PO CIEMNEJ STRONIE („Zabić bobra”, „Lęk wysokości”)

Podczas ostatniego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce można było również obejrzeć obrazy w tonacji ciemniejszej: najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego „Zabić bobra” oraz „Lęk wysokości” – fabularny debiut Bartosza Konopki. Oba warte uwagi i plasujące się moim zdaniem w czołówce polskiego kina ostatnich lat.

Mrocznie, gwałtownie, desperacko, tragicznie… Kolski w „Zabić bobra” pławi się w ciemnej tonacji

ZABIĆ…

Jan Jakub Kolski mnie zaskoczył. Z pobrzmiewającego sielsko realizmu magicznego (exemplum: „Pogrzeb Kartofla”, „Jancio Wodnik”, „Grający z talerza”, „Jasminum”), solidnej klasyki („Pornografia”) i nostalgicznej malowniczości („Wenecja”), przerzucił się w „Zabić bobra” na męski i brutalny thriller eksplorujący ciemne strony psychotycznej osobowości weterana kilku wojen i killera w jednej osobie. Tym anty-bohaterem jest Eryk (grany przez swojego imiennika, Lubosa), który przybywa do własnego, opuszczonego przed laty domu, by przygotować się do pewnej tajemniczej misji. Kolski ponownie wraca tu do popielawskich plenerów swej rodzinnej wioski – jakże jednak zmienionych, bo zamiast scenerii malowniczych i na poły magicznych widzimy miejsce opuszczone i odizolowane od świata, zgodnie jednak korespondujące ze stanem psychiki cierpiącego na PTSD agenta-zabijaki-żołnierza, który nawet w tak odosobnionym i bezludnym miejscu nie może się powstrzymać od kompulsywnego strzelania – choćby do ludzkich sylwetek z kartonu czy właśnie do Bogu ducha winnych (ale za to metaforycznych) bobrów. Z tej rutyny wybija go nagłe pojawienie się enigmatycznej sąsiadki (Agnieszka Pawełkiewicz) – młodej dziewczyny, która mimo szorstkości i gwałtowności Eryka, lgnie do niego niczym mucha do (śmiercionośnego dla niej) lepu. Tę dziwną parę wpierw ogarnia seksualna desperacja przejawiające się w kopulacyjnym szale, ale już wkrótce ich związek nabiera cieplejszych barw i zaczyna się kręcić bardziej wokół serca i uczuć, niż genitaliów i czystej chuci, mimo… a może nawet dzięki temu, że oboje wydają się skrywać jakieś osobiste tajemnice i są poranieni przez życiowe przejścia i traumy.

Jak to podobno określił sam Kolski, w filmie tym „eksploruje” on „zejście na dno samego siebie”. Wprawdzie trudno mi jest wyobrazić sobie dziecięco wrażliwego artystę (a takim w moim odczuciu jest JJK) w roli paranoicznego hit-mana zstępującego wgłąb własnych piekieł, jednak skuteczność z jaką reżyser oddaje na ekranie mroczną i gwałtowną stronę ludzkiej natury, rodzi jednak przypuszczenie, że jest mu ona znana nie tylko z filmów (choćby Scorsesego, Tarantino czy Bessona), ale i z jakichś zakamarków własnej psyche, co w połączeniu z jego warsztatową perfekcją (bo to nieprawda, że w „Zabić bobra” on od niej odszedł, kreśląc na ekranie obraz surowy i zgrzebny) daje zaskakująco mocny efekt. Wprawdzie czerń tego filmu bardziej jest jednak metaforyczna niż dosłowna i rzeczywista, to jest ona równie przekonująca i klimatyczna, jak kolorowe światy Kolskiego, które pamiętamy z jego wcześniejszych obrazów. Czyżby więc cień był czymś co uzupełnia światło – a jasność tak naprawdę nabierała sensu dopiero przy mroku?

Całość filmu spina nie tylko pewna ręka Kolskiego, ale także rewelacyjna kreacja Eryka Lubosa, którzy chyba dopiero w tym filmie pokazał na co tak naprawdę go stać, choć przecież do tej pory zwrócił już na siebie uwagę kilkoma dobrymi rolami. Moim zdaniem idealnie wpisuje się on w tę ciemną, paranoidalną, gwałtowną i zagadkową „poetykę” aplikowaną przez Kolskiego, który – jak widać – równie dobrze czuje się w świecie filmowej przemocy ukazanej naturalistycznie, jak i w fantazyjnej sielskości oddawanej na ekranie niemalże magicznie.

