OSTATNI POJEDYNEK – o najnowszym filmie Ridleya Scotta

.

Ostatni pojedynek - Matt Damon na polu bitwy - recenzja filmu 20th Century Studios. All Rights Reserved.

XIV-wieczna Francja to nie jest kraj dla subtelnych ludzi (Matt Damon w „Ostatnim pojedynku„)

.

       Jestem pełen podziwu dla Ridleya Scotta, który w wieku 83 lat kręci tak solidny i zażywny film jak „Ostatni pojedynek”, a przy tym zachowuje swój fantastyczny wizualny styl oraz niezwykłą zdolność absorbowania uwagi widza – skupiania jej na filmowych bohaterach i tym, co się z nimi dzieje. Scott jest w tym wszystkim niesłychanie efektywny, bez względu na to, czy przenosi nas do starożytnego Rzymu i Jerozolimy, czy do dzisiejszego Nowego Jorku; w galaktyczny kosmos, czy na Marsa; w futurystyczną dystopię, czy współczesną rzeczywistość (choć trzeba przyznać, że jednak lepiej mu wychodziło poruszanie się w światach względem naszej teraźniejszości egzotycznych – czy to była bardziej lub mniej odległa epoka historyczna, czy jakaś domena science-fiction).
To jest jednak mistrz nad mistrze, jeśli chodzi o opanowanie sztuki kina i choć ciężar gatunkowy jego filmów nie dorównuje temu, które posiadają dzieła Stanleya Kubricka, to jego odwaga przerzucania się z jednej konwencji na drugą – a przy tym swoboda poruszania się w skrajnie różnych środowiskach i sceneriach – imponuje tak samo, jak to jest w przypadku Kubrickowych arcydzieł. Wystarczy tu wspomnieć o tych kilku obrazach Ridleya Scotta, które go już wprowadziły do Panteonu kina – i to nie tylko takiego, jakie cenią krytycy, ale również i tego, które uwielbia wręcz tzw. „szeroka” publiczność. Mam tu oczywiście na myśli takie tytuły, jak np. „Obcy – ósmy pasażer Nostromo”, „Łowca androidów”, „Thelma i Louise”, „Gladiator”, „Helikopter w ogniu”, „Prometeusz”, czy „Marsjanin”. Jak w tym świetnym towarzystwie znajduje się „Ostatni pojedynek”? Otóż całkiem, całkiem zacnie, choć jest to zacność momentami bardzo… brutalna.

       Tym razem przenosimy się do XIV-wiecznej Francji – bezwzględnego świata feudalnych zależności, w którym wszystko zdobywa się podstępem lub siłą, ewentualnie za pomocą mocno podejrzanych moralnie transakcji i kupieckiego sprytu. Do świata, gdzie prawda się nie liczy, nie mając szans w konfrontacji z brutalną przemocą, religijnym fanatyzmem i absurdalnym – a przy tym często okrutnym – prawem obyczajowym. Do rzeczywistości, w której kobiety traktuje się jak przedmioty i część gospodarczego inwentarza, mające służyć mężczyźnie w zaspokojeniu jego żądz i dostarczaniu mu przyjemności – mają one powiększyć jego majątek (za pomocą posagu), prestiż, no i naturalnie być w ciągłej gotowości reprodukcyjnej umożliwiającej dostarczeniu swojemu „panu i władcy” męskiego potomka.
Oczywiście, obraz ten jest bardziej lub mniej przerysowany, ale przedstawiony w filmie bardzo przekonująco – głównie za pomocą ciekawej konstrukcji narracyjnej (przywodzącej na myśl film Kurosawy „Rashomon”), naturalizmu i historycznej wiarygodności, ale też dzięki znakomitej grze aktorskiej: budzący sympatię a zarazem odpychający Sir Jean de Carrouges (Matt Damon); świetnie prezentujący się w średniowiecznej zbroi, a jednocześnie zachowujący pewne walory kulturalnego wyrafinowania Jacques Le Gris (Adam Driver); hedonistyczny, dandysowaty i libertyński, a przy tym trzeźwo myślący Count Pierre d’Alençon (Ben Afflek).
Skoro mowa o świetnym aktorstwie – a zarazem niezwykle fotogenicznej aparycji, jaką oznaczają się w filmie Scotta praktycznie wszystkie występujące w nim postacie – to osobna uwaga należy się grającej główną rolę kobiecą (żona Sir Jeana Marguerite) Jodie Comer. Jej wyjątkowa uroda i czar – to jedno; stworzenie kompleksowej bohaterki – kobiety schwytanej w klatkę bezlitosnego patriarchalizmu i męskiego szowinizmu, a jednocześnie odważnej – to drugie. Bez wiarygodności i złożoności tej postaci film „Ostatni pojedynek” mógłby się rozlecieć i sam stać się przykładem zalatującym szowinizmem – tym razem kobiecym.

Kobieta w niewoli bezlitosnego patriarchalizmu i męskiego szowinizmu – narażona w dodatku na gwałt (Zjawiskowa Jodie Comer jako Marguerite de Carrouges)

.

       Oglądając film trzeba się wykazać pewną czujnością i cierpliwością, nie tyle ze względu na jego długość, co sposób narracji. Cała historia opowiadana jest w trzech częściach. Każdy z tych rozdziałów jest przedstawieniem tych samych wydarzeń, tyle że z perspektywy innej postaci: Sir Jeana, Jacquesa i Marguerite. Notabene tej ostatniej poświęca się najwięcej czasu, co może świadczyć o tym, że jednak (według autorów scenariusza, którymi są Nicole Holofcender, Damon i Affleck ) w jej wersji znajduje się najwięcej „prawdy”, którą każdy z bohaterów widzi inaczej – oczywiście ukazującej się im w lepszym świetle, jeśli chodzi o nich samych. Zabieg ten wymagał od aktorów i reżysera szczególnej uwagi, bo w każdej części musieli oni zagrać nieco inaczej, a i sam Ridley Scott każdą z nich musiał kręcić w inny sposób. Na szczęście cała forma filmu nie tylko się nie rozleciała, ale wręcz wzmacniała sukcesywnie suspens – aż do finałowej sceny pojedynku, pokazanej tak, że… ech!… głowę urywa! Kto wie, czy nie bardziej niż w „Gladiatorze”.
Przy okazji warto tu wspomnieć o rewelacyjnych (jak zwykle) zdjęciach Dariusza Wolskiego, który równie znakomicie sfotografował pełne dynamizmu sceny bitew, oświetlane świecami wnętrza, co odsaturowane scenerie średniowiecznej Europy – wszystkie te surowe krajobrazy – rzeki, łąki, bory i lasy, spowite siną mgłą rycerskie zamki tudzież unurzane w błocie dziedzińce i ulice miast (będąca wtedy w budowie katedra Notre Dame pokazywana jest tak często, że nie można przegapić jej symbolicznego znaczenia).

       Dość często (być może zbyt często) wskazuje się, że „Ostatni pojedynek” to takie #MeToo w średniowiecznym wydaniu i że również w tym filmie – tak samo jak w Nie czas umierać z Bondem – twórcy zwracają się ku feministycznej perspektywie. Bo podobnie jak w tym ostatnim filmie zatrudniono Phoebe Waller Bridge by „uczłowieczyła” i „odseksizowała” występujące w nim postacie kobiece, tak w „Ostatnim pojedynku” dokooptowano scenarzystkę Nicole Holofcender, by opowiedziała historię z punktu widzenia Marguerite, kobiety poddanej patriarchalnej opresji i (to chyba nie jest żaden spoiler) zgwałconej. Notabene ów gwałt jest pokazany nam na ekranie dwukrotnie – dość detalicznie i bezlitośnie – co było chyba jednak konieczne dla podkreślenia (i uświadomienia sobie przez nas) traumy doznanej przez Marguerite i jej – wynikającej stąd – determinacji, by domagać się sprawiedliwości i ukarać sprawcę tego czynu. Dzięki temu, to właśnie gwałt na Marguerite staje się centralnym punktem filmu Scotta, wokół którego wszystko się obraca, łącznie z finałowym pojedynkiem, będącym jego rezultatem.

       Jak już wspomniałem, mimo niuansów, które wprowadza każda z trzech części, z jakich składa się film, „prawda” Marguerite przebija się ponad „prawdy” mężczyzn, z których każdy przedstawia siebie w lepszym świetle: Jean to rycerski protektor dóbr wszelakich, mężny i prawy, szanujący swoją żonę i baczący na jej dobrostan; Jacques z kolei, to zakochany szarmancki erudyta, w którym musiała się zadurzyć każda białogłowa, a jeśli któraś oponowała jego (zdecydowanym) zalotom, to tylko przez przyrodzoną kobiecie przewrotność, udawaną nieprzystępność i pozorowaną cnotliwość.

       Fascynujące w tym filmie jest to, jak znakomicie oddaje on złożoność ludzkiej percepcji – tego, jak różnie każdy człowiek postrzega rzeczywistość, w tym samego siebie i innych ludzi. I jak bardzo zależy to od epoki historycznej, w jakiej człowiek żyje, od jego charakteru, interesu, roli i miejscu w społecznej hierarchii, również płci i wynikających z tego wszystkiego zależności. Trudno zaprzeczyć, że kiedy wreszcie widzimy wydarzenia i świat oczami Marguerite, to mamy wrażenie, że opada zasłona i oto jawi się przed nami rzeczywistość, w której kobieta przestaje być przeźroczysta, pozbawiona głosu i czucia.      

       W tym wszystkim mogą się jednak pojawić pewne wątpliwości:
– czy rzeczywiście (zwłaszcza wobec panującej ostatnio mody na feministyczną teorię wszystkiego) „prawda” kobiety jest prawdziwsza od „prawdy” mężczyzn? (Chociaż nie da się ukryć, że nawet w opowieści „zakochanego” Jacques’a jego akt „miłości” wobec Marguerite jest bez wątpienia gwałtem, i to nawet wtedy, jeśli spojrzymy na to uwzględniając średniowieczne standardy.)
– Można się też zastanowić, czy przypadkiem stosowanie naszego współczesnego systemu etycznego w ocenianiu postępowania ludzi w odległych epokach historycznych nie jest pewnym nadużyciem, skoro wtedy funkcjonowała zupełnie inna moralność i postrzegano świat inaczej, niż my widzimy go teraz?
– Również dylematu: czy rzeczywiście w Średniowieczu wszyscy mężczyźni to byli szowinistyczni brutale, nurzające się w błocie i krwi bitewnych pól zakute pały, lub zepsuci władzą psychole (a tak poniekąd prezentują się oni w filmie Scotta, zwłaszcza jeśli przyjmie się jego „kobiecą” perspektywę), nie można ot tak sobie zlekceważyć.
Jednakże siła „Ostatniego pojedynku” polega głównie na tym, iż dajemy się ponieść ściśle ukierunkowanym przez jego twórców emocjom i… dopingować kobiecie, po stronie której stajemy bez wahania.

