TAŃCZĄCY FILOZOF

Picasso, "La Danse des Faunes"

*

Radość tańca, cielesnej ekspresji…
Uczucie bliskie ekstazy, kiedy człowiek rozprasza nagromadzoną w nim energię i ma poczucie totalnej kontroli nad swoim ciałem.
Wszelkim egzystencjalnym lękom, melancholii i ciemnym filozofiom można przeciwstawić coś tak banalnego jak rockandrollowy szał, zwykły brake-dance czy też frenetyczną uciechę twista – ów moment, który znosi konieczność refleksji.
Jest tylko spazm radości, witalna werwa.
Ale to dreszcz i wesele nieznane żadnym Pascalom, Heglom, Kantom, Marksom, Heideggerom i Sartre’om.
Tam gdzie tryska życie, wystarczy pić go duszkiem.
Melancholia podsuwa nam tylko naparstek.

*  *  *

Zdania te napisałem ładnych parę lat temu i prawie o nich zapomniałem, kiedy oto nagle, sięgnąwszy po Nietzschego, natrafiłem na fragment, który mi je przypomniał: „Stracony niech będzie dla nas każdy dzień, w którym się bodaj raz nie zatańczyło”.
Te słowa z „Tako rzecze Zaratustra” mnie uderzyły, ale nie zdziwiły, bo przecież wiedziałem o gloryfikacji przez Nietzschego dionizyjskiego upojenia życiem.
Taniec boga świata Śiwy wykonuje sam Zaratustra, kiedy udaje mu się – jak pisze Rudiger Safranski w „Biografii myśli” filozofa – „przeniknąć tajemnicę gry jako podstawy bytu”.
Na krótko przed załamaniem, które przerwało (znane nam, dyskursywne) myślenie Nietzschego na zawsze (mimo że żył on jeszcze później przez 10 lat), kobieta, która wynajmowała mu pokój, słysząc śpiew profesora, tudzież inne dziwne dźwięki dobiegające zza ściany, zajrzała przez dziurkę od klucza i ujrzała, jak na środku pokoju… tańczy nagi Nietzsche.

*  *  *

Niedawno też, przez parę tygodni, towarzyszył mi także Pascal – poprzez swoje  „Myśli” i „Prowincjałki”, jak również dzięki biografii (znakomicie napisanej przez Jacquesa Attali).
Z jakże innej pozycji patrzył na świat (Kosmos i Boga) schorowany, wątły fizycznie i melancholijny do szpiku kości Błażej. Doprawdy trudno mi jest wyobrazić sobie tego filozofa w tanecznych pląsach.
Czy zagłębiając się w słowach i refleksjach Pascala odczuwałem coś w rodzaju wstydu za tę powyższą apoteozę (wydawać by się mogło przyziemnej) tanecznej euforii i gloryfikację élan vital? Chyba tak, ale problem pozostał: na ile charakter a nawet kondycja psycho-fizyczna filozofa wpływa na kreowany przez niego system? A jeśli dzieje się to w znacznym stopniu, to czy owo subiektywne „skażenie” nie znosi obiektywizmu tego systemu, indywidualizując go, a tym samym relatywizując? Ergo: czy możemy się na nim opierać w oderwaniu od biografii i cech osobowych jego twórcy?
Innymi słowy, czy np. ból zęba albo zwykłe zaparcie nie zmienia (czasem radykalnie) naszego oglądu świata i sądu o nim?
Oczywiście, że to co przed chwilą napisałem jest (celowo) trywialne. Lecz dotyka jednak czegoś istotnego i być może lepiej uświadamia nam kwestię niemożności oderwania się z myśleniem od naszego „tu i teraz”, od stanu w jakim znajduje się aktualnie nasz mózg i ciało. W tym kontekście przyjęcie jakiegokolwiek systemu stworzonego przez człowieka jako „jedynie prawdziwego”, niewątpliwego, ostatecznego… może się łączyć nie tylko z ludzką pychą ale i wydawać się śmieszne (w najlepszym zaś przypadku desperackie w obliczu zderzenia się z niemożnością poznania, którą człowiek zazwyczaj stara się przezwyciężyć imaginacją, mitem, wiarą…).

Zdaję sobie sprawę, że przeciwstawienie hedonistycznego impulsu bachanalii (z jednej strony) głębokiej refleksji o fundamentalnym znaczeniu egzystencjalnym (z drugiej) jest konfrontacją rzeczy niewspółmiernych, ale czy przez to usprawiedliwione jest ignorowanie owego impulsu i wrażenia chwili?
Dodajmy, że chodzi o chwile, o których przecież niekiedy mówi się, że stanowią najbardziej istotne momenty naszego życia („dla takich chwil warto żyć”).

Wyłania się przy tym również pytanie, czy powyższa opozycja nie jest aby zwykłym przeciwstawieniem optymizmu pesymizmowi? Wydaje się jednak, że nie, choć system Pascala uważa się za system na wskroś pesymistyczny.
Ale czy jedna (radosna) chwila może odpowiadać za przyjęcie (stworzenie) systemu na wskroś optymistycznego – tak jak jedna iluminacja (psychiczny wstrząs, osobista tragedia) potrafi zdeterminować światopogląd człowieka, który jej doświadczył?