Pobrzemiewają w tym filmie jakieś (wilcze?) echa dziejących się na świecie wojen, szczucia psami i obław na ludzi, których odczłowiecza się mówiąc o nich „wróg”; „esencjonalnych” zabójców (zarówno w mundurach, jak i bez), którzy dostali się w nieludzką machinę walki na śmierć i życie – w szpony terroru rozsiewanego w imię walki o wolność.
Ale czy to są echa obce i egzotyczne? Dobiegające nas tylko z jakichś odległych krain i zupełnie nas nie dotyczące?
Odpowiedź filmowców, którzy z uporem wracają do ciemnej strony człowieka, zajmując się jego gwałtowną naturą, wydaje się brzmieć: Nie, to nie są tylko fantazje i rojenia. Nie jesteśmy tylko takimi znudzonymi konsumpcją dużymi chłopcami, bawiącymi się w kino. Te lęki, strachy i obsesje są w nas – może skryte gdzieś w głębi, na dnie naszych piekieł, lecz ciągle jednak obecne i dające o sobie znać, nieraz w bolesny i przerażający sposób – w naszych przeczuciach, obawach, intuicjach i premonicjach – w  koszmarach ukazujących się nam na jawie i we śnie. A to wszystko może być również Twoim udziałem, kochany widzu, rozparty wygodnie w fotelu.

LĘK…

Syn poszukuje miłości w cieniu choroby psychicznej ojca… („Lęk wysokości”)

Choroba psychiczna nas przeraża, ale i fascynuje. Jednak kiedy dotyka bliską nam osobę – np. kogoś z naszej rodziny – wtedy staje się dla nas czymś osobistym, może nawet intymnym – jednym z najważniejszych doświadczeń egzystencjalnych w naszym życiu. Przeżyciem najczęściej bardzo traumatycznym, ale też i w pewnym sensie katarktycznym, mogącym określić nasze miejsce w świecie i uświadomić nam sposób, w jaki jesteśmy uwikłani w relacje z innymi ludźmi. Antoni Kępiński, jeden z najsłynniejszych polskich psychiatrów, który jak nikt inny potrafił chorobę psychiczną wpisać w kontekst naszej kultury i wypełnić ją głębokim humanizmem, napisał kiedyś, że stosunek jaki mamy do ludzi chorych psychicznie jest miarą naszego człowieczeństwa. W „Lęku wysokości” objawia się to w sposobie, w jaki syn próbuje sobie radzić z pogrążającym się w psychozie ojcu: Marcin Dorociński gra robiącego karierę dziennikarską Tomka, dowiadującego się nagle o tym, że ojciec (Krzysztof Stroiński), z którym zresztą nie utrzymywał ostatnio bliższych kontaktów, trafił na oddział szpitala psychiatrycznego. Syn spotyka się z ojcem, ale trudno między nimi o jakiekolwiek porozumienie – i to nie tylko z powodu zaburzeń psychicznych tego ostatniego. Na przeszkodzie stają tu głównie pewne – choć nie dość jasno określone – epizody z ich rodzinnej przeszłości (zdrada matki? brak porozumienia, zerwane więzi?) Nieoczekiwanie, wbrew pogarszającemu się stanowi ojca, syn zaczyna się do niego zbliżać, odnajdując w nim coś, co porusza jego wrażliwość i być może pozwala dotrzeć także i do własnych lęków, z którymi prędzej czy później trzeba będzie sobie poradzić. W ten sposób buduje się jego dojrzałość, może nawet określa tożsamość umożliwiająca mu zmierzenie się ze zmianami we własnym życiu – z perspektywą zostania mężem i ojcem.

Fabularny debiut Bartosza Konopki wpisuje się w nurt kina – gotów jestem nazwać je melancholijno-intymnym – który w naszej rodzimej kinematografii objawił się ostatnio w takich obrazach, jak choćby „Erratum”, „Kret” (nota bene oba te filmy ukazują także relację ojciec-syn), „Matka Teresa od kotów”, „Rysa”, „33 sceny z życia”, „Wymyk”, „Mój rower”… Filmy te zajmują się trudnymi relacjami członków najbliższej rodziny (wynikającymi zazwyczaj z traumy spowodowanej jakimś nieszczęściem – tragicznym wydarzeniem, chorobą, wypadkiem…) i robią w to sposób kameralny – zazwyczaj powściągliwy i zniuansowany, prosty ale wieloznaczny, moralitetowy ale unikający wydawania jakichkolwiek sądów. I za każdym razem podbudowany znakomitym aktorstwem (w tym przypadku: przejmujący duet Dorociński – Stroiński), bez którego żaden z tych filmów nie mógłby unieść wielkiego emocjonalnego ciężaru, pokładanego w nich przez ich twórców – zwłaszcza przez scenarzystów i reżyserów, dla których każdy z tych filmów jest wypowiedzią nad wyraz osobistą i ważną.

