POWRÓT KARMAZYNOWEGO KRÓLA („King Crimson” w Chicago)

(The Vic Theatre, 25 września, 2014)

King Cromson line-up AD 2014     (fot. M. Appleton)

King Crimson lineup AD 2014. Od lewej: Mel Collins, Pat Mastelotto, Tony Levin, Jakko Jakszyk, Bill Reiflin, Robert Fripp, Gavin Harrison. (fot. M. Appleton)

.

Muzyka „King Crimson” jest – i zawsze była – jednym wielkim paradoksem (ale może tak jest z każdym rodzajem awangardy?), podobnie jak jej lider, gitarzysta Robert Fripp – nota bene jedyny członek zespołu, który jest w jego składzie od samego początku, czyli od 1968 roku (choć on sam wzbrania się przed nazywaniem go liderem – nie wiadomo – z namysłu, przekonania czy fałszywej skromności?).

Zacznijmy od paradoksu – człowieka.

Fripp co najmniej od 57 lat (kiedy to, w wieku 11 lat zaczął grać na gitarze) uprawia muzykę, ale nie jest pewny, czy jest muzykiem; mówi że gitara „jest dość słabym instrumentem, właściwie nic mnie w gitarze nie intryguje”, a niemal całe swoje życie oparł na tym instrumencie (ściślej: na grze na nim i tworzeniu przy jego pomocy muzyki), natomiast w przeróżnych zestawieniach „największych gitarzystów wszechczasów” zawsze plasuje się w czołówce. Mówi, że pozbawiony był słuchu muzycznego i wyczucia rytmu, a jednak postanowił poświęcić się muzyce, tworząc – i prowadząc – jeden z najbardziej znanych (by nie powiedzieć – kultowych) zespołów w historii światowego rocka. Nie mógł być ani gitarzystą jazzowym, ani klasycznym, ani rockowym (przynajmniej on sam za takiego się nie uważa), więc musiał stworzyć swój własny (i niepowtarzalny) styl grania na tym instrumencie (i rzeczywiście – nie można mu tutaj odmówić racji – gra Frippa jest unikalna). Być może wszystko to było możliwe dzięki temu, że jego dewizą życiową jest następująca sentencja (wymyślona, oczywiście, przez niego samego): „Staraj się przekształcić to, co niekorzystne, w to, co korzystne, wady w zalety, słabości w atuty”. I trudno nie zauważyć, że Frippowi udało się to znakomicie zrealizować.

Robert Fripp w Chicago, 2014 (fot. Tony Levin)

Robert Fripp w Chicago, 2014 (fot. Tony Levin)

Są jeszcze inne paradoksy, choć bardziej chyba jednak małostkowe. Oto Fripp obrusza się (w wywiadzie udzielonym gazecie „Financial Times”) na posądzenie, że gra dla pieniędzy („Czy wierzysz w to, że Rostropowicz grał na wiolonczeli tylko po to, żeby się utrzymać? Czy wierzysz w to, że Hendrix grał tylko dla pieniędzy?”), ale – jak sam przyznaje – zmarnował cztery lata życia procesując się ze swoją (żeby było ciekawiej) własną wytwórnią płytową o tantiemy, nic w tym samym czasie nie tworząc, wykosztowując się przy tym na pazernych adwokatów.
Inny drobiazg: Fripp jest chyba jedynym gitarzystą rockowym na świecie, który 100% swojego czasu grania koncertowego przesiedział na stołku (mimo, że już na samym początku istnienia „KC”, Greg Lake robił mu wyrzuty, że przecież nie można siedzieć na scenie „jak ten grzyb”). Ale Fripp do dzisiaj siedzi, zachowując na dodatek podczas grania kamienną (beznamiętną?) twarz, na której trudno dopatrzyć się jakiejkolwiek emocji. (Na marginesie: aparycją, stylem bycia ubierania się i mówienia Fripp bardziej przypomina urzędnika w nałokciownikach, niż rockowego muzyka – ale do chwili, kiedy nie zaczną docierać do nas jego słowa, przesiąknięte błyskotliwą ironią i szelmowskim humorem – choć nie pozbawione przy tym pewnej elegancji, ciepła, życzliwości, spokoju i łagodności.)
I na koniec – zaledwie 2 lata temu, w sierpniu 2012 roku, Fripp oświadcza we wspomnianym już wywiadzie dla „Financial Times” (tutaj zresztą wybór pisma, któremu zgodził się Fripp na wywiad, też jest symptomatyczny), że nie może się już skoncentrować na twórczości, więc postanowił zrezygnować z kariery muzyka „pierwszej linii frontu”, by zająć się biznesem („I made the choice to give up my career as a musician in the frontline to deal with the business.”) To oświadczenie dało pewnie asumpt temu, by gazeta zatytułowała cały tekst dramatycznym i niewątpliwie pretensjonalnym „The Day the Music Died”. Lecz najgłośniejszych echem odbiło się jednak stwierdzenie Frippa, że „jego życie, jako profesjonalnego muzyka”, stało się „smutnym ćwiczeniem w daremności” („a joyless excercise in futility”).
Tym bardziej może cieszyć fakt, że Fripp „dowlókł się” się w tej (domniemanej) depresji nie tak dawno do Chicago i wraz z kolejnym wcieleniem (tym razem najliczniejszym, bo siedmioosobowym) „King Crimson” dał koncert, który wielu – mający to szczęście w nim uczestniczyć – popamięta sobie do końca życia.

Paradoks – zespół.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że paradoks-zespół („KC”) wyrasta bezpośrednio z paradoksu-człowieka (Roberta F.) Rock, który nie jest rockiem; dyscyplina, która nie może istnieć bez chaosu (bo jest sposobem jego kontrolowania); z „cichego terroru” (autorskie określenie Frippa) wyłania się subtelne piękno dźwięków i spokój; z dysharmonii i dysonansu – harmonia; z polifonii – jasna, wyraźna fraza; z polirytmii – synkopa (zbliżająca się czasem do funku lub przechodząca w mocny, jednoznacznie określony beat); z nietaktu – takt… etc. Z jednej strony „King Crimson” (Fripp) zmuszał grających z nim muzyków do myślenia (większość pomysłów kompozycyjnych Frippa jest po prostu muzyką konceptualną – w tym sensie, że ma źródło bardziej intelektualne, niż intuicyjne), z drugiej – pozwalał im (a przy tym sam sobie) na sporą dozę improwizacji, która ma do siebie to, że bardziej jest fantazją, niż myśleniem, więc często zamieniała się we wspomniany już – a przy tym spontaniczny – chaos. Ten z kolei musiał być okiełznany, by nie dopuścić do anarchii, która na pewno nie leży w naturze pedantycznego Roberta. Tym sposobem krąg się zamykał – a w nim muzycy, tworzący dzięki temu muzykę niepowtarzalną, nie dającą się skopiować, rozpoznawalną od pierwszego dźwięku, unikalną… Otwartą, bo zmienną; zamkniętą, bo mimo wszystko zintegrowaną. Gatekeeperem tego wszystkiego był niewątpliwie Fripp, choć bardziej, moim zdaniem, pasowałoby tu do niego określenie soulkeeper, bowiem, jak sam kiedyś powiedział, ciało „Karmazynowego Króla” się zmieniało, jednak dusza pozostawała ta sama. I myślę, że było to możliwe tylko dzięki temu, że Fripp wiedział jak zastosować w zespole ów „cichy terror”: „cichy” – bo delikatny acz stanowczy, „terror” – bo apodyktyczny i niedopuszczający żadnego sprzeciwu, ale mimo wszystko perswazyjnie inspirujący. Bez tego duchowego „terroryzmu” nie byłoby takiego „King Crimson”, jakiego znamy.