*  *  *

8/10

OBIECUJĄCA. MŁODA. KOBIETA. – albo o paradoksach kobiecej zemsty

.

Atrakcyjna. Inteligentna. Mściwa. (Carey Mulligan w filmie „Obiecująca. Młoda. Kobieta.”)

.

       Tutaj mam podobny problem, jak z „Procesem Siódemki z Chicago”: film, który oglądało mi się znakomicie, po opadnięciu emocji związanych z udziałem w jego seansie w kinie, zaczął mi się ukazywać w nieco innym świetle. Dzięki temu, nie tyle zacząłem podchodzić do niego bardziej krytycznie (to też, ale nie w takim stopniu, aby obniżyć jego ocenę), co zacząłem dostrzegać pewne aspekty, których nie uświadamiałem sobie podczas projekcji.
Ten dysonans poznawczo-odbiorczy świadczy pewnie o tym, że oba filmy są świetnie zrealizowane i mają tyle zalet widowiskowo-rozrywkowych, że jakakolwiek krytyka polegająca na konfrontacji tych obrazów z rzeczywistością, realiami, logiką i prawdopodobieństwem, mogłaby wyjść na jakieś boomerskie nudziarstwo. Mimo to o niektórych takich zastrzeżeniach wspomnę, tym bardziej że na pewno nie zepsuje to już zabawy, jaką miała większość widzów, oglądając „Obiecującą. Młodą. Kobietę.” w kinie.
Bo rzeczywiście film ma w sobie tyle energii, nerwu i pasji, że nie sposób się na nim nudzić i nie ekscytować. Przy czym wynika to nie tylko z dobrze napisanego scenariusza, który od samego początku przykuwa naszą uwagę, co przede wszystkim z fantastycznej gry Carey Mulligan, bez której wręcz nie wyobrażam sobie filmu. Bo to ona właśnie „niesie” cały ten majdan filmowego widowiska.

       Zwraca również uwagę estetyka obrazu, który zrazu wygląda jak pstrokaty cukierek (te pastelowe barwy przechodzące w jaskrawe, to igranie z kolorem – nie dla samej tylko zabawy, ale głównie po to aby wzmocnić znaczenie pewnych scen, również w sensie symbolicznym), by za chwilę zanurzyć się w bardziej mrocznych tonach (wraz ze zgoła kameleońskim przepoczwarzaniem się postaci granej przez Mulligan, która na ekranie objawia całą gamę swoich alter ego: od ubranej w kwiecistą sukieneczkę dziewczynki, przez pełną wdzięku i urody romansującą młodą kobietę, po wyzywającą w swoim ubiorze i makijażu, mocno „zawianą” „laskę”, którą jednak łatwo wziąć za prostytutkę, zwłaszcza, że najczęściej widzimy ją w jakimś mocno maczystowskim klubie nocnym, czy w pełnym napalonych na „wyryw” i podpitych mężczyzn barze).
Zadziwiające jest to, że mimo iż film przeskakuje z konwencji na konwencję (komedia zrazu romantyczna to znów czarna – kino zemsty – thriller – dramat obyczajowy – horror), to jednak wszystko trzyma się w nim kupy i jest zaskakująco spójne (może z wyjątkiem jednej sceny, trwającej agonalnie długo, która według mnie przekracza granicę umowności i staje się zbyt dosłowna, by podtrzymać nasze dotychczasowe wrażenie czystej zabawy w kino). Myślę, że to też w dużej mierze zasługa Carey Mulligan, która w każdej z tych konwencji czuje się jak ryba w wodzie.

Niech nas nie zwodzi jej słodka twarz i pastelowe kolorki – jej podstępy są zabójcze, a w środku lizaka kryje się żyleta

       Mimo swej rozrywkowości „Obiecująca. Młoda. Kobieta.” porusza bardzo ważne sprawy, jakimi są nadużycia seksualne wobec kobiet i tzw. „kultura gwałtu” (cóż za groteska w tym oksymoronicznym zestawieniu wyrazów). Nie mam zamiaru opowiadania treści filmu (w zasadzie zawsze tego unikam), a tym bardziej ujawniania tzw. spoilerów (choć to już zdarza mi się częściej) powiem tylko że grana przez Mulligan Cassie mści się za gwałt dokonany (przed laty na studenckiej imprezie) na jej przyjaciółce, które to tragiczne wydarzenie złamało życie obu młodych kobiet. Co ważne, dokonuje ona zemsty nie tylko na samym gwałcicielu, ale i na ludziach, którzy to zajście zlekceważyli, zamietli pod dywan – udali, że nic takiego się nie stało – w ogóle nie zauważając dewastującej w skutkach traumy, jakiej doświadczyła ofiara.
Choć na początku sugeruje się nam, że te akty zemsty są krwawe, to wkrótce okazuje się, że postępowanie Cassie jest bardziej wyrafinowane i podstępne, chociaż (według mnie) nadal problematyczne i nie mniej niemoralne. Co wcale nie przeszkadza temu, byśmy jej kibicowali. (Naturalnie pomaga nam w tym słabość, jaką wszyscy mamy do rewelacyjnej Carey.)
Ale co z tymi zastrzeżeniami, o których wspomniałem na początku?
Otóż nie będę owijał w bawełnę: powieść jaką snuje scenariusz jest momentami absurdalnie nierealistyczna. Przykład pierwszy z brzegu: Cassie oznacza w swoim notesie kreski, z których każda (niczym karby na lufie snajpera oznaczającego odstrzelone przez siebie ofiary) odpowiada fagasowi, który nabrał się na jej przedstawienie pijanej panienki dającej się mu odprowadzić do domu – i to zawsze we wiadomym celu. Te kreski zajmują w notesie kilka stron, jest ich więc kilkaset. Czy to możliwe, żeby (nawet w dużym mieście) nie rozeszła się fama o podstępnych wyczynach rzekomo pijanej kobiety dającej się poderwać w klubach nocnych i barach (zawsze tych samych, bo ile takich przybytków może być w jednym mieście?) tylko po to, żeby im uświadomić to, jakie wielkie i zakłamane są z nich świnie?
Czy to możliwe, że wchodząc kilkaset razy w mocno niebezpieczną grę (sam na sam z zupełnie nieznanym mężczyzną, seksualnie sprowokowanym, a więc zawsze będącym potencjalnym gwałcicielem, zwykle pod wpływem alkoholu i narkotyków) za każdym razem wychodziła z tego cało – nie tylko bez uszczerbku na ciele, ale nawet z szowinistycznym skalpem upokorzonego absztyfikanta?
Następnie: histeryczne wręcz załamanie, jakiego doświadcza nieuczciwy adwokat, który nagle doświadcza potężnych wyrzutów sumienia i zalewając się łzami, kaja się na kolanach przed (wybaczającą mu niczym matka – prawie że boska) Cassie. Czy takie zjawisko (mający wyrzuty sumienia prawnik) występuje w ogóle w przyrodzie? (Skądinąd scena odegrana przez Alfreda Molinę jest niesamowita i wstrząsnęła mną dogłębnie – a to jeszcze jeden dowód na nieco paradoksalny odbiór tego filmu przeze mnie).
Takich fantazyjnych kwiatków jest więcej, ale dam sobie spokój z ich dalszym wyliczaniem. Tym bardziej, że mają z tym problem tylko nieliczni – bo po co sobie psuć zabawę. (Szczerze mówiąc, mnie też jej nie zepsuły.)

Peekaboo! – myślałeś, że taka łatwa ze mnie i zalana w sztok siusiumajtka?!

.

       Warto zwrócić uwagę na to, że film „Obiecująca. Młoda. Kobieta.” jest reżyserskim debiutem Emerald Fennell, a więc siłą rzeczy opowiedziany jest z kobiecego – choć na szczęście nie feministycznego – punktu widzenia. Trochę to przykre, że wszyscy mężczyźni ukazani w filmie tej młodej, 36-letniej reżyserki (która jest również autorką scenariusza) są tak beznadziejni – nie dość, że chełpliwi, uważający się za kogoś lepszego, to na dodatek tchórzliwi, a nawet płaczliwi (sic! – naprawdę większość z tych facetów na ekranie ryczy!) A mimo to młoda Emerald twierdzi, że ona mężczyzn uwielbia i kocha. (Ot, kolejny związany z filmem paradoks, czy też może kobieca przewrotność?)
Film, mimo rozrywkowego charakteru i zawartej w nim fantazji, wzniecił na powrót dyskusję na tematy, którymi zajęto się w związku z problemami, na jakie przed kilkoma laty zwrócił uwagę ruch #MeToo. Nie chcę jednak tego wątku rozwijać – pozostawiając go tym, których on bardziej dotyczy. Po co mam znów szarpać sobie nerwy? Bo kino mimo wszystko powinno łagodzić obyczaje. A „Obiecująca. Młoda. Kobieta.” w paradoksalny (pozwalam sobie jeszcze raz użyć tego słowa, bo wydaje mi się, że jest ono dla filmu w pewnym sensie kluczowe) sposób to robi.

7.5/10

*   *   *

Więcej o filmach nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Nomadland”, „Ojciec”, „Proces Siódemki z Chicago”, „Mank”, „Sound of Metal”, „Judas and the Black Messiah”, „Minari”.

.

NIEWINNE

Czy można zachować czystość w tak brudnym i pełnym gwałtu świecie?

Czy można zachować czystość w brudnym i brutalnym świecie?

.

I

      Film o kobietach, zrobiony przez kobiety – w świecie mężczyzn, który gwałtem się na nich odciska – zwłaszcza na tych, które są „niewinne”. Uciekając w mury klasztoru, chroniąc się w religii – w ezoterycznym królestwie, które na pewno nie jest z tego świata – kobiety zuniformizowane habitem oraz ideałami czystości i wyrzeczeniem się grzesznego świata, zostają poddane próbie, która bardziej wygląda na diabelską, niż boską instalację, testując nie tylko ich wiarę, ale i fizyczną oraz psychiczną wytrzymałość.