W NAS

Człowiek w niebezpieczeństwie ma do wyboru dwie drogi działania: uciec albo atakować. Dotyczy to oczywiście również artysty, a szerzej – twórcy, który czując się zagrożony i nękany, postanawia zmierzyć się z własnymi lękami, cierpieniem i traumą, zanurzając się w ciemnościach i piekle własnego wnętrza; albo też ucieka od tego w krainę ułudy i zmyślenia, gdzie może się poczuć lepiej – w jasnej swej fantazji, ogrzewając się światłem kolorowych krain, robiąc sobie jakiś mały raj czy niebo.
No… być może przesadzam z kwiecistością tej alternatywy, ale chyba każdy z czytających te słowa dokładnie wie, co mam myśli: chodzi z grubsza o to, czy mamy uciekać od świadomości istnienia zła i wrażych sił w świecie (i w nas samych), czy też wręcz przeciwnie? Czy lepiej jest zło pamiętać, czy może raczej zapomnieć – dostrzegać tylko jasne strony świata, czy też spojrzeć czasami także wgłąb jego mrocznej studni…? Zakładając, że taki wybór mamy. A przecież są sytuacje, kiedy jednak żadnego wyboru nie ma i czujemy się jak byśmy byli miażdżeni przez bezwzględne fatum – wydani na łaskę i niełaskę żelaznego determinizmu.

Zapewne ani Kolski, ani tym bardziej Konopka nie czują się pod obstrzałem „pocisków zawistnego losu” (o taki hamletyzm ich nie podejrzewam – nie tylko dlatego, że szekspirowszczyzna już od dawna wydaje się być anachronizmem), ale jednak: pierwszy mówi, że schodzi w swym filmie na dno własnego piekła, które chce zbadać (i być może zabić tam prześladującego go bobra?); drugi zaś, że inspiracją i powodem zaistnienia filmu była jego własna sytuacja życiowa, a mianowicie chory psychicznie ojciec, któremu nota bene swój „Lęk wysokości” zadedykował.

Co ryzykujemy schodząc do podziemia własnej duszy? Czy tylko wtedy możemy zabić grasujące w nim demony? A może wręcz przeciwnie: to, że się w ciemność zapuścimy sprawi, że z łańcucha zerwą się czające się tam biesy?
Być może jednak tylko w ten sposób jesteśmy w stanie oswoić nękające nas lęki – eksternalizując je, nazywając, stawiając im czoła?  Artysta o tyle znajduje się w lepszej sytuacji, że może to wszystko robić za pomocą sztuki – i niejako w jej obrębie zlokalizować pole bitwy. Zmobilizować własną wyobraźnię – za pomocą fikcji i zmyślenia zmierzyć się z tym, co niepokoi go całkiem realnie. Bo przecież do końca nie wiemy czym tak naprawdę jest rzeczywistość: może całe nasze życie jest rodzajem filmu, który wyświetlają sobie znudzeni bogowie?

Podróże wgłąb własnego jądra ciemności – „Zabić bobra” i „Lęk wysokości”

*

„WENECJA”, „ŚLUBY PANIEŃSKIE”, „KOŁYSANKA”, „ŚWIĘTY INTERES”, „MAŁA MATURA 1947”, „MOJA KREW”, „WICHRY KOŁYMY” (o filmach 22. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, cz. I) )

Wprawdzie Festiwal Filmu Polskiego jest dopiero na półmetku, to jednak – kontynuując wątek jesieni w kinie – chciałbym już teraz podzielić się z Wami wrażeniami jakie wyniosłem po obejrzeniu siedmiu filmów, które znalazły się w repertuarze chicagowskiej imprezy.

”WENECJA” (reż. Jan Jakub Kolski)
** * * * * *

Okrutny świat widziany oczyma dziecka nie przestaje być światem tajemniczym i magicznym

„Wenecja” to bez wątpienia najpiękniejszy wizualnie film Jana Jakuba Kolskiego – co jest zachwytem tym większym, że przecież dotychczasowe jego filmy też pod tym względem sroce spod ogona nie wypadały, wyróżniając się urodą wręcz magiczną spośród innych obrazów polskiego kina nurzających się z namiętnością wręcz turpistyczną w szarzyźnie i przaśności europejskiej prowincji, jaką niektórzy widzą nasz kraj od zawsze.
Każde dziecko wie, że JJK to jeden z najbardziej oryginalnych naszych twórców filmowych, że jego filmy rozpoznać można na kilometr, i że zawsze jest w nich magia, którą Kolski wyciąga jak królika za uszy z przepastnego i zaczarowanego kapelusza swojej dziecięcej wyobraźni. Przy czym, jego pierwsze filmy nie udawały tego, że są jakąś drugą stroną lustra naszej twardej, prozaicznej i rozczarowującej rzeczywistości, tworząc swój autonomiczny a cudowny świat niczym z baśni dla dzieci mniejszych i większych. Z czasem jednak (głównie z prozaicznego względu, jakim był brak materialnych środków do kreacji tychże światów) Kolski zbliżał się do „realizmu”, nie rozwiewając wszak swej poetyckiej aury i nie pozbywając się wielkiej a zmysłowej wrażliwości na barwę, obraz, muzykę… ani tej lirycznej głębi i subtelnego drżenia pod „ludzkimi żebrami” (te ostatnie, ujęte w cudzysłów słowa, to autorskie określenie JJK odnoszące się do… serca, duszy, nerwów, trzewi – czyli do ludzkiej wrażliwości.)

