WOJNA I RÓŻE

(zapiski XI)

Paradoksy można nie tylko polubić – one fascynują. Mogą mieć nawet czasem moc małego objawienia, po którym rzeczywistość – pozostająca przecież tą samą – wydaje się być jaskrawsza, wyrazistsza, świeższa… bardziej naga wreszcie. Mimo, że w logice za paradoks uważa się rozumowanie, które dzięki ukrytym błędom logicznym, nieprecyzyjności, dwuznaczności i niejasności sformułowań, prowadzi do jawnie sprzecznych ze sobą wniosków, to bardziej odpowiada mi ten rodzaj paradoksu, który określa się jako twierdzenie uderzające trafnością, lecz stawiane niejako „pod włos” utartym, obiegowym opiniom, zdecydowanie z nimi sprzeczne –  przekorne wobec oczywistości, która też bywa przecież pozorna i złudna.

.

Siła i delikatność - czy mogą być po tej samej stronie?

Siła i delikatność – czy mogą być po tej samej stronie?

Dzięki zestawieniu ze sobą tych dwóch definicji, można odnieść wrażenie, jakoby logika była po stronie vox populi… I oto mamy kolejny paradoks, gdyż głos ludu nazbyt często kłóci się z logiką, również wtedy – a może nawet zwłaszcza wtedy – kiedy wydaje się być głosem Boga.
Jestem po stronie Dürrenmatta, który uważał, że właśnie człowiek konfrontujący się z paradoksem, bardziej wystawiony jest na działanie rzeczywistości – nagle znajdując się bliżej niej samej, doświadcza jej ponad swoimi uprzedzeniami, dotyka jej sedna.

greydot

Choć wojny nie znam z autopsji – los jak do tej pory oszczędził mi tego doświadczenia – to zawsze była ona w mojej świadomości czymś niezwykle ważnym w ponawianych przeze mnie próbach rozumienia świata i człowieka. Dość szybko odseparowałem sztuczną wizję wojny  –  jaką serwowano nam, dzieciom PRL-u, w postaci rozrywkowych filmów typu „Stawka większa niż życie” czy „Czterej pancerni i pies” – od prawdziwego jej obrazu utrwalonego w dokumentach, wspomnieniach, faktach – przedstawieniach nie zdeformowanych popularną fikcją ani oficjalną propagandą. Takim momentem przełomowym dla mnie była konkretna chwila podczas oglądania jednej z filmowych kronik wojennych, kiedy to zobaczyłem upadającego, trafionego kulą, żołnierza. Od tamtego momentu na ową kronikę przestałem patrzeć jak na film. Ogarnęło mnie wówczas wszechmocne poczucie realności. Wojna przestała być dla mnie zbiorem dat, suchą statystyką ofiar, papierową planszą frontów, ruchów abstrakcyjnych wojsk, podręcznikowym zbiorem bitew. Czymś szokującym niemal było dla mnie uświadomienie sobie, że przecież to wszystko działo się NAPRAWDĘ, i to zaledwie kilkanaście lat przed moim  urodzeniem się.

Nazajutrz poszedłem na miejsce, gdzie Niemcy rozstrzelali podczas okupacji kilkudziesięciu zakładników, mieszkańców mojego miasteczka. Dotknąłem zachowanego w murze wgłębienia po kuli i poczułem się jak Tomasz wkładający palec do rany w boku Chrystusa. Czy można to nazwać obsesją?
Starałem się poznać mechanizmy rządzące wojnami. Ich irracjonalność, morze głupoty, zaślepienia i nienawiści, jakie rozlewało się wraz z krwią w każdej wojnie, spowodowały, że skłoniłem się zrazu ku pacyfizmowi. Jednak tego idealizmu (i może jednak utopii – jak to sobie później uświadomiłem) nie dawało się utrzymać dłużej. Wydaje się bowiem, że wojna jest zrośnięta z człowiekiem jak pazury z drapieżnikiem. Ciągle też pamiętałem to podniecające męskie poczucie siły, kiedy sam trzymałem karabin w rękach.

greydot

Moja pierwsza wizyta w Arizonie. Zatrzymaliśmy się u pewnej rodziny w Paradise Valley, koło Phoenix, w niezwykłym architektonicznie domu zaprojektowanym w pracowni Franka Lloyda Wrighta. Nasza gospodyni zaproponowała nam następnego dnia wzięcie udziału w wyprawie jeepem za miasto, na pustynię Sonora, po tzw. Szlaku Apaczów – a więc Geronimo, Koczis, Winnetou… czyli pełen romantyczny wypas. Naszym przewodnikiem miał być rasowy cowboy w skórzanym kapeluszu, w butach z cholewami  (choć bez ostróg), no i oczywiście z imponującymi coltami po bokach. Towarzyszyła nam również Barbara, starsza przyjaciółka naszej gospodyni. Przejażdżka była szalona: pustynnym traktem, wśród olbrzymich kaktusów saguaro, po żwirze i kamieniach, korytem wyschniętej rzeki… jednak jej końca nikt nie przewidział.
Cowboy na finał chciał nam zafundować frajdę, zrobić „wystrzałową” przyjemność. Wyciągnął więc pistolety i zaczął strzelać do kaktusów. Wreszcie jedną z tych zabawek wcisnął do ręki Barbary. I dopiero wtedy zauważyliśmy, że dzieje się z nią coś niedobrego. Nagle zaczęła się trząść, wypuściła broń z ręki i zaniosła się płaczem. Wróciliśmy do domu, nikt z nikim nie zamienił ani słowa. Później dowiedziałem się, że rodzice Barbary zginęli zastrzeleni z pistoletu na ulicy warszawskiego getta.

greydot
Rzecz uderzająca: niezwykła zdolność człowieka do wyłączenia się z dominującej aktualnie rzeczywistości, by na przekór istniejących wokół warunków tworzyć lepszy świat, niekoniecznie idealny – świat będący często pozytywnym odbiciem koszmarnego negatywu. W celi śmierci powstaje poemat o słońcu, radości życia, błękitnym niebie i ptakach; w obozie koncentracyjnym orkiestra gra Schuberta i Mozarta; w okopie strzeleckim maluje ktoś akwarelkę…
Podobne przykłady można mnożyć, lecz błędem byłoby traktować to li tylko jako ucieczkę. Nie jest też owa zdolność jakimś artystowskim żałowaniem kwiatów, kiedy płoną lasy. Ani to więc eskapizm, ani kwietyzm, ani nawet sentymentalizm. Bardziej sprawiedliwie byłoby nazwać tę wspaniałą ludzką przekorę heroiczną niezgodą człowieka na narzucony mu przez los, czy tzw. „siły wyższe” (Boga, Fortunę, Przypadek…?) rozpaczliwy dryl.

Czy przejmująca liryka Baczyńskiego miałaby tę pełnię, czystość i głębię, gdyby nie otaczające ją piekło wojny, dławiącej okupacji i krwi powstańców? Strącony płatek róży na gruzach zabitego miasta. Dziś już tych ruin, zgliszczy i popiołów nie ma, ale siła poezji Kamila przetrwała.
Kiedy poznałem sztukę Karola Wojtyły „Brat naszego Boga” (za pierwszym razem był to spektakl w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie, ostatnio film Krzysztofa Zanussiego), byłem wielce zaskoczony, że nie można spotkać w nim ani śladu wojny, która dopiero co przewaliła się morderczo przez świat. A przecież dwudziestoparoletni Wojtyła pisał ją właśnie na pobojowisku Europy. Etyczno-filozoficzna rozprawa o różnych powołaniach człowieka, wiele słów o malarstwie i sztuce, o konieczności dokonywania moralnych wyborów – a wszystko odbywa się na tak wysokich i wysublimowanych poziomach, że aż trąci abstrakcją. My już dzisiaj wiemy, że właśnie to bliskie szaleństwu roztrząsanie owych – wydawałoby się: oderwanych od życia – konfliktów i problemów było wyrazem procesu kształtowania się osobowości i umysłu jednej z najwybitniejszych postaci współczesnego świata.

greydot
„Małego księcia”, jedną z najmądrzejszych, najbardziej uroczych, tęskno-melancholijnych baśni dla dorosłych (choć nie tylko dla nich) napisał Antoine de Saint-Exupéry, francuski lotnik, który zginął zestrzelony podczas zwiadowczego lotu nad Morzem Śródziemnym w 1944 roku.
Artysta i wojownik, na wojnę i wyzywające niebezpieczeństwo patrzył oczami marzyciela i poety. To dzięki niemu Mały Książę wrócił na swoją planetę, do tej jedynej ukochanej róży, mimo że na Ziemi były ich miliony i to piękniejszych od tamtej. Sentymentalizm, który tutaj nie śmieszy, ani nie niecierpliwi. Rzadkość, za którą kryje się często głębokie cierpienie i tęsknota.

greydot

Proust na „nieludzkiej ziemi”. W poszukiwaniu straconego czasu, subtelności i arystokratyzmu ducha wśród baraków Starobielska i Griazowca. Utrwalić kruchy artyzm i ulotną kulturę na katordze, wśród tumanów komunizmu; gdzie zimno, szarość, głód i nędza stały się normą, wypełniły świat.
Józef Czapski, pisarz, malarz, współredaktor paryskiej „Kultury”, zesłany został w 1940 roku przez Sowietów na Wschód. Najpierw do obozu w Starobielsku, później w Griazowcu, gdzie ulokowano około 330 Polaków, głównie oficerów. (Na marginesie: to właśnie z Czapskim, który nie żył już od kilku lat, chciał się niedawno umówić na spotkanie były minister kultury w Polsce.)
I tam, na głuchym zesłaniu, zaczął Czapski swoje odczyty o francuskiej literaturze, mówiąc głównie o Prouście. W „niskiej i czerniawej izbie starej chaty” zbierało się zwykle 40 osób: „przychodzili o zmierzchu w fufajkach, mokrych butach, nieraz po długiej pracy w śniegu w dotkliwy mróz” – pisał Czapski.

