POECI WYKLĘCI, ROZUM NA MANOWCACH I SERCE VAN GOGHA

(co się plecie w kajecie – z zapisków rozproszonych, XIII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Intelektualiści ciągle się łudzą, że nie tylko są w stanie ogarnąć swoimi koncepcjami świat, objaśnić go, ale i na niego wpłynąć, zmienić go… Największy paradoks tego złudzenia polega na tym, że zaczęło się to na dobre gdzieś w okolicach Oświecenia – od zawierzenia koncepcji kartezjańskiej, czyli od zauroczenia ROZUMEM. Dość wcześnie jednak zorientowano się, że ten rozum przeceniono – bo przecież na racjonalnych przesłankach opierały się (wbrew pozorom, realizacji i konsekwencjom) założenia systemów totalitarnych: zarówno faszystowskiego, jak i komunistycznego. Z drugiej strony zniknęły fundamenty metafizyczne („śmierć” Boga, laicyzacja, marginalizacja religii…) a tym samym rozwiał się mit, który był nie tylko źródłem ludzkiej kultury, ale i scalał całe społeczeństwa.
Świat wokół nas bardzo się skomplikował, umykając nam zarówno pod względem duchowym, jak i intelektualnym (zaczęliśmy błądzić, jak te pijane dzieci we mgle, powodowani impulsami, odruchami i jakimś stadnym instynktem: kultura masowa, konsumpcjonizm, technologiczne zabawki typu internet…) podczas gdy inni, posiadający władzę i pieniądze, „golili” nas i motali w tworzone przez siebie struktury zależności i de facto wyzysku. Ci zaś, którzy poza ten system wypadli, przestawali się liczyć, dzięki czemu na świece jest teraz coraz więcej ludzi „zbędnych”, którzy po prostu nie mają nic do roboty – wegetują więc albo walczą wręcz o przetrwanie.
Intelektualiści „wysiadają”, bo naszą rzeczywistość tworzy obecnie tak ogromna ilość elementów, że nikt nie jest wstanie zrozumieć tego, co się dzieje – a co dopiero żeby przewidzieć jaka będzie przyszłość. To dlatego teraz wszyscy kpią z „końca historii” Fukuyamy, a i sugestywna ongiś „globalna wioska” Tofflera przypomina dziś coś zupełnie innego.

Ja również mam wrażenie, że nie jest dobrze – zwłaszcza kiedy czytam takie teksty, jak wywiad z prof. Królem w „Gazecie Wyborczej”, który kaja się za swoje ideologiczne i polityczne błędy solidarnościowej przeszłości, poczynione w epoce tzw. transformacji ustrojowej naszego kraju. To wszystko jeszcze dobitniej uświadamia mi, że coraz bardziej jesteśmy bezsilni wobec tego co się dzieje – i to nie tylko na świecie, ale i w krajach, w których żyjemy. Paradoksalnie, ludzie, mimo że mają teraz niemal nieograniczony dostęp do informacji, jak i możliwość natychmiastowej komunikacji, stracili podstawę, na której mogliby się zsolidaryzować (np. w masowym społecznym proteście), gdyż poszczególne warstwy (klasy) społeczne uległy swoistemu rozproszeniu i wzajemnej separacji. Innymi słowy: struktury stają się silniejsze od ludzi. To jest chichot historii, bo dzieje się to akurat w momencie, w którym ponoć zatryumfował liberalizm.
To dlatego to, co mówił prof. Król, wydało mi się być taka mową trawą – paszą treściwą dla nas – myślą interesującą, może nawet pasjonującą – ale bez żadnych realnych konsekwencji, niczego nie zmieniająca. Ukazana jest w niej cała bezsiła intelektualisty („głupi byliśmy”) – którego dopiero z dystansu (ot, zaszywając się choćby, tak jak prof. Król, w jakimś domku pod lasem), po wyzwoleniu się z „układu”, stać na szczerą ocenę całej beznadziei swojej sytuacji.
Król tęskni do filozofii, metafizyki, literatury, które mogłyby wpływać na nasze życie, świat i go zmienić, ale wystarczy spojrzeć na ludzi, którzy nami „rządzą” (politycy), których „celebrują” masy (wątpliwej jakości artyści) – którzy nami zawłaszczają (banki, korporacje, właściciele mediów, dystrybutorzy „kultury”) – by uświadomić sobie, że to nic innego, jak marzenia ściętej głowy.

greydot

Inteligencja, nawet o wysokim IQ, nie musi mieć wiele wspólnego z mądrością. Można być człowiekiem mądrym posiadając przeciętną inteligencję. I vice versa: nawet wybitna inteligencja nie zawsze czyni z człowieka kogoś mądrego (czyli nie chroni go przed głupotą). Zresztą, jak wiemy, najgorszy rodzaj głupoty, to głupota uczona.

Ogólnie przyjęta definicja mówi, że inteligencja to zdolność przystosowania się do sytuacji. Otóż nigdy ta popularna definicja inteligencji mi się nie podobała, bo bardziej przypomina mi definicję konformizmu, niż inteligencji.

Samo posiadanie zdolności twórczych nie jest wystarczające do tego, aby być człowiekiem prawdziwie twórczym. Tutaj, oprócz inteligencji, przydaje się motywacja, pasja… również takie cechy charakteru, jak wytrwałość, ambicja, pracowitość, poświęcenie… wreszcie determinacja, by stworzyć coś własnego, oryginalnego, pożytecznego… etc. Poza tym, ważna w tym wszystkim jest tzw. inteligencja emocjonalna. To ona w dużej części decyduje o temperamencie twórczym człowieka, pobudzając jego pęd do kreacji.
Niemożliwe jest chyba stworzenie czegoś wybitnego bez pasji. A tu wielką role odgrywają emocje. Inteligencja w tym wszystkim wydaje mi się być tylko narzędziem.

Jeśli mowa o mądrości, to równie ważne powinno być odniesienie do inteligencji, jak i do sfery etycznej. Sama sprawność intelektualna jest zaledwie czymś instrumentalnym. Do tego, by stała się czymś ludzkim, ważne jest umieszczenie jej w sferze ludzkich wartości – innymi słowy, trzeba ją wypełnić człowieczeństwem.

Od dawna nie mierzę wartości człowieka jego inteligencją. Są dla mnie kryteria ważniejsze. Dlatego towarzystwo z MENSY skupiające osobników o najwyższym ilorazie inteligencji, nie robi na mnie większego wrażenia, ani zbytnio nie obchodzi. To taki klub towarzyski, który najprawdopodobniej napawa się własną „wyższością” nad średniakami. Taki Van Gogh np. był pod względnej tzw. zaradności życiowej człowiekiem zupełnie nieprzystosowanym (ot, choćby w jego przypadku definicja inteligencji jako zdolności przystosowania się do warunków zewnętrznych, jest totalnym nieporozumieniem), a dla mnie jest jednym z najbardziej wartościowych ludzi, jacy pojawili się na naszej planecie.
Nota bene Van Gogh był człowiekiem bardzo inteligentnym, o czym świadczą choćby jego listy do brata. Już nie mówiąc o jego zupełnie rewolucyjnym i nadzwyczaj unikalnym sposobie malowania, jak również o samej płodności twórczej, która była niezmordowana.

Właśnie, w jakiej relacji jest poziom inteligencji z twórczą płodnością? Wydaje mi się, że jeśli chodzi o zdolności twórcze i ich realizację, to oprócz samego intelektu, wchodzi tu jeszcze w grę cała masa czynników niekoniecznie związanych z samą sprawnością intelektualną (która, powtórzę to raz jeszcze, jest ledwie instrumentalna i nabiera wartości dopiero w kontekście tego, co człowiek tworzy, jak tworzy, dla kogo tworzy… etc., czyli w kontekście kulturowym i międzyludzkim).
Moim zdaniem dość jałowe jest skupianie się tylko na sprawności intelektualnej człowieka (tj. jego inteligencji), którego należy ujmować holistycznie czyli całościowo – zarówno jeśli chodzi o procesy fizjologiczne, jakie zachodzą w jego mózgu (włączając w to np. emocje), jak i jego kulturę, charakter, motywacje, etykę… Również biorąc pod uwagę jego relacje z innymi ludźmi – to co człowiek potrafi dać z siebie innym ludziom.

greydot

Wiele dyskusji na tzw. forach publicznych, ale też i w mediach, przypomina bicie piany, rzucanie grochem o ścianę, okopywanie się na swoich pozycjach, wołanie na puszczy… etc. i niemal nigdy niczego nie rozstrzyga.
Dlaczego? Może dlatego, że tutaj, podobnie jak z tym łapaniem króliczka, nie chodzi o przekonanie kogoś, tylko o samo przekonywanie – mówię (piszę, komentuję) więc jestem (bo wydaje mi się, że mówienie i pisanie wynika z mojego myślenia?)
Ostatecznie wszystko rozbija się o siłę naszych szańców (czyli zależy od mocy i realnej skuteczności struktury, w jaką jesteśmy – chcąc nie chcąc – wpisani, i której jesteśmy częścią). Tak więc, nie mają przy tym w zasadzie większego znaczenia fakty, prawda, sprawiedliwość…
Nasz świat jest ścieraniem się idei – a idee wcale nie opierają się na faktach, tylko są tych faktów przedstawieniem i interpretacją. A interpretujemy zwykle tak, jak chcemy (lub musimy). Z kolei przedstawiamy sobie tylko tak, jak możemy (a to z powodu naszych ograniczeń). „Wistość” rzeczy nie jest przecież rzeczą samą w sobie. Ani tym bardziej oczy-wistością, mimo że taka się wydaje.

greydot

Używanie ludzkiego języka do mówienia o tym, co boskie, (w znaczeniu bezpośredniego odniesienia się do Boga) nie ma sensu. Ale piszę to z pozycji agnostycznej, (którą – jak mi się wydaje – świadomie wybieram).
Natomiast dla ludzi „wierzących”, teistów, deistów… to ma sens (stąd ich koncepcje Boga i wszelkie teologie).

