O DEKULTURALIZACJI i innych współczesnych fanaberiach

(co się plecie w kajecie – z wypowiedzi rozproszonych, XV)

. zapiski notatki kajet notes.

.

Dziwna jest ta ewolucja korelacji ludzkiej duszy (psyche) z ciałem. Na początku musiał być tylko instynkt i popędy, a więc całkowite podporządkowanie się potrzebom ciała, mające na celu jego fizyczne przetrwanie. Jednakże to kult czegoś transcendentnego i metafizycznego spowodował odwrócenie uwagi człowieka od własnego ciała i skierowanie jej poza fizyczność zarówno samego ciała, jak i szerzej – świata widzialnego (materialnego) – i to właśnie było tożsame (równoległe) z tworzeniem ludzkiej kultury. Gdzieś po drodze pojawił się dualizm duszy i ciała – być może było to konsekwencją wznoszenia się przez nas na coraz wyższy poziom świadomości, a to z kolei powodowało nasze coraz większe wyobcowanie ze świata „naturalnego”, „przyrodzonego” (czyli związanego z „przyrodą”). A jednak, w większości kultur, człowiek przez dziesiątki tysięcy lat, za swój prawdziwy „dom” uważał świat duchowy, czyli niematerialny (własnej wyobraźni, tęsknot, pragnień, lęków, pożądań, myśli… etc.) – bo z nim właśnie wiązała się (kształtowała) jego ludzka tożsamość. Ciało więc traktowane było dość instrumentalnie – było dla człowieka czymś „przejściowym”. Ale to się zaczęło zmieniać – i mam wrażenie, że to chyba Renesans (nota bene zawsze przeze mnie podziwiany), spowodował, że coraz większą uwagę zaczęliśmy skupiać na ciele, czego jedną z konsekwencji była coraz większa indywidualizacja człowieka. Nie rezygnowaliśmy jednak przy tym z mitów, przez co ten materialistyczny trend nas nie „dekulturalizował”, a wręcz przeciwnie: to właśnie w tamtym okresie dał się zauważyć „wybuch” ludzkiej kreatywności (choćby w dziedzinie sztuki).

Niemniej jednak nasze ciało rozdzielone było od duszy (oczywiście walnie przyczyniła się do tego mentalność wywodząca się z chrześcijaństwa) i wydaje mi się, że właśnie dlatego było możliwe to, iż od jakiegoś czasu (wiek XIX?) ludzkie ciało (a ściślej: jego image) stało się – co tu kryć – przedmiotem handlu.

Innymi słowy: w tych ewolucyjnych perypetiach duszy z ciałem wróciliśmy do samego materialistycznego początku, ergo: staliśmy się przez to bardziej „prymitywni”, bo „wyprani” z ducha (mimo rozbuchanej „kultury” gadżetów, pozorów, czczych informacji i bezmyślnej a niepohamowanej konsumpcji).

Tym oto sposobem znów pozostajemy sam na sam z naszym ciałem – bo dusza ulatuje z naszego wnętrza, jak powietrze z przekłutego balonu. (I tu można się zapytać: skoro dusza zachowuje się jak nadmuchany balon, to co to za dusza?)

Ale żeby nie konkludować tak pesymistycznie: jednak nie wszyscy ludzie tak mają. Są wśród nas tacy, których dusza nie jest nadmuchanym – czyli de facto pustym – balonem. I to właśnie oni są strażnikami ludzkiej „duchowości” – czyli tego, co w człowieku jest najważniejsze i co stanowi o jego człowieczeństwie. Warto żyć w zgodzie z materią (własnym ciałem – respektując jego potrzeby, dbając o nie, jak o naczynie, które jest nam jednak niezbędne), ale nie można zapominać, że pełnego człowieczeństwa nie da się „skwantyfikować” (zdefiniować, określić) posługując się tylko kategoriami materii. Nie jesteśmy mechanicznymi marionetkami, a tym bardziej zredukowanymi do (modelowanej wedle naszego widzimisię) cielesnej powłoki, laleczkami barbie i kena.

greydot

“Ostatni wolni ludzie na Ziemi” – adekwatnie zatytułowała “Polityka” reportaż o niekontaktującym się ze światem zewnętrznym (współczesną cywilizacją) plemieniu żyjącym w lasach Amazonii. Oczywiście, stosując dzisiejsze kryteria oceny cywilizacji (narodu, społeczeństwa, człowieka) przez uwikłaną w produkcję, konsumpcję i politykę większość ludzkiej populacji, ludzie ci (bezproduktywni w sensie przemysłowym, nieznający nowoczesnej techniki, odcięci od internetu, analfabeci… etc.) to prymitywy bez wartości, których kultura jest jakąś czarną dziurą.

greydot

Dżihad ante portas? Brytyjski premier David Cameron lamentuje, że Państwo Islamskie zagraża Europie. Zachód angażuje się więc w “pokoleniową walkę z trującą odmianą islamskiego ekstremizmu”. Oczywiście, zdaniem Camerona, agresja Stanów Zjednoczonych (poparta przez Wielką Brytanię – również przez Polskę) na Irak w 2003 r., (która de facto zrujnowała kraj, zainstalowała w rządzie szyitów, którzy zrepresjonowali pozostałe grupy społeczne, zwłaszcza sunnitów… o takim drobiazgu, jak setki tysięcy ludzi zabitych w tej wojnie nie wspominając) nie ma nic wspólnego z odrodzeniem się hydry wojującego islamu, w postaci ISIS. Jak można przypuszczać, wszystko to wzbudzi falę wrogości wobec muzułmanów mieszkających w Europie.

greydot

Nie ulega wątpliwości, że muzułmanie w Europie są demonizowani i “odczłowieczani” (podobnie, jak demonizowało się i odczłowieczało swego czasu Żydów). Wskazuje się na grupkę oszalałych ekstremistów, którzy roją sobie o jakimś dżihadzie, klecą bomby i zabili w Europie kilkadziesiąt osób, i utożsamia się ich z całym społeczeństwem muzułmanów. Problem jest rozdmuchiwany, czasem przechodzący w paranoję – czego ekstremalnym przykładem jest niejaki Breivik, przedstawiciel rasy panów, stojącej nieskończenie wyższej nad muslimskim “gównem”.

Ludzie niestety myślą schematami, eksponując przy tym często swoją bezmyślność i zwykłą głupotę. Zobaczą zakapturzonego bandytę ucinającego na pustyni głowę białemu człowiekowi i już wołają dusząc się z nienawiści, żeby z wszystkimi wyznawcami Allaha w Europie, (którzy stają się przy tym “szczurami”, “ciapatymi”, “muślinami”, a nawet “gównem” i “nowotworem”) zrobić porządek – najlepiej wyrzucić ich wszystkich z Europy, zebrać w jednym miejscu i zdetonować nuklearnie.

Kiedy czytam te komentarze dotyczące muzułmanów, (których nota bene w Polsce jest znikoma ilość), choćby na polskich forach (to właśnie stamtąd zaczerpnąłem obecne tu wulgaryzmy odnoszące się do muzułmanów), to mi się z tej rasistowskiej głupoty Polaków i szowinistycznego zaślepienie włos jeży na głowie. (Pamiętam, że kiedy w Warszawie społeczność muzułmańska chciała wybudować meczet – nawet nie minaret! – to 95% ankietowanych Warszawiaków było przeciw. Ot, klasyczna swojska ksenofobia.)

greydot

Na razie trudno jest nam sobie wyobrazić islamizację Europy i jedyną możliwością wydaje się nam europeizacja islamu – czyli powstanie (zastosowanie) tego, co nazywane jest przez niektórych kulturoznawców euroislamem. Wymaga tego zachowanie europejskiej tożsamości – czyli wszystkich osiągnięć cywilizacji zachodniej, takich np. jak wolność osobista, wolność wyznaniowa, rozdział religii od państwa (zachowanie świeckiego charakteru tzw. przestrzeni publicznej), demokracja, wolność słowa… A tego wszystkiego nie da się pogodzić z islamską ortodoksją – z utożsamianiem prawa państwowego z szariatem. Z tego wniosek, że jednak dla islamskiej ortodoksji nie ma w Europie miejsca – gdyż trudno sobie wyobrazić powstanie i funkcjonowanie w Europie zupełnie odizolowanych gett muzułmańskich, gdzie ta ortodoksja mogłaby ewentualnie funkcjonować. Tym bardziej, że jeśli chodzi o demografię, to społeczność muzułmańska rozrasta się liczebnie najszybciej z wszystkich społeczności i narodów Europy. Z tego tylko względu problem ten będzie na Starym Kontynencie narastał.

greydot Tzw. „walka z terroryzmem” jest w rzeczywistości przykrywką do tego, by rozbudowywać do kolosalnych rozmiarów aparat masowej inwigilacji, ssąc przy tym federalną kasę. No bo jakie zagrożenie terrorystyczne można znaleźć zakładając podsłuch w biurach Unii Europejskiej? Nie, tu nie chodzi o terroryzm. Tu chodzi o szpiegostwo mające na celu prześwietlenie pewnych struktur władzy, organizacji pozarządowych i przepływu kapitału.

