BEZ SZUMU HUSARSKICH SKRZYDEŁ – o książce Adama Leszczyńskiego „LUDOWA HISTORIA POLSKI”

rzecz o mitologii panowania – historia biedy, pogardy, opresji i wyzysku w Polsce – opór, bunt i wyzwolenie

.

Adam Leszczyński postanowił zająć się „historią dolnych 90 proc. społeczeństwa – ludzi rządzonych, a nie rządzących; biednych, a nie bogatych; zwykle niewykształconych i zawsze podporządkowanych władzy.” (Kolaż własny z wykorzystaniem obrazów olejnych Piotra Michałowskiego)

.

Zacznę od tego, co napisałem po przeczytaniu kilkudziesięciu stron książki Adama Leszczyńskiego.

..

Ciekaw jestem czy czytając „Ludową historię Polski” znajdę odpowiedź na pytania, które mi chodzą po głowie w czasie jej lektury:

– Czy kiedykolwiek ludzkość będzie funkcjonować jako społeczność, w której nie istnieje systemowy wyzysk jednych ludzi przez drugich? Wyzysk różnie nazywany – występujący w różnej formie, choć zwykle nie nazwany po imieniu i zawsze usprawiedliwiany (tłumaczony) koniecznością – zwłaszcza przez jego beneficjentów.

– Czy kiedykolwiek będziemy mogli stworzyć system społeczny i polityczny bez klas, warstw, elit, które nie byłyby uprzywilejowane? (Bo przecież już sama przynależność do elity jest uprzywilejowaniem.)

– Czy już zawsze będzie tak, że wyższa sprawność intelektualna (lepsze zdrowie, silniejszy organizm… – czyli cechy nie będące właściwie zasługą żadnego człowieka – będą wytłumaczeniem (usprawiedliwieniem) czyjejś wyższości nad innymi ludźmi, (w sensie wyższej pozycji społecznej, wyższego poziomu życia, większego uprzywilejowania… etc.)? Jeśli tak, to niesprawiedliwość jest cechą niezbywalną ludzkiej kondycji i leży u fundamentów jakiegokolwiek ustroju/porządku społeczno-politycznego (wbrew równościowym i wolnościowym deklaracjom twórców oraz egzekutorów tego systemu).

– Gdzie kończy się obopólna korzyść a zaczyna wyzysk? Przy czym nie mam tu na myśli systemów, które wręcz opierają się na przemocy i wyzysku (jak np. niewolnictwo czy feudalizm) ale ustroje uważane za demokratyczne, praworządne – kapitalistyczne czy socjalistyczne.

– Fikcjom (a czymś takim są nie tylko ustroje, światopoglądy, mity, religie, ale i prawa, instytucje społeczne i polityczne, oraz sama władza) nadajemy moc sprawczą, funkcjonującą realnie. Czy oznacza to, że wiedza zawsze musi się odnosić również do fikcji i ją (choćby po części) obejmować? Czy może istnieć wiedza ograniczona tylko do faktów w świecie, którego nie możemy w całości ogarnąć i poznać – a tym samym zrozumieć?

– Co decyduje o rozwoju (zmianie, ewolucji) systemów politycznych i społecznych? Czy na pewno jest to poczucie społecznej niesprawiedliwości, czy też wynikająca z walki klas i ludzkiej rywalizacji zmiana rozkładu sił, zmiana elit, wprowadzenie nowego „porządku” – bardziej efektywnie funkcjonującego systemu władzy i nowych form nacisku, przemocy i opresji?

– Co począć z całym tym dziedzictwem kulturowym ludzkości (dzieła sztuki, osiągnięcia naukowe, architektura, świątynie), które byłoby niemożliwe bez istnienia systemów opartych na przemocy, niewolnictwie, wyzysku jednych grup społecznych przez drugie? Jaki obecnie mamy mieć do tego stosunek moralny? (Podobnie jest z cywilizacyjnym rozwojem ludzkości związanym, czy też raczej opartym na kolonializmie, na podboju militarnym, na przemocy i siłowej opresji.)

– Czym jest wartościowanie człowieka jak nie ustalaniem i usprawiedliwieniem jego pozycji w istniejącym (narzuconym, obowiązującym) systemie społecznym? Czy bez tego (wartościowania) możliwe jest funkcjonowanie jakiegokolwiek społeczeństwa?

– Jeśli nie jesteśmy w stanie wyrugować niesprawiedliwości ze świata, to czy aby nie dlatego, że wynika ona w świecie ożywionym (w tym również ludzkim) z cech (właściwości) naturalnie nam przyrodzonych (same pojęcia sprawiedliwości czy niesprawiedliwości nabierają sensu dopiero wtedy, kiedy odniesiemy je do jakiegoś systemu etycznego, notabene przez nas samych tworzonego).

– Istniejący w danym momencie porządek społeczny zawsze wywodzony był, legitymizowany i tłumaczony jakąś siłą wyższą (Bóg, bogowie) lub inną koniecznością, zwykle ekonomiczną (zysk w kapitalizmie, „sprawiedliwość” społeczna w socjalizmie). Czy istnienie tej konieczności jest niezależne od nas? A jeśli tak, to czy nie jest ona wykorzystywana do usprawiedliwiania społecznych nierówności, eksploatacji innych i wyzysku?

– Historię piszą nie tylko zwycięzcy, ale również ci, którzy są zainteresowani taką a nie inną narracją. Autor „Ludowej historii Polski” stosuje narrację zgodnie z perspektywą ludu (uciśnionego). Czy jednak po to, aby otrzymać pełny historyczny obraz rzeczywistości, nie należy także uwzględnić narracji stworzonej z perspektywy warstw społecznych złożonych z ludzi majętnych i posiadających władzę – czyli de facto mających o wiele większy wpływ na rzeczywistość i dokonywane w niej zmiany?

greydot

Lektura w dżungli

.

.

Zastanawiałem się, czy do tekstu, który miał być recenzją książki, dołączyć powyższe notatki; a jeszcze bardziej zastanawiałem się nad tym, czy załączyć swoisty komentarz do nich, wyjaśniający ich genezę i okoliczności powstania. Ostatecznie jednak zdecydowałem się na jego ujawnienie:

Jestem w meksykańskiej subtropikalnej dżungli i czytam „Ludową Historię Polski”. Być może jednak to stwierdzenie jest mylące, bo wprawdzie dżungla jest prawdziwa (żyją w niej nawet małpy, o mnóstwie ptaków i innych gadów nie wspominając) ale ja siedzę w wygodnym fotelu, popijam zimną wodę z lodem i limonką i zamiast relaksować się tudzież upajać przyjemnym tropikiem, zaprzątam sobie (akurat teraz) głowę pytaniami odnoszącymi się do niesprawiedliwego z natury porządku świata. Pytaniami, które na dodatek są pytaniami retorycznym, z odpowiedzią – w każdym przypadku – dla nas ludzi mało radosną, czy też zgoła pesymistyczną. Bo czy odeszliśmy już wystarczająco daleko od praw dżungli?
Muszę przyznać, że jest coś z przewrotności, może nawet nieprzyzwoitości w tym, że piszę to wszystko w takich okolicznościach – korzystając z sytemu umożliwiającego mi wakacje w egzotycznym kraju, w komfortowych warunkach, z nielimitowanym dostępem do drinków i stołów, na których piętrzą się góry pysznego jedzenia. A obok ludzie, którzy na skinienie ręki usługują resortowym gościom i spełniają ich/nasze życzenia?
Czy ja na to zasługuję? Czy to jest sprawiedliwe? (Bo jeśli takie nie jest, to moje zachowanie jest niemoralne.) Czy ci wszyscy, którzy tutaj przybyli z całego świata zarobili na ten wydatek w uczciwy sposób? (Ciekawostką jest to, że około 30% ludzi mieszkających w tym samym ośrodku co my, to Polacy, którzy przylecieli tu prosto z kraju. Oczywiście powyższe pytanie odnosi się do nas wszystkich, nie tylko do moich rodaków.)
Być może te moje skrupuły i dylematy wydadzą się komuś dziwne, a może nie? Być może są zasadne, być może zupełnie bezpodstawne?
Ludzie, którzy korzystają z jakiegoś systemu i jednocześnie ten system kontestują (uważając, że jest on niesprawiedliwy) – to gatunek w przyrodzie prawie że niewystępujący (Chyba, że mamy do czynienia z Hollywood.) Zwykle, jeśli ktoś się jakiemuś systemowi sprzeciwia, to nie jest jego beneficjentem i czuje się przez ten system wykorzystywany. Choć i to nie jest takie powszechne, bo jednak ludzie w zdecydowanej większości (niemal wszyscy) są konformistami.
A kontestatorzy (rewolucjoniści) – wbrew temu co sami deklarują – chcą z klasą dominującą (uprzywilejowaną, wyzyskującą innych) zamienić się miejscami. Po to najczęściej dążą do władzy – a nie po to, by ulżyć doli współbraci. Czego w historii wielokrotnie byliśmy świadkami.
Koniec końców można niestety stwierdzić, że nie ma sprawiedliwości na świecie – i nie będzie. I żaden system nie może tego zmienić. Ale czy naszym obowiązkiem nie powinno być to, by się zachowywać tak, jakby ta sprawiedliwość była? (I niekoniecznie musi to mieć cokolwiek wspólnego z hipokryzją.)

greydot

Wieś galicyjska – lata 20-te XX wieku  (fot. archiwum, autor nieznany)

.

