CZY EUROPA PSUJE SIĘ OD GŁOWY? – o filmie „Słodki koniec dnia”

.

Kiedy się zabierałem do napisania noty o tym filmie, to myślałem, że zajmie mi ona jakieś pół strony. Ale kiedy skończyłem, okazało się, że tych zapisanych stron jest cztery. Nakręcony we Włoszech, ale zdecydowanie polski obraz ze scenariuszem napisanym specjalnie dla Krystyny Jandy, sprowokował mnie do bardziej intensywnego myślenia, niż się spodziewałem, co jednak nie przełożyło się na moją dobrą o nim opinię. „Słodki koniec dnia” prowokuje, mówi o schyłku i dekadencji, ale chyba niechcący obnaża zepsucie tam, gdzie tego zepsucia sam nie dostrzega.

.

Jaki jest stan europejskich elit? (Krystyna Janda w filmie „Słodki koniec dnia”)

.

       Pamiętam jak urzekł mnie pierwszy film Jacka Borcucha, który widziałem. Nosił on tytuł „Wszystko co kocham” i był dość nostalgicznym, ale jednocześnie spontanicznym powrotem reżysera do czasów swojej młodości – nieco żywiołowym i rozwichrzonym, ale przy tym autentycznym i szczerym. Gorzej było niestety z następnym jego filmem „Nieulotne”, w którym młodzi ludzie usiłowali wejść w świat dorosłości, ale za bardzo nie wiedzieli, czego chcą (tam szukać) – wprawiając również w konsternację nas, widzów.

Ciekaw więc byłem najnowszego obrazu Borcucha „Słodki koniec dnia”, tym bardziej, że zagrała w nim dawno już nie widziana na kinowych ekranach Krystyna Janda (moje zaciekawienie z tego powodu jeszcze bardziej wzrosło, kiedy na ostatnim Festiwalu Filmowym Sundance za wystąpienie w tym filmie otrzymała nagrodę dla najlepszej aktorki); a tu jeszcze w obsadzie gwiazda (bardziej kina włoskiego niż polskiego) Kasia Smutniak; a tu scenariusz pisany m.in. przez Szczepana Twardocha, uznanego w Polsce za pisarza dobrego, choć kontrowersyjnego („Morfina”); a tu muzyka Blooma i Możdżera… No i jeszcze ta Toskania.

mgła

Początek „Słodkiego końca dnia” był zachęcający. Zamiast pocztówkowych, nieskazitelnie pięknych toskańskich pejzaży, którymi zazwyczaj napawają się operatorzy filmów z akcją osadzoną w tej idyllicznej krainie oliwek, cyprysów i wina, (którą, nawiasem mówiąc ja sam uwielbiam) patrzyliśmy na kadry Michała Dymka, który z włoskiego krajobrazu wydobył mglistą szarość, niekiedy wręcz mroczność – nawet w czasie dnia nie widzieliśmy jaskrawych kolorów, bo obraz zdominowały barwy zimne i stonowane, pozbawione nasycenia. Światło słoneczne, jeśli było, to było wyblakłe i przefiltrowane; zieleń i żółć – pieszcząca zazwyczaj w Toskanii nasze oczy – tutaj była brudna, poszarzała… I akurat w tym momencie to wszystko mi odpowiadało, gdyż mogło się przełożyć na równie intrygującą i niebanalną filmową historię o europejskiej dekadencji. Bo cóż po pięknie w czasie nerwowym?
Bardziej oswajały niż raziły aż nadto oczywiste odniesienia do znajomych scen z innych filmów. Docierały do nas znaki i symbole, które – miałem taką nadzieję – staną się bardziej czytelne i uzasadnione później. Do ludzi obecnych na ekranie, przybliżały nas ich gesty, zachowanie, słowa… Krystyna Janda we wszystkich scenach zwracała na siebie największą uwagę… Wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku, ale w pewnym momencie „Słodkiego końca dnia” zaczęło mi coś w nim zgrzytać.

