NIEŁATWE WYBORY – „IDY MARCOWE” i „BOB ROBERTS”, czyli problem z amerykańskimi kandydatami

Między lojalnością a zdradą (George Clooney i Ryan Gosling w "Idach marcowych")

Dlaczego „Idy marcowe”?
Powiedzmy sobie szczerze: George Clooney nie jest Szekspirem, Ryan Gosling – Brutusem, a żaden kandydat na amerykańskiego prezydenta – Juliuszem Cezarem.
Ale zostawmy na boku ten nie grzeszący skromnością i bezpretensjonalnością tytuł i zajmijmy się samym filmem Cóż, jest to dobra, dość solidna amerykańska produkcja, ale chyba błędem byłoby doszukiwać się w niej jakichś odkrywczych prawd o sposobie uprawiania polityki, czy też działania machin wyborczych. Bo przecież nawet dziecko o tym wie, że polityka to k… a, że każdy kto bierze się za politykę w końcu musi się „umaczać”, że nie ma w polityce niewinnych czarodziei, że prawdę o polityce można dopiero znaleźć za kulisami, bo wszystko w niej jest fasadą, rządzą hipokryci, a publika łyka tylko to co się jej podtyka, albo i nie… co zresztą i tak nie ma większego znaczenia bo liczą się przede wszystkim – i o wszystkim decydują – pieniądze.

Jednakże, wg mnie, to nie jest film o polityce a raczej o ludziach, którzy politykę „robią” (a to nie jest to samo). Jest to film o pewnej konkretnej sytuacji, która mogłaby się – na dobrą lub złą sprawę – zdarzyć w każdym środowisku. Wreszcie: jest to film przede wszystkim o lojalności (czy też raczej jej braku – a więc: o zdradzie) i o oportunizmie. Moim zdaniem, odnoszenie tego, co się w nim dzieje do obecnej sytuacji w (rozpolitykowanej dość umiarkowanie jdnak) Ameryce byłoby nie tylko pewną nadinterpretacją, ale i nieporozumieniem (jeśli już odnosi się on do polityki, to jednak motywy te w filmie Clooneya są zbyt uniwersalne, by ubierać je we współczesny konkret). A tego jednak nie można było powiedzieć o wcześniejszych amerykańskich filmach zajmujących się podobną problematyką (przede wszystkim „Kandydat”, ale też m.in. „Wszyscy ludzie prezydenta”, „Bob Roberts”, „JFK”, „Nixon” czy telewizyjny serial „The West Wing”).
Tak więc Clooney bardziej bawi się w kino, niż krytykuje (czy też analizuje) pewną rzeczywistość polityczną i mechanizmy, dzięki którym politycy zdobywają władzę. Na szczęście bawią się w to razem z nim tacy znakomici aktorzy, jak Ryan Gosling, Philip Seymour Hoffman, Paul  Giamatti… więc raczej w kinie się nie nudzimy. A nawet – przy odrobinie przychylności, dobrej woli i bez większego krytycznego zacięcia – możemy całkiem fajnie i interesująco spędzić czas, przyglądając się perypetiom bohaterów, rozważając ich postępowanie (niekoniecznie aplikując do tego kategorie etyczne); czy też mówiąc o kreacjach występujących w filmie aktorów. (W tym miejscu mogę polecić wpis tamaryszka, który – nie mniej, nie więcej – tym właśnie się zajmuje.)

Napisałem przed chwilą, że pewną nadinterpretacją byłoby odnoszenie treści filmu do obecnej sytuacji społeczno-politycznej w Stanach Zjednoczonych, ale jednak jest pewien motyw „Id marcowych” (pełniący zresztą w filmie kluczową rolę), który wiąże się z pewną, dającą się dziś zauważyć, społeczną przypadłością.
Otóż film, mimo swego racjonalistycznego rdzenia (zachowanego nawet w idealistycznych odruchach swoich bohaterów), demonizuje seks. Nie ma dwóch zdań. (Niewykluczone, że ma w tym wszystkim znaczenie niewątpliwy – i dysponujący niemalże globalną siłą rażenia – sex-appeal Clooneya). To znak czasów – obsesja społeczeństw Zachodu. Plamy na sukience stażystki Białego Domu są ważniejsze od wypowiedzenia wojny krajowi, w którym zginie kilkaset tysięcy ludzi. Dla mnie jest to więc nie tylko demonizacja seksu – także bezmyślność i nieodpowiedzialność tych, którzy potępiają obyczajową, seksualną amoralność innych, a są ślepi na prawdziwe zagrożenia, nie widząc właściwych proporcji w tym, co naprawdę dzieje się na świecie i co naprawdę sprowadza nieszczęście na miliony ludzi. No, ale to wymaga wyobraźni i empatii – wartości raczej deficytowych w przypadku tzw. „opinii” publicznej.

