CO WOLNO ARTYŚCIE?

*

Andres Serrano, „Piss Christ” (fotografia plastikowego krucyfiksu zanurzonego w urynie artysty uszkodzona przez oburzoną publiczność we Francji na początku tego roku)

*

W jednym ze swoich komentarzy na moim blogu, Defendo nawiązała do tematu wolności artysty, co pozwalam sobie przedstawić jako punkt wyjścia do niniejszego tekstu: Wielokrotnie stawałam w obronie prawa artystów do naruszania norm, przekraczania granic. Papież przygnieciony kamieniem, który spadł z nieba, ukrzyżowana żaba, powieszenie krzyża, obok umieszczenie gwoździ, młotka, figurki Jezusa i napisu „Zrób to sam” – to prowokacje artystyczne, a sztuka powinna prowokować, artysta jest twórcą, ale i wytworem kultury, funkcjonuje tu i teraz, w określonej sytuacji społeczno-historycznej; a że z założenia jest wrażliwszy od innych ludzi, więc widzi więcej. Ma prawo o tym mówić poprzez swoje dzieła. Kiedy jedna z awangardowych grup austriackich zaczęła „używać” w swoich działaniach wydzielin ciała (krwi, potu, spermy) otrząsnęłam się ze wstrętem. Potem przyszła refleksja, zaczęłam uważniej się przyglądać, pokonując odrazę. Oni po prostu o wiele wcześniej, niż socjolodzy czy etnolodzy, odkryli (może raczej przeczuli), że ciało człowieka stało się towarem, że tak je dzisiaj traktujemy. Zaprotestowali – po swojemu. To ja okazałam się mniej wyczulona, mniej wrażliwa, widziałam obsceniczność tylko, a powinnam spojrzeć uważniej. Uderzyli mocno – fakt, ale celnie. Artystom wolno.

*  *  *

WOLNOŚĆ CZY ROZWOLNIENIE?

Wiek XX-ty przewrócił nie tylko sztukę, ale i całą kulturę Zachodu do góry nogami. Zaczęto kwestionować wszelkie autorytety, rozbito w drebiezgi wszystkie kanony, zaprzeczono powszechnie przyjętym dotychczas wartościom, złamano obowiązujące reguły, przekroczono normy…
Próbowano odrzucić paradygmaty, często myląc je z dogmatami.
Oczywiście robiono to najczęściej w imię tzw. indywidualnej wolności, niczym nieskrępowanej ekspresji – także w imię nowej wyzwolonej sztuki. Rozbito tym samym dotychczasowy porządek, często jednak nie mając do zaoferowania niczego (konstruktywnego) w zamian.
Burzono skwapliwie i ochoczo, ale z budowaniem czegoś było już gorzej. Analiza wychodziła wszystkim dość łatwo, ale syntezy dokonywano już topornie.
Dlatego, moim zdaniem, wiek XX można nazwać wiekiem dezintegracji.

Skupmy się jednak na sztuce. To, co miało być porywem wolności, często kończyło się jakimś rozwolnieniem, albo – nazywając rzecz mniej elegancko – artystyczną „sraczką” (vide: „Merda d’artisa” Manzoniego i inne skatologiczne wybryki). Skutkiem czego, do dzisiaj tzw. “salony” sztuki współczesnej, galerie i muzea są wypełnione tego rodzaju twórczością.

Wolność “totalna” pozbawiona jakichkolwiek norm, reguł, dyscypliny, zamienia się w chaos. Stąd wynika dezorientacja nie tylko twórców, ale – przede wszystkim – publiczności.

DNO I MALINY

Nie jest dobrze, jeśli do opisania wystawionego “dzieła” w postaci np. gwoździa, nożyczek, dętki czy kibla, trzeba spisywać pięć tomów objaśnień, które często przypominają jakiś pseudo-intelektualny bełkot. Każda bzdura może się w takich warunkach doczekać swojej teorii. Tym sposobem sztuka zostaje wyprowadzona w aksjologiczne maliny.

Nie ma wolności absolutnej i w naszym (ludzkim) świecie jej być nie może. Wolność absolutna to mrzonka idealistycznego umysłu.
Kiedy ktoś (w swoim mniemaniu) funduje sobie “wolność” totalną, staje się niewolnikiem dowolności. Świat pozbawiony paradygmatów staje się miejscem, gdzie nie ma żadnego punktu odniesienia i wszystko wydaje się zawisać w próżni.
Nie ma nawet czegoś takiego jak dno, które przecież też ma swoją wartość i znaczenie (a przydaje się choćby tylko dla orientacji, albo do tego, aby się można było od niego odbić).

NA POCZĄTKU BYŁ ZAKAZ

Z czasem naruszono w sztuce wszelkie możliwe tabu. Już od dawna nie funkcjonują w nieje żadne kryteria moralne, a odrzucenie wszelkich względów estetycznych spowodowało powszechny wysyp śmieci, złomu, obrzydlistwa i szkaradnej tandety, na które często „wpadamy”, odwiedzając najbardziej nawet „prestiżowe” muzea i galerie.
Dobry smak i zdrowy rozsądek to dla większości arbitrów sztuki nowoczesnej pojęcia naiwnej i ograniczonej ramoty, i jako takie w ogóle nie są przez nich brane pod uwagę. Nadużywa się przy tym oskarżeń pod adresem „kołtunerii”, „kruchty” i „zaścianka”, dyskredytując jakikolwiek głos sprzeciwu.

Wszyscy zapominają, że źródłem całej ludzkiej kultury był zakaz. Na początku człowiek powiedział sobie (a może nawet tylko pomyślał) „nie wolno” i tak oto zaczął odchodzić od swojej zwierzęcości, tworząc i rozwijając swoją kulturę, która przecież bez systemu etycznego nie może istnieć. Odrzucenie wszelkich zakazów cofa nas więc do tamtego „dzikiego” punktu wyjścia.

Wolność człowieka, tak naprawdę, nie polega na tym, że może on robić to, co mu się żywnie podoba, ale na tym, że ma on swobodę dokonywania wyboru spośród różnych opcji zachowania, w tym – co jest tu chyba najistotniejsze – swoich własnych ograniczeń, (bo dopiero te ostatnie czynią z niego istotę ludzką, umożliwiając mu przy tym tworzenie kultury i życie wśród innych ludzi).

CZY JESTEŚ FASZYSTĄ?

Ale przecież faszyści…
Oni też naznaczyli to, co jest sztuką „zdegenerowaną”, używając podobnych argumentów o „zdrowiu”, estetycznej „czystości” czy „dobrym smaku”.
A jednak, wobec tych paralel i pozornych (jednak) konotacji, zarzucanie komuś dzisiaj, że krytykując pewne zjawiska we współczesnej sztuce staje się podobny do faszystów, jest nie tylko zniewagą, ale i absurdem. Nie można przecież zapominać o czymś tak oczywistym jak to, że żyjemy obecnie w innym (mimo wszystko) świecie, w innym momencie historycznym, w innych warunkach i układach: i że ani w Polsce, ani w Europie, ani w Ameryce nie istnieje de facto żaden doktrynalny totalitaryzm. Z innej więc pozycji krytykowali sztukę nazistowscy prominenci, z innej pozycji protestują wobec niej dzisiejsi jej krytycy, choć ich argumenty mogą brzmieć – i brzmią – podobnie. Przytaczanie tych podobieństw jest więc swoistym szantażem. To niedopuszczalne, aby stawiać tutaj jakikolwiek znak równości.

Oto jeden z przykładów.
Na otwarciu monachijskiej wystawy „Entartete Kunst” („sztuki zdegenerowanej”), Adolf Ziegler, przewodniczący rady artystycznej Trzeciej Rzeszy powiedział: „Tu, co widzimy tu dookoła, jest monstrualnym wytworem obłędu, bezczelności, niedorzeczności i oczywistej degeneracji. To horror. Po oglądnięciu tego wszystkiego pozostaje w nas jedynie niesmak”.
Dokładnie to samo mogłoby wyrazić wielu z nas po zetknięciu się z niektórymi prezentacjami współczesnego sado-kiczu, obsceny i trafiającej do galerii skatologii.
Czy uczyniłoby to z nas faszystów?
Pan Ziegler, jako osoba prywatna, człowiek o pewnych ustalonych gustach estetycznych i artystycznych preferencjach (o ile takie w ogóle posiadał) miał jak najbardziej prawo do wyrażenia swojej opinii na temat tego rodzaju sztuki, lecz jako człowiek prywatny, a nie z pozycji decydenta i kierownika państwowej instytucji, bo to oznaczało nic innego, jak prawną, oficjalną dyskryminację i ograniczenie swobody artystycznej wypowiedzi przez państwo. Do czego to doprowadziło to wiemy. Wiemy również to, kim się okazali prawdziwi degeneraci.