bomba

Bomba wybuchła gdzieś tak w połowie filmu, zaraz po niej nastąpiła nie mniej wybuchowa przemowa głównej bohaterki, granej przez Jandę Marii Linde, pochodzącej z Polski laureatki Nobla, która odrzucając tę obmierzłą nagrodę, będącą dla niej symbolem psującej się (od głowy?) Europy, stwierdziła ponadto, że atak terrorystyczny, jakiego właśnie dokonano w Rzymie (i który pochłonął wiele ofiar śmiertelnych) jest niczym innym, jak… dziełem sztuki. A śmierć tych ludzi była dla nich… darem, jaki otrzymali oni od tych, którzy ich zabili.
Od tego momentu czekałem, jak to wszystko dalej się rozwinie – jak wytłumaczy ona tę histeryczno-niedorzeczną tyradę, jakie poda argumenty; wreszcie: co ona tak naprawdę sobą reprezentuje, jaka była jej twórczość, na czym polegało jej oddziaływanie na ludzi, na czym jej zależy, co ją w Europie boli… ? A może zamkną ją – jak Ezrę Pounda  w klatce (którą właśnie wybudowano na rynku jej miasta) – w psychiatryku?
Lecz na próżno – film spuścił z tonu i dalej „poleciał” już tylko bliżej nieokreśloną mamałygą, w której grana przez Jandę „poetka” (jakże trudno byłoby wyobrazić sobie jej „poezję”) zachowywała się coraz bardziej niezrozumiale, irytująco i antypatycznie.
Niestety, im więcej o tym filmie myślę (a daje on jednak do myślenia) tym mniej mi się on podoba. (Ale bardziej ze względu na treść, niż na formę).
Jedną z kluczowych kwestii, jaką podejmuje „Słodki koniec dnia” jest problem, jaki ma obecnie Europa z imigrantami (to polityka). Drugą jest wolność artysty do (najbardziej nawet skrajnych i kontrowersyjnych) wypowiedzi (to psychologia i etyka). Film, chcąc nie chcąc, pyta się też o kondycję europejskiej kultury i jej elit.
I tutaj budzą się we mnie spore zastrzeżenia… właśnie wobec tych europejskich elit, których przedstawicielką jest także Maria Linde.

ciacho

Po pierwsze: jej romans z (młodszym od niej o jakieś 30 lat) wielce urodziwym Egipcjaninem, sporo mówi nie tylko o hedonistycznych skłonnościach (te według mnie nie są tutaj tak istotne, podobnie jak to, że na „intelektualnych” spotkaniach z nią pali się „skręty”, alkohol leje się strumieniami, a ona sama „ćpa” na jakichś podejrzanych bibach), co o jej stosunku, zarówno do własnej rodziny (mąż, córka z dziećmi), jak i do imigrantów.
Ten jej flirt (nawiasem mówiąc w grze Jandy nie ma żadnej zmysłowości, dlatego afera ta wypada dość sztywno, sucho i pozbawiona jest jakiejkolwiek namiętności) nie ma jednak żądnej głębi – podobnie jak nie ma większej głębi w tym, jak Maria pojmuje kulturę imigrantów (to, że nie wie ona nawet tego w jaki sposób trzymać książkę arabskiego myśliciela, którą dostała w prezencie od swojego kochanka, jest tutaj symptomatyczne). Dla niej ten chłopak jest tylko takim „ciachem”, po które sięga znudzona, starzejąca się kobieta, łudząca się, że młodość jej kochanka ją samą odmłodzi, pozwalając jej zrzucić więdnące ciało niczym kolejną sukienkę (tak przynajmniej można wywnioskować z tego, co widzimy na ekranie). Po drodze, oczywiście, Noblistka rani swoich najbliższych (nawet jej własna córka mówi o niej, że jest „popierdolona”), powoduje to, że wszyscy się od niej odwracają (i akurat jej najbliżsi robią to nie dlatego, że palnęła jakąś kosmiczną bzdurę, która poszła w świat i de facto ją skompromitowała).

fochy

Dla mnie najgorsze w tym filmie jest to, że Borcuch i Twardoch właśnie z takiego materiału wyciągają postulat o wolności artysty i jego prawa do ekspresji samego siebie. No ja przepraszam! W takim razie co z konsekwencjami jakie to za sobą pociąga? Co z odpowiedzialnością za słowa, za swoje czyny? Co z etyką (którą tak przecież napełniają sobie usta obrońcy imigrantów)? A tu sama Noblistka mówi wprost, że jest niemoralna („I am immoral”) i że nie podziela systemu wartości, który może jest dobry dla ogółu, ale nie dla niej. (Nota bene, mówienie w tym kontekście o „autorytecie moralnym” może wyglądać na jawną kpinę).
Jest jeszcze jeden szkopuł. Film nie daje nam żadnych przesłanek, byśmy uwierzyli w to, że Maria Linde rzeczywiście jest poetką – i do tego wybitną, zasługująca na najwyższą nagrodę w literackim świecie. Nie mamy pojęcia, jaka jest jej twórczość, czego dotyczy. Żeby choć żachnięto się o tym w filmie! A tu nic! Zamiast tego widzimy strzelającą fochy seniorkę, której bunt – oprócz niezrozumiałej dla nikogo przemowy – ujawnia się w piratowaniu swoim nowym Porsche, niezatrzymywaniu się do kontroli drogowej, uczeniu swojej wnuczki przeklinania (dzięki temu dla niej Sinatra okazuje się „wykurwisty”) tudzież w pisaniu listu do męża (z którym – jak na razie – mieszka pod jednym dachem) z prośbą, żeby zamiast w pantoflach, chodził po domu w butach. Czy to wszystko nie jest infantylne, zwłaszcza jak na zachowanie intelektualistki, której słucha świat?
Właśnie! Sama Maria Linde mówi, że to ją wykreowali inni (intelektualiści, literaci, krytycy…) i że ona nie ma z tym nic wspólnego. To nie jest jej wina, że zrobiono z niej autorytet.

