„SPIS CUDZOŁOŻNIC”, czyli z Jerzym Stuhrem rozmowa o męskiej menopauzie

(ze wspomnień wywiadowcy)

Jerzy Stuhr: "Zrozummy się - ja jestem w tym wszystkim mężczyzną".  (zdjęcie własne)

Jerzy Stuhr: „Zrozummy się – ja jestem w tym wszystkim mężczyzną” (zdjęcie własne)

.

Gościł niedawno w Chicago Jerzy Stuhr.* Przez kilka tygodni mieliśmy prawdziwy festiwal Jego Magnificencji Rektora Stuhra: najpierw „Szwejk” ze Stuhrem w roli głównej, później słynny „Kontrabasista” – monodram Stuhra, no i wreszcie „Spis cudzołożnic” – debiut reżyserski Stuhra. Obecność artysty wśród Polonii prosiła się więc o wywiad. I doszedł takowy do skutku. „Dziennik Chicagowski” opublikował obszerną rozmowę, której za tytuł posłużyły słowa Jerzego Stuhra: „CHCĘ SIĘ WYZWOLIĆ Z POLSKICH KOMPLEKSÓW”**. A jednak był to tylko jej fragment. Druga część była bardziej pikantna, mniej „poprawna” politycznie, prowadzona bez ogródek… Może dlatego, że dotyczyła głównie „Spisu cudzołożnic” – filmu, który w kraju spotkał się ponoć z pochwalnymi recenzjami i dość szerokim wzięciem u publiczności, a sam Stuhr napomknął nawet coś o filmie „kultowym”.

Nie wiem, może to zaoceaniczna perspektywa sprawiła, że „Spis cudzołożnic” w Chicago mógł wzbudzić bardziej mieszane uczucia. A już zupełnie można było zwątpić w „kultowość” tego produktu.
Zależało mi na tym, by porozmawiać z Jerzym Stuhrem na ten temat, tym bardziej że wystąpił on w „Spisie” w potrójnej roli: reżysera, współscenarzysty oraz wykonawcy roli głównej. Najpierw spytałem się pana Stuhra czy gotów jest na „męską” rozmowę, a później przeczytałem mu własne refleksje jakie wyniosłem ze spotkania z tym filmem. Recenzja (opublikowana wcześniej w prasie polonijnej) miała tytuł:

„ZWIĘDŁY NARCYZ, NIEDOPIESZCZONY DON JUAN, ZBANKRUTOWANY POLSKI INTELIGENT”

i zawierała, co następuje:
„Między czterdziestką a pięćdziesiątką mężczyzna jest albo stoikiem, albo satyrem” – pisał Arthur Pinero. Jerzy Stuhr zrobił film, w którym bohater zdecydowanie objawił się nam jako satyr zblazowany. A więc osobnik raczej żałosny, który pretensjami don Juana chce zagłuszyć własne niedostatki – i to nie tylko uczuciowe, ale i seksualne. Nimfy już jakby mniej ochocze do figlów z sapiącym Panem – brzuchatym i łysawym. A nie ma chyba nic bardziej żałosnego, niż oklapły satyr. Wyblakł mu już nawet atrament na kartach notesu, w którym zachował listą swoich dawnych kochanek – bardziej lub mniej wyimaginowanych.
Razem z filmem dotarła do nas fama jego sukcesu na ostatnim Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie „Spis cudzołożnic” zdobył nagrodę specjalną jury.

Za co? – można by się jednak zapytać.
Miała to być bowiem „spowiedź dziecięcia” w wieku lat czterdziestu paru – credo współczesnego polskiego inteligenta. W rezultacie otrzymaliśmy coś w rodzaju testamentu bankruta, obraz moralnej ruiny… Na dodatek mdły, pretensjonalny i nudny – a to już są grzechy ciężkie w kinie.

Jakie były intencje Stuhra, któremu wpadła w oko książka Jerzego Pilcha „Spis cudzołożnic. Proza podróżna.”? Oto one: „Chciałem opowiedzieć o człowieku z mojego pokolenia. Jak się starzeje, jak przemija historia. Pragnąłem opowiedzieć o bolesnym upływie czasu, przekazać coś bardzo intymnego (…) o człowieku, który w wieku czterdziestu kilku lat podsumowuje swoje przeżyte już lata. Powraca nie tylko do dawnych wartości, miejsc, dat, ale także do pięknych kobiet, które gdzieś po drodze zmarnował, przegapił, nie rozumiejąc ich (…) Motyw przemijania: to mnie trapi najbardziej. Coś się kończy – epoka, wartości, które ceniliśmy.”
Wszystko pięknie! Szkoda tylko, że owe „pokoleniowe wartości” sprowadziły się w filmie do przysłowiowej – Excuse My French – „dupy Maryny”.

Jaka jest treść „Spisu cudzołożnic”?
Otóż, na zaproszenie Uniwersytetu Jagiellońskiego przyjeżdża ze Szwecji „humanista”, który wieczorem chce się zabawić z kobietami. Oczywiście nie ma w tym jeszcze nic złego, a tym bardziej niezrozumiałego. Białogłowy zorganizować ma Stuhr. Krążą więc ci dwaj amatorzy Erosa po Krakowie. Niestety, wszystko to przemienia się w odyseję podtatusiałych playboyów. Nie jest to wszak „kino drogi” – raczej „bezdroża”. Stuhr wydzwania do kolejnych „kobiet swojego życia”. Najczęściej bezskutecznie.

Wcale się nie dziwię Stuhrowi, że miał tremę przed premierą i obawy o to, jak film zostanie przyjęty. Ten aktor – reżyser, będąc człowiekiem inteligentnym, nie pozbawionym rozsądku i krytycyzmu, musiał jednak podejrzewać głęboko w duchu, że być może przyłożył rękę do niewypału. No i okazało się, że koledzy nie chcieli zrobić mu przykrości. Stąd nagroda w Gdyni, stąd Juliusz Machulski powiedział mu, że stworzył „piękny film”, a Feliks Falk uznał „Spis cudzołożnic” za „jeden z najpiękniejszych filmów ostatnich lat”. Dyplomatycznie, ale i dwuznacznie z problemu wybrnął Krzysztof Kieślowski stwierdzając, że Stuhr zrobił film „z czegoś”, z czego nic nie można było zrobić”. Otóż to! Kieślowski – chcąc nie chcąc – wskazał na jałowość i pustkę „Spisu cudzołożnic”.

Jerzy Stuhr: "..." (kadr z filmu "Spis cudzołożnic")

Jerzy Stuhr: „Tylko że ta ‚dupa Maryny’ jest dla mnie piękna. Jest czymś… jakby… sensem życia!” (Kadr z filmu „Spis cudzołożnic”)

Gustaw, bohater filmu, reprezentuje polskie środowisko akademickie Krakowa. Jest więc – bądź co bądź – „inteligentem”, a nawet „humanistą”. Jerzy Stuhr w jednym z ostatnich wywiadów wyznał, że oprowadzając Szweda po Krakowie, szedł po śladach, które sam kiedyś wydeptał – opowiadając gościowi, musiał jednocześnie opowiadać sobie „co oznaczając pewne znaki, symbole” – czy to jest jeszcze „świat wartości żywych”. Z tego, co mówi Gustaw – jak reaguje, jak rozkłada akcenty, co ma w głowie – wynika dość jednoznacznie, że owe symbole już niewiele znaczą, a wartości dogorywają (znudzenie historią, tradycją, ironiczne aluzje wobec dawnych solidarnościowych zrywów… etc.) „Żeby ktoś wreszcie tak zapytał mnie o Szapołowską, o Figurę” – wzdycha Gustaw poirytowany i znudzony akademickimi pytaniami Szweda. (Takie westchnienie niespełnionego Casanovy.)