Podobny jest sens (bezsens?) mówienia o ateizmie albo teizmie buddyzmu (mam tu na uwadze buddyzm „czysty”, pierwotny, wywodzący się od samego Buddy, bo później buddyzm się rozgałęził, przejmując nawet w niektórych swoich przejawach „lokalne” bóstwa, vide: politeistyczny buddyzm tybetański).
Jeśli więc, respektując pojęcie Boga przyjęte w judeo-chrześcijaństwie, pytamy się z tej perspektywy, czy buddyzm jest ateistyczny, to odpowiedź powinna być twierdząca: tak, w tym sensie buddyzm jest ateistyczny.
Jednakże, kiedy już pytamy z pozycji uwzględniającej światopogląd i nauki głoszone przez samego Buddę, to odpowiedź jest (powinna być) przecząca, (bowiem Siddhartha nie tyle odrzucał ideę Stwórcy Wszystkiego, co się tym w ogóle nie zajmował, czy też raczej nie uwzględniał jej w swojej doktrynie). W tym sensie buddyzm ateistyczny nie jest.

Nota bene, dzięki tej (a)teistycznej nieokreśloności buddyzm wydaje się być tak otwarty dla „wyzwolonej” umysłowości Zachodu (ale też i atrakcyjny dla ludzi „przesiąkniętych” mentalnością chrześcijańską).
I z tego też powodu – stosując nasze kryteria „racjonalistyczne” – skłonni jesteśmy raczej uważać go za system filozoficzny (pewną koncepcję światopoglądową i ontologiczną), niż religię.

greydot

Autentyczne doświadczenie mistyczne (dla człowieka, który go doświadcza, jest ono autentyczne, choć ktoś „z zewnątrz” może ten autentyzm zakwestionować, a tym samym „odrzucić”) wyklucza według mnie jakiekolwiek „rozczarowanie się” mistyką. Ale wyklucza też – co oczywiste – owego doświadczenia „odrzucenie”.
Myślę, że nie należy utożsamiać doświadczenia mistycznego z doświadczeniem religijnym (to dlatego, religią można zarówno się rozczarować, jak i ją odrzucić – w przeciwieństwie do mistycyzmu).

greydot

Usłyszałem niedawno takie pytanie: Skąd się bierze ateizm?
Otóż można odpowiedzieć, że ateizm bierze się stąd, co wiara, czyli z niewiedzy.
Ale tak można stwierdzić tylko z pozycji agnostycznej, bo zarówno ateiści, jak i osoby wierzące mogą temu gwałtownie zaprzeczyć – i mówić, że to z wiedzy… ich wiedzy (czyli z tego, co sami wiedzą o świecie – albo z tego, co im wpojono).

Napisawszy to, muszę stwierdzić, że wiara wydaje mi się posiadać większą „wartość”, niż ateizm (a nawet większą, niż agnostycyzm – mimo, że uważam ten ostatni za bardziej „uczciwy” poznawczo i epistemologicznie).
Jednakże, to co napisałem, jest pewnego rodzaju wartościowaniem samego światopoglądu, a nie ludzi (wierzących i ateistów). Nie osądzam żadnego człowieka według tego, czy jest ateistą, czy osobą wierzącą. Człowieka poznaje się bowiem po czynach (i jego relacjach z innymi ludźmi) a nie po jego – ideologicznych czy też religijnych – deklaracjach.

greydot

Wśród genialnych powiedzonek Gombrowicza jest i takie, które stwierdza, że człowiek przed trzydziestką jest podpalaczem, a po trzydziestce staje się strażakiem. Oczywiście jest to pewne przerysowanie, niemniej jednak skłonni jesteśmy przyznać, że tak właśnie sprawy się mają.
Czym wytłumaczyć ową skłonność do zmiany frontów? Dojrzewaniem? Hormonalną transformacją? Wiekowym przepoczwarzeniem? Zgredowacieniem? Wapnieniem? Ciążeniem w kierunku hipokryzji i konformizmu? A może zdobytym doświadczeniem, dojrzałością, czy też nawet – ba! – mądrością?
Kiedy jest się młodym, nie jest się jeszcze w żadnych “układach”, nie należy się do establishmentu – można więc wtedy pozwolić sobie na swobodę zachowania, wypowiedzi, gestu… Może wówczas człowieka porwać kontestacja, bunt podnosi mu poziom adrenaliny. Czymś nieznośnym jest gorset pruderii a moralizatorstwo brane jest za obłudę. Czuje się potrzebę wyładowania, wygłupu, anarchii. To dlatego mówi się, że młodość ma swoje prawa, że za młodu trzeba się “wyszumieć”.
Później wchodzi się w inne role – wychowawcy, rodzica, mentora, autorytetu… Człowiek, chcąc nie chcąc, przywdziewa maskę. Nowa rola wymusza na nim pewnego rodzaju zachowania. Powoli zapomina, iż “cielęciem się było”. Wykazuje większą skłonność do ładu, czy umiaru. Z większą aprobatą i zrozumieniem przyjmuje się wtedy podobne stwierdzenia, jak to Miłosza: „Społeczeństwo i cywilizacja trwają dzięki niesłychanie drobnym cząsteczkom cnoty rezydującym w poszczególnych indywiduach” .

Mając w świadomości hańbę XX wieku – tego stulecia kłamliwych ideologii i największych zbrodni ludzkości – ma się też nieodparte wrażenie, iż horrendum, jakie się w nim działo, miało swój wielki wpływ na wyczerpanie się tradycyjnej kultury. Dzięki temu współczesność jest domeną kulturowego chaosu a w głowach wiruje ludziom wszelkie materii pomieszanie.
Jak na takim tle jawi się młodzieńcza skłonność do podpalania – do ekscesu i kontestacji, oraz gaśnicze pozycje dorosłych pokoleń?

Za wspomnianymi “maskami” dorosłych kryje się jednak często niewygasła do końca iskra. Wielu ludzi przez całe swoje życie przejawia buntownicze skłonności i pozostaje bardziej lub mniej otwartymi rebeliantami (z tym, że najczęściej z buntowników bez powodu, zamieniają się w buntowników mających jednak jakiś powód).
Wszyscy pozostali także zachowują pewne cechy młodzieńczej anarchii, niedojrzałości i dezynwoltury, tyle że mocniej potrafią trzymać to wszystko w ryzach, nie ujawniając już tego tak ostentacyjnie przed światem. No i wreszcie – w zdecydowanej większości – stają się z biegiem czasu konformistami.

greydot

Czy współczesność jest dobrym czasem dla poetów przeklętych?
Ciekawe pytanie.
Bo niewątpliwie dla poetów przeklętych są “lepsze” i “gorsze” czasy, choć zawsze jednak ten wiatr (epoki) w oczy im wieje. Przy czym należy sobie wyjaśnić co to znaczy “lepszy” i “gorszy” w tym kontekście.
Otóż czas “lepszy” dla poetów przeklętych to nie tylko ten, który sprzyja wykwitowi cech z elementami maudit, ale i taki, który niejako z tym co oni wyprawiają (tworzą) współgra. Takim czasem była np. epoka dekadencji drugiej połowy XIX-go wieku. Także jej rozwinięcie – secesja, a na terenie naszego kraju – Młoda Polska. A wszystkie one nie byłyby tym czym były, gdyby nie Romantyzm i (np.) przynależąca do niego fala werteryzmu, czy też kreacja bohatera romantycznego na postać tragiczną, niezrozumianą, cierpiącą, odmieńczą, przeklętą właśnie…
W podobny sposób, ale już na zasadzie kontrastu z oficjalną propagandą nowego wspaniałego świata komunizmu, możliwe było zaistnienie poetów przeklętych w realiach totalitaryzmu komunistycznego, których przedstawicielami są u nas np. Hłasko czy Wojaczek, a w Rosji choćby Jerofiejew czy – po części przynajmniej – Wysocki z Okudżawą.
Jednak generalnie – poeta przeklęty może się pojawić w każdej epoce, bo w każdej epoce można się zbuntować i żyć “pod włos” społecznego i politycznego establishmentu.
Hm… być może w każdej epoce z wyjątkiem… naszej właśnie?
Bo w naszej epoce – w dobie rozpasanego postmodernizmu – rzeczywiście wszystko już było, wszystko już widzieliśmy, wszystkie prawdziwe profanacje i prowokacje się dokonały; szok już za bardzo nie chce działać, bo np. w internecie można znaleźć takie monstra i mega-perwersje, o których się “boskiemu” (?) Sade’owi nie śniło – a tego wszystkiego jest na pęczki, i to na wyciągnięcie ręki (za jednym “kliknięciem”).
Dziś poeta przeklęty może mieć najwyżej te swoje warholowskie 15-minut (medialnej) sławy, bo po kwadransie wszystkim te jego wybryki się nudzą, nie robiąc na nikim większego wrażenia.

greydot

Dzisiaj nie chodzi już o konkretne nazwanie kogoś „poetą przeklętym”, (które ma proweniencję romantyczną) a właśnie o rodzaj osobowości człowieka – zrywającego więzi ze społeczeństwem i swoim najbliższym otoczeniem, zbuntowanego, odrzucającego konwenanse i obowiązujące normy moralne i obyczajowe, dopuszczającego się ekscesów… etc.
A taki rodzaj osobowości zdarza się wśród ludzi od zawsze, tyle że różną przybiera formę (w zależności od epoki) i inaczej jest nazywany. I niekoniecznie dotyczy tylko literatury, ani nawet – tylko i wyłącznie sztuki, choć zwykle powiązany jest z kanonem artysty.

greydot

Nie wiem czy powinniśmy “zaglądać do medycyny” w poszukiwaniu chorób gnębiących “poetów przeklętych”, właśnie w nich (i tylko w nich) upatrując źródeł oraz modus vivendi dla ich twórczości, czy nawet twórczego napięcia. Bowiem etykietka choroby znosi niejako autonomię tego, co oni stworzyli, nadając temu jakieś chorobliwe piętno, w pewien sposób degradując ich wartość dla tzw. “zdrowego człowieka”.
A przecież choroba jest również niezbywalnym (niestety) elementem naszej condition humaine.

