„SKÓRA, W KTÓREJ ŻYJĘ”, „DRIVE”, „MARTHA MARCY MAY MARLENE”, „GAINSBOURG”… czyli jesień w kinach

Po letniej posusze w kinach, jesienią wysypało się na amerykańskie ekrany sporo ciekawych filmów, których obejrzenia nie mogłem sobie odmówić.

Jak ściśle nasza tożsamość przylega do naszej skóry?

*

„SKÓRA, W KTÓREJ ŻYJĘ” (La piel que habito, reż. Pedro Almodóvar)

** * * * * *

Ostrzyłem sobie apetyt na ostatniego „almodóvara”, oglądając klipowe migawki oraz stop-klatki z jego najnowszego filmu, gdzie lśniąca, nieskazitelnie czysta, niebiesko-chromowa kolorystyka obrazu doskonale harmonizowała z ostrym jak chirurgiczny skalpel rysunkiem całej kompozycji. I jeszcze te piękne, emanujące erotyzmem twarze Eleny Anay’i i Antonio Banderasa wypełniające całe kadry. Jak również motyw, czy też kwestia do zgłębienia, zapowiedziana już samym tytułem filmu: czy rzeczywiście „skóra, w której żyjemy” (twarz) definiuje i określa naszą tożsamość? Przy czym, wydało mi się to pytaniem retorycznym, bo przecież żaden twórca zajmujący się „głębią” człowieka nie odpowie na nie pozytywnie. (Któż bowiem chciałby być uznany twórcą „naskórkowym”?).

Niestety, okazało się, że film Pedro Almodóvara ślizgał się tylko po powierzchni, a to co mogło stanowić w nim głębię, było tylko dziwactwem.

Pedro Almodóvar na planie "Skóry"

Pedro Almodóvar na planie „Skóry”

Teraz, po obejrzeniu „Skóry” waham się, czy aby „głębia” jaką wydawały mi się posiadać wcześniejsze obrazy hiszpańskiego reżysera nie wynikała z tego, że owo charakterystyczne dla siebie „dziwactwo” potrafił on zaprzęgnąć tam do napędzania historii, które potrafiły nas wciągnąć i zaabsorbować – dzięki czemu wydawały się nam one bardziej interesujące, niż dziwaczne. Dochodził do tego jeszcze styl reżysera, którego swoboda i swoisty anarchizm doskonale współgrał z niezwykłością sytuacji, w jakich umieszczał swoje postaci Almodóvar, wpędzając je w perypetie – wprawdzie zawracające nam w głowie, ale nie nadużywające naszej intelektualnej cierpliwości i nie budzące większego krytycyzmu.
Teraz, kiedy Almodóvar stał się w „Skórze” aż tak precyzyjnym formalistą, większość jego dawnego czaru wydaje się pryskać, a spoza tej nowej, pięknej estetycznie formy, zaczyna ziać pustką a nawet bezsensem, co sprawia, że odczuwamy pokusę, czy aby to wszystko, co pokazuje nam reżyser na ekranie, nie nazwać… no właśnie… bzdurą?

Banderas gra pozbawionego skrupułów chirurga plastycznego – geniusza, który w odciętym od świata (choć położonym w samym Toledo) laboratorium „ulepia” swoją Galateę.  Jednakże Dr. Robert bardziej przypomina opętanego swoją demiurgiczną mocą Frankensteina (zbyt subtelny w swoich sugestiach i odniesieniach do klasyki kina czy malarstwa i sztuki Almodóvar raczej w swoim filmie nie jest), niż kochliwego i delikatnego Pigmaliona. Istota, którą tworzy Dr. Robert coraz bardziej zaczyna przypominać rysami jego żonę, która przed laty została dotkliwie poparzona w wypadku samochodowym i już nigdy nie zdołała powrócić do normalnego życia, popełniając w końcu samobójstwo. (Nota bene, trupów w „Skórze” Almodóvara jest zatrzęsienie, lecz ze zrozumiałych względów nie mogę tu zdradzać zarówno tego, kto w końcu zostaje ukatrupiony, jak i wątków samego scenariusza, który tworzy zwykły dla tego reżysera, konwulsyjny i mocno pokrętny sposób narracji. Tym bardziej, że poszczególne elementy łamigłówki ujawniane są widzowi sukcesywnie i z czasem – a na niektóre z nich trzeba czekać naprawdę długo i cierpliwie.)