A czy lepiej tego (że się jest inwigilowanym) nie wiedzieć? Mnie osobiście nie uśmiecha się bezrefleksyjna egzystencja cielątka, które o niczym nie chce wiedzieć, bo to mu przeszkadza w radosnym hasaniu po łączce. Wolę jednak życie w świadomości, (która przynosi czasem ból i cierpienie), niż taką cielęcą szczęśliwość (która i tak jest przecież problematyczna – i nawet nie wiadomo, czy jest w rzeczywistości możliwa).

Zgadzam się: wszystko wskazuje na to, że podleganie inwigilacji jest nieuchronne. Lecz mimo to, powinny być stosowane pewne reguły, a człowiek powinien posiadać pewne prawa – a nie być tylko bezwolnym (zniewolonym) przedmiotem, z którym można zrobić, co się tylko pewnym służbom specjalnym podoba. Mimo wszystko uważam, że istnieje realna szansa, by takie prawa dla człowieka zachować.

greydot

Cały ten zmasowany system szpiegowania ludzi, który uskuteczniają już nie tylko Stany Zjednoczone, ale praktycznie wszystkie większe państwa na świecie, nie ma wiele wspólnego z ochroną przed terroryzmem. Ma natomiast wiele wspólnego z grą o władzę i kontrolą przepływających pieniędzy (to jest po prostu szpiegowanie światowego biznesu).

greydot

Czy ludzkość zmierza w kierunku samozagłady? Tego nie wiem, ale wydaje mi się, że zmierzamy do życia w rzeczywistości, w której nie będzie żadnej prywatności, w której każdy będzie prześwietlony na wylot (odpowiednie „służby” będą wiedzieć o każdym człowieku wszystko) oraz manipulowany przez wielkie korporacje – przez tych, którzy będą mieli władzę i pieniądze – i którzy za wszelką cenę będą chcieli utrzymać swoją uprzywilejowaną pozycję, zwiększając przy tym zakres swojej władzy i bogactwa. To, niestety, czeka nasze wnuki, czy też prawnuki – które najprawdopodobniej nie załapią się do „elity”, a będą tymi, których ta „elita” będzie kontrolowała i eksploatowała.

Zdaję sobie sprawę, że jest to czarny scenariusz, ale niestety istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że się on spełni.

greydot

Łudzimy się, że internet zbliża nam świat, lecz w rzeczywistości on nas od niego oddala. Zamiast żyć życiem realnym, zaczynamy żyć w świecie wirtualnym, zdeformowanym, iluzorycznym – choć często, paradoksalnie, wydaje się on nam być bardziej prawdziwy od świata realnego, zewnętrznego. A to dlatego, że wszystko zaczyna się dziać w naszym wnętrzu – nasza świadomość zaczyna się ograniczać do percepcji tego, co znajdziemy w internecie, co na dodatek zaczyna także determinować nasze życie uczuciowe, generujące się wokół fantomów.

greydot

Daniel Passent pisze na swoim blogu: „Rzadkim światełkiem w tunelu było czytanie i ‚wyświetlanie’ ‚Golgoty’ w kilkunastu teatrach. Ale energia, dynamika – jest po stronie konserwatywnej.” (Chodzi oczywiście o sztukę „Golgota Picnic”, która wywołała w Polsce szeroka falę protestów wśród ludzi – „konserwatystów” – dotkniętych jej obrazoburczą treścią, i jej prezentację w wielu miejscach kraju, która była kontr-rekacją na usunięcie tej sztuki z repertuaru festiwalu teatralnego w Poznaniu.)

Jak wygląda owo “rzadkie światełko w tunelu”, które wg Passenta jest najwidoczniej rodzajem kaganka oświaty i nadziei na dalszy nieskrępowany rozwój światowej dramaturgii, w której autora Golgoty obwołano geniuszem a jego „dzieło” uznano za jedną z najważniejszych i najbardziej wybitnych sztuk współczesnego teatru? Oto wrażenia ze spektaklu-prezentacji, jaki odbył się w krakowskim Teatrze Starym. Pisze jedna z kobiet, która była widzem przedstawienia: Jak przedstawiono śmierć Jezusa? “Jako zmielenia mięsa i oblepienia nim głowy mężczyzny, leżącego na świetlistym krzyżu na ziemi, pokrytej bułkami hamburgerowymi. Rozebrano go do naga, ubrano w skąpy kobiecy kostium i szpilki. Następnie ta osoba wstała, poszła dziwacznym krokiem do krzesła, spod kostiumu zwisały mu genitalia, na które było przybliżenie. Usiadł on na krześle, zakładając nogę na nogę, by genitalia cały czas były widoczne” – opisuje Anna K., która podkreśla, że “w kontekście męki i śmierci Jezusa pokazywano nagich ludzi, ocierających się o siebie genitaliami, głowami, wijących się w dziwnych maziach”.

Zadałem sobie trud przeczytania tekstu sztuki Rodriga Garcii. Zamieszczam parę (bardziej klarownych) cytatów z tej “najważniejszej sztuki ćwierćwiecza”, jak określili ją co poniektórzy entuzjaści współczesnych trendów w teatrze:

“Skończył na krzyżu, na co sobie zasłużył, ponieważ każdy tyran zasługuje na karę lub – jak to mówią w mojej dzielnicy – kto zawinił, musi za to zapłacić. I żeby w końcu się zamknął, przybili mu gwoźdźmi ręce i stopy. A ten dalej gadał jak gdyby nigdy nic. Przeszedł Drogę Krzyżową, która nie była bardziej bolesna od tej, którą przebywa pracownik poczty – drogi krzyżowej życia pozbawionej sensu, jak każde życie, dokładnie takie jak twoje. I twoje.” (…) “Te i inne mądrości rozpowiadał ten szaleniec nawet wtedy, kiedy wisiał na krzyżu. Ludziom, którzy myśleli inaczej niż on, życzył źle, i sprawił, że drzewo figowe uschło, ponieważ nie miało owoców, kiedy był głodny. Posiadał niemal boską umiejętność zadawania bólu i czynienia zła. Lubił napawać strachem obecnych za pomocą perwersyjnych cudów, takich jak przyklejenie odciętego mieczem ucha biedakowi, co wdał się w bójkę, leczenie trędowatych czy chodzenie po oceanie. Był też pierwszym demagogiem: rozmnożył ludziom jedzenie, zamiast wspólnie z nimi pracować. Trzeba pamiętać, że nigdy nie pracował.” (…) “Sam o sobie powiedział, że jest barankiem. Ale był cholernym demonem. I groził dżumą i wszelkiego typu chorobami, był Mesjaszem AIDS. Zniszczył świątynię z zazdrości o cudze bogactwo, wiedział, że ktoś bez pieniędzy i pochodzenia jak on nic nie znaczy i że daleko nie zajdzie, więc chciał przywłaszczyć sobie bogactwa tych, którzy wiernie za nim podążali.” (…) “Było to w miejscu o nazwie Golgota, ziemi czaszek, odkryto tam wszystkie jego kłamstwa – poległ jako strateg wojskowy i lider społeczny. Był tak beznadziejny, że zamiast podpisać rozejm czy wbić białą flagę, kiedy było już po wszystkim, powiedział jedynie nocą do gwiazd w Ogrójcu: “Odsuń ode mnie ten kielich. Ojcze, odsuń ode mnie ten kielich”. Mówił to w powietrze, czekał na ocalenie z powietrza, stracił rozum. Tak tchórze rozmawiają z bogami, którzy nie chcą słuchać, rzeźnicy rozmawiają z ostrzem, a murarze rozmawiają z piwem, a marynarze z krabami, a ja żrę soczystego, miękkiego i ogolonego kutasa.” (…) “Bóg jest językowym podstępem i wszystko, co mówię i co powiem do końca tej sztuki, to nieczyste zagrywki, które wymyślam, by przeżyć przy odrobienie radości na tej parszywej ziemi.” (…)

itd… itp…

Można się tu zapytać: czy o taką kulturę walczą tzw. „liberałowie” polscy? A może o taką, jaką zaprezentowali na taśmach “gwarantujących normalność” politycy i polscy mężowie stanu typu Sienkiewicz, Sikorski, Nowak… et consortes, oraz ten (chodzi oczywiście o prezesa Narodowego Banku Polskiego), co ma – jak sam stwierdził – „największego ch.uja”?