Chłopięce marzenia zderzają się z realnym koszmarem

„Wenecja” Kolskiego to czysta poezja dla oka, ale już nie miód dla naszej duszy – bo tyle w nim gorzkiej i bolesnej melancholii, że można nią obdzielić kilka najsmętniejszych nawet obrazów. Bo taki też był okres, w jakim osadzona została akcja filmu, którego pomysł zaczerpnięto z jednego z opowiadań Włodzimierza Odojewskiego (chodzi konkretnie o „Sezon w Wenecji”). Jest to historia 11-letniego chłopca, którego dojrzewanie przypadło (czy musimy dodawać: jakże niefortunnie?) na czas wybuchu II wojny światowej, niemieckiej okupacji, sowieckiej „wyzwoleńczej” inwazji i… dość nieodpowiedzialnego szlajania się jego własnej matki, która pozostawiła go na pastwę niespełnionych marzeń, znienawidzonego miejsca (popadły w ruinę pałac zaludniony niespełnionymi w życiu ciotkami) i bolesnych doświadczeń tamtego okrutnego czasu.
Trudno twórców „Wenecji” posądzać o jakiekolwiek zapożyczenia (z wyjątkiem ścieżki dźwiękowej, która ponoć okazała się być plagiatem, więc musiano ją zmienić – nota bene na znakomitą), ale film przywiódł mi do głowy pewne skojarzenia… choćby z „Tajemniczym ogrodem”, choćby z „Labiryntem Fauna” czy z „Alicją w Krainie Czarów”, a nawet z „Pannami z wilka”… ale to pewnie dlatego, że oglądam zbyt wiele filmów. Obraz Kolskiego ma natomiast bardzo specyficzny i ogarniający wszystko (przemożnie) klimat, co jest już bez wątpienia jak najbardziej autorską zasługą samego reżysera, ale i również – nie można o tym nie wspomnieć w jakiejkolwiek uczciwej recenzji tego filmu – operatora zdjęć Artura Reinharta.

Marcin Walewski w „Wenecji”

Kolskiemu udało się również (jakimś cudem?) ożenić w swoim filmie ogień z wodą. Woda to wg mnie powolna akcja, niespieszne tempo, długie a wymowne spojrzenia, rozległe panoramy, ciemna chromatyka… Ogień zaś to te krótkie, ale jakże dramatyczne i bolesne spięcia: strzał w tył głowy polskiego oficera w Katyniu, wyrok wykonany (przez dzieci, zresztą) na volksdojczu, Niemiec-meloman mordujący żydowskiego chłopca, sowiecki wirtuoz-pianista robiący w piwnicy masakrę za pomocą swojej pepeszy, czy wreszcie – last but not the least – zbombardowanie i ostrzelanie przez niemieckie samoloty kolumny polskich żołnierzy (muszę tu napisać, że ta ostatnia scena jest zrealizowana przez polskich filmowców bez mała genialnie – moim zdaniem Hollywood i sam Spielberg mógłby się czegoś z niej nauczyć).
Chociaż… zauważam tu lekko niepokojącą nutę w ewolucji Kolskiego, jako twórcy kina. Czyżby to była skłonność do postępującego z wiekiem poddania się fatalizmowi, a nawet pesymizmowi ludzkiego losu?
Mam nadzieję, że nie – że to jeszcze nie ten czas, a może nawet nigdy do tego nie dojdzie i Jak Jakub pozostanie jednak chłopcem do końca swojego życia? Wbrew temu co powiedział na ten temat w jednym ze swoich ostatnich wywiadów:
„Jestem chyba w tym najlepszym okresie swojego życia – to te najwłaściwsze, najlepsze 5 lat w mojej pracy, kiedy już jestem wystarczająco dojrzały i zaawansowany warsztatowo, żeby móc ten świat (filmu) organizować przemyślnie; a (z drugiej strony) mam ciągle tę ciekawość małego chłopca, który wygląda przez moje oczy i chce się dziwić światu. Pewnie ta kombinacja nie potrwa długo, bo jak każdy mężczyzna w moim wieku zacznę cynicznieć i nie będę miał już ciekawości patrzenia na kolejne rzeczy, i nie będę się dziwił, i nie będę robił dużych oczu, i nie będę się czerwienił ze wstydu…”
Panie Janie Jakubie Kolski – to czerwienienie ze wstydu można sobie darować, ale życzę Panu, by nie uległ Pan cynizmowi a oczy nadal miał Pan szeroko otwarte od wiecznego zadziwiania się tym naszym strasznym i cudownym zarazem światem.

