzemińskim.
W ogóle całość sprawiała na mnie wrażenie, jakby była skrojona pod poziom współczesnego gimnazjalisty, któremu trzeba – kawa na ławę i w formie bryka – wyłożyć na czym polegała represyjność ustroju socjalistycznego, gdzie zaczęła obowiązywać jedynie słuszna treść i estetyka, tłamsząca wolność artysty i sprowadzająca całą sztukę do jej utylitarnej roli w służbie społeczeństwu – w jego dążeniu do świetlanej przyszłości.
Równie zdawkowe, szkolne i powierzchowne były odniesienia do samej sztuki – jak np. komentarze czy teoretyczne wyimki z wykładów Strzemińskiego – tym bardziej niesatysfakcjonujące, że zaistniałe w filmie reżysera bardzo uzdolnionego plastycznie i świetnego rysownika przecież.
Oczywiście można w Powidokach zobaczyć i odczuć dotknięcie ręki prawdziwego Mistrza, (którym Andrzej Wajda był niewątpliwie). Taka jest np. scena, w której czerwona poświata olbrzymiej, wieszanej za oknem płachty z gigantycznym obliczem Stalina, ścieli się na płótnie obrazu, malowanego właśnie przez Strzemińskiego, który wstaje, sięga za okno, rozcina płótno i wpuszcza do swojej pracowni jasne, normalne światło. Albo scena upadku wycieńczonego artysty na wystawie z manekinami, której upiorność przypomina dramatyczną, ale jakże spektakularną i symboliczną śmierć Maćka Chełmickiego w Popiele i diamencie.
Grającemu Strzemińskiego Lindzie też niewiele można zarzucić. Wystąpił on tu bowiem w roli wykreowanej wstrzemięźliwie – stonowanej, wzbudzającej sympatię, „miękkiej” – dokładnie tak, jak zażyczył sobie tego pewnie reżyser – i dokładnie takiej, na jaką pozwalał mu scenariusz. Zobaczyliśmy więc na ekranie człowieka wyraźnego i z pewną charyzmą, szkoda tylko, że nieprawdziwego i niemalże już pomnikowego.
Małą katastrofą jest również ukazanie relacji Strzemińskiego ze swoją córką, której zachowanie – bez znajomości perypetii małżeństwa Strzemińskich – musi się wydawać zupełnie niezrozumiałe. (Grająca Nikę córka Zamachowskiego przykuwa wzrok, ale braki w sztuce aktorskiej dziewczynki nie pozwalają jej unieść tej roli.) Jak to możliwe, by nieletnie dziecko samo pakowało walizki i decydowało się na pobyt w domu dziecka? (W rzeczywistości oddał tam Nikę jej ojciec).
Nie wiemy jak umierała Kobro, nie mamy pojęcia dlaczego nie chciała, by mąż był na jej pogrzebie… Z tego co widzimy na ekranie, zupełnie niewiarygodne wydawałoby się to, że ten wzbudzający sympatię – a nawet litość – człowiek, mógł robić w domu takie karczemne awantury, okładać swoją żonę szczudłem, wyzywać ją od „kacapki” i „folksdojcza”, czy wreszcie pisać (jak np. w liście do Przybosia: „prowadzę proces z tą parszywą Kobrą o odebranie jej dziecka”). A tak było w rzeczywistości. Zamiast tego mamy czystego jak łza cierpiętnika.
Schematyczne i w sumie sztuczne są też relacje Strzemińskiego z jego studentami, a już romans z zakochaną w nim po uszy dziewczyną jest ukazany tak, jakby to było skierowane do 10-letniego podlotka.
I jeszcze te „niebieskie kwiaty” – niewykluczone, że wymyślone przez dorosłą Nikę, która przecież kochała oboje swoich rodziców i napisała nawet o nich książkę.

greydot.

„PROSTA HISTORIA O MORDERSTWIE”  (reż. Arkadiusz Jakubik)

.

Portret rodziny policyjnej we wnętrzu (

Portret rodziny policyjnej we wnętrzu („Prosta historia o morderstwie”)

      Prosta historia o morderstwie łączy thriller kryminalny z rodzinnym dramatem psychologicznym i moim zdaniem, reżyserowi Arkadiuszowi Jakubikowi lepiej wychodzi ten ostatni. Tytuł jest trochę kokieteryjny, bo film – prowadząc akcję w dwóch różnych wymiarach czasowych – nie jest znowu tak prosty, choć rzeczywiście dość prosta (czytaj: schematyczna) jest historia, jaką opowiada. Bo przecież nieraz widzieliśmy w kinie alkoholika policjanta, którego nałóg, przemoc i ekscesy prowadzą do rodzinnej tragedii a jej finałem jest morderstwo. Sukcesem reżysera jest to, że tę w sumie ograną historię prezentuje nam w sposób zajmujący, ciekawy i wcale nie banalny. Na dodatek robi to posługując się sprawnie językiem kina gatunkowego i pokazując nam obrazy, które skutecznie oddziałują na naszą wyobraźnię, wprowadzając nas w specyficzny, miejscami bardzo mroczny i surowy klimat.
Tak więc dramat rodzinny wypada (pod względem filmowym) lepiej, niż wątek kryminalny, którego intryga jest mało porywająca i nieco naciągana – bo cóż to za mafiozi mogą być w prowincjonalnych, nudnych i banalnych Strzelcach?
Mimo retrospektyw i przeplatania się scen rozgrywających się w różnym czasie, tempo filmu jest dobre, napięcie stopniowane i raczej nie mamy większego problemu, żeby się w całej tej mozaice połapać, tym bardziej, że reżyser posługuje się środkami (filmowymi „chwytami”), które nam to ułatwiają (powracające motywy, światło, atmosfera…) a łamigłówka sensacyjna nie jest znowu aż tak zagmatwana.
Jak już wspomniałem, bardziej przejmujemy się tym, co się rozgrywa w rodzinie policjanta (Andrzej Chyra w roli męża i ojca, Kinga Preis jako żona i matka, wreszcie Filip Pławiak grający syna i partnera ojca w dochodzeniówce – wszyscy oni aktorsko wypadają świetnie) niż jesteśmy zaintrygowani kryminalnymi machlojami lokalnego układu przestępczego kombinatorów i krętaczy – choć te dwie płaszczyzny fabularne przenikają się w filmie dość wiarygodnie i sprawnie, co pewnie jest zasługą nieźle napisanego scenariusza i dobrego montażu. Portrety psychologiczne postaci są pogłębione, ich konflikt prawdziwy, katastrofa nieuchronna… mimo wysiłków Pławiaka, by ochronić matkę i braci przed tracącym kontrolę policjantem-seniorem i uchronić całą rodziną przed katastrofą.
Reżyser Jakubik blisko współpracował z Wojciechem Smarzowskim (jako aktor), napatrzył się więc na jego warsztat i to w Prostej historii o morderstwie widać – choćby w sposobie ujmowania planu, prowadzenia aktorów, charakterze narracji, używania dialogów… wreszcie w tworzeniu specyficznego, ciemnego nastroju desperacji i zagrożenia, co jest niejako znakiem firmowym Smarzowskiego, twórcy choćby Domu złego (gdzie też grał Jakubik), z którym niejedną analogię można by tutaj znaleźć.
Koniec końców otrzymaliśmy kino solidne, trzymające w napięciu, miejscami przejmujące, choć skierowane raczej do pewnego zamkniętego kręgu widowni.

greydot.

„LAS, 4 RANO”  (reż. Jan Jakub Kolski)

.

     Filmy Jana Jakuba Kolskiego śledzę uważnie od samego początku jego reżyserskiej (wielkoekranowej) kariery, czyli od niezwykle oryginalnego Pogrzebu kartofla, który obejrzałem dokładnie 26 lat temu (nota bene miało to miejsce w Chicago, na Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce). Ujmowała mnie ich nostalgiczna nuta, urzekał magiczny realizm, przejawiający się nie tylko w bajecznej fabule i cudacznych postaciach, ale również w plastycznej urodzie obrazów, która swoje apogeum osiągnęła w przepięknej Wenecji przed sześcioma laty. Film ten bardzo mi się podobał, kręcony był – jak sam przyznał Kolski – w najlepszym okresie jego życia. A mimo to już wtedy uderzyło mnie coś, czemu dałem wtedy wyraz w mojej recenzji pisząc, że chociaż film jest taki ładny, to „…zauważam tu lekko niepokojącą nutę w ewolucji Kolskiego, jako twórcy kina. Czyżby to była skłonność do postępującego z wiekiem poddania się fatalizmowi, a nawet pesymizmowi ludzkiego losu?”
Wygląda na to, że wykrakałem, bo dwa lata później ukazał się na ekranie mroczny dramat Zabić bobra (moim zdaniem film bardzo niedoceniony), no a teraz dotarła do nas mocno depresyjna jednak metafora Las, 4 rano, w której (pokaleczonego życiem) bohatera przyrównuje się tu nawet do biblijnego Hioba. (Swoją drogą Kolski zawsze mnie czymś zaskakiwał, ale jednak zupełnie nie spodziewałem się, że jego budzący skądinąd sympatię bohater, posunie się w swojej sui generis do kanibalizmu.)

