ANUS MUNDI (i post scriptum)

Dzisiaj mija kolejna rocznica wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Tekst, który napisałem ponad dwa lata temu, przypominam tutaj po raz pierwszy i – chyba jednak – nie ostatni. To temat, który zostanie ze mną do końca życia.

*

Rampa w Auschwitz  (zdjęcie własne)

Człowiek w XX wieku przelał oceany krwi, ale też i wylał morze łez.
Te łzy zmywały ból.
Ale czy mogą też zmyć naszą hańbę?

Zdecydowałem się wreszcie na tę wizytę.
Zawsze to miejsce wydawało mi się oddalone o wieki, położone gdzieś na peryferiach dawnego świata, przynależne wyblakłej historii.
A to zaledwie godzina jazdy samochodem z Krakowa.

*  *  *
Bez próby dogłębnego zrozumienia Auschwitz nie można posiąść pełnej wiedzy o człowieku, jako gatunku Homo sapiens. Niestety, zbrodnia ta wymyka się ludzkiemu pojęciu nie tylko w kategoriach etycznych, ale i opisowych – po prostu zawodzi nas przy tym nasz język.
Stylistyka, konwencje, słowa, metafory, sposoby narracji, tzw. „środki artystyczne”… wszystko to wydaje się być czymś „nie na miejscu”, bezsilnym – jakąś niezręczną próbą odbicia koszmarnej rzeczywistości, która jakby zamyka się wokół obozu zagłady i niczym czarna dziura zapada się sama w siebie, zasysając to, co ewentualnie mogłoby pomóc nam w jej pojęciu i zrozumieniu.

*  *  *
Auschwitz.
Anus mundi – odbytnica świata.
Kloaka nowożytnej cywilizacji.
Monstrualny grób wypełniona krwią i popiołami milionów trupów.
Miejsce wstrętne i przerażające, a zarazem święte, budzące nawet tkliwość.

*  *  *
Pamiętam awanturę, jaka się rozpętała po premierze „Listy Schindlera”. Sam niechcący ją zapoczątkowałem, publikując recenzję z tego filmu w „Polityce”, gdzie zakwestionowałem prawdziwość „romantyczno-heroicznej” wersji Spielberga. Moim zdaniem reżyser poddał się niedopuszczalnej manipulacji rzeczywistością, eliminując pewne jej elementy i zabarwiając ją własną, życzeniową, stylistyczną interpretacją, która bez mała urągała historycznej prawdzie i sprawiedliwości… choćby wobec tych, którzy nie mając na łapówkę dla zarządcy fabryki Schindlera, nie dostali się na „listę”, co było równoznaczne z ich zagładą.
Recenzja nosiła tytuł „Kamera w piekle”, z dopiskiem (w podtytule): „Z parku jurajskiego do obozu zagłady”, co miało w pewien sposób kwestionować kompetencje twórcy typowego kina hollywoodzkiego, biorącego się za temat tak odbiegający od rozrywkowego entourage filmu popularnego. (Spielberg był właśnie po realizacji komercyjnej bajki fantastyczno-przygodowej „Park Jurajski”; każdy pamiętał też jego „Szczęki” i „Gwiezdne wojny” – sztandarowe pozycje masowego kina amerykańskiego.)

Zaraz potem odezwały się głosy (pamiętam zdanie Daniela Passenta), że są pewne tematy (w tym Holocaust), za które kino w ogóle nie powinno się brać, bo cokolwiek się z nimi zrobi, to będzie to w stosunku do rzeczywistości nieadekwatne.

*  *  *
Ja jednak nie zgadzam się z tym, że kino nie powinno zajmować się takimi tematami, choć uważam, że nie jest ono w stanie przekazać pełni fenomenu tej koszmarnej zbrodni. Jest ono bezsilne w kompleksowym oddaniu horroru masowego ludobójstwa, ale zajmując się konkretnym człowiekiem, czy też grupą ludzi, może nam – wzbudzając empatię – przybliżyć ludzki wymiar tragedii i nieszczęścia, opisać jednostkowy los, ujawniając pewne mechanizmy zbrodni.

