MALOWANY PTAK, czyli o przetrwaniu w zarażonym złem i okrucieństwem stadzie

.

Do kin trafiła ekranizacja głośnej książki Jerzego Kosińskiego „Malowany ptak”, wywołując nie mniejsze kontrowersje, niż jej literacki pierwowzór. Widzowie reagują zarówno z zachwytem, jak i z przerażeniem – cześć widowni pozostaje przykuta wręcz hipnotycznie do ekranu, część opuszcza w popłochu kinową salę, nie będąc w stanie obejrzeć filmu do końca. Co ciekawe, obie strony mają równie mocne argumenty i powody.

.

„Malowany ptak” – pornografia przemocy czy filmowy poemat o nadziei i miłości?

.

1.

Muszę przyznać, że ten film namieszał w moim wnętrzu niemiłosiernie. Jestem w stanie doskonale zrozumieć zarówno ludzi, którzy gremialnie wychodzi z sali kinowej (wprawdzie na Festiwalu chicagowskim z filmu uciekło tylko parę osób, ale już w Wenecji czy Toronto widownię opuściła ponoć połowa publiczności, a część to nawet w popłochu), jak i tych, którzy oceniają obraz Václava Marhoula bardzo wysoko. Jeśli chodzi o mnie, to nie tylko dzielnie wytrzymałem do końca (o tym, co mi w tym pomogło, za chwilę) ale i ostatecznie przekonałem się co do tego, że Malowany ptak, jeśli chodzi o sztukę kina, jest jednak dziełem wybitnym.
Przyznaję, że kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się o powstającej ekranizacji kontrowersyjnej książki Jerzego Kosińskiego Malowany ptak, to wydało mi się wówczas, że takie przedsięwzięcie skazane jest na niepowodzenie, i to z kilku powodów.
Przede wszystkim pomyślałem, że jeśli ten film będzie ogłaszany jako obraz o Holokauście, to na starcie skompromituje sam siebie, bo (nawet jeśli sam Kosiński zrazu tak utrzymywał) Malowany ptak nie jest o Holokauście, choćby dlatego, że autor niemal wszystko w tej powieści zmyślił, do czego był zmuszony się przyznać, kiedy przyjrzano się temu, co rzeczywiście przytrafiło się mu w czasie niemieckiej okupacji, kiedy jego i jego rodziców mieszkańcy jednej z podkarpackich wsi ocalili, a nie maltretowali (bili, torturowali, znęcali się, gwałcili) z bestialskim okrucieństwem – jak to opisał w książce.
Dodatkowo, jeśli miałby to być film utrzymujący, że w sposób uniwersalny ukazuje prawdę o ludzkiej naturze, to chyba tylko skrajny pesymista, nieuleczalny mizantrop i w ogóle człowiek z przewlekłą depresją mógłby w to uwierzyć, widząc te wszystkie okropności serwowane mu na ekranie.
Wreszcie: jeśliby ten film starał się literalnie przenieść horrendum opisane (czy też raczej: napisane) przez Kosińskiego, to musiałby się osunąć w jakąś pornografię okrucieństwa i perwersji.
Takie miałem myśli, wątpliwości i obawy… i muszę przyznać, że Marhoulowi udało się jakimś cudem tego wszystkiego uniknąć (w moich oczach, przynajmniej, bo są tacy, którzy są innego zdania).
„Jakimś cudem”… hm… czyli jak?