* * *

„Idy marcowe” George’a Clooneya przypomniały mi „Boba Robertsa” – filmową satyrę Tima Robbinsa sprzed – trudno mi w to uwierzyć! – 20 lat, która podejmowała podobny wątek amerykańskich wyborów prezydenckich. Myślę, że warto przypomnieć tamten obraz, a jeśli ktoś przy jakiejś okazji się z nim spotka, to polecam jego obejrzenie, bo zawiera on moim zdaniem momenty błyskotliwe. Wówczas wydawało mi się, że jest to początek wielkiej kariery Tima Robbinsa, lecz niestety, przyszłość nie była dla niego taka łaskawa jeśli chodzi o artystyczne sukcesy i podobnie udane filmy autorskie. (Artykuł został opublikowany w „Dzienniku Chicagowskim” we wrześniu 1992 roku.)

*

Prezydenckie wybory jako gra pozorów i własnego ego (Tim Robbins jako Bob Roberts)

*

Film „Bob Roberts” Tima Robbinsa, nakręcony na długo przed rozruszaniem machin wyborczych kampanii Busha, Clintona i Perota – uderzył większość widzów taką celnością w przewidywaniu nadchodzących wydarzeń, że sugerowano Robbinsowi objęcie pozycji nadwornego astrologa Białego Domu. O samym wątku zaś mówiono, że przypomina ściągawkę z prasowych nagłówków i wiadomości, które dopiero co miały nadejść.

*

1.

„Bob Roberts” to ostra satyra polityczna, której żądło kłuje w samą słabiznę amerykańskiego systemu. Film ma formę fikcyjnego dokumentu zajmującego się postacią senatorskiego kandydata stanu Pensylwania. Jak przystało na epokę polityki telewizyjnej i manipulacji tłumem, image Robertsa jest skrupulatnie dobrany i wymodelowany: gładki i elegancki yuppie (mimo 35 lat – już milioner), z przyklejonym do twarzy uśmiechem (dodajmy: na moment pojawienia się przed kamerą). Jednym słowem – plakat. Jego zbiór politycznych doktryn wypełniony jest przedziwnie ze sobą korespondującymi elementami: demagogią i populizmem, jak również faszyzującym radykalizmem oraz progresywizmem z jednej strony, z drugiej zaś… konserwatyzmem (!), Taki ideowy dziwoląg i łamaniec możliwy tylko w sferze politycznej ekwilibrystyki, zmyłki i manipulacji.

Roberts jeździ na spotkania wyborcze oplakatowanym autobusem, na prawo i lewo udziela wywiadów podnieconym dziennikarzom, nie omija żadnej okazji, by pokazać się w telewizji i wygłosić – a raczej wyśpiewać – kilka swoich demagogicznych sloganów. Tak właśnie: wyśpiewać! Główną bronią Robertsa jest bowiem gitara, przy akompaniamencie której przekazuje (wzorem folkowców – oczywiste wskazanie na Boba Dylana) własne przesłania. Szumne, górne i lotne – w rzeczywistości puste i wytarte. W wydaniu Robertsa są naprawdę czymś szczególnym: protest-songami konserwatysty!. Tytuły: „Czasy zmieniają się na powrót” (!) („The Times They Are A-Changin’ Back”), „Nasz jest ten kraj”, „Zwróćcie nam Amerykę”, „Precz z narkotykami”… etc. Oprócz tego używa sobie na zwyczajowych „chłopcach do bicia”: liberałach, Kongresie, polityce zagranicznej rządu – rzucając pod ich adresem niewybredne reakcyjne wiązanki. Wszystko oczywiście w granicach wyznaczonych oficjalnymi regułami politycznej poprawności. I tylko wtedy gdy przegrywa walkę szermierczą (jego sport pokazowy), będąc poza zasięgiem mikrofonów i obiektywów kamer, wychodzi z niego prawdziwa natura (bubka i bufona, może nawet suk…na).
Naturalnie, znajduje się człowiek, który wie kim Bob Roberts jest naprawdę i chce mu publicznie zadać pytania dotyczące jego skorumpowanej przeszłości brudnego aferzysty. I tu możemy sobie zadać pytanie: dlaczego jednak jest w nim filmie Robbinsa taka postać jak znerwicowany Murzyn – dziennikarz, którego monologi (podobnie jak konkurującego z Robertsem senatora) stają się niestety przyciężkimi wycieczkami o lewackim charakterze, obnażającym „najprawdziwszą prawdę” pod załganą oficjalną warstwą pozorów i obłudnej polityki? (Ktoś może powiedzieć: odchylenie godne samego Olivera Stone’a.)