Lider – nie lider?

Czy Fripp jest wobec tego geniuszem? A może „tylko” kompilatorem – i katalizatorem, czy też generatorem – cudzej kreatywności? Czy jedyną rzeczą większą od jego talentu jest jego Ego? Czy komplikacja jego charakteru, złożona osobowość grawitująca ku osobliwości – wszystkie te ambiwalencje i sprzeczności – czy to nie było antycypowane w jednej z największych i najsłynniejszych kompozycji „King Crimson” już na pierwszym, kultowym jak żaden inny albumie „In the Court of the Crimson King”? (Chodzi oczywiście o „21st Century Schizoid Man”: Fripp jednym z najbardziej twórczych schizofreników XXI wieku?)
Tenże Fripp powiedział kiedyś, że to był dla niego zaszczyt – granie z innymi muzykami, którzy przewinęli się w długiej, bo liczącej już 46 lat, historii zespołu (a było ich ponad dwudziestu); i że to nie on ich uczył, ale że on sam uczył się od nich. To może wyglądać na krygowanie się i pretensjonalne mydlenie nam oczu, ale ja skłonny jestem tutaj Robertowi wierzyć. Tak więc, jego apodyktyczność była niczym innym, jak konsekwentnym wyciskaniem z kolejnych członków zespołów tych najlepszych soków, na jakie ich było stać. I właśnie stąd brała się siła, różnorodność, kreatywność i potencja „Karmazynowego Króla” – potężnego demona, (którego domorośli symboliści wiążą z samym Belzebubem) z duszą o niebo (piekło?) większą, niż wszystkie jego cielesne członki razem wzięte.

Koncert – at last

Niebo nad Vic było pogodne, ale zbliżał się schyłek dnia, więc purpurowy a migotliwy napis „King Crimson” na szyldzie „teatru” wydawał się jarzyć coraz mocniej, i mimo że każdy miał już przypisane i zarezerwowane miejsce na sali, kolejka przed wejściem wydłużała się coraz bardziej, choć od rozpoczęcia koncertu pozostawała dobra godzina z hakiem. Była więc okazja rzucić okiem na zebrane tu towarzystwo: przeważali oczywiście dżentelmeni czterdziesto- i pięćdziesięcio-letni, choć nie brakowało też trzydziesto-latków (bardziej młodocianych z zasady do Vic się nie wpuszcza, a to z powodu lejących się tam czasami strumieni alkoholu… i nie tylko). Kobiety były w zdecydowanej mniejszości (i tutaj można by się zastanowić: dlaczego?) Podsłuchane rozmowy świadczyły o niebywałym „otrzaskaniu” fanów zespołu z jego dyskografią, muzyką, składami, triviami… Mnie samemu również przypomniały to i owo, były także niezłym źródłem informacji, tym bardziej, że sam nigdy nie zaliczałem siebie do zagorzałych fanów (dajhardów) „King Crimson”.
Pseudo-barokowa sala Vic Theatre nie jest wielką salą i pewnie dlatego została zaakceptowana przez Frippa, który nie lubi dużego audytorium (dlatego z wielką niechęcią wspomina swój występ w warszawskiej Sali Kongresowej w latach 90-tych); mówiąc, że tysiąc – półtora tysiąca słuchaczy to góra, reszta jest zbyteczna, bo ani dobrze nie słyszy, ani dobrze nie widzi, przez co on czuje pewien dyskomfort. I to akurat świadczy dobrze o Frippie, że – jeśli chodzi o efekt koncertu na słuchaczach (i widzach) – to myśli także o tych z najdalszych rzędów, a nie tylko o dodatkowej kasie, jaką ci ostatni generują.

King Crimson (part of it)) in Concert (fot. Sid Smith)

King Crimson (part of it) in concert (fot. Sid Smith)

Zajmijmy się jednak sceną. A na niej przywitało nas nie byle co: niesamowite góry sprzętu muzyków z trzema perkusjami (czy też raczej zestawami perkusyjnymi) w pierwszym rzędzie i całą resztą (przygotowaną dla pozostałej czwórki obecnego „KC”) ustawioną na podwyższonym piedestale na drugim planie. Oj, będzie się działo – pomyślałem sobie i pewnie nie byłem w tej myśli odosobniony.
No dobrze, dosyć już tych przydługich występów. Pora napisać, co się rzeczywiście na koncercie działo – co się widziało, a przede wszystkim – co się słyszało.
Trochę się obawiałem, że ta rozbudowana bateria perkusji zdominuje muzykę całego zespołu (tak jak zdominowała go wizualnie), ale nie była to jednak dominacja przytłaczająca – w końcu gitara Frippa nigdy nie dała się zepchnąć do roli tylko li wypełniacza tła, w przeciwieństwie do niego samego, który zwyczajowo chował się w jakimś słabo oświetlonym kącie estrady.
Zaczęło się od lekkich uderzeń w gary Pata Mastelotto (skrajna perkusja po lewej), podjętych przez pozostałych pałkarzy (Billa Rieflina w centrum i Gavina Harrisona z prawej), do których dołączyła się sukcesywnie cała reszta: Mel Collins (flety i saksofony), Tony Levin (basy), Jakko Jakszyk i Robert Fripp (gitary i nie tylko). Dość szybko stało się jasne, że będzie nie tylko głośno, ale i historycznie, bo na pierwszy ogień poszła najbardziej chyba znana kompozycja prog-rocka, której już sam tytuł brzmi jak najczystsza awangarda: „Larks’ Tongues in Aspic, Part 1”, co od biedy można tłumaczyć, jako „Języczki skowronków w galarecie”. (Przy okazji zaświtało mi w głowie pytanie: czy coś, co jest awangardą, może się po jakimś czasie stać klasyką?) Języczki języczkami, ale już po kilku minutach stało się oczywiste, że oto mamy przed sobą jeden z najmocniejszych lineupów (i to nie tylko dlatego, że jest to skład w historii zespołu najliczniejszy – gdyż septetem „King Crimson” stał się po raz pierwszy), nie pozbawionym wszak swoich słabszych punktów (ale o tym później – i nie za dużo – by nie popsuć wrażenia całości, która okazała się jednak czymś wyjątkowym).
Na koncercie zespół odwiedził właściwie każdą z pięciu dekad swojej aktywności, z wyjątkiem jednej – lat 80-tych ubiegłego wieku, które chyba jednak zostały zdominowane silną osobowością muzyczną Belewa. Najwidoczniej, ten okres Fripp chce uważać za zamknięty, tym bardziej, że nakoncertował się on już z tą muzyką wcześniej – podczas kilku ostatnich światowych tournée „King Crimson”.
A przecież jest do czego wracać. I zaskoczyło mnie to, jak nowocześnie i dynamicznie mogą te kompozycje brzmieć po latach. Ot, choćby „Sailor’s Tale” i „The Letters” z płyty „Islands” (1971) – to być może ukłon w stronę Mela Collinsa, który był wówczas w składzie „KC”. Obecność „Red” i „One More Red Nightmare” z uwielbianego m.in. przez Kurta Cobaina albumu „Red”, (które to  uwielbienie, nota bene, przyczyniło się do małego renesansu „KC” w Ameryce) nie dziwiła, bo jest to materiał mający w sobie niebywały potencjał na lata, no i jednak pożądany do dzisiaj przez amerykańską publiczność. Dziwiła mnie jednak obecność takich, lekko smętnych, przynudzonych „ballad” jak „A Scarcity of Miracles” i „The Light of Day” – dość świeżych kawałków z płyty z 2011 roku, firmowanej wtedy przez trio Fripp-Collins-Jakszak – moim zdaniem nie przystająca zbyt dobrze do muzycznego „mięsa”, jakie serwuje najnowsze wcielenie „King Crimson” (sentymentalizm Jakszaka niezbyt tu na miejscu – zanadto miękkie to według mnie, no i wokal Jakko pozostawia momentami dużo do życzenia).
Spodobały mi się „The KonstruKction of Light” i „Vroom” – efekt poszukiwań Frippa w latach 90-tych (dużo funky w tym – używanie mieli więc nie tylko bębniarze, ale i szalejący ze swoim basowym STICK-iem na scenie Tony Levin). Druga część „Języczków” też była niczego sobie – w ogóle kompozycja ta jest doskonałą okazją do ujawnienia całego spectrum możliwości brzmieniowych „King Crimson” – począwszy od instrumentalnej delikatności melodyjnej po niemalże heavy-metalową kanonadę gitarowych pasaży Frippa i apokaliptycznych bębnów. (Bez tych ostatnich przymiotów „KC” nigdy by nie powstała tak mroczna, dramatyczna i ciężka rzecz, jak „Red”). Nie wykonywany od 40 lat (!!!) „Starless” dosłownie zmiótł publikę z siedzeń, doprawioną na bis monumentalnym, bombastycznym (na dobre i na złe), desperacko-hard-rockowym, kosmicznie odlotowym i psychodelicznie odrealnionym „21st Century Schizoid Man”. To był nie tyle strzał w dziesiątkę, co eksplozja, która o mało nie rozniosła „Vica” – z jego rozszalałym tłumem podstarzałych schizoidów – po okolicznych Sheffieldach i Belmontach.