Moje największe rozczarowanie filmem Almodóvara wynika z tego, że prezentuje on nam psychologię jak z komiksu, a wypracowana forma tylko ową psychologiczną płyciznę bardziej uwidocznia. A przecież miał tu reżyser wystarczająco materiału na to, by ukazać nam całe skomplikowanie wzajemnych relacji i zależności człowieka między jego życiem wewnętrznym a zewnętrznym, między jego identyfikacją seksualną wewnętrzną i zewnętrzną, między jego psychiką a skórą i ciałem. Albo zająć się tym, jak powierzchowność i zmieniająca się cielesność wpływa na zmiany w poczuciu tożsamości i osobowości kogoś, kto tego doświadcza. Nic z tego. Dotknięcie człowieka przez Almodóvara jest właśnie naskórkowe, a zamiast wędrówki w jego duchowe (psychiczne) wnętrze, mamy efekciarski galimatias cielesnych wygibasów, które bardziej nas bawią i wywołują śmiech (na domiar złego nie jestem pewien, czy przez reżysera zamierzony), niż skłaniają do jakiejkolwiek refleksji, choćby nawet była ona podszyta katarktycznym strachem.

Jak z Tycjana, Goyi i Velazqueza? Artystyczne pretensje Almodóvara nie ratują jego filmu.

*

„MARTHA MARCY MAY MARLENE” (reż. Sean Durkin)

** * * * * *

Tak się złożyło, że film ten, będący debiutem reżyserskim Seana Durkina, obejrzałem nazajutrz po projekcji najnowszego filmu Pedro Almodóvara. Co za kontrast! Stary hiszpański „wyjadacz” – celebryta i pieszczoch ulubieńców kina europejskiego z artystycznymi ambicjami – wydał mi się w tym zestawieniu sprokurować obraz krzyczący manieryzmem i pretensjonalnością, które chyba wykończyłyby każdy temat. Napuszona sztuczność jaka emanowała ze „Skóry, w której żyję” jeszcze bardziej raziła post factum, kiedy się konfrontowało ją ze stonowaną intensywnością i uważną narracją filmu Durkina. W porównaniu z psychiczną złożonością  postaci „Marthy”, psychika bohaterów „Skóry” Almodóvara wydawała się być wręcz śladowa.

„Martha Marcy May Marlene” to studium psychicznego uzależnienia i podstępnej tresury, której ofiarą padają ludzie poddani praniu mózgów zgotowanym im przez przywódców sekt i kultów, do jakich uciekli oni przed światem, poszukując utopijnej krainy szczęśliwości. Jak wiemy – a wystarczy tu przypomnieć sobie losy sekty Davida Koresha a zwłaszcza Charlesa Mansona – zwykle kończy się to tragicznie, i to nie tylko dla ludzkiej psyche. W filmie tym taką ofiarą jest 20-letnia Martha Marcy May Marlene (owe liczne imiona świadczą jedynie o osobowościowej konfuzji dziewczyny), która ucieka z para-hipisowskiej komuny po dwuletnim w niej pobycie i próbuje uzyskać równowagę psychiczną w letniskowym domu swojej siostry – wydawałoby się przykładnej i dobrze ustawionej w konsumpcyjnym społeczeństwie, nowoczesnej „burżujki” (choć dopiero „burżujem” par excellance okazuje się jej świeżo poślubiony mąż).
To, że na ekranie widzimy prowadzone równolegle i przenikające się nawzajem wątki losów Marthy w komunie oraz jej perypetie zmagania się z własnym okaleczeniem psychicznym i paranoją w domu siostry, nadaje tylko filmowi wieloznacznej gęstości, która budzi w nas całe morze skojarzeń i asocjacji. Stąd właśnie poczucie nasycenia, jakie odczuwamy po zetknięciu się z tym niezwykłym obrazem. Nie bez znaczenia jest tu także znakomita, rzucająca się w oczy gra Elizabeth Olsen, która rolą Marthy pokazała, że jest aktorką po jakiej wiele możemy się jeszcze w przyszłości spodziewać. Naprawdę ta dziewczyna jest rewelacyjna.