*  *  *
 Wstrząsy, jakie spowodował Auschwitz w mojej psychice mam już za sobą. Pierwszy z nich przeżyłem mając około 12 lat, kiedy w moje ręce dostała się pewna książka opisująca obóz masowej zagłady, ilustrowana rysunkami więźniów, na których po raz pierwszy zobaczyłem „muzułmanów”, czyli ludzi  zamienionych wsuktek głodu w powleczone skórą szkielety.
Od tego czasu Holocaust stale jest obecny w mojej świadomości, z różnym nasileniem.
Później doszły inne lektury, filmy, zgłębianie tematu, spojrzenie z różnych perspektyw.

Ktoś może powiedzieć: po co zajmować sobie głowę tym koszmarem? Czy nie byłoby lepiej skupić się na jaśniejszej stronie życia i świata? Otóż moim zdaniem zasada pozytywnego myślenia winna dotyczyć wszystkiego, tylko nie takich kardynalnych ludzkich zbrodni jak ludobójstwo (dochodzi tu jeszcze zniewolenie człowieka przez totalitaryzmy).

Nie chcę teraz przywoływać tych wszystkich wytartych sloganów (jak np. ten: „kto nie pamięta nieszczęść historii, jest skazany na ich powtórne przeżycie”, czy też „ludzie ludziom zgotowali ten los”… etc), wskażę jedynie na naszą zwykłą ludzką powinność, aby pamiętać – i aby być świadomym wyrządzonego zła.
Tylko tyle… i aż tyle!

*  *  *
Czy my – pokolenia, które nie doświadczyły wojny na własnej skórze – mamy prawo kogokolwiek sądzić?
Nigdy nie chciałem tego robić.
Patrzyłem tylko zdumiony tym z jaką łatwością w tamtych czasach zarazy rozpętała się apokalipsa – jak rozwiewały się  nadzieje, jak puste stawały się humanistyczne wartości, jak iluzoryczne okazywały się wszelkie ludzkie ideały, jak bezbronne i podatne na zszarganie stawało się dobro, jak łatwo było unicestwić całe rzesze ludzi, redukując je do ścierwa, rzeczy, nawozu historii …
Nie sądziłem nikogo, ale jednak zwątpiłem w człowieka, (Boga dość szybko przestałem w to mieszać, by nie popaść w jeszcze większe otchłanie bezsensu i absurdu).
Tym samym zwątpiłem w siebie.
Bowiem ja nie utożsamiałem się tylko z ofiarami, ale i z katami.
Dlaczego?
Gdyż my wszyscy z tego samego nasienia, podobnie jak z tego samego nasienia byli Kain i Abel.

I męczyła mnie uporczywie myśl, że człowiek – w pewnym sensie – nie zasługiwał jednak na to, by pojawić się na ziemi. Żadne zwierzę nie skompromitowało się tak, jak Homo sapiens. (Nic na to nie poradzę, jeśli to, co przed chwilą napisałem, wyda się komuś patetyczne. Ja wiem, że jest prawdziwe – a prawda nigdy raczej nie jest patosem.)

*  *  *
Człowiek, który nie doświadczył życia w obozie masowej zagłady, nigdy nie będzie w stanie zrozumieć tych, którzy tam byli – zarówno tych wszystkich, którzy obóz przeżyli, jak i tych, którzy w obozie zginęli; tych, którzy zachowywali się tam przyzwoicie, i tych, którzy zachowywali się nikczemnie.
Otuchy wszak nam mogą dodać pewne mysli, jak choćby ta Herlinga-Grudzińskiego, że trudno zarzucać człowiekowi to, że zachowuje się nieludzko, jeśli wpędzono go w nieludzkie warunki.

