„KONCEPT” W SZTUCE WSPÓŁCZESNEJ – PRZYKŁADY


Długi nos sztuki współczesnej – Musée d’Art Moderne, Paryż (zdjęcie własne)

*

Dopóki w sztuce panowały określone kryteria jej tworzenia i odbioru, dopóty była ona w miarę spójna i dość łatwo można było określić co jest dziełem sztuki, a co nim nie jest. Kiedy po kolei zaczęto wszystkie te kryteria kwestionować, lekceważyć, ignorować i pomijać, taka klasyfikacja stawała się coraz bardziej trudna, aż wreszcie – czego doświadczamy obecnie – wręcz niemożliwa.
Z czasem naruszono wszelkie możliwe tabu i dziś za sztukę uznaje się wszystko, przez co samo pojęcie „sztuka” czy „artyzm” straciło swój sens. Nie wyróżnia już bowiem niczego.

To, co się dzieje we współczesnych galeriach sztuki, przechodzi niekiedy ludzkie pojęcie. „Artyści” przebijają się w swoich szokujących i absurdalnych pomysłach. W ich kontekście, nawet nieśmiałe wspomnienie o takich wartościach, jak dobro czy piękno, grozić może jedynie ośmieszeniem.

Wymiotująca głowa. Nathaniel Mellors – „The Object (Ourhouse)”, British Art Show 7

KILKA POMYSŁÓW NA WYSTAWĘ W GALERII

Grzegorz Klaman chciał w Gdańsku wystawić na pokaz prawdziwe ludzkie płody, lecz spotkały go niejakie trudności z uzyskaniem embrionów ze szpitali, więc zaprezentował jedynie ich zdjęcia.. Wcześniej wykreował eksponat z ludzkich jelit.
Tracy Amin w Brytyjskiej Akademii Królewskiej rozbiła namiot, na jego płótnie powypisywała imiona swoich licznych kochanków, a na środku umieściła embrion, który był rezultatem aborcji po jednej z jej seksualnych przygód.
Bracia Chapman wykreowali grupkę małych dziewczynek, którym z nosów wyrastały męskie członki w stanie erekcji. Inne ich dzieło w postaci wykastrowanych i poćwiartowanych ciał, jest już bardziej konwencjonalne.
– Na oczach publiczności, rozebrany do naga polski artysta, tarza się po leżącym na podłodze krucyfiksie (praca dyplomowa w warszawskiej ASP).
Chris Ofili używa zwierzęcego łajna do dekoracji swych obrazów, a Andres Serrano wsadza krzyż do moczu i fotografuje w locie swoją spermę podczas wytrysku.
Katarzyna Kozyra ustawiła piramidę z wypchanych zwierząt, co w jej deklaracji było protestem przeciw ich zabijaniu i konsumpcji. Artystka chciała nam w ten sposób uświadomić, że zjadamy martwe zwierzęta. (Ja przyznaję się tylko do koguta – przyp. LA.) Kozyra wspomina, że płakała, gdy przyszło do zabicia – co było konieczne do stworzenia tej pracy – konia, który „miał tak samo na imię, jak ja – Kasia”. Mimo to, moment uboju, jak również ćwiartowania mięsa nagrała na taśmie video, co również uznała za sztukę – część swojej pracy dyplomowej. Innym jej artystycznym pomysłem było nakręcenie w łaźni (oczywiście bez wiedzy i przyzwolenia ukazanych osób) filmu, który ukazywał stare kobiece nagie ciała. Zachęcona sławą jaką jej to przyniosło, przyprawiła sobie sztuczny członek i wybrała się do łaźni męskiej, gdzie stworzyła równie wymowne i (nomen omen) odkrywcze video.
– Kariera holenderskiej artystki Tinkebell zaczęła się od tego, że złamała ona kark swojemu (choremu podobno) kotu, obdarła go ze skóry i wystawiła w galerii jako „torebkę”. Rozgłos jaki jej to przyniosło spowodował, że Tinkabell poszła „za ciosem” i zaczęła wypychać inne zwierzęta „domowe”, takie jak świnka morska (zrobiła z niej zdalnie sterowaną zabawkę), psy (jednemu ze szczeniaków przykręciła kółka, inny znów pies służył jako „ozdoba” do powieszenia na ścianie), koty (zszywając je np. z psami w dziwaczną hybrydę)… Wszystkie zwierzęta zabija własnoręcznie, a cały proces przerabiania ich w przedmioty nagrywa na video. Kupców na owe „dzieła sztuki” nie brakuje, także właścicieli galerii, gdzie są one wystawiane na widok publiczny.
–   …etc.