Okrutne czasy to także czasy przyśpieszonego dojrzewania

*

”ŚLUBY PANIEŃSKIE” (reż. Filip Bajon)
** * * * * *

Niekiedy zasadne wydaje się pytanie, czy warto ruszać stare i zmurszałe trupy polskiej literatury, przewracając je na różne strony, wygrzebując „uniwersalizmy”, reanimując, post-modernistycznie udziwniając (co najczęściej nazywa się „uaktualnianiem”)… Czy nie lepiej zostawić je w środowisku w którym „czują się” one najlepiej – czyli we własnym sosie kontekstu epoki i jej konwencji, tudzież w muzeum zbiorowej wyobraźni odwiedzanym zazwyczaj przez szkolne wycieczki pędzone tam tłumnie w ramach obowiązku poznania kanonu szkolnych lektur?

Fredro – reaktywacja (Maciej Stuhr i Borys Szyc w filmowych „Ślubach panieńskich”)

Kiedy polskim filmowcom taki reanimacyjny zabieg się udaje (jak np. Wajdzie z „Weselem” czy „Panem Tadeuszem”) to odpowiadamy, że niekoniecznie – że dobrze się stało, iż kino to truchło rewitalizowało. Kiedy zaś udaje się miernie i zwłoki nie trzymają się – nomen omen – kupy (jak np. Kawalerowiczowi z „Quo Vadis” czy Hoffmanowi z „Ogniem i mieczem”), to nasza odpowiedź brzmi: tak, lepiej było nie ruszać, nie tykać, nie kręcić…
„Śluby panieńskie” Filipa Bajona stoją tu gdzieś pomiędzy: tak jakby reanimacja nie powiodła się do końca – tzn. coś się tam rusza, ale już raczej nie podskoczy; niby jest OK, ale jednak coś szwankuje; niby kolorowo, dziarsko, staro-polsko i zabawnie, ale coś jakby na niby, więc trzeba się ratować laptopem, ciężarówką, plastikiem i komórką.
Ale nie róbmy sobie (aż takich) jaj z pogrzebu. Bowiem wysiłek Bajona (i innych twórców filmu, w tym zwłaszcza aktorów) zasługuje na choćby mały dyg i czapkę z głowy.
Co więc powstrzymuje nas od ukłonu do samej ziemi (o powaleniu na kolana nie wspominając?)
Otóż powodów jest kilka. Być może Fredro tak się postarzał, zmuzealniał i zmurszał tak, że już nic go ruszyć nie może, nawet talent Bajona, Więckiewicza, Szyca, scenografów, kamerzystów i Stuhra? Być może „śluby panieńskie” w odniesieniu do naszych współczesnych dziewic i panienek mogłyby się już tylko wydać śmiechu wartym „obciachem”, albo i nawet „badziewiem”? Być może, po prostu, całe to zamieszanie to wiele hałasu o nic? Być może…
Ale mnie najbardziej doskwierały te pomysły Bajona z komórkami, plastikiem i tabloidem z Olszówką na okładce. Moim zdaniem – nie przypiął, ni przyłatał. Mało: rozbijają one wg mnie cały film, bo zmuszają nas (tak obcesowo i brutalnie zresztą) do porzucenia konwencji – tak, że dalej już nie mogliśmy udawać, że to wszystko ma sens i zaczepienie w jakimś spójnym świecie, choćby w świecie naszej wyobraźni (który przecież, na swój sposób, też musi być spójny). Jednym słowem: Bajon popsuł nam tym zabawę. Tym bardziej, że ta jego współczesność wypadła tak strasznie niemrawo i jest jej tam tyle, co kot napłakał.

Dalsze podchody polskiego kina do lekko zmurszałej narodowej literatury (Anna Cieślak i Marta Żmuda-Trzebiatowska w „Ślubach panieńskich” Fredry i Bajona)

Oczywiście, że podobnych zabiegów (z łamaniem konwencji, chronologii i spójności epoki;  z przypominaniem widzowi, że to tylko kino, że wszystko na sprzedaż, że to tylko taka zabawa „na niby”) w kinie dokonywano bez liku. Lecz takie operacje zawsze niosą ze sobą pewne ryzyko i udają się stosunkowo rzadko. Bajon zaryzykował i… udało mu się to średnio – a właściwie to nie udało mu się to wcale, i na jego miejscu te komórki i plastiki z Fredry bym wyciął. Bo do imć hrabiego pasują one jak wół do karety i tylko mogą przewrócić go w grobie – do czego, miejmy nadzieję, nie dojdzie.