Uważam „Spis cudzołożnic” za film ważny. Daje on bowiem świadectwo temu, co dzieje się we współczesnej świadomości Polaków – a szczególnie wśród ludzi kultury, nauki – wobec zachodzących obecnie zmian i przewartościowań. Pauperyzacja inteligencji, środowisk akademickich, bezsilność wartości „duchowych” konfrontowanych z agresywną, pragmatyczną i bezwzględną presją komercji, merkantylizmu i sfery biznesowej. Nie wspominając już o mafii, machlojkach, koteriach, „układach zamkniętych” i „rzeczpospolitej kolesiów”.
Zresztą, jak mi się wydaje, nie tylko tzw. inteligencja, ale i całe społeczeństwo polskie przeżywa kryzys tożsamości. Jakże może być inaczej w zbiorowości, która niemalże en bloc uważa się za katolicką, a zachłystuje się „kultem pieniądza” i tęskni do całkiem materialistycznych uciech? Z jednej strony chce wolnego rynku, biznesowych swobód, a z drugiej – rości sobie wiele od państwa, chcąc się zdać na jego opiekuńczość. Stąd prawicowe deklaracje, a lewicowe wybory. Stąd dziwaczne, pokrętne efemerydy: były ministrant – najpierw kościelny, później partyjny – chce teraz prowadzić Polskę do kapitalizmu. Pomieszanie z poplątaniem – kameleonizm pierwszego sortu!

A film Stuhra miejscami po prostu nudził. Temat mógł rodzić nadzieję na obraz jędrny, treściwy i dowcipny – a tu nawet pięknych kobiet zabrakło (przepraszam aktorki występujące w tym filmie, które zapewne wiedzą, że uroda to nie wszystko). Bulwersował w zasadzie tylko tytuł – irytowała miałkość i błądzenie bohaterów.
Nie jestem świętoszkiem, daleko mi do pruderii i lubię filmy śmiałe erotycznie, ale pod warunkiem, że nie pozbawione są artystycznej klasy, smaku, wyczucia, ale także i myśli, czyli mózgu – tego ponoć najważniejszego organu seksualnego człowieka. „Spis cudzołożnic” natomiast, nie tylko że nie był śmiały, ale i splajtował myślowo. W stosunku do bohaterów można się więc było zdobyć jedynie na politowanie. Na przykład wtedy, kiedy Gustaw – Stuhr, obarczony tzw. „kulturowym dziedzictwem” – bardziej przypominającym tu jałową i bezużyteczna erudycję – wykrzykuje swoje rozczarowanie i dekadencję na środku krakowskiego Rynku: „in the heart of Roman-Catholic Poland”.

O SENSIE ŻYCIA

Wiedziałem, że – odczytując taką recenzję filmu jego reżyserowi – ryzykuję znacznie szybszym zakończeniem wywiadu, jednak Jerzy Stuhr wcale nie wyglądał na obrażonego (może tylko trochę zaskoczonego) i nie zmierzył mnie piorunującym wzrokiem, pod brzemieniem którego zapadłbym się pod ziemię. Zamiast tego powiedział: „Ale tych dobrych recenzji to pan nie cytuje. A większość recenzji była bardzo dobra. Ja jeszcze nigdy nie dostałem tak dobrych recenzji.”

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Cieszy mnie to. Lecz pisząc o pana filmie chciałem być szczery i wyrazić to, co rzeczywiście odczułem oglądając „Spis cudzołożnic” i co o tym filmie naprawdę pomyślałem. Czy jednak mógłby się pan odnieść do tego, co przed chwilą przeczytałem?

JERZY STUHR: Po pierwsze, musi pan wyjaśnić, co rozumie przez „dupę Maryny”.

– To, że wałęsacie się po tym Krakowie i najbardziej zależy wam na tym, żeby znaleźć tylko tę „Marynę” i dobrać się do pewnej jej części. A mówiąc już poważniej: czy nie wstyd wam – ludziom wykształconym, „humanistom” – tym, którzy chcą reprezentować sobą pewne wartości „wyższe” – że ta „dupa Maryny”, wyłaniając się na pierwszy plan, przysłania wam to wszystko?

– Tak jest w książce Jerzego Pilcha, a więc to jemu się tu dostaje.

– Jednak sam pan podkreślił, że utożsamia się z bohaterem filmu.

– Ale czy nie jest prawdą, że mężczyzna całe życie poszukuje tej wymarzonej kobiety?

– Oczywiście, ale poza nią szuka jeszcze wielu innych rzeczy.

– Toteż on tam tej kobiety nie znajduje. Cóż, ja się pod tym podpisuję: no tak! Dupa Maryny! Tylko że ta „dupa Maryny” jest dla mnie piękna. Jest czymś… jakby… sensem życia! Którego nie mogę dostać. Chodzę, piję wódkę, rozważam, patrzę co przegapiłem…

– Proszę mi wierzyć, że mnie również ta część Maryny wydaje się piękna i bardzo mnie pociąga, tyle że mi nie wystarcza. Poza tym, bohater reprezentuje środowisko akademickie, wartości humanistyczne, jest obeznany z historią, kulturą, tradycją… Obcował z tym całe życie. A pan tu mówi, że „dupa Maryny” jest dla niego sensem życia.

– Zrozummy się: ja jestem w tym wszystkim mężczyzną!

Jerzy Stuhr: „Motyw przemijania: to mnie trapi najbardziej. Coś się kończy – epoka, wartości, które ceniliśmy.”  (Zdjęcie własne)

Jerzy Stuhr: „Motyw przemijania: to mnie trapi najbardziej” (zdjęcie własne)

– Mężczyzną, ale i człowiekiem kultury, naukowcem, intelektualistą!

– To nie ma nic ze sobą wspólnego. Dlaczego więc najwięksi malarze malowali akty kobiece?

– Właśnie dlatego, że nie wystarczała im ta fizyczność, to czysto seksualne spełnienie, ta przysłowiowa „dupa”… Poszukiwali w kobiecie ideału, inspiracji… W ten sposób sublimowali swój popęd, swoją chuć…

– Toteż ja jej nie znalazłem, tylko uleciałem – na lotni. To jest scena dodana przeze mnie – tym chciałbym się tutaj tłumaczyć. Bohater dalej czegoś szuka.

– A co on miał jeszcze do szukania z tą lotnią? Przecież posiadał rozległą wiedzę, erudytą był wielkim…

– No nie tak wielkim. Na adiunkcie się zatrzymał. Drugi stopień habilitacji robić w 48-ym roku życia, to już nie jest kariera wielka. Prawdę mówiąc on jest człowiekiem strasznie przegranym. Tak, jak moje pokolenie – jest kimś takim odstawionym na bok. Oprowadza Szweda po swoim Krakowie, po jakichś „bramach Pyjasa”, po „Włosikach”… To są te nasze zadry historyczne, to jest nasz kompleks wielki.

– Jak by pan skomentował stwierdzenie Kieślowskiego, który pośrednio wskazał jednak na jałowość „Spisu cudzołożnic”?