Myśli Pascala są przejmujące, jego przenikliwość i wnikliwość miejscami porażająca. Podobnie sugestywność i mistrzostwo władania słowem. Jednak, kiedy czytam jego teksty, coś powstrzymuje mnie przed zupełnym zanurzeniem się w tym jego świecie – przed całkowitą akceptacją Pascalowej wizji. Może odpowiedzialny jest za to ów „metafizyczny skok”, jakiego dokonał filozof, rezygnując z racji (w tym i z logiki) podsuwanych mu przez jego genialny bez wątpienia umysł i poddając się radykalnie i  bezwarunkowo Pismu Św.  i Bogu… na dodatek tylko temu „jedynie prawdziwemu” Bogu chrześcijan?
A może również i to, że nie był on w stanie zabawić się z ludźmi na zwykłej wiejskiej zabawie, pobiesiadować z nimi przy dobrym winie i jadle, albo też z całego serca się uśmiać? ;)

*  *  *

TOSKANIA – W DRODZE DO KRAIN Z MITÓW I SNÓW

Toskania… z pieskiego punktu widzenia

Nasze mity podróżne mogą sie potykać o przydrożne kamienie, ale nigdy nie zostają porzucone. Nigdy też nie opuszczają prawdziwego pielgrzyma. Realna twardość miejsc, do których docieramy nie jest w stanie odebrać im mglistej aury czegoś nieokreślonego – czegoś, co pojawiło się w śnionych przez nas na jawie obrazach, w marzeniach o przygodzie, o odzyskaniu utraconego raju, w tęsknocie za doświadczeniem Niezwykłego.
Lecz próżna byłaby nasza pogoń za duchem miejsca, za magią jaką emanują lokalni bogowie, za poezją prozy życia tubylców, gdybyśmy tej cudownej aury nie mogli dostrzec na co dzień – nawet w tej przyciasnej klatce naszych przyzwyczajeń, w monotonii karmienia się chwilą powszednią, w rutynie marnotrawienia czasu przeciekającego nam przez palce – zaprzepaszczaniu godzin, dni i lat naszego życia.
Cudowność świata zabieramy do torby podróżnej, walizki lub plecaka z nami. To bagaż, który nie jest ciężarem a ciągłym zadziwieniem.
Cudowności świata się nie szuka, nie wygląda… ona nigdzie na nas nie czeka. Ona jest tu i teraz albo… nie ma jej – dla nas – wcale.

greydot

Czy każda podróż musi mieć swój cel? Czy na pewno sens jest w tym co znajdujemy? A może więcej sensu jest już w samym szukaniu? Może sama droga ważniejsza od dotarcia na miejsce, które przecież zawsze wydaje się nam jakimś kresem?
Prawdziwy podróżnik (możemy go równie dobrze nazwać pielgrzymem) bardziej przypomina żyda-tułacza lub latającego Holendra, czyli kogoś, kto nigdy nie dotrze do celu, bo ten cel jest ruchomy. Nieznane staje się dla niego znanym ale za tym poznanym ciągle jest coś nieznanego. Stąd to permanentne rozdarcie od początku drogi po koniec… koniec, którego zresztą wyraźnie nie widać – bo jest to punkt, który przemieszcza się wraz z linią horyzontu, nigdy nie znikając.

Ile jest w tej tułaczce z wyboru, a ile z przeznaczenia?
Czy nawet stojąc na rozstaju dróg ten dylemat wędrowca – gdzie iść? – i jego wybór może mieć jakiekolwiek znaczenie? Ciekawość świata kusi, moc możliwości rzuca wyzwanie. Więc znów wędrowiec rusza przed siebie. Boczna ścieżka staje się głównym traktem, a main street przypadkowym szlakiem (albo też na odwrót). Kierunki biegną we wszystkie strony świata, by w jakimś miejscu ponownie się spotkać – przeciąć, minąć, a może przejść obok?
Cały nasz świat pokrywa pajęczyna dróg.
Na ile jednak tkamy tę pajęczynę sami, a na ile jesteśmy ofiarą, jaka w tę sieć wpada?

greydot

Ludzie i pejzaż.
Czy kultura może mieć jakikolwiek związek z krajobrazem, z rzeźbą ziemi zaludnionej przez tych, którzy ową kulturę tworzą? Jeśli dodamy do tego klimat, to odpowiedź na pewno będzie twierdząca.
Bogowie zawsze zamieszkiwali miejsca trudno dostępne dla ludzi. Spoglądali na nas z góry, z nieba, chowali się pod ziemię, kryli w głębinach, także w księgach; byli krzakiem gorejącym na pustyni, bezpostaciowym głosem, tajemnym znakiem, promieniem światła, powiewem wiatru…
I zazwyczaj byli bardziej okrutni tam, gdzie okrutniejsze były warunki życia. Łagodnieli, gdy wszystkiego było w bród, zwykle stając się wtedy bardziej ludzkimi.