CENZURA I SŁUSZNOŚĆ

Po strasznych doświadczeniach z XX-wiecznym totalitaryzmem, zdecydowana większość z nas ma awersję do jakiejkolwiek  cenzury. Bowiem, jak pamiętamy, to właśnie za pomocą m.in. cenzury wymuszano na całych społeczeństwach podporządkowanie się „jedynie słusznej” ideologii. Podobnie niebezpiecznie byłoby przyjąć, że istnieje „jedynie słuszna” moralność czy religia, a już katastrofę oznaczałoby prawne tego sankcjonowanie i konstytuowanie. W krajach demokratycznych (zwłaszcza Zachodu) skończyłoby się to niezłym tumultem. Fundamentalizm w społeczeństwach otwartych jest absolutną niemożliwością, choćby już z tego względu, że jest takiego społeczeństwa zaprzeczeniem, wręcz antonimem (akurat tutaj mamy do czynienia z sytuacją albo-albo).

Podobnie jest z kanonami w kulturze i sztuce. Nie są one – i nie mogą być, aby sztuka mogła się rozwijać – sztywne. Przemianę konwencji wymusza tutaj zmieniający się świat, i działają chyba przy tym siły od woli pojedynczych ludzi niezależne.

MAŁA I WIELKA APOKALIPSA

Jednak, trudno tego nie przyznać, że muszą istnieć jakieś granice estetyczne, a tym bardziej etyczne, aby człowiek w ogóle był zdolny do funkcjonowania w społeczeństwie. Każdy z nas musi się godzić na pewnego rodzaju cenzurę, każdy z nas nosi też pewną autocenzurę w sobie. Zaprzeczanie temu byłoby hipokryzją, choć o hipokryzję najczęściej oskarża się tych, co stoją na przeciwnych do liberałów pozycjach (czyli tzw. „obrońców moralności”).

Swoista cenzura istnieje więc wszędzie, nawet jeśli nie jest zinstytucjonalizowana.
Człowiek podlega pewnym normom, (które nota bene są przez niego samego ustalane) – każdy system etyczny jest więc czymś w rodzaju umowy społecznej, bez której społeczeństwo nie mogłoby funkcjonować. Mówiąc wprost: bez norm, nakazów i zakazów nie da się w społeczeństwie żyć. Jest to oczywistością, z którą muszą się zgodzić nawet najbardziej liberalnie nastawieni obrońcy wszelkich swobód (o anarchistach nie wspominam, bo nie zajmujemy się tu utopiami ani skłonnościami do totalnej rozpierduchy państwa, ani społeczeństwa.)

Można więc powtórzyć jeszcze raz: w życiu, a tym samym i w kulturze, wolność totalna nie istnieje (bo istnieć nie może). Przyzwolenie absolutne oznaczałoby nasz cywilizacyjny koniec – a ta nasza mała apokalipsa zamieniła by się rychło w apokalipsę wielką, w eschatologiczny finał o wymiarze zgoła biblijnym.

A może niektórym o to chodzi?

BEZ DEKRETÓW

Napisawszy to wszystko (o konieczności istnienia pewnych etycznych norm i reguł społecznego zachowania), muszę wyraźnie podkreślić to, że jestem przeciwny urzędowej cenzurze, a zwłaszcza stosowaniu policyjnych metod w „porządkowaniu” tego, co dzieje się w kulturze. Artysta sam powinien mieć w sobie tyle uczciwości i zwykłej ludzkiej przyzwoitości, by cenzurować się sam. Także mądrość tutaj byłaby nie do pogardzenia.
Wolność słowa uznaję za wartość bardzo wysoką, doceniam również swobodę artystycznej wypowiedzi. I pocieszam się, że być może ten ekstremalny margines kultury nie stanie się jej głównym nurtem, a sztuka – nie tylko ta tradycyjna, ale i współczesna, poszukująca – pozostanie odkrywcza, mądra i naprawdę ciekawa.

Może więc, gwoli jasności, powtórzę raz jeszcze: nie jestem zwolennikiem stosowania w muzeach czy galeriach metod policyjnych – takich jak np. usuwanie siłą eksponatów, które obrażają (lub mogą obrazić) „uczucia religijne” pewnych osób; tych, które szokują, albo też budzą wstręt i odrazę (jedynymi restrykcjami, jakie powinny obowiązywać to te, które biorą pod uwagę ochronę dzieci).

Moja niechęć do pewnych aspektów sztuki współczesnej oparta jest bardziej na przesłankach estetycznych, niż etycznych, to raczej sprawa gustu, niż moralności – pewne wytwory tej sztuki bardziej mnie zniesmaczają, niż gorszą; bardziej widzę ich pustkę i jałowość, niż czuję zatrute treści… etc.

Nie w głowie mi żądanie wydawania jakichś państwowych dekretów, wielkich cenzorskich regulacji, protesty pełne świętego oburzenia (z powodu domniemanego „szargania świętości”); tudzież odwalanie głazów (z kukły przedstawiającej papieża), albo też rzucanie się z szablą na obrazki (bo akurat komuś się uroiło, że są jego obrazą).
Po co miałbym się wygłupiać bardziej, niż sami twórcy, którzy się wygłupili kreując swoje „dzieło”?

O ŚWIĘTYCH KROWACH, BŁAZNACH I DEMONACH

No i na koniec chciałbym jeszcze nawiązać bezpośrednio do tego, co napisała Defendo (szkoda, że już nie może mi ona odpowiedzieć… w żadnym ze znanych mi języków).
A Defendo stwierdziła: „Artyście wolno”.
Ale co wolno? I czy jednak artyście wolno wszystko?
Mam nadzieję, że powyższa rozprawka rzuca choć odrobinę światła na tę zawiłą przecież kwestię.

Kiedy Defendo zamieściła swój komentarz (pod wpisem „Ukrzyżowana żaba” na blogu „Brain Graffiti”), odpisałem jej mniej więcej tak: „według mnie, fakt przyznania artyście prawa do swobody ekspresji wcale nie musi oznaczać, że takiego artysty nie można krytykować. Nie należy z niego robić „świętej krowy”.
Zresztą, kogo możemy nazwać artystą a kogo nie? To nie jest takie oczywiste. Moim zdaniem, muszą istnieć jakieś kryteria, aby można było uznać kogoś za artystę. (…) Jeśli jednak mówimy już o wolności wypowiedzi, to także musimy przyznać innym ludziom prawo do wygłoszenia własnej opinii na temat sztuki, z którą się stykają, albo którą im się wpycha… niekiedy na siłę.”

To wymaga jednak uzupełnienia.
Artysta (nie wdając się tu w skomplikowane dywagację, kogo można nazwać „artystą”), bywa jednak często takim „rzadkim ptakiem”, a tym samym warto mu chyba przyznać coś w rodzaju statusu „świętej krowy”, której „wolno więcej” (ale na którą można się np. wkurzać, kiedy stoi na skrzyżowaniu). Zwykle jest to człowiek o dużej wrażliwości i oryginalnym spojrzeniu na świat – dostrzegający (i zwracający nam uwagę) na rzeczy, których nie dostrzegają „zwykli śmiertelnicy”.

Krytykując sztukę współczesną, czy też pewne zachowania artystów, dobrze jest też widzieć wszystko we właściwych proporcjach. I zdawać sobie sprawę, kto tak naprawdę stanowi dla nas – i dla naszej kultury – zagrożenie. Myślę, że na rzeczy będzie, jeśli przytoczę tutaj fragment mojego wpisu pt. „Błazny i demony”:

„Jedno wydaje się być pewne: do społecznych katastrof nie prowadzą występki bohemy, dziwactwa artystów, wybryki odmieńców, wygłupy błaznów, sztuczki kuglarzy, rozwiązłość erotomanów, wrzaskliwość rockmanów, eksperymenty pacykarzy, dziwaczne instalacje pseudo-artystów, ani jakieś tam świntuszenia. Nie ta osobliwa i w sumie niegroźna w skali społecznej menażeria będzie odpowiedzialna za następne holocausty, (do których oby nie doszło).