bańka

Nie wiem, czy celowo, ale tutaj twórcy filmu zdradzili jeszcze jeden problem współczesnych elit – używania i ulegania mechanizmowi, w którym lansuje się, gloryfikuje, mitologizuje i nadyma bańkę sławy wokół kogoś, kogo twórczość jest problematyczna, a jej wartość pozostawia czasem wiele do życzenia.
Poza tym, tyrada Marii Linde zwróciła się też przeciw Nagrodzie Nobla. Bo czy warto padać na kolana przez werdyktem jakiejś spółki, skompromitowanej skandalem i bynajmniej nie kierującej się wartością literacką a swoim ideologiczno-politycznym widzimisię czy jakąś koterią?
Podsumowując wszystko, co do tej pory napisałem: czy nie jest to aby diagnoza stanu (choroby?) sporej części elit współczesnej Europy?

*  *  *

5.5/10

MASY I ELITY – czy istnieje kultura „niska” i „wysoka”?

(zapiski IX)

.

Kultura i sztuka jak najbardziej podlega naszemu wartościowaniu, wbrew postmodernistycznej tendencji, która wmawia nam, że nie ma dobra ani zła (z tego wynika, że nie można odróżnić sztuki dobrej od złej); że wszystko jest prawdą (fałszem), i że wszyscy mają rację (albo że racji nie ma nikt).
I nie zapominajmy, że wszystkie „izmy” (w tym i postmodernizm), także wykluwały się elitarnie (a ich luminarze mieli poczucie nie tylko elitaryzmu, ale i bycia awangardą).
W tej dyskusji (na temat sztuki „niskiej” i „wysokiej”, elitarnej i egalitarnej) zbyt mało, moim zdaniem, zwraca się uwagę na coś, co dla mnie jest nie tylko oczywiste, ale i wręcz radykalne. Wyrażę to prosto: kultura (sztuka) „niska”, masowa, egalitarna wcale nie musi być gorsza od kultury „wysokiej”, elitarnej (i vice versa). Czyli: wszyscy popełniają zasadniczy błąd aksjologiczny, bezwiednie (bardziej lub mniej świadomie) uznając kulturę elitarną za wyższą (bardziej wartościową) od egalitarnej. W podobnych dyskusjach jest to aksjomatem (a nawet wręcz dogmatem). A tak wcale nie jest. W elitach (tak mi się wydaje) głupota, pozerstwo, wyrachowanie, małostkowość… etc. rozkładają się (statystycznie) podobnie jak w „masach”.
Twórcy kultury masowej mogą być prawdziwymi artystami, tak jak wśród „elit” zdarzają się beztalencia, hochsztaplerzy i miernoty.
Zważywszy na to wszystko, wydaje mi się, że sam podział na kulturę „wyższą” i „niższą” jest pewnym nieporozumieniem. Błąd nasz polega na tym, iż zbyt często pozwalamy, by słowo „elita” budziło w nas odruch Pawłowa: ślinimy się, jakby stamtąd rzeczywiście rzucano nam najsmakowitsze kostki. Modlimy się i kierujemy wzrok ku „elitom”, jakby tam był ołtarz prawdziwych i jedynych bogów, a przynajmniej ludzi bogom podobnych. Wymądrzamy się podłapując wydzielane przez „elity” idee, jakby tam był prawdziwy zdrój mądrości. Jednym zdaniem, traktujemy „elity” bałwochwalczo i często bezkrytycznie, uznajemy je za kulturową śmietankę. Również dlatego, że sami – bardziej lub mniej skrycie – mamy aspirację, by do „elity” się zaliczać.
No cóż… Długo by można pisać na ten temat.
Wspomnę tylko jeszcze o pewnej anegdocie, której bohaterem jest Ryszard Kapuściński.
Otóż napisał on kiedyś, iż nie znosi on luksusowych, wielogwiazdkowych – właśnie „elitarnych” i wysokiej klasy hoteli – przedkładając nad nie pobyt w zwykłych, tanich, często nawet dość podłych hotelikach czy motelach, gdyż… w tych ostatnich spotyka on nie tylko bardziej autentycznych, ale i ciekawszych ludzi. Jest w nich po prostu więcej prawdziwego życia.
Wprawdzie elita bogaczy to nie to samo co elita „robiąca” w kulturze, to jednak owo wrażenie Kapuścińskiego koresponduje we mnie z odbiorem szeroko pojętej kultury, której nie chcę dzielić na kulturę „elitarną” i egalitarną, „niską” i „wysoką”, a raczej na dobrą i złą.
Tak mi dopomóż mój smaku – moje zmysły i umyśle.

