CO SIĘ PLECIE W KAJECIE? (zapiski I)

*

*

Czym może być pisanie? Rodzajem autoterapii? (Bo przecież każdy z nas jej potrzebuje.) Ekspresji? (Bo każdy chce zamanifestować swoją obecność w świecie.) Ćwiczeniem umysłu? (Który stara się dociec celu i sensu tego, że jakieś kosmiczne siły obdarzyły go świadomością i czymś tak cudownym, jak ludzki mózg.) Porządkowaniem myśli? (Bo zalew informacji, jakiego doświadczamy we współczesnym świecie robi nam niezły mętlik w głowie)… etc.

Z tego co pamiętam, pisałem „od zawsze” – zacząłem już wtedy, kiedy jeszcze nie znałem liter, zapełniając całe zeszyty jakimś swoim „pismem”, którego sensu nikt nie mógł przeniknąć (wliczając w to oczywiście mnie samego). I to mi weszło w krew (a raczej w neurony), lecz mam nadzieję, że teraz już piszę na tyle sensownie, że jest to czytelne i w miarę zrozumiałe – i że może to mieć wymierną wartość. Ja w tę wartość właściwie nie wnikam i pozostawiam ocenie kogoś, kto ewentualnie będzie chciał to czytać.

Piszemy zawsze na swoją własną miarę. Nie sposób jest przeskoczyć samego siebie – zawsze więc powinniśmy zdawać sobie sprawę z własnych ograniczeń. Mam tego świadomość, co jednak od pisania mnie nie powstrzymuje. Lecz nie jest to żadna zarozumiałość, bardziej sposób na wyrażenie samego siebie – na poziomie, który jest mi dostępny. A że wszyscy jesteśmy (pod jakimiś względami, w pewnych dziedzinach) dyletantami? I że zazwyczaj trudno jest się nam do tego przyznać? Cóż, dyletantyzm i ignorancja to taka nasza dola w świecie ludzkiej kultury, który rozrósł się na niebywałą skalę, i którego nie sposób objąć jednym umysłem. Czy jednak ma to nam zamykać usta? Chyba nie, bo moim zdaniem ciąży na nas jednak obowiązek myślenia. Myślę więc… Czasem ta ma większy sens, czasem mniejszy, czasem uda mi się chyba dotknąć głębszej mądrości, to znów chlapnąć jakieś głupstwo… tak to już się plecie w tym moim kajecie, w którym ślady tego myślenia zapisuję. Zdaję sobie też sprawę z tego, że może to przypominać wyważanie drzwi już dawno otwartych – ale przecież tamte drzwi otwarte to są drzwi dla mnie cudze, a ja muszę otworzyć drzwi własne, tzn. „przemielić”, pogryźć i przetrawić coś w sobie samym, przepuścić to wszystko przez własne nerwy, trzewia i wrażliwość – bo dopiero wtedy będę mógł to uznać za coś własnego, dopiero to tak naprawdę może mnie kształtować i stać się ze mną w pewnym sensie tożsame.

Kajet w zasadzie zawsze był „klasyczny” – tj. był po prostu zeszytem (notatnikiem) pełnym papierowych kartek. Dopiero stosunkowo od niedawna, zamienił się w ekran monitora. A jednak sentyment (i przyzwyczajenie) pozostało: mimo, że większość z tego co piszę, rejestruję bezpośrednio w bebechach komputera, to jednak kajetu papierowego nie wyrzuciłem i od czasu do czasu – zwłaszcza będąc poza domem – sięgam do niego i coś tam w nim gryzmolę. Myślę, że nie zawadzi podzielić się tu czasami z wami jego zawartością. 

greydot

Od dawna czuję rezerwę do określenia „intelektualista”. Intelekt w stanie czystym jest czymś nieludzkim – i praktycznie rzecz biorąc, niemożliwym – a jednak spora liczba „intelektualistów” szczyci się swoim statusem „intelektualisty”, bez zażenowania obnosząc się z tym poczuciem wyższości wobec „nie-intelektualistów”. Jest to więc pewien rodzaj (wg mnie pretensjonalnej) autoprezentacji, która zakłada, że ta etykieta niejako samowiednie przyda wagi i znaczenia temu, co głoszą.
A to właśnie intelektualiści są głównymi winowajcami w historii uwodzenia ludzi ideologią, która przenikając do mas zamieniała się w doktrynę niewolącą tak naprawdę ludzkie umysły. I niewolącą samych ludzi, jako jednostki – bo traktującą ich instrumentalnie poprzez podporządkowanie idei, czyli jakieś intelektualnej abstrakcji. Idee nie są ważniejsze od ludzi.