Pierwsza obawa rozwiała się już w czasie projekcji, a przypieczętował to reżyser w rozmowie z publicznością po zakończeniu filmu: „Kosiński kłamał” – stwierdził bez ogródek Marhoul – Chłopiec (bohater filmu) jest symbolem, akcja nie dzieje się w żadnym konkretnym kraju. To dlatego nie używa się w nim języka polskiego, rosyjskiego czy ukraińskiego a czegoś, co nazwano Slavic Esperanto (moim zdaniem to posunięcie reżysera było genialne). Film jest raczej parabolą i metaforą tego, co może się stać/dziać z ludźmi w czasach gwałtu i pożogi pod każdą szerokością geograficzną – sugerował reżyser.
W sposób, przyznaję, dość przewrotny, Marhoul oświadczył też, że nie jest to wcale film o złu, okrucieństwie i nienawiści, tylko wręcz przeciwnie: o dobru, miłości i nadziei (ja tego nie kupuję, jednak wierzę w szczerość reżysera, a tym samym w to, że nie przenosi ukazanych w filmie – a czynionych przez człowieka – potworności na cały rodzaj ludzki).
A jeśli chodzi o pornografię okrucieństwa? Osobiście tego tak nie odebrałem, choć uważam, że jeśli ktoś w ten sposób styl i treść filmu określił, to miał po temu dość powodów – i jest to uzasadnione.
Według mnie pornografii zaprzecza już estetyka obrazu, która jest bądź co bądź na najwyższym artystycznym poziomie. Zdjęcia Vladimíra Smutný’ego mają w sobie hipnotyzującą wręcz moc. Ich monochromatyzm nie tyle odrealnia ukazywany świat, co go poetyzuje, a mimo to osadza w pewnej konkretności ludzkiego doświadczenia. Paradoksalnie, estetyzacja obrazu jednocześnie anestezjuje ukazywany w nim horror (dzięki czemu może on być dla nas znośny) ale i umożliwia to, by dotarł on w nasze wnętrze gdzieś głębiej. Narracja filmu porywa widza niczym rzeka… ale taka, która nie tylko sunie wolno korytem, lecz jest też pełna meandrów, kaskad a nawet wodospadów.
Przyznam, że w czasie projekcji doświadczyłem czegoś, co mogło być momentem zwrotnym – owo walenie nas obuchem po głowie, kiedy po pełnej okrucieństwa i sadyzmu scenie następowała scena ukazująca jeszcze większe okrucieństwo i sadyzm… kiedy wreszcie mogłem mieć tego wszystkiego dość i powiedzieć „no nie!” (i może nie tyle wyjść z kina, co zacząć patrzeć na film z jakimś tępym znużeniem) – ale coś mnie zawsze zatrzymywało i wciągało z powrotem.
Czym było to „coś”?
Niesłychaną inwencją reżysera w kreowaniu scen – jeśli chodzi o sztukę kina – nieskazitelnych? Wspomniana poezja, obejmująca koszmar i grozę, choć nie pozbawiona też lirycznych dotknięć? Piękno kadrów, niemalże klasycznych, ale nie banalnych? Przykuwająca uwagę gra aktorów (wśród których nie brakło tak charyzmatycznych osobistości, jak Stellan Skarsgård czy Harvey Keitel, o grającym Chłopca Petrze Kotlar nie wspominając)? Sama historia i ciekawość, w jaką stronę to wszystko zmierza?
Tak, to „coś” było tym wszystkim… i jeszcze paroma innymi rzeczami, o których dużo by pisać, ale nie chcę, aby ten tekst rozrósł się do jeszcze bardziej monstrualnych rozmiarów.