Nie koniec z przygodą

No cóż, lepiej słuchać jest koncertu, niż o nim pisać (a jak tu jest z czytaniem, to jeszcze inna śpiewka). Znalazłem się na nim dość przypadkowo (w tym miejscu specjalne podziękowania dla Simply’ego, dzięki któremu nie tylko zobaczyłem i wysłuchałem wskrzeszonego „Karmazynowego Króla”, ale i dzięki któremu zaistniał – pośrednio – ten tekst) i dobrze się stało, bo wróciło do mnie sporo muzyki z mojej młodości, odświeżyłem sobie znajomość z jedną z najważniejszych grup w historii rocka (i to nie tylko tego progresywnego); a może nawet wszedłem w pewną zażyłość z tym, co reprezentuje ta kapela obecnie (choć w zasadzie kroją oni teraz i zszywają stare „szaty” Króla – na podwójnym CD „The Elements”, który przyniosłem z koncertu, znajduje się ledwie kilkuminutowa próbka nowego materiału, i to tylko perkusyjna). Poza tym, znaleźli się na tym koncercie ludzie, którzy przylecieli nań specjalnie z tak odległych miejsc jak Meksyk, Peru i Kolumbia (o wielogodzinnej jeździe samochodem z okolicznych stanów nie wspominając), więc chyba mogłem pokonać te kilkanaście mil jakie dzieli „Vic” od miejsca, gdzie mieszkam i zjawić się w tysięcznym tłumie rozentuzjazmowanych melomanów starszego (już niestety) pokolenia.
Sukces „Mark VIII” (jak nazywa obecny lineup kapeli Fripp) polega na tym, że nie tylko scala on, ale i ożywia to, co w przeszłości stworzył Fripp ze swoimi towarzyszami – i że to brzmi teraz wspaniale. Wprawdzie chciałbym posłuchać wreszcie czegoś nowego, zamiast trzech perkusistów wolałbym jednego Bruforda (najlepszy z obecnego tria jest niewątpliwie Mastelotto, Riefllin według mnie dodany tak trochę od parady – ale przynajmniej nie bruździ, Harrison ledwie poprawny – choć z pewnymi przebłyskami), to jednak Frippa, jak słychać, nadal stać na dobrą formę i mobilizację ludzi. Z weterana Collinsa wyciągnął na stare lata to, co najlepsze (nieźle jazzujący sax) i nawet Jakszyk, na którego kręcę trochę nosem, potrafi się ze swoimi instrumentami wpisać w mocne, zdecydowane, pełne życia muzycznego i wigoru brzmienie nowego-starego „King Crimson” (właściwie, z całego składu, to tylko Rieflin jest zupełnym newcomerem). Czy jednak Fripp et consortes są jeszcze w stanie stworzyć coś, czego jeszcze nie znamy? Tegoroczną trasę koncertową na początku obwieszczano (cokolwiek złowieszczo to brzmiało) jako „farewell tour”, ale pewnie Fripp poszedł po rozum do głowy (po prawdzie długo tam nie musiał go szukać, bo jednak swoim życiem – i to nie tylko muzycznym – potwierdził, że całkiem „łebski” z niego facet) i do Chicago „KC” trafił już z tytułem trasy przemianowanej na „Elements tour”. Bo niby dlaczego zamykać sobie drogę do dalszych przygód, skoro nadal stać jest na nie 50-cio, a nawet blisko 70-cio letnich panów? Choćby miały to być już tylko przygody muzyczne…

greydot

APENDYKS. O muzyce rockowej piszę na mojej stronie stosunkowo rzadko, a przecież towarzyszy mi ona (wraz z innymi rodzajami muzyki) niemalże od dzieciństwa i – co tu kryć – była dość ważną częścią mojego życia (zwłaszcza emocjonalnego ;) ) A przecież – jeśli chodzi o pisanie o rocku – robiłem to swego czasu często, prowadząc na początku lat 90-tych ubiegłego wieku (jak to brzmi!) na łamach prasy polonijnej rubrykę „ROCK I OKOLICE”, gdzie zamieszczałem teksty muzyczne, zwłaszcza recenzje z koncertów (po przybyciu do Stanów miałem wreszcie okazję – na żywo! – uczestniczyć w występach zespołów, które dla fanów rocka na całym świecie były już wtedy legendą). Opisany powyżej niedawny koncert ‚King Crimson” w Vic Theatre przypomniał mi inny, w którym uczestniczyłem w tym samym miejscu… 22 lata temu, i który upamiętniłem w artykule zamieszczonym poniżej.

.