– Kieślowski to mówił o książce Pilcha, natomiast jemu sam film się podobał…
Wie pan! Trudno mi na ten temat mówić. Ja też tam widzę wiele wad. W końcu to jest mój pierwszy film. No proszę spojrzeć na mnie, jak na debiutanta. Jest jeszcze jedno: mój film od czterech miesięcy jest w kinach i ludzie na niego chodzą. Jeżeli więc jest on taki jałowy, bez oblicza i o „dupie Maryny”, to dlaczego ci Polacy ciągle na niego chodzą? Przecież oni mówią, że to jest ich bohater. Wstała kobieta na spotkaniu ze mną i powiedziała: „Panie, to jest film o mnie”. Wstała dziewczyna 14-letnia i mówi: „Pan zrobił czadowy film! O nas, o Polakach!”.

– No właśnie! Co oni takiego tam zobaczyli?

– Swoje kompleksy! No i jeszcze przemijanie. Czu pan uważa, że nie warto pisać książek, czy też robić filmów o przemijaniu? Dlaczego scenę z Celińska uznano za jedną z najpiękniejszych scen miłosnych w kinie polskim ostatnich lat? Dlaczego jury pod przewodnictwem Żuławskiego: Piesiewicz, Komar, Sobolewski, Piwowarski – ludzie, których ja bardzo cenię – dali temu filmowi tyle nagród? No dlaczego?! Też zdezorientowani?! Ci faceci zdezorientowani?!

– Niewykluczone. Może większość z nich to też erotomani?

– No, nie rozumiem!

– Czy film rzeczywiście opowiada o tym świecie „wartości żywych”? Czy symbole coś jeszcze znaczą?

– Proszą pana! W tym filmie ja nie opowiadam o tych symbolach, a o tym, że my te symbole podtykamy całemu światu pod nos. Ja Szwedowi opowiadam: „To jest brama Pyjasa, tu zginął student” – i to jest dla mnie bardzo ważne. A Szwed czyści buty w tym czasie. Co go to obchodzi? Wałęsa przyjeżdża i mówi: „Bo ja, proszę panów, przez płot skakałem!” No i co z tego!? Świat się zapyta: „No i co z tego!?”

– Gdyż to jest potrzebne nam, a nie światu.

– No i właśnie o tym jest film. Ileż razy ja łapałem się na tym, że opowiadałem komuś o „solidarnościowym etosie”, a on się na mnie patrzy i myśli: „Jaki solidarnościowy etos? Co pan reprezentuje sobą dzisiaj?” To się teraz liczy. I ja właśnie o tym kompleksie odpowiadam. O niczym więcej. Czyli nie o Pyjasie, nie o Włosiku… tylko o moim frymarczeniu tym! O polskim frymarczeniu własną historią! No o tym opowiadam!

– Tu dotknął pan sedna. Jest to w pewnym sensie przyznanie się do winy, a może nawet do pewnego bankructwa.

– Czy nie warto więc o tym mówić? A pan mówi, że społeczeństwo polskie jest zbałamucone, bo chodzi na ten film. A Pasikowskiemu też by pan tak powiedział? Na „Psy” poszło 800 tys. widzów!

– Powiedziałbym. Czy jednak diagnoza o utracie tożsamości przez polskie społeczeństwo nie jest trafna?

– Trafna.

– I pański film to pokazuje.

– No, nie aż tak!

– Ale prowokuje takie pytania, budzi refleksje…

– Z tego powodu akurat bym się nie obraził. Niech prowokuje! Jednak film nie obejmuje tego tak szeroko. Szkoda, że mało kto ze mną rozmawia na temat tego filmu od innej strony. Ktoś powiedział, że jest to film o męskiej menopauzie. O! To by mnie bardziej interesowało! A tu, zamiast tego, ciągle ten temat społeczny się pojawia, inteligencji, symboli… A przecież, tak naprawdę, jest to film o facecie, któremu już życie ucieka. I te kobiety… Gdzieś tak spartaczone, pominięte, niedostrzeżone… Ja właśnie o tym chciałem bardziej porozmawiać. Ale trudno. Już to, że tak dużo o tym filmie mówimy, jest jego sukcesem. On prowokuje, drażni… I właściwie takie było moje zamierzenie, kiedy ten film robiłem.

– Wiem, że pisze pan następny scenariusz. Czy mógłby pan zdradzić o czym będzie?

– Nie, jeszcze nie. Mogę powiedzieć tylko, że będzie to film współczesny, dziejący się w Polsce.

– Kiedy więc będzie można spodziewać się go na ekranach?

– Nie wiem, to jest długa droga. Ja sobie mogę scenariusz napisać, ale kto da pieniądze? To już osobna sprawa – chodzenie, żebranina…

– Życzę więc, aby jak najszybciej trafił on na ekrany. I abyśmy mogli o nim porozmawiać.

– Ja również chciałbym sobie tego życzyć.

* * *

PS. Kilka słów gwoli uniknięcia nieporozumień. Przede wszystkim chciałbym przeprosić wszystkie panie za określenie, które padło kilkakrotnie w tekście, a które do zbyt eleganckich nie należy i może być uznane za obraźliwe. Nie było to moją intencją, by kogokolwiek obrażać. Chodziło mi jedyne o zobrazowanie pewnego problemu… z całym szacunkiem dla pań (i ich anatomii). Muszę też podkreślić, że Jerzego Stuhra nie tylko cenię, jako aktora, ale i lubię – zawsze chętnie oglądałem filmy z jego udziałem. A jednak, przy całym uznaniu dla jego sztuki, nie mogłem się nie zdradzić ze swoja opinią na temat „Spisu cudzołożnic”, z którego wyniosłem mieszane uczucia (recenzje filmu napisałem wcześniej, nie wiedząc, że będzie mi dane rozmawiać z jego twórcą). Myślę więc, że podejście to bardziej uczciwe, niż złośliwe. Poza tym, w wywiadzie właściwym, opublikowanym przez „Dziennik Chicagowski” (TUTAJ), pan Jerzy Stuhr wyraził kilka opinii znaczących, jeśli chodzi o polską kulturę i zachodzące w Polsce zmiany – reprezentując przy tym polskie środowisko artystyczne i intelektualne – jako ktoś, kto ma w tym środowisku pozycję ustaloną i niekwestionowaną. (Ten wątek wydał mi się wówczas ważniejszy i dlatego niemal w całości wypełnił treść poprzedniego wywiadu.) Co nie znaczy, że do pewnych posunięć artystycznych nie można podejść krytycznie i z ową krytyką otwarcie się nie zdradzić… i to w obecności samego sprawcy.

greydot

* Rozmowa z Jerzym Stuhrem miała miejsce w 1995 r.

** Wywiad z Jerzym Stuhrem pt. „CHCĘ SIĘ WYZWOLIĆ Z POLSKICH KOMPLEKSÓW”  przeczytać można TUTAJ.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

Reklamy

EROS, MYŚL I PRZEMIJANIE (o książce J.M. Coetzeego „Zapiski ze złego roku”)

.