Nie uważam jednak, że należy o tym (medycznym kontekście) milczeć. Nie. Raczej widzieć to wszystko bardziej integralnie – w całej swej złożoności.
Zresztą, to np., że u Stachury, Wojaczka, Plath… i in. zdiagnozowano schizofrenię, w żaden sposób nie może deprecjonować wartości i (ewentualnego) piękna ich poezji. Jeśli ktoś, cierpiąc na chorobę psychiczną, namalował piękny obraz, to ten obraz nie przestaje być piękny tylko dlatego, że malarz był “wariatem”.
Jestem przeciwny wszelkim piętnom i stygmatom, zwłaszcza jeśli nie życzą ich sobie sami “napiętnowani” i “stygmatycy”.

greydot

Ktoś nazwał Goethego “ojcem poetów przeklętych”. To chyba jakieś nieporozumienie.
To, że spowodował swoimi „Cierpieniami młodego Wertera” szeroką falę “werteryzmu” (czyli samobójstw “z miłości”) nie ma tu nic do rzeczy. Tak, stworzył postać Wertera, ale już to, że jego Werter stał się pewnym duchowym patronem wszelkich “kochanków przeklętych” (czytaj: wzgardzonych), nie jest Goethego – ani zasługą, ani tym bardziej winą. Zresztą, Goethe był jedną z najwybitniejszych i (najmocniejszych, jeśli chodzi o charakter) postaci swojej epoki i trudno go kojarzyć z rozwichrzonym, rozedrganym i miotającym się poetą przeklętym.

greydot

Czy śmierci poetów przeklętych były skutkiem depresji czy też może świadomym aktem artystycznym – takim mocnym finałowym akordem?
Myślę, że każda z owych śmierci (nawet tych samobójczych – a nie wszystkie takie były) była inna, miała inne przyczyny i motywy. Bywało też tak, że wiele czynników składało się na decyzje L’homme maudit, by się zabić. A zdarzało się, że nie była to (do końca świadoma) decyzja, ale jakieś fatum, przypadek, rodzaj konieczności, psychosomatyczna determinanta, czy po prostu wycieńczenie organizmu…
Zresztą nie wszyscy poeci przeklęci się zabijali. Nawet ci “wzorcowi”. Rimbaud nie popełnił samobójstwa fizycznie, a po prostu (?) przestał pisać i wyjechał trudnić się handlem (nie obchodziło go to, co się stanie z jego poezją, nie odebrał nawet swojej nowo-wydanej książki). Beaudelaire i Verlaine przez lata niszczyli swój organizm (opium, narkotyki, absynt, alkohol…), tułali się po szpitalach i przytułkach, ale jednak dożyli tego, że ich poezja stała się doceniona, (choć tylko Verlaine przekroczył 50-kę; Beaudelaire zmarł wieku 46 lat).
Jimi Hendrix, Janis Joplin i Jim Morrison zmarli wskutek przedawkowania narkotyków, ewentualnie z przepicia.
Samobójstwo – w ścisłym znaczeniu tego słowa – popełnili Wojaczek, Stachura, Plath, Zawistowska (wszyscy cierpieli na ostrą depresję, panicznie bali się obłędu)… niejako skazany na śmierć (poprzez swoją nieuleczalną wadę serca, podobnie zresztą jak Poświatowska) był Bursa. Tak więc trudno w tych wszystkich przypadkach mówić o jakiejś “artystycznej kreacji”. To był bardziej ich – jakże ciężki, nieznośny, pełen cierpienia, beznadziei i bólu – los, który ich pchał ku śmierci.

greydot

Akceptacja i nie akceptacja poete maudit?
Ale jaka akceptacja, (ewentualnie nie akceptacja)? Ich osobowości, zachowania, wyborów? – czy też twórczości?
To, że są (byli) to ludzie amoralni, (czyli nie uznający powszechnie przyjętych norm moralnych) rozumie się samo przez się. Poete moudit to niemal synonim L’immoraliste. Myślę, że stosując kryteria moralne w ocenach literackich nie zajechalibyśmy zbyt daleko (bo musielibyśmy dać szlaban lwiej części najwybitniejszych pisarzy).
Również i dla mnie bardziej istotne są w tym przypadku argumenty i kryteria estetyczne niż etyczne.
Oczywiście, że bez “gorączki”, wewnętrznego ognia, niemożliwa jest prawdziwie artystyczna twórczość, jeśli już to zimna i kostyczna, czyli – moim zdaniem – żadna. Jak to świetnie ktoś zauważył: temperatura ciała to dla duszy za mało!
I naturalnie zgadzam się również z tym, że nie tylko buntownicza ekspresja jest dla tej twórczej gorączki “jedynie właściwą”. Zresztą, są różne odmiany buntu: np. z jednej strony mamy bunt romantyczny (którego przedstawicielem jest Byron), a z drugiej – bunt racjonalny (mający proweniencję oświeceniową). Nawet Goethe dzielący epokę z bohaterami stricte romantycznymi stanowi dla tych bohaterów coś w rodzaju antytezy.
Ale przecież twórczość artystyczna to również afirmacja, (która nota bene nie musi mieć nic wspólnego z konformizmem… i zwykle nie ma). Dobra sztuka istnieje nie tylko w tonacji dur ale i w mol, nie tylko w forte, ale i piano.

greydot

Współczesne “wszystko na sprzedaż”, jest tylko jednym z aspektów sławy “poety przeklętego” eksploatowanej dzisiaj. Ta “sprzedawalność” nie leży natomiast w istocie tego fenomenu, do której należy bunt, sprzeciw, eksces, niepohamowanie, odrzucenie ogólnie przyjętych społecznie norm… Sam “poeta przeklęty” nie chciał się “sprzedać” (w przeciwieństwie do współczesnych obrazoburców i prowokatorów działających głownie na polu tzw. “sztuki”, najczęściej do cna skomercjalizowanej). Wprost przeciwnie: on zdążał ku samozatraceniu się i w zasadzie nie obchodziło go to, co też świat (w tym świat merkantylny) z nim zrobi – a tym bardziej, czy na nim zarobi.

greydot

Problem z markizem de Sade jest taki, że mimo wszystko nie można go skwitować wzruszeniem ramion, bo zrobiono zeń reprezentanta pewnego aspektu człowieczeństwa (może raczej nieludzkości) – takiego apostoła perwersji. A jaki on był naprawdę, to ja nie wiem. Ile było w tym co robił i pisał pozy? Tego też nie sposób teraz wiedzieć. Myślę, że gdybyśmy go spotkali wówczas osobiście, to może by nawet przypadł nam do gustu i wydał się całkiem sympatycznym gościem. Tak podejrzewam, że cały ten “sadyzm” rozgrywał się głównie w jego wyobraźni, mimo kilku ekscesów w realu.
Ja bym go też nie demonizował. O wiele większymi “diabłami” dla mnie są np. zwykli, poczciwi, oportunistyczni i strachliwi administratorzy III Rzeszy, czy tzw. “komunistyczne pachołki”. To jest dopiero prawdziwe piekło, zgroza naszej cywilizacji – gułagi i obozy koncentracyjne, a obok “normalne” światy, które niewiele sobie z tego robią. Przy tym wszystkim taki Sadek to pestka, błazen jakiś, fantasta, dziwak i eksperymentator.
Ale badacze kultury uparli się, by robić z pojedynczych ludzi jakieś kamienie milowe, prekursorów, inspiratorów, epokowej forpoczty… Bzdura! Zło – jak zresztą zauważyli to już niektórzy, i to jeszcze przed panią Arendt – jest banalne. Ludźmi zwykle kieruje oportunizm, koniunkturalizm, chęć ustawienia się w życiu, doraźna korzyść; a często i zwykła chciwość, pożądanie władzy, strachliwość wreszcie… takie pospolite motywy, a nie jakieś tam perwersyjne ciągoty czy demonizm, motywują zwykle ludzi. Oczywiście piszę o wymiarze społecznym a nie o jakichś tam kolorowych outsiderach, indywidualistach z rozdmuchanym ego, czy wreszcie zwykłych socjo- czy też psychopatach. Ci bowiem spotykają się z uwagę na zasadzie – bez mała! – hollywoodzkich idoli. Pomagają ludziom zwalczać pustkę i nudę egzystencji. Ot co!

greydot

Wydaje mi się, że nie ma takiego drugiego malarza, którego twórczość byłaby tak mocno zespolona z jego życiem, jak Van Gogh.
Zawsze byłem ciekaw jak świat odebrałby jego obrazy, gdyby nic o nim nie wiedział, nie znał jego biografii – gdyby nie było “Listów do brata”, książek i filmów, które mu później poświęcono. Może wręcz nie byłoby czego odbierać, wszak płótna mogłyby posłużyć za podpałkę lub za podkład dla innych malarzy.
Ale załóżmy, że by przetrwały.
Czy dostrzeżono by w nich olbrzymią pasję, która je stworzyła? Czy rozprawiano by o geniuszu Van Gogha? Czy uznano by go za jednego z największych malarzy XIX wieku?
Czy wreszcie – sprowadzając rzecz do kwestii trywialnej, bo merkantylnej – zapłacono by za jego “Irysy” prawie 54 mln. dolarów, a za “Słoneczniki” 40 mln. ?
Na pewno można spojrzeć na to malarstwo abstrahując od osoby autora. Czy można jednak wyobrazić sobie coś takiego jak “obiektywna” wartość tej twórczości?
Jakie wobec tego zastosować tu kryteria? Czy można by się tu zdać na opinie ekspertów, krytyków sztuki, tzw. “znawców” …?
Ja osobiście bym im nie dowierzał.