      Niewinne to zaskakująco udana pod względem filmowym kolaboracja Polek i Francuzek: te ostatnie film wyreżyserowały (Anne Fontaine), napisały scenariusz (Sabrina B. Karine, Fontaine, Alice Vial – na podstawie wspomnień Madeleine Pauliac) i sfotografowały (Caroline Champetier, która nota bene była też autorką zdjęć do filmu o podobnej tematyce, czyli Ludzie Boga, jak również do śmiałego formalnie Holy motors); te pierwsze zaś fantastycznie zagrały (Agata Buzek, Agata Kulesza, Joanna Kulig…) i film wyprodukowały, nadając mu taki a nie inny kształt i oprawę (lista Polek zatrudnionych przy realizacji Niewinnych jest imponująco długa).
No ale to kuchnia, a nas bardziej interesuje strawa.

      Akcja Niewinnych dzieje się na (bliżej nieokreślonych, choć mowa jest o Polsce) terenach „wyzwolonych” spod niemieckiej okupacji, w grudniu 1945 roku. Z klasztoru (szaty zakonne sugerują benedyktynki) wydostaje się jedna z sióstr i biegnąc przez las dociera do francuskiej misji Czerwonego Krzyża. Skierowana do młodej lekarki Mathilde (Lou de Laâge) błaga ją o pomoc dla będącej w ciężkim stanie osoby znajdującej się w klasztorze. Przy tym bardzo jej zależy na tym, aby o przypadku nie dowiedział się żaden polski, ani tym bardziej radziecki lekarz. Okazuje się, że na Mathilde w klasztorze czeka rodząca dziewczyna, a poród wymaga cesarskiego cięcia. Wkrótce wychodzi na jaw, że w ciąży jest jeszcze siedem innych zakonnic, które kilka miesięcy wcześniej zostały zgwałcone przez sowieckich żołdaków. Matka Przełożona (Agata Kulesza) godzi się na potajemną pomoc Francuzki, aczkolwiek z wielkimi oporami, obawiając się skandalu, potępienia okolicznej ludności, a nawet rozwiązania zgromadzenia i zamknięcia klasztoru.

      Anne Fontaine znalazła doskonałą formułę na wygranie dramatycznego napięcia, przenosząc nas w mury zamkniętej przestrzeni (klasztor – dodatkowo odizolowany od świata wielkim borem) i ukazując grupę kobiet zmagających się z potworną traumą – poddanych przy tym surowej klauzurze zakonu.
Okrutny paradoks całej sytuacji wynikał z tego, że kobiety, które złożyły śluby czystości, zostały „zbrukane” przez akt seksualny, który, mimo że wymuszony, stał się dla nich doświadczonym faktem, na dodatek hańbiącym. Efektem tego było nowe, poczęte w nich życie, które zgodnie z ich chrześcijańską wiarą, winno być traktowane jak święte. Fizjologia i reprodukcja zderza się tu z duchowym ideałem seksualnej wstrzemięźliwości i wymogiem zachowania cnoty. To dlatego dla wielu ludzi czymś szokującym etycznie jest brzuch ciężarnej kobiety ubranej w zakonny habit. Oblubienice Chrystusa nie zachodzą z nim w ciążę, więc każda ciąża takiej kobiety jest zdradą.
Mimo podobnej sytuacji, każda z sióstr reaguje na nią inaczej. Jednakże, w dość krótkim czasie – mimo tego, że habit wtrąca je w homogeniczną anonimowość – dają się między nimi zauważyć wyraźne różnice (i to nie tylko dlatego, że jedna z nich podczas badania lekarskiego chichota, a inna woli umrzeć, niż się odsłonić).
Te różnice są widoczne choćby w radzeniu sobie z konfliktem między naturalnym instynktem macierzyńskim a kulturowym paradygmatem religijnej ortodoksji, który tylko pozornie tożsamy jest z opozycyjnością duszy i ciała.

Niespodziewana przyjaźń? (Agata Buzek i Lou de Laâge w Niewinnych)

Niespodziewana przyjaźń? (Agata Buzek i Lou de Laâge w Niewinnych)

      Kilka rzeczy ujęło mnie w tym filmie. Przede wszystkim wspomniana już, znakomita gra wszystkich bez wyjątku aktorek. Agata Buzek jako siostra Maria – to najbardziej zrównoważona i rozsądna, silna osobowość, znająca życie nie tylko zakonne… Jej mocna prezencja w filmie znakomicie się „paruje” z racjonalną acz subtelną Mathilde, której piękno ma wszak coś z ezoterycznej kruchości – tutaj w kontraście z jej siłą, odwagą i determinacją. Agata Kulesza, choć podpada nieco pod stereotyp surowej i kostycznej przeoryszy, wyraźnie ugina się pod brzemieniem syfilisu, który jednak wydaje się niczym w obliczu rozdzierającej ją walki między zachowaniem tajemnicy (równoznacznej tu z godnością zakonnic) a poradzeniem sobie z rodzącymi się raz po raz dziećmi.
Dalej: zderzenie się świata laickiego z religijnym. Racjonalistka (a na dodatek komunistka czyli materialistka) Mathilde zaprzyjaźnia się z zakonnicą Marią i okazuje się, że obie kobiety łączy podobna wrażliwość etyczna, która w przypadku tej pierwszej wynika z obowiązku humanitarnego, u drugiej zaś – z metafizycznego. Racjonalną i świecką perspektywę zachowuje też reżyserka Anne Fontaine, jednak ukazuje ona siostry zakonne w sposób empatyczny, na pewno nie oskarżycielski. Jest ona powściągliwa w światopoglądowej krytyce religii czy kościoła, nie ocenia też wprost zachowań, które z jej punktu widzenia mogłyby się wydawać irracjonalne, czy wręcz absurdalne.
Oprócz tego: plastyczna spójność obrazu. Ascetyczne, zaciemnione wnętrza klasztoru animowane postaciami zakonnic w habitach – i to wszystko skąpane w odcieniach szarości, bieli, niebieskości, czerni… z połyskującym tu i ówdzie światłem świec i promieni słonecznych wkradających się przez szczeliny okien i drzwi. Las – piękny ale i tajemniczy, groźny, okryty śnieżną szadzią… Dekadencja zmurszałych, rozsypujących się murów – ulice pełne błota, ze śladami wojennych zniszczeń… (od mojej znajomej wiem, że Niewinne kręcono w jej rodzinnej Ornecie).
Wszystko to wyróżnia film spośród zwykłej konfekcji kina.

II

      Jak zwykle w przypadku, kiedy twórcy filmu obwieszczają, że jest on oparty na historii, która wydarzyła się naprawdę, dochodzi do konfrontacji z tymi, którzy na to, co działo się rzeczywiście, mają inne spojrzenie – posiadają inną wiedzę i znają inne fakty. W Polsce, po projekcji Niewinnych ukazały się protesty – nie tylko sióstr zakonnych – że film Fontaine nie jest zgodny z tym, co działo się na ziemiach polskich po wojnie; że w zakonie benedyktynek żadnych gwałtów nie było; że jednak „rzeczywistość” klasztorna w Niewinnych jest cokolwiek kosmiczna; że twórcy filmu mimo wszystko nie wyszli poza hołubione przez francuskie elity kulturalne stereotypy na temat Polski, religii, kościoła… Jednym słowem: film jest zakłamany.

      Mnie samemu wiele do myślenia dał bardzo ciekawy artykuł pt. W Polsce, czyli nigdzie. Po obejrzeniu ‘Niewinnych’, którego autorką jest Małgorzata Krupecka. Pisze ona m.in.: „Uwikłanie w stereotypy myślowe widać także w jej [reżyserki – przyp. S.B.] postrzeganiu życia zakonnego. Zostawiając już na boku postać przeoryszy, niezrozumiałe dla polskiego widza jest również kompletne wyizolowanie filmowego klasztoru. W istocie bowiem zawsze tak było i jest, że w klasztorach furta się niemal nie zamyka, bo siostry, zarówno ze zgromadzeń czynnych, jak i zakonów kontemplacyjnych, są mocno powiązane ze środowiskiem. A powojenna bieda – i moralna, i materialna – sprawiała, że ludzie tym bardziej garnęli się do klasztorów, szukając wsparcia. Siostry zresztą bez oparcia w innych ludziach też nie byłyby w stanie przeżyć. W filmie francuska komunistka przyprowadza dzieci do klasztoru, żeby mniszki się nimi zajęły. W realnym życiu to dzieci przyprowadziłyby ją do klasztoru, bo już dawno wydeptałyby do niego ścieżkę, chodząc po jedzenie. (…) Końcowy happy end, w którym widzowi obiecywano przeżycie katharsis, jest na miarę nie tragedii greckiej, ale raczej telenoweli. Francuska komunistka doradza zakonnicom założenie sierocińca, w którym będą mogły ukryć także swoje własne dzieci, potem uszczęśliwione mniszki robią sobie ‘słitfocię’ ze swoimi niemowlakami i wysyłają wybawczyni.”
Rzeczywiście, mnie również uderzyło to, że dość płaskie zakończenie filmu nie osiąga jego wagi ani rangi intelektualnej całości i że psuje to w pewnym sensie film, schlebiając gustom tej mniej wybrednej, a bardziej sentymentalnej, widowni. Ale – jako że film jako całość się obronił – nie wspomniałem o tym w powyższej recenzji.

      Później jeszcze trafiłem na wspomnienia Madeleine Pauliac, (na kanwie których film zrobiono) i znalazłem tam fragment bez mała szokujący. Oto co pisze młoda Madeleine: „Spałam w Langfuhrcie, trzy kilometry od Gdańska, w domu Polskiego Czerwonego Krzyża (…). W dzień po moim przyjeździe przyszła do mnie delegacja pięciu niemieckich zakonnic katolickich pracujących dla Czerwonego Krzyża. Było ich 25, 15 nie żyje, zostały zgwałcone, a potem zamordowane przez Rosjan. Dziesięć ocalałych zakonnic też zostało zgwałconych, niektóre 42, a inne 35 lub 50 razy. Pięć z nich jest w ciąży i przyszły do mnie po radę, chciały dowiedzieć się więcej o aborcji, której można by dokonać w sekrecie. (…) Rosjanom nie wystarczają gwałty na Niemkach, Polkach i Francuzkach, biorą się też do Rosjanek, wszystkie kobiety między 12. a 70. rokiem życia. (…). Chirurg ze szpitala w Gdyni wyznał, że codziennie szyje krocza zgwałconych dziewczynek. Jeden Francuz opowiadał, że na porodówkę w Gdyni, gdzie pracował, napadli Rosjanie. Zgwałcili wszystkie kobiety przed porodem i wszystkie te tuż po porodzie. Porodówki pilnowali polscy żołnierze, by bronić swoich rodaczek, i codziennie odbywały się krwawe bijatyki w walce o kobiety. Są tysiące podobnych historii, co oznacza, że w granicach stu kilometrów nie ma ani jednej dziewicy. Wcale nie zdziwił mnie więc widok uprawiającego miłość żołnierza w jednym z pobliskich parków. (…) Przy Adolf Hitler Strasse odwiedziłam fabrykę, w której Niemcy robili mydło z ludzkich zwłok, widziałam kadzie, a w nich setki zdekapitowanych ciał, głowy były w kadziach obok. Na jednym z ciał widziałam tatuaż polskiego marynarza, na innym napis classe 1912 wytatuowany na ramieniu. (…) Żadne z ciał nie nosiło śladów kuli, autopsja nie wykazała uszkodzeń narządów wewnętrznych. Narzędziem śmierci mogła być gilotyna. Mydło, które znaleźliśmy, służy do mycia rąk na salach operacyjnych.”
Wśród tych wszystkich opisywanych potworności, (które naświetlają horrendalną atmosferę tamtego czasu) mowa jest wyraźnie o zakonnicach niemieckich. Zastanawiam się więc, czy gdyby ukazane w filmie skrzywdzone kobiety były Niemkami, to równie łatwo byłoby twórcom filmu wzbudzić w widzach empatię? Bo czy niemieckie kobiety mniej cierpiały? Czy bardziej sobie zasłużyły na ten los? Czy gdyby to one były bohaterkami filmu, to zmieniłaby się jego wymowa etyczna?
Wygląda na to, że łatwiej i poprawniej politycznie było zrobić film o cierpiących Polkach, niż Niemkach.
A i tak żaden film nie jest w stanie oddać horroru, jaki człowiek przeżywa niekiedy w rzeczywistości.

