KINO POLSKIE A DULSZCZYZNA

o fimach XXVII Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

.

Wirus dulszczyzny przenoszony z pokolenia na pokolenie ("Panie Duslkie" w reżyserii Filipa Bajona)

Wirus dulszczyzny przenoszony z pokolenia na pokolenie („Panie Dulskie” w reżyserii Filipa Bajona)

.

MĄDROŚĆ PANI DULSKIEJ?

Niestety, z filmami Filipa Bajona – bądź co bądź twórcy w kinie polskim znaczącego – jest coraz gorzej. Po znośnym jeszcze „Przedwiośniu”, były niezbyt udane „Śluby panieńskie”, zaś teraz reżyser zaserwował nam niezborne „PANIE DULSKIE”, według mnie filmowe nieporozumienie par excellence. Intencje były dobre, pomysł ciekawy, obsada aktorska doborowa… jednakże cały film okazał się w moich oczach fiaskiem. Próbuję więc teraz zrozumieć, dlaczego tak się stało.
W tym, że wraca się do klasycznych dzieł polskiej literatury – nawet tych szkolno-lekturowych, które starszym pokoleniom mogą się wydawać wręcz oklepane – nie ma oczywiście nic złego. Zresztą film Bajona nie jest adaptacją sztuki Gabrieli Zapolskiej, raczej wariacją na jej temat, rozpisaniem dalszych losów rodziny Dulskich, umieszczeniem ich w kontekście innych epok. Tak więc, oprócz tego że wracamy się do początku XX wieku, gdzie dzieje się akcja znanej nam sztuki, to przenosimy się także do lat 50-tych i 90-tych ubiegłego wieku. Bajon, sądząc z tego co mówił w wywiadach, miał ambicję ukazania tej wędrującej – „dryfującej” jak sam to określił – „dulskiej duszy” (dzisiaj nazwalibyśmy to pewnie przenoszeniem rodzinnego genu) – tego jak się ona przystosowuje do środowiska w zależności od zmieniających się warunków historycznych i społecznych. Zamiar ambitny, niestety z wykonaniem poszło już coś nie tak, bo rezultat jest moim zdaniem mierny.

Zabrakło jednak spoiwa, które by łączyło te przeskoki w czasie, przez co zapanował na ekranie bałagan. Wskutek tego film nie porwał a konsternował – utrudniając uchwycenie wątku, zrozumienie tego, co dzieje się na ekranie – i wreszcie eliminował empatię, emocjonalne „wczucie się” w bohaterów. Z logiką wydarzeń – z ich prawdopodobieństwem – też nie było najlepiej, wliczając w to „tajemnicę” rodzinną, przedstawioną tu niczym jakąś kryminalną zagadkę, na domiar złego „okraszoną” elementami horroru.
Nie wiem, może przyczyną był tutaj pośpiech w jakim kręcono „Panie Dulskie”, może błędy scenariusza, albo zły montaż, który nie był w stanie zapewnić obrazowi spójności, zarówno tej narracyjnej, jak i estetycznej? Ciągle miałem wrażenie, iż oglądam jakiś materiał „roboczy”, próbę – film przed obróbką, która nadałaby mu ostateczny, satysfakcjonujący kształt. Nawet to, że wystąpienia aktorów (Krystyna Janda, Katarzyna Figura, Maja Ostaszewska, Olgierd Łukaszewicz) same w sobie były świetne, nie uratowało filmu, bo przecież żywioł aktorski też musi być na swój sposób artystycznie ujarzmiony – podporządkowany ogólnej koncepcji, ujęty w jakąś zborną formę – dla dobra obrazu jako całości.

Jeśli „Panie Dulskie” miały być satyrą na „dryfujące” mieszczańskie kołtuństwo, to okazały się satyrą mało śmieszną, bo komediowość nakreślona tu została zbyt ciężką ręką. Jeśli film miał ukazać kolejne wersje „dulszczyzny” w takt zmieniających się czasów, to było to zbyt grubymi nićmi szyte – entourage epoki był nieautentyczny, świat wyglądał jak dekoracja do filmu. Bowiem stereotyp i gadżet nie jest w stanie oddać rzeczywistości w przekonujący sposób, zwłaszcza jeśli zawodzą także swą kartonowością pojawiające się na ekranie postacie (i nie pomogło tu nawet dobre aktorstwo).
W sumie film Bajona jest według mnie przekombinowany, a na dodatek niedopracowany. Daleko mu do nośności sztuki Zapolskiej, której prostota stanowiła o jej dramaturgicznej sile, a jednoznaczna wymowa moralna – o etycznej uniwersalności, zachowującej swą wartość do dzisiaj. Dlatego też zadziwił mnie Filip Bajon, kiedy na konferencji prasowej, po premierze „Pań Dulskich” na Festiwalu w Gdyni stwierdził, że dla niego pani Dulska jest postacią… pozytywną. Ot, czyż nie jest to oświadczenie jakimś znakiem czasu – wraz z ekshibicjonizmem naszej epoki, w której wszystko jest na sprzedaż, choć nikt nie ma nic do oclenia?

greydot

.

OD BOHATERA NARODOWEGO DO LEGENDY SERYJNEGO MORDERCY

.

Dzięki chicagowskiemu Festiwalowi miałem okazję obejrzeć na dużym ekranie kilkanaście filmów – względnie nowych produktów naszej rodzimej kinematografii. Do większości z nich odniosłem się – bardziej lub mniej obszernie – w ostatnich wpisach na mojej stronie. Chciałbym jednak wspomnieć także o tych, które do tej pory, z różnych względów, tutaj pominąłem. Układają się one w mozaikę obrazów o różnej jakości.

"Pilecki"

„Pilecki”

Zwracając uwagę na film o Janie Karskim, ciekaw byłem także tego, jak potraktowano filmowo inną słynną postać, równie kontrowersyjną, choć przez wielu Polaków uznaną za narodowego bohatera. Chodzi oczywiście o Witolda Pileckiego, który, podobnie jak Karski, ryzykując własnym życiem, chciał zaświadczyć o hitlerowskich zbrodniach, decydując się na dobrowolne zamknięcie w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, a następnie, już po zakończeniu wojny, stawiając opór nowemu porządkowi politycznemu, narzuconemu naszemu krajowi przez Sowietów.
Niestety, film „PILECKI” nie spełnił moich oczekiwań, głównie z powodu nader słabej realizacji, która – przykro to pisać – sprawiała wrażenie amatorskiej. Nie chcę się tutaj rozwodzić nad brakami tego obrazu (a znalazłoby się ich sporo), lecz doprawdy szkolne przedstawienie suchych faktów z życia Pileckiego, na dodatek wynoszonego zbyt ostentacyjnie na piedestał sprawy narodowej patriotyzmu, nie pomagało w poznaniu prawdziwego człowieka, a zamiast tego niebezpiecznie upodobniło przedstawiający go obraz do hagiografii. Tych, dla których Pilecki jest postacią świętą, mogło to zadowolić, lecz tych, którzy chcieli go poznać bliżej, na pewno zawiodło.

"Fotograf"

„Fotograf”

Spodobał mi się natomiast „FOTOGRAF”, najnowszy film Waldemara Krzystka, twórcy w zasadzie solidnego kina, który obok filmów średnich („80 milionów”), potrafi nakręcić coś bardzo dobrego („Mała Moskwa”). Również i w „Fotografie” Krzystek (podobnie jak w „Moskwie”) nawiązuje do tematu stosunków polsko-rosyjskich przez pryzmat obecności wojsk radzieckich w naszym kraju, jednak w tym przypadku nie ukazuje tego (jak poprzednim razem) w konwencji romantycznej, tylko w mroczno-kryminalnej, realizując psychologiczny thriller, którego gęsta atmosfera przywodzi nawet skojarzenia z klasycznymi horrorami typu „Milczenie owiec”, „Zodiak” czy „Siedem”. Sam klimat odczuwamy autentycznie, nieco gorzej jest z kryminalną intrygą w filmie, który na dzień dobry ujawnia nam to, kim jest seryjny zabójca, obdarzając go na dodatek pewnym (zupełnie niewiarygodnym) atrybutem: nie może on mówić własnym głosem, naśladuje tylko głosy innych. Niemniej jednak film psychologicznie się sprawdza, jego atmosfera się udziela i przekonuje, postaci są ciekawe (zwłaszcza po stronie rosyjskiej), dzięki czemu całość ogląda się nieźle. Na szczęście Krzystek nie zmarnował swojego oryginalnego pomysłu na scenariusz, a zakończenie sugeruje, że nie zobaczyliśmy jeszcze wszystkiego.

"Król życia"

„Król życia”

Z dość ponurej atmosfery kryminałów i dreszczowców pozwalała się otrząsnąć widzowi komedia Jerzego Zielińskiego „KRÓL ŻYCIA”, głównie dzięki temu, że po(d)niósł ją swoim talentem niezastąpiony jak widać Robert Więckiewicz, grający zatrudnionego w korporacji workoholika, którego w normalność (pieniądz i praca przestają być najważniejsze w jego życiu) wpędza… wypadek. Jak się okazuje, dopiero trwałe uszkodzenie głowy potrafi w dzisiejszych czasach zrobić z kogoś normalnego człowieka: wydobyć go z marazmu, wykorzenić cynizm – obdarzyć energią, inwencją i tchnąć weń optymizm; spowodować, by zaczął wreszcie dostrzegać świat i bliskich mu ludzi – aroganta przemienić w kogoś uważnego i spolegliwego. „Król życia” jest w zasadzie pozbawiony fabuły, pełen jest natomiast obyczajowo-komediowych gagów i sytuacyjnych anegdot, w których bryluje ze swoim komicznym sznytem Więckiewicz. Kilka świetnych i zaskakujących momentów, dobre towarzystwo aktorskie, jazda na luzie… to wszystko sprawia, że film ogląda się nieźle. Zrobione w Polsce kino „feel good” i w dodatku niegłupie? Okazuje się, że jest to jednak możliwe.

"Czerwony pająk"

„Czerwony pająk”

No tak, zbyt długo nie cieszyliśmy się komediowym wicem, jasnym światem i lekkością bytu, bo oto w mrok koszmaru i fascynację mordem wciąga nas Marcin Koszałka swoim fabularnym debiutem „CZERWONY PAJĄK”, zajmującym się seryjnym zabójcą z Krakowa, który w latach 60-tych zamordował kilkanaście osób i ponoć stał się przez to legendą. Tak twierdzi sam reżyser, który na dodatek raczy nas takim oto stwierdzeniem: „Zło jest dużo ciekawsze od dobra, jest w nim tajemnica. Podobnie w lęku. W dobru tkwi tylko banał. Jest zbyt oczywiste. Dlatego tak trudno jest zrobić świetny film o czymś dobrym. Odrzuca mnie pomysł zrobienia filmu o dobrym człowieku.”
Efektem tego odrzucenia wydaje się być właśnie ostatni jego film, w którym poświęca swoją uwagę dwóm odrażającym psychopatom, skrytym wszak za maską banału i psychologicznej szarzyzny. Jeśli chodzi o mnie, to mnie w tych postaciach nic a nic nie pociągało,wręcz przeciwnie: wydały mi się one obrzydliwe i odstręczające, ale skoro Koszałka uparł się zrobić z nich swoich bohaterów, to ja, tak trochę z recenzyjnego obowiązku pochylam się nad tym jego twórczym aktem i mimo uznania dla jego niewątpliwego (głównie operatorskiego) talentu dziwię się… I może nawet mu współczuję, że tak celebruje zło – że pociąga go człowiek zły, a odrzuca dobry.
Dźwięczy mi w uszach cytat z Koszałki i jestem gotów zgodzić się z tym, że ludzi bardziej (nie tylko w kinie) ciekawi (i pociąga) zło, niż dobro. Ale czy jest to takie odkrywcze, skoro ja zauważyłem to będąc jeszcze pacholęciem? Nie zgadzam się jednak ze stwierdzeniem, że dobro jest banalne, nieatrakcyjne i mniej widowiskowe. Sądzę bowiem, że łatwiej jest być człowiekiem złym niż dobrym – że łatwiej poddać się złu, niż dobru – że większej siły wymaga czynienie dobra niż zła, którego najbardziej banalnym wyrazem jest obojętność.
Być może sukces filmu Koszałki wynika już z tego, że prowokuje on do podobnych dywagacji na temat natury dobra i zła, ale czy jest to obraz rzeczywiście strawny dla tzw. „szeregowego” widza? Sam reżyser nastawiony był do frekwencyjnego powodzenia filmu w kinach sceptycznie, po części dlatego, że nie kręcił klasycznego thrillera (podobnie jak w „Fotografie” Krzystka, również i tutaj wiedzieliśmy kto jest mordercą od początku), a przedstawiał swoją wizję fascynującego dlań zła, więc nawet Kraków w jego obrazie zagrał rolę czarnego charakteru. I wszystko jest OK, bo kiedy ma się w sobie na tyle zaparcia, by kręcić kino autorskie i na tyle siły, by zamiar swój doprowadzić do końca, to można przyjąć to z respektem. Jeśli jednak na siłę kreuje się legendę z mordercy i psychopaty – na dodatek czując się nim zafascynowanym – to… sorry Houston, ale mamy problem.