*  *  *
W Auschwitz byłem po raz pierwszy w życiu. Wiedziałem, że kiedyś muszę to miejsce zobaczyć na własne oczy. Jednak przekraczałem tę słynną bramę z niesławnym napisem „Arbeit macht frei” jakby w psychicznym pancerzu, który i tak nie uchronił mnie w pewnym momencie od palącej, choć cichej i dyskretnej, łzy. Później już tylko rejestrowałem kolejne obrazy, fakty, komentarze… wyjaśnienia i opowieści przewodnika.
Tę wiedzę już posiadałem, tyle że teraz wydostawała się ona na wyższe poziomy mojej świadomości. I miałem nad nią kontrolę – i stać mnie już było na pewien dystans. To wszystko chroniło mnie przed kolejnym wstrząsem.
Podobnie chyba było z innymi ludźmi. Odniosłem bowiem wrażenie, że większość z nich zachowuje się tak, jakby zwiedzali jeszcze jedno turystyczne miejsce, zaliczali kolejną turystyczną „atrakcję”.

Być może jestem jednak niesprawiedliwy, bo jakże mogłem wniknąć do wnętrza tych ludzi?
W naszej grupie była pewna starsza kobieta, której ojciec zginął w Oświęcimiu. Ona jedna nie zdołała powstrzymać łez.

*  *  *

*

post scriptum…

 

Warta przypomnienia jest dyskusja, jaka miała miejsce po opublikowaniu tego tekstu na moim poprzednim blogu. Zapraszam do jej przeczytania TUTAJ.

 

FILMOWISKO (“Rewers”, “Dom zły”, “Przerwane objęcia”, “Głód”, “Precious”, “Avatar”)

festival.banner.wl

„REWERS” (reż. Borys Lankosz)

 * * * * * *

Miłość w czasach agenturalnej zarazy („Rewers”)

Siłą rzeczy wybierałem się na ten film z bagażem wielkich oczekiwań – tak gromko i powszechnie zewsząd go chwalono. Może właśnie stąd ten lekki zawód. Spodziewając się arcydzieła, zastałem „jedynie” film bardzo dobry.
Oprócz czarno-białej stylizacji, świetnych zdjęć, dobrego aktorstwa, ciekawego scenariusza i oszczędnej – acz na swój swój sposób zagęszczonej znaczeniami – narracji, największe wrażenie zrobiło na mnie to, co można nazwać… jego etyczną przewrotnością. Bowiem twórcy filmu, w sposób zupełnie zaskakujący odwrócili moralną podszewkę epoki polskiego schyłkowego stalinizmu, przemieszali oczywiste zło komunistycznego systemu z… uwaga! – jeszcze większym złem, jakiego dopuszczają się ci, którzy reprezentują szlachetną (z założenia) stronę antykomunistycznej opozycji. Przy czym, nie do końca jestem pewien tego, czy owo aksjologiczne zachwianie zostało w ogóle przez widzów zauważone – tak przesiąknięci jesteśmy stereotypami dzielącymi świat epoki totalitaryzmów na ewidentne zło komunizmu i immanentne dobro tego, co komunizmowi się sprzeciwiało.
A że nie zawsze tak było – tego już za bardzo dostrzegać nie chcemy, choćby tylko dlatego, że wynika stąd dla nas (burząca spokój i ład) większa komplikacja otaczającej nas rzeczywistości, którą tak usilnie przecież chcemy oswoić, uporządkować i posegregować. Film Lankosza ten nasz wygodnicko-konformistyczny pociąg do schematyzmu zaburza i być może dlatego odciska w nas ślad głębszy, niż filmy przestrzegające wyrazistego czarno-białego stereotypu.
„Rewers” wyróżnia się więc spośród obrazów nawiązujących do tzw. peerelowskiej przeszłości i niewykluczone, że jest to sprawa młodego wieku jego twórców nieobciążonych już (jeszcze?) „jedynie słusznymi”, czy też „politycznie poprawnymi” interpretacjami najnowszej historii naszego kraju.