.

No i jestem już po przeczytaniu książki. Czy dzięki tej lekturze poznałem odpowiedzi na zadane w pierwszej części pytania? Bynajmniej. Zresztą, już wtedy, kiedy je formowałem, wiedziałem, że wiele z nich to są pytania retoryczne, na które odpowiedź brzmi pesymistycznie, albo na które zgoła nigdy nie otrzymamy odpowiedzi. Jednakże wydaje mi się, że wszystkie z tych pytań są zasadne i poruszają bardzo ważne kwestie funkcjonowania systemów władzy, mechanizmów i sposobów podporządkowania sobie (i wykorzystywania/wyzysku) innych ludzi – ważne w każdej epoce, a tym bardziej w czasach, w których żyjemy my sami. I już na tym polega wartość książki Adama Leszczyńskiego, że prowokuje do takich przemyśleń i uwrażliwia na (nie)dolę ludzi krzywdzonych, „podrzędnych”, wykluczonych, rządzonych – poddanych wyzyskowi i opresji – zwłaszcza jeśli jest to proces rozłożony na stulecia, czy nawet (jak w tym przypadku) na millenia.

karkołomność

Muszę przyznać, że książkę czytałem z ciekawością, choć przydługi rejestr dokumentów ujawniających ciemiężenie warstw niższych przez wyższe mógł nieco nużyć (przy okazji zastanawiałem się wtedy, czy aby taka masa – monotematycznych w sumie – tekstów źródłowych, nie jest jednak wadą pozycji popularno-naukowej, jaką jest chyba praca Leszczyńskiego). Dość szybko zdałem sobie sprawę z tego, że autor porwał się na temat wręcz monumentalny, na którym można było polec, zwłaszcza jeśli stosuje się tak karkołomną optykę kontrapunktu dla dominującej jednak w naszym kraju (zwykle elitarnej) narracji narodowo-konserwatywnej – pełnej, jak to ktoś określił „szumu husarskich skrzydeł” –  podkreślającej wielkość i nieugiętość polskiego narodu, jego przywiązanie do tradycji i katolicyzmu, bohaterstwo i zaangażowanie w walce o niepodległość. (Czy można się jednak dziwić, że każdy naród chce mieć o sobie dobre mniemanie i zwraca głównie uwagę na to, co w jego historii było dobre? Wiem, wiem… znam już zarzuty na takie stwierdzenie. Może tylko wspomnę, że jestem zwolennikiem zachowywania – także w badaniach historycznych – właściwych proporcji).
Cóż, Leszczyński w tej trudnej i wielkiej robocie trzyma fason, ale momentami jednak kuleje (o tym poniżej) i wiele ważnych wątków wymyka się mu spod pióra (np. różnorodność polskiej wsi pod poszczególnymi zaborami, znaczenie mieszczaństwa, również składającego się głównie z biedoty), ale generalnie udaje mu się zachowanie narracyjnego tempa i ukazanie ciągłości systemowego poddaństwa – dziejów pańszczyzny i uwłaszczenia – oporu i emancypacji polskiego ludu. Mnie szczególnie zainteresowało to, co autor pisał o położeniu polskich chłopów i robotników w XIX i XX wieku. Może dlatego, że była to (według mnie) analiza bardziej kompleksowa (i mniej przyczynkarska), niż ta, która odnosiła się do wieków wcześniejszych. Szkoda, że to wszystko w książce kończy się praktycznie na tzw. transformacji ustrojowej lat 1989/91. Osobiście namawiałbym Adama Leszczyńskiego do napisania monografii poświęconej szerokim grupom społecznym, które na ówczesnych przekształceniach własnościowych i transformacji gospodarczej ucierpiały – co byłoby poniekąd kontynuacją podjętego tu przez niego tematu (ale chyba bardziej ryzykowną).
Książka doczekała się tak wielu pozytywnych opinii, że nie chcę ich tutaj powielać – tym bardziej, iż ze sporą ich częścią się nie zgadzam – a już na pewno nie z tymi entuzjastycznymi. Może wiec tylko zakreślę pokrótce własne – oczywiście, że subiektywne – przemyślenia, uwagi i wrażenia wyniesione z tej lektury.

perspektywiczna wybiórczość

Rozumiem intencje i motywy jakimi kierował się autor „Ludowej historii Polski”, by w swojej narracji historycznej przyjąć perspektywę niższych warstw społecznych (głównie chłopstwa, a potem także i robotników), podporządkowanych elitom władzy (politycznym i ekonomicznym), ale według mnie, przyjmując taką postawę, Leszczyński postępuje podobnie, jak ci, którzy w swoich relacjach i opracowaniach historycznych zupełnie ignorowali „lud” (tych, którymi się rządziło), czyli de facto zdecydowaną większość społeczeństwa, skupiając się na dość wąskim marginesie społeczeństwa tworzonym przez warstwy uprzywilejowane (czyli tych, którzy rządzili).
Innymi słowy to, że perspektywa opisu historycznego zostaje dokładnie odwrócona, nie zmienia pewnej nierzetelności metodologicznej, którą stosuje się w obu przypadkach. Mało tego: to, że oko historyka skupia się właściwie tylko na warstwie podporządkowanej (rządzonej), a nie na elitach władzy (warstwie rządzącej) – choć także na relacjach między tymi grupami społecznymi (lub ich braku) – utrudnia nam (jeśli wręcz nie uniemożliwia) zrozumienie przeszłości, tym bardziej, że kształtowana była ona właśnie niemal całkowicie przez decydenckie elity (gdyż jest to zupełnie naturalny proces cywilizacyjny). A tu Leszczyński dość bezceremonialnie ignoruje i pomija całe pola wiedzy historycznej, przedstawiając tylko te, które go interesują (i są zgodne z polityczną wymową jego książki, ergo wynikają z jego własnej ideologicznej orientacji), wyjmując je praktycznie z szerszego kontekstu.
A musimy pamiętać, że dany fakt historyczny posiada sens poznawczy i znaczenie tylko wtedy, kiedy umieszczony jest w jak najpełniejszym kontekście, nie tylko ekonomiczno-politycznym (jak to ma miejsce w książce), ale i cywilizacyjno-kulturowym (czego w książce raczej brak).

ksiądz pijanica i złodziej

Książkę Leszczyńskiego zamyka ciekawy esej o metodzie, który – co charakterystyczne – otwiera „Zwyczajna historia z przeszłości”, w której autor przedstawia (na kilku stronach) skargę chłopów na księdza Marcina (wszystko to dzieje się w pierwszej połowie XVIII w.), którą skierowali do księcia Sanguszki. Bowiem mieli już dość „Wielebnego”, który – zwykle zalany w sztok – łupił ich zagrody i domostwo, kradnąc co tylko wpadło mu w ręce (od krów i koni, po skrzynie pełne ubrań), nie wypełniał obowiązków pasterskich, czy wreszcie bił chłopów – potrafił nawet zwymyślać swoich „wiernych” podczas mszy, którą zresztą często odprawiał po pijanemu.
I teraz: mamy traktować tę przypowieść o księdzu warchole jako reprezentatywną dla roli i zachowania całego stanu duchownego (a tym samym definiującą charakter ówczesnego Kościoła Katolickiego), czy też odebrać ją jako przykład ukazujący zepsuty margines duchowieństwa?
Jestem pewien, że Leszczyński wybrał ten incydent, aby właśnie ustalić tę pierwszą perspektywę: cały stan duchowny gnębił i wykorzystywał lud, księża mieli gdzieś wartości chrześcijańskie i swoje obowiązki wobec wspólnoty, a Kościół był instytucją z gruntu opresyjną.
Dysponuję przesłankami (a raczej dowodami) na potwierdzenie tego mojego przekonania, ale o nich za chwilę.