2.

O filmie Robbinsa pisano np. że jest to „miażdżąca krytyka amerykańskiego systemu politycznego i wyborczego” (Daniel Passent, „Polityka”). Ale przecież nie można zapominać o dokonanej w nim deformacji rzeczywistości będącej konsekwencją zastosowania konwencji satyrycznej, także komediowej. Rzeczywiście, postać Robertsa i jego zachowanie to zlepek autentycznych postaci amerykańskiej sceny politycznej i ich zachowań: występy z gitarą w telewizyjnym show (vide: Clinton z saksofonem w programie Arsenio Halla), self-mad man, milioner, a jednocześnie „jeden z nas” (Perot), konserwatysta, performer, telewizyjna ikona (Reagan), propagandowy autobus wędrujący po kraju (to staje się w kampaniach wyborczych regułą), muzyk i piosenkarz z ambicjami trybuna i politycznego aktywisty (Bono i wiele innych gwiazd rocka)… etc.
Mimo to film pozostaje fikcją. Dość charakterystycznie i znacząco wyraził się na jego temat Ed Rollins, koordynator kampanii wyborczej Rossa Perota: „Najważniejsze to widzieć w tym filmie rozrywkę, a nie odbicie ani nawet komentarz amerykańskiego życia politycznego. W przeciwnym razie wydałby mi się on bardzo nieprzyjemny i niepokojący. Przedstawienie bohatera jako mistrza manipulacji, który zrobi dosłownie wszystko by wygrać wybory, mogłoby być w obecnym klimacie politycznym bardzo niebezpieczne, niż Roberts i jego paskudna spółka działająca rzeczywiście. Nigdy w ciągu ostatnich 30 lat nie widziałem takiego rozczarowania wśród ludzi, jak teraz. Taki film jak ten, odwołując się do najgorszych stereotypów amerykańskiego systemu politycznego, w rzeczywistości wyolbrzymia i umacnia je. Zamiast system ten ulepszać, czyni jeszcze większe szkody.”
Mając to na uwadze, nie zdziwiła mnie więc reakcja pewnej starszej pani, która po zakończonej projekcji pobiegła oburzona do stanowiska (Bogu ducha winnych) bileterów z pretensjami, że pokazuje się coś takiego w kinach. Mnie to nie dziwi. W końcu niezbyt przyjemne to doświadczenie, kiedy mówi się nam, że przez całe życie byliśmy zwodzeni i oszukiwani przez sprytne kanalie.

* * *

MĘŻCZYZNA ZAKRĘCONY – „SPADKOBIERCY”, „J. EDGAR”, „WSTYD”, „SZPIEG”

*

ZAKRĘCENIE RODZINNE: „SPADKOBIERCY” („The Descendants”, reż. Alexander Payne)

Znakomity średni film. Może to trochę niezręcznie brzmi, ale tak jest: jeśli zaakceptujemy przeciętność tego filmu, to w pełni możemy cieszyć się jego świetnością.
Skąd się bierze ten paradoks? Czyżby stąd, że scenariusz filmu jest taki sobie (równie dobrym mogą się pochwalić niektóre sitcomy), zaś jego wykonanie bez mała rewelacyjne? Tu chodzi mi zarówno o reżyserię Alexandra Payne’a (pamiętamy jego świetne „Sideways”, prawda?), jak i o aktorstwo – przede wszystkim George’a Clooney (Matt), jak i grającej jego (filmową) córkę Shailene Woodley.
Moja wielka przychylność dla tego filmu, (dzięki której nie chce mi się nawet wytykać mu jego wad) bierze się po prostu stąd, że potrafił on oddziałać bardzo skutecznie na moje emocje (o łzach wzruszenia jakby nie wypada mi tu pisać, ale o śmiechu… dlaczego nie?) Innymi słowy, „Spadkobiercy” zdołali poruszyć we mnie jakiś sentymentalny nerw (widocznie jeszcze całkiem się on we mnie nie wypalił). I to na tyle mocno, że nie muszę się tego chyba wstydzić… czego dowodem te oto słowa.