Proust, mistrz intelektualnego i estetycznego wyrafinowania, kot salonowy, przenikliwy znawca paryskiej arystokracji, nadczuły i nadwrażliwy artystowski dandys, geniusz przenikający na wskroś ludzkie dusze i rzeczywistość, stał się w Rosji pocieszycielem zgnębionych, wdeptanych w błoto i rzuconych na mróz niewolników. „Zawdzięczaliśmy Proustowi – wspominał Czapski – godziny czyste radości i myśli.”
Co za ironiczny paradoks: człowiek, który stopniowo odsuwał się od świata, a w końcu całkiem się od niego odizolował i to w sposób dosłowny, obijając swój pokój dźwiękochłonnym korkiem – otóż ten właśnie odludek został przez jeńców obozu uznany za przyjaciela w tym strasznym miejscu odosobnienia.
Ulotność, subtelność, wyrafinowanie, nadwrażliwość, wysublimowana w sposób najwyższy kultura… Baraki, prycze, smród, wszy i pluskwy, mróz, tępota i bezduszność stalinowskiej machiny i obsługujących ją chamów… Kontrast to niesamowity i niewiarygodny tak, że aż wydaje się sztuczny.
Wykłady, które Czapski robił oczywiście z pamięci, zostały spisane w obozie przez jego przyjaciół i do dziś stanowią jedną z najbardziej wnikliwych analiz Prousta w Polsce.

greydot
Nie można się oprzeć wrażeniu, że człowieka na największą wzniosłość, głębię, szlachetność, stać tylko w obliczu sytuacji ekstremalnych. Tutaj paradoksem jest z kolei to, że w tych samych warunkach wyłazi też z niego to, co najgorsze: największa podłość, prymitywizm, agresja, bydlęctwo…
Czy istnieje tu jeden uniwersalny probierz dla wszystkich ludzi? Czy zawsze wiadomo, że konkretny człowiek zachowa się w danych okolicznościach tak, a nie inaczej? Jedno jest pewne: w warunkach nieludzkich bardziej prawdopodobne jest to, że człowiek zachowa się nieludzko.
Czy jednak można wyciągać z tego wnioski ogólne rozciągając je na cały gatunek Homo sapiens – głosząc, że człowiek to najgorsze bydle jakie kiedykolwiek pojawiło się pod słońcem?

greydot
Wreszcie paradoks bodaj największy: wartości tradycyjne i szlachetne, takie jak honor, lojalność, patriotyzm, poświęcenie, śmiałość, szczerość, prostolinijność, wierność własnym przekonaniom, postępowanie zgodnie z przyjętym przez siebie kodem etycznym były wśród pewnych ludzi wartościami praktykowanymi i żywymi w czasach światowej katastrofy wojennej, która z drugiej strony przyniosła przecież największe upodlenie ludzi, jak również pogardę (bo jednak nie kompromitację i nie bankructwo – jak to się mylnie sądzi) wspomnianych przeze mnie wartości.

Dzisiaj, kiedy nowe pokolenia nie doświadczyły żadnej globalnej śmiercionośnej zawieruchy, wszystkie te wartości wydają się przeżywać kryzys. Jednak ściślej byłoby stwierdzić, że kryzys, tak naprawdę, przeżywają ludzie, którzy przestali owe wartości respektować – nieważne: z pogardy dla nich, czy wskutek uświadomienia sobie ich nieskuteczności wobec nagiej bezwzględnej siły, agresji i barbarzyństwa. Wrażenie to utrzymuje się wbrew temu, że właśnie po szaleństwach zachodniej cywilizacji w XX wieku, obwieszczono totalny kryzys kultury i wręcz bankructwo bądź co bądź „chrześcijańskiej” Europy. Tak, jak pisał w 1945 roku późniejszy laureat Nagrody Nobla, Elias Canetti: „Naszemu pokoleniu przypadło w udziale doświadczenie, że wszelkie szlachetne usiłowania ludzkości są daremne.”
A jednak właściwymi zwycięzcami byli według mnie ci, którzy nie dali w sobie zabić swojej ludzkiej duszy i przekonania, czy też wiary w jej szlachetny potencjał.

greydot

Post-wojenna kultura człowieka Zachodu postawiła na rozwój techniczny, gospodarczy i społeczny, budując większą lub mniejszą stabilizację, mnożąc dobra konsumpcyjne. Te ostatnie uznano za podstawę dobrobytu, jaki utożsamiano z dobrym samopoczuciem człowieka, który powinien być według tej doktryny przede wszystkim konsumentem. Wytwarzanie, wydajność i konsumpcja – wraz z ekonomiczną konkurencją i wyścigiem technologii – stały się swoistą religią, za którą trudno było dostrzec jakąkolwiek metafizykę, nadającą temu wszystkiemu jakiś wyższy sens. W związku z tym kultura, a i sama egzystencja ludzi uległa w tych warunkach  spłyceniu, spłaszczeniu i wyjałowieniu. Na domiar złego, rozwój mediów, zwiększanie się zasięgu, ilości i szybkości wymiany informacji, spowodowało dalszą relatywizację kulturową, przenikanie się zgoła obcych sobie kręgów cywilizacyjnych, dotychczas dość szczelnie od siebie odizolowanych. Lecz zamiast wzbogacenia i wzajemnej komplementacji, powodowało to w ludzkich głowach większy zamęt, dość chaotyczne przerzucanie się z jednych wartości na drugie, jak również ich stopniową dewaluację. Innymi słowy: ludzie przestawali wierzyć w to, co wierzyli dotychczas, zaczynali natomiast wierzyć w byle co i cokolwiek. Doszło do tego, że metafizykę najpoważniej traktuje się dzisiaj w dziwacznych eklektycznych sektach, a to oznacza zwykle tej metafizyki degradację.

Nowoczesny człowiek zachwycił się możliwościami techniki, z nauki uczynił coś w rodzaju obowiązującej wszystkich religii; kultem otacza tzw. „samodoskonalenie się” rozumiane jako ciągłe podnoszenie własnych kwalifikacji profesjonalnych i coraz większą dyspozycyjność, tudzież „multitaskową” gotowość wobec głównych trendów korporacyjnego zarządzania. Shopping mall stał się centrum konsumerskiej religii, w której własne ciało traktowane jest jak świątynia hedonizmu, gdzie obowiązuje kult nieprzemijającej urody i wiecznej młodości. To co dawniej nazywano „duchowością” przeszło do lamusa – zresztą większość ludzi jest teraz przeświadczona, że coś takiego jak „duchowość” w ogóle nie istnieje, będąc wymysłem naiwnych idealistów.
Nowoczesny człowiek stara się oczywiście bawić, żyć na tzw. „luzie”, stale wymyślając coraz to nowe zabawki. Wie, że rekreacja i rozrywka są niezbędne, więc dzielnie wyjeżdża na wakacje, choć zaawansowany pracoholizm nie pozwala mu zwykle na odprężenie i relaks. Nie dopuszcza jednak, by z twarzy – przynajmniej publicznie – schodził mu wyraz zadowolenia z samego siebie i z życia („keep smiling!„). Innymi słowy: robi dobrą minę do niepewnej gry. Pytanie tylko, jak długo zdoła on utrzymać tę sztuczną fasadę – kiedy mu się znudzą te wszystkie nowe zabawki i ogarnie go dojmujące poczucie pustki?
Napisałem o człowieku nowoczesnym, mając na myśli takiego, który odniósł sukces. A co z tymi, którzy ponieśli klęskę?

greydot

Szaleństwem i głupotą, a może nawet nikczemnością byłby nostalgia za czasami pożogi tylko dlatego, że prawem kontrastu wyłoniły one wyższe wartości, reprezentowane niemal wyłącznie przez tych, którzy (w czasie rozprzestrzeniania się agresywnej zarazy) byli najczęściej po stronie ofiar. Nie można przy tym zapomnieć, że to uszlachetnienie pewnych ludzi brało się w dużej mierze z cierpienia jakie odczuwali patrząc jak wszystko przytłacza lawina zła. Było też często rozpaczliwą walką o nadzieję w obliczu upadku moralnego ludzkości – tragedii, za którą odsłaniała się już tylko czarna otchłań nihilizmu.
A jednak mnie samego nawiedzało czasem poczucie, iż przez fakt, że nie przeżyłem tamtego okrutnego czasu na własnej skórze, moja egzystencja jest płytsza. Poczucie nie tylko dziwne, ale zgoła absurdalne, gdyż to, że naszemu pokoleniu oszczędzone zostało piekło wojny, można poczytać tylko za szczęście. Niemniej, kryje się w tym jakiś mój głód i niedosyt doświadczenia – coś w rodzaju poczucia niższości wobec ludzi, którzy mierzyli się z tamtą rzeczywistością o własnych siłach. Ale jest to zagadnienie znacznie szersze.
Żyjąc w Ameryce, zaliczając się w dodatki do tzw. Polonii amerykańskiej, bez przerwy mam wrażenie, że jakikolwiek świat bardziej szlachetny nie ma tu większej racji bytu. Rzeczywistość bowiem zdominowana jest przez pośledniość, tandetę, tymczasowość, pozory, bezideowość, plebejskość, płyciznę, kicz… Nie wiem, czy przebywając w Polsce odczuwałbym to samo. Niestety, obawiam się, że tak. Wskazywać to może tylko na uniwersalizm i powszechność zjawiska – że jest to po prostu signum temporis, czyli znak naszego miałkiego czasu.
Jak się przed tym bronić? Jak postępować i myśleć, by mimo wszystko nie przysłoniło to nam urody świata, ani nie zgasiło powabu życia, które skądinąd jest (może być) fascynujące i piękne?