greydot

Jest w Chicago kino, które nazywa się Music Box. Taka trochę instytucja – z tradycjami i historią. Wystrój głównej sali przypomina niemiłosierny kicz, czasem, przed projekcją, do dziwnie brzmiącego i wyglądającego instrumentu podchodzi pan i gra jakiś przedwojenny kawałek. Jest oczywiście stanowisko popcornu i „fontanna” z „sodą”… I w tym kinie wyświetla się filmy, których nie uświadczy się w tzw. „szerokim” rozpowszechnianiu – sporo europejskich (głównie tych, które w kręgach „bardziej wymagających” kinomanów zdobyły rozgłos, lub zostały nagrodzone na światowych festiwalach), filmy kina „niezależnego”, niszowego, „artystycznego”… Ale również stare (odrestaurowane, „kultowe”) filmy amerykańskie. Odbywają się też w Music Box przeglądy tematyczne lub nawet monograficzne (widziałem tam np. przegląd filmów Bergmana), niekiedy kino udziela gościny corocznemu Międzynarodowemu Festiwalowi Filmowemu (tam po raz pierwszy obejrzałem np. „Niebieski” Kieślowskiego, „Amores Perros” Iñárritu i mnóstwo innych filmów tego pokroju – mała ciekawostka a propos: kiedy oglądałem film Iñárritu, akurat tuż przede mną siedział… Krzysztof Zanussi).

I oto w takim – wydawałoby się – dziwnym, eklektycznym, śmiesznym nieco miejscu, odbywają się prawdziwe uczty kina.

Dlaczego o tym piszę?
Choćby po to, by zaznaczyć swoją przychylność i aprobatę dla przenikania się różnych gatunków kina, różnych stylów; dla łamania stereotypów, (które jednak w najlepsze krążą między ludźmi…) dla przekraczania granic i łamania barier, jakie (zwykle w sposób sztuczny i cokolwiek „na siłę”) są przez niektórych tworzone, a które niepotrzebnie dzielą i szufladkują ludzi.

Jednakże jestem tego świadomy, że (z drugiej strony) istnieje w nas potrzeba klasyfikacji, segregowania, nominalizacji otaczającej nas rzeczywistości (co jest, w pewnym sensie – próbą jej uporządkowania i oswojenia). Dotyczy to również kina (ale i całej kultury, sztuki).
Służy nam to do naszej orientacji w świecie, umożliwia analizę pewnych zjawisk, kulturowych fenomenów; prowokuje dyskusję i konfrontację różnych poglądów…
Źle się dzieje, jeśli takie tendencje nas usztywniają i radykalizują, dobrze – jeśli umożliwiają wzajemne porozumienie, tolerancję, rozszerzenie naszej wiedzy i horyzontów myślenia; jeśli stymulują naszą ciekawość i chęć poznania czegoś nowego.

Może właśnie dzięki tej świadomości udaje mi się godzić czasami ogień z wodą, przenikać przez te wszystkie bariery dość swobodnie i bezboleśnie… cieszyć się zarówno z filmu uznawanego za hit „masowy” (zdecydowanie przepisywanego pop-kulturze), jak i takiego, o którym się mówi, że jest „trudny”, „ciężki”, elitarny, „artystyczny”, przynależny sztuce „wysokiej”.
Nie mam z tym żadnego problemu.

greydot
Temat przypomniał mi pewną rozmowę, jaką swego czasu przeprowadziłem z moją znajomą, Małgorzatą (Defendo):

DEFENDO: Nie neguję potrzeby istnienia kultury masowej. Jest konieczna, choćby po to, żeby ta elitarna mogła mieć poczucie odrębności. Każdy z nas jest jej konsumentem, idzie mi jednak o świadomość – jeśli wiem, że oglądając film Machulskiego, korzystam z taniej, jarmarcznej rozrywki – to jest w porządku. Jeśli ktoś mi wciska, że tylko takie filmy warto robić, bo tylko one się sprzedają – to się nie zgadzam.
Zgoda – nie każdy hollywoodzki film jest chłamem, ale zauważ, że ostatnio wszystkie niechłamowe dzieła reżyserują twórcy importowani, głównie z Europy (z czasem się zresztą komercjalizują, z reguły najlepsze rzeczy robią tuż po przyjeździe do USA, jeszcze owiani europejskim wiatrem). Kieślowski, który próbował łączyć elitaryzm z popem – kręcił we Francji.
Próba zejścia do ludu w wykonaniu Zanussiego zakończyła się żałośnie, prawda? Flirt inteligentów z ludem zawsze jest czekiem bez pokrycia.
Wolny rynek jest zapewne korzystny w gospodarce – a i to nie brak poważnych ekonomistów, którzy mają równie poważne wątpliwości i nie wahają się ich artykułować. Wolny rynek w kulturze jest – moim zdaniem – dyktaturą masy, a ta jest pozbawiona smaku.
To właśnie Viscontiemu, Skolimowskiemu, Bergmanowi i wielu innym kino zawdzięcza fakt, że nie zeszło do roli odpustowego obrazka, że jest nie tylko papką. Takich twórców trzeba chronić. Machulski kręci dla pieniędzy i poklasku, ale nie usiłuje udawać, że jego filmy mają jakąś wartość poza rozrywkową – i to jest uczciwe. Nie liczy na palmy i lwy, nie startuje w tych konkurencjach. Mnie drażnią ci, którym tak się we łbach poprzewracało, że w swoich beznadziejnych rymowankach widzą poezję, a w nieznośnie afektowanych, grafomańskich opowieściach współczesnych Harlekinek – literaturę.