"Hiszpanka"

„Hiszpanka”

Według mnie „HISZPANKA” to jedna z najbardziej spektakularnych porażek w polskim kinie ostatnich lat. Tym bardziej rzucającą się w oczy, iż formalnie jest to obraz imponujący rozmachem, scenografią, kostiumem, użytymi środkami technicznymi… Od strony estetycznej dawno nie mieliśmy w kraju tak okazałej i efektownej produkcji. Niestety, wszystko się sypie, kiedy próbujemy zajrzeć do środka tej wydmuszki w poszukiwaniu sensu oraz tego, co mogłoby ewentualnie usprawiedliwić to formalne rozbuchanie i plastyczny eksces. Usiłując zrozumieć zamysł reżyserski Łukasza Barczyka i jego intencje, wysłuchałem tego, co mówi on o kinie i dopiero wtedy dotarła do mnie przyczyna tej klęski, którą upatruję w typowo post-modernistycznej przypadłości zachwytu reżysera formą, przy jednoczesnym lekceważeniu treści, która jest dla niego zaledwie jednym (i to wcale nie najważniejszym) z elementów dzieła.
Tak więc, wcale nie mam za złe Barczykowi, (będącemu jednocześnie autorem scenariusza i producentem filmu), że do polskiej historii (w tym przypadku: powstanie wielkopolskie w 1918 roku) podchodzi bez większej rewerencji – bez dbałości o realia i zwykły rozsądek, wprowadzając okultyzm, spirytualizm, i telepatię w sam środek wydarzeń, które decydowały o naszym wybiciu się na niepodległość. Nie, ja mam mu za złe to, że napisał tak niewydarzony – nie trzymający się kupy – wyprany z emocji, napięcia, logiki i sensu scenariusz. Przykro to pisać, ale stężenie głupoty w tym filmie przekroczyło jak na mój gust stan krytyczny (jeszcze jeden dowód na to, że wysoka inteligencja twórcy niekoniecznie chroni go przed bzdurą). Co z tego, że w „Hiszpance” roi się od cytatów, nawiązań, aluzji i zapożyczeń ze światowego kina, skoro ich rozpoznanie nie przynosi widzowi żadnej satysfakcji (o tych, którzy ich nie dostrzegli nawet nie wspominam), wręcz przeciwnie – powoduje przesyt i percepcyjną niestrawność. Cały czas odnosiłem wrażenie, że film w swój (teatralny, a przez to i sztuczny) świat chce nas wciągnąć – pusząc się przed nami, jaki to on jest atrakcyjny; a z drugiej strony, że nas z tego świata wypycha – zakręcając nam w głowie fantasmagorią, oniryzmem i fikcją. Może to zawracanie głowy nie powodowało mdłości, ale już na pewno dezorientację, zdziwienie, a w cięższych przypadkach – to nawet osłupienie. Lecz mimo to ciekaw jestem następnego filmu Barczyka.

greydot

KUCHNIA POLSKA FILMOWA

Trudno jest podsumować chicagowski Festiwal, bo siłą rzeczy prezentuje nam miszmasz krajowego kina – taki trochę groch z kapustą, mieszankę tytułów, w której problemem jest wyróżnienie jakiegoś trendu, tendencji, kierunku w jakim zmierza polskie kino. Bowiem nigdy chyba jeszcze nie było ono tak zróżnicowane, zarówno pod względem tematycznym, jak i stylistycznym. Nie to, co w przeszłości, kiedy mieliśmy wyróżniającą się szkołę polską, kino moralnego niepokoju – nurt komediowy, historyczny, psychologiczny, społeczny… Kiedy wszystko było bardziej spójne i uporządkowane – co pewnie wynikało z większej kontroli na kinem, zarówno jeśli chodzi o państwowe instytucje, jak i zespół reżyserów, którzy wyrobili sobie mocną pozycję w rodzimej kinematografii.
Teraz niekoniecznie robią filmy ci, którzy mają jakiś pomysł na kino. Kręcą przede wszystkim ci, którzy potrafią zdobyć pieniądze na ich realizację. Jest Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, który próbuje się rozeznać w tym, co bardziej wartościowe – decydując o tym, na co przeznaczyć dość ograniczone środki, jakimi dysponuje mecenat państwowy.
Zdolnych twórców nam nie brakuje, świetnie sobie dają radę zwłaszcza operatorzy, mamy trochę ciekawych debiutów. I to jest pocieszające, bo niektórzy z uznanych już filmowców ze znacznym dorobkiem, są jakby nie w formie – zawiodła ich kondycja bądź utknęli na swej drodze z jakimś ciężarem przeszłości.
Nie mogło być dla mnie zaskoczeniem to, że w repertuarze tegorocznego Festiwalu Filmowego w Chicago, znalazło się najwięcej produkcji średnich (w końcu wynika to z zasad samej statystyki), jednak liczyłem na parę pozycji, które by we mnie uderzyły mocniej – takich wyrastających ponad filmową konfekcję. Niektóre obrazy się do tego poziomu zbliżyły, ale zawsze znalazło się coś, co powstrzymywało (mnie przynajmniej) od stuprocentowej satysfakcji. Niemniej jednak to, że już od ponad ćwierćwiecza odbywa się w Wietrznym Mieście takie święto kina, jest fantastyczną sprawą. Zwłaszcza dla tych, których dostęp do filmów polskich na dużym ekranie jest mocno ograniczony (na bieżąco praktycznie niemożliwy), a którzy ciekawi są tego, co się w polskiej kuchni filmowej gotuje na co dzień.

greydot.

O innych filmach  Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce  przeczytać można w poprzednich wpisach: „Body/Ciało”, „Warsaw by Night”, „Carte Blanche”, „Ziarno prawdy”, „Anatomia zła”  (TUTAJ); „Chemia”, „Żyć nie umierać”  (TUTAJ); „11 Minut”  (TUTAJ); „Karbala”  (TUTAJ); „Karski”  (TUTAJ).

.

WIELKI GATSBY – HAMLETYZM DLA CIELĄTEK

*

...

Wielki Gatsby – amerykański Hamlet?

*

Muszę się przyznać, że zanim jeszcze film Baza Luhrmanna obejrzałem, miałem już gotowy tytuł dla recenzji o nim: „Wielki Gatsby – rzecz o amerykańskim hamletyzmie” – co jest o tyle usprawiedliwione, że Gatsby’ego z powieści Scotta Fitzgeralda do bohatera z dramatu Szekspira porównywano nieraz, a ostatnio zrobili to właśnie sam reżyser filmu, jak również odtwórca roli tytułowej, Leonardo DiCaprio. „No dobrze – pomyślałem sobie – skoro oni tak mówią, to zobaczmy czymże w ich wydaniu jest ten amerykański hamletyzm.” Lecz moje rozczarowanie filmem było tak wielkie (może jednak sprawiedliwiej byłoby napisać: „na tyle duże”?), że zrezygnowałem z szumnego tytułu i zastąpiłem go czymś, co jest po prostu ironicznym sarkazmem. Może niezbyt eleganckim, ale oddającym moją opinię o wnikliwości i głębi ostatniej ekranizacji słynnej książki F. Scotta Fitzgeralda, skądinąd uznanej przecież za jeden z kulturowych kamieni milowych, definiujących istotę amerykańskiego charakteru – a i samej amerykańskości (przynajmniej jeśli chodzi o sposób bogacenia się i korzystania ze zdobytego bogactwa). Innymi słowy: „Wielki Gatsby” Luhrmanna nie dostarczył mi niestety większych przesłanek, by podejść do niego recenzencko bardziej kompleksowo, a poważniejsze zestawienie z szekspirowską klasyką obraz ten, według mnie, jeszcze bardziej by tylko skompromitowało.
Tak więc, zamiast analitycznego tekstu o amerykańskim Hamlecie – będzie tylko ta oto luźna notatka o zbyt rozbuchanym, acz płytkim i niekoherentnym filmowym ekscesie (bo tym, niestety, wydał mi się przede wszystkim obraz Luhrmanna). Tym bardziej to przykre, że zmarnowano według mnie ogromny potencjał, zarówno jeśli chodzi o środki przeznaczone na jego produkcję, jak i wybitną (mimo całego tego bałaganu) kreacji Leonarda DiCaprio. Całości nie mogą nawet uratować – ani zrehabilitować – doskonałe elementy, których w filmie naprawdę nie brakuje. Gdyż są to elementy odosobnione i zazwyczaj do siebie nie przystające. Nie bez znaczenia jest także w tej porażce pewne bezguście tych, którzy budowali scenografię obrazu, a i sam reżyser filmu, który zamiast stonować (zmitygować) nieco owe inscenizacyjne megalomańskie zapędy – dał w nie nura, a raczej pozwolił, by przytłoczyły one ludzki wymiar postaci odgrywanych przez niezłych przecież aktorów.

Tak się zastanawiam teraz z czego ten hamletyzm Gatsby’ego mógłby wynikać? I na czym właściwie miałaby polegać wielkość tego człowieka? (Hamletyzm i wielkość: dwie cechy, które mogą – choć wcale nie muszą – ze sobą się łączyć.) W książce Fitzgeralda dawało się wyczuć wielką gorycz, która następowała po osiągnięciu celu, jakim było zdobycie olbrzymiej fortuny. Okazało się, że materialne bogactwo (zwłaszcza to osiągnięte szemranymi sposobami – a  takimi zazwyczaj gromadzono w Ameryce wielkie majątki) nie przynosi żadnej satysfakcji – wręcz przeciwnie: podkreśla jedynie alienację i frustrację człowieka niemogącego spełnić się duchowo, niezdolnego do miłości – czy też raczej pozbawionego miłości odwzajemnionej, dojrzałej i spełnionej. (Motyw ten powtórzył Orson Welles w swoim „Obywatelu Kane”, symbolizowany tam przez rosebud – napis na dziecięcych sankach, będący wyrazem tęsknoty, utraty i niespełnienia.) Prawdziwa moc prozy Fitzgeralda była w tym, co zawarł on pod powierzchnią tej prostej w sumie i dość banalnej opowiastki o męskiej obsesji bogacenia się i fiksacji na jednej kobiecie: a więc literacki styl, specyficzna atmosfera, niuans, sugestia, literacki język, „duch” czasu, melancholia… Czyli to wszystko, czego w rozbrykanym, głośnym, wystrzałowym, przekoloryzowanym i bombastycznym obrazie Luhrmanna trudno by odszukać.
Hamletyzm jest właściwie czymś bardzo kameralnym (to przecież monolog go definiuje, a nie rozwrzeszczana, hałaśliwa biba), tudzież wyrastającym bardziej z konfliktów rozrywających ludzką duszę, niż z zawodu, frustracji – niemożności skonsumowania tego, czego się pożąda. I więcej ma on wspólnego z ascetyzmem, niż z hedonizmem. Ponadto, zdecydowanie to jakość introwertyczna, a nie ekstrawertyczna. Bardziej jest też problemem psychologiczno-filozoficznym, niż – pardon my French – wolicjonalno-behawioralnym. Czyli tym wszystkim, co Luhrmann – sądząc po ekranowej ewidencji – zlekceważył, popisując się i hałasując, oddając się widowiskowemu rozpasaniu i epatowaniu nas realizacyjnymi trickami (makiety, komputery, 3D, zoomująca nieopamiętanie i bujająca w przestworzach kamera… etc.)

A może najistotniejszą różnicę między hamletyzmem szekspirowskim a amerykańskim dałoby się wyrazić zamianą „to be” na „to have”? Mielibyśmy wtedy: „To have or not to have” – dylemat, któremu tak naprawdę żaden „prawdziwy” Amerykanin nie ulega – tak oczywiste jest dla niego, że lepiej jest mieć (i to jak najwięcej) niż nie mieć (zwłaszcza pieniędzy). Tak więc, jeśli ktoś się tym problemem łamie, to rzeczywiście staje się rzadkim, „hamletycznym” ptakiem.

Lecz „Wielki Gatsby” poległ w moich oczach nie tyle z racji intelektualno-duchowej płycizny i przerostu formy nad treścią, co z powodu jeszcze bardziej banalnego: a mianowicie przez swoją niezborność. Innymi słowy: niewiele w tym filmie trzymało się kupy. To właśnie dlatego, rewelacyjny DiCaprio, choć w każdej scenie robił co mógł, (gdyby tak te sceny wyciąć i pokazać z osobna, to uderzyła by nas ich wyśmienitość) to jednak wziąwszy pod uwagę całość, robi się z tego osobowość tak niespójna, że przestajemy ją „czuć”, zżywać się z nią, kibicować jej losowi i przypadkom. Bo nie wiadomo: jest Gatsby (Luhrmanna) romantykiem czy cwaniakiem? Człowiekiem wrażliwym czy wyrachowanym? Postacią tragiczną czy komediantem? Kimś głębokim czy płytkim? Gangsterem czy arystokratą? A to, co nim powoduje: jestże miłością czy może jednak obsesją? I czy nie ma w tym aby zwykłej głupoty, zaślepienia, dziecinady i utraty kontaktu z rzeczywistością? Czy Hamlet mógłby być kimś tak niedojrzałym? I czy ten infantylizm nie kompromituje tragizmu, zamieniając go w groteskę, może nawet w karykaturę?
Pomyślał by więc ktoś, że Gatsby to jakaś strasznie złożona i skomplikowana postać (tym bardziej więc intrygująca i godna uwagi). Ale nie – to wrażenie nie wynika z charakterologicznego bogactwa postaci filmowego Gatsby’ego, ale z czegoś znacznie bardziej trywialnego: właśnie ze zmienności stylów zastosowanych przez reżysera: a to komediowych, to znów tragicznych; raz to przypomina pastisz, parodię czy burleskę – innym razem zaś dramat, tragedię, może nawet thriller… Tak więc, nie jest to bogactwo per se, ale wielki misz-masz i poplątanie konwencji. Odnosiłem wrażenie, że reżyser kazał czasem grać DiCaprio jak w jakimś skeczu, czy też w kabarecie, innym razem – jak w epickim dramatycznym fresku. A wszystko podane w sosie z przyprawami w ilości nie znającej umiaru. Np. w zalewie confetti czy gąszczu orchidei – o monstrualnie kiczowatej rezydencji Gatsby’ego (przypominającej skrzyżowanie Disneylandowego Sleeping Beauty Castle z Ludwikowym Neuschwanstein) nie wspominając.
I niestety: każda niemal postać pojawiająca się na ekranie przypominała lunatyka (to takie angielskie określenie wariata). Już nie piszę o wybuchach furii bohaterów, ani o ich irracjonalnych wyskokach – bo to skądinąd zawsze jest interesujące. Mam na myśli ich wyraz twarzy i zachowanie – tak jakby nie za bardzo wiedzieli, co też wokół nich się dzieje. Prym wiedzie w tym Tobey Maguire grający przyjaciela Gatsby’ego Nicka, który najczęściej patrzy – zwłaszcza na DiCaprio – wzrokiem niewiele rozumiejącego, zdezorientowanego cielątka. Niestety, wcale nie jest lepsza Carey Mulligan (skądinąd przecież bardzo dobra aktorka, którą na dodatek lubię), grająca miłość Gatsby’ego Daisy, która sprawia wrażenie, jakby była tylko pioneczkiem w rękach Luhrmanna, odgrywając cokolwiek błędną, niezdecydowaną blondynkę – lekko nieprzytomny obiekt pożądania – niepozbawioną wdzięku, ale za to pozbawioną treści i niedostarczającą żadnych przesłanek mogących tłumaczyć romantyczną idée fixe Gatsby’ego.