Zakręcony nr 1: George Clooney w "Spadkobiercach"

Akcja „Spadkobierców” rozgrywa się na Hawajach. I to jest ważne. Bo Payne jedzie śmiało po bandzie demitologizując rajską mityczną wersję Hawajów, jaka zagnieździła się w masowej wyobraźni całego świata, co najmniej od czasu, kiedy Elvis Presley zawodził grając na ukulele otoczony haremem egzotycznych piękności, ubrany w nieśmiertelną koszulę w hibiskusy i z wianuszkiem kwiatów lei na szyi. To, przed czym będzie chciał uciec reżyser pokazując nam na ekranie „rajskie wyspy”, dość obcesowo dociera do nas już w początkowym monologu jaki serwuje wszystkim widzom Matt, obwieszczając: „Paradise? Paradise can go fuck itself!”.
No właśnie, czy w raju mogą być bezdomni (ilustracja: bezdomni na Waikiki), czy w raju może kogoś boleć ząb, albo jeszcze gorzej – czy można w raju umierać w męczarniach na raka? Dalej: czy w raju człowiek się starzeje? Czy może mieć Alzheimera? Czy może ulec potwornemu wypadkowi i teraz zdychać pod kroplówką?
Raj? Jaki raj? Wal się, taki raju!

Z pewnością Hawaje nie są rajem dla Matta i jego rodziny. Żona miała właśnie wypadek na motorówce i leży od kilku tygodni w śpiączce – raczej bez nadziei na przebudzenie; jego 17-letnia córka pije i puszcza się z dużo od niej starszymi facetami; zaś młodsza, 10-letnia, pokazuje mu środkowy palec i rozprawia w internecie o seksie ze swoimi rówieśnikami. Na dodatek – jak by tego wszystkiego było mało – Matt dowiaduje się, że będąca w komie żona go zdradzała, i to w ich własnym małżeńskim łożu.
Ładny mi raj! Go fuck itself!

Nic dziwnego, że Matt jest tym wszystkim przybity – co tylko otwiera przed Georgem Clooney całe bogactwo możliwości zaprezentowania nam swojej wysokiej aktorskiej klasy. I to nie tylko w scenach wymagających od niego odegrania wściekłości, cierpienia, czy konfuzji (bo wszystko to – zważywszy na dramatyczne okoliczności w jakich się on znalazł – rozumie się samo przez się); ale i wtedy, kiedy wymaga się od niego ukazania komizmu – i to zarówno sytuacyjnego, jak i odnoszącego się do samej postaci Matta. G. C. nie boi się zagrać jak błazen i mięczak. Jednym słowem: Clooney rules! (czyli właściwie dwoma).

Najprawdopodobniej „Spadkobiercy” nie zapiszą się w historii kina jako dzieło wybitne (zresztą, wcale nie mają takiego obowiązku – ani chyba nawet ambicji), lecz z pewnością dostarczą wzruszeń tysiącom widzów na całym świecie, wzmacniając przy tym ich respekt dla tzw. „wartości rodzinnych”, które (mimo ultra-liberalnych prób podminowania i ośmieszenie tychże przez różnych takich „wyzwolonych”) nadal siedzą w ludziach, i to nie tylko w zadeklarowanych tradycjonalistach i konwencjonałach.
A oprócz tego: mogą sporo namieszać przy tegorocznym rozdawaniu Oscarów.