JA:  Defendo, niemal ze wszystkim się tutaj z Tobą zgadzam, chciałbym jednak zwrócić na coś uwagę. Tak naprawdę, nie ma czegoś takiego jak odbiór, czy też smak „masy”. Zawsze odbiorcą jest konkretny człowiek. Sam posługuję się pojęciem „masa” ale zdaję sobie sprawę z pewnego ahumanizmu tego określenia – rodem z marksistowskiej, pachnącej totalitaryzmem, socjotechniki.
Piszesz: „Mnie drażnią ci, którym tak się we łbach poprzewracało, że w swoich beznadziejnych rymowankach widzą poezję, a w nieznośnie afektowanych, grafomańskich opowieściach współczesnych Harlekinek – literaturę.”
Ja podobny zarzut mógłbym skierować pod adresem różnych „artystów” sztuki współczesnej, którzy właśnie mają pretensje, by zaliczać się do elity, mimo chłamu, jaki produkują – bo nie można zaprzeczyć, że także w obrębie tzw. „elitarnej” sztuki współczesnej (odnosi się to także do kina, literatury, teatru, opery…) jest sporo zwykłego badziewia, które chce udawać sztukę wysoką.
Nie można z nikogo robić świętej krowy, w tym i z artystów. Nie można bezkrytycznie łykać wszystkiego, co produkuje sztuka współczesna, na zasadzie – im mniej to zrozumiałe przez przeciętnego człowieka, tym głębsze i wyższe. Odnosi się to również do kina.

DEFENDO: Zgoda – ale  p r a w i e  zgoda. Badania nad masą (tłumem) są domeną nie ludzi z kręgu wschodnioeuropejskiego, ale zgoła innego: Le Bona, Canettiego i innych. Oni nazywali tłum masą i nie tylko się tej „masy” bali, ale czasem ulegali jej urokowi, w każdym razie badali mechanizmy, które nią rządzą.
Jeśli zaś chodzi o sztukę współczesną – to nadal bronię praw artysty. Z nią jest niemal tak źle, jak z filmem współczesnym (albo niemal tak dobrze): są artyści, rzemieślnicy i partacze. Jedni autentycznie czegoś poszukują (a tym wolno wszystko, tak uważam), inni chcą zarobić (Siudmak), jeszcze inni robią rękodziełka w guście gawiedzi, do wyboru, do koloru. Jeśli czegoś nie rozumiem – nie zakładam jednak,  ze to coś jest złe, ale próbuję zobaczyć, czy to ja dorastam do przekazu. Czasem zdarza się bowiem, że sztuka wcześniej od naukowców potrafi przeczuć i dostrzec zjawiska, przemiany, zrewolucjonizować widzenie świata. Coś, co nam się nie mieści w głowie, doskonale mieści się w wyobraźni artysty. Z nikogo świętej krowy nie robię, skądże! Mam jednak prawo do własnych opinii – i staram się je argumentować, wprawdzie nie w takim stylu i z taka klasą, jak Ty – ale równie rzetelnie.
Można się pięknie różnić, wtedy właśnie powstaje płaszczyzna porozumienia – idealne pole walki bez przemocy.

JA: Defendo, ja nie pisałem nic o „ludziach z kręgu wschodnioeuropejskiego”. Totalitaryzm, i to zarówno w wydaniu faszystowskim, jak i komunistycznym, był konsekwencją myślenia ludzi z kręgu kultury zachodnioeuropejskiej. Np. Marks, swoje teorie wymyślał w bibliotekach Londynu, Nietzsche włócząc się po Niemczech, Szwajcarii i Włoszech… Już bliżej Wschodu był Canetti.
A jeśli chodzi o Le Bona?
Nie bez kozery rozczytywali się w nim naziści (Goebels wręcz dosłownie go cytował), a sam Mussolini jego „Psychologię tłumu” trzymał na nocnym stoliku przy swoim łóżku.
Nie chodzi o to, że Le Bon nie miał racji pisząc o zachowaniu tłumu (choć moim zdaniem nie miał racji uważając go za jakiś odrębny twór posiadający własną „duszę”). Chodzi właśnie o socjotechniczne, instrumentalne podejście do ludzi, które może być niezwykle niebezpieczne – co udowodnili totalitaryści. Moim zdaniem jest ważne to czy nazwiemy człowieka „zwierzęciem stadnym” (czego bliżej był Le Bon et consortes, którzy wręcz pisali o ludziach w kategoriach stada), czy też uznamy go za „istotę społeczną”.
To nie jest tylko kwestia nazewnictwa ale wręcz fundamentalna, zasadnicza różnica, zdradzająca właśnie humanitarne albo ahumanitarne podejście do człowieka. Uznając ludzi za stado, łatwiej nimi manipulować. Uznając ludzi za społeczeństwo, można go edukować. Bowiem jest różnica między tresurą a wychowaniem.
Poza tym rzeczywistość często „zachowuje się” tak, jak byśmy tego chcieli (także w zależności od tego, jak – i z czym – do niej podchodzimy, co można nawet zaobserwować w fizyce, o czym mówi zasada nieokreśloności Heisenberga). Podobnie zachowują się”masy”, czyli ludzie tworzący jakąś zbiorowość. Często właśnie – jak zwierciadło.
PS. Nie mogę się zgodzić z Tobą, że artyście „wolno wszystko”. Choćby dlatego, że nie jest takie oczywiste to, kogo można uznać za artystę, a kogo nie. (Nawet nie biorę się za to, by rozważyć to na płaszczyźnie etycznej, gdyż jest to temat na całkiem inną dyskusję.)