greydot

Eutanazja.
Prawo niekiedy bywa okrutne, bo jest “ślepe” i nie uwzględnia ludzkich emocji, także cierpienia.
Najgorsze w tych wszystkich “nieprzejednanych” głosach sprzeciwiających się eutanazji jest to, że wynikają one z pobudek ideologicznych, które mają swoje oparcie w religii i może dlatego właśnie wiążą się z myśleniem w kategoriach “fundamentalnych”.
To jest okropne ale i paradoksalne, bo najczęściej reprezentują je ludzie, którzy deklarują się jako współczujący, miłosierni, kochający bliźniego swego. Ale mnie zdumiewa takie “współczucie”, (które nie z darma racji ujmuję w cudzysłów) – bo bardziej przypomina mi ono o braku nie tylko wyobraźni, ale i serca.

Swoją drogą to ciekawe, dlaczego akurat katolicy są tak przeciwni eutanazji. Argument, że wynika to z konieczności uznania życia za “święte” zupełnie mnie nie przekonuje, bo historia nie tylko katolicyzmu (ale i ogólnie – Chrześcijaństwa) mówi nam o często instrumentalnym traktowaniu życia człowieka (palenie na stosie, wojny krzyżowe i nie tylko…)
Poza tym, Watykan współcześnie, usprawiedliwia moralnie udział w wojnie, jeśli jest to wojna “obronna” – co przecież także wiąże się z zabijaniem drugiego człowieka.
Dalsze paradoksy: Chrześcijaństwo właśnie na zabójstwie (i to Syna przez Ojca) oraz na samobójstwie (jakim de facto było poddanie się woli Ojca przez Syna) opiera swoje credo.
Zbawienie przez śmierć, bo bez niej nie ma Zmartwychwstania. Przewrotne.

greydot

A propos życia jako “daru Boga”. Warto zwrócić uwagę, co na ten temat napisała (niestety nieżyjąca już Defendo):

“Śmierć jest częścią życia, nie czymś egzotycznym, wrogim i osobnym. Z faktu mojego przyjścia na świat nie wynika, że cokolwiek mi się należy – poza życiem, które mam na własność. Realizując je – realizuję również śmierć. Czyż nie? Mam więc prawo do realizacji tej części życia zgodnie z moją wolą.
Życie jest darem? Zatem obchodzę się z nim jak z darem – mogę o nie dbać, odkurzać, rozbudowywać, chuchać nań i dmuchać, mogę też je zniszczyć lub wyrzucić. Akt samounicestwienia nie ma żadnego celu – nie ma pobudzać innych do czegokolwiek. Nie jest ofiarą. Dlaczego nie miałabym mieć prawa decydowania o swoim życiu? Dlaczego mam zakładać, że dostałam je od Boga? Czy muszę wierzyć w Jego istnienie? A jeżeli nawet jest – dał mi życie nie stawiając warunków. Nie pytał, co z nim zrobię. Skazał mnie na nie? Przecież nie jest okrutny… nie zrobił tego.
To nie jest żadne wołanie o pomoc.”

Więcej można przeczytać TUTAJ – we wpisie jaki poświęciłem Defendo (kiedy go pisałem, ona jeszcze żyła, i nie wiedziałem, że pozostał jej tylko jeszcze jeden dzień tego życia).

Defendo wspomniała o Bogu, ale ja bym Go do tego nie mieszał, mimo że – w przeciwieństwie do Defendo – nie uważam siebie za ateistę.
Chodzi mi o kulturę… samobójstwa. Tak, myślę, że o czymś takim można mówić w kontekście filozoficzno-literacko-artystycznej „nadbudowy” jakiej doczekał się ten ekstremalny akt ludzkiej woli (?) jakim jest samobójstwo (z tego pytajnika wypadałoby się jednak wytłumaczyć, na razie napiszę tylko, że pojawił się on tutaj po to, by zaznaczyć niepewność co do tego, czy rzeczywiście dysponujemy czymś takim jak „wolna wola”).