Uciec od swojej „kultowej” przeszłości (Elizabeth Olsen)

Być może film dryfuje niekiedy zbyt daleko ku jednoznaczności (członkowie kultu-komuny to psychopatyczna banda oderwanych od rzeczywistego świata społecznych „wyrzutków”, którzy sterroryzowali biedną, naiwną, słabą i bezbronną dziewczynę), ale zatrzymuje się jednak także na tych elementach, które mogą nam uzmysłowić swoisty powab sposobu życia, jaki oni wybrali (sielankowa wręcz sceneria osadzonej w para-waldenowskiej scenerii farmy, gdzie można znaleźć azyl chroniący przed szalonym, zakłamanym, pazernym, wchłaniającym człowieka i gwałcącym naturę światem konsumpcji). Możemy się też domyślać, że skoro Martha wytrzymała na farmie aż dwa lata (nie była przecież przetrzymywana tam siłą), to jednak odnalazła tam coś, co ją z tymi ludźmi wiązało – i coś, co ją przy tym sposobie życia trzymało. Pomagają nam w tym choćby takie sceny jak ta, w której przywódca komuny śpiewa, akompaniując sobie na gitarze, napisaną specjalnie dla Marthy piosenkę, zdolną chyba „rozkleić” każdego, kto jest choć trochę podatny na liryczno-miłosną empatię.
A dlaczego tam uciekła od swojego „normalnego” świata?
Film w zasadzie nie zajmuje się głębszą analizą powodów tej decyzji Marthy, ale niejaką odpowiedź możemy chyba usłyszeć w tych momentach, kiedy – mimochodem właściwie – zarzuca ona mężowi swojej siostry, że stał się on niewolnikiem życia, w którym najważniejsza jest zawodowa kariera, pieniądze i gromadzenie konsumpcyjnych dóbr; albo pyta się swojej zamężnej siostry, czy to prawda, że „married people don’t fuck”?
Choć rzeczywiście można odnieść wrażenie, iż takie wyjaśnienia są cokolwiek banalne a nawet trywialne, to… czy aby właśnie one nie określają najlepiej motywów ludzkiego zachowania? Czy nasze wybory, które są w sumie proste, nie opierają się aby głównie na prymitywnych pobudkach i czy dopiero później nie staramy się je afirmować, nadając im „wyższego” znaczenia i bardziej ludzkiej głębi?

„DRIVE” (reż. Nicolas Winding Refn)

** * * * * *

Duńczyk przyjeżdża do Hollywood by kręcić europejski film wzorujący się na amerykańskim kinie gatunkowym. Duńczykiem jest Nicolas Winding Refn, filmem – „Drive”, a gatunkiem – kino noir z elementami thrillera i kryminału. Ale „Drive” jest nie tylko ćwiczeniem się w stylu. Formalna strona obrazu przestaje zwracać naszą uwagę, kiedy coraz głębiej wchodzimy w jego treść, absorbując przy tym wywołane przez bohaterów (i ich czyny) emocje. Zrazu jesteśmy nieco uśpieni przez sączącą się spoza ekranu muzyczkę, połechtani estetycznie elegancją ujęć, uspokojeni pewną pospolitością pojawiających się na ekranie ludzi… ale to jednak nie trwa długo. Jak to w życiu bywa: jego nuda i rutyna zmieciona jest nagle przez gwałt jaki zadaje mu los, następuje szybka eskalacja napięcia i człowiek – sam nie wiedząc kiedy – zostaje wywrócony na nice, stając się kimś zupełnie innym w rzeczywistości, która nagle odsłoniła przed nim swe ukryte dotychczas warstwy. Nic dziwnego, że jego szok staje się naszym szokiem – co tylko potwierdza efektywność z jaką film potrafi na nas oddziaływać.