Przeżywanie straty (Krzysztof Majchrzak w filmie J.J. Kolskiego

Ucieczka do lasu (Krzysztof Majchrzak w filmie J.J. Kolskiego „Las, 4 rano”)

Muszę przyznać, że film od pierwszych kadrów mnie wciągnął i nawet jeśli nie rozumiałem (jeszcze) tego, co dzieje się na ekranie, to zaintrygowały mnie obrazy i sceny – z jednej strony dynamiczne, z drugiej – hipnotyczne, co niewątpliwie było zasługą operatora (nota bene za kamerę chwycił tutaj sam Kolski), ale przede wszystkim charyzmatycznej („większej jak życie”) postaci (nomen omen) Forstra, w którą wcielił się Krzysztof Majchrzak, (aktor przez kino polskie nie rozpieszczany, choć absolutnie na uwagę zasługujący). Forsta widzimy wpierw jako bezwzględnego szefa korporacji, z dziwnym tatuażem na głowie, ze słabością do szybkich motocykli, kokainy i biur(k)owego seksu z podległymi mu pracownicami. Jest jasne, że coś się w nim gotuje i dusi – że musi on w końcu eksplodować. I tak się staje: Forst oglądając na monitorze rozbijający się w wypadku samochód, wyrywa z siebie druty i kolczyki piercingu, rzuca w kąt marynarę i w pokrwawionej koszuli wychodzi z biura, budząc zgrozę wśród korporacyjnych niewolników. Zaraz potem widzimy go w lesie, w ziemiance, do której przeniósł się na stałe. Forst wprawdzie uciekł od cywilizacji ale nie może uciec od nękającej go przeszłości i traumy, której natura z wolna się przed nami objawia.
Las, 4 rano to bez wątpienia najbardziej osobisty film Kolskiego, który nie tylko go wyreżyserował, sfotografował i wyprodukował, ale i nakręcił według własnej książki (pod tym samym tytułem), którą wydał parę lat wcześniej (i która spotkała się ze sporym zainteresowaniem czytelników, niejednokrotnie przez nich chwalona). Jest też rodzajem terapii po szoku, jakim bez wątpienia była śmierć córki reżysera w wypadku samochodowym (o wcześniejszym rozwodzie ze swoją wieloletnią żona i muzą, Grażyną Błecką-Kolską, nie wspominając). Stąd rozpacz, cierpienie, schyłkowość – stąd wielka neuroza, jaką jednak Las, 4 rano jest znaczony.
Stąd też moja niechęć, by pewne niewydarzone i dziwaczne (ot, choćby wspomniany już wcześniej kanibalizm) elementy filmu krytykować. Tym bardziej, że jednak z obrazu emanuje jakaś hipnotyczna moc, która ma swoje źródło w czymś autentycznym, szczerym i głębokim.
Nie wiem, czy jest to skojarzenie uprawnione, ale momentami film Kolskiego przypominał mi Antychrysta Larsa von Triera, gdzie bohaterowie też w sposób dramatyczny porali się z własną tragedią (śmierć dziecka), uciekając do lasu i wchodząc z Naturą w bardziej niż zażyły – bo horrendalny – związek. Nie jestem pewien, czy ta twórcza ewolucja (od czegoś w stylu charme’u Wesa Andersona po coś, co trąci katastroficzną melancholią von Triera) prowadzi reżysera w dobrym kierunku, ale obecność w Lesie, 4 rano ciepła (przyjaźni, miłości – której nota bene nie ma w zimnym uniwersum von Triera) rodzi pewne nadzieje, że Kolski podniesie się z ziemi, otrzepie się z brudu i stanie mocno na nogi – i to nie tylko jako człowiek, ale i reżyser.

greydot.

„PLANETA SINGLI”  (reż. Mitja Okorn)

.

Z sercem nie ma żartów (Agnieszka Więdłocha i Maciej Stuhr w

Z sercem nie ma żartów (Agnieszka Więdłocha i Maciej Stuhr w „Planecie singli”)

       Reżyser polskich filmów, który bez zażenowania mówi na spotkaniu z widownią, że nie obejrzał żadnego filmu Krzysztofa Kieślowskiego, musi być niezwykłym reżyserem. I takim jest Mitja Okorn. A jest reżyserem niezwykłym bynajmniej nie dlatego, że przyjechał do Polski ze Słowenii by robić filmy nad Wisłą, ale dlatego, że potrafił genialnie wstrzelić się w zapotrzebowanie widzów na kino rozrywkowe, tworząc najbardziej kasowe polskie komedie, jakimi okazały się Listy do M, a w tym roku – Planeta singli.
Okorn jest niesiony na fali swojego entuzjazmu (zaniosła go ona nawet do Hollywood, ale czy Mitja nie rozbije się tam o brzeg, to się jeszcze okaże), swojej inteligencji, dowcipu, wyczucia humorystycznej puenty i wreszcie – nie wstydźmy się tego słowa – profesjonalizmu. Ponadto, na spotkaniu z chicagowską widownią po projekcji Planety singli Okorn udowodnił, że jest prawdziwym człowiekiem śmiechu. A ktoś taki musi też być showmanem. Na szczęście owo showmaństwo nie przejawia się tylko w trącącej kabotynizmem i narcyzmem autoprezentacji, brylowaniu i zgrywaniu się przed publiką, ale i w świetnym opanowaniu medium kina oraz w mobilizacji innych ludzi do wzięcia udziału w budowie widowiskowej machiny produkującej nie tylko śmiech, ale też inne emocje, które potrafią nawet wycisnąć łezkę.
Planeta singli świeciła pełnym blaskiem w Polsce na początku tego roku (do kin, po to żeby ją zobaczyć, ruszyła wtedy ponad dwumilionowa rzesza ludzi) chociaż – jak to jest w przypadku każdej planety – świeciła ona blaskiem odbitym od co najmniej tuzina gwiazd kina popularnego, które pojawiły się wcześniej. Lista odniesień filmu Okorna do filmowych hitów kasowych jest doprawdy długa. Jednakże, szczęśliwym trafem, zapożyczenia te nie raziły – i to z kilu powodów.
Przede wszystkim: aktorstwo. Maciej Stuhr jak zwykle koncertowo radzi sobie z rolą wymagającą komicznego sznytu (ale u niego to przecież rodzinne). Agnieszka Więdłocha urzeka czarem staroświeckiej nieco pensjonarki (a właściwie pani od muzyki w podstawowej szkole) – aż dziw bierze, że tak wstrzemięźliwie wykorzystywano dotychczas jej atuty w polskim kinie. Piotr Głowacki jest fantastyczny w nieprzerysowanej zbytnio roli geja. Weronika Książkiewicz uatrakcyjnia obraz urodą na światowym poziomie. Tomasz Karolak wnosi do filmu powiew kabaretu tudzież swoją aparycję misia i dużego chłopca – lecz nie bez dramatycznego zacięcia. Ewa Błaszczyk wyrazista, ale Michał Czarnecki już niedopracowany (i w końcu pozostawiony samemu sobie), zaś Danuta Stenka wtłoczona w ramy, które zbyt wielkiej swobody aktorskiego manewru jej nie zapewniały.
Planeta singli zgrabnie łączy w sobie wiele gatunków i smaków. Jest przede wszystkim komedią, ale i sporo w niej satyry, ironii, sarkazmu… gdzieś w tyle pobrzmiewa dramat, a nawet tragedia (brawurowa scena w warszawskich Łazienkach, gdzie w roli chóru antycznego występują menele). Naturalnie opiera się to wszystko na schematach (scenariusz skrojono społem i jednak według szablonu), ale na ekranie wszystko wygląda raczej świeżo – a to jest wielka sztuka podać ludziom coś, co oni doskonale znają, ale odbierają tak, jakby pierwszy raz to widzieli na oczy. (To jest zresztą żelazna zasada Hollywoodu, a w ogólności: kina masowego i komercyjnego – by stare wyglądało jak nowe; by było tak jak do tej pory, a jednak inaczej.)
Warszawa tylko czasami udaje Manhattan, w filmie prawie wszystko jest na wysoki połysk (sporo kilowatów poszło na oświetlenie planów), ludzie często zachowują się jak idioci – ale jak widać ma to wzięcie, bo gra się przy tym na czułych strunach ludzkiej potrzeby miłości – na sentymentach, które są wiecznie żywe, a którym ulegamy gremialnie. To prawda, że w całym tym procesie zbytnio się zbliżamy do ckliwości a może nawet do żenady (ech ten łzawy finał, w którym wszyscy się ściskają w takt niemiłosiernie katowanej piosenki Grechuty), ale jak moglibyśmy wytrzymać na tym świecie bez poczucia solidarności – choćby miała być to solidarność w iluzji?

.
greydot.