Zapewne nie byłoby dobrze, gdybyśmy w poszukiwaniu tego „lepszego” świata, zwracali się tylko ku przeszłości. Czy tylko z tego, co było, mamy czerpać wiedzę i wiarę w szlachetność i lepszą przyszłość człowieka? Byłaby w tym jakaś dziwna i gorzka przewrotność. Lepiej więc nie narzekać tak, jak kiedyś to zrobił Gogol: „Dzisiaj w Rosji nie ma już miejsca dla pięknych dusz. Na powierzchni utrzymują się tylko świnie.”

Niemal każdy człowiek, który nie jest zadowolony ze stanu otaczającej go rzeczywistości, szuka dla siebie azylu. Dla jednych jest „chodzenie” na ryby, dla drugich sport, dla innych jeszcze uczestnictwo w kulturze w różnych jej odmianach; także religia. Kiedy próg niezadowolenia zostaje przekroczony i zaczyna się cierpienie, ucieka się jeszcze dalej – w alkohol, seks i narkotyki… Ten rodzaj eskapizmu najczęściej okazuje się być destrukcyjny. Natomiast ucieczka „w sztukę” może być twórcza. Religia pozwala przetrwać, jak również łagodzi umieranie.

greydot

Fascynuje mnie świat moich ojców i dziadków. Nie tylko dlatego, że widzę w nim zarówno to, co w ludzkiej naturze jest najlepsze, jak i to co najgorsze – i to często w ekstremalnym wydaniu. Wydaje mi się, że życie było wówczas jakby bliżej krwi i kości człowieka. Z jednej strony odarte z pozorów, z drugiej jednak – pogłębione egzystencjalnie. Wiem, że osią tego świata była dla nich wojna, a więc zarówno faszyzm, jak i komunizm – straszne doświadczenie totalitaryzmów. Dla tych, którzy te zawirowania przeżyli, nadal świat wydaje się kręcić wokół tej samej osi. Co charakterystyczne, młode pokolenia nie są wcale tym zniecierpliwione – one są wobec tego… doskonale obojętne. Myślę jednak, że mimo owych fiksacji i zapatrzeniu w przeszłość, wiele się od starszych pokoleń możemy nauczyć.

Nigdzie indziej nie mogę znaleźć tej specyficznej aury chroniącej pewne wartości, jak wokół ludzi pamiętających niepodległą Polskę, powstanie, czasy stalinowskie… czy wreszcie miejsca i strony, w których dorastali. Wydaje się, jakby przywiązanie do tych miejsc nadawało im dodatkowo pewnych szlachetnych rysów: Wilno, Kraków, Lwów… cała ta nostalgia związana ze wspomnieniem stron rodzinnych, czy choćby tylko czasu swego dorastania. Tradycja, która już zatarła się w widocznej dziś rzeczywistości, a która jeszcze ciągle z nimi – i w nich – żyje.

greydot

Pisarstwo Herlinga-Grudzińskiego, Alberta Camusa… nawet Miłosza, mimo jego filozoficzno-politycznych perypetii i amerykańskich uwikłań. Towarzystwo od kultury polskiej, którego frakcję zdołała pod swoimi skrzydłami zgromadzić w Paryżu instytucja Jerzego Giedroycia. Tam odnalazłem próby odpowiedzi na pytania i problemy, które zawsze były – i nadal są – dla mnie ważne. Zwłaszcza „Dziennik pisany nocą” Herlinga okazał się dla mnie lekturą wręcz katarktyczną – sferą, gdzie mogłem się przenieść w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące mnie kwestie, także w poszukiwaniu humanistycznych wartości, intelektualnej klasy i szlachetności – większej niż ta, którą oferuje nam na co dzień społeczeństwo konsumpcyjne, zadowalające się bylejakością płytkiej egzystencji. Choć przecież „Dziennik pisany nocą” nie mógł być jasny. Wprost przeciwnie – w jego mrokach czuje się często bojaźń i drżenie – lęk przed tą ciemną stroną naszej natury. I może właśnie dlatego mocniej akcentuje się tam ludzki heroizm, bardziej afirmuje wiarę w możliwość wielkości człowieka – silniej pragnie się nadziei na moralny ład świata, na przekór chłodnej obojętności niebios.

greydot

Widziałem gdzieś niedawno takie piękne zdjęcie, na którym postawny żołnierz odbiera z rąk małej dziewczynki hełm przybrany kwiatami. Czy potrzebne nam lepsze przedstawienie paradoksu „wojny i róż”, jak ten ukwiecony hełm wręczany ufnie wojownikowi przez bezbronne dziecko?

greydot.

* Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 28 listopada, 1997 r. (Na zdjęciu: Lee Marvin, kadr z filmu „The Big Red One”)

  Powiązane wpisy: „CZAS PRZEMOCY”, „WOJENNA SCHIZOFRENIA”, „SZKLANE KLOSZE”

.

SZKLANE KLOSZE

(zapiski X)

aniol z gitarą (Watykan)

.

Papiestwo a teatr.
„Przed sklepem jubilera” – jedna z sześciu sztuk teatralnych napisanych przez Karola Wojtyłę, wystawiona w Chicago przez grupę artystów z Nowego Jorku. *
Ciekaw jestem, co też ludzie lekceważący albo nawet gardzący teatrem czy poezją, a jednocześnie uważający się za katolików, robią z fantem, jakim jest fakt, że ów wielki autorytet moralny jakim jest (a przynajmniej powinien być) dla nich Jan Paweł II, zajmował się ongiś teatrem, poezją, a nawet występował na scenie jako aktor (nota bene pierwszą sztuką, w jakiej zagrał młody Wojtyła, była „Nie-Boska komedia” Krasińskiego).
Otóż najprawdopodobniej nic sobie z tego nie robią.
A tu sprawy z teatrem nie zawsze tak gładko się układały. Oto parę faktów z amerykańskiej historii.

W XVIII wieku prawie wszystkie brytyjskie kolonie miały prawny zakaz wystawiania teatru. Jeszcze pierwszy kongres kontynentalny obradujący w Filadelfii, wystąpił z apelem, by unikać „wszelkich form rozprzężenia, jak wyścigi konne, hazard, walki kogutów, wystawy i sztuki teatralne”.
Profesor Michał J. Rozbicki z Saint Louis University, w rozdziale o kulturze brytyjskiej Ameryki kolonialnej (z wydanej niedawno wielotomowej historii Stanów Zjednoczonych) pisze: „Teatr postrzegany był zarówno przez kwakrów jak i purytanów jako próżna, godna potępienia rozrywka, rodzaj zbytecznej ekstrawagancji równej moralnie pijaństwu i hazardowi. Wytaczano argumenty, że teatr wywołuje demoralizację obyczajów. Kupcy i rzemieślnicy przytaczali argumenty ekonomiczne: teatr odciąga ludzi od pracy i czyni z rozrywki cnotę.”
Miały nawet miejsce procesy, w których ludzi stawiano przed sądem za wystawianie sztuk teatralnych. (Czyżby purytanie woleli para-teatralne happeningi na żywo w rodzaju polowania na czarownice z Salem i wieszania na szubienicy niewinnych kobiet?)

Później stosunek do teatru zmieniał się wielokrotnie. Dla prezydenta Lincolna, (który powiedział kiedyś, że komedię i farsę najlepiej odgrywać w teatrze, tragedię zaś czytać w domu) jak wszystkim wiadomo, przygoda z teatrem skończyła się śmiertelnie.

Prawdą jest, że we wszystkich epokach, w każdej z warstw społecznych, znajdowali się bardziej lub mniej zagorzali przeciwnicy, czy choćby tylko kontestatorzy teatru. Nawet jeszcze w czasach, kiedy teatr dorobił się statusu sztuki nobliwej, znaleźli się ludzie, którzy uważali, że paranie się aktorstwem czy robienie teatru nie licuje z godnością szanującego się człowieka.
Na pewno nie należał do nich młody Karol Wojtyła w czasach swojej młodości, a podejrzewam, że i później – kiedy już wstępował na coraz to wyższe szczeble kościelnej hierarchii – nie zatracił przychylności i zainteresowania dla pewnych teatralnych form i treści (czyż ceremonie kościelne, same w sobie nie mają czegoś z teatru?).
Tak więc, związki papieża z teatrem powinny wytrącić broń z ręki tym, którzy teatr lekce sobie ważą en bloc. Ale najprawdopodobniej nie wytrącą.

greydot

Oglądając i słuchając żarliwych wyznań miłości w przedstawieniu „Przed sklepem jubilera” na deskach Fundacji Kopernikowskiej, uświadomiłem sobie parę istotnych spraw.
Przede wszystkim to, że wartości bliskie ideału – aby przetrwać w realnym świecie – muszą być w jakiś sposób chronione: przykryte szklanym kloszem.
Te szklane klosze budowane są różnie. Może być nim np. świątynia, ołtarz, kościół; są nimi wyobrażenia świętych, idoli, bohaterów; jest nim czasami jakiś zakątek ludzkiej duszy; wreszcie są nimi wytwory kultury, dzieła sztuki… a więc także i teatr, gdzie wyobraźnia autora – niczym ten demiurg wszechmocny – kreować noże swój idealny świat. To, że ów „demiurg” tworzący kiedyś „Przed sklepem jubilera”, jest dziś (a przynajmniej winien być) moralnym zwierzchnikiem, etyczną busolą dla ponad miliarda ludzi żyjących na naszej planecie, nie może być tutaj bez znaczenia. Jego sztuka nabiera więc nie tylko znamion symbolu, ale i wręcz pewnych cech dogmatycznych.