ZAKRĘCENIE POLITYCZNE: „J. EDGAR” (reż. Clint Eastwood)

Odtwórca „Brudnego Harry’ego”, a zarazem reżyser „J. Edgara” (Clint Eastwood) wraz ze scenarzystą „Milka” (Dustin Lance Black) oraz jednym z najpopularniejszych aktorów współczesnych (Leonardo DiCaprio) biorą się za biografię twórcy „niezatapialnego” szefa najbardziej sprawnego (swego czasu) biura śledczego (FBI) na świecie (J. Edgar Hoover).
Czy to wszystko gwarantowało powstanie filmu, który rzuciłby wszystkich na kolana? Czy też może stwarzało ryzyko nakręcenia jakiejś mało strawnej, hollywoodzkiej kaszany?
Cóż, sukcesu nie gwarantowało: bowiem w Hollywood nic nie jest pewne – nawet śmierć (wszak gwiazdy żyją wiecznie) i podatki, (przed którymi wytwórnie filmowe migają się jak mogą).
I ryzyko stwarzało: Eastwood, Black, DiCaprio i Hoover… – trudno sobie wyobrazić bardziej niespolegliwe wobec siebie ludzkie typy.
Ale było obietnicą czegoś ciekawego i kontrowersyjnego, co przykuje uwagę widza.
I tak się stało. Bo w rezultacie otrzymaliśmy obraz, który zaliczyć można do najbardziej solidnych, perfekcyjnych, ale i nieodrodnych hollywoodzkich produkcji – cokolwiek dobrego, czy też złego by to nie oznaczało.
Ostatecznie jednak: „J. Edgar” to przede wszystkim Hollywood, a dopiero później historia.

Zakręcony nr 2: Leonardo DiCaprio w "J. Edgar"

Pamiętając o tym wszystkim (a właściwie: nie pamiętając), film Eastwooda oglądało mi się świetnie. Pochłonął mnie tak, że nie nudziłem się na nim ani minuty. I stało się nawet tak, że moja percepcja wyszła ponad doświadczenie czystej rozrywki, ponieważ „J. Edgar” sprowokował mnie do refleksji na temat źródeł amerykańskiej obsesji inwigilacji i kontroli wszystkich i wszystkiego, permanentnego ulegania syndromowi oblężonej twierdzy (mimo deklarowanego otwarcia się na cały świat), znaczenia amerykańskiego patriotyzmu, (który nieodmiennie wiąże się z ludzkim egoizmem), przenikania się ideałów wolnościowych z ograniczaniem wolności jednostki, powiązania polityki z kulisami życia prywatnego… a nawet – last but not the least – przemian obyczajowych amerykańskiego społeczeństwa.

To prawda, że Eastwood, porywając się na (ekranowe) odtworzenie życia jednej z najbardziej kontrowersyjnych postaci w amerykańskiej historii (i to dość drobiazgowego, uwzględniającego całe dorosłe życie Hoovera) oraz umieszczając je w kontekście najważniejszych wydarzeń, jakie kształtowały Amerykę w XX wieku, ryzykował to, że może tego wszystkiego nie połknąć – a razem z nim zadławić się może też i widz. A jeśliby nawet połknął, to mógłby przecież tego nie strawić – też wraz z widzami, którzy by konsumowali jego film w kinie. Na szczęście, mimo że obraz rzeczywiście wydaje się momentami zbyt przeładowany szczegółami, to jednak jego treść przechodzi przez świadomość bardziej uważnego widza dość gładko – bez większych żołądkowo-mózgowych sensacji. Mało tego: zostawia przy tym wrażenie przyjemnego dosytu.

Oczywiście, największy rwetest wśród pracowników dzisiejszej FBI wzbudziło to, że Eastwood (a w zasadzie autora scenariusza Dustin L. Black, który jest „otwartym” gejem), przedstawili szefa najsilniejszej (?) śledczej instytucji świata jako homoseksualistę… co podobno nie jest takie pewne (choć, jak twierdzi Black, dowodów na to, że Hoover był hetero nie ma praktycznie żadnych, natomiast faktów świadczących o tym, że jednak mógł być gejem, jest całkiem sporo). Lecz podobno, kontestującym filmowy wizerunek Hoovera, nie chodziło o to, że przedstawia się go na ekranie jako geja (takim mógł sobie być), ale o to, że jednak mija się to z prawdą, bo – jak twierdzili – Hoover nigdy w życiu (czy to prywatnym, a zwłaszcza w służbowym) nie pozwoliłby sobie na zachowanie, które kwestionowałoby jego moralną integralność, wiarygodność  i kompetencje jako człowieka pełniącego jedną z najważniejszych funkcji w państwie (a pamiętajmy, że mówimy o czasach, kiedy uznanie kogoś za homoseksualistę oznaczało często kompromitację wykluczającą człowieka z pewnych środowisk – nota bene sam Hoover zakazał zatrudniania homoseksualistów w FBI, nazywając homoseksualizm „wynaturzeniem parszywych zboczeńców”).