*  *  *
.

Między ślubami czystości a macieżyństwem

Między ślubami czystości a macierzyństwem

.
Nota: film zaprezentowany w ramach trwającego obecnie w Chicago 28. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.

CZAS PRZEMOCY

*

…(drugiemu) jeźdźcowi dano władzę
zabrania pokoju z ziemi, tak żeby
ludzie wzajemnie się mordowali.
I dano mu wielki miecz.
Apokalipsa, VI, 4.

1. GENY, EROS I THANATOS

*

Wojna jest zorganizowana formą agresji, wojsko jej narzędziem. Kulminacją agresji jest mord. Od zarania ludzkości ciągnie się za nami to Kainowe dziedzictwo – nasza historia jest historią wojen.
Edward O. Wilson w książce „O naturze ludzkiej” sięga do źródeł:
„Niektóre nowe społeczeństwa uznały wojnę za narzędzie polityki, a ci, którzy najlepiej umieli się nim posługiwać, odnosili – co jest rzeczą tragiczną – największe sukcesy. Ewolucja wojny była autokatalityczna reakcją. (…) Wraz z tym, jak społeczeństwo staje się coraz bardziej scentralizowane i złożone, rozwija wyrafinowaną organizacje wojskową i technikę wojenną, a czym większe militarne wyrafinowanie  danego społeczeństwa, tym bardziej prawdopodobne jest to, że rozszerzać będzie swoje terytorium i wypierać rywalizujące z nim kultury. Siłą napędową rozwoju cywilizacji było wzajemne pobudzanie się kulturowej ewolucji i zorganizowanej przemocy, co doprowadziło do tego, że obecnie tylko jeden krok dzieli nas od nuklearnej zagłady.”

Często – w jakimś sensie usprawiedliwiając tym samym wojnę – wskazuje się na agresję jako cechę przypisaną i nieodłączną naturze ludzkiej. Bez wątpienia leży ona u podstaw konfliktów i jest motorem walk między ludźmi.
Czy możemy mówić o wrodzonej, genetycznie uwarunkowanej ludzkiej agresji?
Dziedzicznie jest przekazywana nie tyle agresja jako taka, co predyspozycje i skłonności do niej. Może się ona wyzwolić w pewnych okolicznościach nawet u najbardziej pokojowo nastawionych społeczności – u ludzi, wydawałoby się, niezdolnych do walki i zabijania.

Wszystko wskazuje na to, że w kategoriach biologicznych agresja jest jednak niezbędna do zachowania życia. Ale „agresji człowieka nie należy uważać ani za szatańskie piętno, ani za bestialski instynkt” (Wilson). Nie musi ona przybierać najbardziej destruktywnych i brutalnych form. Darwinowska koncepcja struggle for life zapewniająca ewolucyjny rozwój gatunkowy i dominację nad słabszymi, brzmi już dzisiaj nieco anachronicznie, nie wytrzymując do końca konfrontacji z przyrodniczą rzeczywistością. Ponadto, po to przecież tworzymy kulturową nadbudowę, by nie identyfikować się do końca ze światem zwierząt.

Popełniane w czasie wojen potworne okrucieństwa i zbrodnie, których nie można nawet uzasadnić „racjami” strategicznymi i militarnymi (takimi np. jak żądza podboju, zdobywania łupów, narzucanie swojej woli innym i wykorzystywanie ekonomiczne tych, nad którymi zdobywa się władzę), wydają się potwierdzać pesymistyczną teorię Ericha Fromma: ludzka agresja osiąga czasem patologiczny i nieumotywowany racjonalnie poziom, jakiego nie spotykamy nawet u zwierząt, co tłumaczy się istnieniem w człowieku instynktu śmierci (o którym pisał już wcześniej Zygmunt Freud), skłonności do destrukcji. W koncepcji Freuda Thanatos jest stale obecny w ludzkich dążeniach. Agresja występuje tam w stosunku antagonistycznym do Erosa (dwubiegunowa opozycja Eros – Thanatos). Sięgnął on tym samym do filozofii i religii dalekiego Wschodu, według których zmaganie się między miłością a nienawiścią leży u prapoczątków świata. W doktrynie manichejskiej, konflikt między Dobrem a Złem toczy się odwiecznie w kosmicznym wymiarze. Dla chrześcijan jest to walka między Aniołem a Szatanem.
Zdaniem Freuda wojna jest skutkiem niestłumionej agresji, skierowanym przeciw obcym grupom lub jednostkom nie należącym do danej społeczności. Agresja stłumiona prowadzi zaś do autodestrukcji. Wobec takiej alternatywy nie dziwi chyba obfitość wojen.

*

2. ARCHETYP CIENIA

*

Na irracjonalne, skryte motywy ludzkich zachowań wskazywał też Carl Gustav Jung. Twierdził on, że na życie wewnętrzne człowieka (rozumianego nie tylko jako jednostka, ale i gatunek), a w konsekwencji na jego działanie, decydujący wpływ wywiera tzw. „nieświadomość zbiorowa”, tj. leżąca poniżej progu świadomości warstwa psychiki wspólna wszystkim ludziom, w których są nagromadzone doświadczenia poprzednich generacji. Jest ona potężnym dziedzictwem duchowego rozwoju ludzkości, odrodzonym w konstytucji każdej jednostki. Składają się na nią, oprócz instynktów i popędów, tzw. archetypy. Jednym z nich jest archetyp cienia (przynależny jakby do tej ciemniejszej strony jaźni). Archetypy te ujawniają się w sytuacjach dla człowieka ekstremalnych, granicznych, a więc w momentach rzeczywistego lub urojonego zagrożenia, w konfrontacji ze śmiercią, w sytuacjach konfliktowych wreszcie. Archetyp cienia jest przejawem tej niższej, prymitywnej, zwierzęcej części naszej osobowości, gdzie znajdują się skłonności, namiętności i pragnienia, które trudno jest zaakceptować świadomie ze względu na ich amoralność, niezgodność z wyznawaną przez nas (otwarcie) hierarchią kulturowych wartości. W człowieku i w świecie istnieją tuż obok siebie zarówno dobro, jak i zło, które łatwo może się wyzwolić. Wystarczy tylko nagromadzić odpowiedni materiał, a już tkwiące w człowieku „diabelskie” siły, potrafią nim zawładnąć i go wykorzystać: „Wiadomo, że karabiny same zaczynają strzelać, gdy tylko zbierze się ich dostateczną ilość” – pisał Jung.

Dlaczego, mimo postępów cywilizacyjnych, wysoko rozwiniętej kultury, w której szczególnie wyeksponowane są elementy humanistyczne, liczącego dwa tysiące lat chrześcijańskiego dziedzictwa z jego ideałami miłości bliźniego i przykazaniem „nie zabijaj” – stale wybuchają nowe, coraz to okrutniejsze konflikty i cięgle wisi nad nami realna groźba nuklearnej, apokaliptycznej zagłady?
Jeszcze raz Jung – obrazowo i sugestywnie – próbuje dać odpowiedź:
„Spójrzmy tylko na niewiarygodne okrucieństwa naszego tzw. cywilizowanego świata, okrucieństwo, które rodzi się przecież z ludzi i stanu ich ducha! Spójrzmy na diabelskie środki niszczenia! Stworzyli je, wymyślili szanowni obywatele, którzy skądinąd są ludźmi takimi, jakich moglibyśmy sobie życzyć. A kiedy wszystko biorą diabli i na ziemi zaczyna szaleć nie dające się opisać piekło zniszczenia – nie ma wówczas winnych. Po prostu stało się. A wszystko zrobili przecież ludzie. (…) Nikt nie zdaje sobie w pełni sprawy, że ta w pełni zorganizowana masa zwana państwem lub narodem, poruszona jest przez bezosobową i niewidzialną, lecz straszną potęgą, niekontrolowaną przez nikogo i przez nic. Ta przerażającą siłą jest lęk przed sąsiednim narodem, który podejrzewa się, że jest opętany przez złego ducha. Ponieważ nikt nie jest w stanie zrozumieć, jak bardzo sam jest opętany, rzutuje po prostu własny stan na sąsiada i uważa za swój święty obowiązek posiadanie największych armat i najbardziej trujących gazów.”

Podobnie napisał też kiedyś Robert Musil:
„Najbardziej elementarne przykazania moralne, mówiące że nie można łamać umów, pożądać cudzej własności i zabijać, wciąż jeszcze nie obowiązują w stosunkach między państwami, które wobec siebie nawzajem kierują się jedynie prawem własnej korzyści, realizowanym drogą przemocy, podstępów i ekonomicznego nacisku, przy czym każde państwo w oczach drugiego państwa uchodzi naturalną koleją rzeczy za zbrodnicze, natomiast własnym obywatelom wydaje się wcieleniem ich honoru i moralnej dojrzałości.

