SHITTY SIDE OF LIFE (zapiski indyjskie)

*   *   *

Czego się najbardziej obawiałem wyjeżdżajac do Indii?
Otóż tego, że zostanę tam powalony ludzką nędzą – bezkresnym morzem egzystencjalnej mizerii; cierpieniem, na którego usprawiedliwienie, tak naprawdę, nic nie mają nasi bogowie, oprócz rozpaczliwych – lub zgoła obojętnych – tłumaczeń człowieka.
Przypomniałem sobie sceny opisane przez Kapuścińskiego w jego „Podróżach z Herodotem”, kiedy po raz pierwszy zawitał na subkontynent indyjski. Było to jeszcze w latach 50-tych. Jechał z Benares (Varanasi) do Kalkuty, gdzie zastał taki oto widok:
„Był już szary, zachmurzony dzień, kiedy wjechaliśmy na Sealdah Station. Na całej olbrzymiej stacji, na każdym skrawku jej długich peronów, na ślepych torowiskach i okolicznych bagiennych polach siedziały albo leżały w strugach deszczu czy już po prostu w wodzie i błocie (…) dziesiątki tysięcy chudzielców. Co uderzało od razu, to nędza tych ludzi – wymokłych szkieletów, ich nieprzebrana liczba i – może najbardziej – ich bezruch. Zdawali się martwą częścią tego ponurego, przygnębiającego pejzażu, którego jedynym żywym elementem były strugi lejącej się z nieba wody. W zupełnej bierności tych nieszczęśników była przecież jakaś, co prawda rozpaczliwa, logika i racjonalność: nie chowali się przed ulewą, bo nie mieli gdzie – tu był kres ich drogi – i nie osłaniali się niczym, bo nie mieli nic.”

Na szczęście dzisiaj, obraz obecnej tam nędzy nie jest aż tak dojmujący. W czasie, kiedy oglądał to Kapuściński, wydarzyły się klęski naturalne, miała też miejsce wojna domowa, i te tłumy na dworcu w Kalkucie tworzyli uchodźcy, którzy nie mieli się gdzie schronić.

Przy ulicy w Jaipurze

Co nie znaczy, że obecnie tej nędzy nie ma. Jest, i każdy przybysz musi się z problemem tej indyjskiej mizerii zmierzyć. Nie sposób przejść obok niej obojętnie, jeśli nosi się w sercu choć odrobinę współczucia dla ludzkiej niedoli.
W tym kontekście spory o Indie przenoszą się ze sfery czysto kulturowej na humanitarną, skupiajac sie np. na pozornej (?) obojetności Wschodu wobec tragizmu jednostkowego życia, na obecnej tu rzekomo (?) bierności i niesprzeciwianiu się złu.

Znakomitym na to przykładem może być tu wspomnienie utarczki, jaką podczas swojego pobytu w Indiach odbył Mircea Eliade (jeden z najbardziej wybitnych religioznawców świata) ze swoim przyjacielem, pochodzącym z Rosji profesorem Bogdanowem, sekretarzem poselstwa francuskiego w Indiach, znawcą języka perskiego. Podczas jednego ze wspólnych spacerów Bogdanow zwierzył się mu, jak bardzo jest nieszczęśliwy mieszkając w Indiach, jakim obrzydzeniem napełnia go hinduizm, jak mocno nienawidzi Hindusów, nazywając ich „barbarzyńskim narodem”.  Kiedy Eliade replikował ze śmiechem, ten wpadł w gniew: „No to panu powiem jakiego rodzaju człowieczeństwa dorobili się ci pańscy Hindusi…” Tu przerwał i dał mu znak, by przyśpieszył kroku. Eliade tak opisuje to, co wydarzyło się później: „Z uśmiechem podążam za nim. Otóż o parę metrów dalej (Bogdanow) dostrzegł argument i i ilustrację dla swej tezy; żebraka leżącego na trotuarze, w pełnym słońcu, jak tylu innych. Jest stary, ma fioletową twarz. Gęsty tłum wokół przepływa koło niego, nikt się nie zatrzymuje. Biedny starzec właściwie umiera; zwymiotował, leży nieruchomo, zażenowani widzimy, jak pod łachmanem okrywającym mu biodra następuje przedśmiertna erekcja. Może już umarł. Bogdanow czyni pośpiesznie znak krzyża; z pogardą patrzy na ludzi, którzy widząc nas w tym miejscu zaczynają się zatrzymywać. Wchodzi do apteki, żeby zadzwonić po karetkę, ale dla starego żebraka jest już za późno. Wtedy woła policjanta i żąda, by zabrano zwłoki. Jest tak wściekły, że plącze mu się język: ‚Mają cywilizację od tysięcy lat, a nie nauczyli się ani odrobiny miłosierdzia… To co robili pięć tysięcy lat temu, robią nadal teraz w 1930 roku; zamiatają tak samo niedbale jak pięć tysięcy lat temu, są tak samo nieludzcy jak pięć tysięcy lat temu…'”
Na co Eliade próbuje mu wyjaśnić, że „w ich oczach jakakolwiek interwencja nie miałaby sensu, gdyż umierający staruszek wyrównywał tylko swoje rachunki z własnym karmanem i nikt do tej czysto osobistej sprawy nie mógł się mieszać”.
 Bogdanow się odcina: „Niech pan posłucha. Jest pan indologiem, więc może pan usprawiedliwiać Indie. Ale ja jestem profesorem perskiego, siedemnaście lat mieszkałem w Persji i dla mnie Indie nie mają nic na swoją obronę!”.