Niełatwo być singlem (Maciej Stuhr w

Niełatwo być singlem

.

Recenzje z innych festiwalowych filmów: „Ostatnia rodzina”, „Marie Curie”, „Zaćma”, „Zjednoczone stany miłości”, „Niewinne”

.

Reklamy

PO CIEMNEJ STRONIE („Zabić bobra”, „Lęk wysokości”)

Podczas ostatniego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce można było również obejrzeć obrazy w tonacji ciemniejszej: najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego „Zabić bobra” oraz „Lęk wysokości” – fabularny debiut Bartosza Konopki. Oba warte uwagi i plasujące się moim zdaniem w czołówce polskiego kina ostatnich lat.

Mrocznie, gwałtownie, desperacko, tragicznie… Kolski w „Zabić bobra” pławi się w ciemnej tonacji

ZABIĆ…

Jan Jakub Kolski mnie zaskoczył. Z pobrzmiewającego sielsko realizmu magicznego (exemplum: „Pogrzeb Kartofla”, „Jancio Wodnik”, „Grający z talerza”, „Jasminum”), solidnej klasyki („Pornografia”) i nostalgicznej malowniczości („Wenecja”), przerzucił się w „Zabić bobra” na męski i brutalny thriller eksplorujący ciemne strony psychotycznej osobowości weterana kilku wojen i killera w jednej osobie. Tym anty-bohaterem jest Eryk (grany przez swojego imiennika, Lubosa), który przybywa do własnego, opuszczonego przed laty domu, by przygotować się do pewnej tajemniczej misji. Kolski ponownie wraca tu do popielawskich plenerów swej rodzinnej wioski – jakże jednak zmienionych, bo zamiast scenerii malowniczych i na poły magicznych widzimy miejsce opuszczone i odizolowane od świata, zgodnie jednak korespondujące ze stanem psychiki cierpiącego na PTSD agenta-zabijaki-żołnierza, który nawet w tak odosobnionym i bezludnym miejscu nie może się powstrzymać od kompulsywnego strzelania – choćby do ludzkich sylwetek z kartonu czy właśnie do Bogu ducha winnych (ale za to metaforycznych) bobrów. Z tej rutyny wybija go nagłe pojawienie się enigmatycznej sąsiadki (Agnieszka Pawełkiewicz) – młodej dziewczyny, która mimo szorstkości i gwałtowności Eryka, lgnie do niego niczym mucha do (śmiercionośnego dla niej) lepu. Tę dziwną parę wpierw ogarnia seksualna desperacja przejawiające się w kopulacyjnym szale, ale już wkrótce ich związek nabiera cieplejszych barw i zaczyna się kręcić bardziej wokół serca i uczuć, niż genitaliów i czystej chuci, mimo… a może nawet dzięki temu, że oboje wydają się skrywać jakieś osobiste tajemnice i są poranieni przez życiowe przejścia i traumy.

Jak to podobno określił sam Kolski, w filmie tym „eksploruje” on „zejście na dno samego siebie”. Wprawdzie trudno mi jest wyobrazić sobie dziecięco wrażliwego artystę (a takim w moim odczuciu jest JJK) w roli paranoicznego hit-mana zstępującego wgłąb własnych piekieł, jednak skuteczność z jaką reżyser oddaje na ekranie mroczną i gwałtowną stronę ludzkiej natury, rodzi jednak przypuszczenie, że jest mu ona znana nie tylko z filmów (choćby Scorsesego, Tarantino czy Bessona), ale i z jakichś zakamarków własnej psyche, co w połączeniu z jego warsztatową perfekcją (bo to nieprawda, że w „Zabić bobra” on od niej odszedł, kreśląc na ekranie obraz surowy i zgrzebny) daje zaskakująco mocny efekt. Wprawdzie czerń tego filmu bardziej jest jednak metaforyczna niż dosłowna i rzeczywista, to jest ona równie przekonująca i klimatyczna, jak kolorowe światy Kolskiego, które pamiętamy z jego wcześniejszych obrazów. Czyżby więc cień był czymś co uzupełnia światło – a jasność tak naprawdę nabierała sensu dopiero przy mroku?

Całość filmu spina nie tylko pewna ręka Kolskiego, ale także rewelacyjna kreacja Eryka Lubosa, którzy chyba dopiero w tym filmie pokazał na co tak naprawdę go stać, choć przecież do tej pory zwrócił już na siebie uwagę kilkoma dobrymi rolami. Moim zdaniem idealnie wpisuje się on w tę ciemną, paranoidalną, gwałtowną i zagadkową „poetykę” aplikowaną przez Kolskiego, który – jak widać – równie dobrze czuje się w świecie filmowej przemocy ukazanej naturalistycznie, jak i w fantazyjnej sielskości oddawanej na ekranie niemalże magicznie.

Pobrzemiewają w tym filmie jakieś (wilcze?) echa dziejących się na świecie wojen, szczucia psami i obław na ludzi, których odczłowiecza się mówiąc o nich „wróg”; „esencjonalnych” zabójców (zarówno w mundurach, jak i bez), którzy dostali się w nieludzką machinę walki na śmierć i życie – w szpony terroru rozsiewanego w imię walki o wolność.
Ale czy to są echa obce i egzotyczne? Dobiegające nas tylko z jakichś odległych krain i zupełnie nas nie dotyczące?
Odpowiedź filmowców, którzy z uporem wracają do ciemnej strony człowieka, zajmując się jego gwałtowną naturą, wydaje się brzmieć: Nie, to nie są tylko fantazje i rojenia. Nie jesteśmy tylko takimi znudzonymi konsumpcją dużymi chłopcami, bawiącymi się w kino. Te lęki, strachy i obsesje są w nas – może skryte gdzieś w głębi, na dnie naszych piekieł, lecz ciągle jednak obecne i dające o sobie znać, nieraz w bolesny i przerażający sposób – w naszych przeczuciach, obawach, intuicjach i premonicjach – w  koszmarach ukazujących się nam na jawie i we śnie. A to wszystko może być również Twoim udziałem, kochany widzu, rozparty wygodnie w fotelu.

LĘK…

Syn poszukuje miłości w cieniu choroby psychicznej ojca… („Lęk wysokości”)

Choroba psychiczna nas przeraża, ale i fascynuje. Jednak kiedy dotyka bliską nam osobę – np. kogoś z naszej rodziny – wtedy staje się dla nas czymś osobistym, może nawet intymnym – jednym z najważniejszych doświadczeń egzystencjalnych w naszym życiu. Przeżyciem najczęściej bardzo traumatycznym, ale też i w pewnym sensie katarktycznym, mogącym określić nasze miejsce w świecie i uświadomić nam sposób, w jaki jesteśmy uwikłani w relacje z innymi ludźmi. Antoni Kępiński, jeden z najsłynniejszych polskich psychiatrów, który jak nikt inny potrafił chorobę psychiczną wpisać w kontekst naszej kultury i wypełnić ją głębokim humanizmem, napisał kiedyś, że stosunek jaki mamy do ludzi chorych psychicznie jest miarą naszego człowieczeństwa. W „Lęku wysokości” objawia się to w sposobie, w jaki syn próbuje sobie radzić z pogrążającym się w psychozie ojcu: Marcin Dorociński gra robiącego karierę dziennikarską Tomka, dowiadującego się nagle o tym, że ojciec (Krzysztof Stroiński), z którym zresztą nie utrzymywał ostatnio bliższych kontaktów, trafił na oddział szpitala psychiatrycznego. Syn spotyka się z ojcem, ale trudno między nimi o jakiekolwiek porozumienie – i to nie tylko z powodu zaburzeń psychicznych tego ostatniego. Na przeszkodzie stają tu głównie pewne – choć nie dość jasno określone – epizody z ich rodzinnej przeszłości (zdrada matki? brak porozumienia, zerwane więzi?) Nieoczekiwanie, wbrew pogarszającemu się stanowi ojca, syn zaczyna się do niego zbliżać, odnajdując w nim coś, co porusza jego wrażliwość i być może pozwala dotrzeć także i do własnych lęków, z którymi prędzej czy później trzeba będzie sobie poradzić. W ten sposób buduje się jego dojrzałość, może nawet określa tożsamość umożliwiająca mu zmierzenie się ze zmianami we własnym życiu – z perspektywą zostania mężem i ojcem.

Fabularny debiut Bartosza Konopki wpisuje się w nurt kina – gotów jestem nazwać je melancholijno-intymnym – który w naszej rodzimej kinematografii objawił się ostatnio w takich obrazach, jak choćby „Erratum”, „Kret” (nota bene oba te filmy ukazują także relację ojciec-syn), „Matka Teresa od kotów”, „Rysa”, „33 sceny z życia”, „Wymyk”, „Mój rower”… Filmy te zajmują się trudnymi relacjami członków najbliższej rodziny (wynikającymi zazwyczaj z traumy spowodowanej jakimś nieszczęściem – tragicznym wydarzeniem, chorobą, wypadkiem…) i robią w to sposób kameralny – zazwyczaj powściągliwy i zniuansowany, prosty ale wieloznaczny, moralitetowy ale unikający wydawania jakichkolwiek sądów. I za każdym razem podbudowany znakomitym aktorstwem (w tym przypadku: przejmujący duet Dorociński – Stroiński), bez którego żaden z tych filmów nie mógłby unieść wielkiego emocjonalnego ciężaru, pokładanego w nich przez ich twórców – zwłaszcza przez scenarzystów i reżyserów, dla których każdy z tych filmów jest wypowiedzią nad wyraz osobistą i ważną.