STRATOCASTER WE FRAKU
(Yngwie Malmsteen w Vic Theatre, 16 V 1992)

.

W jednym z niedawnych wywiadów Krystyna Prońko, która zajmuje się teraz w Polsce m. in. prowadzeniem własnej audycji radiowej, opowiedziała o eksperymencie, jaki pewnego razu przeprowadziła na antenie. Otóż w jednym z programów zaprezentowała obok siebie Stevego Vai’a, Joe Satrianiego i Yngwiego Malmsteena, (czyli światową czołówkę gitarzystów rockowych) i… Vivaldiego. Zestawienie – szokujące jeśli chodzi o porównanie choćby ilości decybeli – nie do końca jednak tak absurdalne. Szczególnie w przypadku Yngwiego Malmsteena, który stara się żenić ogień z wodą, czyli muzykę klasyczną z hard-rockiem. Czyli: ba-roque & roll! Na ostatnim koncercie, gdzie szalał wirtuoz metalu, nie brakło ni wody, ni ognia.

***

Zaiste wielkie jest wszelkiej materii pomieszanie we współczesnym rocku. Już nawet nie piszę ogólnie – w muzyce, sztuce… To błogosławieństwo i przekleństwo eklektyzmu: różnorodność ociera się z jednej strony o bogactwo, tętni nieskrępowaną inwencją; z drugiej – napiszmy to wprost – o dowolność i dziwactwo. Silny musi być twórca i zdyscyplinowany, by nie wypaść przy tym poza nawias artyzmu. Czyż Szwed Malmsteen, grający w stolicy bluesa, Chicago, Bacha na Stratocasterze Fendera, ubrany we frak i występujący na scenie neoklasycznego (?) teatru, w którym roznegliżowane kelnerki roznoszą po sali piwo i inne trunki, nie jest swoistym fenomenem, znakiem naszych czasów?

Yngwie Malmsteen

Yngwie Malmsteen

Nie mogłem się oprzeć chęci zobaczenia tego widowiska i pewnego sobotniego wieczoru stanąłem u wrót chicagowskiego Vic Theatre.
Zdołałem jakoś przeżyć poprzedzający Malmsteena występ heavy-trash-speed-metalowej kanadyjskiej grupy z Toronto. Z totalnego hałasu dotarło do mnie ledwie parę słów: fuck, death, hate, devil, blood... A jednak chłopcy nie do końca okazali się zdegenerowani, jako że na finał zaserwowali utwór będący chyba jednak przestrogą przed narkotykami: „White Lies, Black Truth”. To oczywiście, rzecz o koksie. Jest więc nadzieja, że wyrosną z tego skatologicznego nihilizmu, jaki reprezentują dzisiaj.

***

„Gdyby Jan Seabastian Bach grał na Fenderze, brzmiałby właśnie tak, jak Malmsteen” – powiedziano kiedyś o Yngwiem. „A tak, to tylko przewraca sie w grobie, słysząc swoją fugę wymiataną na wiośle” (tj. graną na gitarze – przyp. StB) – mógłby dodać jakiś złośliwiec.
Oba zgrabne powiedzonka są oczywiście przesadą. Po pierwsze: mistrza Jana Sebastiana zabiłby już pewnie pierwszy przesterowany i nagłośniony „normalnie” (tj. do granicy bólu) scream na „Stracie”; a po drugie – kupka prochu może się już raczej tylko przesypać, nie przewrócić.

Yngwie Malmsteen jest oczywiście jednym z tych, którzy – obok Eddiego Van Halen, Stevego Vai’a, Vinniego Moore’a – dokonali ekspansji heavy-metalowego stylu gry na gitarze, wprowadzając go na obszary dotychczas dziewicze, wzbogacając w nieznane dotąd techniki, używając nowych skal… Mimo tego, tysiące naśladowców rozmyło pojęcie heavy-metalu, degradując go często do poziomu pop-music. Właśnie, ze względów komercyjnych „metal”, z różnymi dopiskami, stał się jednym z najlepiej sprzedających się rodzajów muzyki lat 80-tych, jako spadkobierca (w pierwszej linii) wymierającego na przełomie lat 70-tych i 80-tych hard-rocka. (Znikanie takich grup, jak np. „Led Zeppelin”, „Deep Purple”, „Uriah Heap”, „Black Sabbath”, „Thin Lizzy”, „Nazareth”
Z początku zapowiadało się wymarcie bezpotomne, a to za sprawą eksplozji i zalania rynku przez disco i punk-rocka, lecz już wkrótce przekonano się, jak w rzeczywistości ciężki rock jest żywotny. I to niekoniecznie tam, gdzie wypuścił on pączki i rozrósł się najbujniej, czyli w Stanach Zjednoczonych i na Wyspach. W Niemczech np., obok miałkiego „Bonney M”, potrafił wyrosnąć znakomity gitarzysta Michael Schenker; w Szwecji – obok cukierkowej „Abby” – właśnie Yngwie Malmsteen.

***

Nie ma co kryć – koncert w Vic Theatre to był jeden wielki nokaut. Nie łagodziła gigantycznego impaktu decybeli ani klasyka, ani frak artysty, ani też pewnego rodzaju „nobliwość” beczkowatej sali teatralnej, na której zresztą postawiono stoliki z trunkami. Ze wzmacniaczy zwaliła się na nas lawina dźwięku. Yngwie uwijał się jak w ukropie, nie zaprzestając nawet swych drgawek przy padaniu na kolana, czy też bezpośrednio na glebę (tj. na deski teatru). To, że spod jego światłoszybkich palców wydobywały się wtedy dźwięki artykułowane, zakrawało na cud. Oto co może zrobić profesjonalizm i lata praktyki – grania i padania. Trzeba jeszcze dodać, że były to dźwięki w konfiguracjach często zdumiewających, choć osobiście wolę nuty dłuższe i bardziej akcentowane, bliższe artykulacji bluesowej, niż kaskady drobnych nutek, zlewających się często w jedną, wielką… sorry za niedobre skojarzenia – plamę. Muszę przyznać, że zawsze patrzyłem na speed-metal bardziej jak na ciekawostkę, niż muzykę, którą można się delektować.

Program występu Malmsteena zdominowany był oczywiście utworami z jego najnowszego albumu, zatytułowanego, nomen-omen „Fire and Ice”, z którego promocją wybrał się Yngwie w świat, zahaczając o Wietrzne Miasto.
„Fire and Ice”: nie bez kozery wspomniałem na początku u „ogniu i wodzie”. Mariaż ten miał miejsce na kilku poziomach. Z różnym zresztą powodzeniem. Mniej fortunny moim zdaniem był ten, który starał się łączyć mocno wypracowane, zorkiestrowane brzmienie z banalną pop-rockową melodyką i takimże banalnym wokalem (utwory: „Fire and Ice”, „Cry No More”). Jeżeli natomiast chodzi o niezwykłą, rzec można śmiało fenomenalną manualną wirtuozerię Malmsteena, to niewątpliwie jest mu ona niezbędna do wygrywania karkołomnych, barokowych pasaży. Stąd monumentalna podniosłość (bo nie napisać: bombastyczność) przesiąkniętych Bachem kompozycji, jak np. „Dragonfly” czy „Leviathan”.