Samobójstwo… to był bardzo bliski mi temat w okresie mojej wczesnej młodości. W okresie, kiedy wielkie wrażenie robiły na mnie filozoficzno-egzystencjalne wywody choćby Alberta Camusa (to jego słynne: „jest tylko jeden problem filozoficzny prawdziwie poważny: samobójstwo” – zdanie otwierające jeden z najsłynniejszych esejów XX-go wieku, czyli „Mit Syzyfa”) albo różnych takich dandysów nihilizmu, stwierdzających: „gdyby nie (pocieszająca) myśl o samobójstwie, to dawno bym się zabił” (Cioran).
Teraz widzę, ile w tym wszystkim było pozy, blagi, zagubienia i dezorientacji.

greydot

Pamiętam, że swego czasu Czara na swoim blogu napisała o filmie, który w pewne słoneczne paryskie popołudnie obejrzała (w samotności, bo jedyna osoba jaka jej towarzyszyła w kinie, wyszła z seansu wkrótce po jego rozpoczęciu). Tym filmem był obraz Petera Liechtiego pod nieco horrendalnym tytułem „Odgłosy robaków – zapiski mumii” (mnie przypomina to tytuły horrorów klasy C), opowiadający historię człowieka, który postanawia popełnić samobójstwo, zaszywając się w leśnej głuszy i zagładzając się w końcu na śmierć. Ale oczywiście wszystko skrupulatnie opisuje w prowadzonym przez siebie dzienniku. Czara siedziała w ciemnej kinowej sali, patrzyła z przejęciem na ekran, chciała zrozumieć tego człowieka… A ja czytając jej wpis pomyślałem: ot, jeszcze jeden narcystyczny pozer przyciągnął czyjąś uwagę i to w sposób cokolwiek obrzydliwy: robiąc ze swojej nekrofilskiej obsesji bezwstydne widowisko.
Czara pisała: „Zaskoczyło mnie też przywiązanie tego człowieka do ziemskich rytuałów, jak na przykład higiena i skomplikowany system toalety, odprowadzającej  na zewnątrz nieczystości. Mężczyzna umierając zanotuje: ‚Umyłem zęby’. ‚Wyszedłem na zewnątrz, żeby się wykąpać w deszczu’. I znowu ten kontrast, splot dwóch porządków, jednoczesne dbanie o ciało i powolne go zabijanie, wstrząsnął mną najbardziej. Dlaczego nie skrócić tego wszystkiego, chciałoby się zapytać bohatera, obserwując w jak wielkich męczarniach mijają jego ostatnie dni. I jedyna odpowiedź, jaką można sobie samemu spróbować udzielić, to konieczność nadania swojemu życiu sensu. W tak paradoksalny sposób. Tak, jak anorektyczki przestają jeść, by poczuć wreszcie kontrolę i swoją siłę, tak i on udowadnia sobie swoją wartość, odchodząc w ten dziwny sposób. ‚Czuję się dumny, bo wiem, że nikt nigdy nie będzie próbował mnie naśladować’ powie, a nam przejdą zimne dreszcze po plecach.”
A mnie nie przechodzą zimne dreszcze po plecach, bo nie widzę w tym wszystkim nic innego, jak właśnie pozę narcyza („czuję się dumny”), kogoś kto zdrowy instynkt życia poddaje chorobliwej obsesji. Wyczuwam tu również jakąś martyrologię na pokaz. (Co za specyficzny sposób na „udowodnienie sobie swojej wartości”: poprzez anihilację siebie samego!). I niemal irytuje mnie ta przewrotność: nadawanie sensu swojemu życiu przez „powolne zabijanie siebie” czyli de facto niszczenie go – podobnie jak niszczą swoje życie anorektyczki (akurat to, że przestają one jeść, nie jest wg mnie wyrazem ich siły i kontroli nad własnym życiem, ale czegoś wręcz przeciwnego: słabości i utraty kontroli nad własnym życiem).
Ta irytacja odezwała się chyba w tym, co wówczas napisałem w komentarzu pod wpisem Czary:
„Nie budzą już we mnie współczucia ludzie, którzy świadomie podejmują decyzję o zniszczeniu swojego zdrowia (i ewentualnie życia) i którzy robiąc to zgrywają się na wielkich męczenników, obwieszczają wszem i wobec jakie to życie jest okrutne i absurdalne, rozczulają się nad sobą (bo jakże oni strasznie cierpią) lub też starają się tym zarazić (zatruć) innych ludzi… Czuję jakąś wewnętrzną dezaprobatę wobec decyzji kogoś, kto postanawia popełnić samobójstwo wskutek jakiegoś swojego widzimisię – bo np. nie ma już ochoty dłużej żyć, bo mu się życie nie podoba, bo mu ono zbrzydło albo uważa, że ma do tego po prostu prawo… etc.
Współczuję jedynie tym, którzy rzeczywiście nie mają żadnej szansy na odzyskanie zdrowia i uratowanie życia (a więc ludziom śmiertelnie chorym, których przeznaczeniem na tej ziemi jest już tylko cierpienie i powolna agonia). Według mnie istnieją naprawdę bardzo szczególne – i wyjątkowe – przypadki, które mogą usprawiedliwiać samobójstwo. Na pewno takim usprawiedliwieniem nie może być napisanie książki czy zrobienie filmu. Tak sądzą. Estetyka, filozofia – czy też sztuka – nie może (moim zdaniem) stanowić pretekstu dla samobójstwa. (Tak, wtedy postanowienie o zniszczeniu własnego życia jest albo chorobą psychiczną, albo po prostu głupotą.)”