Być może „Wielki Gatsby” Luhrmanna nie zasłużył aż na taką zgryźliwość, bo widzę w nim jednak sporo rzeczy, które innych widzów mogą nawet… jeśli nie zachwycić, to satysfakcjonować (dobrych opinii o o nim przecież nie brakuje – i ja je rozumiem: podoba się „Wielki Gatsby” tym, których uwiodła jego powierzchowność, „widowiskowość”: muzyka, obrazy, mit wielkiej powieści, inscenizacyjny splendor), ale jednak przemawia przeze mnie zawód kogoś, kogo film ten niezbyt zaabsorbował, pozostawiając w stanie dość mocnego niezaspokojenia (bardziej duszy i umysłu, niż oczu i innych zmysłów).
A może po prostu popełniam błąd, próbując ująć w hamletyczne miarki coś, co jest tylko rozrywkowym produktem pop-kultury i w zasadzie niczym więcej? W takim razie po co Luhrmann i DiCaprio zawracają nam głowy tym hamletyzmem?

greydot

*

DZIEWCZYNA Z TATUAŻEM – NOWA HEROINA KINA?

*

David Fincher zdradził, że w książce Stiega Larssona najbardziej zafascynowała go relacja między dwojgiem głównych – i bez wątpienia niezwykłych – bohaterów. Wielka szkoda, że w ekranizacji jakiej się (skądinąd wiadomo, że z pewnymi jednak oporami) podjął, tego raczej nie widać.

*

Niezwykła para - genialna hakerka (Rooney Mara) i dziennikarz-detektyw (Daniel Craig). Bohaterowie pop-kultury w dobie kryzysów państwa i społeczeństwa?

„Dziewczyna z tatuażem” to od strony realizacyjnej film perfekcyjny: precyzyjny jak szwajcarski zegarek i ostry jak brzytwa scenariusz, klimatyczne zdjęcia w sposób idealny a zarazem konkretny chwytające w kadrze to, co zamyślił reżyser (by oddać mglisty monochromatyzm i przejmujący chłód północy); wyraziste i krwiste (ale i też poprawne do bólu i przewidywalne w swym konceptualnym schemacie) wystąpienia aktorskie; nieskazitelny montaż; rzucająca się w ucho muzyka… etc.
Hm… skoro jest tak dobrze (a może nawet rewelacyjnie), to dlaczego jest tak źle?
Może odpowiedź na to znaleźć można w tym, co już na samym początku serwuje się nam na dużym ekranie?: powalający, wizualnie genialny, mroczny acz błyskotliwy, wystylizowany na gothic klip z muzyką rockową (mnie dodatkowo ruszyły gitarowe riffy zaczerpnięte z zappelinowskiej hard-rockowej klasyki „Pieśni imigranta”), który wszak z fabułą wydaje się nie mieć żadnego związku i rzucony jest na ekran chyba tylko po to, by zrobić na nas odpowiednie wrażenie. Innymi słowy: wizualizm i technika bez ludzkiej duszy, stylistyczny fajerwerk – spektakl, za którego fasadą trudno się doszukać jakiegoś bardziej czytelnego znaczenia.
To oczywiście nie znaczy, że cały film Finchera jest taki – bo (jak przystało na precyzyjny kryminalny thriller) nie brakuje mu logiki i fabularnego sensu, tudzież występuje w nim całe gremium ludzkich postaci. Ale wspomniałem o tym klipie dlatego, że wydaje się on rzucać światło na pewien problem – pułapkę, w której utknęło już dawno temu kino popularne (a zwłaszcza hollywoodzkie, bo ono zawsze było tu awangardą). Tą pułapką jest po prostu przerost (wizualnej) formy nad (myślową) treścią. (Ten problem rysuje się jeszcze wyraźniej, kiedy weźmie się pod uwagę np. ostatnie filmy Spielberga [„War Horse”], Scorsesego [„Hugo”] oraz „Mission Impossible”.)
Wydaje się, że cała para (niewątpliwej przecież) inteligencji twórców takiego kina, idzie w skonstruowanie niezawodnej technicznie machiny, która zrobiłaby dobrze masowej widowni, spełniając ich oczekiwania – rozrywając ich, ale przy tym zbytnio nie męcząc angażowaniem większej ilości szarych komórek.
Oczywiście że „Dziewczyna z tatuażem” jest rozrywką cholernie (?)  inteligentną… tyle, że inteligencja ta jest czysto „mechaniczna” –  tzn. taka, jaką posługujemy się np. przy rozwiązywaniu myślowych łamigłówek (należą do niej m.in. zagadki kryminalne), które bez wątpienia gimnastykują mózg, ale nie zbliżają ani na jotę do ludzkiej głębi, którą ongiś nazywaliśmy duszą.

No ale może już dość tej tyrady? Pora na zajęcie się samą „Dziewczyną”.

Genialny umysł i poraniona psychika - socjopatka w pogoni za seryjnym mordercą

*

Wybierając się do kina miałem ten komfort, że nie znałem ani Larssonowej trylogii „Millenium” (pierwsza jej część: „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” posłużyła za kanwę scenariusza filmu Finchera) ani jej szwedzkiej ekranizacji sprzed kilku lat. Ten komfort był mi głównie potrzebny do tego, by podziałał na mnie filmowy suspens. I to mi – czy też raczej reżyserowi – się udało. Zawieszenie czułem, to fakt – trzymało w napięciu.
Ale przy okazji poczytałem sobie także o samym Stiegu Larssonie, a to czego się dowiedziałem, rzuciło jednak trochę światła na jego powieść, tłumacząc pewne jej motywy. I bynajmniej nie mam tu na myśli tego, co najprawdopodobniej przyczyniło się do jego przedwczesnego zgonu wkrótce po napisaniu trylogii w 1984 toku –  zamiłowania do palenia jak smok i namiętnego ponoć żywienia się fast-foodem (do czego inklinację przejawia także jego bohaterka, Lisbeth Salander – tak właśnie nazywa się dziewczyna z tatuażem, w roli tej widzimy Rooney Marę), ani nawet tego, że poniżony publicznie i niedoceniony Mikael Blomkvist (grany przez Daniela Craige’a dziennikarz-detektyw – drugi obok Lisbeth, główny bohater film) to w dużej części alter-ego samego Larssona. Chodzi mi o… ideowe zaangażowanie Larssona po (zdecydowanie) lewej stronie szwedzkiego spektrum społeczno-politycznego (był wydawcą przesyconego ideologią magazynu, który jego przeciwnicy starali się dyskredytować jako agitkę). To tłumaczy głęboką niechęć Larssona do wszelkich państwowych instytucji, anarchistyczne (wręcz) ciągoty, nieufność do finansjery i korporacjonizmu, jak również przekorne odwrócenie konserwatywnych wartości…
Nie ulega wątpliwości, że to właśnie dlatego w swojej książce z bogatej szwedzkiej rodziny przemysłowców uczynił on krwiożerczych, zdeprawowanych, zezwierzęconych, zdegenerowanych, perwersyjnych i zdolnych do najbardziej odrażających zbrodni potworów; natomiast z ewidentnej socjopatki (jaką bez wątpienia jest Lisbeth Salander) – godną współczucia i sympatii, a zarazem obdarzoną genialną inteligencją, heroinę. No a pośród nich Blomkvista przypominającego coś jakby anty-bohaterskie skrzyżowanie Jamesa Bonda, komisarza Maigreta i porucznika Colombo, z mocnym współczesnym rysem człowieka łamiącego większość społecznych konwencji.
Cóż, widząc to można się zapytać: czy podobne zabiegi ułatwiają nam umieszczenie pisarstwa w obrębie literatury, na podstawie której można głębiej i bardziej kompleksowo wniknąć w charakter zmian, jakim podlega teraz europejskie społeczeństwo? Osobiście w to powątpiewam. Nie wątpię natomiast, że wszystko to może być pretekstem do niezłej zabawy – o czym świadczy choćby te 60 milionów sprzedanych egzemplarzy „Millenium”.

Haker w sieci czuje się jak ryba w wodzie

Tak, trylogia Larssona to – jeśli chodzi o poczytność i rozgłos  – największy chyba sukces książkowy ostatniej dekady. Ciekawej i dość przejrzystej analizy powodów takiego stanu rzeczy dokonał w jednym z ostatnich numerów „Polityki” (Nr 2, 2012) Piotr Stasiak. Pozwolę sobie je tutaj wypunktować, obdarzając przy okazji komentarzem.

Zatem: kto i dlaczego kocha Larssona?
Otóż kochają go:
– feministki (bo stworzył charyzmatyczną, niezależną bohaterkę, która stanowi zaprzeczenie stereotypowej „kobiecości” widzianej seksistowskim męskim okiem; bo dzięki postaci Lisbeth można uświadomić sobie stopień dyskryminacji kobiet i stosowania wobec nich przemocy; bo mimo traum wszelakich staje się ona przewodniczką dojrzałego ponoć mężczyzny, a nawet zaczyna nad nim dominować; bo w sposób bezlitosny mści się na swoim oprawcy, który jest nikim innym jak zboczoną, dwulicową, obleśną, męską szowinistyczną świnią… )
– czterdziestolatki (bo zarówno Blomkvist, jak i jego kochanka Erika Berger, mimo że zbliżają się już do 50-ki, nie zamierzają spuszczać z tonu i odchodzić w smugę cienia, nadal prowadząc bujne – innymi słowy: promiskuityczne – życie seksualne; ponadto: największe sukcesy zawodowe ciągle przed nimi, więc o emeryturze raczej nie myślą; i w ogóle: robią to wszystko, co chcą i kiedy chcą, a kiedy nawet się potkną, to zbytnio się tym nie przejmują…)
– lewicowcy (bo bohaterowie Larssona są nie tylko wyzwoleni seksualnie, ale i wykazują daleko idący liberalizm wobec innych przejawów życia społecznego; bo dyskredytuje on tradycyjne, konserwatywne wartości wyznawane przez wyższe, „solidniejsze” warstwy społeczne, obnażając je i ukazując jako fasadę i zakłamanie tych, którzy wygodnie umieścili się na uprzywilejowanej przez układy, bogactwo i wpływy pozycji; bo zajmuje się on także ludźmi ze społecznych nizin, przybliżając i uświadamiając czytelnikowi ich problemy… )
– geeki, czyli ludzie obsesyjnie zafascynowani nowoczesnymi technologiami (bo sama Lisbeth – nota bene genialna hakerka – czuje się w internecie jak u siebie w domu i nie obce są jej żadne techniczne cudeńka i gadżety; bo właśnie dzięki komputerowi i sieci możliwe staje się rozwikłanie kryminalnej zagadki i wykrycie mordercy; bo Larsson rzeczywiście – już 10 lat temu – antycypował to, co obecnie ogarnęło cały świat: szaleństwo na punkcie elektronicznych gadżetów, komórkową wszechobecność, coraz większe przenoszenie się ludzkich interakcji w wirtualną przestrzeń… )
– wreszcie: Larssona kochają Oburzeni (bo w jego książkach aż kipi od nieufności wobec władzy i Systemu, tudzież do łgających jak najęci polityków; bo ukazał on zarazem fikcję, jak i bankructwo „państwa opiekuńczego”; bo – jak czytamy w „Polityce” –  „wyciągnął on brudy spod dywanu, rzucając ostre światło w kąty, gdzie pochowały się demony ksenofobii, nietolerancji i korupcji”; bo wg Larssona, „degrengolada toczy nie tylko świat polityki i administrację publiczną, ale także prywatne firmy, banki i korporacje”… )

Starsze vs. młodsze - ostro ale bez większej "chemii"

No cóż, być może w książkach Larssona to wszystko jest obecne bardziej ewidentnie i kompleksowo (byłbym tutaj wdzięczny za wypowiedź tych, którzy je znają), ale niestety w filmie Finchera ma to tylko moc (a raczej słabość) aluzji i powierzchownego szkicu.
Dlaczego?
Może dlatego, że nie było już na to miejsca w filmie skoncentrowanym głównie na dynamice rozwiązywania kryminalnej zagadki? Ale czy wobec tego doszukiwanie się w nim jakichś poważniejszych znaczeń, a zwłaszcza diagnozy chorób toczących współczesny świat, nie ma jednak większego sensu, będąc czymś w rodzaju krytycznej nadbudowy?
Pewnie jednak tak, bo sam Fincher, odnosząc to swojego ostatniego filmu, wygłosił niedawno coś takiego: „O tej powadze mówiłbym ostrożnie. Trzeba znać swoje miejsce. Nie sądzę, żeby widzowie oczekiwali ode mnie wyrafinowanego komentarza do rzeczywistości albo polemiki z publicystami”. (Lecz tu można się zapytać: czy kiedy robił „The Social Network” – obraz jednak nośny intelektualnie i złożony psychologicznie, a odnoszący się do gorących kwestii współczesności – to uważał tak samo?)