W sztuce „Przed sklepem jubilera” Karol Wojtyła na ołtarze swego teatru wynosi Miłość, traktując ją jako wielki dramat ludzkiej egzystencji i stawiając w centrum idealnej duchowości człowieka. Miłość jako fundamentalne doświadczenie sensu w życiu każdego autentycznego chrześcijanina i człowieka dobrej woli. Chodzi tu oczywiście także o miłość między kobietą a mężczyzną.
Czy jednak taki fenomen może się obejść – uchronić – bez szklanego klosza?

greydot

Ksiądz, biskup, kardynał i papież pisze o różnych odcieniach miłości między kobietą a mężczyzną.
Czy można tak przekonująco pisać o miłości nie zaznawszy jej we własnym sercu, ale też… i na własnej skórze?
Pomińmy pewne pomówienia i insynuacje odnośnie Wojtyły, co do jego intymnej przeszłości i młodzieńczych namiętności, które jakoby nie zatrzymały się na uczuciach platonicznych.
Jeśli już o tym mówimy: dla mnie osobiście kwestia prawdziwości czy fałszu owych rewelacji nie ma większego znaczenia i w najmniejszym stopniu nie rzutuje na mój stosunek do jego autorytetu. Innymi słowy: w moich oczach nie rzuca to żadnego cienia na tego człowieka, nawet w kontekście sprawowanych przez niego kościelnych „godności”.

„Przed sklepem jubilera” daje natomiast świadectwo temu, jak bardzo Karol Wojtyła pragnąłby widzieć miłość między kobietą a mężczyzną jako uczucie sakralne.
Ale czy takie uczucie nie wymaga ochrony szklanego klosza?
Ta tęsknota za czystą miłością nieobca jest żadnemu poecie, żadnemu idealiście, romantykowi i marzycielowi, który składa swe uczucie na ołtarzu sztuki, wiary, religii… Przypomina jako żywo pasję, jaka spalała choćby Kierkegaarda w jego poszukiwaniu idealnej – i utraconej – kochanki.

Bohaterowie „Przed sklepem jubilera” są ludźmi spośród nas, ale nie mówią do siebie językiem jakim mówimy między sobą. Ich sentencje, wypowiedzi są w rzeczywistości tezami autora. Czy tę sztuczność można tolerować w zakresie umowności jaką zakłada teatralna forma? Oczywiście, że tak – jeżeli tylko popatrzymy na to jak na symbol. Ale przecież symbol gubi się często w niejasności, nieokreśloności… Może więc lepiej spojrzeć na to tak, jak zrodziło się to w umyśle twórcy: jako na przesłanie człowieka, który zaczął odczuwać swoje wielkie powołanie filozofa, myśliciela i moralisty.

greydot

Na scenie pełni energii, pasji, uczucia  i wrażliwości, bardzo utalentowani młodzi ludzie. Na widowni seniorzy: niemal całą publiczność stanowili ludzie powyżej 60 roku życia.
Czy religia nie staje się częstszą domeną w świecie ludzi starszych? Czy papież zyskuje rezonans tylko wśród seniorów? Perspektywa zbliżającego się kresu życia wydaje się wzmagać w człowieku metafizyczne pragnienia, a mówiąc prościej: potrzebę oparcia, pociechy, ukojenia, poszukiwania nadziei… także w wierze.
Ale przecież do papieża lgną na całym świecie ludzie młodzi – Jan Paweł II ma szczególny dar trafiania do młodzieży – poprzez swoją szczerość, otwartość, bezpośredniość… brak „zadęcia”. Miłość i szacunek do tego człowieka niewiele ma więc wspólnego z różnicami wieku. Natomiast ma wiele wspólnego z pragnieniami ładu serca, z poszukiwaniem życiowych drogowskazów w świecie aksjologicznego chaosu.

A więc młodzież wyśpiewująca (na przedstawieniu) hymny o miłości przed chylącymi się ku ziemi staruszkami. Czy jednak zmarszczki, wiotka skóra, zruojnowane chorobami i wiekiem ciało nie kryją w sobie żywej wrażliwości? Te łzy, które widziałem w ich oczach nie mogły mieć swojego źródła w wyschniętych sercach. I nic nie miały wspólnego z płytką ckliwością.

greydot

Czysty, uwznioślony, uduchowiony szklany klosz „Przed sklepem jubilera” z górującym nad nim obrazem Czarnej Madonny częstochowskiej. Autentyczne wzruszenia, nie tylko dewocyjnej, religijnej natury. Dla wielu: enklawa ideału, oaza miłości…
W jakim to wszystko stopniu realne-nierealne?
Po wyjściu z teatru widzowie napotykają na parkingu grupę wyrostków.Te klną, wymachują rękami, wydając przy tym, jakieś dzikie wrzaski i odgłosy.
Jedna ze starszych kobiet zwraca się w ich stronę: „Are you guys nuts?” W odpowiedzi słyszy głupkowaty rechot i wystawiony środkowy palec.
Klosz pęka.
Młodzież na scenie, młodzież na samochodowym parkingu. Zderzenie, konfrontacja.
Gdzie jest szaleństwo, gdzie rzeczywistość? Gdzie patologia, gdzie normalność? Gdzie prawda – zmyślenie, gdzie realizm – złudzenie?
Czy istnieje wyraźna granica? A może wszystko to zmieszane jak w bosko-diabelskim tyglu?

greydot

Książka Jana Pawła II „Przekroczyć próg nadziei” światowym bestsellerem. Miliony sprzedanych egzemplarzy.
Zapytajmy się jednak:
Jak wielu spośród tych, którzy książkę kupili, również ją przeczytało?
Jak wielu spośród tych, którzy ją przeczytali, jednocześnie ją zrozumiało?
Jak wielu spośród tych, którzy ją zrozumieli, również się nią przejęło?
Jak wielu spośród tych, którzy się przejęli, doznało objawienia, czy choćby tylko… zmieniło siebie i swoje przyzwyczajenia?

Redukcja ad sacrum: ilu tych prawdziwych świętych i czy w ogóle są tacy?
Oto co zostało z milionów. Ale czy nie za dużo wymagamy od czegoś, co jest po prostu tylko wywiadem?

greydot
Głoszenie ideałów, głoszenie konieczności moralnej odnowy, nawrócenia się, naśladowania Chrystusa, oddania się pod opiekę Matki Boskiej…
Nawoływanie do rezygnacji z drogi grzechu, do wyzwolenia się ze zgubnych skłonności, do wejścia na drogę cnoty – do poszukiwania i oddania się uniwersalnej Miłości…
Katastroficzne wizje, opętanie współczesnego świata przez Szatana; Sodoma, Gomora i Babilon; zbliżająca się zagłada świata, który stał się siedliskiem grzechu, wszelkiego zepsucia i występku.
Chrystus jako jedyny Wybawiciel; powrót do Boga, zaufanie Bogu, poddanie, modlitwy…

Większość ludzi normalnie funkcjonującego społeczeństwa odrzuca (lekceważy) ten mistyczno-religijny prozelityzm, tercjarską gorliwość i trącący katastrofizmem radykalizm, często uznając to – bardziej lub mniej otwarcie – za oderwanie od rzeczywistości ględzenie nawiedzonych kaznodziejów, czy też wprost za obłąkanie.

Parę miesięcy temu byłem w Nashville. Nie wszyscy o tym wiedzą, że miasto to, znane na całym świecie jako stolica muzyki country, jest równocześnie największym w Ameryce ośrodkiem życia religijnego. Taki protestancki Watykan Południa. To właśnie tutaj drukuje się lwią część literatury religijnej wydawanej w Stanach Zjednoczonych.
Trafiłem w Nashville przypadkowo na rodzaj giełdy książkowej, gdzie dosłownie za centy można było wynieść w torbie kilogramy książek.
A najwięcej było literatury zbawiającej świat i zaludniających go grzeszników.
Całe stosy dzieł nawiedzonych proroków, którzy na wylot przejrzeli zepsucie współczesnego świata i biją na trwogę w dzwony, by się opamiętać.
Tony książek pełnych wspaniałych receptur na odnowienie moralne ludzkości – walające się po ziemi, pod stołami, na straganach – pod brezentowym namiotem giełdy.

I zastanawiam się: jest to wszystko dowodem na stałość i nieśmiertelność pewnych tendencji ludzkiego myślenia, czy też bardziej wskazuje na marginalne traktowanie tego przez społeczny zdrowy rozsądek (jeśli takowy w ogóle istnieje).
Kiedy metafizyczne dreszcze i prorocze natchnienia zamieniają się w bezużyteczną makulaturę? Jeśli nawet na początku był autentyzm (nie mówimy tu o fałszywych prorokach ani o oszustach żerujących na ludzkiej naiwności), czy też religijnego doświadczenia, (które jednak było, jest i będzie jednym z elementów kształtujących świadomość człowieka i naszą cywilizację, czy nam się to podoba, czy nie) to na końcu nikt nie zwróci uwagi na to wypompowane, ludzkie szaleństwo wypełniające tekturowe pudła pod straganami w Nashville.

greydot

W ustach namaszczonych, uznanych filozofów, uduchowionych a mających posłuch proroków, wywyższonych katedralnie profesorów – szeroko uznanych i skanonizowanych autorytetów moralnych i moralnych – pewne stwierdzenia brane są za zdrój mądrości, za uniwersalne wytyczne, niekiedy nawet wręcz za katechizm.
W ustach Everymana – człowieka prostego, obskurnego – te same słowa mogą być zupełnie ignorowane, lub też wzięte na objaw szaleństwa. A przecież żadne usta nie mają patentu ani monopolu na mądrość, wzniosłość, patos, honor, dumę… nie wspominając już o prawdzie.