 

„DOM ZŁY” (reż. Wojciech Smarzowski)

 * * * * * *

Marazm przechodzący w horror, czyli peerelowskie doły („Dom zły”)

„Dom zły” obejrzałem w rzeszowskim kinie „Helios”, co jest o tyle istotne, że akcja filmu rozgrywa się na Podkarpaciu, oraz padają w nim nazwy miejsc dobrze mi – z racji tego, że są to moje strony rodzinne – znanych, w tym samego Rzeszowa.
Wprawdzie trudno było mi się utożsamiać z ukazanym w filmie środowiskiem (mój dom był dla mnie domem dobrym), a tym bardziej z występującymi w nim postaciami nurzającymi się – co tu kryć! – w błocie dość koszmarnej rzeczywistości (nota bene wykreowanej na ekranie z niezwykłym wyczuciem i zatrważającą wręcz wiarygodnością przez reżysera), to jednak pamiętna mi bliskość peerelowskiego marazmu „ściany wschodniej”, jaki towarzyszył w bliższej lub dalszej perspektywie mojemu dzieciństwu, pozwalała mi na odkrycie pewnych paralel oraz wysnucie konkretnych analogii między tymi dwoma światami.
Dość szybko uświadomiłem sobie to, jak łatwo „Dom zły” mógłby się stać filmem zgoła nie do oglądania, gdyby nie znakomita reżyseria Wojciecha Smarzowskiego, który zdołał utrzymać na wysokim poziomie ów delikatny (wbrew pozorom) balans między realizmem ukazywanej rzeczywistości a wpisującą się weń – i to mocno zabarwioną horrendum – groteską. Ta sama sprawność reżysera spowodowała również i to, że dysonansem dla tego wszystkiego nie okazał się humor, bez którego trudno byłoby znieść duszny i mroczny naturalizm filmowego obrazu. Oczywiście na nic by się zdały te wysiłki Smarzowskiego, gdyby nie wspomagająca je świetna gra aktorów, wyprana zupełnie z gwiazdorskiego narcyzmu, jaki zwykle napędza ich w produkcjach bardziej sprzedajnych (sorry… lepiej sprzedajających się), czyli nastawionych głównie na komercję, bliższych popkulturowemu mainstreamowi. W „Domu złym” aktorzy nie oszczędzają zarówno siebie, jak i widza, dlatego też nie brakuje w nim momentów bez mała wstrząsających.
W sumie są to (wg mnie) wyżyny filmowej sztuki, na jakie czasem zdolne jest wspiąć się polskie kino i to bez względu na panujące aktualnie trendy, mody – nie zważając zbytnio ani na nowalijki, ani na wszelkiego rodzaju „szkoły” – za to obdarzone mocnym charakterem a także mające odwagę mówienia własnym głosem oraz przedstawiania świata za pomocą obrazów będących oryginałem, a nie jakąś podróbką czy też kopią.

 

„PRZERWANE OBJĘCIA”„Los abrazos rotos”, reż. Pedro Almodóvar)

 * * * * * *

Pożądanie, upokorzenia, zazdrość, zapominanie, pamięć… (Penelope Cruz w „Przerwanych objęciach” Almodóvara)