PS. Sorry za wulgaryzmy, ale taki mamy (w polskiej „kulturze” politycznej) klimat.

greydot

Polski minister skarbu Włodzimierz Karpiński o pewnym biznesmenie, koalicjancie: “Albo dostanie, je.bnie go w końcu ktoś i tyle, no. Na poważnie. No tyle tylko, że to może rozsypać się koalicja.”

Właśnie, koalicja nie rozsypuje się tylko dlatego, że nikt w niej nie został jeszcze dobrze “je.bnięty”. Kiedy więc zaczną się nawzajem – używając języka dżentelmenów sprawujących najwyższe stanowiska w polskim państwie – “je.bać”, to jest szansa odmiany w sposobie rządzenia krajem jaki jest teraz uskuteczniany przez układ trzymający władzę. A że jest cała masa “haków” jakie ci panowie mają na siebie, które jak najbardziej byłyby pretekstem do “je.bania” się nawzajem – tudzież do “wyje.bania” tego i owego w kosmos (to również cytat z podsłuchanych rozmów) – to jest to raczej oczywiste dla tych, którzy się tego nie boją, albo, wręcz przeciwnie: boją się bardzo. Cała reszta jest ślepa, udaje ślepą, albo też jest obojętna. I na utrzymanie tego stanu (ślepoty i obojętności) liczą ci wszyscy szlachetni panowie “z klasą”.

Ten i podobne przykłady skutecznie zniechęcają nas do polityki, prowadząc do wniosku, że rozsądniej byłoby się od tego politycznego bagienka vel polskiego piekiełka trzymać z daleka. Ale to jest ten paradoks i dość niewygodna alternatywa: albo angażujemy się w politykę i wtedy mamy prawo polskich polityków krytykować, chcąc to nędzne status quo zmienić; albo się nie angażujemy – i wtedy takiego prawa się pozbawiamy, odsuwając się przy tym od jakiegokolwiek wpływu na zmianę sytuacji politycznej w Polsce.

greydot

Czytam dzienniki Alberta Speera, („nadwornego” architekta Hitlera, a później ministra przemysłu zbrojeniowego III Rzeszy) ze Spandau (czyli z więzienia, w którym odsiadywał on swój norymberski wyrok 2o lat pozbawienia wolności i gdzie – potajemnie, głównie na papierze toaletowym – spisywał swoje wspomnienia i prowadził dziennik). I to jest znakomita rzecz – taka wiwisekcja człowieka, który umie swoje (ewentualne) sumienie schować do kieszeni i traktować rzeczywistość doskonale wybiórczo. Tzw. “przyzwoity (???) człowiek”, który potrafi doskonale wpisać się z zbrodniczy system (układ), myśleć tylko swoją karierą, wykorzystując do tego własną (nieprzeciętną) inteligencję, która umożliwia mu doskonały kamuflaż… I to nie tylko przed światem zewnętrznym, ale także jeśli chodzi o obraz samego samego siebie – we własnych oczach.

Odnoszę wrażenie, że Speer nie tyle “wypycha” z siebie poczucie winy, co doskonale potrafi je w sobie ukryć (nawet przed samym sobą). A może on w ogóle nie miał poczucia winy? To też jest możliwe. I co ciekawe – nadal tego nie wiem po przeczytaniu 500 stron jego dzienników. To jest psychiczna ekwilibrystyka co się zowie! Zresztą, tylko tacy “żonglerzy” mogli się uchować w rządzie Hitlera. Niestety, podobnymi “żonglerstwem” wykazała się w czasach faszyzmu większość Niemców.

Mogę się zgodzić ze stwierdzeniem (z którym nota bene już kilkakrotnie się spotkałem), że na tle całej tej nazistowskiej zgrai, Speer sprawiał wrażenie intelektualisty. Mało tego: on sprawiał także wrażenie człowieka przyzwoitego – i to był właśnie szczyt kamuflażu.

greydot

Reinhold Messner, legendarny alpinista i himalaista, który był również Eurodeputowanym: “W naszym świecie nie ma definicji dobra ani zła. Są tylko cele możliwe albo niemożliwe do realizacji”.

Ktoś cytuje te słowa zachwycony, a ja się temu dziwię, bo przecież w naszym świecie jest mnóstwo definicji dobra i zła. Każdy system etyczny tworzy definicje dobra i zła. Tak na dobrą (złą?) sprawę każdy człowiek ma swoją definicję dobra i zła – najczęściej przejmowaną z systemu etycznego jaki funkcjonuje w kulturze w jakiej się rodzi, wychowuje i żyje. Bezrefleksyjne powtarzanie słów jakiegoś celebryty – choćby to była nawet “gwiazda” alpinizmu, która nam imponuje – często jest niczym innym jak robienie ludziom wody z mózgu.

Jeśli ktoś miałby z trudności ze zrozumieniem tego, co napisałem, to powinien pomyśleć np. … choćby o piwie: jest piwo dobre i jest piwo złe. A bardziej ambitnym intelektualnie można zaproponować przypomnienie podstawowych systemów etycznych stworzonych przez człowieka:

Sokrates – praktyk metody majeutycznej, intelektualizm etyczny Anaksymenes i Epikur – hedonizm – system subiektywno-emotywistyczno-efektywistyczny Platon, św. Augustyn, etyka chrześcijańska – systemy obiektywno-antynaturalistyczno-motywistyczne Arystoteles, Stoicyzm, Baruch Spinoza – systemy obiektywno-naturalistyczno-motywistyczne Kartezjusz, Georg Wilhelm Friedrich Hegel – systemy obiektywno-antynaturalistyczno-efektywistyczne Jean-Jacques Rousseau i następcy – system obiektywistyczno-naturalistyczno-motywistyczny Immanuel Kant – system obiektywno-antynaturalistyczno-motywistyczny John Stuart Mill – utylitaryzm – system obiektywno-naturalistyczno-efektywistyczny Karol Marks – materializm dialektyczny – system subiektywno-naturalistyczno-nominalistyczny Fryderyk Nietzsche – system subiektywno-naturalistyczno-efektywistyczny Arthur Schopenhauer – system subiektywno-emotywistyczno-nominalistyczny Rudolf Carnap – opracowanie kilku różnych wersji etyki nominalistycznej i początek studiów porównawczych różnych systemów etycznych. Ayn Rand – twórczyni obiektywizmu, opartego na “racjonalnym zainteresowaniu sobą” Nel Noddings – twórczyni etyki troski Richard Hare – twórca preskryptywizmu

PS. Do listy tej dodałbym również Kalego, (który właściwie podpada pod system subiektywno-naturalistyczno-efektywistyczny).

greydot

Uderzyły mnie słowa Johna Swintona, dziennikarza ”The New York Times”, który, odchodząc na emeryturę, powiedział:

”Każdy z obecnych tutaj wie, że niezależna prasa nie istnieje. Wy to wiecie i ja to wiem: żaden z was nie ośmieliłby się ogłosić na łamach gazety swoich własnych opinii; a gdyby nawet się ośmielił, zdajecie sobie sprawę z tego, że nie zostałyby one nigdy wydrukowane. Dostaję ileś dolarów tygodniowo za to, żebym powstrzymywał się od wyrażania własnych poglądów i opinii w gazecie, w której pracuję. Wielu tu obecnych otrzymuje podobną zapłatę na identycznych zasadach. Gdyby ktoś z was był na tyle szalony, by uczciwie opisać sprawy, znalazłby się natychmiast na bruku ! Gdybym dopuścił, by moje prawdziwe opinie zostały opublikowane w którymkolwiek numerze gazety, straciłbym pracę w niecałe 24 godziny ! Praca dziennikarza polega na niszczeniu prawdy, łganiu na potęgę, deprawowaniu, zohydzaniu, czołganiu się u stóp mamony, sprzedawaniu siebie, sprzedawaniu swojego kraju i swojego Narodu w zamian za chleb swój powszedni, czy też – co sprowadza do tego samego – za swoją pensję. Wiecie to wy i wiem to ja. Cóż to więc szaleństwo, wznosić toast za niezależną prasę! My, dziennikarze jesteśmy wasalami, instrumentami w rękach bogaczy, którzy potajemnie spiskują i kierują wszystkim zza kulis! My jesteśmy ich marionetkami! To oni pociągają za sznurki, a my tańczymy! Nasz czas, nasz potencjał i nasze talenty są w rękach tych ludzi. Jesteśmy intelektualnymi prostytutkami!”