Gwałtowne wydarzenia wciągają jak wir (Ryan Gosling)

Grany przez Ryana Goslinga Kierowca (to, że pozbawiony jest on nazwiska – a wraz z nim swojej przeszłości i rodzinnego zakotwiczenia – nie jest w całej tej historii bez znaczenia) pracuje na pół etatu w charakterze kaskadera przy produkcji filmów, dorabiając w międzyczasie jako kierowca do wynajęcia przez lokalnych rabusiów. Wszystko toczy się w miarę przewidywalnie – nawet adrenalina, której łaknie nasz bohater, wydaje się być kontrolowanie dozowana… Do czasu, kiedy Kierowca poznaje swoją sąsiadkę, a zaraz potem jej męża, który miał tego pecha, że podpadł szajce lokalnych bandziorów. Wkrótce kaskader uwikłany zostaje w wydarzenia, które przewrócą jego życie do góry nogami, a niewykluczone, że i będą mogły temu życiu położyć gwałtowny kres. Lecz nie chciałbym tu zdradzać przebiegu zdarzeń. Tym bardziej, że wielką siłą filmu jest to, że trudno nam przewidzieć kolejne zwroty akcji.

W filmie jest sporo scen brutalnych, które ktoś nastawiony do obrazu Refna bardziej krytycznie mógłby nazwać okrutnymi czy wręcz sadystycznymi. Jeśli więc odzywa się gdzieś w nim melodramat, to jest on natychmiast przytłoczony dramatycznym gwałtem, bezlitosną konsekwencją rozkręcającej się machiny przemocy, miażdżącej w swoich trybach tych, którzy przecież sami wprowadzili ją w ruch. Jeśli więc jest to fatalizm, to fatalizm ten sprowokowali sami ludzie. Ale czy z kolei oni sami nie stali się ofiarami okoliczności, w które wpędziło ich życie?
Mocny film, który przywraca siłę i nowość dawno – wydawałoby się – zgranym przez kino chwytom. A to zdolne są uczynić tylko filmy, w których nie zagubił się autentyzm, może nawet pasja, jaką się wkłada w stworzenie każdego jego kadru.

„GAINSBOURG” (Gainsbourg (Vie héroïque), reż. Joann Sfar)

** * * * * *

Serge Gainsbourg

Pełny francuski tytuł tego filmu brzmi: „Gainsbourg (Vie héroïque)”, czyli „Gainsbourg (życie heroiczne)”. Nic więc dziwnego, że po obejrzeniu tego obrazu można się zastanawiać na czym właściwie ten heroizm piosenkarza polegał? Czyżby na przezwyciężeniu swojej żydowskiej „gęby”? (Zniesmaczonym tym obrazowym określeniem trzeba wiedzieć, że sam reżyser filmu Joann Sfar z owej „Gęby” zrobił pojawiające się często na ekranie, monstrualne alter ego naszego „bohatera”.) A może nawet na wykorzystaniu tej „gęby”, (która nota bene dość drastycznie kontrastowała z wszelkim kanonami męskiej urody) do zdobycia popularności oraz tak lubianego ponoć przez Francuzów statusu „uroczego brzydala”? (vide: Jean Paul Belmondo czy Jean Gabin). Może na zaliczaniu kolejnych kobiet, wśród których – tak się jakoś zdarzyło – były największe bóstwa seksualne epoki, począwszy od Juliette Greco, poprzez Brigitte Bardot i Claudię Cardinalle, po Jane Birkin a nawet idąc jeszcze dalej – aż do Vanessy Paradise? A może był to heroizm egzystencjalny – stawianie czoła absurdalnej, pełnej bólu, cierpienia i poczucia bezsensu condition humaine?
Niestety, z filmu Sfara tego się raczej nie dowiemy.
Dlaczego?
Bo jest on bardziej fantazyjnym zbiorkiem anegdot z udziałem Gainsbourga, niż ukazaniem jego prawdziwego życia, nie mówiąc już o jego twórczości i głębszym wniknięciu w jej istotę.