Mistrz i Anya. Starzejący się pisarz rozlicza się ze światem pisząc swą ostatnią książkę (będącą czymś w rodzaju literackiego testamentu), przeżywając przy tym ostatnią erotyczną przygodę swojego życia (gdzie kobieta jest niczym katalizator autentycznego doświadczenia świata przez mężczyznę wrażliwego i zmysłowego). Nagie kobiece ciało z tytułowej okładki jest jakby kontrapunktem dla portretu starszego dystyngowanego pana, który widzimy na okładce z tyłu książki. Jednakże to, co wydaje się być dość tanim seksistowskim chwytem komercyjnym (nagość młodego ciała jest atrakcyjnym towarem) w sposób chyba niezamierzony oddaje najgłębszy bodajże sens tej książki, który zawiera się w dialektyce: zmysłowa witalność, erotyczne napięcie płci (seksualizm) vs. filozoficzna, psychologiczna i polityczna próba ogarnięcia świata (intelektualizm).

.

J.C. Coetzee zapiski ze zlego roku okladakaCoetzee po raz kolejny pisze o sobie, a raczej o kolejnej wersji samego siebie – człowieka nieprzeciętnie inteligentnego i o wielkiej wrażliwości (to ona najprawdopodobniej jest przyczyną jego dystansu do świata – wycofania się z życia społecznego), podatnego na erotyczny impuls; do pewnego stopnia wyalienowanego, a jednak usiłującego jednocześnie związać się ze światem ludzi, poznać i doświadczyć istotę własnego człowieczeństwa – uporządkować i nadać sens temu wszystkiemu, co go otacza, a co wydaje się być bezcelowe i chaotyczne, a na dodatek skażone hańbą i przepełnione immanentnym wręcz cierpieniem.

myślenie polityczne i anielski tyłeczek

Uderzająca jest ta konfrontacja zmysłów z myśleniem, ciała z intelektem, płciowości z duchem, konkretu z abstrakcją, prostoty z wyrafinowaniem, dosłowności z niuansem, frywolności z powagą.
Oto główny bohater książki, JC (“El Señor” – jak nazwała pisarza Anya) tak mówi o pierwszym spotkaniu z dziewczyną, która później zostanie jego sekretarką: “Po raz pierwszy zauważyłem ją w pralni (…). Siedziałem i patrzyłem, jak pranie wiruje, gdy nagle weszła ta zdumiewająca młoda osoba. Zdumiała mnie, bo czego jak czego, ale takiej zjawy się nie spodziewałem; sukienka w pomidorowym odcieniu, którą miała na sobie, też była zdumiewająco krótka. (…) Minął tydzień, jak znów ją zobaczyłem (…), a i to tylko przelotnie: kiedy wychodziła głównymi drzwiami, mignęły mi jej białe spodnie, uwydatniając bliski doskonałości, zaiste anielski tyłeczek.”
W tym samym czasie JC pisze esej “O myśleniu”: “Gdyby mi kazano opatrzyć jakąś etykietką mój własny styl myślenia politycznego, nazwałbym go pesymistycznie anarchistycznym kwietyzmem, anarchistycznie kwietystycznym pesymizmem lub pesymistycznie kwietystycznym anarchizmem. Byłby to anarchizm, bo w świetle moich doświadczeń najgorsze w polityce jest samo to, że chodzi w niej o władzę; byłby to też kwietyzm, bo podejrzana wydaje mi się chęć zmieniania świata, skażona żądzą władzy; i byłby to wreszcie pesymizm, ponieważ wątpię, czy rzeczywistość w ogóle da się jakoś zasadniczo zmienić.”

metafizyczny ból starca

Na początku Anya jest dla JC samą tylko powierzchownością, kobiecym ciałem, „kwiatem”, który on podziwia… i którego nawet nie może pożądać, ponieważ Parkinson i wiek (72 lata) skutecznie stłumił w nim seksualny popęd. Niemniej jednak poddaje się zauroczeniu i zadurzeniu, a kiedy sam stara się dociec przyczyn, które go do tego stanu doprowadziły, mówi o nudzie, swoim „pustogłowiu” i „indolencji”. Ale to nieprawda, bo to, że zwrócił na tę dziewczynę uwagę było spowodowane czymś, co siedziało w nim znacznie głębiej, niż samczy poryw znudzonego jajogłowca. Bardziej wiarygodne wydaje mi się bowiem to wyznanie Señora C: „Kiedy tak na nią patrzyłem, przeniknął mnie jakiś ból, rodzaj metafizycznego bólu, a ja w żaden sposób nie starałem się go stłumić. Ona zaś intuicyjnie go wyczuła: skądś wiedziała, że w starcu, który siedzi w kącie na plastikowym krześle, dzieje się coś bardzo osobistego, związanego z wiekiem, żalem i ogólną łzawością rzeczy.”
Tak więc: jakaś dziwna mieszanka metafizyki i sentymentu, platonizmu i tęsknoty? JC zbyt dużo wiedział o erotycznej sublimacji – tym swoistym współgraniu, przenikaniu i wzajemnym oddziaływaniu szarych komórek mózgowych mężczyzny myślącego z jego gruczołami produkującymi hormony – by poddać się jedynie zwierzęcej chuci bez zaangażowania serca, wyższych ludzkich uczuć i inteligencji. Wprawdzie zdaje sobie sprawę ze znaczenia w życiu twórcy aktywnego libido: „Rosnący dystans wobec świata odczuwa oczywiście wielu pisarzy, gdy w podeszłym wieku stygną, chłodnieją. Ich proza traci gęstość, a w traktowaniu postaci i akcji pojawia się większy schematyzm. Syndrom ten składa się zazwyczaj na karb ubytku mocy twórczych; niewątpliwie wiąże się to z wygasaniem sił fizycznych, a zwłaszcza pożądania.” Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, więc JC konkluduje następująco: „Lecz od wewnątrz można odczuwać tę przemianę zupełnie inaczej: jako wyzwolenie, rozjaśnienie umysłu, które pozwala podjąć ważniejsze zadania.” I podaje przykład Tołstoja, który w tym co pisał stawał się coraz bardziej dydaktyczny i oschły, a jednak w tej swojej ewolucji nie widział schyłku i dekadencji. Wprost przeciwnie: odczuwał, że stopniowo zrzuca więzy i okowy, które pętały go za młodu i wymuszały uczestnictwo w świecie pełnym pustych gestów, gry i pozorów, dzięki czemu mógł nareszcie teraz „stanąć oko w oko z jedynym pytaniem, szczerze zaprzątającym jego duszę: jak żyć?”

trójkąt

Coetzee uchodzi za pisarza chłodnego, zimnego, wręcz lodowatego (osobiście uważam, że jest to mylna interpretacja jego słownej i warsztatowej precyzji), ale tak naprawdę, sądząc po tym, co czytamy w „Zapiskach”, w jego głębi zdają się kryć pokłady ciepłych uczuć, a nawet sentymentalizm, który niekiedy wyczuwalny jest przez skórę (choćby w zdaniach typu: „U dzisiejszych młodych kochanków nie widać ani cienia dawnego głodu metafizycznego, który sam siebie określał zaszyfrowanym mianem tęsknoty”), choć czasami wydostaje się on na powierzchnię explicité – jak np. w szkicu o pocałunku, który kończy się zaskakującym w prozie Coetzeego wyznaniem: „Miłość – to za czym aż do bólu tęskni serce.”