Polskie wampiry – cokolwiek anemiczne

„KOŁYSANKA” (reż. Juliusz Machulski)
** * * * * *

Mimo wielkiej sympatii jaką przejawiam (osobiście) do Juliusza Machulskiego, czuję się zmuszony napisać, że jego najnowszy film, (który w zamierzeniu miał być „pełnokrwistą komedią”) wzbudził we mnie uczucia nad wyraz mieszane: od bardzo umiarkowanego rozbawienia po… niestety, zażenowanie. Ja wiem, że Machulski kinem się bawi (bo jak sam mówi to dla niego „zabawka”), tylko – na Drakulę! – dlaczegóż on się tym kinem bawi na poziomie 12 letniego chłopca (a nie chłopca 50-letniego, który jest przecież  niezwykle sprawnym rzemieślnikiem kina, człowiekiem o niepoślednim poczuciu humoru i nietuzinkowej inteligencji)?
Wydaje mi się, że cała reżyserska para Machulskiego poszła w „Kołysance” na zabawę w pastisz filmów grozy (o wampirach), przy jednoczesnym zaniedbaniu takich „drobiazgów” jak fabuła (w tym filmie prawie żadna) i dramaturgia (której w „Kołysance” też w zasadzie nie ma, bo wszystko staje się przewidywalne, mimo pozorów oryginalności). Malownicza scenografia, robiąca wrażenie charakteryzacja, dobre aktorstwo (choć z tym ostatnim jest w „Kołysance” różnie)… wszystko to właściwie tylko wzmaga moje poczucie, iż oto zmarnowano dobry skądinąd pomysł na niezłą komedię o polskich wampirach, która jednocześnie miałaby jakiś ostrzejszy satyryczny… hm…ząb. Niestety, te ząbki wyleciały, jak – nie przymierzając – cudacznemu dziadkowi wampirowi, granemu w „Kołysance” przez wyróżniającego się niebanalna urodą Janusza Chabiora.
A zaczęło się świetnie: sama czołówka filmu jest rewelacyjna! Niestety, im dalej, tym robiło się już coraz bardziej swojsko, czyli dość anemicznie, mdło i nijako, no i w końcu wszystko osiadło na sitcomowej mieliźnie.
Z przykrością pisze te słowa, bo życzę Machulskiemu jak najlepiej, ciągle się niestety zawodząc na jego komediowym wyczuciu, które zbyt często nie wyrasta ponad poziom sztubackiego skeczu. Może nadszedł czas by trochę… spoważnieć? Tym bardziej, że ostatni film reżysera jakim był „Koń trojański”, sprawił mi doprawdy miłą niespodziankę. Może właśnie dlatego, że objawił się tam Machulski w roli kogoś, kto potrafi opowiedzieć ciekawą historię o ludziach, niekoniecznie usilnie przy tym dowcipkując i robiąc ze swoich bohaterów niezbyt rozgarniętych przygłupów?
*

„ŚWIĘTY INTERES” (reż. Maciej Wojtyszko)
** * * * * *

Piotr Adamczyk i Adam Woronowicz w „Świętym interesie” – tym razem już nie tacy święci

Komedie są potrzebne. Zwłaszcza w Polsce – w kraju gdzie często na pierwszy plan pcha się siermiężna powaga, cierpiętniczy dramatyzm i nacjonalistyczno-religijna histeria. Szkopuł w tym, że film Macieja Wojtyszki jest właściwie dowcipem na jedną chwilę, takim filmowym „wicem”, o którym po śmiechu (przypominającym wszak niekiedy rechot) dość szybko się zapomina. Nawet, jeśli jest on solidnie opowiedziany i przedstawiony. A w „Świętym interesie” biorą przecież udział najbardziej „święci” z wszystkich „świętych” polskich aktorów – Piotr Adamczyk (pamiętny z roli Jana Pawła II) oraz Adam Woronowicz (filmowy ksiądz Jerzy Popiełuszko). I w kontekście filmu Wojtyszki, wybór właśnie tych aktorów na odtwórców głównych ról w „Świętym interesie”, nie wydaje się być przypadkowy.
Ale nie wydaje się też być zasadny, bo czymś ponad przeciętnym, ci – skądinąd dobrzy – aktorzy w tym filmie raczej wykazać się nie mogli.
„Święty interes” ma swoje dobre momenty, jest całkiem nieźle sfotografowany (a nawet pobrzmiewa w nim muzyka naszego wielkiego kompozytorskiego tuza Zygmunta Koniecznego – ach ten nasz rodzimy przerost formy nad treścią!) lecz zawartość myślowa, (którą przecież trudno nazwać intelektualną) jest dość mizerna i toporna, by nie napisać – prostacka (ech, te komercyjne skłony i dygi filmowych producentów „pod publiczkę”).
Przedstawiciele chicagowskiego Festiwalu (jak również producent filmu) mówili o nagle wzmocnionej  -przez zachodzące obecnie w naszym kraju wydarzenia – aktualności filmu Wojtyszki (bo powodzie, bo wojna o religijne symbole, bo zderzenie zapyziałej i będącej „sto lat za murzynami” polskiej wsi ze świetlaną europejską Unią…), ale chyba raczyli żartować, że „Święty interes” we wszystkie te problemy wchodzi głębiej, niż ironiczny przytyk pod adresem naszej ludowej religijności, która pada na klęczki przed krzyżem (czy jakimkolwiek pseudo-sakralnym a odpustowym gadżetem, którym w tym filmie jest stara warszawa należąca ponoć ongiś do Karola Wojtyły), by zaraz potem rzucić „ch…m” czy „k…ą”, tudzież utopić sąsiada w małej łyżce wody.
*