marksistowska przewrotność

Bo oto zaraz po rozdziale przywołującym casus księdza-pijanicy-utracjusza, mamy następny zatytułowany: „Marksizm i reakcja w polskiej historiografii”, traktujący o pojawieniu się historyków marksistowskich, którzy – jak pisze Leszczyński – zarzucali głównemu nurtowi narodowej historiografii „błędne założenia metodologiczne”, „odchylenie nacjonalistyczne”, „klasowy, reakcyjny sposób oceniania rzeczywistości historycznej”.
Co jest według mnie niesłychanie paradne, bo marksiści zrobili dokładnie (a na dodatek programowo i dobitniej) to samo: stosując odchylenie proletariacko-ludowe, przyjmując jeszcze bardziej klasowy sposób oceniania rzeczywistości historycznej. Czyli, co za tym idzie, sami posłużyli się (jak najbardziej błędnymi) „błędnymi założeniami metodologicznymi”.
Wynikało to z ich spostrzeżenia, że „nie ma politycznie neutralnych faktów i nie istnieje politycznie neutralna nauka historyczna” – co naturalnie, mimo pozornej oczywistości, można według mnie poddać filozoficznej krytyce i ocenie rzetelności historycznych badań.
Wprawdzie Leszczyński pisze, że „Staliniści wyciągnęli (..) krańcowe wnioski z takiej diagnozy”, ale sam stosuje nie inną, tylko właśnie marksistowską metodę pracy nad historią, mówiąc (w jednym ze swoich wywiadów) wprost: „Wybór tematu badawczego jest deklaracją polityczną, i nie ma materiałów badawczych, które są neutralne – sam ich wybór jest deklaracją”.
Z tego wniosek, że jego książkę trzeba uznać właśnie za deklarację polityczną. Co w moich oczach w pewnym sensie ją kompromituje – i to nie tylko dlatego, że mam dość całej tej prawicowo-lewicowej nawalanki, jaka w ostatnich latach nasiliła się w kraju do poziomu uniemożliwiającego jakąkolwiek sensowną dyskusję między obozami tzw. „prawicy” i tzw. „lewicy”. (Ujmuję te słowa cudzysłowem, gdyż z tradycyjnymi, klasycznymi pojęciami w obecnej rzeczywistości politycznej nie mają już one wiele wspólnego, a w praktyce są używane do identyfikacji i stygmatyzacji „wroga”).

greydot

Wieś polska – początek XX wieku (zdjęcie archiwalne, autor nieznany)

.

Leszczyński: „ludowa historia Polskie nie może być historią Polaków”

Autor książki, mierząc się z napisaniem ludowej historii Polski oświadcza, że musi ona „stawiać interesy i potrzeby ludzi podporządkowanych na pierwszym miejscu i stanowić całkowitą reinterpretację narodowej historii z ich perspektywy”. Zdając sobie sprawę z trudności zdefiniowania samego pojęcia „ludu” autor deklaruje, że taka historia powinna być „historią dolnych 90 proc. społeczeństwa – ludzi rządzonych, a nie rządzących; biednych, a nie bogatych; zwykle niewykształconych i zawsze podporządkowanych władzy.
Ale Leszczyński zaskakuje bardzo takim oto zdaniem: „‘Ludowa historia Polski’ nie da się więc w żaden sposób sprowadzić do ‘ludowej historii Polaków (i Polek)’” Jeśli tak, to błędem jest także pisanie „Ludowej historii Polski”, bo przecież sama Polska jest/była tworem w pewnym sensie fikcyjnym, bezosobowym – no i zniknęła, jako twór państwowy, z mapy Europy na sto kilkadziesiąt lat.
Zdanie ostatnie napisałem oczywiście z przekąsem, bo sądzę, że oświadczenie Leszczyńskiego wynika z jego fobii (anty)narodowej, sceptycznej wobec samego pojęcia „Naród” (którego istotę i historyczny byt poddaje się ostatnimi czasy rewizji) – z obawy, by broń Boże nie nazwać Polakami (Polkami) ludzi, którzy bynajmniej Polakami się nie czuli, choć żyli w kraju uważanym za Polskę.
Absolutnie nie mogę mieć żadnych pretensji do Leszczyńskiego, że „pochylił się” nad „ludem” – tutaj: ludźmi podległymi, wykorzystywanymi, biednymi – zwracając uwagę na ich wyzysk przez klasy wyższe oraz formy oporu, jakie stosowali (wręcz przeciwnie: jestem mu za to wdzięczny, gdyż ja sam zawsze identyfikowałem się bardziej z tymi „słabszymi”, „przegranymi”, „wykluczonymi” – wywodzącymi się z różnych narodów i ras, w różnych okresach historycznych, i w różnych częściach świata – o tym, że sam wywodzę się ze środowiska wiejskiego nie wspominając). Mam natomiast pretensje, że zaburzył on jednak proporcje, zupełnie ignorując pewne cywilizacyjne aspekty opisywanej rzeczywistości – przez co czasami odnosiłem wrażenie, jakby ów jego „lud” żył w jakiejś kulturowej próżni, otoczonej wrogimi, niewolącymi go siłami pochodzącymi w sumie od niewielkiej warstwy społecznej złożonej z ludzi posiadających władzę i (tu moja pretensja się wzmacnia!) zajmującymi się niczym innym, jak tylko tego „ludu” gnębieniem. No i składającymi się przy tym z samych brutali, oprawców i krwiopijców (lekka moja przesada zamierzona).
A tak przecież nie było.

nie ma polskości beż tożsamości

To jest mój główny zarzut wobec książki Leszczyńskiego. I stąd według mnie wynika jej zasadnicze ograniczenie, bo usuwa ona (nie tyle w cień, co w ogóle) z pola widzenia rzeczy wręcz fundamentalne i najbardziej istotne dla zrozumienia polskiej historii – i tzw. polskiej „tożsamości”. Tak, tak, głównie narodowej – bo czy nam się to podoba, czy nie, to dzięki niej właśnie Polska nie zginęła z mapy świata na zawsze, a Polacy nie żyją gdzieś na peryferiach innych państw, jak np. dzisiejsi Tybetańczycy, Palestyńczycy, czy Kurdowie.
Ponadto, poprzez to swoje zafiksowanie na rejestrze (niewątpliwych, i przyznaję, że często strasznych) krzywd ludności uciskanej, autor zupełnie nie analizuje genezy (ani nawet podstaw) opresyjnego bez wątpienia systemu – nawiązując wprawdzie do jakiejś „mitologii panowania”, ale jest to zbyt efemeryczne (legendarne) i hipotetyczne, aby było przekonujące. Według mnie, tu aż prosiłoby się spojrzenie antropologiczne – tak jak to zrobił w swoich książkach choćby Yuval Noah Harari (głównie w „Sapiens: od zwierząt do bogów”), który również pisze o mitologii panowania, jako o fikcji, ale w taki sposób, że rozumiemy (już zupełnie rzeczywiste i twarde) podstawy systemów władzy, jakie wymyślił człowiek (wykorzystując swoją własną podatność na podporządkowywanie się fikcjom, notabene również tworzonych – wraz z całą kulturą – przez Homo sapiens).