Nie mogę sobie wyobrazić, jak patrzyłbym na obrazy Van Gogha bez znajomości kolei jego życia i warunków w jakich powstały, ponieważ te ostatnie poznałem wcześniej niż same obrazy (jeśli nie liczyć kilkunastu albumowych reprodukcji i wypranych z wszelkiego artyzmu, masowych kopii różnych “słoneczników”, “gwiaździstych nocy” i “cyprysów”).
Na to jest już za późno.
W tym kontekście wielka wartość komentarzy Vincenta (na temat samego siebie, własnego życia i malarstwa) wyrażonych w jego listach, polega być może na tym, iż po prostu nauczył on nas patrzeć na swoje obrazy. Swoim geniuszem, pasją i egzystencjalną głębią uświadomił nam nierozerwalność jego twórczości z nim samym. Płótna Van Gogha nabrały symbolicznej wartości jako odzwierciedlenie pewnego aspektu naszego człowieczeństwa, humanistycznego fenomenu. Jego przeżycia zaś uświadomiły nam jak tragicznie może się człowiek zderzyć ze światem, w którym przyszło mu żyć.
To dlatego Karl Jaspers mógł napisać: “Całość tej korespondencji (chodzi o listy do brata Theo), stanowi dokument jakiegoś światopoglądu, jakiejś egzystencji, jakiegoś myślenia znamionującego się wysokim etosem; jest to forma wyrażenia szczerości absolutnej, głębokiej, irracjonalnej wiary, nieskończonej miłości, serdecznego człowieczeństwa, niewzruszonej amor fati. Listy te zaliczają się do najbardziej wzruszających zjawisk niedawnej przeszłości”.
A płótna Van Gogha wiszą dziś na ścianach największych muzeów świata niczym cząstki jego poranionej duszy.

greydot

Listy Van Gogha do brata są doprawdy niewiarygodne – tzn. są czymś nad wyraz niezwykłym, wręcz niesamowitym, bo wiary są one godne jak najbardziej – tym czym fascynuje Vincent do naszych czasów jest bowiem jego prawdomówność, prostolinijność i autentyzm; to był człowiek – mimo swych ekscesów, życiowej niezaradności i dziecięcej wrażliwości – niesłychanie uczciwy.)
Jego uwagi są niekiedy rozbrajające:
“Ja nie czuję potrzeby małżeństwa i dzieci, i w pewnych chwilach ogarnia mnie melancholia, kiedy myślę o tym, jaki jestem mając 35 lat – powinno być całkiem inaczej. I mam to czasem za złe temu wstrętnemu malarstwu. Richepin powiedział kiedyś: ‘Miłość sztuki zabija miłość prawdziwą’. Uważam to za słuszne w straszliwy sposób i wiem też, że prawdziwa miłość zniechęca do sztuki. Zdarza mi się, że czuję się stary i złamany, a jednak dość jeszcze zakochany, żeby nie być entuzjastą malarstwa”.
Na ile więc to oddanie sztuce było jego suwerennym wyborem, a na ile sprawą fatum, które go chwyciło i już nie wypuściło aż do śmierci?
Z pewnością ludziom z jego otoczenia wydawało się to być marnowaniem życia – jakąś manią, obsesją, niezdrową idée fixe… Tym bardziej, że zdradzał on coraz bardziej objawy umysłowej choroby.
A jednak Van Gogh okazał się jednym z tych niewielu “wariatów”, którzy postawili na swoim i wygrali.
Wprawdzie jest to zwycięstwo odniesione post mortem, ale jakże przecież spektakularne – i lepsze takie, niż żadne.

greydot

Niedawno odwiedziłem Muzeum Van Gogha w Amsterdamie (nota bene znakomite). Zdumiały mnie te tłumy, które tam spotkałem – tysiące ludzi, którzy ustawili się w długiej na kilkaset metrów kolejce, by wejść do środka i zobaczyć obrazy Vincenta. Tego samego, który – kiedy jeszcze żył – uznany został za wariata, wytwórcę bohomazów, na które pies z kulawą nogą nie zwracał żadnej uwagi, i za które nikt nie chciał dać złamanego grosza. Łaska uznania i podziwu gawiedzi na pstrym koniu jeździ.

greydot

Karl Jaspers – bądź co bądź jeden z reprezentantów europejskiej czołówki intelektualnej XX wieku – tak podsumowuje swoje doświadczenie zetknięcia się z Van Goghiem:
“Van Gogh mnie zafascynował, być może przede wszystkim całą swą egzystencją światopoglądową (…) To tak, jak gdyby na przelotną chwilę objawiło się ostateczne źródło egzystencji, jak gdyby bezpośrednio dały znać o sobie utajone źródła wszelkiego bytu. Cóż, dla nas jest to jednak równoznaczne ze wstrząsem, którego nie możemy znosić zbyt długo…”

greydot

A najpiękniej o Van Goghu napisała moja znajoma, Ola: „Na drzwiach szafy namalowałam sobie Jego cyprysy, popijam cejlońskie herbaty z kubeczków z reprodukcjami Jego dzieł, jest ze mną gdy czytam, myślę, szukam siebie… i kiedy upadam.
Co by powiedział świat, gdyby nie wiedział przez co przeszedł?
Ja go pokochałam jako kilkunastoletnia dziewczyna. Nie wiedziałam o Nim nic. Odebrałam go jako człowieka, który jeśli coś robi, to zawsze całym sercem, bezkompromisowo, czułam, że przyroda potrafiła go wzruszyć, rozczulić, że pochłania go ciągle ocean zachwytu, potrafi dostrzegać piękno w drobnostkach. W każdym najmniejszym pociągnięciu pędzla ukrywa niewyobrażalne pokłady emocji, emocji, które były tak silne, że zwykły człowiek nie umiałby ich ogarnąć, poczuć. Pędzel był jedynym sposobem obdarowania szarego schematycznego i zagubionego świata. Powiedział kolorem to, czego nie oddają słowa.
Dopiero potem go poznałam. Zobaczyłam introwertyka, który dostrzegał Człowieka nie w pięknym opakowaniu, ale w umęczonej chłopce, w wygłodzonej rodzinie górniczej. Widział piękno w tym co trudne, bolesne, niezrozumiałe i po ludzku beznadziejne.
Dzięki niemu zrozumiałam jakim skarbem jest jeden życzliwy człowiek. Jeden życzliwy człowiek potrafi utopić w otchłani pasji i radości cały mrok wytwarzany przez niezrozumienie i odtrącenie…
Brat w Niego wierzył, kiedy ślepy tłum zabijał obojętnością.
Wielkim skarbem jest jedność dusz… i serce Van Gogha”


greydot

Żadna ludzka społeczność nie może się obejść bez norm, które sama sobie narzuca (nawet jeśli robi to odwołując się do metafizyki – wierząc, że są one dane nam “odgórnie” przez Boga, bóstwa, jakieś Siły Nadprzyrodzone…). Nasza kultura jest o tyle paradoksalna, że deklarując najczęściej swoją zgodność z tzw. prawem “naturalnym”, sama “porządkowi” naturalnemu (panującemu w przyrodzie) zwykle się przeciwstawia (kto wie, czy właśnie owe normatywne veto nie jest kwintesencją naszego “człowieczeństwa”?). Z tego zderzenia wynikają wszystkie ludzkie tabu, które chcą ten konflikt zakamuflować. Tabu można więc uznać za pewnego rodzaju kulturowy sprzeciw – swoisty wybieg, by nie przyznać się do tego, że drzemie w nas zwierzę, które czasem staje się nawet bestią.
Przy czym, prawo, które tworzymy, nie chce jednak zbyt głęboko wchodzić w geny determinujące zachowanie się człowieka, bo wtedy konflikt między kulturą a naturą staje się ewidentny i istnieje niebezpieczeństwo tego, że ludzkie działanie (w danej chwili bezprawne) będzie usprawiedliwiane, a tym samym podważona zostanie bezwzględna sankcja obowiązującego nas prawa, relatywizując je, może nawet kwestionując jego racje.
A jednak, to właśnie głębsze poznanie genetycznej podstawy np. zachowań homoseksualnych spowodowało, że w większości społeczeństw kręgu kultury zachodniej homoseksualizm przestał być traktowany jako wykroczenie przeciw prawu, jak również – w sferze medycyny – przestał być uznawany za chorobę, za coś “nienormalnego” (przy czym nie mówię tu o mentalnym i obyczajowym “nadążaniu” poszczególnych grup społecznych czy poszczególnych ludzi za tymi zmianami, bo to już zupełnie inna kwestia).
W tym kontekście (genetyka vs. prawo), już w przypadku homoseksualizmu wkraczamy na pole pełne min i kontrowersji, (które ludziom żyjącym zwłaszcza w krajach o silnych tradycjach katolickich są dobrze znane), a co dopiero, jeśli podejmiemy takie gorące tematy tabu jak pedofilia i kazirodztwo? Przecież zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku także można mówić o genetycznych uwarunkowaniach owych “dewiacji”, które przez wiele systemów jurysdykcyjnych uznawane są za ciężkie przestępstwa, a nawet zbrodnie (odnosi się to zwłaszcza do pedofilii). Czy może więc dziwić to, że w społecznościach konserwatywnych, ustępstwa jakie poczyniono wobec homoseksualizmu są przyjmowane jako pierwszy krok do swoistej “legalizacji” i przyzwolenia dla kazirodztwa i pedofilii, tudzież innych “zboczeń”? Człowiekowi o poglądach bardziej liberalnych takie rozumowanie może się wydać wręcz absurdalne (no bo jak tu zrównywać ze sobą “zdrowego” homoseksualistę z “chorym” i zwyrodniałym pedofilem?), ale już ktoś o mentalności bardziej “zachowawczej” może w tym widzieć niebezpieczeństwo precedensu i konsekwencji – swego rodzaju następstwo “od rzemyczka do koniczka”.

greydot

Nawet jeśli wolna wola nie istnieje, to musimy postępować tak, jakby istniała (dlatego skazujemy ludzi za zbrodnie, które popełnili).
A Natura to twarda bestia – zawsze znajdzie swój sposób, swoją drogę…
Bardzo kruche jest to, co nazywamy cywilizacją.

greydot

Morderców nie rozumiemy, bo nie chcemy zrozumieć – ponieważ, im większą mielibyśmy o nich wiedzę, tym boleśniejszej prawdy dowiadywalibyśmy się o nas samych.