greydot

Wydaje się, że wszelkie rozważania człowieka dotyczące spraw zasadniczych, ostatecznych, absolutnych i fundamentalnych, odbywają się często na granicy obłędu.
Nic dziwnego: rzucony w otchłanie Kosmosu pyłek usiłuje pojąć Boga, Wszechświat, Wieczność, Absolut…

greydot

To, co uznajemy niekiedy za szaleństwo, jakże często inicjowało przełomy i wyznaczało tory, jakimi biegła i rozwijała się ludzka cywilizacja.
A więc szaleństwo jako nieodzowne ogniwo w łańcuchu ewolucyjnym ludzkich idei i umysłu Homo sapiens?
Jeśli tak, to skąd ta nieuniknioność?
Czy  aby nie stąd, że człowiek jako istota ułomna, ograniczona, śmiertelna i determinowana przez mechanizmy kosmiczne, nad którymi nie ma panowania, jest często bezradny, przyparty do muru, bezsilny? Staje przed sytuacjami, które go po wielokroć przerastają. A wtedy tylko szaleństwo daje mu złudzenie drogi wyjścia i ucieczki.

greydot

W którym momencie zostaje przekroczona granica, za którą świat ideałów i wartości wyższych staje się tylko światem urojonym bez zbawiennego, uszlachetniającego i uzdrawiającego wpływu na naszą rzeczywistość – na życie realne?
Jak cienka jest ścianka szklanych kloszy?

greydot

Jedna z moich znajomych pozostawiła mi pewnego razu plik swoich wierszy. Oto jeden z nich:

Czy tańczyłeś z Jezusem?
Ja tańczyłam,
był w białej szacie,
sandały miał na stopach,
był piękny jako kwiat lilii.
Twarz mu jaśniała od blasku promieni,
suknia powiewała jak smuga cienia.
Był lekki, taniec był jako wiatr
nieuchwytny, a wciąż był obok mnie.
Muzyka podkreślała poezję jego tańca.
Był jako jedwab, lekki, zwiewny,
był jak Bóg, bo Bogiem był.
Czy tańczyłeś z Jezusem?
Ja tańczyłam, jako Jego kwiat.

greydot

W czasach mojej młodości miałem przyjaciela, który do szaleństwa kochał Ewę.
Ewa była dziewczyną przepiękną: kształty bóstwa, cudowny biust, wspaniałe nogi i burza jasnych włosów okalających śliczną twarz… I jeszcze ta jej dusza: wrażliwa, uduchowiona, poetycka, dążąca do ideału…
To właśnie ta dusza stanęła na przeszkodzie, by spełniła się miłość mojego przyjaciela.
Ewa była bowiem zaangażowana w ruch oazowy. Doznała gwałtownego nawrócenia (nie bez znaczenia było to, że jej ojciec był wysoko postawionym działaczem partyjnym), przeżyła nagły przypływ religijnej gorliwości – zatopienie w modlitwie, jakieś myśli o wstąpieniu do zakonu…
Ewa, oprócz tatusia, kochała jeszcze mocno Jezusa. To był jej Pan, obiekt Wielkiej Miłości.

Kolega przeklinał oazy, przeklinał tatusia, przeklinał księży, przeklinał nawet Chrystusa; przeklinał wszystkich, którzy – o czym był przekonany – zabierali mu jego ukochaną.
A jej samej mówił: „Nie stać Cię na miłość do człowieka, do mężczyzny, który gotów jest dla Ciebie poświęcić wszystko! Wyimaginowałaś sobie jakąś miłość, która ma spełnić się gdzieś w zaświatach. Miłość do wymyślonego, bezcielesnego kochanka! Uciekasz od miłości ludzkiej, prawdziwej!”

Nic nie pomogło. Przyjaciel rozstał się z Ewą.
Ewa w końcu skończyła studia, dwa fakultety – prawo karne i cywilne.
Kolega wyjechał do Ameryki.
Po dwóch latach od jego wyjazdu Ewa wyszła za mąż, urodziła dziecko.
Minęło 6 lat.
Wiem, że przyjaciel myśli o nawiązaniu kontaktu z Ewą. Wiem, że Ewa chciałaby spotkać się z przyjacielem. Pierwszej Wielkiej Miłości nie zapomina się do końca życia.

greydot

„Pod szklanym kloszem” to jedyna powieść  – autobiograficzna zresztą – jaką napisała Sylvia Plath, poetka amerykańska. Tragiczna postać, o której do dzisiaj się nie zapomina. (O ile dobrze sobie przypominam, nawet Waldemar Łysiak poświęcił jej sporo miejsca w swoich „Wyspach bezludnych”.)
Dla Sylvii Plath jej szklany klosz do pewnego momentu był ochroną. Nadszedł jednak czas, kiedy świat za kokonem złudzeń stał się nie do zniesienia, a klosz za kruchy, by wytrzymać napór i uderzenia twardej realności.
A może to właśnie nie do zniesienia stał się świat urojony – ten wewnątrz jej szklanego klosza – a jego ściany za grube, by można było się poza nie wydostać?
Sylvia Plath popełniła samobójstwo, wkładając głowę do pieca kuchenki gazowej. Osierociła dwójkę małych dzieci.

greydot

Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy jednak skazani na budowanie szklanych kloszy – światów utkanych ze złudzeń i nadziei.
Jednakże z wszystkich tych światów najważniejsze są te, które dzielimy z innymi ludźmi. Ot, choćby jak najbardziej realny świat słońca, lasów, morza, gór… świat naszych rodzin, bliskich, przyjaciół… Świat życia naszego powszedniego – realny świat, w którym mimo wszystko możliwe jest prawdziwe szczęście, a choćby tylko jego momenty.

greydot

* Zapiski pochodzą z 1997 r. i opublikowane zostały na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 7 grudnia ’97.

(Zdjęcie własne: anioł ze zbiorów Muzeum Watykańskiego)

.

AMERYKAŃSKA DROGA KRZYŻOWA (Więcej niż kino: „Urodzony 4 lipca”)

Oliver Stone: „Moja romantyczna wizja wojny nie miała nic wspólnego z tym, czym ona była naprawdę”

*

Oliver Stone – reżyser, który w Ameryce uważany jest za coś więcej, niźli tylko hollywoodzkiego wyrobnika (autor kontrowersyjnego „JFK”), nakręcił swego czasu słynną trylogię wietnamską: „Pluton”, „Urodzony 4 lipca” oraz „Niebo i ziemia”, gdzie wojnę w Indochinach przedstawił z różnych perspektyw. Wykorzystał przy tym – co jest niezwykle istotne – własne doświadczenia, jako że sam walczył w Wietnamie.
A pojechał tam jako ochotnik:
„Pochodzę z dość konserwatywnej rodziny. W 1964 roku byłem zwolennikiem Barry Goldwatera i uważałem za słuszne angażowanie się Ameryki w wojnie wietnamskiej. Byłem gotów umrzeć za mój kraj. Uważałem, że należy wypędzić komunistów z Wietnamu, bo przecież wychowałem się w atmosferze zimnej wojny i nasiąkłem filmami z Johnem Waynem. Ale byłem młody, miałem 21 lat, studiowałem na uniwersytecie i uważałem, że Wietnam to wojna mojego pokolenia i że nie powinno na niej zabraknąć młodych Amerykanów z zamożniejszych, bardziej wykształconych klas społecznych.”

A oto jakiej transformacji uległy poglądy Stone’a po wzięciu udziału w walkach w Wietnamie i powrocie z frontu:
„Wojnę znałem tylko z kinowego ekranu. Byłem romantykiem, fascynował mnie ‚Lord Jim’ Conrada. Wojna jawiła mi się jako najcięższa i najbardziej surowa próba dla każdego człowieka, jako kluczowe ludzkie doświadczenie. (Nietzsche: ‚Rezygnuje się z wielkości życia, jeśli rezygnuje się z wojny’ – przyp. LA) Bardzo szybko zdałem sobie sprawę jak wielka pomyłką był mój wyjazd do Wietnamu – że  moja romantyczna wizja wojny nie miała nic wspólnego z tym, czym ona była naprawdę. Nie wyobrażałem sobie, że wojna może być tak brutalna i upodlająca. (…) Mój powrót do Ameryki był szokiem z powodu powszechnej obojętności. Nikt nie dostrzegał, że przecież tam właśnie umierają młodzi Amerykanie. W parę dni trafiłem do więzienia w San Diego. Znaleziono przy mnie LSD i marihuanę. Groziło mi od pięciu do dwudziestu lat więzienia. Byłem wciekły! Oto jak traktowano tych, którzy ocaleli. Nie wróciłem już do rodzinnego gniazda. Wolałem zanurzyć się w nowojorską dżunglę. Rewolucję hippiesowską uważałem za kompletny idiotyzm. Gardziłem tymi wszystkimi kontestatorami. Myliłem się. Nie rozumiałem znaczenia kontestacji. Byłem samotnikiem, dzikusem. (…) Byłem zbyt gwałtowny, miałem ochotę zabijać. Chciałem obalić rząd przy pomocy armatnich strzałów. Stałem się absolutnym anarchistą. Żyłem w świecie paranoi i narkotyków.”
*  *  *

Stone: „Bardzo szybko zdałem sobie sprawę jak wielka pomyłką był mój wyjazd do Wietnamu”

*

Biorąc pod uwagę wypowiedzi Stone’a, nie dziwi wcale jego decyzja o ekranizacji autobiograficznej książki Rona Kovica, wietnamskiego weterana, który z hurra-patriotycznego ochotnika, wskutek psychicznych urazów, nabawionego w walce kalectwa i rozczarowań po powrocie do Ameryki, zamienił się w pacyfistycznego aktywistę, protestującego przeciw kontynuowaniu tamtej wojny.
Stone z realizacją filmu nosił się już od dawna, ale udało mu się to zrealizować dopiero wtedy, gdy przebrzmiała epoka Reagana z jej kogucią zaczepliwością i wielko-mocarstwową chełpliwością, odbijająca się m. in. na ekranach kinowych w fantazyjnych fajerwerkach typu „Rambo”. Tak więc, dopiero w kilkanaście lat po zakończeniu wojny przyszło uderzyć się w piersi. Jak na ironię jednak, nie były to piersi polityków, ale ofiar. Bowiem takimi ofiarami byli autorzy filmu – Kovic i Stone.