Kariera Malmsteena to 10 lat grania solowego, jak również z takimi grupami, jak „Rising Force Band”, „Steeler”, „Alcatrazz” (nota bene, z tej ostatniej formacji wyparty on został przez Steviego Vai’a). Kilka utworów z tego okresu (klasycznych już w heavy-metalu ) także znalazło się w programie koncertu: „Makin’ Love”, „Black Star”, „Heaven Tonight”, „Lier”… Nie mogły w tym wszystkim pozostać niezauważone piękne motywy ze słynnego „Adaggio” Albinoniego, stanowiąc uderzający kontrast dla rockowej ekspresji.
Oprócz setek tysięcy nutek sypiących się spod palców Yngwiego, inne jeszcze liczby były na tym koncercie niezwyczajne: ilość wypalonych przez niego papierosów (kilkanaście) oraz kostek rzuconych przez gitarzystę na pożarcie tłumu (kilkaset!). („Kostka” – jak sama nazwa wskazuje – to płaski trójkącik, służący do szarpania drutów.)
Nie mogło się rzecz jasna obyć bez hołdu temu, któremu gitara rockowa zawdzięcza najwięcej. Podczas gorącego (dosłownie) finału, duch Jimmiego zdał się opętać Malmsteena. Objawiło się to podczas grania hendriksowskiej „Purple Haze”. Najpierw rozgorzało na Stratocasterze ognisko, a gdy nieco przygasło, Yngwie zaatakował nim z furią okoliczne „piece” i klamoty, rozbijając w drzazgi instrument, którego szczątki zostały natychmiast rozchwytane przez kotłującą się tłuszczę. Różne są wszak przejawy miłości!

***

Z wyłączonym radiem, wróciłem uśpionymi ulicami Chicago do domu.

greydot

I ja tam byłem, miód i wino piłem: publiczność w Vic Theatre na koncercie "King Crimson" w Chicago, 25 września, 2014 roku (fot. Tony Levine)

I ja tam byłem, miód i wino piłem: publiczność w Vic Theatre na koncercie „King Crimson” w Chicago, 25 września, 2014 roku (fot. Tony Levin)

OPĘTAŁ NAS BLUES – mówi Tadeusz Nalepa

Ryśkowi „Bruno” R. tekst ten dedykuję

Tadeusz Nalepa na koncercie. Towarzyszy mu Andrzej Nowak. (Zdjęcie archiwalne)

Pojedynek jak w „Crossroad”: Tadeusz Nalepa i Andrzej Nowak na koncercie. (Zdjęcie archiwalne)

.

„Ja nie jestem bluesmanem. Ja jestem muzykiem, który sobie gra to, co mu akurat pasuje” – powiedział swego czasu Tadeusz Nalepa. Takie słowa w ustach człowieka, którego nazywa się „ojcem polskiego bluesa”, brzmią ja herezja. A jednak od razu możemy wyczuć w nich słowiańskiego ducha – ducha przekory i niezależności. Ducha, dodajmy, żywotnego: to już bowiem 30 lat, jak Rzeszowiak Nalepa „rzeźbi” na swoim „wiośle” blue notes, grając i śpiewając to, co mu akurat pasuje.

.

Swoją drogą, ciekaw jestem jak to posądzenie o ojcostwo polskiego bluesa znosi sam Nalepa. Mnie jakoś trudno sobie wyobrazić sam moment prokreacji. Zamiast tego przypomina mi się (niezbyt cenzuralne zresztą) powiedzonko dotyczące genezy „Breakoutów” – bardzo popularne w czasach, kiedy – jako gołowąsy jeszcze – przytulaliśmy się do naszych dziewczyn (ewentualnie o tym marzyliśmy), podczas gdy ze sprzętu marki „Bambino” sypały się tęskne i niebieskie nutki „Modlitwy” albo „Co się stało kwiatom”. Czy też, nieco później, już jako kilkunastoletni, sterani życiem kontestatorzy, wspominaliśmy z nostalgią dawno minione czasy, śpiewając „Kiedy byłem małym chłopcem”.

i

na tropach bluesa

Jak pamiętamy, sam Melchior Wańkowicz, nestor polskiej literatury i reportażu, znalazł się ongiś ze swoim piórem „Na tropach Smętka”. „Smętek” – to również piękne i swojskie określenie słowiańskiego spleenu. Świadczące o tym, że chandra i melancholia nieobce są żadnemu plemieniu. Nawet chłodnym i sztywnym Brytyjczykom, którzy na przełomie lat 50-tych i 60-tych obrali sobie za muzycznych idoli gorących, namiętnych, a zawodzących żałobnie i depresyjnie Murzynów – zarówno tych wiejskich (akustycznych) z delty Missisipi, jak i miejskich (już zelektryfikowanych) z Chicago. Bluesowa trzódka Alexisa Cornera, bluesowe „ptactwo” Johna Mayalla, „Yardbirds”, Eric Clapton, Jeff Beck, Jimi Page, Peter Green… – to dzięki nim, z kolei, blues trafił pod strzechę rzeszowskiej wioski (Zgłobień) i urzekł małego Tadzia, który już pod postacią żywej legendy wspominał: „Jako szesnastolatek zorganizowałem kapelę. Dobrałem sobie pianistę, drugiego gitarzystę… Kontrabasu chyba nie mieliśmy. Dla mnie najważniejsze było to, że w domu kultury zerwał się balkon. Tak szalała publiczność na naszym koncercie…”

Jednak, tak na poważnie wszystko zaczęło się w 1965 r., kiedy to w Rzeszowie Nalepa zakłada zespół „Blackout”, w skład którego wchodzą: Mira Kubasińska – śpiew, Stanisław Guzek (to oczywiście późniejszy Stan Borys) – śpiew, Andrzej Zawadzki – gitara, Krzysztof Potocki – gitara basowa, Józef Hajdasz – perkusja. Zrazu fama zespołu nie wykracza poza „rzeszowską Jasionkę”, jednak później przychodzą sukcesy na ogólnopolskich festiwalach (Ople, Gdańsk, Sopot, Warszawa) i bardzo dobre przyjęcie pierwszej płyty zespołu „Blackout” (1968).
Również i w tamtym czasie, oczy i uszy polskiej młodzieży muzykującej (i nie tylko) zwrócone były na „mityczny: Zachód. To właśnie tam żyli, grali i ćpali idole. Wyjeżdżając pod koniec lat 60-tych na tournée do Holandii, „Breakouci” (do niunasowej zmiany nazwy zespołu doszło w 1969 r.) mieli nadzieję dotknąć żywej tkanki bluesa i rocka, zajrzenia do prawdziwego muzycznego „podziemia” (undergroundu), skosztowania zakazanych owoców z Zachodu. A trzeba pamiętać, że w kraju tulipanów grano wówczas rocka niezgorzej niż na Wyspach i Ameryce („Focus”, Akkerman, „Golden Earing”…). Poza tym, bliżej tam było do tych, których na Wschodzie stawiano sobie za rockowy wzór. „Breakouci” spodobali się w Niderlandach. Również w Norwegii.