No dobrze: skoro nawet sam Fincher radzi mi, aby do jego filmu nie podchodził „poważniej”, bo (jak sugeruje) jest on niczym innym jak tylko rozrywką – to…  niech mu tam będzie. Zresztą, już dawno straciłem nadzieję, że Hollywood traktuje coś poważniej od forsy, jaką wydaje na produkcję swoich filmów – i od zabawy, jaką chce rozerwać swoich widzów.
Może więc lepiej zrobię, jak będę się filmami hollywoodzkimi rozrywał, a czegoś poważniejszego poszukam… gdzie indziej?

Ale, ale… skoro już zacząłem brać na serio słowa reżysera, to może wrócę do jego deklaracji, że zdecydował się na przeniesienie tej historii na ekran, bo zainteresowała go w niej przede wszystkim relacja między jej głównymi bohaterami – czyli Mikaela Blomkvista i Lisbeth Salander? Nie mam żadnych powodów by nie wierzyć słowom Finchera, jednak mam mu za złe to, że niewiele zrobił, by to zainteresowanie znalazło swój wyraz na ekranie. W końcu, jego fama twórcy niepokornego, który ma odwagę „postawić” się producentom reżyserowanych przez siebie filmów i przeforsować swoją wizję, do czegoś chyba jednak zobowiązuje. Choćby do tego, by największą uwagę w filmie poświęcić temu, co sam w książce Larssona uznał za najważniejsze i najbardziej wartościowe. Lecz, niestety, wszystko wskazuje na to, że Fincher ugiął się pod presją 100 mln. dolarów, jakie przeznaczono na film, zapomniał o „chemii” tej niezwykłej pary i pozwolił, by zatryumfowała tu machina dość płytkiego, acz perfekcyjnego technicznie i imponującego widowiskowo produkcyjniaka.

*  *  *

Dziewczyna z tatuażem - nowy image heroiny kina?

*

RZEŹ HIPOKRYTÓW, czyli paw na Kokoschce (Polański wyciska trujące soki z burżuja?)

*

Rozsypane zabawki w "Rzezi" - czy życie współczesnego burżuja jest komedią czy tragedią? A może tragi-farsą?

*

Nieśmiertelne pytanie/odpowiedź Gogola zwrócone do widowni: „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie.” wydaje się być aż nadto oczywistym komentarzem do „Rzezi” Romana Polańskiego, filmu, z którym wszak niemal każdy widz ma problem. Czyżby właśnie z powodu Gogolowej denuncjacji?
A że każdy z widzów (mam oczywiście na uwadze widza, który swoje zdaniem o tym filmie wyartukułował) ma problem, to widzę choćby po tym, jak diametralnie różnie „Rzeź” jest odbierana. Moim zdaniem, problem mają zarówno ci, którzy mówią, że film Polańskiego to zgniły pomidor, który śmierdzi i lepiej go wyrzucić, jak i ci, którzy uważają, że pomidor jest pachnący, czerwoniutki i rumiany i tylko się nim delektować. Bo wg mnie ten pomidor nie jest ani taki, ani taki – a właściwie: jest zarówno taki, jak i taki.
Sprzeczność i bzdura? Niekoniecznie – sprzeczność może być pozorna, a za domniemaną bzdurą może się kryć pewna głębsza prawda.
Czyżby więc każdy widz miał rację? Bynajmniej. A może wręcz przeciwnie: żaden z widzów nie ma racji? Też bynajmniej.
Cóż… może więc problem leży nie w widzach, a w samym filmie? Albo: widz zaczyna mieć problem, bo sam film okazał się (sam w sobie, a tym samym i dla niego) problematyczny?

Może jednak dam sobie spokój z tą – przyznaję, że dość mocno zakręconą – prowokacją i napiszę wprost o tym, jakie wrażenie z „Rzezi” wyniosłem ja sam?
Przede wszystkim: miałem wielką frajdę w kinie, słuchając ciętych dialogów i oglądając aktorów, którzy sami wydawali się tym wszystkim bawić (być może z małą rezerwą w przypadku Jodie Foster, która do roli podeszła jednak poważniej – tak, że oświadczenie granej przez nią kobiety, że nie ma ona poczucia humoru i wcale nie chce go mieć – skłonny byłem wziąć zupełnie na serio). Tak więc aktorzy się bawili, podobnie zresztą jak sam Polański, którego życie wydaje się być jedną wielką zabawą, jaką niestety co jakiś czas próbują mu zepsuć (zrujnować?) nawiedzające go tragedie. Ale Polański okazuje się być niezniszczalny/niezatapialny – drobny, niepozorny, jeśli chodzi o posturę, człowieczek, stał się kimś w rodzaju Napoleona kina, nie przestając być jednak przy tym tego kina artystą. Na dodatek (jak to już wcześniej zauważono) ciągle go stać na pokazanie swoim wrogom środkowego palca, i to za każdym razem w imponującym stylu, rzec można: w sposób nie pozbawiony klasy. Choćby nawet tylko palec ten przybierał postać… chomika.

Roman Polański nastawia ostrość na swoich bohaterów.

W sposób oczywisty „Rzeź” (scenariusz do filmu napisał Polański wraz z Yesminą Rezą – autorką wystawianej na scenach całego świata sztuki „Bóg mordu”, która była jego pierwowzorem) odbierana jest powszechnie jako „festiwal” hipokryzji, demaskujący fałsz i zakłamanie tzw. upper-middle class (będącej współczesnym ekwiwalentem dawnej burżuazji), zachodniego społeczeństwa dobrobytu i konsumpcji (w czasie powstawania „Boga mordu” sprawiającego jeszcze takie wrażenie). „Rzeź”, pisano, to również obnażanie prawdziwej ludzkiej natury, która pod pozorami grzeczności, poprawności i konwenansu skrywa pierwotne, irracjonalne, atawistyczne i zwierzęce wprost instynkty dominacji, agresji i przemocy.

No dobrze… lecz zadajmy sobie tu jednak pytanie: czy naprawdę chodzi w tym wszystkim o hipokryzję? Jak również: czy rzeczywiście, pod kulturalną, konwencjonalną ogładą, ukrywa się „PRAWDZIWA” ludzka natura, która tylko stłumiła się gdzieś po drodze ewolucyjnego rozwoju, a tak naprawdę to nadal ma dominujący wpływ na nasze postępowanie i kieruje nim w każdych okolicznościach?
Może to się wydać dziwne (nawet mnie samemu), ale ja – na oba te pytania – skłonny jestem odpowiedzieć: nie.

André Gide napisał kiedyś, że prawdziwym hipokrytą jest dopiero ten, kto nie dostrzega już swojego podstępu (oszustwa) i zaczyna kłamać z zupełną szczerością. Trudno jest mi się z tym  zgodzić. Taki człowiek wg mnie nie jest już hipokrytą, tylko człowiekiem złym. Hipokryta, nawet jeśli jego myśli i intencje mają drugie dno, to jednak nadal może czynić dobro…. nawet jeśli tylko ta jego hipokryzja jest „hołdem składanym cnocie przez występek” (La Rochefoucauld). „Cnota” nie przestaje się wtedy liczyć ani też być poważana (skoro jej się „hołduje”).

Warto się więc zastanowić, czy bohaterowie „Rzezi” (zwłaszcza, że mamy tendencję, by ich postawę i charaktery uniwersalizować i odnosić do pewnej grupy społecznej en bloc, a nawet do samej natury człowieka per se) rzeczywiście są hipokrytami (to, że są ludźmi złymi do szpiku kości wykluczamy na dzień dobry, bo przecież nimi nie są… jak chyba zresztą każdy człowiek).
A może mają tylko cholernie zły dzień?
No właśnie! Przypomnijmy sobie, że słowa o złym, a wręcz o „najgorszym” dniu życia, padają pod koniec tej komedio-dramy parokrotnie i są bodajże ostatnią kwestią, jaka dociera do nas z ekranu.
I może jeszcze taka przy tym uwaga: to, że nie zawsze możemy sprostać normom, jakie sobie narzucamy – albo ambicji, aby być kimś lepszym niż jesteśmy – nie jest przecież jeszcze hipokryzją.

Cisza przed burzą - John C. Reilley, Jodie Foster, Christoph Waltz i Kate Winslet przygotowują się do "krwawej" rozprawy w filmie Romana Polańskiego "Rzeź"... nawet o tym jeszcze nie wiedząc.

Czy możemy powiedzieć, że cała ta czwórka ludzi (nota bene w finale już mocno pijana) „prawdziwa” stała się dopiero wtedy, kiedy zaczęła sobie skakać do oczu, rozszarpywać się na strzępy, strzykać na siebie jadem i sączyć w siebie trujące soki? A może jednak (bardziej) prawdziwi byli ci ludzie właśnie na samym początku, kiedy doszli do jako-takiego porozumienia, zachowywali się wobec siebie grzecznie, chcieli uraczyć się szarlotką i kawą, deklarowali sobie wzajemną przychylność i uznali niefortunne wybicie zębów jednego z ich dzieci za – co prawda przykry, ale jednak – zwykły incydent?

Z pewnością można by postawy i charaktery postaci występujących w filmie Polańskiego rozbierać na czynniki pierwsze i nicować na wylot (bo wbrew denuncjacjom niektórych, bogactwo psychologiczne – jak również symboliczne i metaforyczne – sztuki Rezy jest wg mnie niezaprzeczalne i ewidentne); dokładnie prześledzić ich zachowanie, analizując motywy i poszukując źródeł negatywnych emocji; można każdej z tych postaci przypisać jakiś odpowiednik konkretnej postawy społecznej, i – stosując ten zabieg – pokazać palcem to, co zaczęło w naszym współczesnym zachodnim świecie szwankować… Tak, można to wszystko zrobić, ale można też poprzestać tylko na konstatacji, że oto byliśmy świadkami zupełnie nietypowego zdarzenia (czy też raczej zderzenia) towarzyskiego, jakim było (tak naprawdę przypadkowe) spotkanie pewnej czwórki różniących się od siebie diametralnie ludzi (i to nawet w obrębie tej samej pary małżeńskiej). I że – jeśli tylko trafiło to w nasze poczucie humoru i dobry nastrój – mogliśmy się z tego wszystkiego pośmiać. Przy czym, nasz śmiech nie musiał mieć w sobie krzty złośliwości, czy dwuznaczności, która by mogła pozostawić w nas pewien dyskomfort.
Muszę napisać, że jest to właśnie zasługą samego Polańskiego, który, nawet wtedy kiedy ukazuje swoje postaci jako rozhisteryzowane potwory, to podchodzi do nich w jakiś sympatyzujący – choćby tylko podskórnie – sposób. I odnoszę wrażenie, że ta podskórna sympatia dla nich udzieliła się także mnie samemu, nie opuszczając mnie nawet w tych najbardziej gorących momentach, kiedy krew lała się strumieniami, a trup w nowojorskim mieszkaniu ścielił się gęsto. Nie ma to jak śmiać się bez poczucia winy i bez konieczności poniżania tych, z których się śmiejemy.

PS. Niestety, muszę kończyć, choć aż prosi się o komentarz do niektórych przynajmniej kwestii wygłaszanych przez uczestników „Rzezi”, jak również do tego, co wyprawiają oni na ekranie. Są bowiem w tej awanturze momenty zupełnie fenomenalne, rekwizyty jak najbardziej kapitalne, bon moty jakby z piekła rodem, chwyty wręcz rozbrajające, zagrania bez mała genialne…
Marzy mi się jeszcze taki tekst, w którym mógłbym wspomnieć o… no… choćby o pawiu Kate Winslet, jakże doskonale wpisującym się w estetykę – fakturę i kolorystykę – malarstwa Kokoschki (na poły strawioną szarlotkę zwróciła ona na album tego artysty, będący oczkiem w głowie Jodie Foster – chyba jednak, jeśli chodzi o sztukę – snobki). Albo… wybitnie falliczne kubańskie cygara „misia” komiwojażera Reilly’ego (męża „pisarki” Foster), za pomocą których zawiązuje on męskie przymierze z cynicznym adwokatem korporacyjnym Waltzem (mąż agentki realnościowej Winslet)… – whiskey przestała się do tego celu nadawać bo (wyzwolone) kobiety żłopią ją nie gorzej od mężczyzn.

Może kiedyś?
A może jednak wystarczy?