Według mnie warto ten cytat przeczytać kilka razy, bo go sobie lepiej przyswoić i utrwalić. Dobrze byłoby go pamiętać – czy też przypominać – za każdym razem, kiedy sięgamy po nowe wydanie jakiejś “niezależnej” gazety. Wtedy wiele spraw łatwiej byłoby nam zrozumieć – a zwłaszcza zakłamanie i obłudę niektórych dziennikarzy.

greydot

Bezstronność najczęściej oznacza obojętność, ma też coś z amoralizmu. Lecz jeśli przyjmie się pewien system etyczny (a każdy człowiek, bardziej lub mniej świadomie jakiś system etyczny przyjmuje), to ów system wyznacza “stronę”, po której się ktoś opowiada.

Kiedyś rozmawiałem na ten temat z Agnieszką Holland, która nota bene nie wstydziła się nawiązać do etyki i uznać expressis verbis ważność Dekalogu, a szerzej: stwierdzić konieczność respektowania pewnego systemu etycznego, którym człowiek winien się kierować w swoim życiu (ale oczywiście cynizm jakim przesiąknięty jest obecnie świat, czyni jakiekolwiek odniesienie się do moralności czymś niebywale wstydliwym – a ten, kto to robi, spotyka się zwykle z ośmieszeniem i szyderstwem).

Agnieszka Holland stwierdziła, że wierzy, iż istnieje coś takiego, jak Zło absolutne. Ja w to nie wierzę, podobnie jak nie wierzę w istnienie Diabła (wcielonego). Uważam, że są to tylko kulturowe konstrukcje, które ułatwiają nam aksjologiczną orientację w naszych wysiłkach utrzymania się przy życiu i funkcjonowania w charakterze „ludzkiego” człowieka. (Nie chcę jednak przez to powiedzieć, iż nie są one ważne. Wręcz przeciwnie.)

Wydaje mi się jednak, że zło jako takie we Wszechświecie nie istnieje. Zło i dobro pojawia się (a ściślej: możemy je nazwać) dopiero wtedy, kiedy – organizując kulturę – tworzymy pewien system wartości, który nota bene jest inny w każdej epoce, na każdym stopniu rozwoju ewolucyjnego, w każdej cywilizacji. To właśnie wskazuje na to, że takie wartości jak zło i dobro są relatywne, czyli względne. Oczywiście my usiłujemy to przeróżnie sankcjonować, a do tej pory najlepsza (i najskuteczniejsza) wydawała się nam sankcja metafizyczna (religijna) – czyli zawsze wikłaliśmy w to jakąś Siłę Wyższą, czyli Boga (lub bogów). Jednak już tak chyba nie jest – i to nie tylko od dekadenckich czasów Nietzschego, który obwieścił śmierć Boga ponad sto lat temu. Zaczęło się to bowiem już gdzieś w Renesansie, (kiedy to zaczęliśmy postrzegać świat bardziej antropocentrycznie), a w pełni wykwitło podczas Oświecenia i Rewolucji Francuskiej. No a współcześnie to już mamy totalny post-modernistyczny misz-masz, gdzie wszystkim się wydaje, że wszystko jest dozwolone, równo-prawne (bo wszyscy mają jakąś swoją „rację”) – bo przecież jest już (niby) udowodnione, że nie ma dla nas żadnej metafizycznej podstawy (i niektórzy tylko przebąkują o jakimś „prawie naturalnym”). Stąd to pomieszanie aksjologiczne naszych czasów. Stąd cynizm, sarkazm, szyderstwo, nihilistyczne ciągoty… Także rozpacz i poczucie bezsensu.

Lecz Agnieszka Holland powiedziała też coś bardzo ważnego: otóż, że powinien liczyć się Dekalog. Choć tutaj może ktoś powiedzieć: przecież to też tylko jest ludzki wymysł, rodzaj społecznej umowy, który umożliwia nam jako takie funkcjonowanie i rozmnażanie się gatunkowe (tyle że w pewnej kulturowej otulinie). Tak. Ale tu chodzi także o coś innego: o to, by pozostać wiernym systemowi etycznemu, który wybieramy (tworzymy). Bo dopiero z tej perspektywy zaczyna nabierać sens nasze nazywanie Zła albo Dobra. I nie chodzi tu jedynie o ważny w świecie judeo-chrześcijańskim Dekalog, ale o każdy system etyczny bez wyjątku. Tak więc, być może zabijanie słabych i „zbędnych” niemowląt było w Starożytności czymś dobrym, ale biorąc już pod uwagę nasz system etyczny (np. Dekalog), to czymś dobrym już to nie jest. Nie jest więc prawdą, że nie możemy oceniać etycznie tego co działo się w innych epokach (bo „takie były czasy”, bo przecież możemy kogoś sądzić dopiero wtedy, jak „wejdziemy w jego buty”… etc.). Być może tło i uwarunkowania epoki ułatwiają nam zrozumienie tego co się wtedy działo, ale niekoniecznie już stanowią dla tego usprawiedliwienie.

Agnieszka Holland wspomniała też o instynkcie zachowawczym – że on niejako powinien nas prowadzić, by człowiek, jako gatunek, nie wykończył sam siebie doszczętnie. No tak, ale Hitlerowców też mógł prowadzić taki instynkt. Mało tego: gdyby oni odnieśli sukces, tzn. zwyciężyli i zdominowali świat, to rzeczywiście mogliby człowieka wzmocnić „rasowo” (stosując np. eugenikę i niewoląc całe narody, które by na tę ich potęgę i rasowe well beeing pracowały – a czyniąc to nie robiliby, powiedzmy sobie szczerze, nic innego, jak sama Natura, która egzekwuje to samo na masową skalę w każdej sekundzie trwania życia na Ziemi). Ale na szczęście się przeliczyli – bo okazało się, że generują więcej destrukcji niż konstrukcji. I dlatego przegrali. Nie chodziło tu więc o zwycięstwo jakiejś metafizycznej „Jasnej Mocy”, ale o zwykłe pokonanie wroga, który się pomylił i był jednak na tyle słaby, że dał się zwalczyć i przegrał.

A Boga jednak lepiej do tego wszystkiego nie mieszać. Jeśli bowiem obdarzył On czymś takim jak „wolną wolą” (choć to – z czysto biologicznego punktu widzenia – też jest problematyczne), to człowiek dysponuje wolnością… nie tylko czynienia (wyboru) Dobra, ale i Zła. Faszyści, decydując się na ludobójstwo, wybrali (w świetle wyznawanego przez nas systemu etycznego) Zło. Bóg więc nie miał z Holocaustem nic do czynienia – rozpaczliwą bezradnością jest więc obwinianie Go o komory gazowe i obozy masowej zagłady.

Kończąc: nawet jeśli wartości jakie wybieramy (etyka jaką przyjmujemy) wisi w jakiejś nihilistycznej (kosmicznej) próżni i nie ma żadnych metafizycznych fundamentów, to i tak nie ma według mnie żadnego innego wyjścia, jak starać się temu systemowi etycznemu sprostać – jeśli chce się człowiekiem (w sensie wartości tzw. Hhumanitarnych”) pozostać. I nie wiem, czy chodzi tu też tylko o jakąś inną próbę (jednostkowego lub gatunkowego) przetrwania, czy po prostu o zwykłą „ludzką” przyzwoitość. Ale tak mi mówi coś, co jest gdzieś głęboko we mnie – a co chyba można nazwać sumieniem.

greydot

Pisząc „Indiański tryptyk” zastanawiałem nad tym, czy eksterminację Indian Ameryki Północnej można nazwać holocaustem, ale w końcu doszedłem do wniosku, że nie był to holocaust w takim sensie, jak my to rozumiemy po doświadczeniu Holocaustu dokonanego przez Niemców podczas II wojny światowej na Żydach. I bynajmniej nie z tego powodu, że jednak określenie to zostało niejako zawłaszczone przez tych, którzy zarezerwowali go dla nazywania masowej eksterminacji narodu żydowskiego podczas ostatniej wojny. Oczywiście dochodziło w czasie kolonizacji Ameryki przez Europejczyków do aktów ludobójstwa ale Koloniści, a później rząd amerykański, nigdy nie zastosowali czegoś w rodzaju “ostatecznego rozwiązania” kwestii indiańskiej, w sensie celowej, zorganizowanej i masowej eksterminacji narodów (plemion) indiańskich – tak jak to zrobili Niemcy wobec europejskich Żydów.

Tak naprawdę jednak nie jest ważne to, jak nazwiemy fakt niszczenia populacji i kultury Indian amerykańskich – istotne jest to, że kulturę tę zniszczono, a życie straciło miliony ludzi, rdzennych Amerykanów.