Do rozmowy dołączył się wówczas jeszcze ktoś inny:

M: Niespecjalnie przepadam za tym co amerykańskie, ale nie można zaprzeczyć, że najlepsze pomysły na zarobienie pieniędzy pochodzą stamtąd. Hollywood jest fabryką pieniędzy i chce dotrzeć do jak największej liczby odbiorców.Musi więc zniżyć się do poziomu przeciętnego widza. Problem nie leży po stronie kina.Problemem jest poziom masowego odbiorcy. Nie można czepiać się szewca, że robi najwięcej przeciętnych rozmiarów obuwia, skoro popyt jest właśnie na nie!! I co istotniejsze dla mnie, popularny film „hollywoodzki” potrafi skłonić do zadumy i poruszyć te same problemy w lekkostrawnej formie, w przeciwieństwie do flaków z olejem serwowanych z wielkim zadęciem przez Bergmanów, Fellinich i innych przedstawicieli różnych „szkół” i „nurtów”.
Więc nie wiadomo co bardziej wartościowe. Czy wzruszenie przeżywane przez setki tysięcy, czy nawet miliony ludzi oglądających „Przeminęło z wiatrem” czy cmokanie kilku krytyków nad jakimś wydziwionym łamańcem psychologicznym.

JA: M., piszesz: „Więc nie wiadomo co bardziej wartościowe. Czy wzruszenie przeżywane przez setki tysięcy, czy nawet miliony ludzi oglądających „Przeminęło z wiatrem” czy cmokanie kilku krytyków nad jakimś wydziwionym łamańcem psychologicznym.”
Otóż moim zdaniem wartość ma zarówno jedno, jak i drugie – to dwie odmienne percepcje kina. Uważam, iż są jednak wyższe sfery sztuki, gdzie nie może dotrzeć tzw. „przeciętny odbiorca”. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś uzurpuje sobie przynależność do sztuki wysokiej, a jest wytwórcą gniotów i badziewia.
W związku z Twoją wypowiedzią, muszę jednak bronić Bergmana i Felliniego. Znam dość dobrze ich twórczość (swego czasu opublikowałem w „KINIE” ich monografię), i nigdy, oglądając ich filmy, nie czułem, że są to „flaki z olejem”. To co piszesz o twórcach tej miary co Bergman i Fellini, trąci jednak pewną arogancją.
Ale podpisałbym się pod Twoim stwierdzeniem, gdybyśmy wzięli pod uwagę różnych epigonów tychże reżyserów – tam rzeczywiście sporo owego nudnego „zadęcia”, niestrawności i smętów niepospolitych udających wielką sztukę (na co, niestety, łapie się wielu snobujących się krytyków, a także widzów). Pisałem o tym swego czasu przy okazji omawiania jednego z filmów Teo Angelopoulosa.

greydot

Chodzi o to, by owo „poczucie wyższości i dumnej inności” nie było cechą dominującą przy odbiorze sztuki (ani nawet cechą zauważalną). Najważniejszy powinien być autentyzm, rozwijanie własnej pasji i upodobań, zdolność do cieszenia się dziełem sztuki, bez ciągłej krytyki tego, co niesie ze sobą pop-kultura.
Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy zaczynamy odczuwać, że kultura masowa dokonuje inwazji w obszary, gdzie nie chcielibyśmy mieć z nią zbytnio do czynienia (bo oznaczać to może wulgaryzację, spłycenie, duchową pauperyzację przestrzeni kulturowej, w której się obracamy.)
Nie jestem wrogiem kultury masowej, ale – pozornie wbrew temu co napisałem powyżej – zastrzegam sobie jednak prawo do wartościowania jej produktów (a wśród nich są również takie, które wzbudzają moją awersję, niesmak, a nawet sprzeciw). Przy czym, dokonując takiego wartościowania, wcale nie musimy zabarwiać tego pogardą czy poczuciem wyższości.
Dobrze byłoby, abyśmy zdawali sobie sprawę z tego, że w obrębie kultury masowej są również utwory wartościowe (nie tylko socjologicznie, ale i artystycznie); podobnie jak w obrębie kultury tzw. „wysokiej” zdarzają się bzdety, hucpy i wydmuszki bez większej, trwałej wartości a swoje istnienie zawdzięczające głównie snobizmowi lub zwykłemu wyrachowaniu.
Poza tym, to co mieni się kulturą wyższą (elitarną) nie jest z samej swej definicji dobre, godne szacunku i poważania, tak jak to, co nazywane jest kulturą masową (egalitarną) – nie jest z definicji złe.
A o tym, niestety, często zapominamy.