greydot

Nasz ludzki „Rozum” to tylko łódka, za pomocą której próbujemy się nie potopić dryfując po oceanie nieświadomego o przepastnej głębi i pełnego wirów – udając, że mamy wpływ na siły, które bezmiernie nas przerastają.

greydot

Kiedy namiętność i pożądanie stają się miłością? Czy mężczyzna (albo kobieta) ma prawo do pokochania kogoś innego, niż własną żonę (albo męża)? Jeżeli tak, to jakie to jest prawo, jeżeli nie, to kto (lub co) nam je odbiera? Jak mocno wiąże nas małżeństwo, (które jest przecież pewnego rodzaju społeczną umową)? Albo, innymi słowy: w jaki sposób warunkuje ono naszą wolność (lub zniewolenie)? Jak się ma obowiązek do namiętności, a lojalność do wolności?
W jakim stopniu natura determinuje naszą skłonność do “grzechu” (że użyję tego staromodnego, wychodzącego już z użycia, określenia).
Kiedy człowiek, który „zdradza” dotychczasowego partnera (partnerkę) staje się (w oczach innych) draniem (lub suką?), kiedy zaś bohaterem a nawet obiektem kultu, który poszedł za głosem wielkiej miłości, tudzież – patrząc na to z innej perspektywy – własnych potrzeb i pragnień? Kiedy zostaje niewolnikiem własnych uczuć, a kiedy walczącym o nie buntownikiem? Wreszcie: jak się mają genitalia do porywów serca, a hormony do miłosnej czułości?

greydot

Ludzie uparcie uzależniają prawdę od punktu widzenia.
Tak by było, gdyby prawda była wytworem ludzkiego umysłu.
Paradoksem jest to, iż wydaje się nam jednak, że jest, bo w świecie pozaludzkim nie ma przecież rozróżnienia na prawdę i fałsz: atom albo kwant się nie mylą.

greydotPółprawda jest najgorszym rodzajem kłamstwa.

greydot

Jednym z przejawów tego, że samiec alfa odniósł sukces w walce jest natychmiastowe podporządkowanie się mu samców beta i omega.
W polityce odpowiednikiem tego jest wysiew wszelkich totumfackich i wysławiających zwycięskiego wodza.

greydot

Rodzice dzieci niepełnosprawnych w polskim Sejmie. Skoro godzimy się z tym, że politycy nie są prawdomówni, nie muszą mieć wstydu, nie zawsze mogą postępować etycznie, to czy nie jest naiwnością wymaganie od nich czegoś takiego, jak współczucie?

greydot

Ktoś to stwierdził, jako oczywistość: „Wstyd nie jest kwalifikacją do uprawiania polityki.”
Dlatego mamy takich polityków, jakich mamy.

greydot

Kultura czy polityka?
Kultura.
Polityka, wbrew pozorom, jest gorszym rodzajem ucieczki od nudy, niż kultura.

A przy okazji można się zastanowić w jakiej relacji są polityka kulturalna i kultura polityczna oraz jakie konsekwencje (również w polityce kulturalnej) pociąga za sobą brak politycznej kultury.

greydot

W kinie na „The Wolf of Wall Street”. Niesamowitym sukcesem Scorsesego jest to, że film cienki jak studolarowy banknot, płytki jak zawieszenie Lamborghini, amoralny jak chciwcy i oszuści z Wall Street, próżny jak jacht z helikopterem na dachu, obsceniczny jak dmuchanie przez rurkę haszyszu w odbyt prostytutki, wulgarny jak użycie 576 razy (rekord w kinie amerykańskim!) przekleństwa fuck, głupi i okrutny jak rzucanie karłami w tarczę, potrafi tak przykuć naszą uwagę a nawet nas rozbawić (przyznaję się bez bicia: sam tego doświadczyłem i brałem w tym udział ).
Dlaczego? Może dlatego, że grzeczne dzieci (widzowie) lubią niegrzeczne bajki, a i niegrzeczne są też w swoim żywiole? Bo wszystko kładziemy na karb konwencji?
Co może usprawiedliwić to, że film Scorsesego się nam tak podoba? Może to, że na karuzeli nie ma czasu na refleksję? Bo kiedy błędnik zaczyna szaleć, przestajemy być sobą – czyli osobą myślącą? A może wręcz przeciwnie: ujawnia się wtedy coś, co leży gdzieś w sednie każdego z nas, a do czego na trzeźwo nie chcemy się przyznać – może nawet sobie tego nie uświadamiamy?

 greydot

Gdybym chciał napisać coś o mojej namiętności do książek, to musiałbym wrócić się do samego zarania, czyli do mojego dzieciństwa. Do dzisiaj czuję zapach niektórych książek, ciągle przed oczami mam ilustracje, które wówczas zdały mi się czymś zgoła magicznym, jakże wyraźnie pamiętam pewne sceny w tych książkach spisane… Nawet wtedy, kiedy przyszedł czas mojego buntu i kontestacji – wyrażany głównie przez używanie niecenzuralnych wyrazów, picie taniego wina, mówienie, że religia to “bajki” a wszyscy ludzie to hipokryci, noszenie obdartych dżinsów, zapuszczanie długich po ramion włosów i słuchanie Hendrixa – nie rozstawałem się z książką. Tym sposobem uzbierałem w domu dość pokaźną bibliotekę i ślęczałem po nocach nad rewelacjami, które znajdowałem w dziełach Camusa, Lema, Dostojewskiego czy Manna.
Włosy teraz noszę już krótsze (nie wspominając już o siwiźnie), wino piję już lepsze, rzadko przeklinam albo rzucam kalumnie, mój bunt bardziej oswojony a spodnie bez dziur, religie bardziej wiążę z mitami (szanując wszak jej Tajemnice)… lecz nadal żyję z książką pod ręką (w moim nowym domu księgozbiór już dawno przestał się mieścić), a i Hendrix w dalszym ciągu jest w stanie przeszyć mnie dreszczem.
Moja biblioteka przeżywa ciężkie chwile zwłaszcza wtedy, gdy wracam z wizyty w Polsce. Zwykle wywożę z kraju cały kufer książek, który jakimś cudem udaje mi się zmieścić do samolotu bez zbędnych perypetii – te pół tony makulatury, będącej efektem szperania po (głównie) krakowskich księgarniach i antykwariatach.

greydot

Cóż nas tak ciągnie do słowa pisanego? Co powoduje, że uwielbiamy trzymać w ręku książkę, decydując się nawet na… jej przeczytanie? Skąd uzależnienie, słodka narkomania – ten pewien rodzaj intelektualnego, a może i emocjonalnego, nałogu?
Dlaczego bez lektury trudno jest niektórym żyć?
Otóż bez wątpienia sprawia to bogactwo światów, które zawarte jest tamże, między okładkami – zapisane czarnym drukiem na białych kartkach papieru. Za każdym razem, kiedy łapiesz sens przeczytanego zdania, twoje istnienie nabiera większego znaczenia, staje się bardziej intensywne i zwielokrotnione, łącząc się w jakimś magicznym akcie z wrażliwością innego człowieka – z jego myślą, ze śladem jego świadomości, z jego wizją świata, i z wyobraźnią, która tenże świat za każdym razem stwarza i ujmuje. To taki rodzaj prawie że religijnej komunii, stopienia się monad – skupienia porozpraszanych w kosmosie drobin ludzkich egzystencji.

greydot
“Co pozostaje?” – pyta się w jednym ze swoich esejów Nicola Chiaromonte i odpowiada: nie ważne jest to co się otrzymało, ważne jest to co trwa i istnieje. Co w takim razie pozostaje w nas z naszych lektur? Czy ogrom trafiających do nas myśli i fraz nie podmywa brzegów naszej jaźni, czy nie rozmywa wewnętrznego świata o ustalonych już konturach i uformowanych brzegach? Co zapożyczamy, a co kradniemy? I czy nie przestajemy być sobą – z każdym słowem i zdaniem, które sączy się nam do mózgu i oblepia nasze poskręcane myśli? Czy zachłanność na słowo pisane nie jest właśnie jakimś narkotycznym głodem? Czy pochłaniając te gęste treści jesteśmy w stanie to wszystko przetrawić?
Czy poprzez lekturę naprawdę się wzbogacamy? Czy nasze ograniczone wnętrze zdolne jest pomieścić cały ten splendor? Czy jest w nim dostatecznie miejsca by przyjąć to bogactwo myśli, wyobrażeń, słów i idei? Czy wszystko, co czytamy jesteśmy w stanie zrozumieć, ogarnąć, przyswoić? Do jakiego poziomu możemy się wznieść, nie mogąc wszak przeskoczyć siebie samego? Wreszcie, czy aby czytając mądre książki, sami stajemy się mądrzejsi?
Czy wszystko co nowe jest dla nas lepsze? A może nowe powoduje erozję starego ale pewnego, czyli tego, co już się w nas osadziło, stało podporą, mocnym fundamentem? Chyba jednak nie: nagrodą za burzenie gnuśnego spokoju jest olśnienie cudem nieustającej przemiany.

greydot

EROS, MYŚL I PRZEMIJANIE (o książce J.M. Coetzeego „Zapiski ze złego roku”)

.

Mistrz i Anya. Starzejący się pisarz rozlicza się ze światem pisząc swą ostatnią książkę (będącą czymś w rodzaju literackiego testamentu), przeżywając przy tym ostatnią erotyczną przygodę swojego życia (gdzie kobieta jest niczym katalizator autentycznego doświadczenia świata przez mężczyznę wrażliwego i zmysłowego). Nagie kobiece ciało z tytułowej okładki jest jakby kontrapunktem dla portretu starszego dystyngowanego pana, który widzimy na okładce z tyłu książki. Jednakże to, co wydaje się być dość tanim seksistowskim chwytem komercyjnym (nagość młodego ciała jest atrakcyjnym towarem) w sposób chyba niezamierzony oddaje najgłębszy bodajże sens tej książki, który zawiera się w dialektyce: zmysłowa witalność, erotyczne napięcie płci (seksualizm) vs. filozoficzna, psychologiczna i polityczna próba ogarnięcia świata (intelektualizm).

.