„MAŁA MATURA 1947” (reż. Janusz Majewski)
** * * * * *

„Mała matura” – z wynikiem dostatecznym (plus), czyli weterani robią kino solidne ale dość przeciętne

Film całkiem niezły, acz do bólu poprawny. Nic dziwnego, Janusz Majewski to „stary wyjadacz” polskiego kina, mając na swoim sumieniu jedną z najlepszych polskich komedii, a mianowicie pamiętnych „C.K. Dezerterów”.
„Mała matura 1947” wszak nakręcona jest już bardziej „po bożemu”, bez anarchizmu, sprośności i dezynwoltury tamtego filmu, co jednak nie oznacza, że sztywno, kostycznie, bez polotu i na kolanach. Nie, to obraz „gładki” ale dający się oglądać z zainteresowaniem; operujący stereotypami, lecz korespondujący dość wiernie z rzeczywistością historyczną Polski pierwszych lat powojnia; no i zaludniony ciekawymi personami (a jednocześnie weteranami) polskiego aktorstwa, wśród których prym wiodą Jan Zborowski, Olgierd Łukaszewicz i Wojciech Pszoniak (wszyscy oni sprawiają wrażenie/boć przecie nie anieli/jakby z wystąpienia w „Małej maturze”/niezły ubaw mieli). Wspomnieć także wypada o Arturze Żmijewskim i Marku Kondracie, którzy jednak zachowują bardziej poważne, a może nawet marsowe oblicze, no i może jeszcze o ein Knie Soni Bohdziewicz.
Oprócz tego Majewski pozwolił wystąpić w swoim filmie całej paczce młodych debiutantów, którzy grają absolwentów krakowskiego gimnazjum im. Jana III Sobieskiego. I to właśnie oni są głównymi bohaterami „Małej matury”. Dodać należy, iż młodzieńcy ci wywiązują się tu ze swojego obowiązku całkiem przyzwoicie (naturalnie z wyjątkiem… momentu, kiedy udają się gremialnie, czyli tzw. „całą churmą” do burdelu).
Żarty żartami – ale śledząc losy filmowych bohaterów nie zawsze jest nam jednak do śmiechu. Bo były to czasy, kiedy było już wiadomo, że bez upodlenia Polaków przez „Ruskich” obyć się nie może, że młodość chmurna i durna doświadczona zostanie nie tylko przez hormony ale i przez wredną politykę, że zabawy w patriotyzm mogą się skończyć tragicznie…
Na pewno film Majewskiego kamieniem milowym kina polskiego nie jest, jest natomiast kawałem solidnej filmowej roboty, i choćby ze względu na to warto mu poświęcić te półtorej godziny swojej uwagi.
*

„MOJA KREW” (reż. Marcin Wrona)
** * * * * *

Rzecz w naszym kinie dotychczas niespotykana: miłość polskiego boksera do wietnamskiej imigrantki (desperacka, mroczna i gwałtowna)