W NAS

Człowiek w niebezpieczeństwie ma do wyboru dwie drogi działania: uciec albo atakować. Dotyczy to oczywiście również artysty, a szerzej – twórcy, który czując się zagrożony i nękany, postanawia zmierzyć się z własnymi lękami, cierpieniem i traumą, zanurzając się w ciemnościach i piekle własnego wnętrza; albo też ucieka od tego w krainę ułudy i zmyślenia, gdzie może się poczuć lepiej – w jasnej swej fantazji, ogrzewając się światłem kolorowych krain, robiąc sobie jakiś mały raj czy niebo.
No… być może przesadzam z kwiecistością tej alternatywy, ale chyba każdy z czytających te słowa dokładnie wie, co mam myśli: chodzi z grubsza o to, czy mamy uciekać od świadomości istnienia zła i wrażych sił w świecie (i w nas samych), czy też wręcz przeciwnie? Czy lepiej jest zło pamiętać, czy może raczej zapomnieć – dostrzegać tylko jasne strony świata, czy też spojrzeć czasami także wgłąb jego mrocznej studni…? Zakładając, że taki wybór mamy. A przecież są sytuacje, kiedy jednak żadnego wyboru nie ma i czujemy się jak byśmy byli miażdżeni przez bezwzględne fatum – wydani na łaskę i niełaskę żelaznego determinizmu.

Zapewne ani Kolski, ani tym bardziej Konopka nie czują się pod obstrzałem „pocisków zawistnego losu” (o taki hamletyzm ich nie podejrzewam – nie tylko dlatego, że szekspirowszczyzna już od dawna wydaje się być anachronizmem), ale jednak: pierwszy mówi, że schodzi w swym filmie na dno własnego piekła, które chce zbadać (i być może zabić tam prześladującego go bobra?); drugi zaś, że inspiracją i powodem zaistnienia filmu była jego własna sytuacja życiowa, a mianowicie chory psychicznie ojciec, któremu nota bene swój „Lęk wysokości” zadedykował.

Co ryzykujemy schodząc do podziemia własnej duszy? Czy tylko wtedy możemy zabić grasujące w nim demony? A może wręcz przeciwnie: to, że się w ciemność zapuścimy sprawi, że z łańcucha zerwą się czające się tam biesy?
Być może jednak tylko w ten sposób jesteśmy w stanie oswoić nękające nas lęki – eksternalizując je, nazywając, stawiając im czoła?  Artysta o tyle znajduje się w lepszej sytuacji, że może to wszystko robić za pomocą sztuki – i niejako w jej obrębie zlokalizować pole bitwy. Zmobilizować własną wyobraźnię – za pomocą fikcji i zmyślenia zmierzyć się z tym, co niepokoi go całkiem realnie. Bo przecież do końca nie wiemy czym tak naprawdę jest rzeczywistość: może całe nasze życie jest rodzajem filmu, który wyświetlają sobie znudzeni bogowie?

Podróże wgłąb własnego jądra ciemności – „Zabić bobra” i „Lęk wysokości”

*

„WENECJA”, „ŚLUBY PANIEŃSKIE”, „KOŁYSANKA”, „ŚWIĘTY INTERES”, „MAŁA MATURA 1947”, „MOJA KREW”, „WICHRY KOŁYMY” (o filmach 22. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, cz. I) )

Wprawdzie Festiwal Filmu Polskiego jest dopiero na półmetku, to jednak – kontynuując wątek jesieni w kinie – chciałbym już teraz podzielić się z Wami wrażeniami jakie wyniosłem po obejrzeniu siedmiu filmów, które znalazły się w repertuarze chicagowskiej imprezy.

”WENECJA” (reż. Jan Jakub Kolski)
** * * * * *

Okrutny świat widziany oczyma dziecka nie przestaje być światem tajemniczym i magicznym

„Wenecja” to bez wątpienia najpiękniejszy wizualnie film Jana Jakuba Kolskiego – co jest zachwytem tym większym, że przecież dotychczasowe jego filmy też pod tym względem sroce spod ogona nie wypadały, wyróżniając się urodą wręcz magiczną spośród innych obrazów polskiego kina nurzających się z namiętnością wręcz turpistyczną w szarzyźnie i przaśności europejskiej prowincji, jaką niektórzy widzą nasz kraj od zawsze.
Każde dziecko wie, że JJK to jeden z najbardziej oryginalnych naszych twórców filmowych, że jego filmy rozpoznać można na kilometr, i że zawsze jest w nich magia, którą Kolski wyciąga jak królika za uszy z przepastnego i zaczarowanego kapelusza swojej dziecięcej wyobraźni. Przy czym, jego pierwsze filmy nie udawały tego, że są jakąś drugą stroną lustra naszej twardej, prozaicznej i rozczarowującej rzeczywistości, tworząc swój autonomiczny a cudowny świat niczym z baśni dla dzieci mniejszych i większych. Z czasem jednak (głównie z prozaicznego względu, jakim był brak materialnych środków do kreacji tychże światów) Kolski zbliżał się do „realizmu”, nie rozwiewając wszak swej poetyckiej aury i nie pozbywając się wielkiej a zmysłowej wrażliwości na barwę, obraz, muzykę… ani tej lirycznej głębi i subtelnego drżenia pod „ludzkimi żebrami” (te ostatnie, ujęte w cudzysłów słowa, to autorskie określenie JJK odnoszące się do… serca, duszy, nerwów, trzewi – czyli do ludzkiej wrażliwości.)

Chłopięce marzenia zderzają się z realnym koszmarem

„Wenecja” Kolskiego to czysta poezja dla oka, ale już nie miód dla naszej duszy – bo tyle w nim gorzkiej i bolesnej melancholii, że można nią obdzielić kilka najsmętniejszych nawet obrazów. Bo taki też był okres, w jakim osadzona została akcja filmu, którego pomysł zaczerpnięto z jednego z opowiadań Włodzimierza Odojewskiego (chodzi konkretnie o „Sezon w Wenecji”). Jest to historia 11-letniego chłopca, którego dojrzewanie przypadło (czy musimy dodawać: jakże niefortunnie?) na czas wybuchu II wojny światowej, niemieckiej okupacji, sowieckiej „wyzwoleńczej” inwazji i… dość nieodpowiedzialnego szlajania się jego własnej matki, która pozostawiła go na pastwę niespełnionych marzeń, znienawidzonego miejsca (popadły w ruinę pałac zaludniony niespełnionymi w życiu ciotkami) i bolesnych doświadczeń tamtego okrutnego czasu.
Trudno twórców „Wenecji” posądzać o jakiekolwiek zapożyczenia (z wyjątkiem ścieżki dźwiękowej, która ponoć okazała się być plagiatem, więc musiano ją zmienić – nota bene na znakomitą), ale film przywiódł mi do głowy pewne skojarzenia… choćby z „Tajemniczym ogrodem”, choćby z „Labiryntem Fauna” czy z „Alicją w Krainie Czarów”, a nawet z „Pannami z wilka”… ale to pewnie dlatego, że oglądam zbyt wiele filmów. Obraz Kolskiego ma natomiast bardzo specyficzny i ogarniający wszystko (przemożnie) klimat, co jest już bez wątpienia jak najbardziej autorską zasługą samego reżysera, ale i również – nie można o tym nie wspomnieć w jakiejkolwiek uczciwej recenzji tego filmu – operatora zdjęć Artura Reinharta.