*  *  *

"Bóg mordu" - bestia, która drzemie w każdym z nas? "Tigerloewe" Oskara Kokoschki - jedna z ofiar niestrawności/mdłości Kate Winslet w "Rzezi"

*

WIERSZEM PO KRYTYKACH (Więcej niż kino: „Pan Tadeusz”)

*

*

Mimo iż nie jest dzisiaj „trendy”, by wracać do tzw. literatury „narodowej” – również dość wstydliwe stało się przyznawanie do jakichkolwiek uczuć patriotycznych, do nostalgii za ojczystym krajem – to jednak spróbujmy choć na chwilę zająć się raz jeszcze Mickiewiczowskim „Panem Tadeuszem”. A okazją po temu niechaj będzie przypomnienie sobie ekranizacji dzieła naszego wieszcza narodowego dokonanej swego czasu przez „narodowego” reżysera Andrzeja Wajdę. Przypomina mi się tutaj premiera „Pana Tadeusza” Wajdy na ziemi amerykańskiej, która miała miejsce w znanym w Chicago Centrum Kopernikowskim. Film wówczas odebrano bez mała entuzjastycznie. Pamiętam, jak kontrastowało to z reakcją niektórych polskich krytyków, którzy film okrutnie „zjechali”. Moim zdaniem niesłusznie. Co ciekawe, bardziej atakowali oni dzieło Mickiewicza, niż sam film Wajdy.

Pomyślałem sobie wówczas, aby zamiast zwykłej recenzji, „przejechać” się z kolei po tych wszystkich krytykach wierszem.

*

Czy warto polemizować z tymi krytykami?
Wszak z emocjami trudno jest się wadzić,
Podobnie jak z gustami; bo przecież
Wokół siebie każdy to, co chce zobaczy,
Lubo trochę nieba, tudzież świat sobaczy.
Raz się patrzy sercem, to znów przyrodzeniem,
Zrazu człek jest mądry, to znów bywa głup i ciele.

To nie tylko Schopenhauera są rojenia:
Zdrowy rozsądek kończy wszelkie nastrojenia.
Porywy serca i umysł zamglony,
Słodka melancholia, piękne filandrony…
To musi być szaleństwo, nierozsądne granie,
Puścić się na oślep – w obłokach bujanie!
Nie idzie w parze kalkulacja mądra
Z tym co się chce przeżyć bez cynika, bez Gombra
podobnie… kto chłodnym okiem krytyka poziera,
Ten pozbawia się drżenia, zachwytu, westchnienia.

Jaki zaś był sam film? Czy ocena tu konieczna?
To wystawianie cezurek, ta krytyka wieczna?
Wajda jako Mistrz powszechnie uznany,
Nie potrzebuje obrony, na nic są tu komunały:
Pienia nad jego wielkością Reżyserską,
Nad szlachetnością wejrzenia, biegłą, pewną ręką,
Zostawmy fachowcom, analitykom, piewcom,
Co to się tylko swą erudycyją łechcą.

Patrzmy na obraz bez naszych uprzedzeń
A wręcz oczarowani możemy być przezeń
Tym łatwiej mogą nam przyjść zachwyty,
Iż w rzeczy samej film jest znakomity.
W zestawieniu z „Ogniem i mieczem” Hoffmana
„Pan Tadeusz” Wajdy to rzecz nader udana
Nie jakiś komiks historyczny, płaski,
Bez dobrej gry aktora, z kabaretu maski –
Usilny hymn własny Lachowego grodu,
Lecz z żywej tkanki duchowej narodu
Utkany przekaz szczerości, samego wigoru,
Kolorowy i gorący – nie sztucznego wzoru.

Nie czas tu po temu, by zbijać zarzuty
Nie szczędzone dziełu, nie tylko przez filuty:
że Mickiewiczowski „Pan Tadeusz” jest niedoskonały?
że niekonsekwencje, błędy, tudzież dyrdymały?
Z jednej strony od arcydzieł był on wykadzany,
Z drugiej –
Przez innych wieszczów, niemal wyszydzany

„Czczenie wieprzów, a bicie się na maczugi”-
Pisał to Słowacki, tak przecie ceniony.
„Czekają aż Francuzi zrobią im Ojczyznę”-
Wtórował mu Norwid, też niepocieszony.

Przerósł wszystkich Gombrowicz, ten obrazoburca
Diaboliczny ów pisarz myślą ostrą jak brzytwa
Poprzecinał niejedne polsko-sztandarowe gusła.
Z flag, symboli, świętości – z tej polskiej legendy,
Szyjąc majtki dziecinne, przyprawiając gęby.
Z „Ferdydurke” wyrosło to już słynne zdanie:
Dlaczego mam klękać, skąd to uwielbianie?
Skoro ja nie kocham – zachwyt też mi obcy
Dobre to dla Pimka – te beczenia owcy.
Może też i wielkie bogi te poety były,
Mocarne, ruszające z posad ziemskie bryły;
Ale ja w to nie wierzę, to mnie nie porusza,
Ja gwizdam, chromolę, czkniam i się osuszam.

Co tu rzec na takowe dictum
Gombrowicza – skądinąd geniusza;
Chyba tylko odwracając richtung:
Jak się mam nie wzruszać, skoro się tak wzruszam?

Lecz dość tych dygresji, wróćmy do meritum:
Zarzuty Mickiewiczowi – zostańmy już przy tem.
Raz – te niekonsekwencje, dwa – antybohatery,
Dwuznaczności, uchybienia i nie bez kozery
Wytykano poecie rój person bez liku –
I jak tu wznieść ducha nad to panopticum?

Tadeusz – mówiono – to gamoń, niecnota,
Ledwie zoczy halkę, już go ma ochota.
Niby to się kocha w Zosi, a śpi z Telimeną,
Nic się w szkołach nie zuczył, został trochę mendą
Telimena? – Ach, to nimfomanka i czcza latawica,
Oraz – jak pisał Norwid – „moskiewska metresa”
Jedynym jej usprawiedliwieniem to, że była ładna:
„Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną”.

Zosia zaś to cielątko boże – płoche i niewinne,
Ciągle w negliżu – wśród kwiatków, motylków,
Ale też i… zwinne.
Cnota jej trzymana była pod zamknięciem
Przez ciotkę ladacznicę, która miała wzięcie.
Ale dziewczę dość smutne obiecuje poprawę:
Niech no się tylko z ludziskami pobawię.

Hrabia – to dziwak poczciwy, birbant i galancik,
Artystowski duszek, dandys, aczkolwiek palancik;
Uwielbia szkice, widoczki – takoż polowanie,
Natura, kobiety i piórko – jego miłowaniem.

Sędzia to niby zdrój, co pełen jest świętości,
Mądrości, cnót skarbnica, summa szlachetności,
Bez mrugnięcia okiem majątek sąsiada
grabi…
i w dobrej komitywie z Ruskimi zasiada.

Czy to jest naszego wieszcza ironia gorzkawa?
żart, dowcip, kpina – ta dwuznaczna oprawa.
Z jednej strony bohatery to łotry i dranie
Z drugiej – piękni, kochani, kolorowi, wprost łanie…

Weźmy jeszcze innych:
Ksiądz Robak pod kapturem skrywa tajemnice –
On wie jakie to zbrodnie ciążą na Soplicy.
Bardziej żołnierz, niźli mnich pokorny,
skruszony;
Kogo mogą zmylić te święte androny?
Były łotr, hulaka, warchoł i choleryk,
Czy widział ktoś, aby tak wyglądał kleryk?
Tu znów ta poety ironia wyziera –
Z wroga swego rodu robić bohatera.
Świętym – morderca, drań, nicpoń pieniaczy?!
Psychiatra by westchnął – cóż to wszystko znaczy?

Gerwazy to kolejny jest typ psychopaty –
Mściciel maniakalny, klucznik kostropaty.
Do podjudzania pierwszy, ostatni do zgody,
Blizny jego straszą od łysin do brody.
Seryjny zabójca, chełpi się w ordynku:
Dwóch Sopliców ściął w kłótni, dwóch na pojedynku.
Jakby tego było mało temu śmierci siewcy,
Kolejnego Soplicę spalił w szopie żywcem.

Nic dziwnego, że każdy w zaścianku czy dworze
Uzbrojon po zęby – w krócice i noże.

Czy to możliwe, by w takiej scenerii,
W tym horrendum upiornym, niecnej menażerii,
Sielanka się nam śniła, serca się krzepiły,
Wzbudzając tęsknotę za krajem tak miłym?

To chyba jednak dowód, a nie podejrzenie:
Iż mocniejsze od prawdy jest wyobrażenie.

W filmie Wajdy udała się rzecz niesłychanie rzadka,
I ta klasa zachowana jest aż do ostatka:
W poemat prawie że z akcji wyzuty,
Tchnięto duszę widowiska, i choć były skróty
Zyskała dynamika, krwistość i kościstość
żaden teatr telewizji – jest to oczywistość.

O grze aktorskiej mówić, że jest koncertowa,
To być krok od banału – nie znaczące nic słowa.
Genialna jest gra Olbrychskiego, tudzież Seweryna;
I nie ważne – grają oni anioła, czy też sukinsyna.
Również Linda z Robakiem nieźle sobie radzi,
Choć mu Pasikowski z „Psami” akcją nie podkadzi.
Wajda: „Boguś to aktor bardzo utalentowany” –
Tym zdaniem każdy by się czuł ukontentowany.

Śliczna Bachleda – Curuś, dziewczę wdzięczne, młode,
Jest w filmie nie tylko przez wzgląd na urodę.
Pani Szapołowska zaś to kobieta dojrzała,
Bez trudu Żebrowskiego w swe sidła zmotała.

Reżyser dał wielką swobodę aktorom;
Jakby czuł, że świetnie się do dzieła zabiorą.
Efekt jest znakomity, i gdy film już zrobiony
Nikt z nas nie może czuć się zawiedziony

Miłosz pisał, że „Pan Tadeusz” jest wręcz metafizyczny:
Traktuje o równowadze świata; i na wzór idylliczny
Soplicowo jest Pana Boga ogrodem, Edenem niejako,
Gdzie wszystko jak w baśni – tej ziemskiej wszelako.
Szlachetna jest Noblisty mądra ta idea,
Mistrz, czego się nie tknie, we wzniosłość przemienia.

Lecz nie wdajmy się tutaj w analizy uczone,
Korowody objaśnień, mędrkowaniem zwieńczone;
Nie zgłębiajmy się zbytnio, a i bez powodu,
W jakieś „kręgi zaklęte”, „zdrową miazgę narodu”.
Taki jest już nasz wgląd – natura człowiecza,
że do tego, co kochamy, nie trza nam tłumacza.
Prawdziwa miłość jest bezwarunkowa,
Nie da się objaśnić – obywa się bez słowa.

Nie ma wszak dyskusji nad naszym wzruszeniem,
Nad nerwów dreszczem, świętości łaknieniem;
Gdy zwykłego bociana lot nad polskim siołem,
Staje się nam w duszy tęsknoty symbolem.

*   *   *

Należy pamiętać, że owa wierszowana recenzyjka bardziej jest żartem, niż wiernością poezji kanonicznej. Pisząc ją liczyłem też na to, iż może ona kogoś zabawić.
Jest oczywiste, że „Pana Tadeusza” w Chicago, czyli na tzw. „obczyźnie”, inaczej się przyjmuje, niż w kraju nad Wisłą. Tutaj perspektywa jest inna – do tych „pól zielonych” dalej. Dochodzi też pewien element emigranckiej nostalgii. Toteż napięcie w pochyleniu nad narodowym eposem, tudzież oczekiwania – mogą być niejako podwójne.

Nieprawdą jest, że wystarczy odniesienie do tradycji wielkiej polskiej literatury, by współczesna interpretacja filmowa czy teatralna rzucała nas na kolana w imię patriotycznej powinności; czy też dlatego, że to „wielcy poeci byli”, wielkie dzieła spłodzili – dzieła, którymi winniśmy się zachwycać, jako i poprzednie pokolenia Polaków się zachwycały.
Otóż choćby przypadek Hoffmanowskiej ekranizacji „Ogniem i mieczem” tego nie potwierdza. Film ten po prostu rozminął się z oczekiwaniami wielu widzów, brak mu było kilku istotnych artystycznych rysów, trudnej do określenia weny – w przeciwieństwie do obrazu Andrzeja Wajdy.
I jak już powiedziałem, wcale nie musimy się tłumaczyć z tego, co się nam podoba. I to nie tylko dlatego, ze z gustami się nie dyskutuje. Wiemy bowiem wszyscy jak wiele znaczy w tym wszystkim nasze nastawienie.

Myślę, że pierwszym warunkiem przychylnej percepcji „Pana Tadeusza” jest to, by nie brać go dosłownie. Bo rzeczywiście, gdy tak zaczniemy bardziej „rozumowo” wgłębiać się w akcje, charakter opisywanych środowisk i bohaterów, to dojdziemy do słusznego wniosku, że jak na archetypiczne wzory „polskości”, jak na apoteozę narodu i afirmację społeczeństwa, to cokolwiek cieniutko.
Skąd więc ta wielkość „Pana Tadeusza” czytanego od wielu już pokoleń?
Odpowiedz jest chyba prosta, choć może się wydać banalna: poezja i geniusz Adama Mickiewicza.

Tak już jest, że dobry pisarz, opisując choćby ścierkę kuchenną, jest zdolny stworzyć pasjonującą literaturę.
Rezultat końcowy Wajdy i Hoffmana?
Mamy tu do czynienia z paradoksem.
Biorąc bowiem pod uwagę rodzaj obu literackich wzorów, uwzględniając specyfikę filmu i ekranizacyjne trudności (pomijając oczywiście stronę techniczną realizacji), zadanie Hoffmana wydawałoby się być łatwiejsze. Bowiem i akcja u Sienkiewicza wyrazistsza i środki dramaturgiczne bardziej uniwersalne, napięcie konkretniej dozowane – to wszystko lepiej przenosi się na ekran. Można więc było oczekiwać mocniejszego efektu. Proza jest dla fabuły niejako bardziej naturalna, bardziej przystaje do filmowych środków. Nikt nie pisze scenariusza wierszem. Natomiast z poezji zrobić udane filmowe widowisko, to doprawdy trudno.

Jak to się więc Wajdzie udało?