Początek filmu był całkiem obiecujący, ale im szło to dalej, tym częściej zadawałem sobie takie oto pytanie: „Mój Boże, to niemożliwe, żeby ten facet był taki płytki!?”. To tak ma wyglądać Baudelaire czy Apollinaire naszej epoki? (A tak nazwał Gainsbourga sam prezydent Francji François Mitterrand, co stanowi jeszcze jeden dowód na to, że i prezydentom zdarza się opowiadać niedorzeczności). Czyżby naprawdę Gainsbourg składał się wyłącznie z pozy? A główna aktywność w jego życiu sprowadzała się do palenia jednego za drugim papierosów, picia, grania na pianinie, śpiewania i uwodzenia kobiet? Czy on naprawdę już o niczym innym nie myślał, tylko o – pardon my French – dupczeniu, które zbyt często mylił z miłością?
Skądinąd wiem, że to niemożliwe… no bo ileż można? Podejrzewam, że jednak wnętrze miał Gainsbourg znacznie głębsze, niż to ukazywał ten film, Że gryzły go egzystencjalne potwory i nękały demony strachu – bo jakże inaczej wytłumaczyć jego nieprzemożną skłonność do autodestrukcji i ekshibicjonistyczną desperację, dzięki której mógł on karmić swój narcyzm, (wykorzystując nawet do tego tą swoją notoryczną brzydotę)?

Ulegają mu najpiękniejsze kobiety świata. Dlaczego?

Ale na filmie Sfara tego nie zobaczymy. Zamiast tego mamy kolorową i rozbrykaną wersję estradową. Przyznaję – miłą dla oka, (zwłaszcza wtedy, kiedy na scenie pojawiają się piękne kobiety), mającą swój urok, świetnie zagraną, ale… nic ponadto. Wszystko bowiem zatrzymuje się na kanwie czystej rozrywki. Więc jeśli ktoś tylko tego szuka w kinie, to ten obrazek chyba go nie zawiedzie. Natomiast ci, którzy fenomen popularności Gainsbourga będą chcieli zrozumieć naprawdę, źródeł wiedzy o tym muszą poszukać gdzie indziej.

W sumie film wpisuje się w nurt biografii, które mitologizują, jak również poddają uromantycznieniu swojego bohatera wyłamującego się powszechnie przyjętej moralności – będącego na bakier ze zdrowym rozsądkiem, niszczącego swoje ciało i psychikę używkami oraz seksualnym ekscesem, terroryzującego tak naprawdę swoje otoczenie i najbliższych mu ludzi – a przy tym podtrzymują (lub tworzą) jego „bohaterski” wizerunek ikony kultury masowej. Jednym słowem, filmowy Gainsbourg to kolejny przypadek pop-kulturowej martyrologii – kultu, który w bezkrytycznym i bezrefleksyjnym uwielbieniu stawia sobie na ołtarzyku kolejnego urojonego bożka, który podobno cierpi katusze Weltschmerzu, zaczadzając się przy okazji papierosowym dymem i topiąc w hektolitrach whiskey, czy tam koniaku.

Nie, nie… nie mogę tej recenzyjki na tym zakończyć. Bo przecież któż z nas nie zna „Je T’Aime…Moi Non Plus” – rzeczywiście zmysłowo i klimatycznie wyrecytowanej i wyszeptanej przez Serge’a oraz zanuconej i wystękanej przez Jane Birkin? Nie mogę tego ukrywać, że i ja mam do tego kawałka słabość – do czego niewątpliwie przyczyniają się moje, adekwatne do treści „Je T’Aime” osobiste wspomnienia. Ale gdy tak słucham innych piosenek Gainsbourga i Birkin, tudzież „śpiewu” Bardotki (myślę tu zwłaszcza o nagranym przez nią wspólnie z Gainbsbuirgiem klipie „Bonnie & Clyde” – zupełnie moim zdaniem idiotycznym); albo produkowania się Gainsbourga w piosence o kazirodztwie śpiewanej w duecie z własną córką Charlottą Gainsbourg (przypominam: aktorka, którą mogliśmy zobaczyć ostatnio w „Melancholii” i „Antychryście” von Triera) – to sobie myślę: „Bez żartów! Przecież ci ludzie w ogóle nie umieją śpiewać!” Ale potęga mitu, mody na decadence i głodu bożyszczy działa.

Jane Birkin i Serge Gainsbourg – awangarda zachodniej rewolucji seksualnej

**