J.C. Coetzee zapiski ze zlego roku okladakaCoetzee po raz kolejny pisze o sobie, a raczej o kolejnej wersji samego siebie – człowieka nieprzeciętnie inteligentnego i o wielkiej wrażliwości (to ona najprawdopodobniej jest przyczyną jego dystansu do świata – wycofania się z życia społecznego), podatnego na erotyczny impuls; do pewnego stopnia wyalienowanego, a jednak usiłującego jednocześnie związać się ze światem ludzi, poznać i doświadczyć istotę własnego człowieczeństwa – uporządkować i nadać sens temu wszystkiemu, co go otacza, a co wydaje się być bezcelowe i chaotyczne, a na dodatek skażone hańbą i przepełnione immanentnym wręcz cierpieniem.

myślenie polityczne i anielski tyłeczek

Uderzająca jest ta konfrontacja zmysłów z myśleniem, ciała z intelektem, płciowości z duchem, konkretu z abstrakcją, prostoty z wyrafinowaniem, dosłowności z niuansem, frywolności z powagą.
Oto główny bohater książki, JC (“El Señor” – jak nazwała pisarza Anya) tak mówi o pierwszym spotkaniu z dziewczyną, która później zostanie jego sekretarką: “Po raz pierwszy zauważyłem ją w pralni (…). Siedziałem i patrzyłem, jak pranie wiruje, gdy nagle weszła ta zdumiewająca młoda osoba. Zdumiała mnie, bo czego jak czego, ale takiej zjawy się nie spodziewałem; sukienka w pomidorowym odcieniu, którą miała na sobie, też była zdumiewająco krótka. (…) Minął tydzień, jak znów ją zobaczyłem (…), a i to tylko przelotnie: kiedy wychodziła głównymi drzwiami, mignęły mi jej białe spodnie, uwydatniając bliski doskonałości, zaiste anielski tyłeczek.”
W tym samym czasie JC pisze esej “O myśleniu”: “Gdyby mi kazano opatrzyć jakąś etykietką mój własny styl myślenia politycznego, nazwałbym go pesymistycznie anarchistycznym kwietyzmem, anarchistycznie kwietystycznym pesymizmem lub pesymistycznie kwietystycznym anarchizmem. Byłby to anarchizm, bo w świetle moich doświadczeń najgorsze w polityce jest samo to, że chodzi w niej o władzę; byłby to też kwietyzm, bo podejrzana wydaje mi się chęć zmieniania świata, skażona żądzą władzy; i byłby to wreszcie pesymizm, ponieważ wątpię, czy rzeczywistość w ogóle da się jakoś zasadniczo zmienić.”

metafizyczny ból starca

Na początku Anya jest dla JC samą tylko powierzchownością, kobiecym ciałem, „kwiatem”, który on podziwia… i którego nawet nie może pożądać, ponieważ Parkinson i wiek (72 lata) skutecznie stłumił w nim seksualny popęd. Niemniej jednak poddaje się zauroczeniu i zadurzeniu, a kiedy sam stara się dociec przyczyn, które go do tego stanu doprowadziły, mówi o nudzie, swoim „pustogłowiu” i „indolencji”. Ale to nieprawda, bo to, że zwrócił na tę dziewczynę uwagę było spowodowane czymś, co siedziało w nim znacznie głębiej, niż samczy poryw znudzonego jajogłowca. Bardziej wiarygodne wydaje mi się bowiem to wyznanie Señora C: „Kiedy tak na nią patrzyłem, przeniknął mnie jakiś ból, rodzaj metafizycznego bólu, a ja w żaden sposób nie starałem się go stłumić. Ona zaś intuicyjnie go wyczuła: skądś wiedziała, że w starcu, który siedzi w kącie na plastikowym krześle, dzieje się coś bardzo osobistego, związanego z wiekiem, żalem i ogólną łzawością rzeczy.”
Tak więc: jakaś dziwna mieszanka metafizyki i sentymentu, platonizmu i tęsknoty? JC zbyt dużo wiedział o erotycznej sublimacji – tym swoistym współgraniu, przenikaniu i wzajemnym oddziaływaniu szarych komórek mózgowych mężczyzny myślącego z jego gruczołami produkującymi hormony – by poddać się jedynie zwierzęcej chuci bez zaangażowania serca, wyższych ludzkich uczuć i inteligencji. Wprawdzie zdaje sobie sprawę ze znaczenia w życiu twórcy aktywnego libido: „Rosnący dystans wobec świata odczuwa oczywiście wielu pisarzy, gdy w podeszłym wieku stygną, chłodnieją. Ich proza traci gęstość, a w traktowaniu postaci i akcji pojawia się większy schematyzm. Syndrom ten składa się zazwyczaj na karb ubytku mocy twórczych; niewątpliwie wiąże się to z wygasaniem sił fizycznych, a zwłaszcza pożądania.” Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, więc JC konkluduje następująco: „Lecz od wewnątrz można odczuwać tę przemianę zupełnie inaczej: jako wyzwolenie, rozjaśnienie umysłu, które pozwala podjąć ważniejsze zadania.” I podaje przykład Tołstoja, który w tym co pisał stawał się coraz bardziej dydaktyczny i oschły, a jednak w tej swojej ewolucji nie widział schyłku i dekadencji. Wprost przeciwnie: odczuwał, że stopniowo zrzuca więzy i okowy, które pętały go za młodu i wymuszały uczestnictwo w świecie pełnym pustych gestów, gry i pozorów, dzięki czemu mógł nareszcie teraz „stanąć oko w oko z jedynym pytaniem, szczerze zaprzątającym jego duszę: jak żyć?”

trójkąt

Coetzee uchodzi za pisarza chłodnego, zimnego, wręcz lodowatego (osobiście uważam, że jest to mylna interpretacja jego słownej i warsztatowej precyzji), ale tak naprawdę, sądząc po tym, co czytamy w „Zapiskach”, w jego głębi zdają się kryć pokłady ciepłych uczuć, a nawet sentymentalizm, który niekiedy wyczuwalny jest przez skórę (choćby w zdaniach typu: „U dzisiejszych młodych kochanków nie widać ani cienia dawnego głodu metafizycznego, który sam siebie określał zaszyfrowanym mianem tęsknoty”), choć czasami wydostaje się on na powierzchnię explicité – jak np. w szkicu o pocałunku, który kończy się zaskakującym w prozie Coetzeego wyznaniem: „Miłość – to za czym aż do bólu tęskni serce.”

Fabuła powieści obraca się wokół trzech postaci (JC, Anya i Alan – „konsultant finansowy”, z którym  mieszka dziewczyna), choć sam trzon całej książki wydają się stanowić krótkie eseje i felietony, jakie JC przygotowuje dla jednego z niemieckich wydawnictw, a które przepisuje Anya. Wydaje się jednak, że najważniejsza w tym wszystkim jest kobieta, która nie tylko stymuluje siły życiowe starzejącego się mężczyzny, ale stopniowo zaczyna wpływać na treść i ton eseistycznych szkiców, a w końcu i na sam dobór tematów. Pod jej wpływem zmienia się także El Señor – zwłaszcza jego stosunek do tego co pisze, a ściślej: do swoich własnych poglądów. Nie jest więc tak, że –  jak twierdzą niektórzy – to Anya przeobraziła się nabierając życia, niczym Galatea ożywiona przez miłość Pigmaliona. Wbrew pozorom (zalotna frywolność, lekka trzpiotowatość) to ona trzyma się twardo ziemi i trzeźwo ocenia obu mężczyzn – jest krytyczna zarówno wobec niecnych posunięć i cynizmu Allana, jak i wątpliwej jej zdaniem jakości „twardych poglądów” JC (taką nazwę roboczą mają eseje pisarza). No i tylko ją stać, jak się okaże, na zachowanie stanowcze i konsekwentne – na dokonanie zmiany w realnym świecie (podjęcie ważnej życiowej decyzji, która jest niczym innym jak dokonaniem moralnego wyboru).

chamstwo erudyty

Postacią nie mniej ciekawą i – rzec można – symptomatyczną, jest Alan, bezwzględny gracz na finansowym rynku, nieodrodne dziecko swoich czasów znaczonych chciwością krwiożerczego kapitalizmu, bez zmrużenia oka i bez śladu etycznej rozterki gotów jest po prostu okraść swojego sąsiada. Oszust – pragmatyk, pod względem etycznym debil, lecz niezwykle sprawny intelektualnie (prowadzi nawet seminaria w modelowaniu matematycznym) i choć jego dewiza życiowa jest prostacka, to jego intelekt prymitywny już nie jest: w sposób dość przenikliwy analizuje i kontestuje poglądy JC, wie nawet co to jest Nuomenon w filozofii Kanta (nie myli rzeczywistego świata z jego przedstawieniem), zgadza się z JC, że państwo to „bandycka szajka”, jednak gromi go za niezdolność do zrozumienia tego, co naprawdę dzieje się we współczesnym świecie – jakie są w nim prawidła i na jakich zasadach on działa: „Cały szkopuł z tym Twoim Señorem C – mówi Allan do Anyi – polega na tym, że on nie umie rozumować kategoriami strukturalnymi. Wszędzie chce się dopatrywać działania osobistych pobudek. Chce widzieć okrucieństwo. Chce widzieć chciwość i wyzysk. Dla niego wszystko jest moralitetem, walką dobra ze złem. Nie dostrzega, albo woli nie dostrzegać, że jednostki funkcjonują w ramach pewnej struktury, wyższej nad jednostkowe pobudki, wyższej nad dobro i zło.”
Jak widać z amoralizmu Alan czyni zasadę funkcjonowania w świecie, który jest niczym innym jak strukturalnym układem, w jaki należy się wpasować, jeśli chce się skutecznie działać, i osiągać swoje cele będące niczym innym, jak dbanie o swój własny interes. (W sumie to dość typowe credo konformisty.)
Rysem charakterystycznym Alana jest połączenie sprytu, przebiegłości, ale i intelektualnej sprawności (nie pozbawionej nawet sporej erudycji) z chamstwem. Oto mała próbka – ocena tego, co o prawdopodobieństwie napisał JC: „To sranie w banie. Dyletanckie sranie w banie. On jest o sto lat do tyłu. Żyjemy w świecie probabilistycznym, kwantowym. Udowodnili to Schrödinger i Heisenberg. Einstein się z nimi nie zgadzał, ale w końcu musiał się przyznać do błędu.” Albo innym razem, kiedy wyszło na jaw, że wkradł się do komputera JC i grzebie w jego dokumentach, z czego zrobiła mu wyrzut Anya, odpowiada: „Na jego poufne myśli sram rzadkim gównem z góry na dół.” Swoją kobietę nazywa „Księżniczką Cipki” i „Królowa Pizdy”, nawet w obecności JC (podczas skandalicznej wizyty w mieszkaniu pisarza, który zaprosił swoich sąsiadów, by uczcić zakończenie pracy nad książką) określa ją jako „uroczą przyjaciółkę, co ma słodką, słudziutką pizdę.”

kto zwycięży?