W piekle upokorzenia – gniew i cierpienie weterana

Ron Kovic przeszedł w Wietnamie identyczną transformację jak Oliver Stone. Z początku był to napalony młodzik z głową pełną romantycznych mrzonek, admiracji dla „męskiej a prawej wojowniczości” (typu Johna Wayne’a). Później widzimy go już na wózku inwalidzkim – nieogolonego, zapijaczonego, wszczynającego burdy i bluzgającego przekleństwami, w oparach narkotyków i otoczeniu meksykańskich prostytutek. Wreszcie: jako kipiącego od gniewu bojownika, politycznego aktywistę, który usiłuje potrząsnąć społecznym sumieniem.

Oliver Stone, ongiś, w swej młodości „durnej i chmurnej” romantyk i idealista, mimo własnych rozczarowań, odarcia z iluzji i przejrzenia na oczy realisty, pozostaje jednak romantykiem i idealistą… stylistycznym. Innymi słowy: on ten swój temperament przenosi jakby w inne rejony, które jednak tylko z pozoru stają się rejonami kinowej iluzji, będąc, tak naprawdę, kolejnym zaangażowaniem się „w sprawę”.
Przyjrzyjmy się początkowym kadrom „Urodzonego 4 lipca”. Obchody Święta Niepodległości, którym przygląda się mały Ron, przypominają bombastyczną paradę patriotycznych ideałów i sloganów. Przedstawia się nam też Kovica – młodzieńca bogobojnego, dobrego syna (zarówno dla swojej matki, jak i Ojczyzny), dla którego wojna jest romantyczną „męską” przygodą, gdzie nabawić się można tylko sławy, chwały i medali za bohaterstwo i odwagę. W filmie Stone’a Kovic uchował się pod szklanym kloszem złudzeń, gdzie ani razu nie dotarły wieści o brudzie, piekle i szaleństwie wojny. Dzięki temu jednak, jego zderzenie z Wietnamem jest jeszcze bardziej ostre a lądowanie na wózku inwalidzkim – jeszcze bardziej twarde i bolesne.

Oliver Stone

Dzięki podobnym kontrastom Stone uzyskuje w swoim filmie siłę, nabiera on impetu, który bywa dla widzów nokautujący. Tworząc swój własny, prywatny mit – odziera z mitu innych.
Nie brak w „Urodzonym 4 lipca” wietnamskiej batalistyki, choć lwia część filmu rozgrywa się w Ameryce. To tylko parę minut, ale takich, które mocno w nas uderzają, odciskając piętno horroru na całym obrazie. Stone, chcąc jakby odciąć się od ostentacyjnie wyrazistej batalistycznej estetyki „Plutonu”, zrezygnował z umieszczenia akcji w tropikalnym gąszczu, zamieniając zielone piekło dżungli na żółto-czerwone inferno płonącej wietnamskiej wioski i otaczających ją pól. To właśnie tam rozegrał się dramat Kovica mordującego (przez pomyłkę) cywilów, strzelającego do własnego żołnierza, wreszcie trafionego kulą w kręgosłup. Bez wątpienia te sceny są „większe jak życie”, mają ambicję i moc symbolu wyrastającego ponad rzeczywistość. Dlaczego jednak tego nie wykorzystać?
*  *  *

Film zrodził się gniewu Kovica i wszystkich wietnamskich weteranów, którzy poczuli się oszukani, zdradzeni i opuszczeni przez własną ojczyznę – społeczeństwo i rząd. Jednak w przypadku Kovica najobfitsze źródło miał ów gniew w jego fizycznym kalectwie. Film Stone’a tego nie zmienia. I chwała mu za tę jego psychologiczna uczciwość. Utrata przez Kovica „męskości” (był sparaliżowany od pasa w dół) wydaje się w pewnym momencie przysłaniać jego ból „socjologiczny”, czyli utratę złudzeń co do słuszności ideałów i zasadności tamtej wojny; wyobcowanie z rodziny, odwrócenie się, a nawet wrogość samego społeczeństwa. Gdyż Kovic, po powrocie do domu, nie doświadczył nawet gorzkiej chwały „narodowego bohatera”. Zamiast tego musiał przejść „drogę krzyżową” – jedno długie pasmo cierpień i upokorzeń: od wszawego i zaszczurzonego szpitala na Long Island, przez piekło impotencji w meksykańskim burdelu, po wyrzucenie go na bruk (razem z inwalidzkim wózkiem) podczas zjazdu Republikanów na Florydzie.
*  *  *

Spotkałem osobiście Rona Kovica. Miało to miejsce podczas  Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago. Miałem wrażenie, że oglądam dalszą część optymistycznej pointy Stone’a: weteran miał na sobie elegancki smoking (wózek dodawał mu jakby glorii), budzący przychylne zainteresowanie, celebrowany… Miałem nadzieję, że czuł się wreszcie jak we własnym domu.

*  *  *

Stone: „Wojna jawiła mi się jako najcięższa i najbardziej surowa próba dla każdego człowieka, jako kluczowe ludzkie doświadczenie.” Nietzsche: „Rezygnuje się z wielkości życia, jeśli rezygnuje się z wojny’”.

*

CZY S…SYN MOŻE NAPISAĆ „HYMN O MIŁOŚCI”?

czyli moja i telemacha KRÓTKA HISTORIA NIKCZEMNOŚCI

(rzecz poniekąd także i o Św. Pawle)

*

HYMN O MIŁOŚCI

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,

a miłości bym nie miał,

stałbym się jak miedź brzęcząca

albo cymbał brzmiący.

Gdybym też miał dar prorokowania

i znał wszystkie tajemnice,

i posiadał wszelką wiedzę,

i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.

a miłości bym nie miał,

byłbym niczym.

I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,

a ciało wystawił na spalenie,

lecz miłości bym nie miał,

nic bym nie zyskał.

Miłość cierpliwa jest,

łaskawa jest.

Miłość nie zazdrości,

nie szuka poklasku,

nie unosi się pychą;

nie dopuszcza się bezwstydu,

nie szuka swego,

nie unosi się gniewem,

nie pamięta złego;

nie cieszy się z niesprawiedliwości,

lecz współweseli się z prawdą.

Wszystko znosi,

wszystkiemu wierzy,

we wszystkim pokłada nadzieję,

wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje

(…)

Znany nam wszystkim „Hymn o miłości” pojawił się kiedyś w komentarzach pod jednym z wpisów na moim poprzednim blogu. Zaraz potem pojawiły się tam intrygujące słowa telemacha:

TELEMACH: A zatem 13 rozdział pierwszego listu do Koryntian. Logosie to jest pole minowe, wierz mi. Ukłony.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu, ja nie muszę Ci wierzyć, ja to wiem. Każdy z wersów tego listu może być przedmiotem krytycznej analizy, można te słowa przepuścić przez młynek różnej maści wyznawców – od strukturalistów po post-strukturalistów, od konstrukcjonistów po dekonstrukcjonistów – wszystkie te modernizmy tudzież różne kretyn-izmy…
Może pozostałem jakimś reliktem idealistycznej epoki – może ciągle kołacze się we mnie jakiś naiwny romantyzm – bo jednak słowa „Hymnu o miłości” nadal wydają mi się być czymś wspaniałym, a w przeszłości zdarzało się, że dostarczały mi wielkiego wzruszenia. Po prostu dotykają czegoś, co siedzi we mnie głęboko i wcale się tego – przy całej swojej małości, marności i niedoskonałości – nie wstydzę, ani też tego nie ukrywam.
Powiem Ci, że ja się wcale nie boję takich „pól minowych”. Bo niby co mogą mi zrobić? Wysadzić mnie z jakiegoś intelektualnego siodła? Zdradzić moją naiwność i sentymentralizm? Uświadomić mi, żem cymbał brzmiący? Że „Hymn o miłości” to nieosiągalny w naszym życiu idealizm? Ja o tym wszystkim wiem.

TELEMACH: „Hymn o miłości” przepiękny. Niepowtarzalny – i wszystkie „izmy” niewiele mają z tym wspólnego. Pole minowe znajduje się jednak gdzie indziej, wkraczamy na nie gdy konfrontujemy ten tekst z niektórymi szczegółami z życia jego twórcy. Theillard de Chardin powiedział kiedyś: „nieważne na co się patrzy, ważne skąd się patrzy”. Nad wyraz słusznie moim zdaniem. Myśl Theillarda można jednak rozszerzyć: nie ważne co zostało powiedziane, ważne kto to powiedział. I zaczyna się robić dziwnie. Dziękuję za inspirację, zajmę się tematem gdy się uporam z podatkami.

Parę dni minęło i oto czym dał nam znać o sobie znać telemach„Z podatkami się nie uporałem, ale tematem zająłem się mimo to. Wyszło z tego…” (i tutaj znalazł się link do jego wpisu pt. „HAGIOGRAFIA. ŚWIĘTY SZCZEPAN”, który w całości pozwolę sobie tutaj przytoczyć:

Święty Szczepan jest świętym wyjątkowym. Pierwszy męczennik Chrześcijaństwa zasługuje na naszą szczególną uwagę. Przypatrzmy mu się zatem bliżej bo warto. Myliłby się ten, kto by sądził, że nasz Szczepan – zwany dalej dla ułatwienia studiów porównawczych Stephanosem – zawdzięcza swą palmę męczeństwa i tytuł świętego nienawistnym poganom, którzy uwzięli się na zwolenników religii opartej na miłosierdziu i miłości bliźniego. Było zupełnie inaczej i z perspektywy czasu raczej śmiesznie.