Ktoś niedawno zarzucił mi, że pisząc o nieuchronności europejskiej ekspansji kulturowo-terytorialnej w czasach kolonialnych, usprawiedliwiałem tym samym, jak to określił: „mechanizm nieuchronności dziejów, czyli – mówiąc brutalnie – argumenty wyższości lepiej uzbrojonych, bardziej sprawnych w logistyce prowadzenia wojny, znaczy silniejszych”.

Jest to nieporozumienie, choćby tylko dlatego, że mamy tu do czynienia z różnymi sytuacjami historycznymi. Ja wcale nie uznaję, że brutalne narzucanie przez silniejszego swojej woli słabszemu  jest “mechanizmem nieuchronnym” dziejów. Gdybym tak uważał, to bym się zamknął i nic więcej już na ten temat nie napisał – bo po co się kopać z koniem? Uważam wręcz przeciwnie: że można chronić kogoś, kto jest słabszy, że należy domagać się sprawiedliwości, że trzeba sprzeciwiać się ludobójstwu i instrumentalnemu traktowaniu człowieka przez polityków i “możnych” tego świata… Wierzę, że taka postawa może coś zmienić. Mimo wszystko jestem tego pewny, że są ludzie, którzy przechowują w sobie taką elementarną przyzwoitość – i to oni w końcu (z)definiują tzw. “człowieczeństwo” Homo sapiens. Gdybym w to nie wierzył, to już dawno palnąłbym sobie w łeb – bo jak tu można byłoby żyć wśród zwierząt, które kierują się tylko prawem silniejszego, przemocą wyznaczając hierarchię wyzysku i kolejności dziobania?

To właśnie dlatego sądzę, że jeśli poddamy się jakiejś “konieczności dziejów” (na ukąszenie heglowskie jestem chyba dość mocno uodporniony) i uznamy, że zawsze “pięścią musimy odpowiadać na pięść”, to przegramy.

greydot

Do pewnego stopnia Fides et ratio są od siebie nieodłączne, ale w pewnym miejscu się jednak rozchodzą (nie bez kozery bowiem “wiara” to nie to samo, co “rozum”). Niestety, nie zawsze te pojęcia są komplementarne – stąd najczęściej wyrasta nasza głupota. A jeśli się komplementują? Być może właśnie na tym polega(łaby) nasza mądrość?

greydot Jedynie miłość zbawia. Reszta jest nicością. greydot .

Reklamy

PLUSKWY A SPRAWA POLSKA

Nocny nalot ABW na redakcję WPROST

nocne zmiany

.

Paradoksem jest to, że ci wszyscy podsłuchani politycy mówili prawdę. Ale ta prawda ich nie wyzwoli, wręcz przeciwnie: najprawdopodobniej wysadzi ich z siodła…
I już skompromitowała.

Problemem nie jest więc to, że oni powiedzieli prawdę, tylko, że sprawowali swoje urzędy, jakby prawda była zupełnie inna. Jeśli minister Sikorski uważał, że to jest źle, żeby „robić laskę” Amerykanom, to powinien starać się zmienić politykę zagraniczną państwa tak, żeby Polska nie przypominała dziwki obciągającej pytę Wuja Sama. A jeśli nie był w stanie zapobiec tej politycznej felacji, to po prostu powinien podać się do dymisji, a nie robić za alfonsa. Ale tak postąpiłby człowiek, który ma klasę, honor, dumę a nie taki, który jest typowym reprezentantem polskiej klasy politycznej – która, jaka jest, to każdy teraz zobaczył i usłyszał.

Podobnie jest z ministrem spraw wewnętrznych B. Sienkiewiczem, którego trafne diagnozy („polskie państwo praktycznie nie istnieje”; inwestycje rządowe, to nic innego, jak „ch.uj, dupa i kamieni kupa”) oraz stwierdzenie, że ma on związane ręce i nie może ruszyć (zreformować) podległych mu służ specjalnych, bo dysponują one na wszystkich „hakami” (wpisuje się w to także wypowiedź ministra Rostowskiego o polskim rządzie: „Szambo. To jest szambo”) – można wręcz uznać za raport o stanie państwa.
A jeśli taki jest stan państwa, to odpowiedzialni są za to ci, którzy dotychczas nim rządzili i rządzą.

To wszystko przypomina jakąś tragikomedię, ale tak naprawdę bardziej jest tragedią niż komedią, bo wszystko wskazuje na to, że w Polsce nie ma żadnej sensownej ekipy, która by mogła nią dobrze rządzić.

* * *

Obwinianie NAGRYWAJĄCYCH o to, że polscy politycy totalnie się skompromitowali – są hipokrytami, ludźmi bez kultury, knującymi, zdradliwymi, geszefciarskimi – uprawiającymi denną politykę, prowadzącymi (nota bene przesiąknięte chamstwem i obscenicznością) rozmowy, które, jak się okazuje, destabilizują państwo i są niezgodne z polską racją stanu – to kompletna paranoja. A jeśli nie paranoja – to jest to szczyt cynizmu.

* * *

Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada. Służby specjalne zabierające się za inwigilowanie społeczeństwa, kręcą bicz na swoją skórę. Anglosasi (na czele ze Stanami Zjednoczonymi), robią to już na skalę totalną (globalną). Nie spodziewałem się, że pierwszy taki bicz zadziała w Polsce, która jest jeszcze daleko za Echelonem (bo afera „taśmowa” jest takim właśnie odpryskiem tego, co dzieje się w cywilizacji inwigilacji i podsłuchu – poza naszą wiedzą).

Dobrze byłoby, aby afera taśmowa doprowadziła także do tego, by bliżej przyjrzeć się sposobowi, w jaki służby specjalne inwigilują polskie społeczeństwo i czy jest to w ogóle proceder kontrolowany przez państwo. Im prędzej się to zrobi, tym lepiej. Później może być za późno i rzeczywiście będziemy mieli do czynienia z „demokracją” „hakową”, która – opierając się na szantażu i zastraszeniach – z prawdziwą demokracją nic już nie będzie miała wspólnego.

Niestety, na złą sprawę, minister spraw wewnętrznych Sienkiewicz powiedział w historycznej już rozmowie, że nie może podległych mu służb zreformować, ponieważ mogłaby być ona wtedy niedyskretna: „wszyscy, którzy pracują w BOR, mają syndrom sztokholmski. (…) Odebrałem 15 telefonów od wszystkich możliwych najważniejszych ludzi w tym kraju, żebym, broń Boże, nie robił żadnej krzywdy BOR-owcom, więc mam wykręcone ręce.(…) nie mogę sobie pozwolić na głębokie reformy w służbie, od której dyskrecji zależy parę istotnych kwestii w tym kraju…”, czyli, innymi słowy: deep (shit) state jest nie do ruszenia, bo dysponuje na wszystkich hakami.

Przy okazji pozwolę sobie zacytować jeszcze jeden znaczący tekst:

„To bezprawie: w Polsce dziewięć służb specjalnych zakłada rocznie od sześciu do kilkudziesięciu tysięcy podsłuchów. A w ubiegłym roku skontrolowały aż milion połączeń telefonicznych i internetowych!
KTO JEST „WIELKIM BRATEM”?
Prawo do inwigilacji mają: policja, Centralne Biuro Antykorupcyjne, Biuro Ochrony Rządu, Centralne Biuro Śledcze, Żandarmeria Wojskowa, Straż Graniczna, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz wojskowe służby wywiadowcze i kontrwywiadowcze.
Najgorsze jest jednak to, że tylko kilka osób w Polsce wie, ilu obywateli jest inwigilowanych, jak długo i dlaczego. Informacji na ten temat nie mają nawet posłowie sejmowej komisji ds. służb specjalnych.
W latach 90. śledzono telefony przestępców, dziś dziesiątków tysięcy Polaków… na wszelki wypadek.
Panująca psychoza podsłuchów nie jest wymysłem przestępców i mediów szukających sensacji. To są fakty, tyle że objęte tajemnicą. Na prośbę Brukseli Urząd Integracji Europejskiej ustalił, że pod względem stopnia inwigilacji społeczeństwa jesteśmy na pierwszym miejscu w Europie!”– pisze Gazeta Pomorska w artykule pt. „Jesteśmy najlepsi w Europie! Tajne służby podsłuchują Polaków na potęgę.” (11.11.2010)

Przy czym: prawo do podsłuchu nie oznacza tego, że wszystkich i wszystko można podsłuchiwać (a tym samym: nagrywać, bo to zwykle robi się przy podsłuchu). Potrzebna jest do tego zgoda sądu. Tylko, czy owe sądy nie zatwierdzają owych podań – podobnie jak w Stanach Zjednoczonych tzw. rubber stamps courts – „jak leci”? (Przecież w praktyce niemożliwe jest zbadanie zasadności takiego podania.)