Kilka z powyższych przykładów, (z których większość podlega chyba bardziej domenie psychiatrii niż sztuki) wymienił podczas jednego z polskich kongresów kultury, znany krytyk sztuki Andrzej Osęka, który stwierdził przy tej okazji, że „do muzeów i salonów artystycznych weszła sensacja – ta sama, którą sprzedaje się w  telewizji i kolorowych pismach: trupy ludzkie i zwierzęce w kałużach krwi, fotografie morderców i ich ofiar oraz wywalone na wierzch wnętrzności; ponadto rozmaite substancje, które przedstawia się jako ślinę, kał, mocz, spermę.” A swoją wypowiedź skonkludował następująco: „W kręgu sztuki dzisiejszej wszystko da się powiedzieć. Wszystkie komentarze są w jednakowym stopniu niemożliwe do zweryfikowania. Wszystko może być dziełem sztuki, (do którego) można dołączyć dowolne hasła i słowa, a i tak nie będzie to miało żadnego znaczenia.”

Nihilizm w sztuce współczesnej nie ma wymiaru nietzscheańskiego. Rzadko kiedy przybiera wartość konsekwentnej negacji porządku świata, (co kiedyś było udziałem prawdziwych buntowników przeżywających autentyczny dramat). Wyraża się zwykle nie przez bunt czy gniew, lecz poprzez beznadziejną, przygnębiającą jałowość, świecąc (?) przy tym pustką.

Złom jako sztuka – uchwycone w Los Angeles County Museum of Arts, Kalifornia (zdjęcie własne)

*

KLUB WTAJEMNICZONYCH

Wiele nurtów sztuki współczesnej powstało w opozycji do istniejących dotychczas wartości estetycznych, często zwalczając przy tym „elitarność” sztuki tradycyjnej, klasycznej – tej o ustalonych kanonach, „uświęconych” umieszczeniem ich w muzeach, czy w innych (salonowych) galeriach świata. Była to walka o własną estetyczną „Lebensraum”, która zawsze – bardziej lub mniej świadomie – łączyła się z dążeniem do zastąpienia elit istniejących elitą własną (za taką elitę uważała się np. grupka ludzi skupiona wokół Warhola w jego „Factory”).
A wiadomo, że za każdą elitą cięgnie się „ogon”, czyli dwór i świta wyznawców oraz apologetów, którzy się snobują mając wrażenie, iż elitarność ta udziela się także im samym.

Lecz za poczuciem (pragnieniem) wyjątkowości, (czy też swoiście pojmowanego „arystokratyzmu”) kryje się jeszcze coś innego. Krzysztof Zanussi napisał kiedyś: „Rynek sygnowanych dzieł sztuki interesuje rzeczywiście inwestorów i krytyków, dwie kategorie pasożytów obsługuje się nawzajem (…). (Publiczność) zastępują ‚wtajemniczeni’ – kategoria z natury rzeczy podejrzana, bo zupełnie nie tożsama z elitą. Wtajemniczeni to członkowie klubu, którzy zmówią się na jakiś temat i tworzą na własny użytek wewnętrzną skalę wartości (…) – przypominają klub hobbystów. Kiedy oglądam publiczność na pokazach ewidentnie niedorzecznych ‚instalacji’ czy równie pustych ‚performances’, poza wrażeniem hibernacji (bo to samo widziałem już w Nowym Jorku przed dwudziestu laty) mam wrażenie, że wśród widzów dominuje potrzeba uczestnictwa w ekskluzywnym klubie, którego znakiem rozpoznawczym jest obecność na artystycznym obrzędzie. To, jak ten obrzęd czy dzieło opisuje świat, stało się sprawą, podejrzewam, drugorzędną, a tymczasem prawdziwe życie sztuki na takim oddziaływaniu się powinno zasadzać (…).
Czemu służą różne instalacje i ‚performances’ w sztuce współczesnej i jakie wyższe wartości reprezentuje malarstwo, o którym zmowa przekupnych krytyków orzekła, że jest wybitna a nikt nie chce z nim obcować na co dzień? Oskarżenie o przekupność (może w końcu troszkę przesadzone), wysnuwam z faktu, że współczesny obraz służy najczęściej jako lokata pieniędzy i często spoczywa w sejfie, a więc służy raczej do operacji handlowych, a nie dostarczaniu estetycznych wzruszeń.”