Można odnieść wrażenie, iż dramaturgia całej tej historii opiera się na tym, że dwaj diametralnie różni mężczyźni konkurują o względy (każdy innego rodzaju) kobiety (wprawdzie Alan już ma ją w swoim łóżku, ale El Señor chciałby zdobyć miejsce w jej sercu), lecz tak naprawdę stawką jest to, po której stronie opowie się ostatecznie Anya. Wpędza ją to w coraz większą konsternację, choć na początku jest wierna temu, z którym mieszka pod jednym dachem: „Naprawdę jestem po stronie Alana. Przecież z nim żyję, a jak się żyje z mężczyzną, to znaczy, że jest się po jego stronie. Ale ostatnio czuję, że robi mi się ciasno między nim a Señorem C. (…) Stary byk i młody byk bodą się ze sobą. A ja? Jestem młoda krowa, której usiłują zaimponować, a ją już nudzą te ich popisy.”
Kogo ostatecznie wybierze Anya… jeśli w ogóle kogoś wybierze? Dylemat ten i niepewność nadaje całej historii dramatycznego napięcia, ale nie tylko to (wraz z samym wyborem)  jest w tej książce ważne, mimo że nadaje jej znamion swoistego moralitetu. Jeszcze bardziej istotne jest to, że tak różne od siebie ludzkie wyspy próbują się między sobą komunikować, wchodzić we wzajemne relacje, wpływać na siebie, może nawet zmieniać… Czy jednak obecność tego wszystkiego – ów fenomen wzajemnego docierania się i urabiania ludzi – potrafi mieć jakikolwiek wpływ na świat, w jakim oni żyją? Czy dokonywane przez nich wybory – reakcje, odruchy, perswazje, impulsy – mogą zmienić sam świat, czy jedynie wpłynąć na otaczającą ich rzeczywistość? (Jeśli przyjmiemy że rzeczywistość, w której żyjemy, nie jest tożsama ze światem, jaki nas otacza – a wydaje mi się jednak, że nie jest.)

„stanowcze” poglądy, czyli rzecz o makiawelizmie naszych czasów

Coetzee  zapiski ze złego roku - okładkaTrzon “Zapisków ze złego roku” stanowią eseje JC, których “rozrzut” tematyczny jest tak wielki, że przypominają misz-masz notatek pisarza zebranych razem, ale prezentowanych nam bez większego ładu i składu. Dopiero po jakimś czasie układają się nam one w nieco spójną całość, stanowiąc coś w rodzaju résumé poglądów JC o współczesnym świecie – człowieku, polityce, kulturze… (czy można je uznać także za poglądy samego Coetzeego, to już inna sprawa – do której chciałbym jeszcze później nawiązać, bo według mnie jest to istotne dla zrozumienia sensu całej książki).

Określenia “eseje” użyłem tutaj cokolwiek na wyrost, bo w zasadzie są to szkice, mini felietony, noty różniące się znacznie objętością, jak również ogromną rozbieżnością tematyczną (“o terroryzmie”, “o pedofilii”, “o ciele”, “o klątwie”, “o emocjach tłumów”, “o klasykach”, “o turystyce”, “o rabunku”, “o systemach naprowadzania na cel”, “o ptakach w przestworzach”, “o inteligentnym projekcie”, “o życiu wiecznym”…) co rzeczywiście u mniej cierpliwego czytelnika może wywołać w mętlik w głowie, nastawiając go bardziej krytycznie do intelektualnych wywodów pisarza, w których trudno naleźć jakąś nić przewodnią, chociaż daje się jednak zauważyć przewaga wątków politycznych. Mnie jednak czytało się to dobrze. Nie mam nic przeciwko takim krótkim formom, układającym się tu w mozaikę myśli człowieka wrażliwego i dociekliwego, a przy tym nieortodoksyjnego i unikającego tzw. politycznej poprawności, która często jest niczym innym jak asekuracją, nieszczerością i lawirowaniem tak, by przypadkiem komuś się nie narazić, zwłaszcza swoim wydawcom i czytelnikom.

To fakt, polityka w tych zapiskach dominuje, przez co rysuje się nam niezbyt radosny obraz współczesnego świata zdominowanego przez makiawelizm, przemoc, kłamstwo i manipulację: “o pochodzeniu państwa” (wszyscy żyjemy w pułapce, jaką jest państwo, będące na dodatek tworem, który sami powołaliśmy do istnienia); “o demokracji” (tzw. “demokratyczne” wybory w “demokratycznych” państwach nie są żadnymi wyborami tylko loterią wyłaniającą tych, którzy już wcześniej zostali przez kogoś “namaszczeni”); “o Al Kaidzie” (mit “potężnej” organizacji podsycający strach i poczucie zagrożenia na świecie, kreowany i podtrzymywany przez rządy krajów zachodnich do uwierzytelnienia i usprawiedliwienia swoich aktów opresji, rozbudowywania aparatu władzy, kontroli całego społeczeństwa, militarnej siły); “o rywalizacji” (świat wale nie jest dżunglą, jak daliśmy sobie wmówić, ani też nie jest nieustającą walką wszystkich ze wszystkimi – przynajmniej taki być nie musi, bo to my sami czynimy dżunglę, tor wyścigowy i ring, gdzie wszyscy wzajem się naparzają, choć równie dobrze możemy wybrać pokój i przyjacielskie współdziałanie – wojna więc wcale nie jest nieunikniona, podobnie jak nie musi zdominowywać świata konkurencja, która stanowi “wysublimowaną namiastkę wojny”); „o lewicy i prawicy” (tutaj Coetzee, czy też raczej JC, rozważa dość ryzykowną według mnie – by nie powiedzieć: fantastyczną – tezę, że być może socjalizm „wcale się nie zawalił, tylko padł pod ciosami, i nie umarł, lecz został zatłuczony na śmierć?”) Dostaje się też mocno zagranicznej polityce Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. JC nie przebiera w słowach, kiedy pisze o amerykańskich politykach: “mściwość i podłość moralna godna samego Donalda Rumsfelda i Busha juniora”, o obozie w Guantanamo i rządowym przyzwoleniu na stosowanie tortur: “Amerykański rząd wyniósł mściwość na iście piekielny poziom”, albo: “okrucieństwa, których dopuszcza się Bush i jego słudzy, a zwłaszcza okrucieństwo tortur oraz pełne pychy twierdzenie, jakoby on sam stał ponad prawem, rzucają bogom wyzwanie, bezwstyd tego wyzwania stanowi zaś rękojmię, że bogowie wymierzą karę dzieciom i wnukom jego domu”.

trzeźwolub i pedant – rewizje

Lecz za daleko odeszliśmy od tego, co w książce Coetzeego wydaje się być najważniejsze: od kobiety. Bo wszystko wskazuje na to, że to dzięki Anyi Señor C dokonuje rewizji swoich „stanowczych” poglądów. Nie tyle po to, by je skorygować (jego wizja świata nie ulega bowiem zmianie) ale po to, by je „wyprzeć”, zastąpić innymi; spojrzeć na nie z zewnątrz, nabrać do nich dystansu…
Co on sam o tym mówi?: „Powinienem wyplenić te starsze, co bardziej sterane [poglądy], i zastąpić je nowszymi, bardziej dzisiejszymi.” Jest świadomy tego, że wyrosły one z jego „namiętności” i „uprzedzeń”, i że komuś „na wskroś nowoczesnemu” mogą się one wydawać staroświeckie i obce „niczym kości jakiegoś dziwacznego i wytępionego stwora, ni to ptaka, ni to gada, tuż przed skamienieniem. Lamenty. Pomstowania. Klątwy.”
Anya radzi mu, by „zmiękczył” swoje zapatrywania, napisał coś bardziej osobistego, popartego własnym, rzeczywistym doświadczeniem; coś, co jest bardziej zakorzenione w realnym świecie, żeby wybrał inne tematy – żeby wreszcie przestał być „odludkiem oderwanym od nowoczesnego świata”. Z kolei Alan, podpiwszy sobie podczas wizyty u pisarza, zarzuca go tyradą, wyzywając od „guru”, na którego dają się nabrać tylko w niektórych krajach (Niemcy Francja), gdzie nadal jest tendencja do hołubienia „siwobrodych mędrców”, ale nie w świecie anglojęzycznym („znanym z trzeźwości i zdrowego rozsądku”), gdzie guru wychodzą już z mody i przegrywają… choćby ze sławnymi kuchmistrzami, „przeterminowanymi” politykami, czy z aktorkami „sprzedającymi stęchłe ploty.”
Niewątpliwie pod wpływem tych zarzutów (i rad – w przypadku Anyi), starzejący się JC zastanawia się nad istotą i znaczeniem tego co pisze, rozważa to kim jest dla ludzi, którzy jeszcze zwracają na niego uwagę. Najwyraźniej wyartykułowane jest to w jego szkicu zatytułowanym „o życiu pisarza”, gdzie możemy przeczytać: „Swoją renomę rzeczywiście zawdzięczam raczej pisaniu powieści niż nauczaniu. Teraz jednak krytycy intonują inny refren. On w głębi duszy wcale nie jest powieściopisarzem – twierdzą – tylko pedantem, który po trosze para się beletrystyką. A ja doszedłem w życiu do takiego etapu, że zastanawiam się, czy aby nie mają racji i czy przez cały ten czas, gdy wydawało mi się, że chodzę a przebraniu, nie byłem w istocie nagi. (…) W życiu publicznym gram dziś rolę wybitnej osobistości (…) – swego rodzaju znakomitości, którą wyciąga się z lamusa i otrzepuje z kurzu, żeby powiedział kilka słów na jakiejś imprezie kulturalnej, a potem odstawia się ją z powrotem do kredensu. Jest to zasłużenie komiczny i prowincjonalny los dla kogoś, kto przed półwieczem (…) wyruszył w szeroki świat, żeby uprawiać la vie bohème. Prawdę mówiąc, nigdy do bohemy nie należałem – ani dawniej, ani dziś. W głębi duszy zawsze byłem trzeźwolubem, jeżeli w ogóle istnieje takie słowo, a w dodatku wyznawcą porządku, ładu. (…) Nigdy nie celowałem w stwarzaniu iluzji rzeczywistości, a teraz jeszcze mniej się do tego nadaję. Prawdę powiedziawszy (również) świat widzialny nigdy mnie zbytnio nie cieszył, nie czuję też jakiejś szczególnie dojmującej potrzeby odtwarzania go w słowach.”

kto jest zhańbiony?