Jeśli, w poszukiwaniu przyczyn, zaczniemy film analizować, to już „siadamy” w przedbiegach. Gdyż bardziej tu chyba możemy liczyć na naszą intuicję, niż na intelektualną kalkulacje. To prawda – dajemy tym samym pierwszeństwo prawdzie emocjonalnej. Czy można jednak w tym przypadku robić z tego zarzut?

*

*

Niech mi wolno będzie napisać jedno: najwięcej ducha, moim zdaniem, tchnęli w filmowego „Pana Tadeusza” występujący tam aktorzy. To właśnie ten ich entuzjazm, granie „na oddechu”, o jakim mówił w Chicago Daniel Olbrychski. Mamy wrażenie, że filmem tym bardziej się bawili (w dobrym sensie tego słowa), niż go święcili. Nie ma tu chyba tworzenia z myślą o jakiejś wielkiej aktorskiej kreacji. Stąd może ta lekkość, płynność i koncertowość filmu. Dzięki tu należy złożyć reżyserowi za wspaniałomyślność, i za to, że artystom na to wszystko pozwolił, a nie silił się na ekranowy pomnik.
Według mnie efekt jest znakomity – to wyważenie między wielką literacką tradycją narodowego poematu, a widowiskiem dla tzw. „zwykłego” odbiorcy. Przy czym, nie ma tu pompy, ani fajerwerku., jest za to solidna rozrywka.

Rzeczywiście – „Pan Tadeusz” Wajdy jest filmem wspaniale polskim. Z tego względu ci, którym tu w Ameryce owo „odnalezienie się w tradycji” jest zupełnie zbędne, mogą odebrać ten film dość indyferentnie. Zobojętnieli, (obojętni byli zawsze?), albo też się „zamerykanizowali”, reagując już tak, jak zasiedziali tubylcy. Amerykanie bowiem, ze względu na zupełnie inne koleje narodowego losu, nigdy nie przywiązywali (w większości) tak wielkiej wagi dla swojej rdzennej europejskiej tradycji. Tworzyli – od podstaw właściwie – zupełnie nowe „swoje” państwo, odżegnując się przy tym często od porządku Starego Kontynentu. Nadmierne pielęgnowanie europejskich korzeni było więc raczej niepożądane.
W Polsce przeciwnie: w chwilach trudnych państwowego niebytu, przetrwanie narodu zależało właśnie od kultywowania tradycji. A odbywało się to głównie za pośrednictwem kultury, religii i sztuki.
Dzisiaj wszystko to się pozmieniało, wobec czego tak gorąca reakcja na filmowego „Pana Tadeusza” w Chicago jest tym bardziej fenomenalna.

„WENECJA”, „ŚLUBY PANIEŃSKIE”, „KOŁYSANKA”, „ŚWIĘTY INTERES”, „MAŁA MATURA 1947”, „MOJA KREW”, „WICHRY KOŁYMY” (o filmach 22. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, cz. I) )

Wprawdzie Festiwal Filmu Polskiego jest dopiero na półmetku, to jednak – kontynuując wątek jesieni w kinie – chciałbym już teraz podzielić się z Wami wrażeniami jakie wyniosłem po obejrzeniu siedmiu filmów, które znalazły się w repertuarze chicagowskiej imprezy.

”WENECJA” (reż. Jan Jakub Kolski)
** * * * * *

Okrutny świat widziany oczyma dziecka nie przestaje być światem tajemniczym i magicznym

„Wenecja” to bez wątpienia najpiękniejszy wizualnie film Jana Jakuba Kolskiego – co jest zachwytem tym większym, że przecież dotychczasowe jego filmy też pod tym względem sroce spod ogona nie wypadały, wyróżniając się urodą wręcz magiczną spośród innych obrazów polskiego kina nurzających się z namiętnością wręcz turpistyczną w szarzyźnie i przaśności europejskiej prowincji, jaką niektórzy widzą nasz kraj od zawsze.
Każde dziecko wie, że JJK to jeden z najbardziej oryginalnych naszych twórców filmowych, że jego filmy rozpoznać można na kilometr, i że zawsze jest w nich magia, którą Kolski wyciąga jak królika za uszy z przepastnego i zaczarowanego kapelusza swojej dziecięcej wyobraźni. Przy czym, jego pierwsze filmy nie udawały tego, że są jakąś drugą stroną lustra naszej twardej, prozaicznej i rozczarowującej rzeczywistości, tworząc swój autonomiczny a cudowny świat niczym z baśni dla dzieci mniejszych i większych. Z czasem jednak (głównie z prozaicznego względu, jakim był brak materialnych środków do kreacji tychże światów) Kolski zbliżał się do „realizmu”, nie rozwiewając wszak swej poetyckiej aury i nie pozbywając się wielkiej a zmysłowej wrażliwości na barwę, obraz, muzykę… ani tej lirycznej głębi i subtelnego drżenia pod „ludzkimi żebrami” (te ostatnie, ujęte w cudzysłów słowa, to autorskie określenie JJK odnoszące się do… serca, duszy, nerwów, trzewi – czyli do ludzkiej wrażliwości.)

Chłopięce marzenia zderzają się z realnym koszmarem

„Wenecja” Kolskiego to czysta poezja dla oka, ale już nie miód dla naszej duszy – bo tyle w nim gorzkiej i bolesnej melancholii, że można nią obdzielić kilka najsmętniejszych nawet obrazów. Bo taki też był okres, w jakim osadzona została akcja filmu, którego pomysł zaczerpnięto z jednego z opowiadań Włodzimierza Odojewskiego (chodzi konkretnie o „Sezon w Wenecji”). Jest to historia 11-letniego chłopca, którego dojrzewanie przypadło (czy musimy dodawać: jakże niefortunnie?) na czas wybuchu II wojny światowej, niemieckiej okupacji, sowieckiej „wyzwoleńczej” inwazji i… dość nieodpowiedzialnego szlajania się jego własnej matki, która pozostawiła go na pastwę niespełnionych marzeń, znienawidzonego miejsca (popadły w ruinę pałac zaludniony niespełnionymi w życiu ciotkami) i bolesnych doświadczeń tamtego okrutnego czasu.
Trudno twórców „Wenecji” posądzać o jakiekolwiek zapożyczenia (z wyjątkiem ścieżki dźwiękowej, która ponoć okazała się być plagiatem, więc musiano ją zmienić – nota bene na znakomitą), ale film przywiódł mi do głowy pewne skojarzenia… choćby z „Tajemniczym ogrodem”, choćby z „Labiryntem Fauna” czy z „Alicją w Krainie Czarów”, a nawet z „Pannami z wilka”… ale to pewnie dlatego, że oglądam zbyt wiele filmów. Obraz Kolskiego ma natomiast bardzo specyficzny i ogarniający wszystko (przemożnie) klimat, co jest już bez wątpienia jak najbardziej autorską zasługą samego reżysera, ale i również – nie można o tym nie wspomnieć w jakiejkolwiek uczciwej recenzji tego filmu – operatora zdjęć Artura Reinharta.

Marcin Walewski w „Wenecji”

Kolskiemu udało się również (jakimś cudem?) ożenić w swoim filmie ogień z wodą. Woda to wg mnie powolna akcja, niespieszne tempo, długie a wymowne spojrzenia, rozległe panoramy, ciemna chromatyka… Ogień zaś to te krótkie, ale jakże dramatyczne i bolesne spięcia: strzał w tył głowy polskiego oficera w Katyniu, wyrok wykonany (przez dzieci, zresztą) na volksdojczu, Niemiec-meloman mordujący żydowskiego chłopca, sowiecki wirtuoz-pianista robiący w piwnicy masakrę za pomocą swojej pepeszy, czy wreszcie – last but not the least – zbombardowanie i ostrzelanie przez niemieckie samoloty kolumny polskich żołnierzy (muszę tu napisać, że ta ostatnia scena jest zrealizowana przez polskich filmowców bez mała genialnie – moim zdaniem Hollywood i sam Spielberg mógłby się czegoś z niej nauczyć).
Chociaż… zauważam tu lekko niepokojącą nutę w ewolucji Kolskiego, jako twórcy kina. Czyżby to była skłonność do postępującego z wiekiem poddania się fatalizmowi, a nawet pesymizmowi ludzkiego losu?
Mam nadzieję, że nie – że to jeszcze nie ten czas, a może nawet nigdy do tego nie dojdzie i Jak Jakub pozostanie jednak chłopcem do końca swojego życia? Wbrew temu co powiedział na ten temat w jednym ze swoich ostatnich wywiadów:
„Jestem chyba w tym najlepszym okresie swojego życia – to te najwłaściwsze, najlepsze 5 lat w mojej pracy, kiedy już jestem wystarczająco dojrzały i zaawansowany warsztatowo, żeby móc ten świat (filmu) organizować przemyślnie; a (z drugiej strony) mam ciągle tę ciekawość małego chłopca, który wygląda przez moje oczy i chce się dziwić światu. Pewnie ta kombinacja nie potrwa długo, bo jak każdy mężczyzna w moim wieku zacznę cynicznieć i nie będę miał już ciekawości patrzenia na kolejne rzeczy, i nie będę się dziwił, i nie będę robił dużych oczu, i nie będę się czerwienił ze wstydu…”
Panie Janie Jakubie Kolski – to czerwienienie ze wstydu można sobie darować, ale życzę Panu, by nie uległ Pan cynizmowi a oczy nadal miał Pan szeroko otwarte od wiecznego zadziwiania się tym naszym strasznym i cudownym zarazem światem.

Okrutne czasy to także czasy przyśpieszonego dojrzewania

*

”ŚLUBY PANIEŃSKIE” (reż. Filip Bajon)
** * * * * *

Niekiedy zasadne wydaje się pytanie, czy warto ruszać stare i zmurszałe trupy polskiej literatury, przewracając je na różne strony, wygrzebując „uniwersalizmy”, reanimując, post-modernistycznie udziwniając (co najczęściej nazywa się „uaktualnianiem”)… Czy nie lepiej zostawić je w środowisku w którym „czują się” one najlepiej – czyli we własnym sosie kontekstu epoki i jej konwencji, tudzież w muzeum zbiorowej wyobraźni odwiedzanym zazwyczaj przez szkolne wycieczki pędzone tam tłumnie w ramach obowiązku poznania kanonu szkolnych lektur?

Fredro – reaktywacja (Maciej Stuhr i Borys Szyc w filmowych „Ślubach panieńskich”)

Kiedy polskim filmowcom taki reanimacyjny zabieg się udaje (jak np. Wajdzie z „Weselem” czy „Panem Tadeuszem”) to odpowiadamy, że niekoniecznie – że dobrze się stało, iż kino to truchło rewitalizowało. Kiedy zaś udaje się miernie i zwłoki nie trzymają się – nomen omen – kupy (jak np. Kawalerowiczowi z „Quo Vadis” czy Hoffmanowi z „Ogniem i mieczem”), to nasza odpowiedź brzmi: tak, lepiej było nie ruszać, nie tykać, nie kręcić…
„Śluby panieńskie” Filipa Bajona stoją tu gdzieś pomiędzy: tak jakby reanimacja nie powiodła się do końca – tzn. coś się tam rusza, ale już raczej nie podskoczy; niby jest OK, ale jednak coś szwankuje; niby kolorowo, dziarsko, staro-polsko i zabawnie, ale coś jakby na niby, więc trzeba się ratować laptopem, ciężarówką, plastikiem i komórką.
Ale nie róbmy sobie (aż takich) jaj z pogrzebu. Bowiem wysiłek Bajona (i innych twórców filmu, w tym zwłaszcza aktorów) zasługuje na choćby mały dyg i czapkę z głowy.
Co więc powstrzymuje nas od ukłonu do samej ziemi (o powaleniu na kolana nie wspominając?)
Otóż powodów jest kilka. Być może Fredro tak się postarzał, zmuzealniał i zmurszał tak, że już nic go ruszyć nie może, nawet talent Bajona, Więckiewicza, Szyca, scenografów, kamerzystów i Stuhra? Być może „śluby panieńskie” w odniesieniu do naszych współczesnych dziewic i panienek mogłyby się już tylko wydać śmiechu wartym „obciachem”, albo i nawet „badziewiem”? Być może, po prostu, całe to zamieszanie to wiele hałasu o nic? Być może…
Ale mnie najbardziej doskwierały te pomysły Bajona z komórkami, plastikiem i tabloidem z Olszówką na okładce. Moim zdaniem – nie przypiął, ni przyłatał. Mało: rozbijają one wg mnie cały film, bo zmuszają nas (tak obcesowo i brutalnie zresztą) do porzucenia konwencji – tak, że dalej już nie mogliśmy udawać, że to wszystko ma sens i zaczepienie w jakimś spójnym świecie, choćby w świecie naszej wyobraźni (który przecież, na swój sposób, też musi być spójny). Jednym słowem: Bajon popsuł nam tym zabawę. Tym bardziej, że ta jego współczesność wypadła tak strasznie niemrawo i jest jej tam tyle, co kot napłakał.

Dalsze podchody polskiego kina do lekko zmurszałej narodowej literatury (Anna Cieślak i Marta Żmuda-Trzebiatowska w „Ślubach panieńskich” Fredry i Bajona)

Oczywiście, że podobnych zabiegów (z łamaniem konwencji, chronologii i spójności epoki;  z przypominaniem widzowi, że to tylko kino, że wszystko na sprzedaż, że to tylko taka zabawa „na niby”) w kinie dokonywano bez liku. Lecz takie operacje zawsze niosą ze sobą pewne ryzyko i udają się stosunkowo rzadko. Bajon zaryzykował i… udało mu się to średnio – a właściwie to nie udało mu się to wcale, i na jego miejscu te komórki i plastiki z Fredry bym wyciął. Bo do imć hrabiego pasują one jak wół do karety i tylko mogą przewrócić go w grobie – do czego, miejmy nadzieję, nie dojdzie.