Fabuła powieści obraca się wokół trzech postaci (JC, Anya i Alan – „konsultant finansowy”, z którym  mieszka dziewczyna), choć sam trzon całej książki wydają się stanowić krótkie eseje i felietony, jakie JC przygotowuje dla jednego z niemieckich wydawnictw, a które przepisuje Anya. Wydaje się jednak, że najważniejsza w tym wszystkim jest kobieta, która nie tylko stymuluje siły życiowe starzejącego się mężczyzny, ale stopniowo zaczyna wpływać na treść i ton eseistycznych szkiców, a w końcu i na sam dobór tematów. Pod jej wpływem zmienia się także El Señor – zwłaszcza jego stosunek do tego co pisze, a ściślej: do swoich własnych poglądów. Nie jest więc tak, że –  jak twierdzą niektórzy – to Anya przeobraziła się nabierając życia, niczym Galatea ożywiona przez miłość Pigmaliona. Wbrew pozorom (zalotna frywolność, lekka trzpiotowatość) to ona trzyma się twardo ziemi i trzeźwo ocenia obu mężczyzn – jest krytyczna zarówno wobec niecnych posunięć i cynizmu Allana, jak i wątpliwej jej zdaniem jakości „twardych poglądów” JC (taką nazwę roboczą mają eseje pisarza). No i tylko ją stać, jak się okaże, na zachowanie stanowcze i konsekwentne – na dokonanie zmiany w realnym świecie (podjęcie ważnej życiowej decyzji, która jest niczym innym jak dokonaniem moralnego wyboru).

chamstwo erudyty

Postacią nie mniej ciekawą i – rzec można – symptomatyczną, jest Alan, bezwzględny gracz na finansowym rynku, nieodrodne dziecko swoich czasów znaczonych chciwością krwiożerczego kapitalizmu, bez zmrużenia oka i bez śladu etycznej rozterki gotów jest po prostu okraść swojego sąsiada. Oszust – pragmatyk, pod względem etycznym debil, lecz niezwykle sprawny intelektualnie (prowadzi nawet seminaria w modelowaniu matematycznym) i choć jego dewiza życiowa jest prostacka, to jego intelekt prymitywny już nie jest: w sposób dość przenikliwy analizuje i kontestuje poglądy JC, wie nawet co to jest Nuomenon w filozofii Kanta (nie myli rzeczywistego świata z jego przedstawieniem), zgadza się z JC, że państwo to „bandycka szajka”, jednak gromi go za niezdolność do zrozumienia tego, co naprawdę dzieje się we współczesnym świecie – jakie są w nim prawidła i na jakich zasadach on działa: „Cały szkopuł z tym Twoim Señorem C – mówi Allan do Anyi – polega na tym, że on nie umie rozumować kategoriami strukturalnymi. Wszędzie chce się dopatrywać działania osobistych pobudek. Chce widzieć okrucieństwo. Chce widzieć chciwość i wyzysk. Dla niego wszystko jest moralitetem, walką dobra ze złem. Nie dostrzega, albo woli nie dostrzegać, że jednostki funkcjonują w ramach pewnej struktury, wyższej nad jednostkowe pobudki, wyższej nad dobro i zło.”
Jak widać z amoralizmu Alan czyni zasadę funkcjonowania w świecie, który jest niczym innym jak strukturalnym układem, w jaki należy się wpasować, jeśli chce się skutecznie działać, i osiągać swoje cele będące niczym innym, jak dbanie o swój własny interes. (W sumie to dość typowe credo konformisty.)
Rysem charakterystycznym Alana jest połączenie sprytu, przebiegłości, ale i intelektualnej sprawności (nie pozbawionej nawet sporej erudycji) z chamstwem. Oto mała próbka – ocena tego, co o prawdopodobieństwie napisał JC: „To sranie w banie. Dyletanckie sranie w banie. On jest o sto lat do tyłu. Żyjemy w świecie probabilistycznym, kwantowym. Udowodnili to Schrödinger i Heisenberg. Einstein się z nimi nie zgadzał, ale w końcu musiał się przyznać do błędu.” Albo innym razem, kiedy wyszło na jaw, że wkradł się do komputera JC i grzebie w jego dokumentach, z czego zrobiła mu wyrzut Anya, odpowiada: „Na jego poufne myśli sram rzadkim gównem z góry na dół.” Swoją kobietę nazywa „Księżniczką Cipki” i „Królowa Pizdy”, nawet w obecności JC (podczas skandalicznej wizyty w mieszkaniu pisarza, który zaprosił swoich sąsiadów, by uczcić zakończenie pracy nad książką) określa ją jako „uroczą przyjaciółkę, co ma słodką, słudziutką pizdę.”

kto zwycięży?

Można odnieść wrażenie, iż dramaturgia całej tej historii opiera się na tym, że dwaj diametralnie różni mężczyźni konkurują o względy (każdy innego rodzaju) kobiety (wprawdzie Alan już ma ją w swoim łóżku, ale El Señor chciałby zdobyć miejsce w jej sercu), lecz tak naprawdę stawką jest to, po której stronie opowie się ostatecznie Anya. Wpędza ją to w coraz większą konsternację, choć na początku jest wierna temu, z którym mieszka pod jednym dachem: „Naprawdę jestem po stronie Alana. Przecież z nim żyję, a jak się żyje z mężczyzną, to znaczy, że jest się po jego stronie. Ale ostatnio czuję, że robi mi się ciasno między nim a Señorem C. (…) Stary byk i młody byk bodą się ze sobą. A ja? Jestem młoda krowa, której usiłują zaimponować, a ją już nudzą te ich popisy.”
Kogo ostatecznie wybierze Anya… jeśli w ogóle kogoś wybierze? Dylemat ten i niepewność nadaje całej historii dramatycznego napięcia, ale nie tylko to (wraz z samym wyborem)  jest w tej książce ważne, mimo że nadaje jej znamion swoistego moralitetu. Jeszcze bardziej istotne jest to, że tak różne od siebie ludzkie wyspy próbują się między sobą komunikować, wchodzić we wzajemne relacje, wpływać na siebie, może nawet zmieniać… Czy jednak obecność tego wszystkiego – ów fenomen wzajemnego docierania się i urabiania ludzi – potrafi mieć jakikolwiek wpływ na świat, w jakim oni żyją? Czy dokonywane przez nich wybory – reakcje, odruchy, perswazje, impulsy – mogą zmienić sam świat, czy jedynie wpłynąć na otaczającą ich rzeczywistość? (Jeśli przyjmiemy że rzeczywistość, w której żyjemy, nie jest tożsama ze światem, jaki nas otacza – a wydaje mi się jednak, że nie jest.)

„stanowcze” poglądy, czyli rzecz o makiawelizmie naszych czasów

Coetzee  zapiski ze złego roku - okładkaTrzon “Zapisków ze złego roku” stanowią eseje JC, których “rozrzut” tematyczny jest tak wielki, że przypominają misz-masz notatek pisarza zebranych razem, ale prezentowanych nam bez większego ładu i składu. Dopiero po jakimś czasie układają się nam one w nieco spójną całość, stanowiąc coś w rodzaju résumé poglądów JC o współczesnym świecie – człowieku, polityce, kulturze… (czy można je uznać także za poglądy samego Coetzeego, to już inna sprawa – do której chciałbym jeszcze później nawiązać, bo według mnie jest to istotne dla zrozumienia sensu całej książki).