Jeśli uznamy, że czymś chorobliwym jest to, co niszczy nasze zdrowie i życie (a nie przyjęcie takiego postulatu jest po prostu jednoznaczne z uznaniem, że coś takiego jak choroba nie istnieje) to w konsekwencji uznać musimy, że także samobójstwo jest przejawem czegoś chorobliwego. I to znajduje odbicie we współczesnej medycynie – psychiatrii, która  myśli samobójcze uznaje za przejaw pewnych zaburzeń psychicznych.

Jest jeszcze kwestia oceny. Oczywiście, jak na czasy współczesne przystało, wzbraniamy się by oceniać (a więc osądzać moralnie) kogokolwiek i cokolwiek (dodam: osądzać na forum publicznym, bo prywatnie osądzamy i krytykujemy zwykle wszystko i wszystkich.) Wzbraniamy się więc przed tym, żeby powiedzieć wprost, że samobójstwo jest złem – czyli uznać, że jeżeli ktoś decyduje się na to, by odebrać sobie życie, to jest to złe. Ale wystarczy tylko odnieść to do nas samych: czy jeśli ktoś kogo kochamy (nasze dziecko, mąż, żona, partner, partnerka) postanowiłoby się zabić, to czy nie uważalibyśmy (niekiedy całym sobą) że jest to złe i nie robilibyśmy wszystkiego, co w naszej mocy, by do tego nie dopuścić? Czy przyszłaby nam jakakolwiek ochota by rozważać to w kwestiach… artystycznych? Usprawiedliwiać to filozoficznie, egzystencjalnie, moralnie…? etc. Weźmy np. taki alkoholizm. W pewnym sensie można go uznać za powolne samobójstwo (podobnie jak anoreksję czy narkomanię…) Czy jednak nie mamy jednoznacznego stosunku do alkoholizmu? Czy unikamy odpowiedzi na pytanie, czy jest on czymś złym? Nie, bo widzimy, że niszczy on zdrowie i życie człowieka (którego kochamy). I mówimy wprost, że alkoholizm jest złem. Ale oczywiście nie musi to mieć cokolwiek wspólnego z potępieniem człowieka.
Podobnie patrzę na samobójstwo.