Kościół opresyjny, szlachta do niczego

Są jeszcze inne braki w tej książce. Uderzyło mnie np. to, że niemal zupełnie pominięta została w niej rola Kościoła – ta w kształtowaniu, jak i utrzymaniu polskiej świadomości historycznej i narodowej tożsamości, o której przed chwilą wspomniałem, uznając ją za warunek sine qua non przetrwania przez nasz kraj jego państwowego niebytu (zabory), czy nawet „wybicia się” Polski na niepodległość – pozbycia się sowieckiej kurateli i utworzenia demokratycznego państwa (Solidarność).
Leszczyński pisze w zasadzie wyłącznie o opresyjnym działaniu Kościoła wobec ludności z niższych warstw społecznych i jego roli w utrzymywaniu panującego systemu władzy, ucisku i wyzysku, jakby zapominając o tym, że był on dla przytłaczającej większości „ludu” źródłem wiary, kreując system wartości w perspektywie metafizycznej – nadający sens ich (to prawda, że w przytłaczającej mierze marnemu) życiu, niosącego pociechę, nadzieję i egzystencjalną ulgę (no, ale to są argumenty, które lewicowi „myśliciele” mogą raczej wyśmiać).
Co chcę przez to powiedzieć? Otóż to, że Kościół, jaki był to był, ale działał nie tylko w sferze opresji, porządkując chaos niezrozumiałego dla człowieka świata, ubogacając go w sens i wartości etyczne. Tak więc, ksiądz miał gigantyczny wpływ na to, co się działo we wsi, ale nie tylko „biorąc chłopa za mordę” i prowadząc przy tym życie pijaka, próżniaka, łupieżcy i niegodziwca (jak to sugeruje „Ludowa historia Polski”). Była też olbrzymia sfera wpływu pozytywnego księży i Kościoła (podobnie zresztą, jak szlachty), czym było np. (oprócz aspektów wyżej wymienionych) budowanie i utrzymywanie poczucia wspólnoty, wzajemnej pomocy, opieki i obrony, redukowania agresji. Jak by na to nie patrzeć, to właśnie Kościół określał światopogląd ludu.
Leszczyński traktuje tego rodzaju wpływ i znaczenie Kościoła, jakby go nie było, ale kiedy pisze o strajkach czy oporze – czy to chłopów, czy to robotników – to podaje też (choć tak jakby mimochodem) przykłady religijności tych ludzi (śpiewanie religijnych pieśni, odmawianie różańca, odprawianie mszy). Z sufitu – i z samego prania mózgu – to się jednak nie wzięło.
W podobnie idiosynkratycznej odsłonie funkcjonuje w książce Leszczyńskiego cała szlachta. A przecież nie była to grupa społeczna do cna zepsuta, wyzbyta wszelkich wyższych wartości. Wręcz przeciwnie. Nie bez kozery do dzisiaj używa się słowa „szlachetny” na określenie czegoś dobrej jakości, rzetelnego, nobliwego, porządnego… Wystarczy zapoznać się całą masą synonimów słowa „szlachetny”, by sobie uświadomić z czym powszechnie jest ono kojarzone do dzisiaj. (O wartościach wpisanych w hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna” tudzież o patriotyzmie nawet nie wspominam, by znów nie wywołać gestów politowania czy wręcz rechotu sił tzw. „wyzwolonych” i „postępowych”, reagujących spazmem na samą ich wzmiankę). Chociaż (wiem, że to wygląda tak, jakbym sam sobie tutaj zaprzeczał) szlachta rzeczywiście – zwłaszcza w XVIII wieku – okazała się do niczego, sprzeniewierzając się swoim ideałom i wartościom, bankrutując moralnie i oddając (formalnie) nasz kraj w obce ręce.

marksista o Kościele

Nie, w ludowej historii naszego kraju Kościół nie był tylko wspólnikiem opresyjnego systemu, jak chce nasz lewicowy historyk. Był również (może nawet przede wszystkim) organiczną częścią ludzkiej świadomości i polskiej tożsamości, stanowiąc jej kulturowy fundament – na dobre i na złe – czy to się komuś podoba, czy nie.
Kościół tamtego czasu był więc nie tylko źródłem opresji, ale wręcz konstytuował rzeczywistość, w jakiej żyli ludzie nie tylko w katolickiej Polsce, ale i w innych krajach Europy. Stanowił jakby centrum wiejskiego (i nie tylko wiejskiego) uniwersum. Pozwolę sobie tutaj zacytować to, co o Kościele napisał Karl Kautsky, notabene pierwszej wody marksista: „Jest rzeczą powszechnie znaną, że prawie całą wiedzę średniowieczną można było znaleźć jedynie w kościele i że to on dostarczał wówczas budowniczych, inżynierów, lekarzy, historyków i dyplomatów. Cale życie materialne ludzi, a wraz z nim i całe ich życie duchowe miało swe źródło w kościele; a przeto nic dziwnego, że kościół trzymał w swej władzy całego człowieka, że nie tylko określał jego sposób myślenia i odczuwania, ale i wszystkie czyny jego. Narodziny, ślub, śmierć dawały kościołowi powód do wkraczania w życie i obyczaje, a co więcej, kościół regulował też wówczas i kontrolował pracę, odpoczynek i święta. Rozwój ekonomiczny uczynił też kościół nieodzownie potrzebnym nie tylko dla jednostek i rodzin, ale i dla państwa.”
Tego typu stwierdzeń historycznych bardzo mi w książce Leszczyńskiego brakuje.

greydot

Kościół jako centrum wiejskiego wszechświata (Franciszek Kostrzewski, „Odpust na wsi”)

.

chłop niekulturalny

Paradoksalnie, w książce poświęconej historii ludu, nie ma praktycznie śladu ludowej kultury, tradycji, zwyczajów – brakuje obiektywnego, etnograficznego obrazu polskiej wsi. Autor zupełnie nie zajmuje się normalnym życiem chłopa – swoistą symbiozą w jakiej żyli pan, wójt i pleban (czyli szlachta/ziemianie/dworzanie, chłopi oraz duchowieństwo), którzy przecież nie tylko ze sobą walczyli. Tak, jakby za normę przyjmował permanentną przemoc. (Chociaż rzeczywiście, podległość i poddanie zawsze są jakąś formą działania przemocy, która jest domeną i atrybutem każdej władzy, zwłaszcza tej niedemokratycznej).
Skupienie się na samym wyzysku, gwałcie i oporze w życiu ludzi zamieszkujących nasz kraj (w różnych, zmieniających się granicach) być może uatrakcyjnia książkę w oczach czytelnika, (zwłaszcza takiego, który wpisuje się w dzisiejsze „progresywne” trendy lewicowe) ale powiela ten sam błąd badaczy przeszłości zajmujących się tylko walką elit o władzę, podbojem, bitwami… (które to podejście sam Leszczyński kontestuje).

podmiot czy pomiot?

Zadam teraz pytanie prowokacyjne: czy w ogóle lud może być podmiotem historii? Wydaje mi się, że w historii naszego kraju nigdy nie był – bo chyba nie mógł być, zwłaszcza kiedy panował system feudalny. (Co widoczne jest zwłaszcza w przypadku Rzeczpospolitej szlacheckiej i jej sukcesu jakim był tzw. złoty wiek Polski, charakteryzujący się – nie tylko mityczną – siłą i znaczeniem państwa polskiego w Europie. Co niestety nie przełożyło się na dobrostan chłopów, a wręcz przeciwnie – spowodowało ich dalsze zubożenie i jeszcze większe ubezwłasnowolnienie).
Wprawdzie komuniści tworzący pod „patronatem” Rosji sowieckiej Polską Rzeczpospolitą Ludową, twierdzili, że jest ona państwem „ludu pracującego miast i wsi”, ale i oni byli uzurpatorami władzy, która w dużej mierze wyzyskiwała chłopów i robotników (o czym, trzeba to przyznać, Leszczyński otwarcie pisze).
Tym bardziej lud (mimo że stanowił owe 90% ludności kraju) nie mógł być takim podmiotem w czasach feudalizmu i pańszczyzny. Dlatego też pretensje dzisiejszych lewicowych rewizorów historii, że ludzie ci w dotychczasowej – konserwatywno–tradycyjnej narracji historycznej – stanowili zaledwie tło dla działalności warstw wyższych (szlachty, magnaterii, króla), wydają mi się nietrafione. Z tego prostego powodu, iż rzeczywiście (zgadzam się, możemy nad tym ubolewać) ich rola sprawcza i decyzyjna w świecie, w którym żyli, była bardzo mała lub zgoła żadna (w perspektywie europejskiej było tak chyba do czasów rewolucji francuskiej pod koniec XVIII wieku, a może aż do Wiosny Ludów w połowie wieku XIX). Czyli lud przez lwią część nie tylko polskiej, ale i europejskiej historii w ostatnim tysiącleciu, BYŁ tłem. I jeśli teraz Leszczyński odwraca perspektywę i jak tło traktuje warstwę wyższą – dzierżącą władzę, decyzyjną – to coś tu zgrzyta.