Określenia “eseje” użyłem tutaj cokolwiek na wyrost, bo w zasadzie są to szkice, mini felietony, noty różniące się znacznie objętością, jak również ogromną rozbieżnością tematyczną (“o terroryzmie”, “o pedofilii”, “o ciele”, “o klątwie”, “o emocjach tłumów”, “o klasykach”, “o turystyce”, “o rabunku”, “o systemach naprowadzania na cel”, “o ptakach w przestworzach”, “o inteligentnym projekcie”, “o życiu wiecznym”…) co rzeczywiście u mniej cierpliwego czytelnika może wywołać w mętlik w głowie, nastawiając go bardziej krytycznie do intelektualnych wywodów pisarza, w których trudno naleźć jakąś nić przewodnią, chociaż daje się jednak zauważyć przewaga wątków politycznych. Mnie jednak czytało się to dobrze. Nie mam nic przeciwko takim krótkim formom, układającym się tu w mozaikę myśli człowieka wrażliwego i dociekliwego, a przy tym nieortodoksyjnego i unikającego tzw. politycznej poprawności, która często jest niczym innym jak asekuracją, nieszczerością i lawirowaniem tak, by przypadkiem komuś się nie narazić, zwłaszcza swoim wydawcom i czytelnikom.

To fakt, polityka w tych zapiskach dominuje, przez co rysuje się nam niezbyt radosny obraz współczesnego świata zdominowanego przez makiawelizm, przemoc, kłamstwo i manipulację: “o pochodzeniu państwa” (wszyscy żyjemy w pułapce, jaką jest państwo, będące na dodatek tworem, który sami powołaliśmy do istnienia); “o demokracji” (tzw. “demokratyczne” wybory w “demokratycznych” państwach nie są żadnymi wyborami tylko loterią wyłaniającą tych, którzy już wcześniej zostali przez kogoś “namaszczeni”); “o Al Kaidzie” (mit “potężnej” organizacji podsycający strach i poczucie zagrożenia na świecie, kreowany i podtrzymywany przez rządy krajów zachodnich do uwierzytelnienia i usprawiedliwienia swoich aktów opresji, rozbudowywania aparatu władzy, kontroli całego społeczeństwa, militarnej siły); “o rywalizacji” (świat wale nie jest dżunglą, jak daliśmy sobie wmówić, ani też nie jest nieustającą walką wszystkich ze wszystkimi – przynajmniej taki być nie musi, bo to my sami czynimy dżunglę, tor wyścigowy i ring, gdzie wszyscy wzajem się naparzają, choć równie dobrze możemy wybrać pokój i przyjacielskie współdziałanie – wojna więc wcale nie jest nieunikniona, podobnie jak nie musi zdominowywać świata konkurencja, która stanowi “wysublimowaną namiastkę wojny”); „o lewicy i prawicy” (tutaj Coetzee, czy też raczej JC, rozważa dość ryzykowną według mnie – by nie powiedzieć: fantastyczną – tezę, że być może socjalizm „wcale się nie zawalił, tylko padł pod ciosami, i nie umarł, lecz został zatłuczony na śmierć?”) Dostaje się też mocno zagranicznej polityce Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. JC nie przebiera w słowach, kiedy pisze o amerykańskich politykach: “mściwość i podłość moralna godna samego Donalda Rumsfelda i Busha juniora”, o obozie w Guantanamo i rządowym przyzwoleniu na stosowanie tortur: “Amerykański rząd wyniósł mściwość na iście piekielny poziom”, albo: “okrucieństwa, których dopuszcza się Bush i jego słudzy, a zwłaszcza okrucieństwo tortur oraz pełne pychy twierdzenie, jakoby on sam stał ponad prawem, rzucają bogom wyzwanie, bezwstyd tego wyzwania stanowi zaś rękojmię, że bogowie wymierzą karę dzieciom i wnukom jego domu”.

trzeźwolub i pedant – rewizje

Lecz za daleko odeszliśmy od tego, co w książce Coetzeego wydaje się być najważniejsze: od kobiety. Bo wszystko wskazuje na to, że to dzięki Anyi Señor C dokonuje rewizji swoich „stanowczych” poglądów. Nie tyle po to, by je skorygować (jego wizja świata nie ulega bowiem zmianie) ale po to, by je „wyprzeć”, zastąpić innymi; spojrzeć na nie z zewnątrz, nabrać do nich dystansu…
Co on sam o tym mówi?: „Powinienem wyplenić te starsze, co bardziej sterane [poglądy], i zastąpić je nowszymi, bardziej dzisiejszymi.” Jest świadomy tego, że wyrosły one z jego „namiętności” i „uprzedzeń”, i że komuś „na wskroś nowoczesnemu” mogą się one wydawać staroświeckie i obce „niczym kości jakiegoś dziwacznego i wytępionego stwora, ni to ptaka, ni to gada, tuż przed skamienieniem. Lamenty. Pomstowania. Klątwy.”
Anya radzi mu, by „zmiękczył” swoje zapatrywania, napisał coś bardziej osobistego, popartego własnym, rzeczywistym doświadczeniem; coś, co jest bardziej zakorzenione w realnym świecie, żeby wybrał inne tematy – żeby wreszcie przestał być „odludkiem oderwanym od nowoczesnego świata”. Z kolei Alan, podpiwszy sobie podczas wizyty u pisarza, zarzuca go tyradą, wyzywając od „guru”, na którego dają się nabrać tylko w niektórych krajach (Niemcy Francja), gdzie nadal jest tendencja do hołubienia „siwobrodych mędrców”, ale nie w świecie anglojęzycznym („znanym z trzeźwości i zdrowego rozsądku”), gdzie guru wychodzą już z mody i przegrywają… choćby ze sławnymi kuchmistrzami, „przeterminowanymi” politykami, czy z aktorkami „sprzedającymi stęchłe ploty.”
Niewątpliwie pod wpływem tych zarzutów (i rad – w przypadku Anyi), starzejący się JC zastanawia się nad istotą i znaczeniem tego co pisze, rozważa to kim jest dla ludzi, którzy jeszcze zwracają na niego uwagę. Najwyraźniej wyartykułowane jest to w jego szkicu zatytułowanym „o życiu pisarza”, gdzie możemy przeczytać: „Swoją renomę rzeczywiście zawdzięczam raczej pisaniu powieści niż nauczaniu. Teraz jednak krytycy intonują inny refren. On w głębi duszy wcale nie jest powieściopisarzem – twierdzą – tylko pedantem, który po trosze para się beletrystyką. A ja doszedłem w życiu do takiego etapu, że zastanawiam się, czy aby nie mają racji i czy przez cały ten czas, gdy wydawało mi się, że chodzę a przebraniu, nie byłem w istocie nagi. (…) W życiu publicznym gram dziś rolę wybitnej osobistości (…) – swego rodzaju znakomitości, którą wyciąga się z lamusa i otrzepuje z kurzu, żeby powiedział kilka słów na jakiejś imprezie kulturalnej, a potem odstawia się ją z powrotem do kredensu. Jest to zasłużenie komiczny i prowincjonalny los dla kogoś, kto przed półwieczem (…) wyruszył w szeroki świat, żeby uprawiać la vie bohème. Prawdę mówiąc, nigdy do bohemy nie należałem – ani dawniej, ani dziś. W głębi duszy zawsze byłem trzeźwolubem, jeżeli w ogóle istnieje takie słowo, a w dodatku wyznawcą porządku, ładu. (…) Nigdy nie celowałem w stwarzaniu iluzji rzeczywistości, a teraz jeszcze mniej się do tego nadaję. Prawdę powiedziawszy (również) świat widzialny nigdy mnie zbytnio nie cieszył, nie czuję też jakiejś szczególnie dojmującej potrzeby odtwarzania go w słowach.”

kto jest zhańbiony?