2.

Może jeszcze tylko wspomnę o moim małym „starciu” z reżyserem po projekcji Malowanego ptaka na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Oczywiście szczerze mu pogratulowałem, ale też zwróciłem uwagę, że jednak nagromadzenie okrucieństwa i przemocy w tym filmie może być nie do zniesienia dla przeciętnego widza, co sprawia, że staje się on dziełem cokolwiek hermetycznym, strawnym jedynie dla pewnej części krytyków i małej garstki zaprawionej w bojach publiczności. Poza tym – sprawa jeszcze ważniejsza – czy nie uważa on, że widz nieuprzedzony co do jego intencji, może odnieść wrażenie, że Malowany ptak traktuje o naturze ludzkiej en bloc, więc jeśli mielibyśmy ją sądzić według filmu, to jest ona u większości ludzi wręcz bestialska, bo przecież niemal każdy człowiek, jaki pojawia się na ekranie jest nie tylko zły, ale wręcz sadystyczny? Czy naprawdę zło i okrucieństwo jest dla natury ludzkiej czymś radykalnym – uniwersalnym i istotnie przyrodzonym? (a tak przecież można wnioskować z zawartości i wymowy filmu).
Na co Václav Marhoul złapał mnie za ramiona i jeszcze raz powtórzył z naciskiem patrząc mi prosto w oczy: to jest film o dobru – o nadziei i miłości! Bo to jest najważniejsze! Ludzie, którzy pojawiają się w filmie nie są źli – i dla Chłopca są dobrzy! W tym filmie nie ma okrucieństwa i brutalności – to tylko tak mi się wydaje, to jest we mnie, czyli winna jest moja percepcja!
Przyznam się, że nieco zbaraniałem. Bo to, co mówił przeczyło logice i faktom: jestem pewien, że 99.99% widzów przyznałoby, że film aż kipi od przemocy, a ludzie, do których trafia Chłopiec, są dla niego źli i okrutni (wyjątkami są – co ciekawe! – dwaj żołnierze: niemiecki i sowiecki). Lecz jakoś wykrztusiłem z siebie uwagę, że jednak mam prawo się z nim nie zgadzać. (Na szczęście wyrzucaliśmy to sobie z uśmiechem na ustach, choć przecież traktowaliśmy nasze słowa zupełnie poważnie).
Zaraz potem reżysera porwali organizatorzy a ja się zacząłem zastanawiać, skąd się takie jego przekonanie – w moich oczach bardzo przewrotne – wzięło (bo na pewno nie było to wykalkulowane, a tym bardziej fałszywe). Przewrotne, bo to tak, jakby chcąc ukazać miłość, pokazywałoby się nienawiść; chcąc ukazać łagodność, pokazywałoby się okrucieństwo; chcąc ukazać pokój, pokazywałoby się wojnę, chcąc ukazać niebo, pokazywałoby się piekło…
Myślę, że znalazłem odpowiedź, zapoznając się z tym, co Marhoul powiedział przy innych okazjach. Np. tutaj: „Tylko w ciemności możemy widzieć światło (…) Pytanie o ludzkość, o Boga, o to czym jest zło; co to znaczy, że światło jest widoczne tylko w ciemności? To jest zasada i istota tego filmu”.
Być może Marhoul, widząc skrajnie negatywne reakcje ludzi na film, słysząc zarzuty o pornografię okrucieństwa, o przesycenie swego obrazu okrucieństwem, złem i brutalnością, nie mógł przyjąć tego do wiadomości, gdyż byłoby to przyznaniem się do tego, że spędził 11 lat (a tyle trwała jego praca nad Malowanym ptakiem) brodząc w (nie)ludzkim szambie, z którego wywlókł na widok publiczny jego najbardziej cuchnące nieczystości? A przecież, tak naprawdę to on kocha ludzką czystość i niewinność, a najważniejsze dla niego w naszym życiu są Dobro, Nadzieja i Miłość. Być może stąd się wzięły te nielogiczne, bez mała absurdalne i zaprzeczające ekranowej ewidencji stwierdzenia, w które on sam wreszcie uwierzył?
Bo przecież nie pokazuje się ciemności, żeby pokazać światło (to przeczy nie tylko logice, ale i fizyce). Jeśli już, to pokazuje się ciemność, by uświadomić nam, czym jest brak światła.
I o tym jest dla mnie ten film.

 *  *  *

8,5/10

O innych filmach 55. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego przeczytać można TUTAJ.

.

KARSKI

Jakim człowiekiem był słynny emisariusz? Czy dowiadujemy się tego z filmu Magdaleny Łazarkiewicz?

.

Jan Karski

Jan Karski

Magdalena Łazarkiewicz o intencjach jakie nią kierowały, kiedy zaczęła pracować nad swoim filmem o Janie Karskim: „Chodzi nam o to, żeby postać Karskiego przefiltrować przez wrażliwość współczesnego widza, pokazać go poprzez optykę młodych ludzi, realizatorów filmu o Karskim, którzy z różnych pobudek podejmują się realizacji filmu o nim, a stopniowo, coraz bardziej, ta realizacja zahacza się o ich własne życiowe wybory a dylematy współczesnego świata niebezpiecznie rymują się z realiami ‚tamtych’ czasów.”
Uważam, że pomysł był świetny. A jaki jest rezultat?
Film Łazarkiewicz tak naprawdę był realizowany jako telewizyjny spektakl teatralny, więc już sam ten fakt ma swoje konsekwencje – choćby w pewnej ograniczoności środków wyrazów, w sposobie gry aktorów, skrótowości i doborze wątków… etc. – bo to jest forma w zasadzie kameralna, utrudniająca nieco szerszy oddech (o fabularnym „rozmachu” nie może więc być mowy). Ale to wszystko nie determinuje przecież tego, że tak realizowany film nie może być dobry. Nie chodzi tu więc o kwestionowanie wyboru takich a nie innych środków formalnych – bo te jeszcze nie przesądzają niczego – a o ostateczny efekt.

„Karskiego” oglądałem z zainteresowaniem i już to świadczy na jego korzyść. Teraz się jednak zastanawiam nad tym, czy powodem tego była sprawna egzekucja tematu przez twórców filmu, czy też sam temat, bo przecież Karski jest postacią intrygującą, wręcz legendarną i niewątpliwie kontrowersyjną, a ponadto jego niezwykłe życie i działalność wiąże się z kwestiami, które dla mnie osobiście zawsze były ważne. Chodzi o faszyzm, komunizm i masowe ludobójstwo jako produkty zachodniej cywilizacji; dokonywanie przez ludzi moralnych wyborów w warunkach ekstremalnych, jakie kreuje wojna, obóz koncentracyjny czy też inne rodzaje niewolenia człowieka przez człowieka (wliczając to reakcję świata – zarówno zwykłych ludzi, jak i ówczesnych politycznych liderów – na Holokaust).