Stephanos był nieomal rówieśnikiem Chrystusa, rok młodszy od Nazareńczyka, przeżył go jednak jedynie o lat kilka. Zadbała o to gmina braci w wierze. A było tak:

Po śmierci Jezusa, malutka gmina chrześcijańska postawiła sobie za punkt honoru, obok głoszenia sławy Pana, opiekę nad potrzebującymi ze szczególnym uwzględnieniem nędzarzy, chorych, wdów i sierot. Opieka polegała na wspomaganiu takowych dobrym słowem a także uczynkiem. Mówimy tutaj o dobrach materialnych, sprawa jest raczej jasna i nie ma powodu aby owijać ją w bawełnę. W krótkim czasie doprowadziło to niebywałego wzrostu popularności Chrześcijaństwa, szczególnie wśród chorych nędzarzy oraz obdarzonych licznym potomstwem wdów. Te akurat garnęły się do nowej religii że aż ho. Gmina, a szczególnie stojący na jej czele Apostołowie stanęli w obliczu sytuacji kryzysowej, której niełatwo było sprostać. Rysowała się groźba rozłamu: frakcja judeoaramejczyków posiadała zupełnie inne wyobrażenia na temat priorytetów i misji chrześcijaństwa niż judeogrecy. Istotą kontrowersji było czy Apostołowie powinni poświęcić się w pierwszej kolejności zagadnieniom krzewienia wiary czy też raczej praktykowaniu miłosierdzia. Rzesza potrzebujących skłaniała się ku drugiemu wariantowi, Apostołowie preferowali pierwszy. Istotne też było, komu należy się więcej miłosierdzia: wdowom oraz sierotom aramejskim, czy też raczej judeogreckim. Aby uniknąć rozłamu, zwołano walne zgromadzenie chrześcijan i wybrano z łona obu frakcji siedmiu diakonów, których zadaniem była troska o nędzarzy, wdowy i sieroty, Apostołowie mogli w końcu odetchnąć i zająć się chwaleniem Imienia Pańskiego. Jednym z diakonów był nasz Stephanos, jak imię wskazuje mąż o greckim rodowodzie, wybrany w celu reprezentowania judeogreckich wdów i sierot. Te bowiem czuły się dyskryminowane, twierdząc że datki i zapomogi płyną raczej w kierunku zupełnie niewłaściwym, czyli nędzarzy aramejskich.
To właśnie z grupy podopiecznych Stephanosa rozczarowanych niewystarczającą ich zdaniem opieką wypłynął donos do Synhedrynu jakoby nasz miły diakon miał powiedzieć, iż Chrystus miał jakoby z całą pewnością powiedzieć iż Świątynię Jerozolimską należy zburzyć. Coś takiego i jeszcze kilka innych ciekawostek w tym stylu mających doprowadzić Synhedryn do białej gorączki. Stephanosa wezwano przed oblicze i zadano mu jedno jedyne pytanie, a mianowicie, czy zarzuty mają odbicie w rzeczywistości. W odpowiedzi Stephanos zaczerpnął oddechu i wygłosił zawiłą mowę obrończą trwającą dwa dni z której nikt niczego nie zrozumiał. Byłaby to sprytna taktyka, gdyby jakieś licho nie pokusiło naszego diakona aby – gdy główne niebezpieczeństwo zdawało się być zażegnane – wznieść nagle oczy ku niebu i zawołać: „Widzę jak otwiera się niebo a syn człowieczy stoi po prawicy Pana!”. Każdy może mieć chwilę słabości. Synhedryn potrzebował kilku sekund na skazanie Stephanosa na zwyczajowe w takim przypadku ukamienowanie. Nadzór natychmiastowego wykonania powierzono młodemu, zaangażowanemu człowiekowi o imieniu Saulus, znany zapewne większości polskich czytelników pod pseudonimem Szaweł. Z obowiązku wywiązał się Saulus przykładnie, dbając o wystarczającą ilość kamieni, chętnych do rzucania, a nawet samemu rzucając. Nie wiemy czy trafił i czy jego rzut był rozstrzygający. Gdyby jednak tak było, to byłby to ciekawy przyczynek do historii chrześcijańskiej martyrologii. Saulus przeszedł do historii jako Święty Paweł, Ojciec Kościoła, ten od podróży misyjnych i listów. Zestawienie – wśród jego rozlicznych zasług – obok sławiącej potęgę miłości pieśni zawartej w „Liście do Koryntian” również celnych rzutów kamieniami, których wynikiem był pierwszy męczennik kościoła może wprawić i wprawia w zadumę.
W rozlicznych pismach Św. Pawła na próżno szukać wzmianki o onegdaj ukamienowanym przezeń Stefanosie. Pamięć bywa zawodna, szczególnie jeśli chodzi o błędy młodości.

Dlaczego Św. Szczepan został patronem bednarzy, woźniców, murarzy, tkaczy, krawców i cieśli pozostanie tajemnicą tych, którzy na ten pomysł wpadli. Skierowane do niego modlitwy pomagają jak ręką odjął w przypadku napadu szału, bólów głowy i ataków kamicy nerkowej.

(telemach)

*

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu Drogi, przypominam sobie, jak kiedyś, w jednej z chicagowskich garkuchni, popijaliśmy sobie z Andrzejem Mleczko golonkę piwem. Na moje pytanie o źródło twórczych popędów, Mistrz odpowiedział: „A co mnie to obchodzi, czy ktoś napisał dobrą książkę ślęcząc w bibliotece, modląc się na klęczkach, czy też grzejąc wódę, balangując i pieprząc przy tym panienki – każdej nocy inną !?”
Wprawdzie niezbyt harmonijnie koresponduje ta odzywka z poetyką „Hymnu o miłości” Św. Pawła, to jednak porusza coś istotnego, jeśli chodzi o proces twórczy, czy też o wartościowanie dzieła artysty poprzez pryzmat moralnej oceny jego życia.
Telemachu, nie podzielam Twoich – wybacz, że tak to nazwę – insynuacji, które każą kwestionować moralną weryfikowalność słów Szawła, zważywszy na jego przeszłość. Dajesz mocny przykład w jego domniemanym uczestnictwie w ukamienowaniu Św. Szczepana. Chcę również zaznaczyć to, że nie jest do końca pewne, czy „Hymn” został napisany przez Św. Pawła (tudzież w takiej wersji, jaką znamy), ani też to, czy Szaweł rzeczywiście brał czynny udział w tym ukamienowaniu męczennika, (które zresztą było wykonaniem, zgodnego z ówczesnym prawem, wyroku Sanhedrynu… choć ponoć bez kontrasygnaty). Pewne jest natomiast to, że słowa „Hymnu i miłości” towarzyszą ludziom od blisko dwóch tysięcy lat, mocno na nich oddziaływając.
Jakie znaczenie może mieć przy tym to, kto jest ich rzeczywistym autorem, jakim był on człowiekiem, jaką miał przeszłość, w jakich okolicznościach je napisał?
Ważna jest moc tych słów – tu i teraz! Siła trafienia w ludzkie uczucia i serce.
Ponadto: jeśli już przyjmiemy że „Hymn” napisał Św. Paweł, i jeśli już zaczniemy brać pod uwagę jego przeszłość, to, moim zdaniem, słowa te nabierają w tym kontekście dodatkowej mocy i wiarygodności. Przecież nawrócenie Szawła w drodze do Damaszku można uznać niemalże za jeden z kamieni milowych Chrześcijaństwa, w tym samym nowożytnej cywilizacji Zachodu – symbolem moralnego wstrząsu, który prowadzi do ekspiacji; dowodem na ludzką zdolność do przemiany swojego życia, (a nawet i osobowości), odkupienie grzechów, wkroczenie na drogę cnoty… (celowo używam tych słów, które jednak w dalszym ciągu mają dla wielu ludzi wartość i nie wydają się im jeszcze śmieszne – tak jak, podejrzewam, śmieszne wydają się Tobie).
Koniec końców, przeszłość Św. Pawła jako człowieka złego (bo był prześladowcą pierwszych Chrześcijan) jest wszem i wobec znana, rzec można – ikoniczna. Tym bardziej cenione jest dobro, które później czynił – a jego listy mogą być wysłuchiwane z należną im uwagą i przejęciem.
Dzięki Bogu i poecie za lirykę i piękno „Hymnu o miłości”.

TELEMACH: Drogi Logosie, Twój interesujący nad wymiar komentarz zasługuje na równie staranną i rzetelną odpowiedź. A może nawet na nowy wpis. Bo temat odpowiedzialności za własną przeszłość i i granic prawa do swobodnej ekspiacji jest tematem fascynującym. Za słowo „insynuacje” nie obrażam się – użycie terminu może być uznane za zasadne jeśli przyjmiemy Twój tok rozumowania.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu, sam wszak napisałeś: „‘Hymn o miłości’ (jest) przepiękny, niepowtarzalny…” Czyli co… jeśli Św. Paweł okazałby się sukinsynem, to hymn ten przestałby być „przepiękny” i „niepowtarzalny”?
A z tego co wiemy, Św. Paweł sukinsynem raczej nie był… w każdym razie tak było po wstrząsie, jakiego doznał w drodze do Damaszku (był ponoć przez kilka dni nieprzytomny). Wtedy stał się innym człowiekiem. Należy przecież odróżnić jego zaangażowanie w prześladowanie Chrześcijan, (o której każdy wie i bez Twoich wywodów) od późniejszej działalności misjonarskiej, której się poświęcił, wędrując po wielu krajach basenu Morza Śródziemnego.
Nieszczęsne ukamienowanie Św. Szczepana dzieli od napisania listów do Koryntian 20 lat. W tym czasie Św. Paweł był człowiekiem, który niósł innym dobre słowo, radę, pociechę, ukojenie… Tym sposobem Paweł odpokutował za grzechy Szawła, i im zadośćuczynił… choćby przepięknym i niepowtarzalnym „Hymnem o miłości”. Pisanie że: „z obowiązku (nadzoru ukamienowania) wywiązał się Saulus przykładnie, dbając o wystarczającą ilość kamieni, chętnych do rzucania, a nawet samemu rzucając” jest po prostu pomówieniem, bo przecież nie znamy tak naprawdę przebiegu tego zdarzenia.
Co więc zyskujemy dyskredytując moralną kompetencję Św. Pawła przy pisaniu „Hymnu o miłości”?
Usprawiedliwienie naszego sarkazmu?