Samobójstwo (przede wszystkim „filozoficzne”, czyli wynikające z pobudek konceptualnych… nie mam tu na myśli samobójstwa – ucieczki przed beznadziejnym, permanentnym cierpieniem, wynikającym ze śmiertelnej choroby) jest oczywiście przejawem skrajnego egoizmu – ostatecznym potwierdzeniem (być może głęboko skrywanej) pogardy dla życia, innych ludzi i samego świata – często nawet i pogardy wobec samego siebie. Decyzja o tym, aby jednak żyć dalej, jest wg mnie odrzuceniem tego egoizmu. Przypominają mi się tutaj słowa napisane kiedyś przez Jonathana Carrolla:  „Świat niczego od ciebie nie potrzebuje, ale ty musisz mu coś dać. Dlatego żyjesz. Jeśli się teraz zabijesz – niczym się nie różnisz od miliardów innych czaszek, które leżą pod ziemią. Jeśli dasz coś światu, nawet coś nietrwałego, wygrasz.”
A jako konkluzję i puentę mógłbym przytoczyć to, co w „Wilku stepowym” napisał Hermann Hesse: „Każdy w jakimś zakątku swojej duszy wie aż nadto dobrze, że samobójstwo jest wprawdzie wyjściem, ale przecież tylko jakimś wyjściem nędznym, nielegalnym, zapasowym, i że w zasadzie szlachetniej i piękniej jest dać się pokonać przez samo życie niż ginąć z własnej ręki.”

greydot

Czy wolna wola jest wytworem ludzkim tak samo jak moralność? Zauważmy, że bez założenia, iż człowiek posiada wolną wolą straciłby sens jakikolwiek system etyczny, który zakłada możliwość wyboru między dobrem a złem – a to możliwe jest tylko wtedy, kiedy człowiek dysponuje wolną wolną (czyli jest zdolny do dokonywania wyborów). Tylko wtedy może być on sądzony – czyli można stwierdzić, że to co zrobił jest złe i że można go na tej podstawie ukarać. (W wymiarze eschatologicznym Chrześcijaństwa dokonuje się to na Sądzie Ostatecznym. Ale nie idźmy aż tak daleko i wysoko: na co dzień robią to wszystkie tzw. „wymiary sprawiedliwości”, a i my sami – osądzając innych na nasz prywatny użytek).
Lecz z drugiej strony może ktoś powiedzieć: w naturze wolna wola nie występuje (nota bene utożsamiając w ten sposób z maszyną nie tylko materię nieożywioną, ale i ożywioną, czyli zwierzęta). Jakkolwiek powiewa tu skrajnym determinizmem (a tym samym materializmem), to można odczuć pewną pokusę, aby się z tym zgodzić. Wygląda to na prawdę w tym sensie, że wszystko (każdy atom, każda cząstka – o obiektach w skali makro nie wspominając) musi się podporządkować prawom (przyrody, fizyki, natury… jakby ich nie nazwać) obowiązującym w całym Wszechświecie. (Czyżby więc ta kosmiczna machineria – raz wpuszczona w ruch – nie miała żadnej możliwości swobodnego manewru, samowolnego spowodowania nawet najmniejszej zmiany ruchu choćby jednej nanoskopijnej cząsteczki?)
W takim razie, jeśli ktoś mówi o (wolnej) woli, to czy nie musi wpleść w to wszystko pierwiastek boski? (Bo tylko w akcie wolicjonalnym Pierwszej Przyczyny mogło zadziałaś coś, co było poza wszelkim prawem – jakieś ponad-kosmiczne „niech się stanie”?)