Cała demoniczność tego niebezpieczeństwa polega na tym, że kryje się ono w gabinetach skądinąd ułożonych, ustawionych, zasadniczych i z pozoru nawet przyzwoitych gości w czystych koszulach, pod krawatem i w garniturach, ewentualnie w mundurach. Politycy z chorymi ambicjami, zakadzeni ideologią, pozbawieni skrupułów, przedkładający własny, albo zgoła abstrakcyjny interes ponad dobro indywidualnego człowieka z krwi i kości; święcie przekonani, że jedynie machiawelizm może zapewnić im skuteczność.
Pod tym względem bardziej groźny jest amoralizm polityczny niż obyczajowy.
Przy współczesnych zagrożeniach globalnych, stary dobry dekalog zaczyna przypominać jakiś przykurzony eksponat z lamusa. Kto dziś zagląda do wytartych kamiennych tablic, mając przed sobą lśniący ekran nowoczesnego komputera z wykazem giełdowych drgań, skaczących kursów walut, krzywych wzrostu i perspektyw zysku  – całą tę domenę globalnych korporacji, megalomańskich imperiów, szemranych konsorcjów, aroganckich bankierów i wirtualnych a nieludzkich sił?”

*  *  *

Tracy Emin, „Moje łóżko” (Galeria Saatchie)

OBRAŻALSKIE UCZUCIA albo o smaku (i sensie) prowokacji

Scena w The Brooklyn Museum of Art. Zgorszony widz wystawy 'SENSATION" zamalowuje białą farbą pracę Ofili'ego "The Holy Virgin Mary", do stworzenia której artysta użył m.in. zwierzęcych odchodów. Kardynał Nowego Jorku John O'Connor uznał obraz za atak na katolicką religię.

SKATOLOGII CIĄG DALSZY

Największa awantura kulturalna (jeśli w ogóle jakaś awantura może być kulturalna) końca ubiegłego wieku miała miejsce we wrześniu 1999 roku w Nowym Jorku. Brooklinskie Muzeum sztuki wystawiło kolekcję marszanda Saatchi’ego złożoną z dzieł młodych brytyjskich artystów. Kolekcja nazywała się „SENSATION”.
I rzeczywiście, jak stwierdzili jej bywalcy, obcując z tą sztuką można było doświadczyć „sensacji”… głównie żołądkowych. W salonach szacownego Muzeum czekały bowiem na zwiedzających m.in.: rozkładająca się głowa zjadana przez żerujące na niej muchy i robaki, przecięta na połowę świnia z wywalonymi na zewnątrz wnętrznościami, głowa mężczyzny uformowana z  zamrożonej krwi autora, zamarynowany rekin… etc. Lecz największy szok wywołał portret podpisany jako „The Holy Virgin Mary” i udekorowany… wycinkami z pornograficznych gazet i łajnem słonia.

Wybuchł skandal, który wkrótce przerodził się w otwartą wojnę między dyrekcją Muzeum a władzami miasta Nowy Jork z burmistrzem Rudolpho Gulianim na czele. Wstrzymał on wynoszącą 7 mln. dolarów – dotację dla brooklynskiej placówki i polecił zamknąć wystawę. Sprawa trafiła do sądu federalnego, który rozstrzygnął ją na korzyść Muzeum, powołując się na pierwszą poprawką do konstytucji dotyczącą wolności wypowiedzi. W werdykcie napisano, że władze miejskie muszą finansować Muzeum „nawet gdy wystawia on przedmioty (czyimś zdaniem) obsceniczne, obrażające uczucia religijne, nacechowane agresją, chore, obrzydliwe i pełne nienawiści”.
W ankiecie CNN zwolennicy i przeciwnicy obu stron podzielili się równo fifty-fifty.

Podczas kazania w Katedrze Św. Patryka na Manhattanie, kardynał Nowego Jorku John O’Connor powiedział: „Jestem zasmucony tym co wydaje się być atakiem nie tylko na naszą Błogosławioną Matkę… ale można zapytać, czy nie jest to atak na naszą religię i w szczególny sposób na Kościół katolicki”. Głos zabrała także Hilary Clinton, nie aprobująca posunięć burmistrza: „Jest to niewłaściwe, by karać taką instytucję, jak Muzeum Brooklynskie”; co Guliani skomentował w słowach: „Cóż, w takim razie ona się zgadza, by używać publicznych funduszy do ataków na religię katolicką”.

Nazajutrz po tych wystąpieniach, do sal wystawowych ruszyły tłumy. Pierwszego dnia sprzedano ponad 9 tys. biletów po 10 dolarów każdy. W 175-letniej historii Muzeum padł frekwencyjny rekord. Ktoś jednak zasugerował, by do każdej wejściówki dołączyć torebkę na wypadek wymiotów, podobną do tych, jakie dostają pasażerowie w samolotach.

Skutek potępień był taki, że na pniu wykupiono wszystkie dostępne – wykonane podobną techniką – obrazy autora, płacąc za każdy z nich po 45 tys. dolarów. Dla Chrisa Ofili’ego, czarnoskórego Brytyjczyka, którego najsłynniejszym dotychczas obrazem było dzieło zatytułowane „The Adoration of Captain Shit”, burza ta i kondemnacja okazały się żyłą złota. A wszystko zaczęło się podobno w Zimbabwe, gdzie artystę zainspirował robiący kupę słoń. Tam też zaopatrzył się on po raz pierwszy w materiał „malarski”, który następnie uzupełniał w londyńskim zoo.
Groteskę tę ubarwił dodatkowo pewien 72-letni pan, który przemycił na wystawę białą farbę, a następnie rozsmarował ją gołymi rękami na obrazie (action painting?) Natychmiast powstał problem, który z restauratorów będzie w stanie oczyścić… gówno z farby.

Jakie są granice protestu? Obrażony Daniel Olbrychski w Zachęcie tnie szablą wizerunki znanych aktorów przebranych w nazistowskie mundury.

BURZE W ZACHĘCIE

Również warszawska Zachęta przeżywała swego czasu burzę po burzy. Pierwszą wywołał Daniel Olbrychski rzucając się z szablą (Kmicica) na portret przedstawiający go w hitlerowskim mundurze, a pokazany na wystawie „Naziści”. Druga to skutek umieszczenia w galerii figury Jana Pawła II przywalonej meteorytem i reakcji jednego z polskich posłów, który eksponat częściowo rozmontował.

Na pytanie: „kto się w Zachęcie wygłupił?” odpowiedziałbym: wszyscy – zarówno autorzy, jak i protestujący w ten (dość histeryczny) sposób panowie. I chyba jednak Olbrychski z posłem bardziej.
Argumenty Olbrychskiego są wg mnie niepoważne i zgoła sztubackie, zaś Wojciech Tomczyk powinien działać tam, gdzie jego miejsce, czyli w Sejmie. Obaj zdecydowali się na „obronę” pewnych wartości stosując metodę trącącą groteską i chuligaństwem.
W  moim pojęciu „Naziści” byli dość niewinną zabawą z powszechną jednak, choć nie do końca uświadomioną, fascynacją niemieckim mundurem, którą – głównie wśród powojennych pokoleń – rozbudziła kultura masowa, zwłaszcza fikcja kina. Z kolei pomysł włoskiego artysty Maurizia Cattelana raził bardziej niedorzecznością, niż bluźnierstwem przeciwko Papieżowi, i jeśli już kogoś ośmieszał, to swojego autora.
Olbrychski i Tomczyk, chcąc zaprotestować wobec domniemanym przez siebie obrazoburcom, popełnili błąd kardynalny: dali się sprowokować, poświadczając (i uwiarygodniając niejako) swym ostentacyjnym zachowaniem rangę i trafność prowokacji, wyprowadzając ją przy okazji na szersze wody.

UKRZYŻOWANA ŻABA

Swoją hecę z „obrazą uczuć religijnych” mieli także parę lat temu Włosi, kiedy to Museion Museum w Bolzano wystawiło dzieło nieżyjącego już artysty niemieckiego Martina Kippenberga pt. „Zuerst die Fuesse” przedstawiające rozpiętą na krzyżu półtorametrową, pomalowaną na zielono drewnianą żabę z wystawionym językiem, która w jednej ręce trzymała kufel do piwa, zaś w drugiej jajko.