Toskański pejzaż ma w sobie coś, co niekoniecznie domaga się wznoszenia oczu ku niebu, by odszukać tam Boga. Może dlatego, że boską harmonię i złote światło można odnaleźć na falujących niczym łagodne morze winno-oliwno-cyprysowych wzgórzach? I w ten sposób zwrócić większą uwagę na człowieka, na piękno i doskonałość, którą można osiągnąć – po ludzku – samemu, bez odwoływania się do Tego, co na wysokościach, bez proszenia o to wszystko niedostępnego skądinąd Boga? Może właśnie dlatego człowiek w Toskanii mógł się odrodzić? To przecież tu, nigdzie indziej, ma swój początek Renesans, epoka-zalążek współczesnej cywilizacji Zachodu.

greydot

Rzadko która fotografia przedstawiająca dzieło sztuki sama jest dziełem sztuki. Zwykle jest ledwie rejestratorką, która dokumentuje (i prezentuje) czyjś artystyczny wysiłek. I jest tym lepsza, im więcej zdoła owej artystycznej wartości dzieła nam przekazać.
Paradoksalnie, sama staje się dziełem sztuki dopiero wtedy, kiedy odbiera przedmiotowi swojego zainteresowania część jego artyzmu, zawłaszczając go niejako dla siebie i transformując.

Przebywanie z aktywnym aparatem fotograficznym w tak przepełnionym sztuką (i krajobrazowym walorem) miejscu jak Toskania, niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwo. Człowiek zamiast tworzyć, zaczyna konsumować – staje się do pewnego stopnia (nie tylko kulinarnym, ale i estetycznym) żarłokiem, którego z czasem ogarnia nawet coś w rodzaju słodkiego lenistwa. Lecz to dolce far niente nie ma nic wspólnego z próżniactwem – bardziej jest uległością wobec przyjemności jaka sączy się niczym nektar z wszechobecnej dookoła toskańskiej sztuki, z sielskiej łagodności toskańskiego pejzażu, z owoców tej ziemi i z tego co pozostawili po sobie toskańscy artyści.
A jednak nie pociąga to za sobą mdłości – dobre wino nie może być słodkie, w oliwce jest sporo goryczy, czerwone mięso ma w sobie krwistą dzikość, a mgły i deszcze otulają czasem wzgórza, szczędząc im słonecznego przegrzania, uwiądu, suszy i przejaskrawienia.

greydot
Uległem oczywistości toskańskiego piękna – dałem się uczynić niewolnikiem rozbrajającej malowniczości toskańskiego pejzażu, estetycznej harmonii i mistrzostwa sztuki (nie tylko renesansowej, ale i romańskiej); zagubiłem się chętnie wśród ochry, żółci i palonej sieny średniowiecznych uliczek i murów; chłonąłem oliwkową zieleń wzgórz, próbowałem dojrzewającej czerwieni winogron…
Warto było – dla tej błogiej i bezwstydnej sielskości, która działając na wszystkie nasze zmysły czyni z nas bezczelnego hedonistę. Lecz nawet jeśli poddajemy się tam hedonizmowi, to ten toskański hedonizm jest pełny, łagodny i dojrzały niczym stare dobre chianti.
Pod słońcem Toskanii zawsze było łatwiej sycić zmysły i doznawać rozkoszy, ale raczej nie zamieniało to człowieka w sybarytę. Zapobiegał temu pewien rodzaj wyrafinowania, o którym przypominały choćby kreski i sztychy mistrzów malarstwa, śmiałe projekty architektów, dążenie do doskonałości, harmonii, proporcji i piękna; wreszcie: ciekawość tego wszystkiego, co ludzkie.

greydot

A jednak zdarzały się rebelie – także ten humanistyczny paradygmat miał swoich dysydentów.
Czyżby w końcu Bóg katolików zaczął być o to wszystko zazdrosny? Tak, jakby rozkosz nie zbliżała nas do nieba, ale prowadziła na manowce? Tak, jakby cierpienie przestawało stanowić centrum chrześcijańskiego świata? Tak, jakby renesansowe piękno pociągało za sobą amnezję zadżumionej Europy?
Savonarola zaczął grzmieć na italskich ambonach, oskarżając pańskość wielmożów o próżność i ucieczkę od chrześcijańskiej ascezy. Zebrał nawet obrazy, klejnoty, bogate stroje, „nieobyczajne księgi”… i spalił to wszystko na Piazza della Signoria – głównym placu Florencji. Lecz Medyceusze tak łatwo nie oddali pola. A była to nie tylko walka o zachowanie politycznej potęgi, ale i o władzę, zarówno nad wzniosłą duszą, jak i zmysłowym ciałem – więc w tym samym miejscu spłonął też w końcu sam zbuntowany mnich.
Mimo to ziarno strachu przed dies irea zostało posiane. Ludzie w dolinie Arno przestali dowierzać ludzkiej doskonałości wzmacnianej dotychczas geniuszem swoich jakże licznych mistrzów. Ponownie zwrócili oczy ku niebu, swoje miasta oddając – symbolicznie i dosłownie (co zobaczyć można do dzisiaj na wielu obrazach i freskach) – w ręce świętych i patronów.