Ale to w sumie nieważne. Ważne, że sam film nie traktuje homoseksualizmu jako kompromitację – związek Hoovera z jego długoletnim współpracownikiem ukazany został na ekranie w przychylnym i budzącym sympatię (a nawet wzruszenie… tak, tak, nawet ja się tym wzruszyłem) świetle.

Chociaż, nacisk położony na homoseksualny charakter represji jakiej poddana była psychika Hoovera, (który – kompensując sobie własną seksualną „niekompatybilność” ze społeczeństwem – dążył do władzy nad nim) był moim zdaniem zbyt mocny i co najmniej dwie sceny filmu można było sobie darować. Niemniej jednak osobiste życie Hoovera wydaje się być kluczem do zrozumienia motywów jego działania „w służbie” państwu, także jego antykomunistycznych, czy też anty-anarchistycznych obsesji oraz szukania (na wszelki wypadek) „haka” na co bardziej znaczące persony w amerykańskim życiu publicznym.

Wypada jeszcze na koniec wspomnieć o naprawdę znakomitym (kto wie czy nie najlepszym w jego dotychczasowej karierze) wystąpieniu Leonarda DiCaprio, który mimo zwałów postarzającej go do niepoznaki charakteryzacji, zdołał powołać do ekranowego życia bardzo skomplikowaną postać, nadając jej pełny i ludzki wymiar.

ZAKRĘCENIE SEKSUALNE: „WSTYD” („Shame”, reż. Steve McQueen)

To co daje ci życie, może cię też zabić. To co ci dostarcza największej satysfakcji (a nawet rozkoszy), może także sprawić ci największy ból. W pewnym momencie „Wstydu”, cały ekran wypełnia twarz mężczyzny zniekształcona straszliwym grymasem, z którego bije udręka, poniżenie i cierpienie.
Mężczyzna ten właśnie przeżywa orgazm.

I w tym właściwie mieści się cała esencja filmu Steve’a McQueena. „Wstyd” traktuje bowiem o seksualnym uzależnieniu.

Zakręcony nr 3: Michael Fassbender we "Wstydzie"

Jest coś z archetypicznej prawdy w tym, że wiążemy seks z doświadczeniem śmierci – tak jakby w Naturze ten, co daje życie, musiał być gotowy w tym samym momencie na poświęcenie (w zamian?) życia własnego. (Nie z darma racji np. Francuzi nazywają orgazm „małą śmiercią”.) Ale jest to jednak pewne extremum – coś czego instynkt samozachowawczy nakazuje nam unikać (a czego wydają się być pozbawione samce gatunków, w których panują zwyczaje modliszek).
Tutaj jesteśmy zresztą uwikłani w paradoksalną sprzeczność: indywidualny popęd seksualny wynika z gatunkowego instynktu samozachowawczego, który nie zawsze przecież jest tożsamy z tym pierwszym (czyli przetrwaniem jednostkowym). Stąd pewnie biorą się zachowania mężczyzn, którzy ulegają pożądaniu i postępują wbrew rozsądkowi, co często staje się przyczyną destrukcji ich samych (czy choćby ich dotychczasowego życia). Stają się tylko czymś w rodzaju narzędzia ewolucyjnych sił (podobnie jak partner seksualny modliszki).
Gdzieś w tych wszystkich meandrach instynktu, popędu i nałogowej aberracji zaplątany jest bohater „Wstydu”, manhattański yuppie Brandon Sullivan (Michael Fassbender).