greydot

Głos w tej sprawie zabrała także Chihiro: „Mam wrażenie, że na siłę (który to już raz? nie zliczę, tyle ich było) próbujesz stosować podział, albo wychodzisz od tego podziału na kino masowe vs. niszowe, ambitne. Tymczasem w wielu filmach ten podział nie obowiązuje. Zwróć uwagę na fakt, że np. to co dla Ciebie może być ambitne, w innym kraju może być masowe. Podobnie jest z czasem, w którym ogląda się film – dziś Fellini jest niszowy, dawniej był masowy. Masowe nie zawsze znaczy źle – w czasach cenzury w Polsce oglądało się Bergmana niekoniecznie dlatego, że wszyscy byli tacy wyrafinowani, ale dlatego, że mało co było w ogóle do oglądania. Ograniczenia przekłamują obraz.
Obecnie, kiedy naprawdę możemy sięgać po to, co chcemy, wychodzi na jaw, kto jakie filmy ogląda i dlaczego.
Mieszasz kino amerykańskie z kinem hollywoodzkim, a przecież wiesz zapewne, że te tytuły, które podajesz jako dobre to kino niehollywoodzkie, a niezależne. Hollywood obecnie nie reprezentuje wysokiego poziomu, nawet porządnej rozrywki często nie zapewnia. Spada znaczenie nagród Akademii, czyli Oscarów. Dawniej było inaczej, dawniej Hollywood produkowało nie tylko Filmy przez wielkie „F”, ale też Gwiazdy. Dziś prawdziwe gwiazdy grają w filmach niezależnych.
Rozwijają się i zostają na szczęście zauważane kinematografie innych krajów. Amerykano-centryzm filmowy dostał po tyłku, wśród najlepszych filmów w podsumowaniach corocznych od lat filmy amerykańskie zajmują coraz mniej miejsca.
Jednak dyskusja na temat kina ambitnego i masowego nie może się ograniczać – i nie powinna – do kina amerykańskiego i nie amerykańskiego. W kinie europejskim także jest wiele chłamu, pretensjonalnych obrazów, filmów nudnych, nieciekawych. W modzie na slow cinema kreci się filmy wybitne, ale też nużące.
Nie mogę się wypowiedzieć na temat filmów Zanussiego, bo żadnego (tak!) nie widziałam. Dziwi mnie jednak jego pragnienie zejścia na niższy poziom, widzę tu bardziej pragnienie bycia sprzedawalnym. Bardzo trudno mierzyć niżej…
Angelopoulosa widziałam zaledwie kilka filmów (są bardzo trudno dostępne, tak samo jak filmy Zanussiego za granicą), ale jestem jego wielką fanką i stawiam go na równi z innym wielbionym przeze mnie reżyserem, Kieślowskim. Obaj są wyrafinowani, ale przecież nie trudni, ambitni ale nie ciężkostrawni, do pojęcia, do zrozumienia.
Warto by jeszcze poruszyć zagadnienie roli kina dzisiaj. Dziś przecież inaczej podchodzimy do filmów niż podchodzili ludzie kiedyś, zmienia się kultura, zmieniają się widzowie, zmieniają się inne media, zmienia się sposób pokazywania filmów, oglądania (dawniej tylko kino, dziś coraz częściej iPad), zmieniają się oczekiwania. Napiszesz o tym także osobny tekst? Bardzo bym chciała.”

JA: Chihiro, wygląda na to, że jednak niezupełnie zrozumiałaś to, co chciałem przekazać w moim tekście. Podział, jakiego poniekąd dokonuję, nie jest – jak to określasz – podziałem na „kino masowe vs. niszowe, ambitne”. Piszę wyraźnie o podziale, który istnieje od dawna – na kino popularne (często używane jest tutaj słowo „masowe”, którego ja raczej nie lubię, dlatego piszę go w cudzysłowiu) i kino… już nie tak popularne (a bardziej wyrafinowane artystycznie, wysmakowane estetycznie, wymagającego większego wysiłku intelektualnego, skierowane do widzów „bardziej wyrobionych”…)
Ujęte jest to tak:
„Kino jako sztuka, źródło doznań „wyższych” – kino jako patrzydło, „guma do żucia” dla oczu (…) Kino europejskie, autorskie, artystyczne vs. kino hollywoodzkie, popularne, rozrywkowe…”