Marcin Walewski w „Wenecji”

Kolskiemu udało się również (jakimś cudem?) ożenić w swoim filmie ogień z wodą. Woda to wg mnie powolna akcja, niespieszne tempo, długie a wymowne spojrzenia, rozległe panoramy, ciemna chromatyka… Ogień zaś to te krótkie, ale jakże dramatyczne i bolesne spięcia: strzał w tył głowy polskiego oficera w Katyniu, wyrok wykonany (przez dzieci, zresztą) na volksdojczu, Niemiec-meloman mordujący żydowskiego chłopca, sowiecki wirtuoz-pianista robiący w piwnicy masakrę za pomocą swojej pepeszy, czy wreszcie – last but not the least – zbombardowanie i ostrzelanie przez niemieckie samoloty kolumny polskich żołnierzy (muszę tu napisać, że ta ostatnia scena jest zrealizowana przez polskich filmowców bez mała genialnie – moim zdaniem Hollywood i sam Spielberg mógłby się czegoś z niej nauczyć).
Chociaż… zauważam tu lekko niepokojącą nutę w ewolucji Kolskiego, jako twórcy kina. Czyżby to była skłonność do postępującego z wiekiem poddania się fatalizmowi, a nawet pesymizmowi ludzkiego losu?
Mam nadzieję, że nie – że to jeszcze nie ten czas, a może nawet nigdy do tego nie dojdzie i Jak Jakub pozostanie jednak chłopcem do końca swojego życia? Wbrew temu co powiedział na ten temat w jednym ze swoich ostatnich wywiadów:
„Jestem chyba w tym najlepszym okresie swojego życia – to te najwłaściwsze, najlepsze 5 lat w mojej pracy, kiedy już jestem wystarczająco dojrzały i zaawansowany warsztatowo, żeby móc ten świat (filmu) organizować przemyślnie; a (z drugiej strony) mam ciągle tę ciekawość małego chłopca, który wygląda przez moje oczy i chce się dziwić światu. Pewnie ta kombinacja nie potrwa długo, bo jak każdy mężczyzna w moim wieku zacznę cynicznieć i nie będę miał już ciekawości patrzenia na kolejne rzeczy, i nie będę się dziwił, i nie będę robił dużych oczu, i nie będę się czerwienił ze wstydu…”
Panie Janie Jakubie Kolski – to czerwienienie ze wstydu można sobie darować, ale życzę Panu, by nie uległ Pan cynizmowi a oczy nadal miał Pan szeroko otwarte od wiecznego zadziwiania się tym naszym strasznym i cudownym zarazem światem.

Okrutne czasy to także czasy przyśpieszonego dojrzewania

*

”ŚLUBY PANIEŃSKIE” (reż. Filip Bajon)
** * * * * *

Niekiedy zasadne wydaje się pytanie, czy warto ruszać stare i zmurszałe trupy polskiej literatury, przewracając je na różne strony, wygrzebując „uniwersalizmy”, reanimując, post-modernistycznie udziwniając (co najczęściej nazywa się „uaktualnianiem”)… Czy nie lepiej zostawić je w środowisku w którym „czują się” one najlepiej – czyli we własnym sosie kontekstu epoki i jej konwencji, tudzież w muzeum zbiorowej wyobraźni odwiedzanym zazwyczaj przez szkolne wycieczki pędzone tam tłumnie w ramach obowiązku poznania kanonu szkolnych lektur?

Fredro – reaktywacja (Maciej Stuhr i Borys Szyc w filmowych „Ślubach panieńskich”)

Kiedy polskim filmowcom taki reanimacyjny zabieg się udaje (jak np. Wajdzie z „Weselem” czy „Panem Tadeuszem”) to odpowiadamy, że niekoniecznie – że dobrze się stało, iż kino to truchło rewitalizowało. Kiedy zaś udaje się miernie i zwłoki nie trzymają się – nomen omen – kupy (jak np. Kawalerowiczowi z „Quo Vadis” czy Hoffmanowi z „Ogniem i mieczem”), to nasza odpowiedź brzmi: tak, lepiej było nie ruszać, nie tykać, nie kręcić…
„Śluby panieńskie” Filipa Bajona stoją tu gdzieś pomiędzy: tak jakby reanimacja nie powiodła się do końca – tzn. coś się tam rusza, ale już raczej nie podskoczy; niby jest OK, ale jednak coś szwankuje; niby kolorowo, dziarsko, staro-polsko i zabawnie, ale coś jakby na niby, więc trzeba się ratować laptopem, ciężarówką, plastikiem i komórką.
Ale nie róbmy sobie (aż takich) jaj z pogrzebu. Bowiem wysiłek Bajona (i innych twórców filmu, w tym zwłaszcza aktorów) zasługuje na choćby mały dyg i czapkę z głowy.
Co więc powstrzymuje nas od ukłonu do samej ziemi (o powaleniu na kolana nie wspominając?)
Otóż powodów jest kilka. Być może Fredro tak się postarzał, zmuzealniał i zmurszał tak, że już nic go ruszyć nie może, nawet talent Bajona, Więckiewicza, Szyca, scenografów, kamerzystów i Stuhra? Być może „śluby panieńskie” w odniesieniu do naszych współczesnych dziewic i panienek mogłyby się już tylko wydać śmiechu wartym „obciachem”, albo i nawet „badziewiem”? Być może, po prostu, całe to zamieszanie to wiele hałasu o nic? Być może…
Ale mnie najbardziej doskwierały te pomysły Bajona z komórkami, plastikiem i tabloidem z Olszówką na okładce. Moim zdaniem – nie przypiął, ni przyłatał. Mało: rozbijają one wg mnie cały film, bo zmuszają nas (tak obcesowo i brutalnie zresztą) do porzucenia konwencji – tak, że dalej już nie mogliśmy udawać, że to wszystko ma sens i zaczepienie w jakimś spójnym świecie, choćby w świecie naszej wyobraźni (który przecież, na swój sposób, też musi być spójny). Jednym słowem: Bajon popsuł nam tym zabawę. Tym bardziej, że ta jego współczesność wypadła tak strasznie niemrawo i jest jej tam tyle, co kot napłakał.

Dalsze podchody polskiego kina do lekko zmurszałej narodowej literatury (Anna Cieślak i Marta Żmuda-Trzebiatowska w „Ślubach panieńskich” Fredry i Bajona)

Oczywiście, że podobnych zabiegów (z łamaniem konwencji, chronologii i spójności epoki;  z przypominaniem widzowi, że to tylko kino, że wszystko na sprzedaż, że to tylko taka zabawa „na niby”) w kinie dokonywano bez liku. Lecz takie operacje zawsze niosą ze sobą pewne ryzyko i udają się stosunkowo rzadko. Bajon zaryzykował i… udało mu się to średnio – a właściwie to nie udało mu się to wcale, i na jego miejscu te komórki i plastiki z Fredry bym wyciął. Bo do imć hrabiego pasują one jak wół do karety i tylko mogą przewrócić go w grobie – do czego, miejmy nadzieję, nie dojdzie.

Polskie wampiry – cokolwiek anemiczne

„KOŁYSANKA” (reż. Juliusz Machulski)
** * * * * *

Mimo wielkiej sympatii jaką przejawiam (osobiście) do Juliusza Machulskiego, czuję się zmuszony napisać, że jego najnowszy film, (który w zamierzeniu miał być „pełnokrwistą komedią”) wzbudził we mnie uczucia nad wyraz mieszane: od bardzo umiarkowanego rozbawienia po… niestety, zażenowanie. Ja wiem, że Machulski kinem się bawi (bo jak sam mówi to dla niego „zabawka”), tylko – na Drakulę! – dlaczegóż on się tym kinem bawi na poziomie 12 letniego chłopca (a nie chłopca 50-letniego, który jest przecież  niezwykle sprawnym rzemieślnikiem kina, człowiekiem o niepoślednim poczuciu humoru i nietuzinkowej inteligencji)?
Wydaje mi się, że cała reżyserska para Machulskiego poszła w „Kołysance” na zabawę w pastisz filmów grozy (o wampirach), przy jednoczesnym zaniedbaniu takich „drobiazgów” jak fabuła (w tym filmie prawie żadna) i dramaturgia (której w „Kołysance” też w zasadzie nie ma, bo wszystko staje się przewidywalne, mimo pozorów oryginalności). Malownicza scenografia, robiąca wrażenie charakteryzacja, dobre aktorstwo (choć z tym ostatnim jest w „Kołysance” różnie)… wszystko to właściwie tylko wzmaga moje poczucie, iż oto zmarnowano dobry skądinąd pomysł na niezłą komedię o polskich wampirach, która jednocześnie miałaby jakiś ostrzejszy satyryczny… hm…ząb. Niestety, te ząbki wyleciały, jak – nie przymierzając – cudacznemu dziadkowi wampirowi, granemu w „Kołysance” przez wyróżniającego się niebanalna urodą Janusza Chabiora.
A zaczęło się świetnie: sama czołówka filmu jest rewelacyjna! Niestety, im dalej, tym robiło się już coraz bardziej swojsko, czyli dość anemicznie, mdło i nijako, no i w końcu wszystko osiadło na sitcomowej mieliźnie.
Z przykrością pisze te słowa, bo życzę Machulskiemu jak najlepiej, ciągle się niestety zawodząc na jego komediowym wyczuciu, które zbyt często nie wyrasta ponad poziom sztubackiego skeczu. Może nadszedł czas by trochę… spoważnieć? Tym bardziej, że ostatni film reżysera jakim był „Koń trojański”, sprawił mi doprawdy miłą niespodziankę. Może właśnie dlatego, że objawił się tam Machulski w roli kogoś, kto potrafi opowiedzieć ciekawą historię o ludziach, niekoniecznie usilnie przy tym dowcipkując i robiąc ze swoich bohaterów niezbyt rozgarniętych przygłupów?
*

„ŚWIĘTY INTERES” (reż. Maciej Wojtyszko)
** * * * * *

Piotr Adamczyk i Adam Woronowicz w „Świętym interesie” – tym razem już nie tacy święci