Narracja w filmie przebiega raczej płynnie, co moim daniem jest zasługą nie tylko dobrego scenariusza, ale i montażu. Wizualnie i dźwiękowo obraz wydaje mi się bez zarzutu, gra aktorska jest poprawna (choć nie przekonała mnie do końca kreacja Łukasza Simlata, aktora skądinąd wszechstronnego i utalentowanego, wcielającego się w postać Karskiego, być może dlatego, iż można ją było konfrontować na bieżąco z autentycznym Karskim pojawiającym się równolegle we fragmentach dokumentalnych włączonych do filmu). Wątek współczesny dość zgrabnie jest wpleciony w stopniowe odkrywanie Karskiego przez młodych ludzi, którzy chcą uchwycić istotę tego człowieka – jego osobowość, charakter i Tajemnicę – i przedstawić to w swoim filmie o nim. Wszystko to działa mimo pewnej schematyczności (można ją nazwać publicystyczną) w wyłuskiwaniu i akcentowaniu owych „dylematów współczesnego świata”, o jakich mówiła reżyserka filmu, odnoszących się np. „faszyzacji” polskich „narodowców”, do wojny na Ukrainie, do problemu uchodźców, czy nawet do zagranicznej polityki Stanów Zjednoczonej oraz faktycznego rozniecania i podsycania konfliktów zbrojnych w różnych rejonach świata przez Zachód.

Nic właściwie nie mam przeciwko temu misz-maszowi wypełniającemu film Magdy Łazarkiewicz, jednakże pewne zastrzeżenia budzi we mnie obraz Jana Karskiego, jaki pokazują nam na ekranie jego twórcy. Obraz, który niby jest nakreślony i widoczny, ale mało jednak (jak na moje oczy) wyraziście i przekonująco.
Być może jest w tym pewna konsekwencja, bo przecież na samym początku filmu widzimy, że nawet filmowy reżyser, który ma – nota bene z okazji Roku Jana Karskiego – nakręcić o nim film, chce z tego zrezygnować ponieważ, mimo przedarcia się przez wszystkie możliwe dokumenty i materiały o Karskim, nadal nie może uchwycić tego, kim Karski był naprawdę: czy był bohaterem i zwycięzcą, czy też człowiekiem, który poniósł fiasko, bo nie uratował ani jednego Żyda, ani nawet nie zabił żadnego Niemca (nigdy nie biorąc udziału w bezpośredniej walce z bronią w ręku). Muszę przy tym zaznaczyć, że te ostatnie argumenty, mimo, że były podnoszone przez samego – wątpiącego w swój sukces – Karskiego, do mnie nie przemawiają, ale uzasadnienie tego zajęłoby tu zbyt dużo miejsca.

Magda Łazarkiewicz (przypominam: siostra Agnieszki Holland, reżyserki filmu „W ciemności” również nawiązującego do Holokaustu) i współtwórca scenariusza Dominik Rettinger, skupili się wyraźnie na wątku żydowskim w misji Karskiego lecz musimy pamiętać, że nie tylko on był przedmiotem tej misji, o czym wyraźnie mówi w jednym ze swoich wywiadów sam Karski. Bowiem na sercu leżały mu także inne sprawy polskie: losy całego społeczeństwa, problem Polskiego Państwa Podziemnego, zagrożenie komunizmem, kwestia granic powojennej Polski i suwerenności naszego kraju. W pewnym sensie misja Karskiego została niejako „zawłaszczona” – głównie przez środowiska żydowskie w Ameryce i słynnego dokumentalistę Lanzmanna – sprowadzona do jednego tylko wątku: zagłady Żydów w Polsce i próby uświadomienia tej tragedii obojętnemu na nią Zachodowi. Zresztą, w taki rodzaj narracji dał się uwikłać sam Karski, który na dodatek zaczął usprawiedliwiać europejski porządek pojałtajski, przez co popadł w konflikt z Kongresem Polonii Amerykańskiej i samym Janem Nowakiem Jeziorańskim.