A Machiavelli? Czy to możliwe, by w tym raju ziemskich rozkoszy wyrosła taka bestia jak on? Jego „Książę” świadczy o tym, że tak. Ale czy machiawelizm był bardziej produktem toskańskiego hedonizmu, czy też może praktyczności (i skuteczności) uniwersalnych w ludzkim świecie reguł trzymania wszystkich poddanych za twarz? Jak pamiętamy, na nic się jednak zdało Machiavellemu to jego przemądrzałe lizusostwo, bo również i jego samego Medyceusze wrzucili bezpardonowo do lochu, gdzie gnił już do końca żywota, mając tam sporo czasu, by zrewidować swoje kategoryczne poglądy na ludzką naturę (a może jednak… by się w nich jeszcze bardziej utwierdzić?)

Tak… okazuje się, że kiedy pogrzebiemy nieco głębiej w historii – nawet tak archetypicznie sielskiej krainy jak Toskania – to zawsze można wywlec na wierzch jakaś stęchliznę faktów już nie tak chwalebnych, pięknych i radosnych.
Więc po co grzebać? Może lepiej jest – mając w końcu na cieszenie się Toskanią tak mało czasu – po prostu zadowolić się jej przyjemną i łagodną powierzchownością? Diabeł leży szczegółach, więc może lepiej jest nie podsłuchiwać tych jego szatańskich podszeptów?

greydot

Nie wszędzie motoryzacja wydaje się być obcym wtrętem – czymś agresywnym i nie na miejscu. Trudno sobie bez niej wyobrazić np. Manhattan – a jeśli już takie wyobrażenie przywołamy do wyobraźni, to będzie ono przypominało obraz apokalipsy.
Także amerykańska pustynia dała sobie świetnie radę z tym highway’owy wtrętem. Ciągnąca się pod horyzont nitka asfaltu podkreśla tylko jej organiczny charakter; oddaje sprawiedliwość owej niezmiernej przestrzeni. Autostrada nie tyle nas z pustynią oswaja, co od niej izoluje, choć nadal pozostaje dla nas ta pustynia spektaklem.

Rzucona przez Toskanię autostrada jest jak cięcie noża. To blizna, zranienie, coś, co jest bolesne i jakby nie na (swoim) miejscu. Obca intruzja, zanieczyszczenie – zaburzenie oliwkowo-winnej harmonii wzgórz.
Wyjeżdżając z Pizy, pogubiłem drogę szukając wjazdu na autostradę prowadzącą do niezbyt odległej przecież Florencji. Cały czar Toskanii w tym momencie prysł, genius locci się ulotnił – znalazłem się oto w amorficznym i pozbawionym charakteru świecie współczesnej cywilizacyjnej infrastruktury (już samo to określenie brzmi okropnie), która równie dobrze mogłaby znajdować się w jakimś innym zdeprawowanym przez motoryzację miejscu.
Na szczęście tych superszybkich autostrad w Toskanii jest mało. Jest za to mnóstwo lokalnych dróżek, wąskich i krętych, które zwykle podążają śladami odwiecznych traktów jakie dawniej łączyły ze sobą wszystkie te miasta-państwa-królestwa, które choć miniaturowe, to były jednak wówczas osobnymi światami. Jadąc dziś po takich drogach nie odczuwamy już tego zawłaszczenia nas przez pęd i tłok dróg szybkiego ruchu. Bardziej jako współczesną dogodność podróży, nie niweczącą wszak doświadczenia tego, co jest tej ziemi topograficzną esencją: pofałdowanego łagodnie krajobrazu, następujących po sobie obrazów nawiedzanych krain, pełnych niespodziewanych, a jednak niezmiennie malowniczych zakątków.

greydot
Zamienione w banały truizmy: życie jest podróżą, każda prawdziwa podróż jest podróżą wgłąb siebie, (czyli poszukiwaniem samego siebie). I wynikający stąd (równie banalny) wniosek: gdziekolwiek nie dotrzemy, dokądkolwiek byśmy nie uciekli – tam zawsze spotkamy siebie samych… (co zresztą może być zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem).
I jeszcze przypomnienie jak najbardziej a propos: podróże kształcą, ale raczej tylko ludzi… wykształconych.