*

3. OBLĘŻONA TWIERDZA.

*

Najjaskrawszych przykładów na potwierdzenie tezy o tworzeniu w sytuacjach konfliktowych stereotypu wroga, (którego trzeba zniszczyć), budowaniu i wykorzystywaniu syndromu „oblężonej twierdzy”, dostarczają faszystowskie Niemcy, choć jest to nader uniwersalny mechanizm, działający we wszystkich ludzkich zbiorowościach. Funkcjonowanie agresywnej wojennej propagandy III Rzesza doprowadziła do perfekcji, opierając się głównie o prymitywną w sumie „filozofię” nazistowską, której zręby uwidoczniły się wyraźnie już w „Mein Kampf” Hitlera, a zostały rozwinięte wkrótce przez serwilistycznych ideologów faszyzmu. Mistrzem propagandy okazał się Goebbels, a zasady perswazji, jakimi zaczął się on kierować indoktrynując społeczeństwo niemieckie, okazały się niezwykle skuteczne. Było to przed wszystkim odwołanie się do „pierwotnych” instynktów nacjonalistycznych, archetypicznej miłości Matki Germanii, „serca” narodu bijącego najmocniej w podgrzanej emocjonalnie atmosferze odwiecznej tradycji i heroicznych mitów. Wszystko to miało niewiele wspólnego z racjonalną oceną sytuacji, za to pławiło się i nurzało po uszy w gęstej i lepkiej zupie iluzji, przesądów i złudzeń; także w marzeniach o nadludzkiej wręcz potędze i władaniu nad światem. Zaczęła obowiązywać jedna jedyna „prawdziwa” idea, zaczęto bezwzględnie zwalczać wszystkich myślących „inaczej ” – konformizm stał się naczelną zasadą funkcjonowania jednostki w społeczeństwie, dzięki czemu wola propagandystów stawała się coraz bardziej „wolą” całego narodu.

Szczególną wagę propaganda faszystowska przywiązywała do filmu, obwołanego bronią nowoczesnej Europy, i uznanego za  znakomity nośnik dominującej ideologii, „równie skuteczny jak karabin i działo”. Wprzęgnięto więc kino – ale również inne rodzaje sztuki – w masową indoktrynacje i lansowanie nazistowskich „cnót”, tez i ideałów: kult mocy, siły i fizycznej sprawności, pięknego ciała – zachwyt nad urodą aryjskiej rasy i głoszenie konieczności zachowania jej czystości (Rosenberg: „Nordyk staje się synonimem świetlistości, aseksualizmu i niebiańskości”), wiara w „boską” misję führera, monumentalizm i odwołanie się do germańskiej mitologii. Dalej: idealizowanie wojny i śmierci bohaterów, nadawanie temu cech patetycznych; gloryfikacja odwagi, wytrwałości, wyrzeczeń dla narodu i ojczyzny, rozpalanie patriotyzmu, bezgranicznego posłuszeństwa, stosowanie racji opartych jedynie na prawie i dyscyplinie, głoszenie pruskiego ideału żołnierza, masowej solidarności w walce z wrogiem, niezłomny opór aż do końca.

Przygotowanie gruntu pod ekspansywną agresję i jej usprawiedliwienie, wymagało stworzenia w społeczeństwie mitu „oblężonej twierdzy”, mającego z kolei na celu zrodzenie więzi zagrożenia. Dokonywano tego posiłkując się wszystkimi dostępnymi środkami przekazu, głównie za pomocą filmu, radia i prasy. Obcym przypisywano oczywiście wszelkie negatywne cechy – zdemoralizowanie, tchórzostwo, okrucieństwo, zidiocenie, awanturnictwo, warcholstwo, zezwierzęcenie, fizyczną szpetotę… itd.; Niemcom – cechy wyłącznie pozytywne.

*

4. EUFEMIZM I PRZEMILCZANIE

*

Oprócz typowych metod agresywnej propagandy – takich jak: lansowanie własnej ideologii i tworzenia odpowiedniej struktury społeczno-politycznej, podkreślanie własnej wyższości (rasowej, moralnej, intelektualnej, militarnej…), rozpalanie patriotyzmu (czyt. nacjonalizmu), napastliwości i kreowanie urojeniowego obrazu wroga, ideowa „dywersja” i zachowanie pozorów „prawdy” (podkreślanie tej”prawdy”); karykatura, przesada i oczernianie – należy także zwrócić uwagę na szeroko stosowaną i perfidną w swojej istocie metodę eufemizmów. Oto np. w kuriozalnym  „Kolbergu” (dla potrzeb realizacyjnych filmu zaangażowano 185 tys. pełniących czynna służbę żołnierzy – w 1944 roku!), na polecenie Goebbelsa wycięto sceny, jego zdaniem zbyt realistycznie przedstawiające okropności wojny, choć pochłonęły one czwartą część ogromnego budżetu filmu.
W faszystowskich kronikach nie można było ukazywać śmierci niemieckich żołnierzy. Kto zwracał uwagę na straty ponoszone przez Niemców, oskarżany był o defetyzm. Nie było to zjawisko nowe. W czasie I wojny światowej istniał powszechny zakaz przedstawiania w kronikach filmowych trupów, które milionami wówczas zalegały pola bitew; zatrutych gazem żołnierzy wypełniających kilometrowe okopy i transzeje. Ta cenzura obowiązywała po obu stronach frontu.

Eufemizm i przemilczanie ma uniwersalny charakter. W serialu „Wojna i pamięć”, który miał ponoć ambicję ukazania wszelkich okropności II wojny światowej, o zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki wspomniano dyskretnie, i jakby wstydliwie. Pełne pokazanie katastrofy i jej skutków – zmiecione z powierzchni ziemi dwa olbrzymie miasta wraz z setkami tysięcy ich mieszkańców – byłoby nietaktem? Na pewno wprowadzałoby jakąś dyskomfortową dwuznaczność. W filmie Formana „Hair”, bombastyczne, napuszone, grające na patriotyzmie i chwale amerykańskiego oręża przemówienie wyższego rangą oficera, kierowane do odlatujących do Wietnamu żołnierzy, przerywają nagle ogłuszające dźwięki muzyki i nieoczekiwany komentarz o „wnętrznościach zaplątanych w kolczasty drut”, o „rozrywanych granatami ciałach”… Na twarzach dowódców pełna konsternacja, graniczący z paniką popłoch. Rozwiązaniem sprawy okazuje się ostrzelanie megafonu.

*

5. WSPÓLNOTA ZŁA

*

Istnieje mocne i proste w zasadzie, psychologiczne uzasadnienie podtrzymywania syndromu zagrożenia ze strony wroga, zwłaszcza w sytuacjach konfliktowych, w stanie wojny. Wtedy to integracja grupy jest niezbędna zarówno do ofensywnego, jak i defensywnego skutecznego działania. Wówczas też znaczna część wyobraźni kreująca obraz wroga ma charakter wyraźnie urojeniowy. Rozsądek, poczucie realizmu jest stępione specyfiką sytuacji i okoliczności. Zaczynają tez działać mechanizmy związane z psychologią tłumów (nietolerancja, impulsywność, autorytaryzm, podatność na sugestię, bezkrytyczne uleganie wątpliwym autorytetom…). Pożądane jest wszystko, co umacnia więź grupową i pozwala się z nią identyfikować: przekonanie o własnym posłannictwie, wyjątkowości, bohaterstwie, boskiej opatrzności, a także poczucie krzywdy oraz przydawanie sobie wszelkich możliwych cnót.

Natomiast wizerunek wroga maluje się w najczarniejszych barwach – przypisuje się mu wyłącznie cechy negatywne, staje się on doskonałym przeciwieństwem własnego image. W skrajnych przypadkach odmawia mu się w ogóle cech ludzkich. Łatwo jest wtedy zabijać, mając ponadto satysfakcję z dobrze spełnionego obowiązku – własne sumienie zastępuje wówczas ideologia.
Wszelkie odstępstwa od tych zasad stawiają człowieka poza wspólnotą, grożą wykluczeniem ze zbiorowości, bowiem zdają się kwestionować nienaruszalność wspólnie wyznawanych wartości, podważać bezwzględność i słuszność takich konsolidujących i mobilizujących pojęć jak patriotyzm, honor, ojczyzna, bohaterstwo, żołnierski obowiązek. Erich Maria Remarque musiał uciekać z hitlerowskich Niemiec, gdyż groziła mu tam śmierć. Był przez faszystów znienawidzony. Uważano, że „Na Zachodzie bez zmian” jest paszkwilem na „ducha narodu”, osłabia morale (sic!) młodych żołnierzy. W przedwojennej Polsce pacyfiści też nie byli mile widziani, podobnie jak w innych krajach Europy, która szykowała się wówczas do krwawej jatki, jaka miało już wkrótce nastąpić.
Zresztą także w Ameryce patrzono z potępieniem na tych mało walecznych. Charlie Chaplin kiedyś nie wytrzymał tego „bojowego ducha” i wygarnął: „W obozach ćwiczebnych uczono ludzi walki na bagnety – jak trzeba wrzeszczeć, rzucać się naprzód i wbijać ostrze w bebechu wroga, jeśli utknie w jego pachwinie, to strzelić mu w brzuch, by je uwolnić. (…) Nie lubię, kiedy mi mówią kogo mam zabijać i za co umierać, a wszystko w imię patriotyzmu.”
Oczywiście po tej wypowiedzi prasa odsądziła Chaplina od czci i wiary, właśnie za brak patriotyzmu. Szeroko znana jest nagonka, jaka się rozpętała w Ameryce za jego bezkompromisowość, niezależność w formułowaniu sądów i nonkonformizm.
Podobny los spotkał także Witolda Gombrowicza, który miał odwagę skrytykować napuszono-sztuczną manifestację niektórych naszych narodowych „świętości” (np. w „Transatlantyku”) i otwarcie zamanifestować swoją pacyfistyczną postawę: „Ale ja nie tyle bałem się wojska i wojny, ile tego, że mimo najlepszej woli nie mógłbym im sprostać. Nie jestem do tego stworzony. Dziedzina moja jest inna. Rozwój mój od najwcześniejszych lat w innym poszedł kierunku. Jako żołnierz byłbym katastrofą. Przysporzyłbym wstydu sobie i wam. Czy myślicie, że jeśli patrioci tacy jak Mickiewicz lub Szopen nie wzięli udziału w walce, to jedynie z tchórzostwa?” – pisał Gombrowicz w „Dzienniku”.