greydot

Czyżby Homo sapiens miał już jednak coś z demiurga?
Oto fragmenty wypowiedzi Wolfganga Prinza, renomowanego niemieckiego psychologa i kognitywisty, udzielającego wywiadu pismu „Die Zeit”: Jeśli chodzi o wpływ na zachowanie człowieka, to „istnieje tylko sterowanie zewnętrzne, nic więcej. W nauce i tak nikt nie wierzy w absolutną wolność wewnętrzną. (…) Ludzie są maszynami, które wspólnie tworzą swój świat społeczny. Na tym właściwie polega clue procesów kulturowych. Ten stworzony własnymi siłami świat społeczny wywiera ponadto ogromny wpływ na zachowanie jednostki. (…) Istnieje względna wolność w tym sensie, że wszyscy zobowiązujemy się czynić to, co uważamy za dopuszczalne moralnie. Nasza wolność polega na tym, że pozwalamy sobą kierować, np. poprzez rozsądne argumenty. W tym sensie istnieje wolność wyboru. (…) Wolna wola jest instytucja społeczną (…). Już sama idea wolnej woli zapewnia nam swobodę działania. Traktujemy siebie nawzajem tak, jakby każdy z nas mógł swobodnie decydować i dlatego w ramach społeczności jesteśmy podmiotami obdarzonymi wolną wolą. (…) Wolna wola nie występuje w naturze. („Die Zeit”: „Pozwalamy, by determinowało nas to, na co zgodziło się społeczeństwo.”) Tak. Instytucje (społeczne) są równie realne jak zjawiska występujące w naturze, gdyż determinują nasze zachowanie. W przeciwnym razie całe nasze życie społeczne uległoby załamaniu. Przypisujemy sobie wolną wolę i dlatego jest ona ‚realna’. („Die Zeit”: „To, że wolna wola rzekomo nie istnieje, zaniepokoiło specjalistów w zakresie prawa karnego.”) Niesłusznie. Dlaczego argumenty wynikające z fizjologii mózgu miałyby oddziaływać na naszą rzeczywistość moralną?”.

Cóż, widzimy tu, że z wolną wolą jest tak, jak np. z każdym hipostatycznym wytworem jakiejkolwiek religii: ona w rzeczywistości nie istnieje, ale tak naprawdę istnieje, pełniąc pewną funkcję w naszym świecie (rzeczywistości). A czy nie można odnieść tego do całej naszej kultury?
Prinz poczynił kilka kapitalnych stwierdzeń, więc ja z kolei, chciałbym wyrazić tu kilka ustosunkowujących się do nich uwag:

– Nie możemy być pewni tego, że wpływa na nas tylko i wyłącznie „sterowanie zewnętrzne” a nie jeszcze to, co wypływa z naszego wnętrza (i być może nigdy się nie dowiemy, bo nasze możliwości poznawcze są jednak ograniczone).
– Oczywiście, że nikt w nauce nie wierzy w absolutną wolność wewnętrzną. Ale trzeba odróżnić wolność „absolutną” od wolności zakrojonej na znacznie mniejszą, bo ludzką skalę (bo któż to wie, co to jest Absolut… oprócz tych, którym się wydaje, że coś o nim wiedzą?)
– Wywieranie „ogromnego wpływu” na zachowanie jednostki nie oznacza jeszcze tego, że jest to wpływ jedyny.
– Jeśli już na coś „pozwalamy” (np. na to, by kierowały nami uwarunkowania społeczne, czy argumenty innych), to znaczy, że musimy dysponować pewną swobodą wyboru, a więc posiadać jakiś zapas „wolnej woli”.
– Czym innym jest „zdeterminowanie” naszego zachowania przez to, na co zgodziło się społeczeństwo, a czym innym wpływ tego na nasze zachowanie. Zdeterminowanie – w odróżnieniu do „wpływu” – pozbawia nas jakiegokolwiek pola manewru. Czyni z nas takiego niewolnika przeznaczenia. Wpływ jest czymś, co (do pewnego przynajmniej stopnia) poddać możemy kontroli naszej woli.

Najbardziej jednak uderzyło mnie stwierdzenie następujące: „Dlaczego argumenty wynikające z fizjologii mózgu miałyby oddziaływać na naszą rzeczywistość moralną?” Pytanie tak naprawdę retoryczne. Bo rzeczywiście: dlaczego fizjologia miałaby decydować o wyborze przez nas takiego a nie innego systemu etycznego? Dla mnie jest to jeszcze jeden argument o rozłączności… (a może nawet wzajemnej opozycyjności) natury z tworzoną przez człowieka kulturą.
Ale czy stworzona przez Homo sapiens kultura sama nie staje się częścią natury? Błędne koło czy powrót do „boskich” źródeł?

greydot

Czytam ciekawy wpis na blogu Katarzyny Piotrówny pt. „Odwrócona natura głupoty”. Takie np. fragmenty: „Głupota nie istnieje, a na pewno jest czymś innym, niż na co dzień sądzimy. (…) Nazywanie kogoś idiotą to chodzenie na łatwiznę. (…) Głupota jest nabytą umiejętnością postępowania, a nie wrodzoną cechą charakteru. Ludzie nie są z natury źli czy durni – gdzieś się tego nauczyli. (…) To nie człowiek jest głupi, lecz jego działanie. (…) Powodowanie w człowieku zmiany zawsze zaczyna się od (zmiany) świadomości…”
Jakbym czytał kogoś, kto prezentuje teorię behawioralną Skinnera, wg której na człowieka działają tylko wpływy zewnętrzne.
Czy jednak można tu mówić o wyłączności sterowania człowieka przez siły działające z zewnątrz? Czy rzeczywiście od niego samego nic już nie zależy? Taka wiedza krzycząco nie zgadza się z naszym poczuciem autonomii i indywidualizmu. A jednak….