Co to znaczy?
Otóż nie mniej, nie więcej jak to, że to my za wszystko jesteśmy odpowiedzialni – że to właśnie nasza osobowość, charakter, oczekiwania, ciekawość, wrażliwość, otwartość, głód przygody, bogactwo wnętrza; ale i nasza ignorancja, lenistwo, nieprzychylność dla świata czy wrogość, sarkazm, kpina i zła wola kształtują naszą relację z miejscem, które odwiedzamy. I do pewnego stopnia – choć w sposób względny – wszystko to kształtuje zarazem samo miejsce. Jeśli ktoś znajdzie smutek w zamglonej dolinie – to ten smutek rzeczywiście tam jest. Jeśli na kogoś spłynie radosne ciepło toskańskiego słońca – to ta radość w tym słońcu jest.
Nasza spostrzegawczość czyni miejsce i obraz ciekawym i bogatym w szczegóły, podobnie jak nasza ślepota pozbawia obraz piękna i koloru.
To tak, jak stwarzać coś, powołać do życia samym nazwaniem; to tak, jak unicestwić coś tylko tym, że nie potrafimy tego dostrzec, a tym samym – nazwać.
Światy, w których żyjemy, powstają w nas samych. Nasze piekła i nieba trwają tuż obok siebie, często znajdując się nawet w tym samym miejscu.

greydot

Spotkania z Toskanią: Virginia Wolf, Twain, Dostojewski, Stendhal…
czytając ich relacje, odnoszę wrażenie jakby każdy z nich spotykał się z inną krainą.
Mark Twain sobie kpi, stając nad przepływającą przez Florencję Arno: „To takie popularne podziwiać Arno. To wielki historyczny potok, kanalik szeroki gdzieś na cztery stopy, z całą tą pływającą w nim szumowiną. To byłaby bardzo przyjemna rzeka, gdyby tylko wpompowali w nią trochę więcej wody. Oni wszyscy nazywają to rzeką. Naprawdę ubzdurali sobie, że jest to rzeka – te cholerne ciemniaki z Florencji. A żeby jakoś usprawiedliwić tę bzdurę, to wybudowali tu nawet kilka mostów – jakby nie mogli po prostu przechodzić tego rowu w bród”. (tłum. własne)
Ha, ja Twaina lubię, więc mu tę zgryźliwość wybaczam. W końcu to nic innego, jak żart z Florentyńczyków.
Współczuję zaś Dostojewskiemu, który trafił we Florencji na mordercze upały: „Kiedy zobaczyłem na ulicach dobrze ubrane Angielki, a nawet Francuzki, to nie mogłem pojąć dlaczego ci ludzie, mając pieniądze na to żeby stąd uciec, godzą się dobrowolnie, by pozostawać w takim piekle.”
Mroczny skądinąd Dickens zachwyca się Sieną, a zwłaszcza Pizą, nazywając sakralne budowle Campo dei Miracoli „najbardziej niezwykłymi, najpiękniejszymi na świecie”, (nota bene, samo „Pole Cudów” zawdzięcza swoje miano włoskiemu poecie Gabrielowi d’Annunzio).
Virginia Wolf pojawia się natomiast w Toskanii z całą tą swoja chodzącą mieszanką melancholii, nadwrażliwości i drobiazgowej spostrzegawczości, zwracając głównie uwagę na ludzi, ale i pisząc o toskańskiej country side, o tym „morzu cieni z rdzawo-czerwonymi wyspami farm otoczonych czarnym obramowaniem z cyprysów. Nieskończona pustka, samotność, cisza – nigdzie żadnej budowli, ani wioski, tylko winnice i drzewka oliwne, które były tu od zawsze. Wzgórza robią się blado-niebieskie, ich ostre kontury miękną na tle nieba; wzgórze za wzgórzem.” (tłum. własne)

greydot

Syndrom Stendhala. Zachwyt i entuzjazm kogoś, kto oto znalazł się w miejscu gdzie żyli i tworzyli jego artystyczni idole, w otoczeniu dzieł sztuki i arcydzieł, które, jak dotąd, obecne były zaledwie w jego wyobraźni, pamięci – w świadomości oderwanej od fizycznej styczności.
Czegoś takiego doświadcza właśnie Stendhal, wjeżdżając do Florencji (przypominam: miasta Giotta, Dantego, Michała Anioła, Leonarda da Vinci, Petrarki, Boccaccia…). Oto co przydarzyło się mu w podczas wizyty w pełnym grobowców (m.in. Galileusza, Michała Anioła, Machiavellego) kościele Santa Croce: „Co za fantastyczne zgromadzenie! Przypływ emocji, które wypełniły mnie tak dogłębnie, że trudno je było odróżnić od religijnego uniesienia i zachwytu. Moja dusza, na samo tylko uświadomienie sobie tego, że jestem we Florencji, w pobliżu tych wielkich ludzi, wpadała w trans. Zatopiony w kontemplacji wysublimowanego piękna, mogłem przenikać samą jego esencję, która stała się bliska jak na wyciągnięcie ręki; czułem jego treść pod opuszkami palców. Dosięgłem owego najwyższego stopnia wrażliwości, gdzie obecna w sztuce świętość łączy się z pełną pasji zmysłowością emocji. Kiedy wychodziłem z Santa Croce, dopadły mnie gwałtowne palpitacje serca; szedłem w ciągłej obawie, aby nie upaść na ziemię”. (tłum. własne)

Cóż… literacka ranga autora „Czerwone i czarne” nie pozwala nam na skwitowanie całego tego zamieszania wzruszeniem ramion i stwierdzenie: „ot, jeszcze jedna przesadna egzaltacja”.
Dlaczego jednak przesadna? Czy bezmyślne, bezrefleksyjne i całkowicie obojętne (choćby na sztukę) reakcje tłumów wylewających się (nie tylko we Florencji) z uprawiających masową turystykę autobusów są już w normie, bo nie przesadzone?