historyk aktywista

A wracając do metodologii.
Nie uważam, że historyk powinien być – jak to określił autor jeszcze bardziej kontrowersyjnej „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” Howard Zinn – „uczonym aktywistą”, który uwypukla jedne zdarzenia kosztem drugich, „rzucając się w szalone mechanizmy historii w imię wartości, w które głęboko wierzy.” „Zniekształcenie dokonywane przez historyka ma charakter nie tyle techniczny, ile ideologiczny.” – pisał w innym miejscu Zinn.
Nie podzielam tej opinii, bo odbieram ją jako programowe wręcz zniekształcanie – a przez to zakłamywanie – historii. Nie mam nic przeciwko temu, że historyk ma jakieś sympatie czy antypatie (jest też oczywiste, że wyznaje on jakiś światopogląd, który wyznacza jego system etyczny, w dużej mierze determinując jego wolę, działanie, wrażliwość i uwagę) ale jeśli wybiórczość, stronniczość i manipulacja faktami staje się modus operandi jego pracy badawczej, to ja temu panu dziękuję. W idiosynkrazji tej wspomaga mnie awersja jaką czuję do jakiejkolwiek ideologii.

bardzo drobna część prawdy

Z tego co wiem, Adam Leszczyński współpracuje z „Krytyką Polityczną”, Oko.press, „Gazetą Wyborczą”, „Polityką”, Agorą – więc siłą rzeczy jego postawa publicystyczna wynika również z politycznego aktywizmu cechującego to środowisko (Ja dziękuję Bogu, że nigdy nie należałem do żadnej ideologicznej ferajny). Kiedy więc słyszę, jak Leszczyński mówi, że „jednym z takich wielkich nadużyć dzisiejszej ‘gigantycznej’ propagandy historycznej, jest przedstawianie PRL-u jako ustroju ‘narzuconego’ – takiego, gdzie jakaś wąska elita komunistów – często żydowskich – opresjonowała bogobojnych Polaków”; jak odżegnuje się on od alternatywy, jaką mogły być po wojnie rządy innych ugrupowań politycznych, stwierdzając: „oni nie walczyli o Polskę demokratyczną, tylko o Polskę narodowo-katolicką”, ta ja się temu nie dziwię, bo to przecież optyka polityczna obowiązująca we wspomnianym lewicowym towarzystwie. Kiedy jednak słyszę, gdy Leszczyński mówi (jakby mimochodem), że „owszem, zdarzało się, że komuniści zabijali polskich patriotów, ale to wszystko było o wiele bardziej skomplikowane”, albo w podobnym tonie, innym już razem: „PRL wymordował kilkadziesiąt tysięcy osób”, ale jest to „bardzo drobna część prawdy o tamtych czasach”, to mi się jednak trochę krew burzy. Bo oto człowiek, który jednemu księdzu pijanicy i złodzieju poświęca w swojej historycznej rozprawie trzy strony, ukazując go jako reprezentanta całego duchowieństwa, o kilkudziesięciu tysiącach polskich patriotów zamordowanych przez komunistów wyraża się jako o „bardzo drobnej części prawdy o tamtych czasach”. (W ogóle zauważyłem, że Leszczyński bardzo nerwowo, wręcz alergicznie, reaguje na wszelkie wzmianki o milionach ofiar – ludziach zamordowanych przez reżimy komunistyczne/”komunistyczne”, dla których, jak by nie było, ideologicznym punktem wyjścia był marksizm,
Dziwny to rodzaj społecznej – i humanistycznej – wrażliwości.

w drodze do totalitaryzmu

Podsumowując, „Ludowa historia Polski” Adama Leszczyńskiego, mimo swoich wad (na których być może zbytnio się skupiłem) tudzież ideologicznego skrzywienia metodologicznego i programowej stronniczości autora, jest książką ważną, której lektura na pewno wzbogaciła moją wiedzę historyczną o Polsce i uświadomiła jednak pewne aspekty przeszłości, rzeczywiście pomijane w tradycyjnym podejściu historyków. Sprowokowała mnie też do tych oto przemyśleń, podgrzewając moje zainteresowanie przeszłością i mechanizmami działania władzy, której przecież – i to bez względu na jej formę i osadzenie w czasie – nigdy nie byłem fanem, a raczej kontestatorem. Zwróciła też ponownie uwagę na pewną ciągłość historyczną wyzysku jednych ludzi przez drugich, przenosząc tę świadomość na czasy nam współczesne, w których ów wyzysk nadal jest obecny, zmieniając tylko swoją formę. Warto z tego wszystkiego zdawać sobie sprawę, gdyż może to zwiększyć szanse naszego ewentualnego oporu (choćby tylko intelektualnego) przed jakąś kolejną (a podstępną i zdradziecką) formą totalitaryzmu, do której jednak świat wydaje się zmierzać – oczywiście w imię naszego bezpieczeństwa i dobrobytu.

greydot

Rodzina robotniczo-chłopska na Podkarpaciu – początek lat 50-tych XX wieku (zdjęcie z rodzinnego archiwum)

.

post scriptum

Zastanawiam się czasem, skąd też bierze się to ostatnie (wzmożone) zainteresowanie historyków (ale też i mediów, kina, literatury) ludźmi z tzw. nizin społecznych, wykluczonych, ignorowanych, słabych, wykorzystywanych… Czy wynika to tylko z empatii, chęci zadośćuczynienia skrzywdzonym i wyzyskiwanym? Czy może właśnie z przyjęcia konkretnej perspektywy ideologicznej? Tudzież z pewnej mody (akademickiej, medialnej, kulturowej) na taką, a nie inną tematykę (progresywną, lewicową, liberalną, czy jaką tam jeszcze)? Z instynktowego ulegania trendom (będących po części modą) – zbijania się w myślące tak samo gromady (kadry naukowe danej uczelni, redakcje mediów, towarzystwa wzajemnego wspierania się ideologicznego – samonakręcające się mentalnie grupy inteligentów)? A może głównym bodźcem jest dołożenie jakiejś grupie ludzi (politycznej, religijnej, opiniotwórczej), których poglądy nie zgadzają się z naszymi (zwykle „jedynie słusznymi”, należycie poinformowanymi, trzymającymi się prawdziwej prawdy)?
Innymi słowy: czy nie mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju rewizjonizmu na opak albo pędem do indoktrynacji?

* * *

PANNY, WDOWY I MATKA KRÓLÓW albo o stosunku Polaków do historii, męczeństwa i zaklęć cenzury (rozmowa z Januszem Zaorskim)

.

Janusz Zaorski: "My Polacy, jesteśmy bardzo drażliwi, ciężko znosimy krytykę i prawdę o sobie. Drażliwość wyrasta z kompleksów, a Polacy są zakompleksieni w sposób niebywały."  (zdjęcie własne)

Janusz Zaorski: „My Polacy, jesteśmy bardzo drażliwi, ciężko znosimy krytykę i prawdę o sobie. Drażliwość wyrasta z kompleksów, a Polacy są zakompleksieni w sposób niebywały.” (zdjęcie własne)