JC – Coetzee ma poczucie tego, że żyje w haniebnych czasach, co jest dla niego dotkliwe tym bardziej, że on sam czuje się przez to zhańbiony, gdyż „hańba spada na wszystkich ludzi, i trzeba po prostu dźwigać jej brzemię, bo jest ona wtedy ludzkim losem i karą.” Hańba staje się stanem istnienia. Być może wyzwoleniem byłoby ocalenie własnego honoru – a to jest niczym innym jak próbą zachowania dobrego mniemania o sobie. Tylko wtedy bowiem można by kiedyś „stanąć z czystymi rękami przed sądem historii”. Tylko jak można to zrobić i czy jest to w ogóle możliwe? A jeśli coś takiego jak honor w człowieku po prostu nie istnieje?
Przed sądem historii – pisze Coetzee. Czy jednak historia może być sędzią sprawiedliwym i bezstronnym? A jeśli przyszłość będzie czasem równie – a może nawet bardziej – haniebnym? Czy hańba nie jest aby stałym atrybutem ludzkiej kondycji, permanentną skazą bytu człowieka – a jednym z jej przejawów jest choćby grzech pierworodny?
Jak wiemy hańba jest tematem głównym najsłynniejszej powieści Coetzeego. Niemal w każdej jego książce spotkać można człowieka zhańbionego. I tutaj rodzi się podejrzenie: czy aby poczucie tej hańby nie jest jakimś kompleksem pisarza, czymś w rodzaju jego osobistej skazy, którą przenosi on nie tylko na innych ludzi, ale i na czasy w jakich oni żyją i wreszcie – na cały świat? Na domiar złego do końca nie wiadomo: to czasy i świat hańbią człowieka, czy też człowiek hańbi świat i swoje czasy?
A może hańba to zwykły wstyd, beznadziejne poczucie tego, że nie jesteśmy w stanie sprostać naszym własnym aspiracjom kulturowym i duchowym – idealnemu wyobrażeniu tego, czym powinno być nasze człowieczeństwo?

kamuflaż, gra i ekshibicjonizm

No właśnie: czy JC to Coetzee, a jeśli niezupełnie, to ile jest w JC samego Coetzeego? Trudne pytanie bo Coetzee jest mistrzem kamuflażu (?), zwłaszcza wtedy, gdy wprost nawiązuje do siebie samego i swojej biografii. W „Zapiskach” zgadzają się nie tylko inicjały, ale i wiele innych rzeczy: miejsca zamieszkania, wiek, a nawet tytuł powieści. „Chłopięce lato”, „Młodość”, „Lato” to książki otwarcie – i par excellence – autobiograficzne. Dr Lurie z „Hańby”, pisarka z „Elizabeth Costello”, a nawet Sędzia z „Czekając na barbarzyńców” – wszystkie te postacie mają z Coetzeem wiele wspólnego, są niczym naczynie, do którego pisarz wlewa coraz to inne mikstury intelektualnego i psychicznego „ekstraktu” z siebie samego, tworząc podobną, lecz za każdym razem inną, mieszankę swoich alter ego.
Dlaczego to robi? Co chce przez to powiedzieć? Czy chce nam przekazać złożoną prawdę o sobie samym? Czy też wręcz przeciwnie: pod wielością form i migotliwością kameleona stara się ukryć rdzeń własnego ego? Ile w tym ekshibicjonizmu, a ile chęci ukrycia swego prawdziwego oblicza? Jest li w tym biegłość w tasowaniu swoich potencjalnych person, czy też może znak niemożności uchwycenia własnej istoty? Ile w tym asekuracji, ile poszukiwania, a ile mistyfikacji?
Wszystko wskazuje na to, że nie jest to jakiś nasz wydumany czytelniczy problem. Coetzee często był zainteresowany relacją autokreacji, zmyślenia, pozy, okłamywania (zarówno siebie, jak i czytelnika) z tym, co rzeczywistego i autentycznego tkwiło w mózgu, sercu, trzewiach i duszy pisarza. Dał temu wyraz w znakomitym tekście z 1985 roku „Wyznania i podwójne myśli: Tołstoj, Rousseau, Dostojewski” (opublikowanym w tomie esejów i wywiadów „Punkty nawigacyjne”), gdzie rozważa kwestię prawdy i zmyślenia w „konfesyjnych” wątkach twórczości tych pisarzy, (którzy nota bene byli także wielkimi myślicielami). Konkluzja Coetzeego jest pesymistyczna: odgrzebanie prawdy spod wieloznacznej gry w oszukiwanie i samooszukiwanie się, włączanie i wyłączanie samoświadomości, przenikania się pewności z wątpliwością, przemilczania i konfabulowania… jest niemożliwe: prawda absolutna (choćby tylko o pisarzu) jest nam niedostępna – o ile w ogóle coś takiego, jak prawda absolutna istnieje.  To, co chce przekazać – i co przekazuje pisarz swojemu czytelnikowi – zawsze będzie skażone wieloznacznością, subiektywizmem, niepewnością, ograniczonością zrozumienia i percepcji (zarówno twórcy, jak i odbiorcy). I co najważniejsze: on sam nic na to nie może poradzić, gdyż nie mają tu znaczenia jego dobra wola, szczerość, autentyzm i determinacja w dążeniu do prawdy… tak długo, jak po drugiej stronie jest człowiek, do którego jest to skierowane.
Czy można w tym wszystkim dojść do jakiegoś końca – dna i sedna rzeczy? „Kresem wyznania jest powiedzenie prawdy sobie i dla siebie” – konkluduje Coetzee, a w innym miejscu pisze: „Jedyną prawdą jest milczenie”.

dlaczego kobieta?

Cóż, czy można się dziwić, że z racji całego tego intelektualnego zamieszania, które wydaje się wyczerpywać sens pisarstwa JC, najważniejsza dla niego staje się kobieta? Co to może znaczyć i dlaczego tak się dzieje? Może dlatego, że ostatecznie wszystko „rozbija się” o nasze ciało, a dla ciała w sumie najważniejsza jest płciowość? Oczywiście można się starać się usilnie o wyemancypowanie ciała (w końcu istotą każdego z nas jest przede wszystkim człowieczeństwo, a dopiero później płeć), ale nie każdy podlega – poddaje się i używa – platońskiej funkcji przeżywania świata, która nie akceptuje tego, by warunki początkowe lokować w gruczołach produkujących męskie i żeńskie hormony płciowe. Bo czy rzeczywiście jest to ograniczenie? Czy też wręcz przeciwnie: Eros wzbogacić może i ubarwić to, co prowadzi nas w wyższe rejony przeżywania (również poznawania) świata, wliczając w to aspekt duchowy, a nawet intelektualny.
Kobieta w książce Coetzeego jest nie tylko katalizatorem męskich reakcji ze światem – nie tylko punktem odniesienia, w którym zbiegają się perspektywy, z jakich patrzą na świat różni mężczyźni; ale także miejscem „zaczepienia” się w tym realnym, rzec można „przyziemnym” świecie („ja patrzę z dołu” – mówi Anya) bez którego życie mężczyzn pozbawiłoby się gruntu pod nogami i podcięłoby sobie korzenie.
Gęstość myśli w tym, co pisze JC jest wielka, czasami nawet przytłacza, zaś Anya jest jak oddech. Lecz ta kobieta to nie tylko kusa spódniczka, zgrabny tyłeczek i ponętny biust. Brak jej erudycji JC, wiedzy Alana, intelektualnej sprawności na miarę zarówno finansowego spekulanta, jak i uznanego pisarza-intelektualisty, a jednak to do niej odruchowo odwołują się ci mężczyźni, niczym do arbitra tego, jak powinni się zachować – bo to właśnie tylko ona wydaje się dysponować tym, co można nazwać „życiową mądrością”, mimo powierzchowności ładnej kurki domowej bez większych życiowych aspiracji… choć jest – jak sama mówi – „dobrą żoną, dobrą przyjaciółką i dobrą kochanką”, a my wcale nie mamy ochoty jej zaprzeczać.
Nie dziwi mnie więc to, że kiedy Anya żegna się z Señorem, ten obejmuje ją przez dobrą minutę („staliśmy w mocnym uścisku – ja, skurczony staruszek i ona, ziemskie wcielenie niebiańskiego piękna”). Nie dziwi również to, że to właśnie Anya pojawiła się w śnie o własnej śmierci Señora, w którym, z czułością i współczuciem, prowadzi go za rękę do łodzi Charona – ku bramom nicości.

* * *
.

Powiązane wpisy: „UPADEK”  (rozmowa z Kartką)„ZAPISKI PROWINCJUSZA”  (o „Młodości”),  „PORYW SERCA, ZWIERZĘCA CHUĆ”  (o „Hańbie”).