Warto żyć uważnie.
A tym bardziej warto uważnie podróżować.

greydot

Dzisiaj rano otrzymałem od mojego znajomego wiadomość. Dowiedział się, że wkrótce wybieram się w podróż do miejsca, gdzie byliśmy razem prawie 10 lat temu. W swoim liście pisał: „W ostatnim czasie wiele razy przywoływałem w pamięci tamte obrazy. Zazdroszczę Ci. Jeśli będziesz na tej plaży gdzie biegaliśmy, to nie zapomnij o paru dużych muszelkach. Właśnie m. in. dla tych muszelek chcę tam jeszcze kiedyś pojechać”.
Tak, można tęsknić za podróżą do miejsca odległego o parę tysięcy mil tylko dlatego, że można tam znaleźć muszle, które pragnie się dotknąć; można planować wyprawę wgłąb dżungli, tylko po to, by zobaczyć rzadkiego ptaka, albo na czubek niebosiężnej góry, by dotknąć jaj szczytu i rzucić jedno spojrzenie na leżącą u naszych stóp dolinę. Jeśli tak, to tym bardziej można przebyć morza, rzeki i oceany, by znaleźć się na wyciągnięcie ręki od namalowanego przez Goyę psa, albo zobaczyć z bliska Venus Botticellego; by odszukać pewien fresk Giotta, dotknąć marmuru, którego dotykał również Michelangelo, stąpać po bruku, po którym chodził też Dante…
Bo w tym wszystkim nie chodzi o przedmiot. Materia jest ledwie pretekstem dla naszej duszy tułającej się w poszukiwaniu czegoś ulotnego i mglistego, czegoś nieokreślonego, ale wydającego się nam tym czymś… najważniejszym; tym, co naprawdę liczy się dla nas w życiu.

greydot

Co jest pod podszewką rzeczywistości?
Chyba następna podszewka.
Warstwy świata odsłaniają się przed nami – jeden wymiar przechodzi w drugi – i znów się coś zasłania, ginie nam z oczu.
Rzeczywistość pulsuje, wszystko ma swój rytm – pojawiania się i znikania.
Tak, jak po każdej fali przychodzi kolejna fala, czas kurczy się i rozszerza przypominając nam o nieskończoności.
Czy jednak Ocean jest wieczny?

Czy toskański raj nie kończy się za ostatnim wzgórzem? Czy nie staje się coraz bardziej wyblakły jak malowany krajobraz na freskach Giotta albo na płótnach Leonarda, Rafaela, Botticellego?
Czy naprawdę istnieje?

greydot

**

Tuż przed winobraniem: dojrzałe, soczyste, brzemienne kiście winogron

*

Terakotowe psy zapatrzone w toskański krajobraz (z tarasu Villi Vignamaggio w Chianti, domu urodzenia Mony Lizy)

*

*

Zmierzch nad rzeką Arno i mosty Florencji

*

*

Tryumf artysty nad materią: „Perseusz z głową meduzy” Celliniego i „Porwanie Sabinek” Boulonge’a – rzeźby wystawione od wieków na widok publiczny na Piazza della Signoria, głownym placu Florencji

*

(zdjęcia własne)

Zapraszam do obejrzenia nowej wystawy zdjęć z Toskanii pt. „W KRAINIE SŁOŃCA, WINA I SZTUKI” , która ukazała się właśnie na blogu fotograficznym „ŚWIATOWID”, jak również na stronę „brulionu podróżnego (ilustrowanego)”, gdzie można obejrzeć TOSKAŃSKIE PANORAMY.

*

ASCEZA CZY HEDONIZM ? (Hermann Hesse, „Siddhartha”)

Gdzie szukać sensu? W czym jest spełnienie? Jak osiągnąć satysfakcję? W jaki sposób można dokonać afirmacji własnego, jednostkowego bytu?

W prostocie, abstynencji, umiarkowaniu… w negacji przyjemności i odrzuceniu rozkoszy? (Bowiem: vanitas vanitatum!)
Czy też w życiu pełną piersią, spijaniu jego słodyczy, niepohamowanym cieszeniu się światem – w rozkoszy ciała, w ekstazie, w uniesieniu – radując się chwilą? (Bo przecież: carpe diem!)