O dziele Martina Kippenberga pt. "Zuerst die Fuesse" wypowiadał się sam papież Benedykt XVI, a szef lokalnych władz strajkiem głodowym domagał się usunięcia żaby z muzeum.

Wśród włoskich katolików zawrzało, nie obyło się nawet bez strajku głodowego przewodniczącego lokalnych władz, który w  ten sposób domagał się usunięcia żaby z muzeum. Głos w tej sprawie zabrał nawet sam Papież Benedykt XVI stwierdzając: „krzyż jest symbolem miłości bożej i naszego odkupienia” i dlatego praca ta „obraża uczucia religijne wielu ludzi”, (dla których właśnie krzyż jest takim symbolem.)

Cóż, pomyślałem wtedy, że jeśli tak bardzo owi Chrześcijanie się oburzyli i poczuli śmiertelnie wręcz obrażeni, to symbol krzyża mogą rozumieć dość infantylnie i raczej płytko, bo kojarzą go (utożsamiają niejako) z dwiema deskami z drewna, zbitymi przez człowieka, który umieścił na nich wyrzeźbioną przez siebie żabę. I tyle… I przez to ma się rozwiać prawdziwa istota symbolu krzyża, który konstytuował przestrzeń religijną Chrześcijaństwa przez dwa tysiące lat?! Dlaczego tak trudno było dostrzec to, że jest to po prostu absurdalne?
Jeśli czyjaś wiara zachwieje się na widok wyrzeźbionej z drewna i pomalowanej na zielono żaby na krzyżu, to co to za wiara?
Konkludując: czy nie byłoby lepiej gdyby papież zignorował po prostu ów pseudo-artystyczny wybryk (nazywam to wybrykiem, bo moim zdaniem żaba ta większej wartości artystycznej nie ma) – a nie wypowiadał się o nim, na dodatek w tak inkwizytorskim tonie? Czyniąc coś podobnego, można jedynie nadwyrężać i podkopać swój autorytet (tym bardziej, że muzeum w Bolzano polecenia papieża nie usłuchało i żaba wisiała sobie dalej).

PROWOKACJA – PO CO?

Reakcja na prowokację przede wszystkim ją uwiarygodnia, z czego nie zdają sobie sprawę ci, którzy dali się sprowokować. Bezwartościowa sztuka jest bezwartościową sztuką dopóki ktoś nie przyda jej wartości – a to może się odbywać także niejako a rebours, np. poprzez jej potępienie, „wyklęcie”, zwrócenie na nią nadmiernej uwagi, wyniesienie jej na widok publiczny w atmosferze skandalu…
Opisane przeze mnie reakcje oburzonych i (w swoich uczuciach) obrażonych nie zawsze jednak świadczą tylko o tym, że połknęli oni haczyk prowokatora, bo przejrzeli wymowę „dzieła” i zrozumieli intencje artysty. Czasem jest wprost przeciwnie: zdarza się, że ich przewrażliwiona i na wskroś neurotyczna reakcja wynika z nieporozumienia, albo wręcz z niezrozumienia utworu czy gestu artysty. Jednak zazwyczaj z artysty nie ma co robić niewiniątka, zwłaszcza jeśli jest kutym na cztery nogi kontestatorem i programowo ustawia się okoniem do powszechnego porządku oraz „tradycyjnie” szanowanych wartości, kwestionując obowiązujące w danym społeczeństwie normy i reguły. Ponadto artysta nie może się dziwić, że wkładając palec między drzwi, ktoś mu może ten palec przytrzasnąć (na co on zwykle woła z bolesną miną: „auć!”)

Jaka może być wartość prowokacji?
Nie mówimy o rzeczy trywialnej: zaistnienie w świecie „sztuki” i rosnące konto w banku (choć kto wie, czy właśnie trywialność nie jest tym, co najbardziej trafia w sedno rzeczy?)
Czy zakwestionowanie albo odrzucenie powszechnie przyjętych zasad i wartości może mieć samo w sobie jakąś wartość? Czy też raczej wprowadza w ludzkie głowy zamęt i zwątpienie w sens tego, w co dotychczas wierzyli? Scala, czy też rozbija? Jeśli jest to walka o inny porządek, to jaki to jest porządek i czy będzie on lepszy od dotychczasowego? A jeżeli lepszy – to dla kogo? A może jednak gorszy?
Czy prowokacja nie bywa po prostu zwykłą agresją i czy nie wynika z charakterystycznego dla człowieka instynktu destrukcji? Może to cios w społeczeństwo – bo skoro ja nie wierzę, to i ty nie możesz  wierzyć, bo skoro ja ginę, to i ty musisz zginąć – tak więc zróbmy jakąś zadymę, dajmy komuś po mózgu, zabalujmy raz jeszcze… a po nas choćby potop.
A może chodzi tu tylko o zabicie nudy?

Wróćmy jeszcze do obrażonych uczuć, zwłaszcza uczuć religijnych, które jakoś szczególnie – jak to często widzimy – podatne są na obrazę.
Sądzę, że dla dobra społecznej terapii, warto byłoby uzmysłowić sobie (zrozumieć) i ponownie ustalić granice między sacrum a profanum – czyli wydzielić obszary, na których obie te sfery byłyby w pewnym sensie autonomiczne, a mówiąc trywialnie – gdzie nie wchodziłyby one sobie w paradę. Mam tu na myśli także – a może nawet przede wszystkim – wymiar umysłowy i psychiczny, czyli dotyczący ludzkiej myśli i psyche.
A wyrażając się prościej: niech sobie Ofili maluje gównami Matkę Boską, a Cattelano przygniata kamieniem kukłę papieża w muzeum; niech wieszają sobie w Zachęcie fotosy idoli pop-kultury w szwabskich mundurach, a we Włoszech przybijają do krzyża drewnianą zieloną żabę z wywalonym na wierzch ozorem; niech sobie pani Nieznalska wiesza (swoje i nie swoje) genitalia gdzie chce, a inny polski artysta tarza się po podłodze, stając się dzięki temu magistrem sztuki i robiąc przy okazji swoich nauczycieli w balona…
Chodzi o to, abyśmy w balona nie dali się zrobić sami. I nie byli aż tak bardzo obrażalscy.

*  *  *

Marcel Duchamp, "Fontanna" - przez wielu europejskich krytyków sztuki pisuar ten uznany został za najważniejsze dzieło sztuki XX wieku (Muzeum Sztuki Współczesnej, Paryż, zdjęcie własne)

DEFAECO ERGO SUM – SZTUKA CENNIEJSZA NIŻ ZŁOTO

*

PRZYPADKI MISTRZA BALDASSARA

Gustaw Herling-Grudziński: "Nędza sztuki współczesnej. Abstrakcyjne nic pomnożone przez abstrakcję nicości. Nie do wiary prawie jest ta absolutna, nieuleczalna już chyba atrofia wyobraźni, wrażliwości, inteligencji. Szarlataneria, błazeństwo, w najlepszym wypadku zręczne kuglarstwo techniczne, jak gdyby temat nie miał żadnego znaczenia".

Swego czasu, pracujący wówczas dla paryskiej „Kultury” Gustaw Herling-Grudziński, popełnił literacki żart, któremu nadał formę szkicu powieści komicznej pt. „Z biografii Diego Baldassara”, gdzie opisuje przypadki twórcy współczesnego, wynalazcy oryginalnego prądu sztuki zwanego „merd-artem”.
W wyda(la)niu prekursora polegał on na tym, że Mistrz Diego robił do szklanych słoików barwne kupy, w surowiec (do przetrawienia) zaopatrując się na obfitych i kolorowych włoskich rynkach i straganach sąsiadującymi z bazylikami i zabytkami Campo di Fiori.
W biografii opisany jest inicjujący prąd moment, w którym Artysta wpada na genialna myśl pozwalająca wyrwać go z marazmu i choroby stulecia – Alienacji. Otóż siedząc – po spożyciu sutego obiadu – na sedesie, pochylił on „sennie głowę ciężką od wina i wtem jego wzrok, pobłądziwszy między rozkraczonymi nogami, natknął się na zawartość muszli. ‚Eureka!’ – krzyknął (…) i zerwał się z sedesu, nie zapinając nawet spodni.”
W taki oto sposób wykluła (?) się nowa sztuka.
Wkrótce odbyły się pierwsze merdisarze twórcy, do interesu wzięli się marszandzi, powstała bogata literatura teoretyczna i filozoficzna kierunku, który rozgałęził się na wiele odnóg, m.in. na amerykański poop-art i polski pup-art.