*

6. CZY WRÓG TO BRAT?

*
Symptomatyczne są tu dzieje niektórych dzieł literackich, czy filmowych, zakazanych czy też zwalczanych z powodu nie przystającej do oficjalnej wersji patriotyzmu i obowiązków wobec opanowanego przez militaryzm państwa.
W przypadku „Towarzyszy broni” Renoira nastąpił sprzeciw cenzury wobec sposobu przedstawienia żołnierza niemieckiego – ukazanie jego ludzkiego oblicza wzbudzało zbyt wiele sympatii. „Najeźdźcy” Pabsta – dyskomfortowa dla Niemców, rodaków reżysera, (ale i także dla Francuzów) symboliczna scena zbratania się rannego Francuza z umierających Niemcem; „Na Zachodzie bez zmian” Milestone’a – ekranizacja należącej do klasyki pacyfistycznej książki Remarque’a, zawierająca podobne w wymowie epizody, w Niemczech kategorycznie zakazana; „Ścieżki chwały” Kubricka – wstrząsający film, przez kilkanaście lat zakazany we Francji ze względu na ukazanie francuskich oficerów w nader niekorzystnym świetle, obnażający ich bezduszność wobec własnych żołnierzy, traktowanych jak armatnie mięso, poświęcanych „dla dobra sprawy”; wreszcie pamfletyczny obraz Losey’a „Za króla i ojczyznę” – ujawniający bezwzględny mechanizm działania wojskowej machiny „sprawiedliwości” (dla niektórych była to prowokacyjna konfrontacja z obowiązującym dotychczas, bohaterskim i pełnym chwały obrazem angielskiej armii i jej przywódców).
Można jeszcze tu wspomnieć o dwuznacznej moralnie postaci porucznika Diestla (Marlon Brando) z „Młodych lwów”, nakręconych według głośnej książki Irvina Shawa pod tym samym tytułem – spojrzenie na niemieckiego oficera jak na zupełnie podobnego nam człowieka, uświadomienie sobie jego ludzkich uczuć, słabości, wahań, szlachetności, tragizmu wreszcie… podważa przyjęty (i uznany przez naszą stronę) porządek świata. To, że walczymy z takimi samymi jak my ludźmi, nie może bowiem dotrzeć do naszej świadomości, gdyż osłabiłoby to naszą waleczność i determinację, skuteczność w „eliminacji” przeciwnika. Dlatego w wojsku nie mówi się o zabijaniu, ale eufemistycznie o „uszczuplaniu stanu liczebnego jednostek nieprzyjaciela”. Na ćwiczebnych tarczach strzelniczych człowiek zredukowany jest do doskonale anonimowej sylwetki, z „dziesiątką” nieco poniżej zarysu hełmu.

*

7. CZY ŻOŁNIERZ TO PSYCHOPATA?

*
Oto bez mała szokujące stwierdzenie, jakie padło z ust płk. dr. med. Jana Wilka (pełniącego w polskiej armii funkcję “naczelnego psychiatry wojskowego”) podczas wywiadu udzielonego „Polityce”:
Wilk: „(Żołnierz) musi więc mieć specyficzne cechy osobowości, które występują w niektórych rodzajach psychopatii lub socjopatii.”
P: Jakie to cechy?
Wilk: “Obniżony lęk przed śmiercią, zdolność do użycia siły, w tym zabijania z pełną świadomością, umiejętność bezwzględnego podporządkowania się rozkazom (…). Żołnierz jest przeznaczony do tego, żeby jak najbardziej precyzyjnie zabijać i samemu nie dać się zabić. (…)
P: Więc przygotowanie do zawodu polega na skrzywieniu psychiki kandydata?
Wilk: “W psychiatrii nazywa się to PSYCHOPATYZACJĄ zawodową albo społecznie użyteczną” (podkreślenie własne).

Tak więc „psychopatyzacja” jako przystosowywanie (przygotowanie) do pewnych warunków (sytuacji) historycznych, społecznych i kulturowych? Psychopatyzacja, czy też raczej wtłaczanie człowieka w pewne ramy systemu przemocy – wymuszanie na nim zachowania zgodnego z oczekiwaniami grupy, bo przynoszącego jej korzyści? Żołnierz, jak by na niego nie patrzeć, jest także państwowym narzędziem do zabijania. Wszystko wskazuje na to, że nie może się to wszystko obejść bez depersonalizacji, czyli pozbawienia człowieka (do pewnego stopnia) osobowości, tak by lepiej mógł się on znaleźć w nowej, przypisanej mu przez społeczeństwo (państwo)  roli. Ciekawe, że dr Wilk wiąże to także z socjopatią, choć wydaje się, że takie zachowanie jest społecznie pożądane, czyli stanowi niejako socjopatii przeciwieństwo.

Być może użyte tu sformułowania są postawione nieco na wyrost, niemniej jednak jest coś na rzeczy z „wykrzywianiem” psychiki kandydata na żołnierza, a już na pewno istnieje mnóstwo dowodów na traumatyzm doświadczeń frontowych, w wielu przypadkach uniemożliwiających późniejsze, normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Jest to chyba cena, jaką musi człowiek zapłacić za to, że brał udział w czynach, które obnażyły przed nim pierwotną okrutność zabijających się wzajem osobników Homo sapiens – wszystkie te momenty, kiedy człowieczeństwo zostaje odarte z kulturowej waty a pozostaje tylko zew krwi – nagi zwierzęcy instynkt.
*

8. SKARCENIE PIOTRA

*
Dopóki wątki pacyfistyczne i antywojenne (w literaturze czy filmie) są przez odbiorców rozpoznawalne i i pozostawiane w sferze wartości ogólnych, wyjęte z kontekstu narodowego i politycznego, dopóty nie budzą oporu i sprzeciwu. Ale jeśli tylko zaczynają dotykać spraw zakodowanych w społecznej świadomości jako nienaruszalne, przedstawiać w nieco inny niż zwyczajowo przyjęty sposób, poddawać w wątpliwość i podważać ustalony system narodowych wartości, wtedy zaczynają się kontrowersje, podnoszą się nawet głosy oburzenia – następuje efekt naruszenia tabu (o czym świadczą podane wyżej przykłady).

Czy na pacyfizm należy patrzeć z wyrozumiałą pobłażliwością jak na utopię? Z ideami pacyfistycznymi spotykamy się na różnych szczeblach rozwoju cywilizacji człowieka, w różnych kulturach i epokach. Były one przeciwległe biegunowo agresji, destrukcyjności, wrogości i nienawiści. Można chyba powiedzieć, że dialektyczne ścieranie się wypływających z nich myśli i wartości, wyznaczało kierunki naszego rozwoju cywilizacyjnego. Pacyfizm ma więc mocne przesłanki: odrzucenie przemocy jako wymóg determinowany czynnikami natury religijnej, filozoficznej czy etycznej, postulat o tolerancji, wzajemnej współpracy i sukcesywnej poprawy stosunków między narodami; łagodzenie napięć i konfliktów, redukcję zbrojeń (lub rozbrojenie), rezygnację ze stosowania siły w rozwiązywaniu międzynarodowych sporów.
Inną sprawą jest jego skuteczność. Tylko w ubiegłym wieku i tylko w Europie wymordowało się wzajemnie i wyniszczyło ponad 100 mln. ludzi, w ogromnej większości deklarujących się chrześcijanami, a więc uważającymi się za naśladowców Jezusa Chrystusa, który skarcił Piotra Kefasa za dobycie i użycie w jego obronie miecza. W takiej rzeczywistości pacyfizm naprawdę  może się wydać jakimś irracjonalnym wyznaniem wiary.

Odrzucenie przemocy i dążenie do osiągnięcia społecznego celu bez gwałtu, było centralnym punktem filozofii duchowego przywódcy Indusów, Mahatmy Gandhiego. Jego postawa, podobnie jak w przypadku Jezusa z Nazaretu, realizowała się w wymiarze archetypicznym, stąd zdolność Ghandiego do porwania za sobą całych rzesz. Wykorzystanie jedynie siły, która rodzi się z prawdy i miłości (satygagraha), działanie negujące przemoc wyniósł on do rangi zasady etycznej (idąc w ślady Lwa Tołstoja, pod którego wielkim wpływem kształtowały się poglądy Gandhiego). Miało to przynieść konkretne, wymierne i praktyczne skutki: „Walka bez gwałtu nie sprowadza się u mnie jedynie do prostej zasady systemu filozoficznego… To nie jest cnota zakonna mająca spowodować spokój wewnętrzny i zapewnić indywidualne zbawienie. Jest to najskuteczniejszy i nieofensywny sposób, aby dać wartość prawom politycznym i ekonomicznym tym wszystkim, którzy są ciemiężeni i wyzyskiwani.”

Max Weber nazwał etykę niestosowania przemocy „etyką pariaską”. Gandhi potraktował ja w innych kategoriach, umieścił w innym obszarze – udowodnił, że może być bronią słabych i bezbronnych. Jednak, jak uważają zwolennicy tej doktryny, ta słabość nie jest słabością ducha. Przeciwnie, wymaga wielkiej siły wypływającej z niezłomnych moralnych zasad. Ten paradygmat jest silnie osadzony w myśli chrześcijańskiej: czerpanie mocy z cierpliwości, łagodności, miłości, współczucia, miłosierdzia,  prawdy i piękna, użycie tego do przemiany świadomości i postępowania adwersarzy. Podobnie jest w filozofii buddyjskiej, której najbardziej znanym na świecie reprezentantem, głosicielem i nauczycielem jest Dalaj Lama.
*

9. CZY ZASŁUGUJEMY NA POKÓJ?

*
Jak wynika z naszych dziejów, przemoc jest siłą, która nieuchronnie i bezpowrotnie niszczy nasze najwyższe, uniwersalne wartości: ludzkie życie, miłość i zaufanie, harmonijną współpracę, wiarę w moralny porządek świata i elementarną sprawiedliwość… Choć jest ona czymś, co można wytłumaczyć, to czy można ją również usprawiedliwić?
Wybór przemocy jako sposobu naszego działania – i to bez względu na intencje i motywacje – wiąże się zawsze z koniecznością ponoszenia odpowiedzialności. Niepostrzeżenie możemy też stać się podobni do naszych wrogów, którym przypisujemy wszelkie zło. Niestety, bardzo rzadko jest ten wybór świadomy. Ale czy nieświadomość może tu kogokolwiek  usprawiedliwić?
Znane jest stwierdzenie Remarque’a, że na wojnie wszystkie ofiary są w jakimś sensie winne. Rozwija tę myśl i uzasadnia Jean-Paul Sartre w swoich żołnierskich wspomnieniach i zapiskach z frontu. Oto fragment jego „Dziwnej wojny” dotykający problemu indywidualnej odpowiedzialność każdego człowieka biorącego udział w wojnie:

„Mówi się, że ludzie nie zasługują na pokój. To prawda. Prawda po prostu w tym sensie, że uczestniczą w wojnie. Nikt z ludzi obecnie zmobilizowanych (siebie naturalnie nie wykluczam) nie zasługuje na pokój dlatego, że gdyby naprawdę zasługiwał, nie byłby tutaj. Ale mógł zostać zmuszony, poddany presji… Nie! – był wolny. Wiem oczywiście, że poszedł na wojnę wierząc, że nie może postąpić inaczej. Ale ta wiara jest złudna. I dlaczego tak zdecydował? Odnajdujemy tu wspólnictwo. Przez inercję, bezwładność, respekt dla siły, strach przed potępieniem… Ponieważ rozważył szanse i wyliczył sobie, że mniej ryzykuje podporządkowując się, niż sprzeciwiając (…) – z pychy, głupoty, naiwności, konformizmu, niedostatku wyobraźni – ze strachu przez samodzielnym myśleniem. Ponieważ jest bojowy jak kogut. Oto dlaczego na wojnie nie ma niewinnych ofiar a ludzie nie zasługują na pokój.”