Tak więc, jest sporo sprzeczności w postawie (czy też raczej postawach) Karskiego, który miał tendencje do pewnej mimikry – przystosowywania się do zmieniającego się środowiska, do zmieniającej się historycznej narracji, czy wreszcie do mitologizacji samego siebie (wbrew temu, że werbalnie własną osobę umniejszał).
Wprawdzie ten, jak najbardziej potrzebny film Łazarkiewicz zdołał uniknąć pułapki uczynienia z Karskiego postaci „większej jak życie”, ubohaterowienia go ponad miarę (co w pewnym sensie by go odhumanizowało), to jednak nie do końca uczynił z niego pełnego człowieka, gdyż nie podjął kilku istotnych wątków jego życia oraz pominął pewne charakterystyczne cechy jego osobowości, które jednak rzucają się w oczy, kiedy oglądamy autentyczne zapisy wystąpień Karskiego. Zawsze jednak można do nich wrócić i postarać się samemu o poznanie i zrozumienie tego wyjątkowego człowieka. Wszak ostatnie zdanie zawsze należy do widza.

.

Jakie są reakcje prominentów na Zachodzie na horrendalne wieści, jakie Karski wiezie im z okupowanej Polski? (Kadr z filmu Magdaleny Łazarkiewicz: Jan Karski rozmawia ze Szmulem Zygielbojmem w Londynie)

Jakie są reakcje politycznych prominentów na Zachodzie na horrendalne wieści, jakie Karski wiezie im z okupowanej Polski? (Kadr z filmu Magdaleny Łazarkiewicz: Jan Karski rozmawia ze Szmulem Zygielbojmem w Londynie)

.

UWAGA: Film obejrzany w ramach rozpoczętego niedawno w Chicago Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.

„RÓŻA”, „W IMIENIU DIABŁA”, „JOANNA”…

… o filmach 23. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, cz. I

Gehenna kobiety z Mazur - odkrywanie kolejnych "białych plam" z naszej niedawnej historii (Agata Kulesza jako "Róża")

*

„RÓŻA” (reż. Wojciech Smarzowski)

** * * * * *

Takiej ilości gwałtów nie widziałem chyba jeszcze w żadnym z obejrzanych przeze mnie dotychczas (w całym moim życiu) filmów, a zebrało się ich przecież sporo. Wiem, że nie jest dobrze rozpoczynać recenzję filmową od takiego zdania, ale cóż… skoro sam reżyser bez litości serwuje nam obraz za obrazem nasycony tak intensywnym okrucieństwem – i to w tak wielkim nagromadzeniu i naturalistycznym natężeniu – to widocznie jego zamiarem było mocne potrząśnięcie widzem. Więc niech się nie dziwi, że ten widz może się poczuć nieco obolały i wyda przy tym jęk. Skądinąd wiem, że Smarzowski przedstawiając swoją „Różę” chciał nam ukazać przede wszystkim „miłość” (sam to wielokrotnie podkreślał). Niestety, nie jestem do końca przekonany o tym, czy ja ową „miłość” w całym tym horrendum odczułem. Byłem bowiem tak przezeń rozbity (przybity), że miłosne akordy, jakie mogły świadczyć o rodzeniu się uczucia między niemiłosiernie pokaleczonymi ludźmi (a zaczęły one wybrzmiewać dopiero pod koniec filmu), wydały mi się zbyt odległe, głuche i niestety uświadomione nam trochę poniewczasie.

Napisawszy to wszystko mogę się teraz zastanowić nad tym, czy reżyser filmu Wojciech Smarzowski jest zdolny do ukazania miłości w jej czystym, lirycznym entourage – bez wchodzenia w groteskę („Wesele”), ponury nadrealizm („Dom zły”) czy też w pełną przemocy rzeczywistość („Róża”). Pewnie tak, bo należy on do tej grupy reżyserów, którzy bardzo elokwentnie i sugestywnie potrafią posługiwać się językiem kina, jak również sprawiają wrażenie, iż są w stanie totalnie zapanować nad filmową materią, mimo że nie podchodzą do niej z jakąś gotową, wynikającą z premedytacji, formułą (tak mi się przynajmniej wydaje, znając predylekcje reżysera do improwizacji). Jednym słowem, Smarzowski jest reżyserem nietuzinkowym, co wykazał kręcąc właśnie „Wesele” i „Dom zły” – jedne z najlepszych polskich filmów ostatniej dekady.
I mimo wszystko „Różę” też można do nich zaliczyć.