Jerzy Giedroyć, człowiek bynajmniej nie pruderyjny (ceniący np. pisarstwo Henry’ego Millera), opowiadanie zrazu odsunął zdegustowany, uznając go za „nieprzyzwoite i niesmaczne”, jednak parę miesięcy później ukazało się ono w „Kulturze”. Herling-Grudziński podejrzewał, że do tej powściągliwości przyczyniła się nie tyle skandalizująca treść, co „szyderczy wybuch śmiechu” autora pod adresem „wciąż coraz bardziej nowatorskiej sztuki teraźniejszość u progu przyszłości”.

ZA-KUPY! ZA-KUPY!

Gustaw Herling-Grudziński unikał raczej tematów błahych – jego dziełem jest przecież pamiętny „Inny świat”, jedna z najważniejszych pozycji literatury łagrowej – co, nawiasem mówiąc, kładzie się na jego pisarstwie cieniem głębokiej melancholii, stale obecnej np. w wielotomowym „Dzienniku pisanym nocą”, w którym docieka genezy absurdów i okrucieństw XX wieku. Trudno więc uznać, że nowelką o Mistrzu Baldassarze tylko się zabawił. Mimo prześmiewczego stylu, stanowi ona dość poważny przyczynek do zastanowienia się nad procesem schodzenia współczesnej sztuki na… – i tu chciałoby się napisać, za przeproszeniem Czytelników – zasrane manowce.
Znajdziemy w niej też sporo odniesień do (uznanych za poważnych) krytyków sztuki, a nawet do filozofii modnego w swoim czasie Herberta Marcuse’a

Jednak najistotniejszym atutem owej historii jest to – co dla nie wtajemniczonych w meandry sztuki współczesnej może się wydać wręcz szokujące – że nie była ona bynajmniej wytworem niezdrowej imaginacji pisarza, a powstała w oparciu o autentyczną postać mediolańskiego artysty Piero Manzoniego, którego „dzieła” – słoiki z kałem – osiągnęły na rynku sztuki wartość setek tysięcy dolarów za kupę. (Za-kupy! Za-kupy!)
Manzoni zmarł nie dożywszy nawet 30 lat, a do przedwczesnego zgony przyczyniły się najprawdopodobniej chemiczne barwniki, jakie zażywał merd-artysta, by wzbogacić kolorystyczną gamę swych odchodów.

RZADKIE ZALETY PIERA

Czy produkcje te zostały wyrzucone tam, gdzie ich miejsce, tzn, do kloaki?
Nic podobnego!
Kilka lat temu londyńska, ponoć prestiżowa Galeria Serpentine, urządziła pośmiertną retrospektywą prac Manzoniego. A ceny z puszkami ciągle idą w górę.

Piero Manzoni „Merda d’artista”, Tate Gallery, Londyn (W maju 2008 roku jedną z 90 puszek „wyprodukowanych” w 1961 r. przez Manzoniego – zawierających ekskrementy artysty – sprzedano na aukcji Sotheby za 125 tys. Euro.)

W katalogu podobnej wystawy, jaką wcześniej można było podziwiać we Włoszech, czytamy: „Mediolan jest miastem Manzonich. Po Aleksandrze – Piero. (…) Ale jeśli nazwisko Manzonich przetrwa w pamięci ludzkiej, stanie się tak nie dzięki Aleksandrowi, autorowi najbardziej służalczej powieści powieści XIX wieku, lecz raczej dzięki rzadkim (ekhm… – przyp. LA)  zaletom Piera, umysłu par-excellence wolnego i niezależnego, który zbyt wcześnie opuścił te nasze burżuazyjne i bigoteryjne Włochy. Jego sztuka jest tryumfem tajemnicy niewyrażonego: defaeco ergo sum.”

Doceniam odwagę i mocny żołądek Herlinga, niepośledniego przecież znawcy sztuki oraz wybornego interpretatora i odbiorcy malarstwa włoskiego, które niejednokrotnie inspirowały go literacko, czego dowody można znaleźć w licznych opowiadaniach, jak również w samym „Dzienniku”. Wysmakowanie, erudycja, serce i wyobraźnia – tym wszystkim wypełnione są owe dystyngowane studia jego ulubionych obrazów lub fresków. Tym większe rozczarowanie i niesmak musiały budzić w nim współczesne wybryki pseudo-sztuki i pseudo-malarstwa w wykonaniu pseudo-artystów, którzy sami już nie wiedzieli co mają wymyślić, by zwrócić na siebie czyjąś uwagę.

NA WYSTAWIE Z KOTEM

Przy innej okazji – miało to miejsce jakieś 20 lat później – Herling-Grudziński wraz z Kotem Jeleńskim (również znany autor „Kultury”), wybrali się z Maisons-Laffitte do Paryża, gdzie w Grand Palais prezentowano wystawę pt. „Neapol, trzęsienie ziemi i sztuka współczesna”, na którą złożyły się prace 70 artystów „spośród najbardziej wybitnych współczesnej sceny” – jak głosił program.
Herling wspomina, że jego obchód wystawy trwał może jakieś pół godzinki, szli z Kotem szybko, wymieniając wrażenia bez słów: co jakiś czas któryś z nich wzruszył ramionami, czasem spojrzeli sobie wymownie w oczy, to znów kwitowali eksponaty „trochę rozbawionym, a trochę rozdrażnionym chichotem”.

Czy warto o tym wspominać? – zastanawia się Herling i sam daje sobie na to odpowiedź: „Warto, warto. Ale tylko po to, by raz jeszcze wytknąć nędzę ‚sztuki współczesnej’. Abstrakcyjne nic pomnożone przez abstrakcję nicości.. Nie do wiary prawie jest ta absolutna, nieuleczalna już chyba atrofia wyobraźni, wrażliwości, inteligencji. Szarlataneria, błazeństwo, w najlepszym wypadku zręczne kuglarstwo techniczne, jak gdyby temat nie miał tu żadnego znaczenia.”
*  *  *

PS. Artykuł powyższy opublikowany został w „Dzienniku Związkowym” (Chicago, 2-4 luty, 2001)

DOPISEK: Zważywszy na astronomiczną cenę puszek z ekskrementami Manzoniego (kilkakrotnie przewyższającą wartość złota), wydawać by się mogło, że inwestycja w g… była inwestycją niezwykle intratną, ale z czasem połowa z 90 puszek… eksplodowała, wskutek nagromadzonych w nich gazów i korozji materiału, z jakiego były one wykonane. Możemy sobie tylko wyobrazić efekt, jaki ten wybuch wywołał w gablotach (ewentualnie sejfach) kolekcjonerów. Swoją drogą, mogło to też mieć walor estetyczny, bo przecież – jak zauważył sam Salvadore Dali „paleta ekskrementów przejawia nieskończoną wprost różnorodność: od szarości po zieleń, od ochry po brąz”. Zwłaszcza jeśli jest to g… tak wybitnego artysty, jak Manzoni.

*  *  *

ANDY WARHOL – NICOŚĆ UOSOBIONA

Andy Warhol – biznesmen sztuki czy artysta biznesu?

*

1.