Zanim jeszcze Janusz Zaorski zaczął polityczno-kadrowe walce na Woronicza (kwatera główna polskiej telewizji) w randze prezesa Radiokomitetu; zanim jeszcze zaczął sprawiać wrażenie totumfackiego prezydenta Wałęsy, angażując się w różne przepychani „na górze” – tak więc, zanim to wszystko nastąpiło, Zaorski był filmowym reżyserem. I to reżyserem odpowiedzialnym za powstanie filmu nie byle jakiego, bo samej „Matki Królów”.
Obraz ten, jak pamiętamy, był chyba najgłośniejszym filmem polskim ubiegłej dekady i – obok „Przesłuchania” Ryszarda Bugajskiego – odstawiony przez cenzurę na półki przepastnych magazynów, obrósł z biegiem lat mitem i legendą najważniejszego z polskich „półkowników”.
„Matka Królów” – opowieść o tragicznych losach Zofii Król i jej synów, z którymi historia obchodzi się w sposób bezpardonowy – przez pięć lat nie mogła trafić do widowni. Kiedy więc spotkałem się z Januszem Zaorskim w Chicago, nie mogłem nie zapytać o to, jak czuje się twórca, który nie może zaprezentować swojego – uważanego przez wielu za najwybitniejsze – działa? A może to, iż egzystował on w świadomości filmowców, aktorów, ludzi kultury i sztuki jako film znaczący, osładzało nieco reżyserowi tę gorycz? Zawsze też mógł się on pocieszyć tym, że to wszystko pracuje na legendę obrazu, który i tak, prędzej czy później, musi trafić na ekrany.
Zaorski odparł: „Mogę mówić tylko za siebie, gdyż nie wiem jak inni twórcy czuliby się w takiej sytuacji. Myślę jednak, że większość z nich byłaby sfrustrowana. Ja psycho-fizycznie nie nadaję się na męczennika, który dobrze się czuje gdy jest bity, kopany, szykanowany… Uważam, że film robi się po to, by jak najszybciej trafił do widowni. Więc gdy ‚Matka Królów’ nie mogła do niej dotrzeć, to oczywiście było to dla mnie głęboko frustrujące. Były to czasy stanu wojennego i władze bały się, że film spowoduje dyskusje, podnieci nastroje przeciwko komunizmowi, gdyż ukazywał – co tu kryć – jak ciężko było żyć w tym ustroju.
Czy film trafi wreszcie na ekrany – tego nie wiedziałem i wiedzieć nie mogłem. Wszelkie przypuszczenia przypominałyby wróżenie z fusów. Miałem co do tego poważne wątpliwości. Oczywiście protestowałem, gdy film nie dostał debitu cenzury. Próbowałem dotrzeć do urzędnika, który był za to odpowiedzialny, lecz ten po prostu mi uciekł. Wreszcie gdzieś go dopadłem i mówię: ‚Proszę, oto protest w imieniu całej ekipy, wszyscy czujemy się pokrzywdzeni. Na kolaudacji nie negowano wartości artystycznej filmu, ci co się przyczepiali mieli na uwadze jego wymowę polityczną. Dlaczego więc nie chcecie go przepuścić?’ Na co on mi odpowiada: ‚Bo to nie jest czas tego filmu’. ‚W takim razie, kiedy taki czas nadejdzie?’ – pytam się. ‚Wtedy, kiedy partia się umocni’ – usłyszałem. Więc pomyślałem, że nigdy film nie wejdzie na ekrany, gdyż wiedziałem, że partia nie umocni się nigdy. Tak jak w tym dowcipie, co jest szczytem niemożliwości: ‚przeszczepić Polakom komunizm z dupy do głowy’. A jeśli nawet miałoby się to stać faktem, to już wolałbym, żeby film jednak został na półce.”

STAN WOJENNY I PREMIERA W WARSIE

„Matkę Królów” zaczął realizować Zaorski jesienią 1981 roku i kończył – o dziwo! – w stanie wojennym, a więc w momencie, kiedy wystarczyło małe skinięcie pazurkiem WRON-y, by zawiesić zdjęcia i wysłać całą ekipę z planu filmowego do domu, albo i do więzienia. Jak wobec tego możliwe było powstanie takiego filmu?
Zaorski wyjaśnił: „Tak, to prawda. Zacząłem ‚Matkę Królów’ jeszcze za pierwszej Solidarności, kiedy nastał stan wojenny miałem 1/3 zdjęć za sobą. W tym całym burdelu, jaki wywołał stan wojenny, tego filmu nie ruszono. ‚Matka Królów’? – a to pewnie o królowej Bonie – myślano. Tytuł nie wzbudzał żadnych podejrzeń. Więc po cichutku, w Łodzi, bez tych telefonów, faksów i teleksów, które wówczas nie działały, udało się nam go ukończyć. Dostali gotowy film – dla tych wszystkich kapturowych gremiów pasztet trudny do przełknięcia. Stąd te wszystkie korowody.”

Czy Zaorski zna reakcje widowni, kiedy wreszcie „Matkę Królów” dopuszczono na wielki ekran? Okazało się, że było to przeżycie dla reżysera specjalnego rodzaju:
„Było to w 1987 roku, czyli w bardzo nietypowym i niepewnym okresie – wspominał Zaorski. – Przyznam się, że bardzo obawiałem się tej premiery, m.in. z uwagi na nastroje, jakie wówczas panowały wśród ludzi. W czasach kiedy jest ciężko wszyscy chcą chodzić na komedie, a nie na ciężkie filmy problemowe. Jednak ku mojemu szczęściu, ludzi to wciągnęło. W warszawskim kinie ‚Wars’, na rynku Starego Miasta, film szedł przez 4 miesiące, co jest swoistym rekordem w Polsce. Nie chciano go szerzej rozpowszechniać, bo nadal się go bano. W ten sposób mogli to odfajkować i powiedzieć, że nie ma u nas problemu ‚półkowników’.
Kiedyś sam się wybrałem na projekcję, by zobaczyć jak widzowie na ‚Matkę Królów’ reagują. Kolejki były ogromne, koniki sprzedawały bilety po cenie 10-krotnie wyższej, niż w kasie. Po seansie rozległy się oklaski i ludzie zaczęli śpiewać ‚Jeszcze Polska nie zginęła’. Pomyślałem, że trafiło mi się coś wspaniałego, wielkiego – coś lepszego, niż wszystkie możliwe nagrody na festiwalach. Film okazał się być czymś szalenie potrzebnym.
Mówi się już o tym obrazie jako o klasyce, o ostatnim filmie ‚szkoły polskiej’. Chociaż tamten okres to lata 1956-62, ale przecież wtedy powstała książka Brandysa, na podstawie której napisałem scenariusz. Wiem, że chciał to robić Munk, również Wajda, jednak im nie pozwolono. Ja czekałem cały czas i gdy zacząłem film robić, chciałem zachować tamtą stylistykę, manierę. Jest to więc obraz jakby w tonacji neorealistycznej, rodzaj pokłonu dla moich kolegów, którzy to chcieli zrobić, ale im się nie udało. Więc teraz ja spijam tę śmietankę, choć film powinien powstać już 30 lat temu.”

Zaorski: "Po seansie rozległy się oklaski i ludzie zaczęli śpiewać 'Jeszcze Polska nie zginęła'. Pomyślałem, że trafiło mi się coś wspaniałego, wielkiego - coś lepszego, niż wszystkie możliwe nagrody na festiwalach. Film okazał się być czymś szalenie potrzebnym." (Magda Teresa Wójcik w "Matce Królów")

Janusz Zaorski: „Po seansie rozległy się oklaski i ludzie zaczęli śpiewać ‚Jeszcze Polska nie zginęła’. Pomyślałem, że trafiło mi się coś wspaniałego, wielkiego – coś lepszego, niż wszystkie możliwe nagrody na festiwalach. Film okazał się być czymś szalenie potrzebnym.” (Magda Teresa Wójcik w „Matce Królów”)

KICZ CZY KLASYKA?

Jak widzimy Zaorski wpadł w ton podniosło-celebracyjny, mówiąc o swoim „dziecku”. Nie był to grzech skromności: „Jeszcze Polska nie zginęła”, „coś wspaniałego, wielkiego”, „klasyka”, „Munk”, „Wajda”, „pokłony”… Jednak w czasie naszej rozmowy miałem także w świadomości zarzuty skierowane pod adresem „Matki Królów” – że jest ona „politycznym kiczem”, a obraz epoki jaki przedstawia, zakłamany. Z drugiej strony te znakomite recenzje i zachwyty. Jak możliwa jest taka rozbieżność opinii wśród ludzi myślących, znających tamte lata, epokę, którą zajmuje się film – podchodzących nawet do niego bez uprzedzeń natury politycznej, czy jakiejkolwiek innej? Poza tym, jest to historia – mimo swej treści kontestacyjnej i na poły rewizjonistycznej – opowiedziana z perspektywy lewicowca, jeśli nie komunisty. Podzieliłem się swoimi rozterkami z Zaorskim, na co on zareplikował:
„Jestem osobą publiczną, zajmuję się reżyserią już od 20 lat i jakby wpisane immanentnie w uprawianie tego zawodu jest, że ktoś może napluć na to, co zrobiłem, robić ‚ochy’ i ‚achy’… i czy chcemy tego, czy nie, musimy przyznać ludziom prawo do najbardziej nawet druzgoczącej krytyki. Ktoś lubi zupę pomidorową, ktoś inny rosół – i to jest normalne. Natomiast gorzej jest, jeśli dochodzi do pewnych manipulacji. Jeśli ktoś jest służalczy, serwilistyczny, ‚wazeliniarski’, będzie to również stosował do krytykowania innych, przypochlebiając się drugim. Dam panu taki przykład. Ten sam człowiek, który domagał się, by ‚Matka Królów’ nie weszła na ekrany, w ankiecie na najlepszy film ubiegłej dekady, właśnie ten tytuł postawił na pierwszym miejscu. To jest typowy przykład koniunkturalizmu – ktoś chce za wszelką cenę każdej władzy się przypodobać.
A zarzuty o polityczny kicz szły w zasadzie pod adresem Brandysa. Może to były porachunki z pisarzem, który w pewnym momencie uległ zauroczeniu tą ideologią, służył jej? Być może jest to polska specyfika, bo przecież nawet Tadeusz Konwicki był członkiem partii, część tych ‚młodych pryszczatych’, Woroszylski… To jest jakiś fenomen. Nie wiem… Nigdy nie byłem w żadnej partii i myślę tę postawę pielęgnować. Uważam, że twórca powinien być niezależny, co nie znaczy, że nie powinien mieć własnych poglądów.”