Gwałt za gwałtem - mimo uwikłania przemocą Wojciech Smarzowski nadal w zankomitej formie

Gwałt za gwałtem - mimo wikłania się w przemoc, Wojciech Smarzowski nadal w znakomitej formie

Miłość miłością, ale Smarzowskiemu udało się opowiedzieć swą „Różą” o nikczemności czasów tuż powojennych, którą w PRL-u nie tylko programowo przemilczywano, ale i skrzętnie zacierano jej ślady. Zamiast tego mieliśmy westernowy romantyzm ziem odzyskanych („Prawo i pięść”, „Wilcze echa”) czy komediową poczciwość „Samych swoich”. A jeśli już polskie kino decydowało się pokazać krew („Ogniomistrz Kaleń”) to w zawłaszczonych przez polityczną poprawność proporcjach: dobrych naszych i złych obcych – z małymi tylko wyjątkami. Wróg był jasno określony. Nawet jeśli to był wróg klasowy – bo to, że wszyscy Niemcy w mundurach byli wcieleniem Zła, wysysaliśmy już z mlekiem matki, tudzież karmiąc się pop-kulturową rozrywkową papką w rodzaju „Czterech pancernych i psa” czy „Stawki większej niż życie” – serialami skądinąd wspominanymi przez nas ze zrozumiałym i usprawiedliwionym chyba sentymentem. Wiedzieliśmy wprawdzie, że znęcającymi się nad nami bestiami byli także Ukraińcy, ale o niektórych „wrogach” (np. o Mazurach, których spotykamy w „Róży”) to jednak w ogóle nie słyszeliśmy (i tylko czasami przebijał się przez to jakiś – dajmy na to – Kaszub, w postaci choćby Tuskowego dziadka z Wehrmachtu).

„Róża z Mazur” (taki bodajże był roboczy tytuł filmu Smarzowskiego) to historia Mazurki (w tej roli świetna Agata Kulesza), wdowy po żołnierzu Wehrmachtu, która stara się przeżyć na kresowej wsi w swoim wielkim i spustoszonym przez wojnę gospodarstwie, nękana zarówno przez Polaków (Mazurzy, wiadomo, to najwierniejsze ziomki Hitlera, więc trzeba się ich było z polskiej ziemi pozbyć), jak i Sowietów (ci, jak to widać na filmie, gwałcili i zabijali właściwie wszystko co się ruszało – nie wdając się raczej w zbytnie subtelności narodowościowych rozróżnień). Do domu Róży trafia Tadeusz (znakomite wystąpienie Marcina Dorocińskiego)  były członek AK, uczestnik Powstania Warszawskiego, w którym zabito jego żonę. Między tą dwójką ludzi nawiązuje się (z trudem) coraz bliższa relacja, a nad wszystkim ciąży atmosfera permanentnego zagrożenia (symbolizowanego niejako przez miny, jakich pełno jest na polach Róży), które zbyt często niestety ukonkretnia się w ciągu tragicznych i bolesnych wydarzeń i nieszczęść, jakie tych ludzi nie tyle dotykają, co sukcesywnie dobijają.
Tak, ciężki to film, ale ciężki tym ciężarem, pod którym, nawet jeśli czujemy się nim przytłoczeni, to odnajdujemy jakąś prawdę o życiu, dzięki czemu to doświadczenie ma w sobie pewną katarktyczną moc, dostarczając nam swoistej – być może nawet mającej coś z przewrotności – satysfakcji.

„W IMIENIU DIABŁA” (reż. Barbara Sass)

** * * * * *

Zmaganie się z Bogiem i Szatanem (Katarzyna Zawadzka jako siostra Anna w filmie Barbary Sass "W imieniu diabła")

O tym jak łatwo człowiekowi pomieszać to co boskie z tym co szatańskie, zaświadczyć może szokująca poniekąd konstatacja, że więcej ludzkość wyrządziła sobie zła występując (wedle własnego mniemania) w imieniu Boga, niż (robiąc coś) w imieniu diabła. Tak, jakbyśmy nie do końca jednak dowierzali temu, że Bóg wcale nie potrzebuje naszej pomocy – podobnie, jak tej pomocy nie powinien oczekiwać od nas diabeł. Albo inaczej: tak, jakbyśmy nie za bardzo wierzyli w to, że Bóg rzeczywiście może coś w świecie, (który stworzył) zdziałać; ani w to, że w tym świecie może też mocno namieszać Diabeł.
Tu rodzi się jeszcze jedno pytanie: czy aby nasza skłonność do tego, by to co czynimy wiązać z Bogiem czy Diabłem, nie jest tylko takim metafizycznym pretekstem albo też próbą zrzucenia na jakąś zewnętrzną Moc odpowiedzialności za nasze postępki?