O Andym Warholu przypomniała mi ostatnio* nie tylko „Rzeczpospolita” (jego postać pojawiała się w takich filmach, jak np. „The Doors”, „Basqiuat”, „I Shot Andy Warhol”…), choć związany z 10-tą rocznicą śmierci gwiazdy pop-artu artykuł Moniki Małkowskiej pt. „Warhol od A do B” mógł bulwersować pewnymi stwierdzeniami, wśród których znalazło się m. in. i takie: „[Warhol] to najpopularniejszy na świecie artysta, z którego sławą można porównać tylko sławę Picassa”.**

Dlaczego zajął mnie ten temat?
Otóż dlatego, że interesuje mnie to co się dzieje we współczesnej sztuce, a ponadto w przeszłości twórczości Warhola dość blisko się przyjrzałem, do czego doszło zresztą w sposób przypadkowy, gdyż do pasjonowania się sztuką pop-artu zawsze było mi daleko.
Wkrótce po śmierci artysty w 1987 roku, redakcja krakowskiego magazynu kulturalno-filmowego „Powiększenie”, poprosiła mnie o napisanie szkicu o twórczości plastycznej i filmowej Warhola, co też uczyniłem.***
Przypadek drugi: parę lat temu, podczas mojego pobytu w Phoenix w Arizonie, trafiłem na wielką retrospektywną wystawę produkcji Warhola, zorganizowaną przez uniwersytecki Instytut Sztuki – i uzupełnioną wykładami. Oprócz tego, z pracami Warhola spotykałem się w niemal wszystkich większych muzeach nie tylko amerykańskich, ale i europejskich. Miałem więc możliwość pewnych konfrontacji.
Ponadto, Warhol jak nikt inny nadaje się do naszego tematu**** „końca heroizmu”, czyli współczesnej skłonności człowieka do wybierania sobie bohaterów kontrowersyjnych – urobionych z materiału dość wątpliwej jakości.

Przypomnijmy sobie pokrótce fenomen „papieża pop-artu”.
Kim był Warhol? Co sobą reprezentował? Co jest kluczem do jego twórczości – i czy taki klucz w ogóle istnienie?

2.

W zasadzie wszyscy są zgodni co do tego, że przedmioty pop-artu (za sprawą takich artystów, jak m.in. – obok Warhola – Oldenburg, Lichtenstein, Paolozzi, Segal…) wyrosły wprost z kultury konsumpcyjnej społeczeństwa amerykańskiego. Wyrosły z pustki i powierzchowności tej kultury, urastając jednocześnie do rangi dzieł sztuki. Było to możliwe dzięki potraktowaniu ich całkiem serio z estetycznego punktu widzenia. Jednak istnieje podejrzenie (wątpliwość) czy jest to faktycznie sztuka, czy też patrzeć na to mamy jedynie jak na swoiste signum temporis – jak na przedmioty, które po prostu są tym, czym są, bez odwoływania się do ich wartości artystycznej (czy też jej braku).

Z początku świat sztuki „tradycyjnej” był przerażony tymi puszkami zupy, etykietkami, komiksami, opakowaniami, butelkami Coca-Coli, banknotami… czyli tym wszystkim, od czego sam uciekał. Pop-art był tej sztuki przeciwieństwem, zaprzeczeniem, antytezą. Dla wielu był to szok i zniesmaczenie, mimo że pamiętano przecież o sedesach i suszarkach Duchampa, czy innych szalonych pomysłach – choćby dadaistów – sprzed kilkudziesięciu już lat. Nie wszyscy byli tym jednak zbulwersowani. Wprost przeciwnie! Zaczęło się od zaprezentowania przez Warhola zwykłej odbitki zdęciowej jako dzieła sztuki. Ale zdaniem niektórych nie było to jeszcze takie złe. Najgorsze zaczęło się wtedy, kiedy została ona potraktowana zupełnie serio przez tzw. „poważnych” krytyków sztuki. Skutkiem tego w połowie lat 60-tych wśród dzieł sztuki znalazły się najbanalniejsze pod słońcem przedmioty.

Warhol w sposób oczywisty pozbawił swoją sztukę wszelkiej refleksyjności – jego rzeczywistość stała się rzeczywistością poznawaną przez filtry środków masowego przekazu. „Twórczość” ta z zasady „ślizgała się” po powierzchni zjawisk i rzeczy, była odintelektualizowana na podobieństwo obrazkowej wizji współczesnego świata – redukowała rzeczywistość do beznamiętnego obrazka. Same jej tematy, dzięki swojej przypadkowości, niewiele wyjaśniają, bo tematem mogło być dosłownie wszystko: zwielokrotnione portrety Marylin Monroe, Elvisa Presley’a, Jacqueline Kennedy, czy nawet samego Mao Zedonga; poddane plastycznej, ale mechanicznej, przeróbce zdjęcia katastrof, samobójstw, morderstw; wreszcie zwykłe puszki zupy czy opakowania różnych artykułów przemysłowych.

Jednak, już w pierwszej połowie lat 60-tych Warhol ogłosił się „emerytowanym artystą” i oświadczył, że odtąd… poświęca się całkowicie kinu.

3.

Było to jednak kino szczególne, także czysto mechaniczne („chciałbym być maszyną” – mówił Warhol)), a głównymi występującymi w nim „gwiazdami”, byli przedstawiciele słynnej „Factory”, pracowni artysty na Manhattanie, o której ktoś „wtajemniczony” powiedział, że przypomina „jedną wielką melinę dla narkomanów, alkoholików, pederastów i lesbijek”. (Jedna z bywalczyń „Factory” zwierzyła się kiedyś: „Zaczęło tam wiać grozą. W ‚Factory’ zaczęli zjawiać się całkiem zwariowani ludzie, którzy pili na umór, ćpali… Wszystko to odstraszało mnie i uprzytomniłam sobie, że robi się to wszystko coraz bardziej narkotyczne, chorobliwe i męczące”.)
Dla niektórych pracownia Warhola stała się niczym innym, jak „fuck-tory”.

Tak więc, cóż to było za „kino”, które zaczął tworzyć Warhol?
Oto np. „reżyser” ustawiał kamerę i filmował, jak komuś obcinają włosy (film pt. „Haircut”, 33 min.); jak ktoś je grzyby („Eat”, 55 minut); dalej: mogliśmy podziwiać przez 5 minut ramię tancerki („Shoulder”), czy trwające ponad godzinę zbliżenie kobiecej twarzy („Face”). Jednak najsłynniejszym dziełem Warhola stał „Empire” ukazujący manhattański wieżowiec Empire State Building filmowany nieruchomą kamerą z okna stojącego na przeciwko budynku i trwający… 8 godzin.
Daruję sobie opis dalszej twórczości filmowej Warhola. Dość wspomnieć, że stawała się ona coraz bardziej bezsensowna, wulgarna, a nawet otwarcie pornograficzna („Blow-Job”). Sam twórca mówił o jednym ze swoich (u)tworów w sposób rozbrajający: „Jest to film alogiczny, bez motywacji bohatera, no i zupełnie absurdalny. Jednym słowem, bardzo przypomina życie”. Jeden ze „scenarzystów” Warhola wspomina także, że jego praca polegała głównie na „dbaniu o to, żeby wszystko było bez znaczenia”.

Sarkastycznie zareagowano na to w „Cahier du Cinema”: „Z braku i niedbałości robi się prawdziwą sztukę” – pisano. „Time” skwitował całość słowami: „brudne, sprośne, plugawe, głupie”. Sugerowano, by takie filmy pozostały jednak na zawsze tam, gdzie ich miejsce: w podziemiu, blisko rynsztoka.
Jednak stało się inaczej.
Podobnie jak plastyczną twórczość Warhola, wpisano je w historię prawdziwej sztuki, powstały setki monografii, wydawnictw albumowych; tworzono kolekcje, brano masowo dzieła Warhola do muzeów, analizowano w uczonych rozprawach… i to zwykle bez cienia krytycyzmu.

4.

Mając wzgląd na to wszystko z uwagą przeczytałem wspomniany już artykuł w „Rzeczypospolitej”, w której pisze się o Warholu, jako o najpopularniejszym – obok Picassa – artyście na świecie.
Autorka pisze wprawdzie, że „wszystko co masowe, kiczowate i pospolite stało się znakiem firmowym Warhola”, że „zniósł on podział między twórczością wzniosłą i banalną”; lecz zaraz potem zaznacza jaki to „odkrywczy” był Warhol (film!) i że „nie zawiódł” on także w innych dziedzinach; wreszcie, że „dotarł on na szczyt sławy, potwierdzonej sukcesem finansowym i przynależnością do elity.