Istnieje przecież rozróżnienie (i to zasadne) na pop-kulturę i sztukę elitarną. Analogiczny podział ma miejsce w kinie.
Muszę to jeszcze raz podkreślić: ja nie tworzę tych podziałów (i to „po raz nie wiadomo który”, jak mi zarzucasz). Te podziały istnieją od dawna. Ja o tym tylko przypominam – i właśnie z tymi podziałami w moim artykule próbuję się rozprawić (stawiając m. in. pytanie, czy są one zasadne i jakie wynikają z tego konsekwencje).
Nie lubię np. określenia sztuka „wysoka” – sztuka „niska”. Nie dzieliłbym sztuki tak „wertykalnie”, bo implikuje to jej wartościowanie: wysoka czyli dobra, niska czyli zła. A to nie zawsze tak jest.

Dygresja: raz jeden użyłem słowa „ambitny” i to ujmując go w cudzysłów (dodając zresztą „intelektualnie”), natomiast ani razu nie użyłem słowa „niszowy”.
„Ambitny” jest słowem często używanym do określania filmów bardziej wyrafinowanych artystycznie, ja raczej tego słowa unikam. Przecież „ambitny” może być również film komercyjny (ambicja osiągnięcia największych zysków, zadziwienia widzów efektami specjalnymi… etc.)

Anyway. Wracając do meritum.
Trudno zaprzeczyć, że filmy dzielą się również na takie, które oglądane są przez liczną widownię i na takie, które ogląda dosłownie garstka widzów.
Jak uważasz: dlaczego tak się dzieje? Czy jest to wina dystrybutorów. Czy może gustów tzw. „masowej” widowni?
Czy naprawdę nie widzisz różnicy między filmami znajdującymi się w tzw. ogólnym, „szerokim” rozpowszechnianiu a tymi, które wyświetlane są w kinach specjalnych – bardziej kameralnych, studyjnych (w tzw. limited distribution)?
Dlaczego nikt nie wpada na pomysł, by wyprodukować 100 kopii filmu Angelopoulosa i rzucić go do wszystkich kin w Europie czy w Stanach niczym „Avatara”? Do czegoś takiego potrzeba byłoby szaleńca. To byłoby samobójstwo (finansowe).
Czy nie uważasz więc, że filmy Angelopoulosa reprezentują inny rodzaj kina niż np. „Avatar”? (A np. „Indiana Jones” inny niż „A Single Man”?)
To właśnie o tych różnicach traktuje mój wpis.

Chihiro, chyba jednak zbyt pobieżnie przeczytałaś mój tekst, bo przecież wyraźnie piszę w nim, że to co masowe, niekoniecznie oznacza złe. Dla mnie jest to oczywiste.
Widzę, że muszę się powtórzyć:
„Dobrze byłoby, abyśmy zdawali sobie sprawę z tego, że w obrębie kultury masowej są również utwory wartościowe (nie tylko socjologicznie, ale i artystycznie); podobnie jak w obrębie kultury tzw. „wysokiej” zdarzają się bzdety, hucpy i wydmuszki bez większej, trwałej wartości a swoje istnienie zawdzięczające snobizmowi lub zwykłemu wyrachowaniu.
Poza tym, to co mieni się kulturą wyższą (elitarną) nie jest z samej swej definicji dobre, godne szacunku i poważania, tak jak to, co nazywane jest kulturą masową (egalitarną) – nie jest z definicji złe. A o tym, niestety, często zapominamy.”

Masz rację: kino amerykańskie w dzisiejszych czasach nie powinno się utożsamiać z kinem hollywoodzkim (jak to się zwykle robiło dotychczas). Dokonałem tu pewnego uproszczenia, nawiązując do obiegowych opinii, w których nadal tak się czyni.
Zgadzam się również, że „dyskusja na temat kina ambitnego i masowego nie może się ograniczać – i nie powinna – do kina amerykańskiego i nieamerykańskiego”.
Znów: zrobiłem to po to, by sprawę uprościć, zastanawiając się (co było dla mnie najistotniejsze) nad różnicami jakie istnieją między kinem popularnym, rozrywkowym, a takim, które ma wyższe aspiracje artystyczne, a nie tylko ludyczne, dla którego priorytetem jest trafienie do jak „najszerszej” publiczności i uzyskanie jak największych zysków (czego synonimem wydaje się być właśnie kino amerykańskie).

Piszesz: „Warto by jeszcze poruszyć zagadnienie roli kina dzisiaj.”
Tak, warto. Ale to wymagałoby szerszych studiów. Nie wiem czy stać by mnie było na taki wysiłek (choćby dlatego, że nie wyobrażam sobie, jak można zadowolić się oglądaniem filmów na iPadzie).

greydot