ZAKLĘCIA CENZURY

Peerelowska cenzura zawsze miała pełne ręce roboty. Na temat swoistej zabawy „w kotka i myszkę”, jaka rozgrywała się między cenzurą a a polskimi twórcami w PRL-u można by napisać grubą rozprawę, która zdradziłaby niejeden sekret i mechanizm twórczej inspiracji, a nawet pewnego rodzaju symbiozy prześladującego z prześladowanym, nękającego z nękanym… Czyli cenzura jako bodziec? Nie jest to chyba tylko czczy wymysł. Jednak, przede wszystkim – w tym kontakcie bezpośrednim, konkretnym – cenzor nie był dla artysty żadnym inspiratorem, a po prostu utrapieniem. Przypomniałem sobie i Zaorskiemu, jak np. reżyser Waldemar Krzystek opowiadał o swoich bojach i targach z tym urzędem przy okazji kręcenia i montowania filmu „W zawieszeniu”. A to musiał podpisać oświadczenie, że nie będzie scen, w których UB bije, a to przesłuchań pokazał zbyt wiele; kazano mu także wyrzucić z tytułu słowo „Śmierć” (… w zawieszeniu) etc.
Czy nie uważa pan – skierowałem pytanie do Zaorskiego – że przypomina to gusła i zaklinanie przeszłości? I ta złudna, naiwna wiara, że przeszłość da się poprawić, czy też nawet zmienić, ingerując w sam sposób mówienia o niej, ignorując, czy też pozbywając się jej pewnych elementów?
„Oczywiście, że tak!” – przyznał Zaorski i dodał: „Powiem coś, co brzmi jak anegdota, niemniej jednak jest faktem. Otóż Wicherek – postać znana w Polsce z Dziennika TV, gdzie przez parę klat podawał prognozę pogody – przyznał się kiedyś, że władze partyjne kazały mu zawsze przed 1 Maja mówić, że będzie ładna pogoda – by ludzie szli na pochód. Czy to nie jest właśnie zaklęcie? Wystarczy tylko powiedzieć, że nie będzie padało, a deszczu nie będzie. Przecież to przejaw totalnego okłamywania – nie tylko narodu, ale i siebie.”

MARTYROLOGIA PANIEN I WDÓW

Do Chicago, na Festiwal Filmu Polskiego, przywiózł Janusz Zaorski „Pany i wdowy” – sagę pięciu pokoleń Polek, ciągnącą się od momentu powstania styczniowego do czasów nam współczesnych. Wydawać by się mogło, że film podejmuje ryzyko spojrzenia na losy Polaków, wpisując je w tło tragicznych zwrotów naszej historii. „Panny i wdowy” kręcone były już w latach 90-tych, a więc powstawały w zupełnie innej rzeczywistości, w warunkach pozwalających na pewne przewartościowania, konfrontacje z dotychczasowymi interpretacjami dziejów Polski. Co robiło niejakie nadzieje. Niestety, moje rozczarowanie filmem było znaczne. Czy winna tu była zalatująca grafomanią proza Nurowskiej, której książka posłużyła za kanwę scenariusza? Napiszę wprost, że określenie „Panien i wdów” mianem kiczu byłoby nie tylko usprawiedliwione, ale i konieczne. Takie pomieszanie melodramatyzmu mydlano-operowego z historycznym przyczynkarstwem, pełnym tez inspirowanych przez opozycję wobec dotychczasowych cenzurowych restrykcji. Nastąpił więc przechył w drugą stronę.
Moim zdaniem „Panny i wdowy” chciały opowiedzieć o tak wielu sprawach, że w końcu nie powiedziały o niczym. Film był wyrywkowy i sprawiał wrażenie bardzo powierzchownego. Akcja obejmowała bardzo długi okres – począwszy od powstania styczniowego (z reminiscencjami z listopadowego) do ruchu Solidarności, biegnąc szybko do przodu. Zdecydowanie za szybko. Widz nie ma więc czasu na złapanie emocjonalnego kontaktu z postaciami bohaterek, nie pozwalając tym samym na przejęcie się ich losami. Stąd reakcje widowni na pewne sceny – diametralnie różne od tych, jakie by sobie reżyser życzył (śmiech na sali na widok tragedii).
Trudno się było oprzeć wrażeniu, że ze względu na ten ciąg nieszczęść jakie spadają na wszystkie bohaterki, mamy do czynienia ze skłonnością do patrzenia na nasza historię z perspektywy martyrologicznej. Czy nie było to kolejne – po tendencjach mesjanistyczno-heroiczno-romantycznych – zniekształcanie prawdy historycznej, tym razem w imię naszych fobii, kompleksów i złudzeń?
To jeszcze nie wszystko. Postaci Sowietów wydały mi się np. bardzo stereotypowe, niemal karykaturalne: są to bez wyjątku same chamy, gbury, pijacy i gwałciciele, debile, barbarzyńcy i oprawcy. Czy przez tę charakterystykę nie popadano w drugą skrajność? (Przypomnijmy sobie tutaj postacie towarzyszy radzieckich ukazywanych przez filmy w czasach PRL-u – będące niemalże uosobieniem wszelkich cnót i prawości.) Tym bardziej mogło to razić, że film miał intencje utrzymania konwencji realistycznej.
Z okupacją rozprawiono się w filmie w parę minut. Niemców prawie że nie widać, nikogo nie zabijają, bohaterce udaje się nawet wydostać z katowni gestapo. Zaraz później, przez kilkadziesiąt filmowych minut obserwujemy gehennę Polaków w sowieckim obozie pracy i wyrafinowane tortury, jakie serwuje im obwieszony medalami, potworkowaty komendant obozu. Czy tym sposobem nie gubiono jakichś proporcji?

„POTRAKTOWAŁEM TEMAT BARDZO BRUTALNIE”

Podzieliłem się tymi uwagami i zastrzeżeniami z reżyserem. Odpowiedź Zaorskiego była więc próbą odparcia tych wszystkich zarzutów:
„Film przedstawia sceny, jakich wcześniej w filmach polskich nie było. Są to konkretnie łagry z epoki stalinowskiej i zsyłki na Sybir. Nie było, bo nie mogło być – z przyczyn cenzuralnych. Na Zachodzie takie rzeczy pokazywano, ale przeważnie w filmach typu ‚bondowskiego’, gdzie służyły bardziej kryminalnej akcji, suspensowi, niż stronie historycznej, psychologicznej. Rzeczywiście, to co chcieliśmy przedstawić było ryzykowne, ale tak zawsze jest, gdy się chce wypełnić te ‚białe plamy’, czy też lepiej – ‚czarne dziury’ – jak ja to nazywam.
Czy martyrologia? Nie do końca jest to martyrologia, gdyż na historię patrzy się w tym filmie oczami kobiet, a nie mężczyzn, bojowników i męczenników. Bardzo się starałem, by nie było to patetyczne. Jeżeli zaś chodzi o te nieszczęścia, to kobiety polskie spotykały jeszcze większe tragedie. Jest to saga pięciu pokoleń, rozciągnięta na przestrzeni ponad stu lat. Od tego typu filmu zawsze oczekuje się za dużo, jak również tego, że odpowiedzą na wszystkie pytania.
Uważa pan, że film przez to nie powiedział do końca o niczym? Pańskie prawo do takiej opinii i bardzo możliwe, że ma pan rację. Może rzeczywiście w tej wersji kinowej, dwu- i pół-godzinnej wszystko jest skrótowe. Ale powstała także wersja serialowa, składająca się z pięciu jedno-godzinnych odcinków. Tam to chyba jest pełniejsze.