Czy nigdy nie zadawaliśmy sobie podobnych pytań?
Czy stać nas było na to, by podążać ścieżką, która nas nęciła, którą chcieliśmy wybrać, albo która wydała się nam prawdziwa? Czy nasza ludzka słabość lub zaniechanie nie zrewidowało naszych dążeń i wyborów? Czy coś lub ktoś nie decydował za nas? (Choćby przypadek – nasze wychowanie, uwarunkowania, społeczna tresura, ograniczenia, kultura, charakter? Albo też przywiązanie do jednego miejsca, obawa przed otwarciem na coś innego, nieznanego i obcego?)

A może rozwiązaniem jest tzw. „złoty środek” – umiarkowanie, wstrzemięźliwość, balans, równowaga? Odrzucenie ekstremum, unikanie ekscesu? Czy jednak przez to nie skazujemy się na życie nudne, monotonne, rutynowe i bezbarwne?

Takie i inne myśli mogą przyjść człowiekowi do głowy po odłożeniu „poematu indyjskiego” Hermanna Hessego „Siddhartha” .

 

Bohater Hermanna Hessego żyje w czasach Buddy (dochodzi nawet do jego z nim spotkania; nota bene ma również takie samo imię, jak „Przebudzony” – w książce zwany także „Wzniosłym” – oraz podobne bramińsko-arystokratyczne pochodzenie). I poszukuje sensu, satysfakcji, spełnienia, przebudzenia, wyzwolenia…
Czy w tym wszystkim zdolny jest on jednak do odnalezienia samego siebie? A może do… wyparcia własnego ego (co uznać można przecież za utratę siebie samego)?
Porzucając wygodne życie w dostatku i w ustalonym przez tradycję porządku, rezygnując ze szczęścia, które może dać mu życie rodzinne (w czym wszak nie znajduje satysfakcji – nawet w fakcie zostania ojcem) wyrusza w świat na poszukiwanie „drogi dróg”.
Do czego dochodzi? Co znajduje? Co wybiera? Jak się to wszystko dla niego kończy?

Siddhartha nr 1: PUSTELNIK i ASCETA

 Będąc kimś uprzywilejowanym, mając dostęp do łatwej egzystencji bez większych trosk i preblemów, samemu będąc młodym i pięknym, zaczyna dostrzegać marność świata i życia, które go otacza, jego rozkład i cierpienie: „… i wszystko to nie było warte jego spojrzenia, wszystko kłamało, wszystko cuchnęło, cuchnęło kłamstwem, udawało sens, szczęście i piękno, w kryło w sobie zgniliznę. Świat smakował gorzko. Życie było udręką.”

Hinduski asceta (sadhu). Orchhia, Indie.

Rzuca więc dom, własnego ojca, żonę, nowo-narodzonego syna, rozdaje swoje bogate szaty ubogim, zaczyna pościć, oddawać się samodyscyplinie i medytacjom. Ma tylko jeden cel: „wyzbyć się wszystkiego, wyzbyć się pragnień, wyzbyć się marzeń, wyzbyć się radości i cierpienia. Obumrzeć dla samego siebie, wyzbyć się siebie, znaleźć spokój w opustoszałym sercu, zapomnieć o samym sobie (…) Kiedy jaźń zostanie pokonana i umrze, kiedy ucichną wszelkie zapały i drgnienia serca, musi się obudzić to coś ostatecznego, ten rdzeń istnienia, który nie jest już jaźnią, ta wielka tajemnica.”

Czy mu się to udaje?
W dużym stopnia tak. Osiąga to, do czego aspiruje każdy ascetyczny mędrzec – jest bliski ascetycznej doskonałości, zostaje szamanem wybitnym: wie jak czekać, myśleć i pościć, potrafi przenikać świat; może się stawać ptakiem, kamieniem, wodą, szakalem i drzewem. Lecz mimo to… nie jest zdolny do tego, by do końca pozbyć się własnego JA. Poznał tysiące różnych dróg, ale… ciągle wracał do samego siebie. Przeczuwał nicość, ale… wracał do tego samego kręgu cierpienia, narodzin, bytu i śmierci. Nirwana była dla niego czymś nieosiągalnym.
Więc nie mógł się pozbyć coraz częściej nawiedzających go myśli, wątpliwości i wracającego zwątpienia: „Czym jest kontemplacja? Czym jest porzucanie ciała? Czym jest post? Czym zatrzymanie oddechu? Ucieczką od ja, krótkim wytchnieniem od udręki bycia sobą, krótkim odurzeniem, które chroni przed bólem i bezsensem życia. (…) Znajdujemy pociechę, znajdujemy odurzenie, zdobywamy umiejętności i tym się łudzimy. Ale tego, co istotne, drogi dróg, nie znajdujemy. (…) Celem moich poszukiwań był atman, był brahman, zgodziłem się rozrywać swoje JA na cząstki, zrywać kolejne warstwy, aby odnaleźć to, co kryje się w jego nieznanym wnętrzu, rdzeń, atman, życie, boski pierwiastek, źródło źródeł. Ale w ten sposób utraciłem samego siebie.”