TELEMACH: Logosie, myślę sobie że to wszystko nie jest takie proste jak by się z pozoru wydawało. Sądzę również, że o wiele nam do siebie bliżej niż przypuszczasz. Tekst ma w istocie – jak zauważyłeś – charakter lekko prowokacyjny. I nie chodziło mi w nim ani o moralny osąd czynu Szawła/Pawła, ani o podważenie niezaprzeczalnego piękna „Hymnu o miłości”. Rozumiem ten tekst raczej jako zaproszenie do refleksji nad kolejnym dziejowym aspektem tego co sam dla siebie nazwałem „Niekończącą się historią ludzkiego szaleństwa”, nad paradoksalnym pomieszania losów i postaw, przyczyn i skutków, nad trudnością a być może niemożliwością sensownych ocen.
Pomijam już monthypytonowskie niemalże losy gminy chrześcijańskiej w pierwszych dziesięcioleciach jej istnienia – jeśli chcemy być uczciwi to musimy przyznać, że nie wiemy nawet czy Dzieje Apostolskie (w tym przypisywany Św. Łukaszowi fragment D. App. 8.1-9, w którym poczytać możemy o udziale Szawła w egzekucji Szczepana) nie zostały w znacznym stopniu zełgane w II wieku n.e. Również pisma Pawła – w tym list do Koryncjan – mogły powstać już po jego śmierci i zostać mu wraz z budującą historią o cudownym nawróceniu najzwyklej przypisane przez nadgorliwego skrybę łgającego ku chwale Pańskiej. Dla mnie to wszystko nie jest aż tak ważne. Dla mnie istotny jest archetyp sytuacji, w której ten sam człowiek, z takim samym zapałem i niezachwianym przekonaniem czyni to, co on sam uważa za dobro, a co okazuje się być w zależności od punktu widzenia i historycznej perspektywy albo problematyczne albo najzwyczajniej złe. Chodzi mi o typ człowieka pozbawionego dobrodziejstwa wątpliwości, gotowego poświęcać dla wartości uważanych przez siebie za wyższe, to co jego zdaniem poświęcone być może i nie cofającego się nawet przed udziałem w mordzie.
Mam z tym poważny kłopot. Z jednej strony widzę w naszym kraju nagonkę na ludzi, którym niezależnie od oceny ich dzieła i dalszego życiorysu, zapalczywi katoliccy talibowie nie są gotowi wybaczyć najmniejszego grzechu młodości. Nawet gdy wynikał on z nieświadomości, niedojrzałości, braku alternatyw lub błędnej oceny sytuacji. Michnik, Bauman, Szymborska, Miłosz, Szczypiorski, Woroszylski. You name it…
Z drugiej strony zastanawiam się, czy gdyby Eichmann stanął po wojnie na czele założonej przez siebie Amnesty International to czy gotów byłbym przyznać mu prawo do ekspiacji, czy gdyby Beria założył Ligę Humanistyczną to gotów byłbym mierzyć go tą samą miarą jaką zwykliśmy przykładać do Św. Pawła, aktywnego uczestnika odrażającego mordu na lekko obłąkanym bliźnim mającym „widzenie”.
Logosie, ja nie znam odpowiedzi na te pytania, ale jak być może zauważyłeś, nie roszczę sobie pretensji do formułowania jednoznacznych i słusznych odpowiedzi i szermowania ocenami. Wystarczy mi, że zastanowię się wraz z innymi, czy niektóre pytania nie powinny być trochę inaczej sformułowane. Stąd też tytuł tego bloga.
A wracając do Św. Pawła to ja boję się najzwyczajniej w świecie ludzi przekonanych bezgranicznie o słuszności swych aktualnych poglądów. Najzwyczajniej się ich obawiam. Nieswojo mi się robi gdy widzę gorliwych zwolenników prawdy gotowych zatłuc wpierw kamieniami Chrześcijanina, aby potem z równie fanatyczną gorliwością zacząć budować instytucję kościoła, który po upływie trzech stuleci sam zacznie się przekształcać w bezlitosną machinę niszczącą swych przeciwników lub najzwyczajniej mających odwagę myśleć inaczej. Święty Paweł jest dla mnie takim właśnie modelowym reprezentantem gorliwego fanatyka. Ktoś potem w imię wyznawanych przez niego dogmatów palił żywcem Katarów i Albigensów, ktoś uruchomił Inkwizycję, ktoś inny napisał z jego imieniem na ustach „Młot na czarownice”. I szczerze powiedziawszy mam takie dziwne przeczucie że Paweł – gdyby żył dajmy na to w Rewolucyjnej Rosji to nawróciłby się ponownie na neandertalski ateizm i propagowałby wieszanie popów i palenie cerkwi. W imię nowej religii której oddałby się z takim samym przekonaniem jak tym poprzednim.
To wszystko mi się nasuwa i kojarzy gdy widzę gdzieś zachwyt nad „Hymnem o Miłości”. Którym też się zachwycałem i nadal zachwycam.
A z Andrzejem Mleczko się zasadniczo zgadzam. Do momentu gdy przypomnę sobie że Pol Pot w młodości pisywał podobno całkiem piękne wiersze.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Telemachu, Twój komentarz jest niezwykle interesujący ale uwalniający taką kaskadę wątków i tematów, że nie sposób odnieść się do tego wyczerpująco w kilku zdaniach. Zabrzmiało to dość osobiście – niczym coś w rodzaju Twojego credo (może raczej dis-credo). Widzę tu pole do szeroko zakrojonej dyskusji… Może w końcu udałoby się nam wyeliminować parę zbędnych pytań na zadane odpowiedzi?

*  *  *

Tak sobie teraz czytam (ponownie) tę rozmowę i zastanawiam się, gdzie też leży pies pogrzebany w tych moich polemikach (nieporozumieniach?) z Telemachem, (które sobie na swój sposób cenię, a dowodem na to jest choćby ten wpis). No cóż, dochodzę do wniosku, że ma to wiele wspólnego… nie tyle z intelektem, co z tym, co anglojęzyczni nazywają guts – z pewnym rodzajem wewnętrznego przeczucia, intuicji, piętna charakteru… co dopiero później wspierane jest racjonalną (jak by się mogło wydawać), intelektualną argumentacją. Dyskusja z mizantropem jest jednak trudna.
Oto Telemach czyta mój wpis, gdzie przywołuję piękno i wielkość „Hymnu o miłości” Św. Pawła i naraz zapala mu się światełko: „Wierz mi Logosie, to jest pole minowe”, by zaraz potem wysmażyć wielce stylizowany (i mocno zabarwiony jednak tak charakterystycznym dla siebie sarkazmem) tekst o „monthypytonowskich losach” pierwszych chrześcijańskich gmin, tudzież o tym, że jednak Paweł to był kawał sukinsyna, i takim właściwie do końca pozostał (a durni i naiwni ludzie uznali go za „świętego” i się podniecają tym, co on w swoim zakłamaniu i fałszywości wyskrobał).
Co ciekawe, później Telemach pisze, że on wcale tego nie chciał, i że tak naprawdę to chodziło mu o refleksję „nad kolejnym dziejowym aspektem tego co sam dla siebie nazwałem „Niekończącą się historią ludzkiego szaleństwa”, nad paradoksalnym pomieszania losów i postaw, przyczyn i skutków, nad trudnością a być może niemożliwością sensownych ocen.”
Jeśli tak, to uważam że nawiązanie w tym kontekście do Św. Pawła (i podanie go jako exemplum) jest nad wyraz chybione. A tym bardzie chybione (być może nawet skandaliczne) jest zestawienie Św. Pawła z takimi figurami jak Pol Pot, Beria czy Eichmann…

Telemach jakby ignorował moje przypomnienie, że przecież tak naprawdę to niewiele wiemy o tym, jaki był udział Szawła w ukamienowaniu Szczepana, ani też nawet nie jesteśmy pewni tego, że autorem „Hymnu” jest Św. Paweł, a tym bardziej nie mamy zielonego pojęcia, jakim tak naprawdę był on człowiekiem… etc.
Zamiast tego (w ostatnim komentarzu) powtarza z uporem człowieka, który jednak (na to wygląda) jest „przekonany bezgranicznie o słuszności swych aktualnych poglądów” i raczy nas taką oto filipiką:
„Nieswojo mi się robi gdy widzę gorliwych zwolenników prawdy gotowych zatłuc wpierw kamieniami Chrześcijanina, aby potem z równie fanatyczną gorliwością zacząć budować instytucję kościoła, który po upływie trzech stuleci sam zacznie się przekształcać w bezlitosną machinę niszczącą swych przeciwników lub najzwyczajniej mających odwagę myśleć inaczej. Święty Paweł jest dla mnie takim właśnie modelowym reprezentantem gorliwego fanatyka.”
Czyli wracamy do punktu wyjścia (jakby żadnej dyskusji nie było).

A ja się mogę zapytać: czy to, co zrobił tu Telemach nie jest właśnie „paradoksalnym pomieszaniem losów i postaw, przyczyn i skutków, nad trudnością a być może niemożliwością sensownych ocen”, czyli jego własnym przyczynkiem do pogłębienia zjawiska, nad którym tak on boleje?

*  *  *

Św. Anna (fresk z Faras, VIII w.)

*