Na rzeczy jest też pytanie, jaka część podsłuchów i nagrań jest nielegalna (czyli: jak często wiadome służby nagrywają ludzi bez zgody sądu? Znając samowolę niekontrolowanych w praktyce służb, można założyć, że odbywa się to na masową skalę).

Warto zwrócić także uwagę na to, co powiedział w tej sprawie Bogdan Święczkowski, były szef ABW: „Jeśli Sienkiewicz twierdzi, że nagrywanie trwało kilka lat, to deprecjonuje i ośmiesza szefostwo służb specjalnych zajmujących się bezpieczeństwem wewnętrznym, a także szefów BOR. To oznacza, że w państwie realizowane są – nie wiadomo przez kogo – działania, które mogły doprowadzić do zachwiania bezpieczeństwem państwa.”

I to jest clue całej sprawy. Tracimy kontrolę nad państwem, nad strukturami, które same siebie chcą szantażować i niszczyć – a to uderza w nas wszystkich. I przestaje mieć już cokolwiek wspólnego z demokracją, mogąc być w przyszłości zagrożeniem dla naszej wolności.

* * *

OCZY I USZY WIELKIEGO BRATA

Wielki Brat coraz bardziej czuwa nad naszym “bezpieczeństwem” – i to jest przerażające (zdjęcie pochodzi stąd)

Wielki Brat coraz bardziej czuwa nad naszym “bezpieczeństwem” – i to jest przerażające (zdjęcie pochodzi stąd)

*

Zwykle staram się unikać tematów politycznych, jak również tzw. aktualiów, na swoim blogu – nie chcąc powielać tego, co można znaleźć we wszystkich niemal mediach, lecz od czasu do czasu daję znać o tym, co mnie szczególnie poruszyło, a co wydaje mi się mieć znaczenie bardziej uniwersalne – wyrastające ponad zwyczajowy powszedni szum medialny i zgiełk teraźniejszości.
Takim tematem jest od jakiegoś czasu sprawa totalnej inwigilacji prowadzonej przez coraz bardziej rozrastające się – i dysponujące coraz bardziej doskonałą technologią – rządowe agencje „bezpieczeństwa”. Otóż bez wątpienie mamy do czynienia z coraz bardziej obsesyjną i kompulsywną kontrolą społeczeństwa – szpiegowania WSZYSTKICH i WSZYSTKIEGO, kolekcjonowania wszelkich możliwych danych dotyczących wszystkich ludzi, rejestrowania (a tym samym potencjalnego odczytywania) wszystkich informacji, jakie pojawiają się w formie elektronicznej w eterze, sieci internetowej, różnych systemach komunikacji na całym świecie… etc.

*

Jeszcze jeden spisek?

Jestem dość odporny na różne teorie spiskowe, które krążą wśród nas w wielkiej obfitości, a które moim zdaniem tylko zaciemniają i zamulają prawdziwy obraz sytuacji (w paradoksalny sposób chroniąc rzeczywiste spiski, czy też raczej tajne umowy zawierane poza kulisami i oficjalnymi kanałami, między pewnymi grupami interesów). Jednakże staram się kojarzyć ze sobą fakty, których prawdziwości nie da się zaprzeczyć. A takim faktem jest, że totalna inwigilacja ludzi na skalę globalna już istnieje – i jeśli jeszcze nie obejmuje całej populacji ludzkiej, to jest tylko kwestią czasu (i to niestety krótkiego), kiedy tak się stanie.
Drugim faktem jest to, że bogactwo i władza skupiana jest w coraz to węższym gronie – decydentów i finansowej „elity” – chodzi zarówno o agencje rządowe, jak i prywatne syndykaty, kartele, korporacje (wraz z obsługującymi je finansistami, bankierami i prawnikami).
Trudno się oprzeć wnioskowi, że połączenie tych dwóch czynników: instrumentów (systemów) kontroli (inwigilacji) oraz coraz większego zakresu (i na dodatek coraz mniej kontrolowanej) władzy jaką posiada wspomniana wyżej „elita”, stanowi zagrożenie dla wolności ludzi na całym świecie, i może w prostej linii prowadzić do zaprowadzenia rządów totalitarnych w przyszłości.
Jeśli komuś mój wniosek wyda się przesadny, to powinien tylko zwrócić uwagę na to, co działo się dotychczas w historii ludzkiej cywilizacji: większość imperiów opierała swoje istnienie na władzy despotycznej i absolutystycznej. Niestety, despotyzm i tyranię Homo sapiens ma we krwi, czy też raczej w genach. A liberalna demokracja jest stosunkowo nowym wynalazkiem – i wcale nie tak trwałym ani „ultymatywnym” (jak chciał w swojej nadzwyczaj optymistycznej, poczynionej „na wyrost”, tudzież efekciarskiej prognozie „końca historii” Fukuyama).
Zresztą, symptomy kryzysu demokracji dają się zauważyć na całym świecie (na pewno krajami demokratycznymi nie są takie potęgi, jak Chiny, czy – nadal jednak – Rosja). Co gorsza, system demokratyczny zaczyna poważnie zgrzytać w najsilniejszym (jak dotąd) państwie na świecie, czyli w samych Stanach Zjednoczonych, uznawanych dotychczas za największy sukces demokracji (wraz ze związanym z tym rozkwitem swobód obywatelskich) w dziejach ludzkości.
Jakie są na to dowody?
Niestety, jest ich sporo – i dużo by o tym pisać. Dość wspomnieć o wyczerpaniu się skuteczności podstawowego instrumentu funckjonowania demokracji, jakim jest dla społeczeństwa głosowanie. Innymi słowy: bez względu na to, na kogo byśmy głosowali, „wybrani” przez nas politycy i tak będą (mimo wyborczych deklaracji) reprezentować interesy wąskiej grupy ludzi (finansjera, korporacje, spółki…), które namaściły ich na kandydatów. To dlatego nie ma teraz większej różnicy między (egzekwowaną praktycznie) polityką Demokratów i Republikanów, którzy zmuszeni są dosiadać tego samego konia, jakim jest istniejąca obecnie (i rosnąca nadal w siłę) machina państwowo-korporacyjno-finansowa. Ci (z pozoru różni) jeźdźcy może pohukują inaczej, ale i tak unoszeni przez wspomnianego konia w tym samym kierunku. (Doskonałym przykładem jest tutaj Obama, który wystartował z liberalnych pozycji – jako przeciwwaga i opozycja dla Busha – a kończy jako kontynuator tego, co Bush zaczął.)

Szpiedzy są wszędzie

To prawda, że odkąd świat światem ludzie nawzajem się szpiegują i podsłuchują, jednak istnienie tego faktu nie może zwolnić nas od etycznej jego oceny i próby regulacji tego procederu. Nie dajmy sobie wmówić np. tego, że jeśli my kogoś szpiegujemy, to jest to w porządku, a jeśli inni nas szpiegują to jest złe i naganne! A tak uważają władze krajów, w których żyjemy. To tylko dowodzi tego, że w swoich sądach moralnych są na poziomie Kalego. (A i my na taki sam poziom schodzimy, jeśli przyznajemy im rację.)
Lecz ja chciałem skupić się tu na szpiegowaniu (a tym bez wątpienia jest inwigilacja) zwykłych ludzi – i to zarówno własnych obywateli, jak i obywateli innych państw (bo wbrew pozorom, pociąga ona takie same implikacje, tworząc podobne zagrożenia).
Dziwi mnie to, że takie zdziwienie – a właściwie awanturę – wywołały „tajne” informacje ujawnione przez byłego pracownika National Security Agency Edwarda Snowdena. Przecież, tak naprawdę, nie powiedział on nic nowego, o czym by nie wiedzieli ci, którzy do tej pory chcieli się tym tematem zainteresować. Istnieje bowiem sporo ogólnie dostępnych materiałów (także w sieci) na temat rządowych programów inwigilacyjnych, ujawniających bardzo precyzyjne dane – co do struktury tych systemów, sposobów ich działania i zasięgu. (Polecam zwłaszcza artykuł opisujący globalny system szpiegowania Echelon.) Tylko komu by się chciało to wszystko czytać? Attention span 99% naszej populacji trwa może 15 sekund i ogranicza się zwykle do oglądania piesków, kotków, kwiatuszków, narcystycznych fotek i przekazywania sobie nawzajem Coelhowskich „mądrości” na Facebooku. To, co wykracza poza czubek naszego nosa – ergo nie dotyczny korytka, w którym się żywimy i zabawek, którymi się bawimy – większości z nas nie interesuje. Tak więc, kto chciał wiedzieć o tym, co ujawnił Snowden, to wiedział – i niestety była to garstka ludzi.