A Ty – czy zasługujesz na pokój?
*

Albrecht Dürer, „Czterech jeźdźców Apokalipsy” (fragm.)

*

WOJNA JAKO WIDOWISKO

Wojna jako pornografia szaleństwa, atawizmów i okrucieństwa – bombastyczna euforia „Czasu Apokalipsy”.

*

STRASZNA I FASCYNUJĄCA

Na wojnę patrzymy zarówno z przerażeniem i odrazą, jak i fascynacją. Jest ona stałym elementem naszej „kultury”. Pełno jej na ekranach kin i telewizorów, pełno w literaturze… Co nie dziwi wobec faktu, że to właśnie wojna, gwałt i przemoc były w dużej mierze tym, co kształtowało naszą cywilizację.
Oczywiście wiemy dlaczego wojna nasz przeraża. Ale co powoduje, że wydaje się nam ona fascynująca? Na czym polega wojenna atrakcja? Dlaczego tak chętnie piszą o wojnie „ludzie pióra” i z takim entuzjazmem biorą się za ten temat filmowcy? Co powoduje, że my sami z patrzymy na nią z takim zainteresowaniem, zadziwieniem i uwagą, ale i ekscytując się nią,  często poddając przy tym nasze myśli i nerwy wielkiej próbie wytrzymałości?
Co nas tak w wojnie pociąga?
Otóż wiele.

Jej dramatyzm. Wojna postrzegana jako najwyższe i najgłębsze doświadczenie człowieka. Mobilizująca wolę i zmysły, wyostrzająca ludzkie uniwersalia… Na wojnie żyje się szybciej (i krócej), przeżywa intensywniej, zapomina o cenie (i wartości) życia. To nie tylko okrucieństwo pcha ludzi do walki, ale również dreszcz podniecenia. To nie tylko chęć potępienia i smutna zaduma nad fatalizmem wojen przyciąga nas widzów przed ekran, ale także siedzący w każdym z nas okrutny podglądacz walki gladiatorów. Największe historie opowiadane przez człowieka, największe tragedie i poematy nie mogą się obejść bez wojen – bez tego bogactwa i dramatyzmu ludzkich losów, zakręconych wojenna zawieruchą. „Iliada”, „Pieśń o Rolandzie”, „Wojna i pokój”, sienkiewiczowska trylogia, „Władca pierścieni”, „Gwiezdne wojny”

Jej fatalizm. Niestety, wszystko wskazuje na to, że dopóki na ziemi będzie istniała ludzka cywilizacja, dopóty będą wojny. Reszta jest chyba utopią i pobożnym życzeniem. „Wojna, tak samo jak miłość, zawsze znajdzie swoja drogę” (by wybuchnąć) – uważał Brecht, a Camus konstatował: „Często się zastanawialiśmy gdzie mieszka wojna i co czyni ja tak podłą i ohydną. Teraz już wiemy gdzie mieszka wojna – w nas samych.” A więc wojna jako nieodłączna część ludzkiej egzystencji. Czy to nie wystarcza aby się nią zająć?

Jej fotogeniczność. Tak jest! Każdy z nas, wiecznych chłopców wie, jak wspaniale na ekranie wygląda wielka batalistyka. Obraz bitwy – co jest bardziej godne malarskiego płótna? (Chyba tylko kobieta.) Kiedy jako szczenięta oglądaliśmy westerny, każdy facet musiał mieć zatknięte za pasem dwa colty, a w najgorszym wypadku jeden, no i trup musiał się ścielić gęsto. Inaczej to nie był western. Sowieckie filmy wojenne tolerowaliśmy tylko dlatego, że do kręcenia scen batalistycznych angażowano w nich po parę dywizji wojska i bitwy na ekranie wyglądały bardziej spektakularnie, niż te, które odbyły się w rzeczywistości.

Jej okrucieństwo i absurd. A jednak sądzę, że większość twórców obiera sobie ten temat, by wyrazić swój sprzeciw wobec wojny – zamanifestować swoją niezgodę na rozsiewane przez nią zło. Najlepsi z nich nie wyrażają tego wprost, lecz pośrednio. Ich film to np. studium charakterów. Analityczna próba ogarnięcia wpływu, jaki wywiera wojna na ludzką psychikę, myślenie, postępowanie i osobowość oraz na relacje z innymi ludźmi.

Wojna to nie tylko walka na śmierć i życie. To także walka o duszę człowieka. Jean-Louis Trintignant zatruwa swoim cynizmem serce młodego rekruta w filmie „Fiesta”.

MIĘDZY NAMI, KUTASAMI

Oto oglądam „Fiestę”. Francuski obraz z hiszpańską wojną domową w tle. Na pierwszym planie: cyniczna postać starego pułkownika Masaquala (Jean-Louis Trintignant) i Rafaela, młodszego syna jego szlacheckiego przyjaciela. Masaqual staje się dla chłopca prawdziwym mentorem z piekła rodem. By jak najszybciej zrobić z niego mężczyznę (jak na ironię sam pułkownik jest homoseksualistą), przydziela go do plutonu egzekucyjnego i Rafael przechodzi chrzest bojowy zabijania, rozstrzeliwując także kobiety, dzieci i księży. Dzieje się to podczas wojny domowej, jednak narodowe rozdarcie i walka klas nie jest     głównym tematem „Fiesty”... choć czasem przypominają się słowa Saint-Exupery’ego: „W wojnie domowej linia ognia jest niewidoczna, przechodząc przez ludzkie serca”. Film skupia się na dialogu między pułkownikiem a świeżym rekrutem. Pojedynek to nierówny: cynizm i przebiegłość contra idealizm i zwątpienie. Oto próbka chłodnej i sarkastycznej tyrady Masaquala: „Jest to wojna bogatych z biednymi. Tak naprawdę to nie chodzi tu o żadną Ojczyznę, ani o honor, ani o ideały. Tu chodzi o władzę i pieniądze. My, żołnierze, jesteśmy kutasami i walczymy z kutasami. Wygra ten, kto jest większym kutasem.”

WAGNER W DŻUNGLI

Wracam do „Czasu Apokalipsy”. Film niezapomniany. Daleki od frontowego dokumentu. Wojenna rzeczywistość ulega tu zdecydowanej deformacji – film Coppoli jest niczym surrealny fresk epoki atomu i napalmu, monstrualne wyolbrzymienie i tak już zniekształconego wizerunku wojny. Już samo zestawienie muzyki Wagnera z rozległą panoramą skąpanej w ogniu dżungli, narzuca obrazowi specyficzny, patetyczny klimat. Na tym tle postacie dwóch szaleńców-antagonistów przynależą zdecydowanie do sfery metafor i symboli. (Myśli biegną ku „Jądru ciemności” Konrada, także do „Podróży do kresu nocy” Celine’a.)
Biorąc pod uwagę jedynie zewnętrzną warstwę wizualno-fabularną filmu, można mu wiele zarzucić: nieprzystająca do tematu barokowość, swoistą „bizantyjskość”, niebezpiecznie zbliżające się do dziwaczności wyrafinowanie (manieryzm gry Marlona Brando?), niezbyt jasne intencje czy przesłanie… Ale atmosfera „wietnamskiego obłędu” została tu ewokowana z niezrównaną siłą artystycznego wyrazu a sam obraz zdolny jest podziałać na widza wręcz piorunująco – ta metaforyka przestaje być mentalną zabawką bawiącego się w oglądanie kina  i napawającego się wojennym spektaklem vouyera, a staje się czymś, co zbliża nas do odkrycia samego rdzenia atawistycznej żądzy mordu.

LŚNIĄCE MIĘŚNIE RAMBO

Zgoła inaczej mają się sprawy z wojennymi widowiskami, których posądzenie o artyzm byłoby już czystym nieporozumieniem, bowiem prezentują one estetykę krwistego befsztyku i bezsensownych fajerwerków. Wszystkie te filmy klasy B bezmyślnie eksploatujące gwałt, brutalność i przemoc, dla których wojna jest ledwie pretekstem do ukazania na ekranie infantylnej a krwawej jatki.
Weźmy choćby takiego „Rambo”,a zwłaszcza jego kolejne części (bo część pierwsza „First Blood” jest jednak odrębnym zjawiskiem i nie do końca przystaje do tego, co chcę tu napisać o Rambo w kontekście późniejszych eksploatacji tej postaci) , o całej masie epigońskich obrazków klasy „C” nie zapominając).
Przy czym, warto zaznaczyć, że nawet tego typu zjawiska mają głębsze podłoże – można tu bowiem mówić o fenomenie Rambo.
Imponujące, napięte mięśnie Stallonego dzierżącego w męskim uścisku dłoni potężny, równie imponujący karabin (analogicznie rzeczy mają się w „Conanie”, „Terminatorze”, „Komandzie”…) wywołują wśród nastoletniej widowni dreszcz ekscytacji,  zachwytu i uwielbienia. Identyfikacja z tego typu bohaterem, przeżywanie jego zwycięstw i potęgi, jest zastępczą formą realizacji własnych, często nieuświadomionych pragnień, marzeń, popędów i skłonności. Rambo – będąc supersprawną maszyną do zabijania – wystrzeliwuje i wysadza w powietrze tuziny przeciwników; niekiedy mamy wrażenie, że są to całe wietnamskie pułki. A jednak śmierci wydajemy się nie zauważać – jest ona dla nas abstrakcyjna i umowna.
Poniekąd komiksowy charakter tych takich obrazów stanowi zabezpieczenie przed zagrożeniem widowni. Pod warunkiem jednak, że różnica między ekranową iluzją a rzeczywistością jest rozpoznawalna. W samej swej istocie przecież, kino ma charakter ludyczny, a nawet bajeczny. Stąd ewentualne usprawiedliwienie konwencji, mających uatrakcyjnić filmowe widowisko. Wskazuje się także na kompensacyjny charakter tych obrazów, uważając, że są one swego rodzaju wentylem bezpieczeństwa dla młodzieżowej agresji, zastępczą formą jej odreagowania. Jednak czy tolerancja nie powinna się kończyć w miejscu, gdzie pod wpływem bezmyślnie i nieodpowiedzialnie wykreowanych wzorców, następuje bardziej lub mniej świadome przyjęcie proponowanych pseudo-wartości, przenoszenie tego ze sfery wirtualnej fikcji do rzeczywistości? Tylko gdzie przebiega ta granica? Wiemy, że zależy ona nie tyle od konkretnego utworu, ile od mentalności widza, jego osobowości, podatności na sugestię i ukrytą perswazję. Również od tego, w jakim on funkcjonuje środowisku. I jeszcze jedno: kto weźmie na siebie ryzyko etycznej oceny tego rodzaju widowisk, narażając się tym samym na dolepienie kompromitującej w permisywnym świecie etykiety moralisty?