Polskie wampiry – cokolwiek anemiczne

„KOŁYSANKA” (reż. Juliusz Machulski)
** * * * * *

Mimo wielkiej sympatii jaką przejawiam (osobiście) do Juliusza Machulskiego, czuję się zmuszony napisać, że jego najnowszy film, (który w zamierzeniu miał być „pełnokrwistą komedią”) wzbudził we mnie uczucia nad wyraz mieszane: od bardzo umiarkowanego rozbawienia po… niestety, zażenowanie. Ja wiem, że Machulski kinem się bawi (bo jak sam mówi to dla niego „zabawka”), tylko – na Drakulę! – dlaczegóż on się tym kinem bawi na poziomie 12 letniego chłopca (a nie chłopca 50-letniego, który jest przecież  niezwykle sprawnym rzemieślnikiem kina, człowiekiem o niepoślednim poczuciu humoru i nietuzinkowej inteligencji)?
Wydaje mi się, że cała reżyserska para Machulskiego poszła w „Kołysance” na zabawę w pastisz filmów grozy (o wampirach), przy jednoczesnym zaniedbaniu takich „drobiazgów” jak fabuła (w tym filmie prawie żadna) i dramaturgia (której w „Kołysance” też w zasadzie nie ma, bo wszystko staje się przewidywalne, mimo pozorów oryginalności). Malownicza scenografia, robiąca wrażenie charakteryzacja, dobre aktorstwo (choć z tym ostatnim jest w „Kołysance” różnie)… wszystko to właściwie tylko wzmaga moje poczucie, iż oto zmarnowano dobry skądinąd pomysł na niezłą komedię o polskich wampirach, która jednocześnie miałaby jakiś ostrzejszy satyryczny… hm…ząb. Niestety, te ząbki wyleciały, jak – nie przymierzając – cudacznemu dziadkowi wampirowi, granemu w „Kołysance” przez wyróżniającego się niebanalna urodą Janusza Chabiora.
A zaczęło się świetnie: sama czołówka filmu jest rewelacyjna! Niestety, im dalej, tym robiło się już coraz bardziej swojsko, czyli dość anemicznie, mdło i nijako, no i w końcu wszystko osiadło na sitcomowej mieliźnie.
Z przykrością pisze te słowa, bo życzę Machulskiemu jak najlepiej, ciągle się niestety zawodząc na jego komediowym wyczuciu, które zbyt często nie wyrasta ponad poziom sztubackiego skeczu. Może nadszedł czas by trochę… spoważnieć? Tym bardziej, że ostatni film reżysera jakim był „Koń trojański”, sprawił mi doprawdy miłą niespodziankę. Może właśnie dlatego, że objawił się tam Machulski w roli kogoś, kto potrafi opowiedzieć ciekawą historię o ludziach, niekoniecznie usilnie przy tym dowcipkując i robiąc ze swoich bohaterów niezbyt rozgarniętych przygłupów?
*

„ŚWIĘTY INTERES” (reż. Maciej Wojtyszko)
** * * * * *

Piotr Adamczyk i Adam Woronowicz w „Świętym interesie” – tym razem już nie tacy święci

Komedie są potrzebne. Zwłaszcza w Polsce – w kraju gdzie często na pierwszy plan pcha się siermiężna powaga, cierpiętniczy dramatyzm i nacjonalistyczno-religijna histeria. Szkopuł w tym, że film Macieja Wojtyszki jest właściwie dowcipem na jedną chwilę, takim filmowym „wicem”, o którym po śmiechu (przypominającym wszak niekiedy rechot) dość szybko się zapomina. Nawet, jeśli jest on solidnie opowiedziany i przedstawiony. A w „Świętym interesie” biorą przecież udział najbardziej „święci” z wszystkich „świętych” polskich aktorów – Piotr Adamczyk (pamiętny z roli Jana Pawła II) oraz Adam Woronowicz (filmowy ksiądz Jerzy Popiełuszko). I w kontekście filmu Wojtyszki, wybór właśnie tych aktorów na odtwórców głównych ról w „Świętym interesie”, nie wydaje się być przypadkowy.
Ale nie wydaje się też być zasadny, bo czymś ponad przeciętnym, ci – skądinąd dobrzy – aktorzy w tym filmie raczej wykazać się nie mogli.
„Święty interes” ma swoje dobre momenty, jest całkiem nieźle sfotografowany (a nawet pobrzmiewa w nim muzyka naszego wielkiego kompozytorskiego tuza Zygmunta Koniecznego – ach ten nasz rodzimy przerost formy nad treścią!) lecz zawartość myślowa, (którą przecież trudno nazwać intelektualną) jest dość mizerna i toporna, by nie napisać – prostacka (ech, te komercyjne skłony i dygi filmowych producentów „pod publiczkę”).
Przedstawiciele chicagowskiego Festiwalu (jak również producent filmu) mówili o nagle wzmocnionej  -przez zachodzące obecnie w naszym kraju wydarzenia – aktualności filmu Wojtyszki (bo powodzie, bo wojna o religijne symbole, bo zderzenie zapyziałej i będącej „sto lat za murzynami” polskiej wsi ze świetlaną europejską Unią…), ale chyba raczyli żartować, że „Święty interes” we wszystkie te problemy wchodzi głębiej, niż ironiczny przytyk pod adresem naszej ludowej religijności, która pada na klęczki przed krzyżem (czy jakimkolwiek pseudo-sakralnym a odpustowym gadżetem, którym w tym filmie jest stara warszawa należąca ponoć ongiś do Karola Wojtyły), by zaraz potem rzucić „ch…m” czy „k…ą”, tudzież utopić sąsiada w małej łyżce wody.
*

„MAŁA MATURA 1947” (reż. Janusz Majewski)
** * * * * *

„Mała matura” – z wynikiem dostatecznym (plus), czyli weterani robią kino solidne ale dość przeciętne

Film całkiem niezły, acz do bólu poprawny. Nic dziwnego, Janusz Majewski to „stary wyjadacz” polskiego kina, mając na swoim sumieniu jedną z najlepszych polskich komedii, a mianowicie pamiętnych „C.K. Dezerterów”.
„Mała matura 1947” wszak nakręcona jest już bardziej „po bożemu”, bez anarchizmu, sprośności i dezynwoltury tamtego filmu, co jednak nie oznacza, że sztywno, kostycznie, bez polotu i na kolanach. Nie, to obraz „gładki” ale dający się oglądać z zainteresowaniem; operujący stereotypami, lecz korespondujący dość wiernie z rzeczywistością historyczną Polski pierwszych lat powojnia; no i zaludniony ciekawymi personami (a jednocześnie weteranami) polskiego aktorstwa, wśród których prym wiodą Jan Zborowski, Olgierd Łukaszewicz i Wojciech Pszoniak (wszyscy oni sprawiają wrażenie/boć przecie nie anieli/jakby z wystąpienia w „Małej maturze”/niezły ubaw mieli). Wspomnieć także wypada o Arturze Żmijewskim i Marku Kondracie, którzy jednak zachowują bardziej poważne, a może nawet marsowe oblicze, no i może jeszcze o ein Knie Soni Bohdziewicz.
Oprócz tego Majewski pozwolił wystąpić w swoim filmie całej paczce młodych debiutantów, którzy grają absolwentów krakowskiego gimnazjum im. Jana III Sobieskiego. I to właśnie oni są głównymi bohaterami „Małej matury”. Dodać należy, iż młodzieńcy ci wywiązują się tu ze swojego obowiązku całkiem przyzwoicie (naturalnie z wyjątkiem… momentu, kiedy udają się gremialnie, czyli tzw. „całą churmą” do burdelu).
Żarty żartami – ale śledząc losy filmowych bohaterów nie zawsze jest nam jednak do śmiechu. Bo były to czasy, kiedy było już wiadomo, że bez upodlenia Polaków przez „Ruskich” obyć się nie może, że młodość chmurna i durna doświadczona zostanie nie tylko przez hormony ale i przez wredną politykę, że zabawy w patriotyzm mogą się skończyć tragicznie…
Na pewno film Majewskiego kamieniem milowym kina polskiego nie jest, jest natomiast kawałem solidnej filmowej roboty, i choćby ze względu na to warto mu poświęcić te półtorej godziny swojej uwagi.
*

„MOJA KREW” (reż. Marcin Wrona)
** * * * * *

Rzecz w naszym kinie dotychczas niespotykana: miłość polskiego boksera do wietnamskiej imigrantki (desperacka, mroczna i gwałtowna)

Film mocny, brutalny, bez mała desperacki… również w tej swojej rozedrganej nerwowości chorobliwy tak, jak jego główny bohater – pocięty, zakrwawiony, posiniaczony i śmiertelnie chory bokser Igor, grany z ciężkim, ale jednocześnie nie pozbawionym polotu fatalizmem umęczonego życiem naturszczyka przez Eryka Lubosa, (który rasowym aktorem bez wątpienia jest, więc owo miano „naturszczyk” traktować tu należy jak komplement).
Jak już wspomniałem, „Moja krew” to film mocny – z mocną kreacją Lubosa, solidną realizacją (zdjęcia, muzyka, montaż…) – ale niestety z niezbyt mocnym (przynajmniej miejscami – bo pomysł nań był bez wątpienia bardzo oryginalny i ciekawy) scenariuszem, którego w kilku momentach rozkłada jego nieprawdopodobieństwo (i to zarówno jeśli chodzi o wydarzenia, jak i psychologię postaci). Również główny wątek odnoszący się (a jest to niewątpliwie pewna nowość w kinie nad Wisłą) do zderzenia kulturowego polskiej rzeczywistości z Azją, pozostaje na pewnej stereotypowej płyciźnie – i wygląda na to, że bardziej był on potrzebny autorom filmu do podbudowania postaci Igora i jego życiowego dylematu, niż wyrastał z chęci jakiejś głębszej mentalno-kulturowej eksploracji obcego nam świata.
Napisawszy to, nie mogę wszak nie pochwalić młodej wietnamskiej debiutantki (Luu De Ly), która wniosła do filmu Wrony wielką delikatność i kruchość, tak potrzebną przecież w kontrapunkcie do brutalności, szorstkości i gwałtu, jakim przepełniona jest postać Igora.
Tak więc, Polak z Wietnamką tworzą parę niezwykłą, ale przedstawienie ich relacji w tym filmie na pewno nie wyczerpie zapotrzebowania w naszym kraju na zajęcie się problemem stosunku Polaków do mniejszości etnicznych, które przecież w Polsce istnieją, choć spychane są na margines społecznej świadomości.
Uwagę zwraca styl w jakim Marcin Wrona zrobił ten film. Niby nonszalancki, spontaniczny i niedbały, a jednak w tej swojej clipowej, werystycznej manierze niezwykle precyzyjny, konsekwentny i zdecydowany. Rezultatem tego niezwykłego mariażu jest oryginalność, która może być kiedyś rozpoznana jako znak firmowy tego reżysera, czego mu zresztą życzę.
„Moja Krew” to właściwie debiut fabularny Wrony. Wszystko wskazuje więc na to, że  będzie można się po nim spodziewać jeszcze lepszych niż omawiana tu „Moja krew” filmów (i, podobno, jego najnowszy obraz „Chrzest”, takim właśnie filmem jest, o czym chciałbym się jak najszybciej przekonać).

Mocna i brutalna „Moja krew” Marcina Wrony

*

„WICHRY KOŁYMY” („Within the Whirlwind”, reż. Marleen Gorris, Niemcy/Polska/Belgia)
** * * * * *

Nie łudźmy się – te miliony ofiar, które zginęły w sowieckich Gułagach, to nie jest sprawka tylko jednego potwora (jakim chcemy widzieć Stalina). To wszystko było możliwe dzięki koszmarnie choć chaotycznie rozbudowanej machinie systemu, który nota bene tworzyła (wprawiała w ruch i oliwiła) nie tylko Komunistyczna Partia ZSRR, ale większość Rosjan. W tym (a może nawet zwłaszcza?) ci, nawiedzeni ideowo karierowicze, których de facto reprezentantem była także Eugenia Ginsburg,  główna bohaterka „Wichrów Kołymy”.