Moc „rewelacji” Snowdena – i ważność jego „przecieku” – polegała głównie na tym, że problem totalnej inwigilacji uświadomiła sobie tym razem większa ilość ludzi i zaczął być on dyskutowany na szerszych forach – także międzynarodowych. Sprawa zatacza coraz większe kręgi tym bardziej, że materiały, które skopiował Snowden na swoich laptopach, są ujawniane sukcesywnie i dotyczą również innych państw (piszę to w momencie opublikowania przez niemiecki magazyn „Der Spiegel” informacji o zakrojonym na szeroką skalę szpiegowaniu przez NSA własnych sojuszników – np. biur Unii Europejskiej – w tym zbierania prywatnych danych obywateli niemieckich).

Wolność za bezpieczeństwo?

Lecz wróćmy do Stanów, bo tu mamy do czynienia z sytuacją niemal modelową, którą najprawdopodobniej powielać będą w przyszłości inne kraje, w miarę jak dysponować będą coraz doskonalszą technologią i coraz większymi środkami przeznaczanymi na inwigilację. (Najbardziej zaawansowana w tym wydaje się być obecnie Wielka Brytania, o Chinach nie wspominając, bo kontrola własnych obywateli wydaje się być dla tego państwa wręcz warunkiem przetrwania panującego w nim  reżimu „komunistyczno”-kapitalistycznego).
Punktem zwrotnym (w burzeniu statusu – i mitu – Stanów Zjednoczonych, jako największej potęgi światowej) był atak na wieże WTC 11 września 2001 roku. Później przyszedł tzw. „Patriot Act”, czyli ustawa poddająca kompromisowi wolność Amerykanów – poświęcaną tu w imię bezpieczeństwa. Pod pretekstem walki z terroryzmem ograniczono de facto prawo do prywatności, a tym samym i obywatelską wolność, dopuszczając na dodatek formy działań (ze strony rządu) do tej pory nielegalne. To właśnie dzięki tej ustawie mamy dzisiaj owe „sekretne” sądy, które przyznają (nota bene – beż żadnej „dyskryminacji” i kwestionowania, czyli tak „jak leci”) sądowe wyroki, dające takim agencjom, jak NSA prawo wglądu w prywatne sprawy obywateli, których arbitralnie uważa się za źródło zagrożenia. A podejrzanym może być każdy.
Zaczęto też rozbudowywać (do mamucich rozmiarów) infrastrukturę ośrodków inwigilacyjno-szpiegowskich, monitorowania i zbierania wszelkich dostępnych danych, wydając na to dziesiątki miliardów dolarów. (Dosłownie w tej chwili rusza w stanie Utah taki moloch, który dołączy do sieci tych już istniejących.) Co ciekawe, nie są to informacje tajne – choćby z tego powodu, że pisały o nich liczące się media, jak np. „WIRED”, czy „Washington Post” – każdy więc może mieć do nich dostęp. Ale… znowu: kogo to obchodzi?

Moim zdaniem, największe niebezpieczeństwo tkwi w tym, że nad tą inwigilacyjną machiną praktycznie traci się obecnie kontrolę (organizowanie tzw. briefing w tej sprawie wśród kongresmanów to właściwie była parodia – wielu z nich przyznało, że nie miało pojęcia o istnieniu systemu inwigilacji na taką skalę). Wygląda więc na to, że jest to taki samo-napędzający się mechanizm, biurokratyczna struktura, która narasta i klonuje się coraz bardziej, wykorzystując zaistniałą sytuację do tworzenia coraz to nowych komórek, żerujących w sprzyjającym temu (ignorancja parlamentu i społeczeństwa, federalne fundusze, prawdziwe lub domniemane zagrożenie terrorystyczne…) środowisku. W chwili obecnej jest w to wszystko zaangażowanych kilka milionów ludzi (takich pracowników, jak Snowden – czyli mających dostęp do ściśle tajnych danych – są dziesiątki, może nawet setki tysięcy). Powstał więc cały system – układ zamknięty, rządzący się swoimi prawami, które tak naprawdę – będąc niezgodnymi z amerykańską Konstytucją – są jednak bezprawiem, , czego żadne „tajne” sądy nie są w stanie uprawomocnić).

Jak rośnie moloch?

Jak to możliwe, że wśród setek tysięcy ludzi zaangażowanych w ten układ, znalazł się tylko jeden jedyny „sprawiedliwy”, który miał odwagę temu systemowi się sprzeciwić, uznając go za zagrożenie dla amerykańskiej wolności – za coś, co działa na szkodę amerykańskiego społeczeństwa?
Myślę, że dość łatwo to wytłumaczyć zwykłą ludzką skłonnością do konformizmu. Ktoś, kto zarabia 120 – 200 tysięcy dolarów rocznie, wykonując w sumie nieskomplikowaną, „czystą”, wygodną pracę – zapewniającą utrzymanie i komfort nie tylko jemu, ale i jego rodzinie – nie będzie się „wychylał”, a tym bardziej ryzykował własnego życia, ujawniając kompromitujące informacje, który mogłyby ten benefitowy dla niego układ rozwalić.
Niestety, niemal wszyscy bez wyjątku ludzie to konformiści – zdecydowaną większość z nas można kupić: stałą pensją, przywilejami, statusem, zapewnieniem bezpiecznej i wygodnej egzystencji… i nawet nie stosując przy tym wszystkim jakichkolwiek metod zastraszania. To właśnie potrafi skutecznie spowodować naszą „ślepotę” – przestajemy (bo najczęsciej nie chcemy) dostrzegać to, co jest w tym systemie złe – powstrzymujemy się z jakąkolwiek krytyką układu z którego korzystamy, robiąc dobrą minę do złej gry (skrót NSA sami pracownicy agencji tłumaczyli jako Never Say Anything).
A jeśli pojawia się jeszcze perspektywa zarobienia milionów dolarów? To kto by się przejmował jakąś tam etyką?

Z tego co wiem, sposób powstawania tych nowych struktur inwigilacyjnych to jest nic innego, jak zaproszenie do korupcji (pod płaszczykiem kontraktów z rządem). Wystarczy tylko przyjrzeć się prywatnej kompanii Booz Allen Hamilton, której pracownikiem był Snowden. Jej właściciel był wcześniej wysoko postawionym urzędnikiem federalnym, zatrudnionym w strukturach bezpieczeństwa państwa, co bez wątpienia nie przeszkodziło mu później w pozyskaniu dla swojej kompanii federalnych kontraktów opiewających na miliardy dolarów. Na podobnej zasadzie – układów, zależności, wdzięczności, znajomości i lojalności – funkcjonują inne prywatne franczyze, jak również cały amerykański „biznes” wojenny. Co ciekawe, agencje rządowe zlecając pewne prace kontraktorom prywatnym, twierdzą, że robią to, by na tych operacjach oszczędzić. Tyle, że prace te, wykonywane przez prywatne firmy, kosztują państwo (a konkretnie nas, podatników) więcej, niż gdyby były wykonane przez agencje rządowe. (Nie muszę chyba przypominać, że kontrakty z prywatnymi firmami są oczywiście opłacane z budżetu państwa). Tym oto sposobem z państwowej kasy ulatniają się – jak najbardziej legalnie! – miliardy dolarów i lądują w prywatnych kieszeniach wybranych entrepreneurów.
I żeby jeszcze to wszystko działało na korzyść państwa i nas samych.  A niestety, moim zdaniem, nie działa. Z większości tych wszystkich kompanii – podobnie jak z bankowych machinacji i giełdowych spekulacji – nie ma żadnego pożytku i jako takie są one dla budżetu państwa – a tym samym dla społeczeństwa – pasożytnicze. Nie wierzę bowiem w to, że cały ten zmasowany system inwigilacyjny pomaga skutecznie zapobiec zamachom terrorystycznym (terroryści, planując jakąkolwiek akcję, nie będą tego robić w internecie, posługując się prawie wyłącznie kurierami). To, co podała ostatnio NSA (że dzięki inwigilacji udało się zapobiec kilkudziesięciu atakom terrorystycznym) mnie samego nie przekonywuje. Jestem bardzo sceptyczny wobec jakichkolwiek danych podawanym przez NSA – istnieją bowiem dość solidne przesłanki, by im nie wierzyć. Natomiast twierdzę, że te wszystkie gromadzone dane mogą w każdej chwili zostać wykorzystane do szantażu, zastraszenia, rozprawienie się z niewygodnym przeciwnikiem… etc. Jednym słowem jest to bicz, który jest kręcony… ale nie na żadnych tam terrorystów, tylko na własne społeczeństwo i ewentualnych przeciwników politycznych. (Nie bez kozery niektórzy twierdzą, że każdy rząd ma skłonność widzieć w swoim społeczeństwie wroga).