Pedro Almodóvar to jeden z tych reżyserów, na którego film każdy kinoman winien iść jak „w dym” (czy też raczej „w ciemno”), bowiem niewielu już takich reżyserów na świecie zostało, których twórczość staje się (na pniu) natychmiastową klasyką.
„Przerwane objęcia” nie przerywają dobrej passy tego hiszpańskiego poety europejskiego kina, choć nie są także jakimś zniewalającym nas arcydziełem. (Ale czy wogóle takie arcydzieła dziś jeszcze gdzieś powstają? Czy aby czas filmowych arcydzieł nie minął wraz z epoką Wielkich Mistrzów Kina, których już wśród nas nie ma?) Dzięki Bogu jednak, (oraz takim tuzom kina autorskiego jak Almodóvar) cały czas pojawiają się na ekranach kin filmy dobre a nawet bardzo dobre, a przykładem mogą właśnie służyć „Przerwane objęcia” – mistrzowskie ćwiczenie w stylu (wyszukanego wizualnie i psychologicznie) melodramatu oraz kina noir (przy czym noir nie oznacza tu jakiejś monochromatycznej ciemnicy, bo żywej kolorystyki obrazowi Almodóvara zaiste nie brakuje).
Nie brakuje też pasji, erotyzmu i zakręconych emocji, jakich nigdy nie szczędzi nam ten pełen namiętności człowiek z La Manchy, który jako żywo opowiada o ludziach niestworzone rzeczy, nie pozbawiając ich jednak nigdy człowieczej treści. Wręcz przeciwnie, tak jak jego krajan Cervantes z Don Kichota, tak i Almodóvar ze swoich bohaterów wyciska sam humanistyczny ekstrakt – na przekór ich szaleństwom i zmąconym (czy to cierpieniem, czy to szczęściem, czy to pożądaniem, czy też rezygnacją) rozumom/umysłom, te postaci są nam dziwnie (?) bliskie. Czyżby dlatego, że w każym z nas drzemie coś podobnego? A patrząc na ekran często widzimy tam nasze odbicie?

 

„GŁÓD” („Hunger”, reż. Steve McQueen II )

 * * * * * *

Kino i martyrologia („Głód”)

Film wzbudził kontrowersje w Irlandii i na Wyspach, i wcale się temu nie dziwię. Rozdrapuje bowiem całkiem jeszcze świeże rany odniesione podczas walki irlandzkiego ruchu oporu z brytyjską „okupacją”, dotycząc konkretnie strajku głodowego więźniów, członków IRA, protestujących przeciwko traktowaniu ich jako kryminalistów, bez przyznania im statusu więźniów politycznych.
Ukazując to, twórcy „Głodu” poddali swój obraz niezwykle wyrazistej stylizacji i mocnej dramatyzacji opisywanych wydarzeń, wskutek czego – mimo oparcia całej fabuły na faktach – całość staje się, wg mnie, na swój sposób odrealniona, a przez to mniej wiarygodna. A przecież taka była prawda: w walce o swoje ideały zagłodziło się wówczas – w północnoirlandzkich kazamatach – dziesięciu więźniów.
Mimo swego szokującego potencjału oraz artystycznej wirtuozerii film mną nie wstrząsnął, może właśnie dlatego, iż zacząłem nań patrzeć bardziej jak na twór estetyczny niż autentyczny.

 

„PRECIOUS” (reż. Lee Daniels)

 * * * * * *

Ameryka klęka przed otyłą murzynką („Precious”)