Do tych refleksji sprowokować może film Barbary Sass „W imieniu diabła”, choć przecież, tak naprawdę, to nie zagłębia się on swoją historią w żadną metafizykę. Wchodzi natomiast dość głęboko w to, co dzieje się z człowiekiem poddanym psychicznej manipulacji lub – wyrażając się bardziej dosadnie: praniu mózgu. I nie ważne tu jest pod jakim ideologicznym płaszczem to się odbywa – religijnym, filozoficznym, politycznym… a może sekciarskim? Istotne jest to, jak bardzo może być ten proces destrukcyjny wobec człowieka o słabej – podatnej na wpływy, sugestię i manipulacje – psychice. A podatnymi na to jest jednak wielu ludzi.

Oto widzimy grupę sióstr zakonnych (wśród nich wyróżnia się Anna – rewelacyjnie debiutująca na dużym ekranie Katarzyna Zawadzka), którym przewodzi „matka przełożona”. Ich życie biegnące w murach klasztoru, znaczone modlitwą i codzienną rutyną, z pozoru spokojne i uległe, ale w głębi nękane niepokojem, mającym swoje źródło w ich traumatycznych doświadczeniach z przeszłości, które – dzięki ucieczce do klasztornej celi i poddaniu się rygorom życia zakonnego – próbują one zagłuszyć modlitwą, uwznioślając to wszystko miłością do Chrystusa i Boga.
No właśnie: miłość. Czym jest miłość w duszy i ciele zakonnej siostrzyczki? „W imieniu diabła” głównie tym wydaje się zajmować, czego przedsmak dawała nam już skandalizująca i prowokacyjna niewątpliwie zajawka reklamowa filmu: „każdy centymetr twojej skóry poczuje Chrystusa”, co przywołało do mojej świadomości skojarzenia choćby ze „Ekstazą Św. Teresy”, słynną rzeźbą Berniniego ukazującą zakonnicę w dwuznacznej pozie i wcale już jednoznacznym grymasem na twarzy, który jako żywo przypominał zmysłowy kobiecy orgazm. Bo czyż w mistycznym uniesieniu upojnego zjednoczenia się z bóstwem nie biorą udziału te same hormony (oraz mięśnie i ścięgna), które rozpalają i targają kobietą podczas jej stosunku seksualnego z mężczyzną-kochankiem?

Gdzie leży granica między religijną ekstazą a seksualnym ekscesem?

Wobec tego zapytać można cicho i delikatnie: gdzie w takim razie leży granica między religijną ekstazą a seksualnym ekscesem? Czy dawne kulty bachiczne nie były pod tym względem bardziej szczere i mniej zakłamane, zrównując ze sobą religijny kult i dosadny erotyzm? Czy może działo się tak dlatego, że wówczas było w nas więcej zwierza, niż kulturalnego człowieka? W każdym razie obecnie, nam – wyznawcom dekalogowej etyki – nie wypada już tego robić, więc zmuszeni jesteśmy separować erotyczne profanum od rozmodlonego sacrum, a zmysłowego Diabła-pokusiciela od duchowego Chrystusa-zbawcy (w końcu, w moralności Ojców Kościoła, wstrzemięźliwy i ezoteryczny Platon wygrał z hedonistycznym i bardziej konkretnym Epikurem… o czym zwłaszcza Św. Augustyn mógłby wiele powiedzieć).

Myślę, że mimo wszystko Barbara Sass uniknęła czarno-białego stygmatyzowania swoich postaci – bo i szalona a zarazem despotyczna siostra przełożona ma w sobie dość wyraźny tragiczny rys, a i ojciec Franciszek, który egzorcyzmuje siostry zakonne (zaznaczmy tutaj, że w większości są to piękne kobiety) nie jest wyłącznie podstępnym czarcim samcem dyszącym tylko po to, by zawładnąć młodym ciałem zakonnic (naturalnie w imię Chrystusa). Oboje są opętani, zniewoleni swoją obsesją – oboje stracili zupełnie kontakt z rzeczywistością, ale wydają się być jednak uczciwi w swojej wierze w to, iż wszystko to czynią by osiągnąć jakiś wyższy – metafizyczny i boski – cel.

Barbara Sass podkreślała przed premierą filmu, że – sama będąc katoliczką – nie występuje w nim przeciw kościołowi. I ja jestem gotów jej w to uwierzyć, bo nie widzę w tym obrazie wrogości wobec katolicyzmu, ani nie wyczuwam żadnej anty-klerykalnej histerii, której nie może się dziś oprzeć wielu tzw. „liberałów”, czy też wojujących ateistów. Dostrzegam natomiast wysiłek dotarcia do źródeł religijnego fanatyzmu, próbę nazwania i odseparowania budującej i wzbogacającej człowieka religijności od destrukcyjnego szaleństwa, które tego człowieka tłamsi, upodla i w końcu niszczy. Myślę, że pani Sass – weterance polskiego kina (jest to jej pierwszy od 12 lat film!) – to się w dużej mierze udało. I choć „W imieniu diabła” nie ma nośności, ciężaru ani artystycznej klasy pamiętnej „Matki Joanny od Aniołów” Kawalerowicza, to jednak okazuje się być dość wartościowym i potrzebnym dzisiaj głosem w debacie nad naszą narodową – rozmodloną, choć często też i pogubioną – katolicką psyche.