WIRTULANDIA I ERZACIARNIA

Wiek XX spustoszył Europę nie tylko materialnie (dwie wojny światowe, masowe ludobójstwo, totalitaryzm – katastrofy i szaleństwa mające na swym koncie blisko 200 mln. ofiar i anihilację całych miast), ale i „duchowo”, powodując ogromną aksjologiczną wyrwę i ogólną dehumanizację człowieka. Zakwestionowanie (i rażąca nieskuteczność) uznawanych dotychczas wartości (jakie niosła ze sobą nie tylko religia, ale i systemy filozoficzne usiłujące na swój sposób porządkować społeczeństwa – jak choćby marksizm) wywołało dezorientację, zamieszanie i pustkę, którą usiłowano wypełnić tworzonymi ad hoc i dość chaotycznie ersatzami, albo też nie tworząc zgoła nic, a nurzając się tylko w ekscesie, jałowości, absurdzie i nonsensie. I tak oto obudziliśmy się z ręką w postmodernistycznym nocniku.

Co ciekawe (ale i konsekwentne) pierwsi w sens dotychczasowych (w tym także konserwatywnie „tradycyjnych”) wartości zwątpili artyści, kwestionując nie tylko dorobek całego dziedzictwa europejskiej sztuki, ale i stworzonego przez śródziemnomorską cywilizację systemu etycznego. Stąd np. prowokacje i granie na nerwach „burżujom” uskuteczniane przez surrealistów, stąd absurd i infantylne gaworzenie tudzież wyplatanie bzdur i głupstw przez ruch da-da, stąd dramatyczne szukanie „niezbrukanego” przez cywilizację konkretu w prymitywizmie albo w fowizmie, stąd zanurzenie w konceptualnej pustce minimalizmu, stąd uczepienie się nadziei na „nowy wspaniały świat” w maszynie przez futurystów, stąd próby składania na nowo rzeczywistości z „klocków lego” przez konstruktywistów czy kubistów… etc.
Wszystko to uznano za awangardę, nie zauważając przy tym, że tak naprawdę są to tylko odpryski (i często śmietnik) europejskiej kulturalnej ruiny – taki chocholi taniec wśród rozkładających się trupów, „robiących” dotychczas za podporę cywilizacji.

Jednak warto przy tym pamiętać, że wszystko to było (naszego bankructwa kulturowego) skutkiem a nie przyczyną.
Nie przeceniałbym więc roli, znaczenia i rzeczywistego wpływu sztuki modernistycznej na tzw. rzeczywistość społeczną i kondycję współczesnego świata.
Jeśli już mamy do czynienia z jakąś maligną, to artyści są wtedy bardziej symptomami cywilizacyjnych chorób, niż ich zarazkami.

Całą tę pustkę (i wynikającą stąd bezbrzeżną nudę) usiłuje do dziś wypełnić kultura masowa (nota bene uciekając od wszelkiej głębszej refleksji), jak również naznaczona mocno nihilizmem sztuka współczesna, która błądzi po manowcach, (bo jak tu zbudować coś wartościowego i solidniejszego na „fundamentach” z niczego?) Powstają nowe kulty (mody, trendy, prądy, kierunki…) co niekiedy przypomina tworzenie się jakiejś pseudo-religii.
Wyobraźnia (ciągle wrażliwego przecież) człowieka buja więc we mgle, wymyślając coraz to inne wirtualne światy (vide: internet) – bałamucona przez innych i bałamucąc się sama. Współczesny Homo sapiens myśli o czymś coraz to innym, ale często po to, aby tak naprawdę nie myśleć. Gdy czuje ból – sięga po pierwszy lepszy z brzegu anestetyk (zwykle wątpliwej jakości); zaś gdy nie czuje już nic – stymuluje się (także często byle czym), niczym ów szczurek, który tak namiętnie i kompulsywnie naciskał dźwigienkę serwującą mu przyjemność, aż zaprzyjemnił się na śmierć i zdechł.

Również i my bywamy ofiarami tego stanu rzeczy. Ciągle zapominamy, że ersatz jest tylko i wyłącznie namiastką, i że nie możemy bez końca hasać radośnie i beztrosko w wirtulandii. A dzieje się tak dopóty, dopóki tzw. „twarda” rzeczywistość nie sprowadzi nas na ziemię. Lepiej jest jeśli stawia nas wtedy do pionu, gorzej – jeśli powala tak, że nie możemy się już więcej podnieść.

*  *  *

Sztuka współczesna jako śmietnik – jeden z eksponatów w Muzeum Sztuki Współczesnej Powiatu Los Angeles (LACMA), wraz z notką opisową pełną patronów (zdjęcie własne)