Chce więc samego siebie odnaleźć. Porzuca ascetyzm, wyrzeczenia, posty… takoż złudzenie, iż jakakolwiek nauka, jacykolwiek mędrcy i mistrzowie (a spotkał się był przecież nawet z samym Buddą) mogą go czegoś więcej nauczyć. Postanawia samego siebie poznać i od samego siebie się uczyć.

Siddhartha Nr 2: SYBARYTA i KRÓL ŻYCIA

Nasz bohater rozgląda się więc wokół, otwiera wreszcie oczy i w zadziwieniu, tudzież w zachwycie, patrzy na otaczający go świat, jakby po raz pierwszy go zobaczył: „Świat był piękny, świat był kolorowy, był dziwny i pełen zagadek! Mienił się błękitem, żółcią, zielenią, niebo i rzeka płynęły, las i góra stały w miejscu, wszystko takie piękne, takie zagadkowe, cudowne, a pośród tego wszystkiego stał przebudzony Siddhartha.”
Wszystkie te rzeczy nie były już „omamem (…), nie były zasłoną mai, nie były bezsensowną i przypadkową wielością zjawisk, które głęboko myślący bramin lekceważy – gardzi bowiem wielością, a szuka jedni. (…) Sens i istota znajdowały się nie gdzieś poza rzeczami, ale w nich, we wszystkim.”

Hinduski sybaryta. Shekhawati, Radżastan.

Siddhartha budzi się, i czuje się jak nowo-narodzony – postanawia więc zacząć swe życie zupełnie od nowa. A świat widziany nowymi oczami jest świeży, piękny, obiecujący i kuszący. Siddhartha czuje się pewny siebie, wie, że w jego zasięgu są bogactwa, dobra wszelakie i przyjemności, a może je uzyskać dzięki tym samym przymiotom, które mu pozwoliły osiągnąć stan niemalże doskonałego ascetyzmu. Wyrusza więc na podbój realnego świata i dość szybko zdobywa to, do czego zdąża – wielki majątek, sługi, kochanki, podziw i uznanie; odkrywa rozkosze stołu i łoża, oddają mu się najponętniejsze kobiety, chłonie to wszystko, jest nienasycony, cieszy się tym przez wiele najlepszych lat swojego życia, kiedy czuje się w pełni sił i kiedy dopisuje mu zdrowie.
Jednakże ciągle ma wrażenie, że bierze udział w jakiejś… grze; nadal czuje się aktorem, który odgrywa jakąś rolę. Nie może się przy tym pozbyć dystansu do samego siebie – i do tego wszystkiego, co robi. Nie czuje solidarności z ludźmi, którzy go otaczają. Zazdrości im ich dziecięcej naiwności, (która pozwala im na tak wielkie przywiązanie do życia – do swoich planów i nadziei); zazdrościł im nawet ich „dziecinnej głupoty” (dzięki której mogą być bez przerwy zakochani we własnych złudzeniach, jak również w sobie samych).
On do tego nie jest zdolny. Nie osiąga satysfakcji, jest nienasycony, czuje się wypalony i rozczarowany, dopada go znużenie, opuszczają siły, przeczuwa zbliżającą się starość. Milknie w nim głos, którym kierował się w najlepszym okresie swojego życia. Zamiast tego nachodzą go refleksje, które okazują się nad wyraz gorzkie: „Świat schwytał go w swoje sidła, spętały go uciechy, żądze, rozleniwienie, a wreszcie ta przywara, którą zawsze jako najgłupszą i najbardziej miał w pogardzie i wyszydzał: żądza posiadania. Spętały go na koniec własność, posiadanie, bogactwo – przestały być igraszką i błahostkami, stały się łańcuchem i ciężarem.”

Co robi Siddhartha, by wyrwać się z tego zaklętego kręgu poszukiwań? Czy znajduje jakąś trzecią drogę? Czy osiąga wreszcie spokój i spełnienie?
Nie… na te pytania nie odpowiem (wybaczcie). Może tym sposobem zachęcę kogoś do sięgnięcia po książkę Hessego?
Uważam, że warto.

* * *

PS. Przyznaję, iż miałem gotowy komentarz do „Siddharthy”, lecz postanowiłem go tu nie zamieszczać. Po części dlatego, by nie powiększać długości wpisu; jednak głownie po to, by pozostawić sprawę jaką zajmuje się tekst, otwartą – tę kwestię wyborów, jakich dokonujemy w naszym życiu, skłaniając się to ku ascetyzmowi, ograniczeniom i wyrzeczeniu, to znów ku hedonizmowi, korzystając z radości, przyjemności i rozkoszy, jakich może dostarczyć nam świat i życie.
Kto więc jest nam bliższy? Asceta czy sybaryta?
Tylko nie odwołujmy się do jakiegoś „złotego środka” i rozsądku (bowiem, czy na pewno chcemy wybierać banał i przeciętność?)

* * *

Mnich na świątynnym wzgórzu (Lop Buri, Tajlandia)

 

( © Zdjęcia autora )