Oczywiście, taki pobyt „na swobodzie” musiał pozostawić na zespole swój ślad. Jedni uznali go za dekadencką zadrę, inni zaś za znamię postępującej dojrzałości. Mirę Kubasińską porównano do Grace Slick („Jefferson Airplaine”), a muzycy zaczęli wygrywać niekończące się „dżemy” (zapatrzeni niejako w praktyki takich gigantów blues-rocka jak „Cream” czy „Ten Years After”). Po drodze zdarzyły się dwie płyty: „Na drugim brzegu tęczy” (całkiem niezła) i „70 a” (po prawdzie: już mniej doskonała), oraz zadarcia z polskimi (peerelowskimi) mediami, które na swoje „czarne listy” wciągnęły „zanarkotyzowanych, długowłosych hipisów”. Jednak prawdziwa rewelacja miała dopiero nastąpić.

… i wreszcie prawdziwy „zachodni” „BLUES”!

Tą rewelacją – znaną nam wszystkim doskonale – był longplay „Blues”, uznany wkrótce za szczytowe osiągnięcie polskiego blues-rocka. Owe poprzedzające go „błądzenia” zespołu (przerzucanie pomostu miedzy big-beatem a nowoczesnym rockiem przez Franciszka Walickiego, który w pewnym momencie sprawował artystyczną opiekę nad „Breakoutami”, psychodeliczno-jazzowe wycieczki Nahornego, bluesowe harmonie Ślązaka Józefa Skrzeka…) spowodowały, że wszedł on ponownie na tory prostoty, powściągliwości, formalnej dyscypliny owocując jedną z najpopularniejszych płyt w historii polskiego rocka. Teksty Bogdana Loebla, świetna gitara Tadeucza Kozakiewicza; Trzciński, Goleniewski, Hajdasz, no i oczywiście sam Nalepa – stali się odpowiedzialni za nagranie czegoś, co uznano, że brzmi jak materiał „zachodni”. A trzeba pamiętać, że był to wówczas komplement najwyższego rzędu, jaki mógł spaść na swojską kapelę młodzieżową znad Wisły (a poniekąd i znad Sanu)

Jeden z najbardziej rozpoznawanych obrazów w historii polskiego rocka - Tadeusz Nalepa z synem na okładce płyty "Blues"

Jeden z najbardziej rozpoznawanych obrazów w historii polskiego rocka: Tadeusz Nalepa z synem – na okładce płyty „Blues”

powrót taty

Płyta „Blues” wyznaczyła, jak się okazało, muzyczne apogeum Nalepy i „Breakoutów” – również biorąc pod uwagę ich popularność. Później już była tylko jazda w dół… z małymi, acz ożywczymi wyjątkami („Kamienie”, 1974). Sława i świetność muzyków umarła – dobita m.in. przez tzw. Muzykę Młodej Generacji – na przełomie siódmej i ósmej dekady, gdzieś na chałturach w Związku Sowieckim. I podczas gdy już wszyscy – łącznie z najwierniejszymi fanami grupy – spisali Nalepę na (muzyczne) straty, zdarzył się cud zmartwychwstania. Oto bowiem przyszły Olsztyńskie Noce Bluesowe (rok 1984), które Marcin Jacobson w „Scenie Muzycznej” tak wspomina: „(no i zdarzył się) siarczysty klaps, jakiego nikt z młodych się nie spodziewał. Wystąpił Nalepa plus Andrzej Nowak (i inni). Wiadomo, że gdy na scenie stanie obok siebie kilku zawodowych gitarzystów, musi dojść do pojedynku – wyścigów, wymiatania, aż będą wióry lecieć. Wiadomo również, że jeżeli obok siebie stanie dwóch młodych i tata, to ci dwaj zrobią wszystko by udowodnić kto jest lepszy. Tak też było. Popłynęły stare bluesy Nalepy, a w miejscach na solówki, działy się gitarowe cuda. Tak było do momentu, w którym do głosu dopuszczony został Les Paul lidera. W miejsce nerwowej zapalczywości młodych, pojawił się wielki spokój i dobrotliwy dystans właściwy ludziom doświadczonym. Nalepa jednym ruchem piórka udowodnił, że jest muzykiem z krwi i kości, że wie w czym rzecz. Jednym ruchem rozwiał wszelkie wątpliwości, jakie kiedyś, przed laty się pojawiły i ponownie nabrał wiarygodności. Tak, to był wielki come-back, potwierdzony zresztą roczną działalnością koncertową.”

Mimo poważnych kłopotów ze zdrowiem (wylew, chore nerki), Tadeusz Nalepa koncertuje i nagrywa płyty: „Live 1986” i „Sen Szaleńca” (1987). Nabiera oddechu i staje w szranki z nową generacją muzyków (Andrzej Nowak, „Dżem”). Nie bez znaczenia jest w tym wszystkim trendowy wówczas powrót „dinozaurów” polskiego rocka. Pozostając wiernym swym źródłom i korzeniom, kontynuuje Nalepa to, co zajmowało go na przełomie lat 60-tych i 70-tych – „styl mocno bluesowy i zarazem swojski, dość zawężony, lecz bardzo uniwersalny.” (W. Królikowski)

jaki ojciec, taki syn…

Któż z nas nie pamięta okładki z „Bluesa”? Odziany w dżinsową katanę, długowłosy Nalepa, niesie pod pachą gitarę i prowadzi za rękę małego chłopca. „Mały chłopiec” ma już teraz 27 lat i podobnie jak tata, rzeźbi na wiośle. Kiedy powstała płyta „Absolutnie” (1991), Tadeusz Nalepa wiedział do kogo zwrócić się z oceną: „Najważniejszą recenzją dla mnie jest telefoniczna recenzja mojego syna. Bo pierwszy egzemplarz, który dorwałem, wysłałem mu, oczywiście, do Ameryki. Powiedział: ojciec, zaskoczyłeś mnie bardzo, spodziewałem się czegoś innego… Ale płyta bardzo mi się podoba.”

Nalepa się nie starzeje, włos się mu nie skraca, koledzy syna są jego kolegami… Pozostaje taki, jaki był dawniej. Oto co deklarował równo 10 lat temu: „Chcę być ciągle sprawny, młody i jakoś sobie z tym radzę… Miałem moc wahań, ale po rozmowach z kolegami i z synem zdecydowałem, że mogę jeszcze parę lat popracować, powalczyć.”
Życzymy więc Tadeuszowi, by „powalczył” jeszcze przez następnych parę dziesiątków lat… Mając za oręże gitarę i bluesa.

ii

Z Tadeuszem Nalepą rozmawiałem po serii jego koncertów w Nowym Jorku i Chicago.** Po to, by wysłuchać bluesów Tadeusza (granych m.in. z synem, Piotrem), zgromadzili się licznie, nie tylko lubujący się we wspominkach seniorzy. Tłumy nastolatków zaświadczyły, że muzyka (w tym przypadku: blues-rockowa) nie zna granic – również tych pokoleniowych.

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Czy to ty wybrałeś bluesa, czy też blues wybrał ciebie? Kiedy po raz pierwszy usłyszałeś tę muzykę?