Ten film amerykańskich krytyków filmowych powalił na kolana. Powalił też znaczną część widowni, przy czym, należy zaznaczyć, że widownia to inna, niż ta, która karmi się na codzień hollywoodzką komercyjną papką. „Precious” wyróżnia się na tle innych popkornowych wyrobów amerykańskiego kina dość dramatycznie.
Przede wszystkim rodzajem bohatera… w tym przypadku raczej antybohaterki, którą jest potwornie otyła murzyńska dziewczyna, gwałcona od dziecka przez ojca narkomana, w wieku 16 lat będąca już dwukrotnie matką (co jest efektem owego kazirodztwa), sprawiająca wrażenie opóźnionej w rozwoju, wycofanej ze świata, przyduszonej przez tępe cierpienie, wegetującej w jakiejś ciemnej dziurze Harlemu, czyli w domu, który zamienił się dla niej w piekło.
Czy z takiego przerażającego świata da się zrobić kino, które „podnosi na duchu”? (A wydaje się, że taki właśnie cel przyświecał jego twórcom i tak odbebrali ten film widzowie.)
Czy budująca wymowa „Preciuos” nie podważa w jakimś stopniu jego wiarygodności? Czy obciążone happy-endem amerykańskie „kino narodowe” zdolne jest do ukazania przaśnego realizmu, nie rozmytego artystycznym konceptem – tą optymistyczną konwencją, mającą jednak coś wspólnego z dyktaturą tzw. „pozytywnego myślenia”?
Na przekór podobnym wątpliwościom, ja także jestem skłonny ten film ocenić wysoko, a probieżem jego wartości jest dla mnie tutaj choćby moc, z jaką mimo wszystko ten obraz rzuca nam w twarz ochłap prawdziwego życia: lepki, gęsty, krwisty i lekko cuchnący – ale jednak nie odrażający, bo przesiąknięty czymś esencjonalnie ludzkim, a więc także ciepłym, nie pozbawiającym wiary w istnienie czegoś tak nieokreślonego, acz nam niezbędnego, jak człowiecza dusza.

 

„AVATAR” (reż. James Cameron)

 * * * * * *   (efekty wizualne)
 * * * * * *   (film – ogólnie)

Rewolucja w kinie? („Avatar”)

Najnowszy film Jamesa Camerona ma podobno zrewolucjonizować kino w stopniu, w jaki zrobiło to udźwiękowienie obrazu. Po zapoznaniu się z „Avatarem” sądzę jednak, że jest to jedynie mocny anons w kampanii reklamowej filmu, w który wpompowano ponoć 300 mln. dolarów, więc robi się wszystko, by z jego pojawienia się na ekranie uczynić wydarzenie. I owszem… jak widać „Avatar” jest już wydarzeniem, tyle że – moim zdaniem – bardziej komercyjnym, niż artystycznym, wbrew ambicjom reżysera, który często podkreśla w wywiadach, że jednak jest artystą, a nie tylko wyrobnikiem kina i efektów specjalnych.
Nie powiem, film ten robi wielkie wrażenie swoim fantazyjnym rozmachem, jest dość efektywny na poziomie prostych, elementarnych emocji, lecz pod względem intelektualnym pozostaje na poziomie średnio rozwiniętego umysłowo nastolatka (przy czym, nie należy tego stwierdzenia traktować jako uwłaczanie „średnio rozwiniętemu umysłowo nastolatkowi” – nie ma w nim bowiem żadnej złośliwości).
Obraz Camerona przypomina doprawdy coś w rodzaju wizualnej orgii (jak na mój gust może aż nadto kolorowej), lecz jeśli chodzi o wartość fabularną i zawartość myślową, to nie wyrasta on ponad stereotypową przeciętność powielanej po raz tysięczny bajeczno-mitycznej historyjki o odwiecznej walce Dobra ze Złem, która w naszych czasach przybiera głównie formę globalnej walki (ekologicznych przeciwników niepohamowanej eksploatacji zasobów naturalnych naszej planety z odpowiedzialną za to korporacyjną chciwością) o ocalenie naszej Matki Ziemi.
W sumie, niby to bój o przetrwanie, stawka więc poważna a interes „żywotny”, szkoda tylko, że… efekt i wykonanie cokolwiek płytkie (mimo formatu 3D) i fantasmagoryczne.
PS. Aby jednak zachować się uczciwie – zarówno wobec czytających te słowa, jak i samego siebie – muszę napisać, że oglądający ten film chłopiec, (który jest we mnie, jak zresztą i w każdym mężczyźnie) miał jednak w kinie niezłą frajdę. Zwłaszcza wtedy, kiedy zapominał, że jest to „rzeczywistość” wygenerowana komputerowo (czyli sztuczna) i wykoncypowana na użytek ciągle spragnionej bajek masowej wyobraźni.

*