Rambo: tępawy osiłek z rozbudowanym instynktem walki czy nieskorumpowany bohater walczący z Imperium Zła?

PRODUKT DLA  PÓŁGŁÓWKÓW?

W „ideologii” obrazów Rambo-podobnych, będących dowodem na „odrodzenie się prawicowych schematów wojennych w amerykańskich fabułach” (jak pisano w „Sight and Sound”), dopatrywano się nawet elementów faszystowskich: „Twierdzenie, że Rambo ma nastawienie praktyczne (a sugerował to sam Reagan – przyp. LA) oznaczałoby groźne  nadawanie prestiżu zjawisku, które nie jest niczym innym jak reakcyjną paranoją. Jego filozofia sprowadza się do skondensowania poglądów graniczących z faszyzmem (…). Najbardziej chorobliwym aspektem fenomenu ‚Rambo’ jest skuteczność z jaką Stallone wykorzystuje uczucia wywołane przez u widza przez reakcyjne poglądy (…). W filmach serii ‚Rambo’ wojna wcale nie jest obrzydliwa. Ona jest olśniewająca jak muskuły bohatera.” („Washington Post”).
Zacytuję jeszcze kilka, miejscami niewybrednych określeń, jakimi obdarzono stworzoną przez Sylvestra Stallone postać rambo: „tępawy osiłek z rozbudowanym instynktem walki”, „nieskażony myśleniem, zrobotyzowany”, zabijaka o „ponuro-zamyślonej intensywności”, „dinozaur okresu zimnej wojny”, „bohaterski kolos, duma nad zgnilizną moralną wszystkich superpotęg”, „psychopata, dla którego jedynym odpowiednim miejscem jest więzienie albo pole walki”. Sam film określono jako „typowy produkt półgłówków wymyślony dla zamulania świadomości naiwnych”.

Z KARABINEM PO STRONIE DOBRA

Można się jednak pokusić o próbę obrony Rambo. Pierwsza część cyklu niesie ze sobą symptomatyczna treść. Rambo okazuje się tu być jednym wielkim wyrzutem sumienia i oskarżeniem społeczeństwa amerykańskiego, obojętnego na los wietnamskich weteranów. Jest tu również sugestia, że amerykańscy chłopcy walczyli w Wietnamie  dzielnie i pełni poświęcenia, ale zdradzili ich wojskowi dowódcy i skorumpowani politycy.
O tym, że Rambo w walce z Królestwem Zła stoi po stronie Dobra i Sprawiedliwości, większość Amerykanów nie wątpiła. Dowodem napisy, jakie można było przeczytać choćby na okładce „Newsweeka”: „Sylvester Stallone przywrócił do życia bohatera amerykańskiej mitologii, odzianego w żołnierski mundur i wymierzającego sprawiedliwość karabinem”.
Dochodzi tu do głosu zastanawiającym dualizm: tradycyjny amerykański konserwatyzm ze swoimi deklaracjami poszanowania prawa i sprawiedliwości z jednej strony, z drugiej zaś – uwielbienie dla mocnego indywidualizmu i sprawnego, autorytatywnego działania. Jednak czy lansowanie tego typu dwuznacznych cnót przez kreacje Stallonego, Norrisa i Schwarzeneggera nie wydaje się cokolwiek chybione a może nawet i niebezpieczne?

Wojenne piekło w dżungli (Willem Dafoe w „Plutonie”)

WYZWALANIE SIĘ OD POTWORA

Być może rozpanoszenie się „ducha Rambo” na ekranach spowodowało odwrót od infantylnego traktowania wojny jako heroicznego spektaklu i pojawienie się w kinach filmów o wymowie zdecydowanie anty-wojennej. Przełomem był głośny „Pluton” Olivera Stone’a, obwołany natychmiast „najbardziej prawdziwym” filmem o Wietnamie. Zaraz po nim powstają dopełniające go obrazy: „Kamienne ogrody” Coppoli oraz „Full Metal Jacket” Kubricka.

„Plutonowi” zarzucano nawet, że jest „surowym dokumentem frontowym” – o ile traktować to można jako zarzut. Wydaje się to być jednak przesadą, bowiem ostro zarysowany konflikt trójki głównych bohaterów ma wyraźnie fabularny charakter, mimo rzeczywiście lekko wyczuwalnej publicystyki. Stone, jak wiadomo, sam walczył w Wietnamie, blisko 20 lat musiał czekać na to katharsis, jakim była dla niego realizacja „Plutonu”: „… tamta wojna skończyła się dla mnie dopiero ostatniego dnia zdjęć. Poczułem się wtedy… dobrze. Wyzwolony od tego potwora z dżungli.”
Obraz Stone’a w sposób wyważony i esencjonalny ogniskuje w sobie wątki najistotniejsze dla zrozumienia charakteru wojny, które były do tej pory albo przesadnie wyeksponowane, albo też ledwie zaznaczone. Żaden z nich w sposób tak uniwersalny, głęboki i sugestywny nie ukazywał traumatycznych przeżyć przeciętnych marines – psychologicznych powikłań  ich służby w Wietnamie. Walka toczy się tu w kilku wymiarach: frontowym – z wietnamskim przeciwnikiem, wewnątrz samego oddziału i w duszy Chrisa (z którym identyfikuje się niejako sam Stone). Żołnierski trójkąt tworzą dwaj antagonistyczni sierżanci: Elias i Barnes, oraz szeregowiec Chris Taylor. Barnes (Tom Berenger) to pozbawione skrupułów, żądne krwi indywiduum o fizjonomii pirata i mentalności psa wojny, przyczajony i małomówny – jego bezduszność i okrutna nieobliczalność budzą w nas dreszcz grozy i niemalże metafizyczny lęk. Elias (Willem Dafoe) – łączy w sobie cechy sprawnego, dobrze wyszkolonego komandosa z rycerską szlachetnością i prawością określoną granicami żołnierskiej powinności. Chris (Charlie Sheen), nieuformowany charakterologicznie i światopoglądowo idealista, stopniowo ulega przemianie – od postawy naiwnego ochotnika patrioty, do realisty zdecydowanego nie tylko ocalić swoje życie, ale i człowieczeństwo. Obserwując zmagania dwóch sierżantów, zmuszony jest do jednoznacznego opowiedzenia się po którejś ze stron. Chris, chcąc ocalić w sobie dobro, musi zastrzelić rannego Barnesa. Zabija go tym sposobem w samym sobie.

Metaforyka „Plutonu” nie ucieka na metafizyczne wyżyny „Czasu Apokalipsy” z jego przeestetyzowanym mistycyzmem. Nie jest też płaską, stereotypową alegorią z arbitralnym podziałem na Dobro i Zło. Film ten jest bez wątpienia utworem do głębi anty-wojennym, nazwano go nawet manifestem pacyfizmu. Nie ma tu patosu monumentalnych batalistycznych widowisk. Jest zamiast tego prawda frontowego życia: wycieńczające do cna, niekończące się marsze przy wtórze niesamowitych odgłosów dżungli i szczękającego żelastwa, lepiące się od potu i brudu mundury i ciała… I zgoła mało chwalebne obrazy walki: zwierzęca żądza przeżycia, paniczny strach rodzący ślepe okrucieństwo, pociski rozszarpujące ciało na strzępy, przejmujące rzeczywiste obcowanie ze śmiercią… C’est la guerre!
A jednak nie łudźmy się, że „Pluton” wstrząsnął umysłami młodych Amerykanów i wybił im z głowy militarystyczne zapędy – właśnie w okresie największej popularności filmu, w armii amerykańskiej odnotowano najliczniejszy napływ ochotników. Być może zauroczonych krzepą Rambo.

DO SAMEGO KOŃCA

Od czasów kiedy Lenin uznał kino za najważniejszą ze sztuk, przeżyliśmy kilka rewolucji medialnych, a obecnie jesteśmy w trakcie gremialnego wsiąkania ludzkich umysłów w internetową breję. Nasze wyobrażenia o świecie coraz bardziej się wirtualizują. To co spotyka się w sieci, uznawane jest coraz powszechniej za prawdziwy obraz świata.
Czy tak było również z kinem w epoce, kiedy miało ono znacznie większy wpływ na masową wyobraźnię, niż teraz? Czy obrazy wojen na ekranach decydowały o pojęciu, jakie miała o niej tzw. „szeroka” widownia?
Na pewno ten wpływ był większy w przypadku, kiedy widz nie znał wojny z autopsji. Wtedy był on bardziej podatny na artystyczną perswazję filmowego twórcy, który tym łatwiej mógł mu przekazać własną wizję wojny. Albo wykorzystać jego nieświadomość i niewiedzę do osiągnięcia pewnego propagandowego czy też politycznego celu. Wprawdzie film jest tylko rozrywką, niemniej jednak zawsze w jego podtekstach, poza ludyczną fasadą, znajduje się coś, co jest kulturowo (również społecznie i historycznie) istotne. Jakiś symptom naszych czasów, wyznacznik masowego stanu świadomości, kierunku w którym zmierza nasz cywilizacyjny wehikuł.
Kino to również medium, które wydatnie przyczynia się do kształtowania zbiorowej pamięci historycznej. W tym pamięci o wojnach, które prowadziliśmy w przeszłości z regularnością wręcz obsesyjną. A skoro wojna w kinie lub literaturze pozostaje tak wdzięcznym artystycznie tematem – spektaklem, który nigdy się nie znudzi – to możemy być pewni, że ten ekranowy show będzie trwał jeszcze długo… Być może aż do momentu, kiedy już nie będzie nikogo, kto mógłby nakręcić jakikolwiek film, i to niekoniecznie o wojnie.

THE END

Wojna – nigdy niekończący się spektakl („Czas Apokalipsy”)

*