*

Przydrożna toaleta (Shekhawati)

*   *   *
Wrażliwość na nędzę jest czymś bardzo subiektywnym (niestety, zależy nawet od czegoś takiego, jak szerokość i długość geograficzna), ma też różne stopnie nasilenia i idące za tym konsekwencje. Z jednej strony są jednostki, jak np. Matka Teresa, którzy całe swe życie potrafią podporządkować imperatywowi pomocy drugiemu człowiekowi, poświęcić je dla dobra innych; z drugiej – cała reszta ludzi, może nie tyle obojętnych (choć to też), co bezsilnych wobec ogromu potrzeb jakie występują w krajach trzeciego świata. Jałmużna jest tylko gestem, który jedynie tę bezradność podkreśla; kropla uśmierzająca na chwilę nasze sumienie.
Cóż dałby nam lament nad żałosną kondycją setek milionów ludzi? Może tylko poczucie przynależności do cywilizowanego świata, zagłuszenie poczucia winy za nasze dobre samopoczucie wobec nieprzebranego morza cierpienia, które rozlewa się po całej Ziemi?
Bo tym ludziom nie daje nic.
Czy mamy wiec prawo do współczucia, jeśli nic nie zamierzamy zdziałać?

*   *   *
Jak poszczgólne kultury radzą sobie z fizjologią wydalania? W kulturze Zachodu nawet psy i koty uczy się załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych w specjalnych wychodkach. Za sikanie na ulicy rąbie się mandaty, o restrykcjach za oddawanie kału tamże nie wspominając. Zresztą odnosi się to nie tylko do Homo sapiens, ale i do jego podopiecznych czworonogów.
Nazbyt łatwo zaś niektóre indyjskie ulice porównać można do kloacznego rynsztoku. Przechadzający się (stadnie i swobodnie) po tychże ulicach inwentarz – czyli krowy, psy, bawoły, świnie, kozy, jak również małpy, słonie i wielbłądy – robi co chce, kiedy chce i gdzie chce. Podobnie zachowują się ludzie, zwłaszcza mężczyzni oddający mocz pod najbliższym murem. Odnosiłem więc często wrażenie, że ów mur jest dla Hidnusa tym, czym dla psa drzewo.

Czy istnieje coś takiego jak „kultura” wydalania? (Podwórko w Mandawie)

Europa, bawiąca się czasem w perwersje, wymyśliła kiedyś taką oto przewrotność: co by to było, gdyby tak odwrócic pewne kulturowe wzorce i nawyki – np. jedzenie, jako coś wstydliwego, odbywałoby się w kryjówce, zaś wypróżnianie się, jako rzecz jak najbardziej naturalną, załatwiano by publicznie. Cóż… mógłby ktoś rzec – przecież to tylko kwestia konwenansu i umowy.
Jakie było moje zdumienie, kiedy w jednej z wiosek pod Jaipurem dowiedziałem się, że dawny obyczaj nakazywał radżastańskim kobietom spożywanie posiłku w ukryciu. Podobno do dziś spotkać można grupki kobiet jedzące pod rozpostartą nad ich głowami kolorową płachtą.