JC – Coetzee ma poczucie tego, że żyje w haniebnych czasach, co jest dla niego dotkliwe tym bardziej, że on sam czuje się przez to zhańbiony, gdyż „hańba spada na wszystkich ludzi, i trzeba po prostu dźwigać jej brzemię, bo jest ona wtedy ludzkim losem i karą.” Hańba staje się stanem istnienia. Być może wyzwoleniem byłoby ocalenie własnego honoru – a to jest niczym innym jak próbą zachowania dobrego mniemania o sobie. Tylko wtedy bowiem można by kiedyś „stanąć z czystymi rękami przed sądem historii”. Tylko jak można to zrobić i czy jest to w ogóle możliwe? A jeśli coś takiego jak honor w człowieku po prostu nie istnieje?
Przed sądem historii – pisze Coetzee. Czy jednak historia może być sędzią sprawiedliwym i bezstronnym? A jeśli przyszłość będzie czasem równie – a może nawet bardziej – haniebnym? Czy hańba nie jest aby stałym atrybutem ludzkiej kondycji, permanentną skazą bytu człowieka – a jednym z jej przejawów jest choćby grzech pierworodny?
Jak wiemy hańba jest tematem głównym najsłynniejszej powieści Coetzeego. Niemal w każdej jego książce spotkać można człowieka zhańbionego. I tutaj rodzi się podejrzenie: czy aby poczucie tej hańby nie jest jakimś kompleksem pisarza, czymś w rodzaju jego osobistej skazy, którą przenosi on nie tylko na innych ludzi, ale i na czasy w jakich oni żyją i wreszcie – na cały świat? Na domiar złego do końca nie wiadomo: to czasy i świat hańbią człowieka, czy też człowiek hańbi świat i swoje czasy?
A może hańba to zwykły wstyd, beznadziejne poczucie tego, że nie jesteśmy w stanie sprostać naszym własnym aspiracjom kulturowym i duchowym – idealnemu wyobrażeniu tego, czym powinno być nasze człowieczeństwo?

kamuflaż, gra i ekshibicjonizm

No właśnie: czy JC to Coetzee, a jeśli niezupełnie, to ile jest w JC samego Coetzeego? Trudne pytanie bo Coetzee jest mistrzem kamuflażu (?), zwłaszcza wtedy, gdy wprost nawiązuje do siebie samego i swojej biografii. W „Zapiskach” zgadzają się nie tylko inicjały, ale i wiele innych rzeczy: miejsca zamieszkania, wiek, a nawet tytuł powieści. „Chłopięce lato”, „Młodość”, „Lato” to książki otwarcie – i par excellence – autobiograficzne. Dr Lurie z „Hańby”, pisarka z „Elizabeth Costello”, a nawet Sędzia z „Czekając na barbarzyńców” – wszystkie te postacie mają z Coetzeem wiele wspólnego, są niczym naczynie, do którego pisarz wlewa coraz to inne mikstury intelektualnego i psychicznego „ekstraktu” z siebie samego, tworząc podobną, lecz za każdym razem inną, mieszankę swoich alter ego.
Dlaczego to robi? Co chce przez to powiedzieć? Czy chce nam przekazać złożoną prawdę o sobie samym? Czy też wręcz przeciwnie: pod wielością form i migotliwością kameleona stara się ukryć rdzeń własnego ego? Ile w tym ekshibicjonizmu, a ile chęci ukrycia swego prawdziwego oblicza? Jest li w tym biegłość w tasowaniu swoich potencjalnych person, czy też może znak niemożności uchwycenia własnej istoty? Ile w tym asekuracji, ile poszukiwania, a ile mistyfikacji?
Wszystko wskazuje na to, że nie jest to jakiś nasz wydumany czytelniczy problem. Coetzee często był zainteresowany relacją autokreacji, zmyślenia, pozy, okłamywania (zarówno siebie, jak i czytelnika) z tym, co rzeczywistego i autentycznego tkwiło w mózgu, sercu, trzewiach i duszy pisarza. Dał temu wyraz w znakomitym tekście z 1985 roku „Wyznania i podwójne myśli: Tołstoj, Rousseau, Dostojewski” (opublikowanym w tomie esejów i wywiadów „Punkty nawigacyjne”), gdzie rozważa kwestię prawdy i zmyślenia w „konfesyjnych” wątkach twórczości tych pisarzy, (którzy nota bene byli także wielkimi myślicielami). Konkluzja Coetzeego jest pesymistyczna: odgrzebanie prawdy spod wieloznacznej gry w oszukiwanie i samooszukiwanie się, włączanie i wyłączanie samoświadomości, przenikania się pewności z wątpliwością, przemilczania i konfabulowania… jest niemożliwe: prawda absolutna (choćby tylko o pisarzu) jest nam niedostępna – o ile w ogóle coś takiego, jak prawda absolutna istnieje.  To, co chce przekazać – i co przekazuje pisarz swojemu czytelnikowi – zawsze będzie skażone wieloznacznością, subiektywizmem, niepewnością, ograniczonością zrozumienia i percepcji (zarówno twórcy, jak i odbiorcy). I co najważniejsze: on sam nic na to nie może poradzić, gdyż nie mają tu znaczenia jego dobra wola, szczerość, autentyzm i determinacja w dążeniu do prawdy… tak długo, jak po drugiej stronie jest człowiek, do którego jest to skierowane.
Czy można w tym wszystkim dojść do jakiegoś końca – dna i sedna rzeczy? „Kresem wyznania jest powiedzenie prawdy sobie i dla siebie” – konkluduje Coetzee, a w innym miejscu pisze: „Jedyną prawdą jest milczenie”.

dlaczego kobieta?

Cóż, czy można się dziwić, że z racji całego tego intelektualnego zamieszania, które wydaje się wyczerpywać sens pisarstwa JC, najważniejsza dla niego staje się kobieta? Co to może znaczyć i dlaczego tak się dzieje? Może dlatego, że ostatecznie wszystko „rozbija się” o nasze ciało, a dla ciała w sumie najważniejsza jest płciowość? Oczywiście można się starać się usilnie o wyemancypowanie ciała (w końcu istotą każdego z nas jest przede wszystkim człowieczeństwo, a dopiero później płeć), ale nie każdy podlega – poddaje się i używa – platońskiej funkcji przeżywania świata, która nie akceptuje tego, by warunki początkowe lokować w gruczołach produkujących męskie i żeńskie hormony płciowe. Bo czy rzeczywiście jest to ograniczenie? Czy też wręcz przeciwnie: Eros wzbogacić może i ubarwić to, co prowadzi nas w wyższe rejony przeżywania (również poznawania) świata, wliczając w to aspekt duchowy, a nawet intelektualny.
Kobieta w książce Coetzeego jest nie tylko katalizatorem męskich reakcji ze światem – nie tylko punktem odniesienia, w którym zbiegają się perspektywy, z jakich patrzą na świat różni mężczyźni; ale także miejscem „zaczepienia” się w tym realnym, rzec można „przyziemnym” świecie („ja patrzę z dołu” – mówi Anya) bez którego życie mężczyzn pozbawiłoby się gruntu pod nogami i podcięłoby sobie korzenie.
Gęstość myśli w tym, co pisze JC jest wielka, czasami nawet przytłacza, zaś Anya jest jak oddech. Lecz ta kobieta to nie tylko kusa spódniczka, zgrabny tyłeczek i ponętny biust. Brak jej erudycji JC, wiedzy Alana, intelektualnej sprawności na miarę zarówno finansowego spekulanta, jak i uznanego pisarza-intelektualisty, a jednak to do niej odruchowo odwołują się ci mężczyźni, niczym do arbitra tego, jak powinni się zachować – bo to właśnie tylko ona wydaje się dysponować tym, co można nazwać „życiową mądrością”, mimo powierzchowności ładnej kurki domowej bez większych życiowych aspiracji… choć jest – jak sama mówi – „dobrą żoną, dobrą przyjaciółką i dobrą kochanką”, a my wcale nie mamy ochoty jej zaprzeczać.
Nie dziwi mnie więc to, że kiedy Anya żegna się z Señorem, ten obejmuje ją przez dobrą minutę („staliśmy w mocnym uścisku – ja, skurczony staruszek i ona, ziemskie wcielenie niebiańskiego piękna”). Nie dziwi również to, że to właśnie Anya pojawiła się w śnie o własnej śmierci Señora, w którym, z czułością i współczuciem, prowadzi go za rękę do łodzi Charona – ku bramom nicości.