Beaudelaire napisał kiedyś, że seks jest „liryzmem” mas. Nie zawsze. Seks bez erotyki nie jest żadnym „liryzmem” – jest zwierzęcą chucią. Dlatego odarcie seksu z erotyzmu jest pewnym rodzajem kulturowego samobójstwa. Tak, jak stosunek seksualny bez żadnej więzi duchowej pozostawia zazwyczaj za sobą psychiczną pustkę, zagłuszoną tylko chwilowym zaspokojeniem zwierzęcego pożądania – samiec i samica mogą się na chwilę wycofać w swoje genderowe światy, zanurzając się w przynoszącym niejaką ulgę stanie bezmyślności i bezczucia.
Seks Brandonowi nie przynosi jednak żadnej satysfakcji, może jedynie pewien rodzaj chwilowej ulgi. Zamiast tego niesie ze sobą udrękę połączoną z uczuciem odrazy do samego siebie. Dlatego jest on sam – z nikim nie może się na dłużej związać, nikogo nie jest zdolny pokochać. Bo człowiek, który samego siebie nienawidzi, nie jest chyba zdolny do jakiejkolwiek miłości.
Taki właśnie jest Brandon, kolejny mężczyzna „zakręcony”, jeszcze jedna wersja amerykańskiego psychola, który wszakże nie morduje innych (płaci słono prostytutkom za ich usługi seksualne – a może sobie na to pozwolić, bo sporo zarabia) tylko zabija samego siebie… a konkretnie: pustoszy swoje duchowe wnętrze. Wnętrze, które zostało – jak się nam w filmie sugeruje – okaleczone już dawno. Historia zwichnięcia psychiki Brandona sięga bowiem jego dzieciństwa – podobnie jak to się ma w przypadku jego nieszczęsnej siostry (Carrey Mulligan), która idąc za głodem uczucia, uprawia seks z pierwszym lepszym przygodnym mężczyzną okazującym jej zainteresowanie (łudząc się, że jest to zainteresowanie jej całą osobą – a nie tylko tym, co ma ona między nogami).

Film McQueena nie jest jakimś pogłębionym stadium psychiczno-seksualnej dewiacji. Przede wszystkim: tak naprawdę nie poznajemy źródeł tych wszystkich przypadłości bohaterów „Wstydu”. Ale też film nie dostarcza nam wystarczających przesłanek, by wejść głębiej w psychikę występujących postaci i ukazać pełnię ich motywacji i przeżyć. A może właśnie na tym polega alienacja współczesnego człowieka, uwięzionego w sztucznych światach (czy to korporacyjnego biznesu, czy też miejskiej pustyni): jest on w tym wszystkim po prostu pusty, płytki i wydrążony – więc nie ma sensu doszukiwać się w nim jakiejkolwiek głębi?

ZAKRĘCENIE AGENTURALNE: „SZPIEG” („Tinker Tailor Soldier Spy”, reż. Tomas Alfredson)

Z jednej strony mamy sensacyjne, szpanerskie i widowiskowe – czyli „bondowskie” – podejście do globalnej działalności agentów służb specjalnych, a z drugiej strony mamy… „Szpiega”.
Czy to znaczy, że „Szpieg” jest bliższy rzeczywistości szpiegowskiej? Z pozoru tak, ale tak naprawdę to chyba jednak nie bardziej niż „bond” wystylizowany. Bo film Alfredsona to przede wszystkim styl. Ale styl to – jak już ktoś zauważył – człowiek. Może dlatego, właśnie człowiekowi – a konkretnie ludziom, którzy są uwikłani w historię „Szpiega” – poświęca się w tym filmie najwięcej uwagi. Przy czym postacie stworzone po mistrzowsku przez la Carré’a (jak pewnie wszyscy wiedzą: autora słynnej powieści sprzed 40 już lat, która posłużyła tutaj za kanwę scenariusza), z równym mistrzostwem zostały wykreowane na ekranie (w czym zasługa nie tylko reżysera, ale – przede wszystkim jednak – doskonałego aktorstwa).

Zakręcony nr 4: Gary Oldman w "Szpiegu"