Wszechobecność ludzko-zwierzęcych fekalii na wielu indyjskich ulicach bywa dla niektórych przybyszów z Zachodu szokiem. Osobiście starałem się na to jakoś uodpornić, z większym lub mniejszym skutkiem, oczywiście. Niejaką pociechą była dla mnie świadomość, że organ węchu jest u nas w ewolucyjnym zaniku, więc liczyłem na pewne zapachowe „otępienie”.
Byłem jednak świadkiem, kiedy pewna higieniczna Europejka krzyknęła na widok oddających mocz Hindusów: „Patrzcie, patrzcie, przodem sikają!”. Na co ktoś (raczej obcesowo) jej odpalił: „A czymże u licha mają sikać!? Tyłem!?”

W drodze do hotelu Ajanta Inn w Forcie Jaisalmer

*   *   *
Jest rzeczą naturalną, że ściek nie może budzić w żadnym normalnym człowieku pozytywnych estetycznie uczuć. Pisząc więc o pewnej atrakcji indyjskiej ulicy (i tego wszystkiego, co się tam „wyprawia”), miałem na myśli cały ten zgiełk oraz solidny kop adrenaliny, którego doświadczamy kiedy się z indyjska ulicą zderzamy.

Nigdy nie zapomnę momentów, kiedy zanurzałem się (byłem wciągany) w ten żywioł po uszy. Tak było na wąskich ulicach Starego Delhi, we wściekle zatłoczonym Jaipurze, w strasznych zaułkach Mathury… Zwłaszcza to ostatnie miasto (miejsce mitycznych narodzin Kriszny), zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie, kiedy dość ryzykownie kazałem się ryksiarzowi wieźć nad brzeg Jamuny, do ghaty Vishram, gdzie ponoć przed tysiącami lat kąpał się sam Lord Kriszna.
Jechaliśmy jak szaleni przez nieziemski ciasny labirynt ruder i rynsztoków, który pewnie niewiele się zmienił przez ostatnie tysiąc lat. Sterty butwiejących śmieci, pełne stęchlizny powietrze, walające się odchody, wciskający się wszędzie kurz i pył; tłum przechodniów, zatrzęsienie przeróżnych wehikułów – rowerów, ryksz, motorów, wózków… Wycie klaksonów, gwar sprzedawców, jakieś dziwne warsztaty we wnękach sypiących się ruder, rozłożone na ulicy archaiczne sprzęty, wychudzeni mężczyźni kucający pod liszajowatymi murami… no i wszechobecny zwierzęcy folwark, w którym prym wiodły podobne do szkieletów krowy, tudzież czarne świnie, no i same włochate małpy, też jakby ze zwierzęcego piekła rodem.
I nagle, jak objawienie, wśród tej koszmarnej scenerii… dwie młode roześmiane dziewczyny, ubrane schludnie w biało-niebieskie szkolne fartuszki, idące beztrosko i spokojnie wąską uliczką tego nieziemskiego panopticum.

Nad brzegami Jamuny – miejsce narodzin Kriszny (Mathura)

Po jakimś czasie docieramy wreszcie do ghat, czyli do prowadzących do rzeki schodów. Wymalowane w pstrokate kolory świątynie, bardziej lub mniej fałszywi sadhu (święci mężowie), upstrzeni jakąś czarwono-pomarańczową mazią, skołtunieni… Mały tłumek moczących się w wodzie pielgrzymów; kilka pływających po rzece łodzi… Mimo obecności tego wszystkiego – ogólne wrażenie opuszczenia i pustki, jakiegoś apokaliptycznego bez mała horrendum. Ciemna woda i sine mgły spowijające ruiny starej świątyni; ogromne, rozczapierzone nad rzeką, martwe drzewo, po którego gałęziach biegają upiorne małpy; kał, odchody, odór moczu. Świete krowy grzebiące w kupach śmieci i odpadków, wałęsające się psy…
A jednak, obok tej mieszaniny wstrętu i odrazy, jakaś niewytłumaczalna fascynacja, zawrót głowy, bijące szybciej serce – wrażenie, jakby nagle objawiała się w tym wszystkim cząstka prawdy o naszej egzystencji, jakiś mgliście przeczuwany archetyp, kołaczący się gdzieś w najgłębszych zakamarkach naszej jaźni.

*   *   *

Koczowisko bezdomnych – a w tle: jedna z najbogatszych prywatnych rezydencji świata, Pałac Umaid Bhawan (Jodhpur)

 

( © ZDJĘCIA WŁASNE )

 

INNE OBLICZE INDII MOŻNA OBEJRZEĆ  TUTAJ . ZAPRASZAM