Jeśli przestępstwo jest zawinione to niestety – głupota również.
Nie można zrzucić odpowiedzialności na psychologię (ani nawet na geny), nawet gdyby się chciało. Wygląda na to, że nic poza człowiekiem podmiotowym, nie może odpowiadać za nic. Wszelkiej odpowiedzialności uczy dopiero kultura (a raczej: to dopiero dzięki kulturze pojęcie odpowiedzialności nabiera sensu).
Innymi słowy: podobnie jak zakwalifikowanie jakiegoś czynu jako przestępstwo, również uznanie jakiegoś postępowania za głupie, jest kwestią umowną (wynika z kultury – podobnie zresztą jak sam brak kultury). I podlegającą naszemu uprawomocnieniu.

Ech, znowu wychodzi na to, że stwarzamy świat, w którym żyjemy (mimo, że nasze jego postrzeganie jest tylko pewnego rodzaju interpretacją „rzeczywistości” – czyli tego, co istnienie niezależnie od nas). A właściwie stwarzają nas dopiero inni ludzie, bez których nie moglibyśmy nawet poznać samego siebie – bo staje się to możliwe tylko w relacji do innego, poszukującego siebie (swojej tożsamości) człowieka.

PS. Czy nagminność głupoty nie da się przypadkiem wytłumaczyć za pomocą teorii neuronów lustrzanych?

greydot

Czy jesteśmy tylko nośnikami i przekazicielami genów? Jeśli tak, to dlaczego obdarzono (?) nas tak wielką samoświadomością (bo mimo naszej niewiedzy jest ona w ożywionym świecie ewenementem) a nasz mózg jest tak niewyobrażalnie skomplikowaną i zadziwiającą konstrukcją?
Po co to wszystko?
Czy to możliwe, by tylko przypadek decydował o tej fenomenalnej złożoności życia?
Czy to możliwe, że od przypadku do przypadku powstało coś tak cudownego, jak ludzki mózg?

(Te pytania są skierowane do tzw. neodarwinistów oraz do całej współczesnej nauki, której przedstawiciele w przytłaczającej większości uznają za prawdziwą hipotezę mówiącą o tym, że to przypadek zdecydował o pojawieniu się życia na naszej planecie. Nie jest to więc pogląd niszowy ani tym bardziej dziwaczny czy też celowo obrazoburczy, jakim mógłby się wydawać na pierwszy rzut oka katolickiej większości naszego kraju.)

greydot

Notować własne myśli?
Co za pycha – mógłby ktoś powiedzieć. Uważać, iż narodzą się w naszej głowie idee nigdy jeszcze nie pomyślane, a w duszy – uczucia nigdy jeszcze nie doświadczone.
A przecież miliardy mózgów, kłęby nerwów…
Oryginalna myśl? To ponoć tylko nie wykryty plagiat. Nic nowego pod słońcem – słyszymy.
A my sami? Czy ktoś wcześniej cierpiał nasz ból, lękał się naszych demonów, śnił nasze marzenia?
I ten szum oceanu, ciepły piasek pod naszymi stopami, fale dotykające skóry… bicie serca…

greydot

Ludzie piszący to istoty szalenie naiwne.
Naiwne po trzykroć:
Po pierwsze – dlatego, że naiwnie się łudzą, iż to, co piszą, inni przeczytają.
Po drugie – dlatego, że się naiwnie łudzą, iż to, co inni przeczytają, zarazem zrozumieją.
Po trzecie – dlatego, że się naiwnie łudzą, iż to, co inni przeczytają i zrozumieją, coś zmieni.

A może zmieni?…

greydot