Tadeusz Nalepa: Jak reaguję, gdy mówią o mnie "ojciec polskiego bluesa"? To określenie mnie śmieszy (zdjęcie własne)

Tadeusz Nalepa: Blues to zarazem najprostsza i najłatwiejsza – a zarazem najdoskonalsza – forma porozumiewania się… (zdjęcie własne)

TADEUSZ NALEPA: Dokładnie nie mogę powiedzieć, ale z tym prawdziwym amerykańskim bluesem zetknąłem się chyba w 1965 r. Jako „Blackout” graliśmy z zespołem „Polanie”, a oni wcześniej odbyli trasę po Polsce z zespołem „The Animals”. „Animalsom” „Polanie” bardzo się spodobali, zaprzyjaźnili się i Piotrek Popławski dostał od Erica Burdona komplet taśm z bluesem czarnych, na których uczyli się – wzorowali – nie tylko „Animalsi”, ale i inne zespoły, które chciały grać muzykę – nazwijmy to – ambitną. Przesłuchanie tych taśm było dla mnie swego rodzaju szokiem – poczułem, że coś mnie z tym łączy. Później była płyta, którą nagrał Mayall z Claptonem – kolejna rewelacja dla mnie, a Clapton – objawienie! No a pod koniec lat 60-tych na Zachodzie było już od cholery kapel grających bluesa. Co jedna, to lepsza. W końcu i my zaczęliśmy to grać. Wyjechaliśmy na Zachód. No i tam, w klubach opętał nas blues na całego. W 1971 r. nagraliśmy płytę „Blues”. I tej formy się trzymamy – z małymi odchyłkami – do dzisiaj.

– Czy rocka można uznać za bardziej rozwiniętą formę bluesa?

– Zdecydowanie tak! Rock, jak również – wcześniej – jazz, wywodzi się w pierwszej linii od bluesa… Blues to zarazem najprostsza i najłatwiejsza – a zarazem najdoskonalsza – forma porozumiewania się między muzykami, również między muzykami a słuchaczami.

– Kiedy przyjechałem do Chicago, zaskoczyło mnie to, że w światowej stolicy „miejskiego” bluesa, nie ma np. radiowej stacji bluesowej. Ale nie ma też i jazzowej – takiej z prawdziwego zdarzenia, (bo trudno uznać za taką program nadający tzw. „smooth jazz”). To jednak o czymś świadczy.

– Muszę powiedzieć, że to tym gatunkom wychodzi chyba na dobre. Nie są tak popularne, przez co stają się w pewnym sensie elitarne. Kiedyś w Polsce były takie czasy, kiedy robiono „spędy” bluesowe. Ja zawsze się wypowiadałem przeciwko upowszechnianiu bluesa na siłę. Tak sobie ktoś wymyślił, że blues będzie tą muzyką wiodącą. A tego nie można narzucić. To wszystko samo się jakoś układa. Nie ulega wątpliwości, że bluesa najlepiej gra się – i słucha – w klubach.

– Skądinąd wiem, że nie lubisz jak nazywa się ciebie bluesmanem. Dlaczego?

– Nie to, że nie lubię. Ja to prostuję. Dla mnie bluesmanem jest człowiek, który się z tym bluesem urodził, a ja wyrosłem na muzyce knajpowej. Uważam się za zawodowego muzyka, a gatunek muzyki, jaki uprawiam, to jest rock. Sam blues jest moim hobby. Dlatego w moich nagraniach tak dużo jest tego bluesa.

– A jak reagujesz, gdy słyszysz, kiedy mówi się o tobie „ojciec polskiego bluesa”?

– Ja tego nie wymyśliłem. To taki slogan reklamowy. Ale prawdą jest, że ja tego przeszczepu dokonałem. Zresztą, to przypadek zupełny, że nagrałem pierwszą polską płytę bluesową. „Ojciec polskiego bluesa” – to określenie mnie śmieszy, a właściwie – nie zwracam na nie uwagi. Ludzie zawsze muszą wszystko gdzieś zaszufladkować.

– Kiedy w latach 50-tych furorę zaczął robić rock&roll, twierdzono z pogardą, że to tylko fanaberia nastolatków. A tymczasem minęło ponad 40 lat i nadal gra się rock&rolla, nadal gra się rocka. I co ciekawe – grają go również ci sami ludzie, dziś już 50-, 60-latkowie. Tak więc rock okazał się nie tylko domeną młodości.

– Za przykład możemy również dać jazz. Z początku grali go też tylko młodzi ludzie. Później się zestarzeli, a jednak dalej grali swoją muzykę. Grali jazz aż do śmierci. Taki czas też nadchodzi dla pierwszego pokolenia grającego rock&rolla. Niektórzy będą mieli po 70 lat i w dalszym ciągu będą grać rocka.

– Nie można przecież tak wyprzeć się tego, co się kochało i grało za młodu – i czym się przesiąkło nieraz do szpiku kości. Choć z pewnych rzeczy jednak się wyrasta….

– … Ale jest coś, co zostaje w człowieku na zawsze. Poza tym, nie widać na razie niczego, co by rocka wyparło. Dalej pozostaje on najpopularniejszym rodzajem muzyki współczesnej. I tak chyba będzie jeszcze bardzo długo.

– Ciągle wracamy do lat 60-tych. Skąd ta moda, która trwa już przecież od dawna? Czy to chęć powrotu do czasów, kiedy wszystko było prostsze, lepsze?

– Niewątpliwie. Znam ludzi, którzy urodzili się w latach 60-tych i zazdroszczą starszym, że to wszystko sami przeżyli.

– Są jednak tacy, którzy rockowi przypisują samo zło. Że agresywny, obrazoburczy… że psuje młodzież…

– Po to ta muzyka powstała, by wyzwolić się z ograniczeń i przeróżnych pęt. Ludzie, którzy się z tą muzyką nie wychowali, którzy jej nie słuchali, nigdy pewnych rzeczy nie będą mogli zrozumieć. Denerwuje ich nawet to, że młodzi ludzie się śmieją, że są weseli, a przy okazji rozrabiają. Ale ja też staram się zrozumieć starszych ludzi, ich ciągoty do stabilizacji. Oni zresztą też patrzą wstecz. Nam się podobają lata 60-te, 70-te, oni wracają – czy to do lat przedwojennych, czy do wczesnych powojennych (tak robiła np. moja mama, której wiele, jeśli chodzi o muzykę, zawdzięczam). Czują sentyment do czasów swojej młodości. Myślami i uczuciami są tam i nie akceptują wszystkiego, co nowe. I jest to zrozumiałe.

– Wróćmy jeszcze do „Breakoutów”. W którym okresie grało ci się najlepiej?

– Zdecydowanie – w czasie, kiedy ukazał się „Blues”. Chociaż reszty też nie przekreślam. Każda płyta ma coś dobrego, każda płyta ma coś złego… Jednak na dziś, najlepsze wspomnienia mam z ostatniej płyty. Zestaw ludzi mam znakomity. Syna swojego specjalnie z Nowego Jorku sprowadziłem, żeby już na stałe ze mną został, żeby ze mną pracował. Bardzo był mi potrzebny.