Właśnie: sukces finansowy. Warhol stał się milionerem.
Nie bez kozery funkcjonuje od dawna mądrość niemal już ludowa, głosząca że kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.
Tym sposobem wkraczamy na obszar grząski i rozległy, jaki stanowią manipulacje i rozgrywki toczące się w świecie dealerów i handlarzy sztuką. Wiadomo, że zazwyczaj głównym motywem ich działania jest zysk – i to niekoniecznie powiązany z rzeczywistą wartością sztuki, którą handlują. Chodzi o sztuczne wykreowanie mody (szumnie zwanej wtedy „prądem” lub „kierunkiem”), o wylansowanie nazwiska. Bez znaczenia właściwie jest to, co się za tym kryje: bzdet, wygłup czy beztalencie. Robi się jak najbardziej cynicznie sztuczną zadymę, zazwyczaj jest to prowokacja (najczęściej dla zdrowego rozsądku), najlepiej jeśli obrazi się przy tym jak  największą liczbę ludzi, postawi na głowie powszechnie uznawane w społeczeństwie wartości… etc. Umieszcza się to w galerii, doczepia metkę z astronomiczną ceną, ogłaszając, że jest to głębokie, prekursorskie, odważne i piękne… jednym słowem – genialne.

I, rzeczywiście, prekursorem tego „nurtu” był Andy Warhol. Uczynił on z tego wszystkiego „prawdziwą” sztukę – światek artystyczny, snobistyczny (i nie tylko) przełknął to gładko… Nieważne – z bezmyślności, głupoty, nieświadomości, czy też z wyrachowania.

5.

Z największą powagą pani Małkowska pisze: „… odszedł artysta, który zrównał sztukę z biznesem. Komu poza nim to się udało?”; a „Rzeczpospolita” pod zdjęciem Warhola zdobywa się na podpis: „Z upływem czasu magia najsłynniejszego artysty-biznesmena działa coraz mocniej”. (sic!)

Cóż, sztukę z biznesem równa się dziś nagminnie i namiętnie, a czynią to – częstokroć z wielkim powodzeniem – tysiące marszandów. I nie ma w tym w zasadzie nic złego; problem zaczyna się, kiedy żąda się ogromnych cen za buble i wyroby o bardzo wątpliwej jakości – wmawiając przy tym wszystkim, że ma to wielką artystyczną wartość, że to nic innego jak arcydzieło.

Czy ci, którzy zachwyceni są Warholem, rzeczywiście świadomi są tego, co tak naprawdę reprezentował sobą ten artysta – czy też może bezkrytycznie ulegli obiegowej sugestii, że Andy Warhol Wielkim Artystą był? Czy kryła się za nim jakaś godna uwagi, oryginalna i budząca podziw wartość – czy też może kryła się za nim jałowość i pustka?
On sam, zwany „nicością uosobioną”, tak o sobie – i o tym co robi – powiedział: „Jeżeli chcecie wiedzieć wszystko o Andym Warholu, to wystarczy spojrzeć tylko na powierzchnię moich obrazów, moich filmów i moją własną – oto gdzie jestem. Pod spodem nie ma absolutnie nic.”

Trudno o lepszą definicję płycizny.

Art goes bananas (banan… sorry – banał staje się sztuką)

*

* artykuł powyższy opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim” (11 kwietnia, 1997 r.) oraz w „Dzienniku Związkowym” (2-4 luty, 2001 r.)
** Monika Małkowska, „Warhol od A do B”,  („Rzeczpospolita” Nr 45, 22-23 luty, 1997 r.)
*** „Powiększenie” Nr 3, 1988 r. (Kraków)
****  Cykl pt. „Manowce współczesności – koniec heroizmu” ukazywał się w latach 1999 – 2003 na łamach wydawanego w Chicago „Dziennika Związkowego”

ZACHWYT NAD BEZSENSEM (cyfry Romana Opałki)

*

Roman Opałka, „OPAŁKA 1965 / 1 – ∞”, „Detale 5583850 – 5595003”, akryl na płótnie.

*

W związku ze śmiercią malarza Romana Opałki pojawiły się tu i ówdzie teksty poświęcone temu artyście. Na jeden z nich natrafiłem na blogu Laudate, który wyraził u siebie chęć zapoznania się z moją opinią na temat twórczości Opałki. Napisałem więc komentarz, który porusza na tyle istotne kwestie związane za sztuką współczesną, że zdecydowałem się zamieścić go także na Wizji Lokalnej, jako odrębny wpis, (mając przy tym nadzieję, że nikt moim tekstem nie poczuje się urażony i być może wyłoży swoje racje w sposób pełny – bardziej kompleksowy i przekonujący.)

1.

Czuję się wywołany do tablicy, więc pozwolę sobie dorzucić kilka swoich myśli związanych z konceptem Opałki.

Przede wszystkim: jeżeli już wyrażamy się o Opałce jako o Wielkim Artyście (niektórzy dodają: Największym polskim artystą współczesnym) to proszę sobie (w duchu, szczerze, bez pozy i uczciwie) odpowiedzieć, co ten artysta tak naprawdę nam daje (dał), co mu zawdzięczamy, na czym polega jego mistrzostwo, czy rzeczywiście do tej pory przejmowaliśmy się jego sztuką (a skoro był Wielki, to chyba wypadałoby śledzić jego twórczość, podziwiać ją, uczyć się z niej – i o niej… etc.)
Jeśli tak nie jest, to nasz aktualny zachwyt nad jego dziełem jest zachwytem cokolwiek okazjonalnym (wywołanym poprzez śmierć Opałki) i poniekąd koniunkturalnym (bo związany jest z promocją polskiego artysty) – nie mówiąc już o tym, że również dość powierzchownym, a i mechanicznym, czy też automatycznym).

Bo cóż wynika z jego koncepcji? *
Że wszystko przemija, że się starzejemy, że zapadamy w nicość?
Czy rzeczywiście są to myśli tak odkrywcze, że aż genialne?
Przecież te myśli towarzyszą człowiekowi od zarania jego świadomości – i właściwie cała nasza kultura wokół nich się obraca i prawdopodobnie w nich ma swoją genezę.

Nie uważacie, że jeśli twórczość jakiegoś człowieka od kilkudziesięciu lat polega tylko i wyłącznie na tym, że maluje on ciągle ten sam obraz składający się z samych cyfr i coraz bledszego tła – to jest ona cokolwiek… nudna i nad wyraz monotematyczna?
Ale – ktoś może powiedzieć – właśnie przez to artysta chce nam uświadomić to, że nasza egzystencja jest nudna i że tak naprawdę wszystko jest nicością?
Jeśli takie jest przesłanie Opałki, to ono do mnie nie dociera (a raczej go odrzucam)  i wcale nie uważam tego za jakieś wielkie, emanujące geniuszem, odkrycie.
Zresztą: Opałka się trochę zapętla, kiedy na początku mówi, że „jesteśmy jedynką i do jedynki wrócimy” czyli nie do zera, które on nazywa „nicością” (taki był jego oryginalny i pierwotny zamysł, kiedy zaczął malować te cyfrowe obrazy). Zaś później twierdzi, że wszystko jednak jest nicością i bez sensu.

Konkludując: oprócz zachwytu, powinniśmy sobie jeszcze uświadomić (i wyjaśnić) to, czym tak naprawdę się zachwycamy.

* Dla przypomnienia: koncept Romana Opałki poległa na tym, że przez 39 lat malował on na płótnie białą farbą jedynie ciągi kolejnych liczb, stopniowo rozjaśniając tło obrazu.

2.

„Kto spróbuje robić to samo, będzie nędznym epigonem…”

A dlaczego, Laudate? Czy inny człowiek nie ma prawa by robić to samo co Opałka – uznając że w ten sposób może najlepiej wyrazić swoją egzystencję i przemijanie?

„… i nikt nie zapłaci mu miliona zł za obraz”

Oczywiście – bo nikt by tego już nie chciał lansować i promować, ponieważ byłoby to wtórne i na pewno by się nie udało.

I jeszcze jedno: ten wspomniany przez Ciebie „milion” jest wg mnie kluczem do zrozumienia tego, co dzieje się na rozległych obszarach sztuki współczesnej. I być może mówi też coś o sukcesie (przede wszystkim komercyjnym), jaki osiągnął Opałka.

A wracając do sztuki prawdziwej.
Od kilku dni przeglądam album z działami wszystkimi Van Gogha. Boże, jak ten człowiek cudowanie malował!
Ileż tam barw i kształtów, ile koncepcji na jednym centymetrze kwadratowym płótna! Jakie bogactwo…
I to wszystko stworzył ktoś, kogo życie było jedną wielką raną.