Komedie są potrzebne. Zwłaszcza w Polsce – w kraju gdzie często na pierwszy plan pcha się siermiężna powaga, cierpiętniczy dramatyzm i nacjonalistyczno-religijna histeria. Szkopuł w tym, że film Macieja Wojtyszki jest właściwie dowcipem na jedną chwilę, takim filmowym „wicem”, o którym po śmiechu (przypominającym wszak niekiedy rechot) dość szybko się zapomina. Nawet, jeśli jest on solidnie opowiedziany i przedstawiony. A w „Świętym interesie” biorą przecież udział najbardziej „święci” z wszystkich „świętych” polskich aktorów – Piotr Adamczyk (pamiętny z roli Jana Pawła II) oraz Adam Woronowicz (filmowy ksiądz Jerzy Popiełuszko). I w kontekście filmu Wojtyszki, wybór właśnie tych aktorów na odtwórców głównych ról w „Świętym interesie”, nie wydaje się być przypadkowy.
Ale nie wydaje się też być zasadny, bo czymś ponad przeciętnym, ci – skądinąd dobrzy – aktorzy w tym filmie raczej wykazać się nie mogli.
„Święty interes” ma swoje dobre momenty, jest całkiem nieźle sfotografowany (a nawet pobrzmiewa w nim muzyka naszego wielkiego kompozytorskiego tuza Zygmunta Koniecznego – ach ten nasz rodzimy przerost formy nad treścią!) lecz zawartość myślowa, (którą przecież trudno nazwać intelektualną) jest dość mizerna i toporna, by nie napisać – prostacka (ech, te komercyjne skłony i dygi filmowych producentów „pod publiczkę”).
Przedstawiciele chicagowskiego Festiwalu (jak również producent filmu) mówili o nagle wzmocnionej  -przez zachodzące obecnie w naszym kraju wydarzenia – aktualności filmu Wojtyszki (bo powodzie, bo wojna o religijne symbole, bo zderzenie zapyziałej i będącej „sto lat za murzynami” polskiej wsi ze świetlaną europejską Unią…), ale chyba raczyli żartować, że „Święty interes” we wszystkie te problemy wchodzi głębiej, niż ironiczny przytyk pod adresem naszej ludowej religijności, która pada na klęczki przed krzyżem (czy jakimkolwiek pseudo-sakralnym a odpustowym gadżetem, którym w tym filmie jest stara warszawa należąca ponoć ongiś do Karola Wojtyły), by zaraz potem rzucić „ch…m” czy „k…ą”, tudzież utopić sąsiada w małej łyżce wody.
*

„MAŁA MATURA 1947” (reż. Janusz Majewski)
** * * * * *

„Mała matura” – z wynikiem dostatecznym (plus), czyli weterani robią kino solidne ale dość przeciętne

Film całkiem niezły, acz do bólu poprawny. Nic dziwnego, Janusz Majewski to „stary wyjadacz” polskiego kina, mając na swoim sumieniu jedną z najlepszych polskich komedii, a mianowicie pamiętnych „C.K. Dezerterów”.
„Mała matura 1947” wszak nakręcona jest już bardziej „po bożemu”, bez anarchizmu, sprośności i dezynwoltury tamtego filmu, co jednak nie oznacza, że sztywno, kostycznie, bez polotu i na kolanach. Nie, to obraz „gładki” ale dający się oglądać z zainteresowaniem; operujący stereotypami, lecz korespondujący dość wiernie z rzeczywistością historyczną Polski pierwszych lat powojnia; no i zaludniony ciekawymi personami (a jednocześnie weteranami) polskiego aktorstwa, wśród których prym wiodą Jan Zborowski, Olgierd Łukaszewicz i Wojciech Pszoniak (wszyscy oni sprawiają wrażenie/boć przecie nie anieli/jakby z wystąpienia w „Małej maturze”/niezły ubaw mieli). Wspomnieć także wypada o Arturze Żmijewskim i Marku Kondracie, którzy jednak zachowują bardziej poważne, a może nawet marsowe oblicze, no i może jeszcze o ein Knie Soni Bohdziewicz.
Oprócz tego Majewski pozwolił wystąpić w swoim filmie całej paczce młodych debiutantów, którzy grają absolwentów krakowskiego gimnazjum im. Jana III Sobieskiego. I to właśnie oni są głównymi bohaterami „Małej matury”. Dodać należy, iż młodzieńcy ci wywiązują się tu ze swojego obowiązku całkiem przyzwoicie (naturalnie z wyjątkiem… momentu, kiedy udają się gremialnie, czyli tzw. „całą churmą” do burdelu).
Żarty żartami – ale śledząc losy filmowych bohaterów nie zawsze jest nam jednak do śmiechu. Bo były to czasy, kiedy było już wiadomo, że bez upodlenia Polaków przez „Ruskich” obyć się nie może, że młodość chmurna i durna doświadczona zostanie nie tylko przez hormony ale i przez wredną politykę, że zabawy w patriotyzm mogą się skończyć tragicznie…
Na pewno film Majewskiego kamieniem milowym kina polskiego nie jest, jest natomiast kawałem solidnej filmowej roboty, i choćby ze względu na to warto mu poświęcić te półtorej godziny swojej uwagi.
*

„MOJA KREW” (reż. Marcin Wrona)
** * * * * *

Rzecz w naszym kinie dotychczas niespotykana: miłość polskiego boksera do wietnamskiej imigrantki (desperacka, mroczna i gwałtowna)

Film mocny, brutalny, bez mała desperacki… również w tej swojej rozedrganej nerwowości chorobliwy tak, jak jego główny bohater – pocięty, zakrwawiony, posiniaczony i śmiertelnie chory bokser Igor, grany z ciężkim, ale jednocześnie nie pozbawionym polotu fatalizmem umęczonego życiem naturszczyka przez Eryka Lubosa, (który rasowym aktorem bez wątpienia jest, więc owo miano „naturszczyk” traktować tu należy jak komplement).
Jak już wspomniałem, „Moja krew” to film mocny – z mocną kreacją Lubosa, solidną realizacją (zdjęcia, muzyka, montaż…) – ale niestety z niezbyt mocnym (przynajmniej miejscami – bo pomysł nań był bez wątpienia bardzo oryginalny i ciekawy) scenariuszem, którego w kilku momentach rozkłada jego nieprawdopodobieństwo (i to zarówno jeśli chodzi o wydarzenia, jak i psychologię postaci). Również główny wątek odnoszący się (a jest to niewątpliwie pewna nowość w kinie nad Wisłą) do zderzenia kulturowego polskiej rzeczywistości z Azją, pozostaje na pewnej stereotypowej płyciźnie – i wygląda na to, że bardziej był on potrzebny autorom filmu do podbudowania postaci Igora i jego życiowego dylematu, niż wyrastał z chęci jakiejś głębszej mentalno-kulturowej eksploracji obcego nam świata.
Napisawszy to, nie mogę wszak nie pochwalić młodej wietnamskiej debiutantki (Luu De Ly), która wniosła do filmu Wrony wielką delikatność i kruchość, tak potrzebną przecież w kontrapunkcie do brutalności, szorstkości i gwałtu, jakim przepełniona jest postać Igora.
Tak więc, Polak z Wietnamką tworzą parę niezwykłą, ale przedstawienie ich relacji w tym filmie na pewno nie wyczerpie zapotrzebowania w naszym kraju na zajęcie się problemem stosunku Polaków do mniejszości etnicznych, które przecież w Polsce istnieją, choć spychane są na margines społecznej świadomości.
Uwagę zwraca styl w jakim Marcin Wrona zrobił ten film. Niby nonszalancki, spontaniczny i niedbały, a jednak w tej swojej clipowej, werystycznej manierze niezwykle precyzyjny, konsekwentny i zdecydowany. Rezultatem tego niezwykłego mariażu jest oryginalność, która może być kiedyś rozpoznana jako znak firmowy tego reżysera, czego mu zresztą życzę.
„Moja Krew” to właściwie debiut fabularny Wrony. Wszystko wskazuje więc na to, że  będzie można się po nim spodziewać jeszcze lepszych niż omawiana tu „Moja krew” filmów (i, podobno, jego najnowszy obraz „Chrzest”, takim właśnie filmem jest, o czym chciałbym się jak najszybciej przekonać).

Mocna i brutalna „Moja krew” Marcina Wrony

*

„WICHRY KOŁYMY” („Within the Whirlwind”, reż. Marleen Gorris, Niemcy/Polska/Belgia)
** * * * * *

Nie łudźmy się – te miliony ofiar, które zginęły w sowieckich Gułagach, to nie jest sprawka tylko jednego potwora (jakim chcemy widzieć Stalina). To wszystko było możliwe dzięki koszmarnie choć chaotycznie rozbudowanej machinie systemu, który nota bene tworzyła (wprawiała w ruch i oliwiła) nie tylko Komunistyczna Partia ZSRR, ale większość Rosjan. W tym (a może nawet zwłaszcza?) ci, nawiedzeni ideowo karierowicze, których de facto reprezentantem była także Eugenia Ginsburg,  główna bohaterka „Wichrów Kołymy”.