Bez paranoi

Nie, nie ulegam tu żadnej paranoi, rojąc sobie, że za naszymi plecami czyha jakaś policyjno-totalitarna bestia, która w każdej chwili może się na nas rzucić jak gestapo, pakując nas wszystkich do obozów koncntracyjnych. Nie trywializujmy. Jestem gotów przyznać, że większość ludzi pracujących dla agencji zajmujących się inwigilacją ludzi, działa w dobrej wierze, będąc przekonanym, że robią to dla bezpieczeństwa kraju i jego obywateli. Nawet jeśli jest to rodzaj samookłamywania się, to raczej nie ma w tym żadnej demonicznej złośliwości. Problem i niebezpieczeństwo jest gdzie indziej. O tym starałem się napisać w moim tekście powyżej: naruszenie Konstytucji, pogwałcenie prawa wolności, wykradanie własności prywatnej ludzi (jaką są wymieniane między nimi informacje); wreszcie budowanie systemu, który w przyszłości może posłużyć do totalitarnej kontroli całego społeczeństwa…
Nie twierdzę, że stanie się to za parę lat, czy też za parę dekad… Ten proces może być rozłożony na całe pokolenia, ale jeśli nic z tym nie zrobimy – i jak stado baranów i owieczek będziemy przyzwalać na wszystko, co zadecydują za nas możni tego świata – to w przyszłości nasze dzieci i wnuki mogą żyć w koszmarze, wobec którego Orwellowska wizja Wielkiego Brata wydawać się będzie bajką.

Ostatnie słowo

Jestem obywatelem Stanów Zjednoczonych, poczuwam się do lojalności wobec kraju, który udzielił mi gościny. I oczywiście zależy mi na tym, aby Ameryka była silna, stabilna, dostatnia… Lecz nie mogę zmilczeć tego, co wydaje mi się działać przeciw amerykańskiemu społeczeństwu (czyli także przeciw mnie samemu) – przeciw ideałom, które przyświecały co bardziej szlachetnym ludziom budującym dobrobyt i potęgę tego kraju; wreszcie przeciw podstawom konstytucyjnym, które według mnie są obecnie gwałcone. Wolność amerykańska – wraz z istniejącą tu swobodą obywatelską – zawsze była w moim życiu czymś bardzo ważnym: pewną busolą, wzorem, ideałem… pozwalając mi na zachowanie swoistej perspektywy nadziei. Stanowiło to swego rodzaju opozycję do niweczących ludzką wolność systemów totalitarnych (faszystowskich lub komunistycznych), których niejako odpryskiem była rzeczywistość peerelowska, w jakiej zmuszony byłem się wychowywać. To właśnie w poszukiwaniu tej wolności znalazłem się w tym kraju i związałem z nim moje życie. I właśnie dlatego, że dobro Ameryki nadal leży mi na sercu, piszę teraz te słowa. W ten oto sposób przejawia się moja lojalność wobec tego kraju – a konkretnie, wobec tego, co uznałem w nim za dobre, cenne i godne ochrony.

greydot

*

O TYM JAK ZABIJA SIĘ AMERYKAŃSKĄ WOLNOŚĆ

*

„…this nation, under God, shall have a new birth of freedom – and that government of the people, by the people, for the people – shall not perish from the earth.”
(„…ten naród doczeka się odrodzenia idei wolności; i że rządy narodu, przez naród i dla narodu nie znikną z powierzchni ziemi.”)

*

O tak! Wszyscy amerykańscy patrioci pamiętają te słowa Lincolna. Ale co one teraz znaczą? Czy aby nie zamieniły się one dzisiaj w czczy slogan?
Nowe narodziny wolności? Kiedy to było?
Prawda jest taka, że nasza wolność w Ameryce zabijana jest każdego dnia i mało kto zdaje sobie z tego sprawę, bo zabijana jest w sposób „miękki”, niemalże niepostrzeżenie.
Nasz rząd przyjmuje formy rządzenia, które stają się coraz mniej „rządami narodu, przez naród i dla narodu” i są mocne przesłanki do tego, by sądzić, że taki rodzaj rządu zniknie jednak wkrótce z powierzchni ziemi – jeśli tylko sprawy nadal będą podążały w tym samym kierunku, w jakim podążają od ponad 10 lat (a wszystko wskazuje na to, że niestety, w tym kierunku zmierzać będą).
Wystarczy tylko poświęcić więcej uwagi informacjom, które do nas docierają (lecz zazwyczaj giną w informatycznym szumie, przytłoczone wiadomościami i obrazami bez większego znaczenia).
Ostatnia afera z zapisem rozmów klientów firmy Verizon (nota bene ujawniona nie przez amerykańskie media, tylko zagraniczne), która udostępniła je agencji rządowej (National Security Agency), to tylko czubek góry lodowej. Od ponad 6 lat działa rządowy program PRISM (będący skutkiem podpisania fatalnej moim zdaniem ustawy „Patriot Act”), który zajmuje się monitorowaniem i kolekcjonowaniem danych przepływających przez internet i inne środki komunikacji. We wrześniu ma ruszyć w Utah nowy olbrzymi (wybudowany kosztem 2 miliardów dolarów) kompleks szpiegowania Amerykanów (bo tak to przecież należy nazwać), który będzie wspomagał te istniejące dotychczas. Istnieją już pierwsze przecieki, że największe korporacje i platformy internetowe – Microsoft, Yahoo, Google, Facebook, PalTalk, AOL, Skype, YouTube, Apple… – udostępniają dane swoich klientów, najprawdopodobniej dając szpiegującym agencjom rządowym (National Security Agency, Central Security Service) bezpośredni dostęp do swoich serwerów, dzięki czemu, mogą one zapisywać (i monitorować) dosłownie WSZYSTKIE dane i informacje, jakie pojawiają się w cyberprzestrzeni – jak np. to, że w tej chwili piszę te słowa, czyli, praktycznie – dostęp nie tylko do informacji, które umożliwiają śledzić każdy nasz ruch (włącznie z tym, gdzie się w danej chwili znajdujemy), ale i nasze myśli. Zdaję sobie sprawę z tego, że może się to wydać lekko paranoiczne, (bo przecież co może w tej chwili obchodzić rząd amerykański myślenie takich maluczkich, jak ja czy Ty) ale faktem jest, że istnieje już techniczna możliwość, żeby monitorować i gromadzić – a tym samym analizować i kontrolować – dosłownie wszystkich i wszystko. A jeśli taka możliwość istnieje, to – nawet jeśli nie jest praktykowana dzisiaj – będzie praktykowana, i to na coraz szersza skalę, w przyszłości. Tym bardziej, że polityka rządów największych państwa świata (z amerykańskim na czele – o chińskim nie wspominając) idzie właśnie w tym kierunku.
Dzisiaj, na spotkaniu w Dolinie Krzemowej, Obama nazwał te praktyki „modest encroachments on privacy” („skromne naruszenie prywatności”? – sic!), usprawiedliwiając je oczywiście koniecznością walki z terroryzmem. „Nikt nie podsłuchuje waszych rozmów przez komórkę”, „dotyczy to tylko obywateli obcych państw”– dodał, co oczywiście było kolejnym jego kłamstwem (jak widać, wskutek… czy to słabości, czy bezradności, kłamanie weszło naszemu prezydentowi w krew – przy czym, on chyba nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że kłamie – tym samym stosując najbardziej wyrafinowany sposób kłamania, czyli taki, dzięki któremu sam kłamca zaczyna wierzyć w swoje kłamstwa).
Ciężko mi się pisze te słowa, bo byłem jednak zwolennikiem Obamy, kiedy wybieraliśmy go na prezydenta. Dałem mu wielki kredyt zaufania, który niestety dość szybko topniał. Obama sprawił mi ogromny zawód, okazał się prezydentem, który – mimo, że startował z liberalnych pozycji – zaczął kontynuować praktyki swojego poprzednika G. W. Bucha, idąc na pasku tych, którzy posiadali dotychczas wpływy, korporacyjną władzę i olbrzymie pieniądze. Co z tego, że Obama ma charyzmę, jest błyskotliwym mówcą i sprawia sympatyczne wrażenie, jako człowiek? Tym gorzej dla nas, bo łatwiej mu uprawiać fatalną w skutkach politykę i pogrążać kraj w dalszej zależności od wielkiego kapitału, zepsutej finansjery, od coraz bardziej wścibskich instytucji rządowych – cały czas zawężając pole naszej wolności.

PS. Have a good read Big Brother ;)

*