Konstrukcja „Szpiega” przypomina mozaikę-labirynt, jest czymś w rodzaju filmowego ekwiwalentu malarskiego impresjonizmu: obrazem, którego piękno można dostrzec dopiero z pewnej perspektywy, jako amalgamat wrażeń i bodźców, które działają nie tylko na nasz zmysł estetyczny, ale i na uczucia oraz myśli. Bo piękno „Szpiega” jest nie tylko formalne. Ono również wynika z tego, co jest w głębi tej formy: a jest tam ludzka treść, jakaś „niezbywalna” prawda o człowieku (i to nie tylko o człowieku szpiegującym).
Nie ukrywam, że ta parabola z odniesieniem do impresjonizmu i mozaikowości obrazu Alfredsona jest mi potrzebna do odparcia ewentualnego zarzutu o nieprzejrzystość, „zagmatwanie”, przeciążenie „Szpiega”… to niezwykłe skomplikowanie szpiegowskiej intrygi, które rzeczywiście wielu widzom utrudniło odbiór (a tym samym zrozumienie) filmu, jeśli nie spowodowało wręcz jego odrzucenie. Muszę przyznać, że i ja nie wszystko mogłem pojąć (zwłaszcza na początku filmu), często gubiłem się w skojarzeniach i domysłach, nie mogłem sklecić do kupy podawanych mi przez narrację faktów, miałem trudności w ogarnięciu sensu, logiki i przyczynowości tego, co działo się na ekranie… Mimo to jednak nie zżymałem się z tego powodu na twórców filmu, co – jak wiem skądinąd – było udziałem tych, którzy oczekiwali, że wszystko zostanie im podane na tacy (jak to się zwykle dzieje w przypadku pierwszego-lepszego sensacyjniaka-średniaka). A tu nie: trzeba było tęgo wysilać mózgownicę, przestawić procesy myślowe na wyższy bieg, zaangażować większą ilość szarych komórek  i połączeń między synapsami.
I co ciekawe, mimo tego mentalnego wysiłku, nie pryskał ów klimat: spowijająca wszystko szaro-stalowo-chmurna aura; mgielne misterium, którym wypełniona była przestrzeń filmowego obrazu.
Tak, zdjęcia w „Szpiegu” są rewelacyjne, ujęcia zaskakujące, montaż wyegzekwowany z ekwilibrystyczną wręcz zręcznością… Wymagało tego choćby okrojenie powieści la Carré’a – to, co Brytyjczycy w 1979 roku pokazali w pięciu ponad godzinnych odcinkach telewizyjnego serialu, Alfredson musiał skompresować do trwającego dwie i pół godziny filmu kinowego. To i tak zakrawa na cud, że całość okazała się w miarę czytelna. Mało tego: w sposób bardzo wierny oddawała charakter i rodzaj la Carré’owego pisarstwa.
No i muzyka… Muzyka w „Szpiegu” jest kapitalna – hipnotyczna, doskonale współtworząca ów nostalgiczno-melancholijny klimat filmu.

Jednak tym, co – oprócz stylu – scalało film Alfredsona najbardziej, to kreacja Gary’ego Oldmana. Jego Smiley to człowiek wycofany wgłąb siebie, zraniony ale nadal mocny, nostalgiczny – ale tą nostalgią gorzką, pełną utajonego cierpienia i totalnego rozczarowania światem (także swoim życiem… o szpiegowskiej degrengoladzie moralnej nie wspominając). Smiley to uśpiony wulkan, z którego snuje się dym, a który w każdej chwili może wybuchnąć – i nie wiadomo czy przyczyną będzie furia, szaleństwo czy też może… słuszny gniew? To prawda, że Smiley jest po uszy zanurzony w agenturalnym g…nie – w błocie, które się do niego przez dziesiątki lat kleiło. Stąd pewnie ta jego powściągliwość i fizyczny bezruch, małomówność i pełne egzystencjalnej udręki spojrzenie… Ale przy tym wszystkim – trudno mi jest ten paradoks wyjaśnić – Smiley nadal sprawia wrażenie człowieka moralnie czystego, nieskorumpowanego, wiernego sobie. Jest kimś, kto w jakiś zagadkowy sposób potrafił zachować godność i szlachetność. Wprawdzie widać po nim, że jest człowiekiem umęczonym, ale jednak nie pozbawionym siły i mądrości, która sprawia, że nadal jest uważany w swoim bagiennym i zdradzieckim środowisku za pewnego rodzaju autorytet. A jednak jego żywiołem jest szara strefa zdrady, mordu i ludzkiej podłości, zamaskowanej tylko polityczną „koniecznością” i usprawiedliwianej historycznym determinizmem. Czy można się więc dziwić, że (zważywszy na to wszystko) także Smileya można zaliczyć do grona mężczyzn „zakręconych”?
Ale postawmy sobie przy tym pytanie: czy aby właśnie takich mężczyzn nie chcemy oglądać na ekranie? Mężczyźni „niezakręceni” są po prostu nudni… Zwłaszcza w kinie.

*  *  *