„JOANNA” (reż. Feliks Falk)

** * * * * *

Dobrze opowiedziana, sprawnie zrealizowana filmowo, świetnie zagrana (zwłaszcza przez odtwarzającą tytułową rolę Urszulę Grabowską) historia kobiety – młodej Polki, która podczas hitlerowskiej okupacji, ukrywa w swoim krakowskim mieszkaniu żydowską dziewczynkę.
Wygląda na to, że temat II wojny światowej, tudzież ówczesnych relacji polsko-żydowskich jest niewyczerpany, jednak twórca „Joanny” Feliks Falk – jak wynikało to ze spotkania z reżyserem po projekcji filmu w Chicago – zastrzega się, że jego obraz należy przede wszystkim odbierać w aspekcie uniwersalnym, jako portret człowieka, który zmuszony jest dokonywać (zwykle dramatycznych) wyborów w sytuacjach skrajnych, w tym i takich, które decydują, nie tylko o jego „honorze”, godności i „człowieczeństwie”, ale przede wszystkim o jego życiu i śmierci. Jest w tym oczywiście coś z wyniosłości antycznej tragedii, ale sprowadzone na ziemię zwykłych śmiertelników, ukazuje człowieka w całym jego pełnym wymiarze – zarówno jako istotę ułomną, słabą, chwiejną, małą…  jak i heroiczną, twardą, solidną i wielką. I myślę, że Falk, który nota bene jest również autorem scenariusza „Joanny”, zdołał raczej temu podołać.

Walka o przetrwanie w czasach zarazy

Skąd jednak bierze się to „raczej”?
Z drobnych (?) właściwie elementów. Takich np. jak wątpliwość co do fortunności wyboru małej Sary odtwarzającej rolę żydowskiej dziewczynki (urocze i piękne dziecko, ale pozbawione chyba aktorskiego talentu); obcesowości odrzucenia Joanny przez własną rodzinę (tu rodzi się podejrzenie, iż zabieg ten miał jedynie wzmocnić martyrologiczny wymiar bohaterki i niejako ją w tym wszystkim „dobić”); pewne „przedramatyzowanie” cierpienia Joanny (które niewątpliwie było wielkie, tyle że wyłożone na ekran zbyt dosłownie i z niejakim ekshibicjonistycznym ekscesem), czy wreszcie dość nachalny chyba jednak patos zakończenia.

Jednak rzeczywiście losem Joanny widz wrażliwy mógł się tylko przejąć i tradycyjny sposób reżyserii Falka, (który oprócz tego, że jest artystą, to jest także zarazem sprawnym rzemieślnikiem kina) był w stanie wydatnie się do tego przyczynić. Chociaż z drugiej strony wystawia to film na zarzut anachronizmu ze strony tych, którym bliższy jest jednak nowoczesny, bardziej dynamiczny i swobodniejszy formalnie sposób robienia współczesnego kina. Ale to chyba bardziej kwestia stylistycznych preferencji, które sprawiają, że to co inni uważają za zaletę, inni mogą uznać za wadę.

Jest jeszcze sprawa tego (podkreślonego przez Falka) „uniwersalizmu”. Ja osobiście wątpię, czy kiedykolwiek (w najbliższym przynajmniej czasie) będziemy mogli (mam tu na myśli tzw. przeciętnego widza) odbierać uniwersalnie coś, co nawiązuje do tak wyjątkowego wydarzenia w naszej niedawnej historii, jakimi były Holocaust i niemiecka okupacja. Uważam, że niezwykle trudno jest wyjąć podobną opowieść z takiego jej historycznego kontekstu, choćby dlatego, że przecież na nim zasadza się jej istota i dramaturgiczne jądro. Wcale się więc reakcji tych widzów, (którzy w tego typu filmach dostrzegają pewne konkretne odniesienie się do relacji polsko-żydowskich tamtego okresu) nie dziwię, choć rzeczywiście sam oglądałem film tak, jak chciał tego reżyser: jako uniwersalną przypowieść o mierzeniu się człowieka z przewrotnością, niesprawiedliwością i okrucieństwem z jakim doświadcza go często bezlitosny los.