Film mocny, brutalny, bez mała desperacki… również w tej swojej rozedrganej nerwowości chorobliwy tak, jak jego główny bohater – pocięty, zakrwawiony, posiniaczony i śmiertelnie chory bokser Igor, grany z ciężkim, ale jednocześnie nie pozbawionym polotu fatalizmem umęczonego życiem naturszczyka przez Eryka Lubosa, (który rasowym aktorem bez wątpienia jest, więc owo miano „naturszczyk” traktować tu należy jak komplement).
Jak już wspomniałem, „Moja krew” to film mocny – z mocną kreacją Lubosa, solidną realizacją (zdjęcia, muzyka, montaż…) – ale niestety z niezbyt mocnym (przynajmniej miejscami – bo pomysł nań był bez wątpienia bardzo oryginalny i ciekawy) scenariuszem, którego w kilku momentach rozkłada jego nieprawdopodobieństwo (i to zarówno jeśli chodzi o wydarzenia, jak i psychologię postaci). Również główny wątek odnoszący się (a jest to niewątpliwie pewna nowość w kinie nad Wisłą) do zderzenia kulturowego polskiej rzeczywistości z Azją, pozostaje na pewnej stereotypowej płyciźnie – i wygląda na to, że bardziej był on potrzebny autorom filmu do podbudowania postaci Igora i jego życiowego dylematu, niż wyrastał z chęci jakiejś głębszej mentalno-kulturowej eksploracji obcego nam świata.
Napisawszy to, nie mogę wszak nie pochwalić młodej wietnamskiej debiutantki (Luu De Ly), która wniosła do filmu Wrony wielką delikatność i kruchość, tak potrzebną przecież w kontrapunkcie do brutalności, szorstkości i gwałtu, jakim przepełniona jest postać Igora.
Tak więc, Polak z Wietnamką tworzą parę niezwykłą, ale przedstawienie ich relacji w tym filmie na pewno nie wyczerpie zapotrzebowania w naszym kraju na zajęcie się problemem stosunku Polaków do mniejszości etnicznych, które przecież w Polsce istnieją, choć spychane są na margines społecznej świadomości.
Uwagę zwraca styl w jakim Marcin Wrona zrobił ten film. Niby nonszalancki, spontaniczny i niedbały, a jednak w tej swojej clipowej, werystycznej manierze niezwykle precyzyjny, konsekwentny i zdecydowany. Rezultatem tego niezwykłego mariażu jest oryginalność, która może być kiedyś rozpoznana jako znak firmowy tego reżysera, czego mu zresztą życzę.
„Moja Krew” to właściwie debiut fabularny Wrony. Wszystko wskazuje więc na to, że  będzie można się po nim spodziewać jeszcze lepszych niż omawiana tu „Moja krew” filmów (i, podobno, jego najnowszy obraz „Chrzest”, takim właśnie filmem jest, o czym chciałbym się jak najszybciej przekonać).

Mocna i brutalna „Moja krew” Marcina Wrony

*

„WICHRY KOŁYMY” („Within the Whirlwind”, reż. Marleen Gorris, Niemcy/Polska/Belgia)
** * * * * *

Nie łudźmy się – te miliony ofiar, które zginęły w sowieckich Gułagach, to nie jest sprawka tylko jednego potwora (jakim chcemy widzieć Stalina). To wszystko było możliwe dzięki koszmarnie choć chaotycznie rozbudowanej machinie systemu, który nota bene tworzyła (wprawiała w ruch i oliwiła) nie tylko Komunistyczna Partia ZSRR, ale większość Rosjan. W tym (a może nawet zwłaszcza?) ci, nawiedzeni ideowo karierowicze, których de facto reprezentantem była także Eugenia Ginsburg,  główna bohaterka „Wichrów Kołymy”.

Emily Watson i Agata Buzek – razem na nieludzkiej ziemi

Ginsburg to znana postać. Jej „Stroma ściana”, w której opisała swoje doświadczenia łagrowe na zesłaniu na Syberii (w sumie, w niewoli, spędziła ona 18 lat swojego życia), to obok książek Sołżenicyna i Szałamowa kanon literatury „łagrowej”. Ale jak na ironię, w odróżnieniu od innych autorów (także tych naszych, rodzimych, takich jak np. Józef Czapski i Gustaw Herling-Grudziński), autorka właściwie nigdy (dobrowolnie, czy też raczej świadomie i z rozmysłem) dysydentką komunizmu się nie stała (a nawet, po tych doświadczeniach łagrowych, wstąpiła ponownie do KPZR). „Wrogiem ludu” stała się niejako z nadania swojej macierzystej partii, oskarżona ( i skazana na 10 lat ciężkich robót) za udział w spisku, w którym zresztą nigdy nie wzięła udziału.
Lecz niestety, reżyserkę  Marleen Gorris (jak również autorów scenariusza), te ideowe meandry i dotarcie do sedna (oraz genezy) totalitarnego koszmaru nie wydają się zbytnio obchodzić. Obchodzi ich natomiast głównie inteligentna, silna choć wrażliwa oraz żywotna choć pozbawiona wolności kobieta i jej walka o przetrwanie w nieludzkich warunkach obozowej rzeczywistości. Także miłość, jaka ją w obozie spotkała. Oto dlaczego „Wichry Kołymy” są bardziej melodramatem, niż autentycznym i dogłębnym oskarżeniem systemów totalitarnych, z ich masowym zamienianiem ludzi w niewolników i uśmiercaniem. I jako takie, są filmem naprawdę niezłym, absorbującym, sprawnym technicznie, ze znakomitym wystąpieniem grającej główną rolą Emily Watson (pamiętnej z ról w tak dobrych filmach, jak „Przełamując fale” Larsa Von Triera czy „Hillary and Jackie” Tuckera).
Warto też wspomnieć, że film jest międzynarodową koprodukcją, ze sporym udziałem polskich aktorów (Agata Buzek, Maria Seweryn, Zbigniew Zamachowski, Krzysztof Globisz) i został nakręcony głównie na terenie naszego kraju.
*

„Wichry Kołymy” – czyli mroźnie ale i melodramatycznie

*