Janusz Zaorski: "Na historię patrzy się w tym filmie oczami kobiet, a nie mężczyzn, bojowników i męczenników. Bardzo się starałem, by nie było to patetyczne." ("Panny i wdowy")

Janusz Zaorski: „Na historię patrzy się w tym filmie oczami kobiet, a nie mężczyzn, bojowników i męczenników. Bardzo się starałem, by nie było to patetyczne.” („Panny i wdowy”)

W ‚Pannach i wdowach’ temat, który dotychczas traktowany był zazwyczaj bardzo rozlewnie, ja potraktowałem raczej brutalnie, opowiadając dynamicznie i szybko montując. Wiem, że jest to pewnego rodzaju próba mieszania ‚ognia’ z ‚wodą’ w kinematografii. Chciałem prowadzić wątki jak w ‚action movie’, ale w tonacji artystycznej – w sensie artystycznym kina psychologicznego. Zresztą, każda z pięciu bohaterek dostała po pół godziny na narysowanie swojego portretu i myślę, że udało mi się osiągnąć to, co zamierzyłem. Ktoś inny może mieć inne zdanie, do kogoś innego mogło to nie dotrzeć… Np. ludzie z starszego pokolenia chcą pewnego wybrzmienia, oczekują tradycyjnej sagi, tempa moderato cantabile… To jest ta sprzeczność.
Za mało okupacji, powiada pan? Okupację potraktowałem w ten sposób świadomie. Filmów na ten temat zrobiono tyle, że kiedy strzelano na ulicach Warszawy, to wszyscy mówili, że to Passendorfer robi kolejny film o wojnie. Jest to więc wyeksploatowane szalenie.
Ciągle w pańskich pytaniach wyczuwam chęć, że powinienem pokazać to stylistycznie: tyle samo okupacji – tyle samo łagra; żeby był dobry – i żeby był zły. To wszystko mogłoby się wtedy zrobić letnie, mdłe… A ja pewne smaki chciałem dobrać ostrzej, a pewne pominąć – mając np. na uwadze, że w filmie polskim Rosjanina złego nie można było pokazać. Przez 40 lat kopy – jak pan zauważył – mieliśmy na kopy wspaniałe postacie towarzyszy, cudownych, ciepłych… itd. Film musi trafić w swój czas, a dla widza lat 90-tych novum stanowi to, że można go pokazać jako gbura i kreaturę – bo takich też przecież nie brakowało.

HISTORIA A OBIEKTYWIZM

Zarówno „Matka Królów”, jak i „Panny i wdowy” można określić mianem filmów historycznych. Podzieliłem się wobec tego z Zaorskim wątpliwością, czy rzeczywiście możliwe jest oddanie tzw. obiektywnej prawdy historycznej? A jeżeli utwór jest subiektywną wizją artysty – interpretacją przefiltrowaną jego widzeniem świata – to czy nie daje to dziełu statusu prawdy cząstkowej? Czy nie deprecjonuje w pewnym sensie jego wysiłku?
Zaorski odparł: „Myślę, że nie ma obiektywnych prawd – wszystko jest subiektywne. Dobrze jest, jeśli to odczucie subiektywne trafi w odczucie zbiorowe. Subiektywizm jest zawsze, ale gdy twórca jest wrażliwy, uczulony na emocje i umie je przekazać, to zdolny jest tą swoją ‚prawdą’ zarazić innych. Wysiłek taki nigdy nie jest daremny, nigdy nie idzie na marne. Publiczność jest zmienna, ale nie można się na nią obrażać i gdy ktoś mówi, że ona jest ‚głupia’, bo nie chodzi na nasze filmy, to trzeba przyczyny poszukać w sobie samym.”

O MITACH I POKORZE

Kto jest na tyle odważny, czy może szalony, by obalać mity? Czy odrzucenie, naturalna „degradacja” mitu, czyli ostentacyjne zdemaskowanie jego urojeniowej proweniencji – wskazanie, że w tzw. „rzeczywistości” jest nieprawdą, a nawet „fałszem” – może mieć znaczenie pozytywne? Na zakończenie wywiadu podzieliłem się z Zaorskim nawiązującymi do tego myślami: Czy aby nie powinniśmy pewnych okresów w naszej historii zostawić tak, jak funkcjonują w społecznej świadomości? Jak działa obalanie mitów narodowych – tak, jak robili to np. Gombrowicz, Mrożek czy Różewicz – na świadomość zbiorową? Dewastująco czy uzdrawiająco? Na co Zaorski odpowiedział:
„Te pytania dotykają rzeczywiście czegoś ważnego. Uważam, że pewne przewartościowania są szalenie potrzebne. Podziwiam tych pisarzy, których pan wymienił, za to, co zrobili. Podziwiam Gombrowicza za to, że napisał coś tak mocnego o Sienkiewiczu, właściwie druzgocząc go kompletnie. Podziwiam to, co napisał Mrożek o ‚Popiele i diamencie’ – i to zarówno o książce Andrzejewskiego, jak i filmie Wajdy – uznając to za apokryficzne dziełko, pokrętne i wręcz lizodupcze. Ale przecież to literatura, na której wychowało się wielu Polaków, a ‚Popiół i diament’ jest uważany przez wielu za najlepszy film polski w ogóle.
Pamiętam, jakie gromy padały na Munka za jego film ‚Zezowate szczęście’, że ‚jak on śmiał! dobre imię polskiego żołnierza!’
Uważam jednak, że taka kuracja terapeutyczno-wstrząsowa jest dobra. Mówi się, że tylko krowa nie zmienia poglądów i że uparte trwanie przy czymś jest stagnacją, zastojem. Bowiem świat, cywilizacja zmienia się… itd. To wszystko prawda, jednak pewne wartości – te rudymentarne – pozostają niezmienione. Dla mnie np. wiara w Boga oznacza zadawanie mu pytań, mierzenie się z nim, a nie przyjmowanie wszystkiego, jako pewnik. Dlatego naprawdę bardzo sobie cenie tych twórców, którzy mają odwagę – nawet w imponderabiliach – szukać jeszcze rozmaitych asocjacji, którzy nie uznają pewników. To jest według mnie potrzebne. Choćby po to, byśmy nie popadli w jakiś polonocentryzm, nie uważali się za pępek świata, za naród wybrany. Trochę pokory, panowie!”

* * *

Na spotkaniu z publicznością, po chicagowskiej premierze „Panien i wdów”, reżyser powiedział, że na razie da sobie spokój z robieniem filmów historycznych. Kiedy już rozmawiałem z nim w willi jego przyjaciół w Morton Grove (pamiętam do dziś tę olbrzymią bibliotekę z książkami poupychanymi od podłogi po sufit i długi rządek białych grzbietów paryskiej „Kultury” na jednej z półek) poprosiłem go o potwierdzenie tego oświadczenia, na co Zaorski rzekł: „Tak, to prawda. Ale wcale nie myślę zamilknąć. Wiadomo, że raz robi się coś lepiej, raz gorzej. Uważam się za reżysera profesjonalnego, który – mówiąc trochę bezczelnie – wyedukował się i może tworzyć w rozmaitych gatunkach. W związku z czym reżyserię traktuję nie tylko jako powołanie, ale po prostu – jako aktywność zawodową. Będę więc dalej robił swoje.”
I rzeczywiście, Janusz Zaorski dalej „robił swoje”, choć była to działalność na poletku nieco innym, niż filmowym* – mam tu na myśli jego prezesowanie w Komitecie do Spraw Radia i Telewizji. Czy może ktoś powiedzieć, że odbywało się to z korzyścią dla telewizji, a ze stratą dla kina? A może odwrotnie?

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 29 grudnia, 1995 r.)

* Janusz Zaorski, sześć lat po tej deklaracji, zrobił film „Szczęśliwego Nowego Jorku”, później jeszcze kilka następnych (z różnym artystycznym skutkiem), a w ubiegłym roku przywiózł do Chicago „Syberiadę polską” – kolejny film historyczny, nawiązujący do naszej narodowej martyrologii (moim zdaniem niezbyt nieudany, o czym pisałem TUTAJ).

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.