Emily Watson i Agata Buzek – razem na nieludzkiej ziemi

Ginsburg to znana postać. Jej „Stroma ściana”, w której opisała swoje doświadczenia łagrowe na zesłaniu na Syberii (w sumie, w niewoli, spędziła ona 18 lat swojego życia), to obok książek Sołżenicyna i Szałamowa kanon literatury „łagrowej”. Ale jak na ironię, w odróżnieniu od innych autorów (także tych naszych, rodzimych, takich jak np. Józef Czapski i Gustaw Herling-Grudziński), autorka właściwie nigdy (dobrowolnie, czy też raczej świadomie i z rozmysłem) dysydentką komunizmu się nie stała (a nawet, po tych doświadczeniach łagrowych, wstąpiła ponownie do KPZR). „Wrogiem ludu” stała się niejako z nadania swojej macierzystej partii, oskarżona ( i skazana na 10 lat ciężkich robót) za udział w spisku, w którym zresztą nigdy nie wzięła udziału.
Lecz niestety, reżyserkę  Marleen Gorris (jak również autorów scenariusza), te ideowe meandry i dotarcie do sedna (oraz genezy) totalitarnego koszmaru nie wydają się zbytnio obchodzić. Obchodzi ich natomiast głównie inteligentna, silna choć wrażliwa oraz żywotna choć pozbawiona wolności kobieta i jej walka o przetrwanie w nieludzkich warunkach obozowej rzeczywistości. Także miłość, jaka ją w obozie spotkała. Oto dlaczego „Wichry Kołymy” są bardziej melodramatem, niż autentycznym i dogłębnym oskarżeniem systemów totalitarnych, z ich masowym zamienianiem ludzi w niewolników i uśmiercaniem. I jako takie, są filmem naprawdę niezłym, absorbującym, sprawnym technicznie, ze znakomitym wystąpieniem grającej główną rolą Emily Watson (pamiętnej z ról w tak dobrych filmach, jak „Przełamując fale” Larsa Von Triera czy „Hillary and Jackie” Tuckera).
Warto też wspomnieć, że film jest międzynarodową koprodukcją, ze sporym udziałem polskich aktorów (Agata Buzek, Maria Seweryn, Zbigniew Zamachowski, Krzysztof Globisz) i został nakręcony głównie na terenie naszego kraju.
*

„Wichry Kołymy” – czyli mroźnie ale i melodramatycznie

*

FILMOWISKO („Galerianki”, „Świnki”, „Rewizyta”, „Enen”… i inne polskie filmy w Chicago)

*

Kilkanaście listopadowych dni upłynęło mi pod znakiem polskiego kina. Jak co roku bowiem, jesienią miał miejsce w Chicago Festiwal Filmu Polskiego w Ameryce, obwieszczany przez organizatorów jako „największy przegląd filmów polskich na świecie”.
Chciałbym się teraz podzielić z Wami tym, co mnie tam spotkało.
 

 

„GALERIANKI”

  * * * * * *

Żyć „na poziomie” („Galerianki”)

Spodziewałem się, że będę miał po obejrzeniu tego filmu sporo do pomyślenia – a tym samym i do napisania – ale jednak nie miałem, więc siedzę teraz nad pustą kartką papieru i deliberuję, dociekając przyczyn tej obstrukcji.
Z jednej strony należą się pochwały pod adresem Katarzyny Rosłaniec, młodej adeptki kina, za odwagę podjęcia tematu drażliwego i jego dość sprawną realizację na filmowym ekranie; z drugiej zaś – trudno nie dostrzec pewnych braków aktorskich, scenariuszowych czy montażowych, które sprawiły, że „Galerianki” bardziej przypominały jednak etiudę (kóra zresztą była punktem wyjścia dla filmu pełnometrażowego), niż rasowy, kompleksowy film fabularny opisujący pewną socjologiczną niszę nowej rzeczywistości, w jakiej znalazła się Polska po „wybiciu się” na niepodległość.
Właściwie wszystko, począwszy od pierwszych kadrów, można było w tym filmie przewidzieć. Wiadomo, że jak młode dziewczyny (dzieci wręcz), zaczną się „puszczać” za ciuchy czy inne luksusowe towary sprzedawane w nowoczesnych centrach handlowych, to nie może z tego wyjść nic dobrego. Wiadomo, że „z jakim przystajesz, takim się stajesz”. Wiadomo, że jak rodzina jest dysfunkcyjna, to dzieci nie mogą się rozwijać normalnie i ulegają dmoralizacji. Wiadomo, że jak nie ma autorytetów i zdewaluowały się wszelkie wartości, to młodzi są zagubieni i oddani na pastwę szpanu, marginesu i używek. Wiadomo, że jak system edukacyjny „leży”, w praktyce sprawdza się tylko cwaniactwo, a nauczyciele stali się obywatelami drugiej kategorii – to nie ma po co się uczyć… itd.
A może, mimo że to wszystko „wiadomo”, warto takie filmy robić?

„ŚWINKI”

  * * * * * *

Post-komunistyczna mizeria („Świnki”)

Filmy Roberta Glińskiego są ważne. Począwszy od „Niedzielnych igraszek”, poprzez „Cześć Tereska”, na jego najnowszym filmie „Świnki” skończywszy.
To jeszcze jeden, obok „Galerianek”, utwór zajmujący się dziecięcą prostytucją. Główną postacią filmu jest kilkunastoletni Tomek, który, mieszkając w przygranicznym mieście, sprzedaje się niemieckim pedofilom – głownie po to, by zarobić na jakąś fanaberię swojej dziewczyny i wystrzałowe ciuchy.
W „Świnkach” nie brakuje tzw. „mocnych” scen, (w które zwykle obfitują filmy o prostytucji) jednak tym, co wyróżnia ten film spośród innych tego rodzaju jest jego… subtelność (jaką tylko Gliński potrafi obdarzyć swoje obrazy zajmujące się mało subtelną już rzeczywistością).
Szokujące są dla mnie te wszystkie zmiany w polskim społeczeństwie, jakie ukazuje polskie kino (i to począwszy od momentu samej transformacji ustrojowej). Nie mieszkając w kraju, mogę sobie zadawać pytania: czy jest tylko jakiś szary a tragiczny margines? Jakaś ekranowa moda, czy może tendencyjność twórców, którzy skupiają się na polskiej post-komunistycznej mizerii? Takie nowe kino starego moralnego niepokoju, ale już w dobie drapieżnego kapitalizmu i pseudo-demokratycznego liberalnego bezchołowia, które mimo tendencji, by z Polski zrobić państwo wyznaniowe, ma jednak miejsce w naszym kraju?

„REWIZYTA”

  * * * * * *

Zanussi odwiedza po latach swoich bohaterów (Jan Nowicki w „Rewizycie”)

Mimo, że „Rewizytę” Krzysztofa Zanussiego trudno uznać za film z prawdziwego zdarzenia (jest to właściwie pozbawiony jakiejkolwiek akcji zapis kilku rozmów), to jednak obejrzałem go z wielką ciekawością. Nie tylko dlatego, że przypomniał mi on kilka ważnych filmów mojej młodości (i lat szczenięcych), takich jak „Barwy ochronne”, „Życie rodzinne”, „Constans”, ale również dlatego, że przykuły mą uwagę jego dialogi, będące rodzajem wywiadów, jakie z bohaterami tamtych filmów przeprowadza współcześnie młody chłopak (znany nam z ostatniej komedii Zanussiego „Serce na dłoni”, niedoszły samobójca … – tutaj niezbyt rozumiem intencję reżysera, dlaczego akurat ten bohater zostaje przez niego wykorzystany, a nie inny?)
Szokiem może być już dla nas sama konfrontacja aparycji młodych ludzi, jakimi w czasie kręcenia tamtych filmów byli Maja Komorowska, Daniel Olbrychski, Zbigniew Zapasiewicz… z ich wyglądem dzisiejszym (czas jest jednak nieubłagany!) Aczkolwiek musimy pamiętać, że jest to tylko fizyczność, bowiem najciekawsza jest psychologioczna analiza przemian, jakie zaszły od tamtych czasów w odgrywanych przez nich bohaterach. I Zanussiemu, jak uważam, udaje się to przekazać w bardzo zajmujący sposób.