Doprawdy, trudno mi jest porównywać Vincenta z kimś, kto inkasuje co miesiąc kilkadziesiąt tysięcy dolarów (good for him!), spaceruje sobie w nieskazitelnym ubraniu wśród sielankowej scenerii zielonych łąk – rozprawiając przy tym o nicości czy (bez)sensie własnej (ale też i cudzej) egzystencji.
Opałka: „O czym myślę? O wszystkim. Rozmyślam czym jest naprawdę moja postawa twórcza i moje życie? Po co żyjemy-istniejemy? Czy to wszystko ma sens? (Moim zdaniem nie ma sensu…)”
Czyli, idąc za tokiem myśli artysty, jego „Detale” też nie mają sensu.
A czy możemy się zachwycać czymś, co nie ma sensu?

*  *  *

PRZYPIS. Myślę, że na rzeczy będzie, jeśli przytoczę tutaj również komentarz, który zamieściłem swego czasu na blogu Maga-Mary pod jej wpisem pt. „Obrazy ulotne jak motyle” dotyczącym Nagrody Turnera dla Richarda Wrighta i jego wystawy w londyńskiej Tate-Modern:

„Zwróćcie uwagę, że nie ma tutaj właściwie mowy o tym co jest na obrazach Wrighta, a o tym, na czym polega jego pomysł, co też on może znaczyć… Bo wygląda na to, że to jest głównie pomysł. Jeśli to jest forma protestu wobec komercji jaka zalała współczesną sztukę (vide: Damien Hirst), która w dużej części stała się (m.in. za sprawą takich guru rynku sztuki jak Saatchi) jednym wielkim merkantylizmem, to ja jestem za.

Przyznam się, że już czasami nie mogłem czytać bez pewnej melancholii o całym tym zachwycie nad Damienem Hirstem – „twórcą”, którego „twórczość” polegała głównie na przyjmowaniu snobistycznych zamówień (przeważnie nadzianych krezusów, którzy kupowali sztukę, bo to była inwestycja) i zlecaniu tego do wykonania ludziom zatrudnionym w jego warsztacie, gdzie produkowano owe „dzieła” taśmowo i bywało, że ręka „artysty” nawet tego „dzieła” nie tknęła, no może tylko po to, by je sygnować swoim nazwiskiem.
(Ten cynizm we współczesnej sztuce zawdzięczamy w pierwszej linii choćby Warholowi, którego „Fabryka” działała na podobnych zasadach i który ze swojej „sztuki” zrobił prawdziwy biznes.)

Warto, moim zdaniem przyjrzeć się teraz dyskusji krytyków sztuki wokół Hirsta właśnie. Nagle wszystko co robi, jest „be”, chociaż jeszcze parę lat temu (często przez tych samych krytyków) wynoszony był pod niebiosa i uznawany za geniusza. Ale koniunktura się odwróciła (ceny jego prac spadły ze swej absurdalnej, nakręconej sztucznie wysokości, więc już na nich nie można zarobić) i naraz wszyscy przejrzeli na oczy i zauważyli prawdziwą wartość jego sztuki, czyli taką sobie i niewielką, albo w ogóle brak jakiejkolwiek wartości.

Tak, wiele hucpy jest w sztuce współczesnej, bo zanikły wszelkie kryteria jej oceny (a właściwie, jak to w postmodernizmie bywa, każdy może owe kryteria ustalać sobie sam – według swojego widzimisię – stąd ten bałagan, manipulacje, dezorientacja i nabieranie ludzi, którzy chcą być w awangardzie i się snobują na wielkich miłośników współczesnej sztuki).
I dlatego często nie wiadomo o co chodzi. A jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi najczęściej o pieniądze – a także o układy, koneksje, zwykłą modę i sztucznie lansowane trendy.”

*  *  *

WINNI CZY NIEWINNI?

Miłość, flirt, kolaboracja? Uwiedzeni przez totalitaryzm? Wielcy artyści w objęciach faszyzmu – winni czy niewinni? Na zdjęciu od lewej: Ezra Pound, Leni Riefenstahl, Ferdinand Céline, Ernst Jünger.

Muszę się przyznać, że to jeden z moich bardziej spontanicznych wpisów. Dyskusja, która miała miejsce pod poprzednim tekstem ( „Raskolnikow to ja” ) o powiązaniach autora ze swoim dziełem, zahaczyła także o kwestię ewentualnej odpowiedzialności (lub nieodpowiedzialności) pisarza za własne słowo. Komentarz Kartki zainspirował (sprowokował?) mnie do wypowiedzi, którą postanowiłem przekazać właśnie w formie nowego wpisu, jako że dotyka on wg mnie czegoś bardzo istotnego.

W naszej dyskusji doszliśmy do bardzo ważnej kwestii, która rzuca dodatkowe i wyraziste światło na problem odpowiedzialności twórcy za swoje dzieło.
Bo oczywiście jest nam łatwo manifestować naszą liberalną skłonność do obdarzania autora carte blanche, do swoistego nadawania mu immunitetu zwalniającego go od wszelkiej odpowiedzialności za to co pisze, jednym słowem – ciągłego respektowania jego licentia poetica.
*
Ale… sprawy się komplikują jeśli wkraczamy na grząski grunt faszyzmu czy komunizmu, czyli totalitaryzmów odpowiedzialnych za największe zbrodnie ludobójcze w dziejach ludzkości.
Czy tutaj również możemy zachować taką tolerancję i bezstronność?
To się wiąże z następującym dylematem: czy jest nam obojętna moralna ocena tych zbrodniczych systemów?
Innymi słowy: np. w czasie wojny domowej w Hiszpanii, po której stronie byś się opowiedział: po stronie dyktatury Franco, czy po stronie republikańskiej? Albo weźmy II wojnę światową: czy obojętne byłoby Ci to, że walczysz w mundurze Wehrmachtu albo SS, czy też w oddziałach wojska polskiego lub AK?
(Czyli, po prostu: czy jesteś z faszyzmem czy przeciw niemu?)
Jeśli  zaś nie jest (nie byłoby) Ci to obojętne (a podejrzewam, że nie), to wtedy, siłą rzeczy, musiałbyś się ustosunkować do pisarzy, którzy z systemami totalitarnymi kolaborowali, czy też w jakiś inny sposób (np. tym, co pisali lub tworzyli), ten ów – bez wątpienia zbrodniczy system – wspierali.
*
Tak więc, nawet jeśli Leni Riefenstahl nie była stricte faszystką, to idee faszystowskie ją (przynajmniej na początku) uwiodły, może nawet opętały. Podobnie było z wieloma pisarzami, którzy wspierali, a nawet propagowali komunizm – czy to w Rosji, w Polsce, albo też na Zachodzie (fenomen tzw. „użytecznych idiotów” – wszystkich tych europejskich intelektualistów, którzy – mimo że wiadomo już było o zbrodniach stalinowskich i gułagach – nadal za komunizmem optowali).
Kto więc jest nam bliższy? Jeżdżący do Moskwy i opiewający Stalina Sartre, czy też potępiający stalinizm Camus?
Jeśli bierzemy stronę Camusa, to w tym naszym wyborze jest już element etycznej oceny pisarza – a to z kolei wskazuje na to, że nie jesteśmy jednak wolni od moralnego rozliczania autora za jego twórczość, za to co głosi i pisze, jaką wizję świata w swoich książkach propaguje.
Czy w takim świetle zupełnie obojętne jest nam (etycznie) to, że Ernst Jünger był swego czasu piewcą militaryzmu i walczył (nota bene w randze oficera) w hitlerowskiej armii? Czy obojętnie (etycznie) mamy czytać zajadle wściekłe, antysemickie paszkwile Céline’a, albo sławiące faszyzm poematy Ezry Pounda?
Czy wobec horrendum jakie przewaliło się w połowie XX wieku przez Europę (kładąc trupem blisko 100 mln. ludzi), dziwić nas może fakt, że wszyscy ci pisarze uznani zostali za przestępców?
Kto jest Ci bliższy? Leni Riefenstahl zaczynająca wysługiwać się Hitlerowi i spółce, czy pisarze i intelektualiści, którzy (to ważne!) w tym samym czasie opuścili Niemcy, bo jakiś humanistyczny instynkt i elementarna ludzka przyzwoitość podpowiadała im, czym tak naprawdę są rządy faszystów i do czego one (do)prowadzą?
No więc jak to jest: zwalniamy pisarza (artystę) od wszelkiej odpowiedzialności, czy też nie zwalniamy?
*
* * *