– Wielka popularność „Breakoutów” wygasła tak naprawdę pod koniec lat 70-tych. Wypomina ci się jakieś „chałtury” u Sowietów – już w latach 80-tych…

Trzeba zrozumieć pewne sprawy. Kiedy np. „Polanie”, czy „Skaldowie” wyjeżdżali do Związku Radzieckiego, to ja się oczywiście śmiałem i nie wyobrażałem sobie, żebym to ja miał kiedykolwiek tam pojechać. Tak też mówiłem – to totalna chałtura! Jednak, kiedy sam zostałem namówiony, przemyślałem sprawę i wyjechałem – na trzy, czy cztery trasy koncertowe. To był mój zawód. Nie można powiedzieć, że wyjechaliśmy tylko dla pieniędzy, choć to, co płacili nam za koncerty, to były rzeczywiście duże pieniądze. Poza tym, było to wszystko znakomicie zorganizowane. W ciągu trzech miesięcy daliśmy prawie 100 koncertów. Zwiedziliśmy cały Związek Radziecki – co też nie jest bez znaczenia. Sporo wrażeń. W sumie zagraliśmy tam około 500 koncertów, co rzeczywiście wszystkich nas podreperowało finansowo. Trzeba też pamiętać, że Rosjanie są bardzo muzykalni. Poza tym, pozostało im coś takiego, jak kult artysty. Traktowani więc byliśmy znakomicie. Mieszkaliśmy w najlepszych hotelach, zawsze mieliśmy podstawiony autobus do zwiedzania… Dzisiaj bym żałował, że coś takiego mnie ominęło. A już na pewno nie uważam tego za jakąś ujmę.
Podobnie teraz. Niektórzy mieli obiekcje, gdy usłyszeli, że wyjeżdżamy: „O rany! Do tej Ameryki?! Do tej Polonii?!” Bo to ma być niby coś obelżywego. Ale to jest rozumowanie ludzi, którzy są na zewnątrz tego całego interesu. Mogę jeszcze raz powtórzyć: to jest mój zawód. Ja mogę grać wszędzie – z tego się utrzymuję. Taki zawód sobie wybrałem – i do widzenia! A tak naprawdę, bardzo mało ludzi może sobie pozwolić na to, by utrzymać się tylko z muzyki.

Mira Kubasińska i Tadeusz Nalepa - obwoluta płyty "70a"

Mira Kubasińska i Tadeusz Nalepa – obwoluta płyty „70a”

– A co się dzieje z Mirą Kubasińską? Osoba też mocno kojarzona z „Breakoutami”… no i z Tobą.

– Zagraliśmy niedawno parę koncertów i pewnie jeszcze sporo zagramy. Jest w bardzo dobrej formie wokalnej.

– Nie mogło się chyba kiedyś obejść między wami bez konfliktów? Mam na myśli konflikty artystyczne. Pamiętam, że dzieliliście się jak gdyby płytami: raz dominowała Mira, raz Ty. Może to był właśnie sposób na to, by wilk był syty i owca cała?

– To też trzeba sobie wyjaśnić. Po pierwsze, ja nigdy nie zamierzałem śpiewać w „Breakoutach”. Śpiewałem numery, których Staszek Guzek (czyli Stan Borys) nie potrafił zaśpiewać. Niektóre rzeczy mu po prostu nie leżały, choć inne wychodziły mu znakomicie (tak na marginesie: po raz pierwszy wystąpił u nas jako konferansjer, a śpiewać zaczął później). Podobnie było z Mirą. Pewien materiał bardziej jej pasował, a inny znów mnie podchodził. Choć na początku „Breakoutów” postanowione było, że ja w ogóle nie będę śpiewał, tylko Mira. Dlatego na pierwszej płycie śpiewa tylko ona, a ja daję drugi głos. Dopiero później – kiedy zaczęliśmy grać coraz więcej bluesów – sam też zacząłem śpiewać. Mirę natomiast ciągnęło gdzie indziej. Nie chciałem jednak pozbywać się jej z zespołu. Graliśmy więc bardzo dużo. No i jak to w rodzinie – ktoś powinien z dzieckiem zostać. Nie można go było tak cięgle zostawiać u rodziny, czy u ludzi zaprzyjaźnionych. A często tak właśnie robiliśmy, czego Piotrek nam jeszcze do dzisiaj specjalnie nie wybaczył. Mira też chciała śpiewać. I tak było do późnych kat 70-tych. Potem na trasę wyruszałem sam z zespołem, składy się zmieniały. Mira zostawała w domu, co zresztą mocno przeżywała. Do dzisiaj jednak śpiewa z nami od czasu do czasu – na jakichś większych imprezach. Moim zdaniem, nigdy tak dobrze nie śpiewała, jak teraz.

– Nie jesteście małżeństwem już od dawna.

– Sprawy zespołowe, muzyczne, oddzielam od spraw rodzinnych, prywatnych. Wydaje mi się, że jestem człowiekiem dojrzałym – również emocjonalnie – i potrafię te dwie rzeczy rozgraniczyć.

– Cięgle na koncertach zmuszają was do grania tego samego materiału sprzed kilkudziesięciu lat. Czy nie jest to wyczerpujące? Jak można po raz tysięczny grać ten sam kawałek?

– Dla mnie to nie jest wyczerpujące. Dlaczego tak się dzieje? Po prostu te stare numery przetrwały, do dziś są żywotne. Są też inne zespoły, które wykonują dzisiaj na koncertach moje utwory. A nam nigdy to się nie znudzi, gdyż nigdy nie gramy tego tak samo. Czasem rodzą się nawet nowe wersje.

– Napisałem niedawno taki tekścik o tobie i „Breakoutach” z okazji waszego przyjazdu do Nowego Jorku i Chicago, a w nim m.in.: „Nalepa się nie starzeje, włos się mu nie skraca, koledzy syna są jego kolegami, pozostaje taki, jaki był dawniej…” Czy to wszystko prawda? Jak widzę, myliłem się na pewno w jednym: jesteś krótko, schludnie przystrzyżony.

– Stało się to miesiąc temu. Włosy już miałem zmarnowane – przyznaję. I było to już chyba nieestetyczne. Postanowiłem więc zmienić swój image. Dla wygody. Zdecydowałem się ostrugać tak, jak się ostrugałem.

– Miałeś poważne kłopoty ze zdrowiem.

– Tak. Mam wrodzoną wadę nerek. Cztery lata się dializowałem. Jestem już półtora roku po przeszczepie i dzięki Bogu funkcjonuję teraz bardzo dobrze. Zresztą, nawet wtedy, gdy się dializowałem, prowadziłem normalne życie. Byłem nawet w tamtym czasie – trzy lata temu – z wizytą w Stanach. Chorobę – jak to się mówi – można nawet polubić, a już na pewno – przyzwyczaić się do niej.

– Życzę więc długich lat grania. W zdrowiu.

greydot

* Tekst napisany został w 1994 r. Tadeusz Nalepa zmarł w 2007 r. (Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 29 kwietnia, 1994 r.)

** Rozmowa z Tadeuszem Nalepą miała miejsce wiosną 1994 r. (Wywiad opublikowany został w polonijnym tygodniku „Relax”, 21 maja, 1994 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

.

.