„POPIEŁUSZKO. WOLNOŚĆ JEST W NAS”

  * * * * * *

Religia i polityka („Popiełuszko. Wolność jest w nas”)

Nie zniechęcony afiszem, który był ewidentnym plagiatem z plakatu do najnowszego „bonda” (nota bene zupełnie nie przystającym w swoim jawnym szpanerstwie do treści filmu), tudzież złą prasą wokół tej „super-produkcji”, do festiwalowego kina wbrałem się także po to, by obejrzeć obraz „Popiełuszko. Wolność jest w nas”. Nie tylko dlatego, że wybrany on został przez organizatorów, jako tytuł otwierający całą imprezę.
Muszę wyznać, iż bardzo trudno jest mi oceniać ten film w oderwaniu od autentycznych wydarzeń , które on opisuje, a które chyba większość z nas nosi w sobie od czasu, kiedy wydarzyła się ta tragedia.
A jednak spróbuję.
Na realizację filmu przeznaczono – co zresztą widać na ekranie – ogromne środki. Lecz oczywiście to jeszcze nie musi o niczym świadczyć. Ważna jest artystyczna egzekucja dzieła i to, czy powiodło się przedstawienie w nim prawdy o tamtych czasach – o ludziach i wydarzeniach… czyli po prostu, czy obraz do nas przemówił, i to zarówno emocjonalnie, jak i intelektualnie. A na to pytanie odpowiedzieć sobie musi każdy widz indywidualnie – mnie również nie pozostaje nic innego, jak tylko napisać o własnych odczuciach.
A z nimi było różnie.
Z jednej strony trudno nie docenić wysiłku twórców, by odtworzyć rzeczywistość owej szarej i baznadziejnej epoki, jaka nastąpiła po zdławieniu solidarnościowego zrywu na początku lat 80-tych; trudno nie ulec autentyzmowi kreacji odtwarzającego główną rolę Adama Woronowicza, trudno nie czuć się zszokowanym patrząc na jakże naturalistycznie odtworzone bestialskie morderstwo dokonane na bezbronnym człowieku…

Zwykły człowiek czy święty?

ale z drugiej – trudno jednak zapomnieć o słowie hagiografia na określenie tego, co zrobiono z portretem księdza Popiełuszki, malując go na filmowym ekranie. I to wbrew zapewnieniom reżysera i scenarzysty (w jednej osobie) Rafała Wieczyńskiego, że zależało mu na pokazaniu człowieka z krwi i kości, a nie świętego męczennika, (którym właściwie Popiełuszko stał się dopiero w momencie swej straszliwej śmierci). Moim zdaniem to się nie udało. Mimo, że widzimy jakieś tam słabostki i drobne wygłupy kapłana, to jednak od samego początku jest on traktowany jak osoba niezwykła – jako kandydat na świętego, charyzmatyczny ksiądz z aureolą – a nie jak zwykły człowiek, którym w swej istocie był Jerzy Popiełuszko. Przeszkadzała mi także pompatyczna muzyka, zdradzająca monumentalne zapędy twórców filmu; także pewien schematyzm niektórych scen, którymi zdawał się kierować nie autentyzm, tylko jakaś teza…

*

INNE FILMY 

Nie chcąc powiększać zapisanej literkami przestrzeni i tak już obszernego wpisu, omawianie innych obejrzanych przeze mnie na Festiwalu filmów spróbuję ograniczyć do krótkich uwag o ich charakterze, treści i ewentualnie wspomnieć, jakie one zrobiły na mnie wrażenie,czyli co o nich (subiektywnie) sądzę.

Kolskiego zawodzi liryzm? („Afonia i pszczoły”)

„Afonia i pszczoły”. Najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego. Spore rozczarowanie. To, co we wcześniejszych filmach Kolskiego (choćby w „Jasminum” ) było nie pozbawionym uroku realizmem magicznym, poetycką wizją reżysera opowiadającego swe dziwne, ale dość ciepłe baśnie, tutaj zamieniło się w jakąś okrutną dziwaczność. Tym bardziej zniechęcającą, że podawaną nam już w konwencji realistycznej, jako ślepą miłość pewnej, opiekującej się niepełnosprawnym mężem (doskonały w tej roli Mariusz Saniternik) kobiety, która w post-wojennej Polsce zakochuje się w przystojnym Rosjaninie (a ten, niestety, okazuje się być psychopatycznym sadystą). Film cokolwiek rozwlekły, z nużącymi repetycjami, bez większej „chemii” między kochankami. Nie mogło się to wszystko dobrze skończyć. I nie skończyło, mimo, że Afonia wróciła w końcu do swojego chromego męża i pszczół, którym wcześniej porozbijała ule. Bowiem czasem świat się rozsypie tak, że nie da się go już z powrotem skle(c)ić.

Bardzo efektywny w swoim przekazie polityczno-historycznym był natomiast „Generał Nil” Ryszarda Bugajskiego, twórcy słynnego „Przesłuchania” (aż sie nie chce wierzyć, że było to 27 lat temu!). „Generał Nil” to  film tematycznie do „Przesłuchania” podobny, bo zajmujący się zbrodniami stalinowskimi w naszym kraju. Temat, wydawałoby się przebrzmiały, martyrologiczny i nadużywający cierpliwości (zwłaszcza młodego poskiego) widza, stanowi jednak mocną podstawę tego solidnego, zajmującego i nad wyraz sprawnie zrealizowanego filmu, którego mocnym atutem jest gra Olgierda Łukasiewicza (w roli generała AK Fieldorfa, skazanego w latach 50-tych, w procesie pokazowym na karę śmierci przez „niezawisły” polski sąd). A wydawałoby się, że dziś takich filmów już się nie robi.

Psychiatria wg Falka („Enen”)

Prawdę pisząc, nieco więcej spodziewałem się po najnowszym filmie Feliksa Falka „Enen”. Czyżby dlatego, że moje oczekiwania były zbyt wygórowane? Ale jak mogły nie być, skoro Falk jest przecież sprawcą tak znakomitych filmów, jak np. „Wodzirej” (toż to już klasyka!), „Był jazz”, „Bohater roku”, czy „Komornik” !? Nie przeczę, „Enen” jest filmem ciekawym – nie nudziłem się na nim ani minuty! (co jest już  dość solidnym komplementem dla filmu), a jednak wydał mi się on być pozbawiony tego ciężaru właściwego, który mógłby go plasować w gronie utworów wybitnych (a tego chyba właśnie oczekiwałem). Poza tym opierał sie na dość niewiarygodnym pomyśle fabularnym (pewien psychiatra podejmuje się leczenia w swoim domu człowieka, z którego dwadzieścia kilka lat wcześniej – czyli jeszcze w PRL-u – zrobiono „warzywo”, co najprawdopodobniej miało podłoże polityczne.) Mimo wszystko, „Enen” wart jest polecenia (tak więc go polecam).

Do przeszłości, ale już w zupełnie innym tonie nawiązywał debiut Michała Rogalskiego „Ostatnia akcja” . Film z założenia lekki, nakręcony w tradycji kryminalnej komedii, nie zdołał jednak udźwignąć całego grona popularnych swego czasu aktorów polskich starszego pokolenia, takich jak Jan Machulski, Marian Kociniak, Wojciech Siemion, Lech Ordon, Barbara Kraftówna, Anna Janowska, Piotr Fronczewski… moim zdaniem głównie wskutek słabości scenariusza, który starał się zająć nas para-kryminalną historyjką, tyle że w sposób mało przekonywujący, bez żadnego suspensu, raczej przewidywalnie i mało oryginalnie. „Ostatnią akcję” wyprodukował nikt inny, jak Juliusz Machulski (co zresztą wyczuć można było w charakterze filmu wystylizowanego lekko na „Va Banque” czy „Killera”), więc z pewnymi obawami wybierałem się na film, który on wyreżyserował, czyli „Ile waży koń trojański?”, tym bardziej, że nie sposób było mi zapomnieć o złej prasie, jaką swego czasu „cieszyła się” ta komedia w naszym kraju. I tu spotkało mnie dość miłe zaskoczenie, gdyż trafiłem na film sympatyczny, zajmujący, gładko zrealizowany, a także świetnie zagrany. Nie miał on wprawdzie ciężaru odpowiedniego dla kinowego ekranu, ale jako opowieść oglądana w domowym zaciszu, w mniejszym już formacie, sprawdzić się on może, moim zdaniem, doskonale.

Na Festiwalu obejrzałem jeszcze dwa inne filmy, które w jakiś sposób ze sobą kojarzę i łączę, może ze względu na dość pesymistyczną, ponurą i miejscami desperacką wręcz ich wymowę. Mowa o „Jestem twój” Mariusza Grzegorzka oraz o filmie, który, jak słyszałem, wywołał swego czasu w kraju pewne poruszenie (przynajmniej w środowisku kinomanów), czyli „33 sceny z życia” Małgorzaty Szumowskiej. Oba filmy sprawnie zrealizowane, ale w pewien sposób wtórne (obraz Szumowskiej nawet swoim tytułem nawiązuje do Bergmana). No i przedstawiające rzeczywistość w konwencji jakiegoś egzystencjalno-psychologicznego koszmaru (co oczywiście, samo w sobie jeszcze filmu nie dyskredytuje, a jednak może być nużące).

* * *
W sumie jednak – było ciekawie. I mój apetyt na kino polskie na jakiś czas został zaspokojony.

*

Dość męczące „33 sceny z życia”

*