* * *
.

Powiązane wpisy: „UPADEK”  (rozmowa z Kartką)„ZAPISKI PROWINCJUSZA”  (o „Młodości”),  „PORYW SERCA, ZWIERZĘCA CHUĆ”  (o „Hańbie”).

CON AMORE

*

Antonio Canova, „Amor i Psyche”, Luwr, Paryż (zdjęcie własne)

*

Miłość.
Najpiękniejsze a zarazem najbardziej strywializowane ludzkie uczcie.

Napisano o niej wszystko, do cna zbanalizowano, przenicowano na wszelkie możliwe sposoby. Dlatego tak ostrożnie podchodzimy do tego, by wyrazić się o niej wprost.
Nie obawiają się tego jedynie ci, którzy właśnie są zakochani – ci, którzy w tej danej chwili (tu i teraz) oddychają miłością… Im niepotrzebne są słowa. A jeśli już nawet wyrażają swą miłość, to wystarczają im te słowa najprostsze lub milczenie, czasem tylko gest lub czułe spojrzenie.

*

Każdy zdrowy i normalny człowiek pragnie miłości, bo tylko w relacji z drugim człowieku może się spełnić – jedynie w drugiej podobnej mu istocie może się odbić jego człowieczeństwo, niczym w lustrze, w którym przeglądamy się samym sobie i innym, gdzie szukamy sensu, gdzie przypatrujemy się wszelkim fenomenom życia.

*

Nasz głód miłości jest wielki, więc często mylimy z nią seks lub pożądanie.
Choć samo pożądanie nie jest jeszcze miłością, to zawiera w sobie jej ziarno, obietnicę, nadzieję… Wydaje nam się nie tylko przyprawą, ale i samą treścią, jaką wypełniamy naszą chwilę zespolenia ze światem – ów moment spełnienia, który odczuwamy jako afirmację istnienia.

*

Miłość może się obejść bez rozumu, tym bardziej bez tego rozumu może się obejść  seks i pożądanie, dlatego tak irracjonalne wydają się nam często zachowania kochanków i tych, którzy do siebie lgną, by zaznać choć tej chwili rozkosznego spazmu.

Rozsądek jest końcem wszelkiego nastroju, a przecież tylko on (nastroj) może ocieplić naszą egzystencję, uczynić ją bardziej znośną, uduchowioną – ubrać, udekorować tę scenę zimnego i obojętnego świata, na której rozgrywają się drama naszego życia.

*  *  *

Do napisania powyższych słów sprowokowała mnie pewna wiadomość, o której zresztą wspomniałem w jednym z komentarzy do tekstu o bachanaliach. Otóż przeprowadzono ostatnio badania, które wykazały, że częstotliwość doznawania przez kobiety orgazmu jest wprost proporcjonalna do stanu konta jej partnera, czyli do grubości … jego portfela; innymi słowy: zależy od posiadanego przez niego bogactwa.
W pierwszej chwili uległem pozornej oczywistości tej rewelacji,  lecz zaraz potem zdobyłem się jednak na spojrzenie krytyczne. Jest to bowiem nic innego, jak kolejna sensacyjka, która pod płaszczem naukowości stara się nas epatować zbyt daleko idącą i upraszczającą wszystko (by nie napisać – prostacką) konkluzją. Jeśli już nawet przyjmiemy kulturowo-biologiczną przesłankę tych wniosków o kobiecym pożądliwym wpatrzeniu się w pieniądze swojego kochanka, które stymulują jej orgazm, to musimy zauważyć, że pomylono tutaj skutek z przyczyną.

Oczywiście nie same pieniądze doprowadzają kobiety do erotycznej ekstazy, a posiadający je partner. Ta proste spostrzeżenie prowadzi do dalszego oczywistego wniosku, że jednak materialne bogactwo nie ma tutaj żadnego znaczenia, znaczenie natomiast ma sam mężczyzna, który właśnie dzięki cechom doprowadzającym kobietę do orgazmu, zdobył również pieniądze.
Koniec końców, ów mężczyzna upoiłby erotycznie kobietę, nawet gdyby był biedny jak mysz kościelna, a stan jego konta wynosiłby zero (bo np. nie przejawia on szczególnych skłonności do gromadzenia dóbr materialnych – a jego siła życiowa skierowana jest gdzie indziej).
Okazuje się, że coś wręcz trywialnie oczywistego jest ignorowane przez jakieś pseudo-naukowe doniesienia, których jedynym celem jest epatowanie medialnym sensacjonizmem.

*  *  *
Redukcja miłości – a nawet samego pożądania – tylko do biologicznych przesłanek, jest zbytnim uproszczeniem, odzierającym człowieka z tego, co jest dla niego najbardziej cenne – a mianowicie z jego kultury. Gdyż kultura ta jest nie tylko jakimś ubocznym produktem ślepej ewolucji, a czymś, co tworzy w świecie materii ożywionej odrębną, swoistą, wyższą i wyjątkową jakość.
Ponadto – i wydaje mi się to niezwykle istotne – w procesie rozwoju ludzkiej cywilizacji, doszło do czegoś w rodzaju kosmogoniczego sprzężenia zwrotnego: nasza kultura jest już w stanie wpływać na siły, które ją – za pośrednictwem człowieka – urzeczywistniły (wliczając w to siły kierujące ewolucją).

To wygląda tak, jakby kreacjonizm (jakkolwiek nazwiemy siły progresywne, kreatywne Wszechświata) włączył swój dodatkowy program.
Stworzenie może już dotknąć boskości, dzięki której powstało: kropla powraca do swojego Oceanu.
Może to jest właśnie ten poszukiwany przez nas sens…
Cel, którym zamyka się koło bytu?

*  *  *
Prawdziwa ludzka miłość nie szuka swych przyczyn w wirujących atomach, skręcających się łańcuchach cząsteczek, w chemicznych kwasach i zasadach…
Dla człowieka zakochanego wystarczającą afirmacją jego uczucia jest poczucie samej miłości – jednej z niewielu metafizyk, której jest wówczas pewny.

*  *  *