Emily Watson i Agata Buzek – razem na nieludzkiej ziemi

Ginsburg to znana postać. Jej „Stroma ściana”, w której opisała swoje doświadczenia łagrowe na zesłaniu na Syberii (w sumie, w niewoli, spędziła ona 18 lat swojego życia), to obok książek Sołżenicyna i Szałamowa kanon literatury „łagrowej”. Ale jak na ironię, w odróżnieniu od innych autorów (także tych naszych, rodzimych, takich jak np. Józef Czapski i Gustaw Herling-Grudziński), autorka właściwie nigdy (dobrowolnie, czy też raczej świadomie i z rozmysłem) dysydentką komunizmu się nie stała (a nawet, po tych doświadczeniach łagrowych, wstąpiła ponownie do KPZR). „Wrogiem ludu” stała się niejako z nadania swojej macierzystej partii, oskarżona ( i skazana na 10 lat ciężkich robót) za udział w spisku, w którym zresztą nigdy nie wzięła udziału.
Lecz niestety, reżyserkę  Marleen Gorris (jak również autorów scenariusza), te ideowe meandry i dotarcie do sedna (oraz genezy) totalitarnego koszmaru nie wydają się zbytnio obchodzić. Obchodzi ich natomiast głównie inteligentna, silna choć wrażliwa oraz żywotna choć pozbawiona wolności kobieta i jej walka o przetrwanie w nieludzkich warunkach obozowej rzeczywistości. Także miłość, jaka ją w obozie spotkała. Oto dlaczego „Wichry Kołymy” są bardziej melodramatem, niż autentycznym i dogłębnym oskarżeniem systemów totalitarnych, z ich masowym zamienianiem ludzi w niewolników i uśmiercaniem. I jako takie, są filmem naprawdę niezłym, absorbującym, sprawnym technicznie, ze znakomitym wystąpieniem grającej główną rolą Emily Watson (pamiętnej z ról w tak dobrych filmach, jak „Przełamując fale” Larsa Von Triera czy „Hillary and Jackie” Tuckera).
Warto też wspomnieć, że film jest międzynarodową koprodukcją, ze sporym udziałem polskich aktorów (Agata Buzek, Maria Seweryn, Zbigniew Zamachowski, Krzysztof Globisz) i został nakręcony głównie na terenie naszego kraju.
*

„Wichry Kołymy” – czyli mroźnie ale i melodramatycznie

*

FILMOWISKO („Biała wstążka”, „Ostatnia stacja”, „Autor Widmo”, „Alicja w Krainie Czarów”)

festival.banner.wl

„BIAŁA WSTĄŻKA” („Das Weisse Band”, reż. Michael Haneke)

 * * * * * *

Czy tylko w Austrii najistotniejsze sprawy rozstrzygają się w podziemiu? Czy to przypadek, że właśnie tam Zygmunt Freud zaczął sięgać do głębin podświadomości, które decydują (ponoć) o naszych świadomych poczynaniach? A Fritzl? Jak to możliwe, że funkcjonujący normalnie w społeczeństwie człowiek mógł przez prawie ćwierćwiecze trzymać w piwnicy swoją córkę, gwałcić ją i zmuszać do rodzenia całej gromady dzieci?

„Biała wstążka” – Złota Palma w Cannes, 2009

Czy dokonuję tu jakiegoś nadużycia wiążąc to wszystko z twórczością austriackiego reżysera Michaela Haneke, który obsesyjnie wręcz zajmuje się ukrytymi pod powierzchnią ludzkich zachowań ciemnymi siłami zła – instynktami przemocy, perwersji, zabójstwa? A przy tym robi to w sposób niezwykle sugestywny, niekiedy wręcz wstrząsający, o czym można było się przekonać oglądając choćby takie jego filmy, jak „Funny Games”, „Pianistkę”, „Ukryte”… no a teraz „Białą wstążkę” – surowy obraz ukazujący jedną z niemieckich wiosek i jej mieszkańców, w przededniu wybuchu I wojny światowej, oraz większe lub mniejsze potworności, które wyłaniają się spoza fasady tej ich – stworzonej przez protestancką represyjność i kostyczny temperament – powszedniej szarzyzny.

Kiedy więc dowiedziałem się, że Haneke wziął się za temat, dzięki któremu można się było zająć genezą nazizmu – tej „choroby”, która opętała Niemców w XX wieku, i to z potwornym skutkiem, czyniąc z nich jednych z z największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości – spodziewałem się wiele. Lecz okazało się, że to co Hanekemu wychodziło nieźle (a niekiedy wręcz znakomicie) w sytuacjach bardziej kameralnych i hipotetycznych, nie sprawdziło się już tak dobrze, kiedy jego ambicją stało się ukazanie podobnej problematyki z szerszej, społecznej perspektywy. Tak, jakby reżyser nie był w stanie zapanować nad większą ilością postaci, a także nad wszystkimi wątkami, które zaczęły mu się trochę wymykać z rąk. Bowiem najsłabszą stroną „Białej wstążki” wydaje mi się być narracja.
A jednak jest to bez wątpienia film ponadprzeciętny i ze wszech miar godny polecenia. W oczy rzuca się jego starannie wykoncypowana i wyegzekwowana estetyka (Haneke wyrzucił z filmu kolory, zastępując je obrazami czarno-białymi), integralnie związana z treścią filmu i budująca odrealnioną nieco atmosferę świata minionego, ale przecież nadal istniejącego w historycznej świadomości wielu ludzi.
Poza tym, poszczególne sceny są wręcz przepełnione hipnotycznym spleenem, wiele z nich ma walor miniaturowych arcydzieł, które mimo ciemnego kolorytu dość ostro wcinają się w naszą świadomość i wdzierają do naszych wnętrz, wywołując tam małą emocjonalną rewolucję. A obrazów o takim uderzeniu się nie zapomina.

Dyscyplina, posłuszeństwo, porządek, czyli Niemcy w przededniu wojny. Czy za protestancką fasadą pozornego ładu czai się widmo faszyzmu? („Biała wstążka” Michaela Haneke)

 

 

„OSTATNIA STACJA” („The Last Station”, reż. Michael Hoffman)

 * * * * * *

Na „Ostatniej stacji” się nie zawiodłem, być może dlatego, że wybierając się na ten film nie spodziewałem się, iż na ekranie zobaczę ów rosyjski (czesto ciemny, niekiedy desperacki) autentyzm. Pamiętałem bowiem o innych filmach Hoffmana, zwłaszcza o „Śnie nocy letniej” – dość lekkiej, swobodnej i bardzo „amerykańskiej” adaptacji Szekspira. Zresztą, już dawno temu przestałem się łudzić, że Amerykanie (i ogólnie – większość reżyserów zachodnich) potrafią autentycznie oddać rosyjskiego ducha – ową „dostojewszczyznę” czy właśnie „tołstojowszczyznę” (z „pasternakowszczyzną” też nie było zachwycająco… trochę lepiej wychodzi im tylko „czechowszczyzna”). Niestety – a może na szczęście? – nikt nie robi tego lepiej od samych Rosjan.

Lew Tołstoj – mędrzec, szaleniec, geniusz, „mały wielki człowiek”?

Mając więc takie nastawienie, łatwiej mi było znieść pewne wtręty lekko sentymentalne i melodramatyczne, czy też inne, dość arbitralne zabiegi tworców usiłujących oddać historyczną czy też charakterologiczną prawdę o czasach i bohaterach, o jakich opowiada film.
Jednym zdaniem: nie nastawiałem się na to, że spotkam się z realistyczną interpretacją tego, co zaszło w ostatnich dniach życia wielkiego pisarza. Jeśli bowiem ktoś chce do tej „prawdy” się zbliżyć, to wg mnie powinien sięgnąć nie tylko po dzienniki samego Tołstoja oraz (oczywiście) Zofii Andrejewny, (które swego czasu wywołaŁy spore zamieszanie) ale i zajrzeć do interpretacji krytycznych tych, którzy na próbach zbadania tego jak to było w rzeczywistości, zęby swoje zjedli.

Jeśli chodzi o mnie, to – abstrahując od tego wszystkiego – dałem się ponieść swoistemu urokowi i niewąpliwej maestrii obrazu (gra aktorów, sposób prowadzenia kamery, montaż… to wszystko dostarczało mi doprawdy wielkiej przyjemności, zwłaszcza w pierwszej połowie filmu).
Być może zasadny jest zarzut, iż wątek poboczny (romansu/miłości) młodego Walentego (sekretarza Tołstoja) i Maszy (należącej do para-komunistycznej sekty „Tołstojan”) można było sobie darować, bo rozmywał nieco główny temat filmu, jakim był konflikt pisarza z jego żoną (oraz ze swoim, mitycznym już wówczas, wyobrażeniem, jaki miał o nim świat). Lecz wiem, że z kolei inni mogą go potraktować, jako przeciwwagę dla tragikomicznych perypetii małżeńskich hrabiostwa Tołstojów.

Helen Mirren i Christopher Plummer w „Ostatniej stacji”

Ja oczywiście nie za bardzo wierzę w melodramatyzm i sentymentalizm ostatnich momentów życia Tołstoja na Jasnej Polanie – i jego śmierci na stacji Astapowo… Wątpię, iż prawdziwa Zofia Tołstoj miała tak rześki temperament, seksapil, a zwłaszcza wyrafinowanie Helen Mirren… Trudno mi także uwierzyć w to, że pisarz, mając 82 lata, piał (i zachowywał się) jak kogut w swojej sypialni… Ale wszak nie dokumentu spodziewałem się idąc do kina, ani tego, że dzięki temu filmowi objawi mi się wreszcie tajemnica ostatnich dni tego małego wielkiego człowieka, jakim był Tołstoj… Poddałem się konwencji, jaką zaproponowali twórcy tego filmu, zaś jego bohaterów zacząłem traktować jak postacie… w pewnym sensie autonomiczne, żyjące tylko na filmowym ekranie – „wykrojone” na potrzeby tego konkretnego obrazu. Dzięki temu zetknięcie się z filmem sprawiło mi – tego nie kryję – wielką przyjemność. Zresztą, nie tylko mnie, więc tym bardziej – i z czystym sumieniem – mogę ten film polecić każdemu, kto lubi po prostu dobre kino.

 

„AUTOR WIDMO”  („The Ghost Writer”, reż. Roman Polański)

 * * * * * *

Co prawda sam adresat tej skargi nigdy się o niej nie dowie, to ja jednak napiszę, że mam do Romana Polańskiego pretensje, że naprawdę dobre (i. e. wybitne)  filmy przestał kręcić dobrych 30 lat temu („Tess”) i już nigdy nie wzniósł się na wyżyny choćby takiego „Chinatown” (jeden z najlepszych filmów w historii kina) czy „Dziecka Rosmemary”, o prowokacjach typu „Wstręt” czy „Lokator” nie wspominając. Nie chciałbym jednak dociekać przyczyn, bo mógłbym trafić np. na tragedię osobistą reżysera (mord Masona na jego żonie i nienarodzonym dziecku) czy niefortunny wyskok seksualny z niepełnoletnią dziewczyną, (który pociągnął za sobą oskarżenie o gwałt i długoletnią banicję).

Świat wielkiej polityki, kławstwa i zbrodni. Pierce Brosnan i Ewan McGregor w filmie Romana Polańskiego „Autor Widmo”)

Nie ulega wątpliwości, że Roman Polański jest bardzo dobrym reżyserem. Problem w tym, że przez ostatnie trzy dekady kręcił on filmy, które równie dobrze mógłby nakręcić inny… pierwszy lepszy sprawny reżyser.

O co mi chodzi?
O to, że wszystkie filmy Polańskiego z tego okresu są pozbawione czegoś, co można by nazwać osobistym „nerwem”, głębszym rysem charakteru, przejawem specyficznej, niepowtarzalnej autorskiej weny. Innymi słowy: wg mnie stał się on (nie powiem, że nie mistrzowskim ale jednak szeregowym) wyrobnikiem kina. I właściwie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie te (wygórowane?) oczekiwania – tęsknota za kinem par excellence autorskim, wyróżniającym się artystycznie, sprzężonym ściśle z demonami twórcy.
Robert Harris, (którego książka „The Ghost” posłużyła Polańskiemu za kanwę scenariusza) stwierdził po premierze filmu: „Miałem wrażenie, że Polański nigdy nie powiedziałby: ‚Robimy film artystyczny’. On nie lubi kina, które nie wciąga ludzi.”
Coś podobnego! Tak, jakby „kino artystyczne” nie mogło już „wciągać ludzi”!
Chociaż… z drugiej strony to prawda, z jednym wszak zastrzeżeniem – takie kino nie wciągnęłoby już tak wielu widzów, jak kino komercyjne (a takim jest „Autor Widmo”) , które wzbrania się przed posądzeniem o artyzm, bo to tylko może odstraszyć „masowego” widza i pociągnąć za sobą zmniejszenie zysków.

„Autor Widmo”, czyli polityczny thriller w bardzo dobrym gatunku

Jeśli jednak podejdziemy do najnowszego filmu Polańskiego od strony „konsumpcyjnej”, to musimy przyznać, że jest to produkt znakomity – świetnie zagrany i sfotografowany (zdjęcia Marka Edelmana), trzymający w napięciu polityczny thriller, nawiązujący do najlepszych wzorów gatunku (Hitchcock, Schlesinger, Friedkin…) – do sprawdzonej już wielokrotnie tradycji kina sensacyjnego.
Oczywiście w scenariuszu znalazłoby się parę dziur, w zachowaniu głównych postaci kilka absurdów, zaś nad jego wiarygodnością można by postawić spory znak zapytania… lecz wygląda na to, że wszyscy zajęli się tylko jego atrakcyjna powierzchnią, nie zawracając sobie głowy schodzeniem gdzieś głębiej. Co najwyżej robi się aluzje (albo pisze otwarcie) o pewnych analogiach między kryminalnymi nadużyciami głównego bohatera filmu Adama Langa (Pierce Brosnan) a serwilistyczną wobec USA polityką byłego brytyjskiego premiera Tony’ego Blaire’a, (który miał być ponoć pierwowzorem postaci Langa). Ale to właśnie takie analizy stanowią dowód na dziecinadę niektórych krytyków, którzy zamiast odnieść się do konkretnych poczynań żywych polityków, usiłują dociec prawdy (o politycznym świecie) zajmując się fikcją.

„ALICJA W KRAINIE CZARÓW” („Alice in Wonderland”, reż. Tim Burton)

 * * * * * *   (wizualne szaleństwo Tima Burtona)
 * * * * * *   (film – ogólnie)

Najlepsze bajki pisane są zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.
Dlaczego?
Może dlatego, że – po pierwsze: sam (dorosły) autor musi poczuć twórczą satysfakcję, bowiem, nawet jeśli tworzy bajkę z myślą o dziecku, to pisze ją także (a może i przede wszystkim) dla siebie i z sobie znanych powodów; po drugie: jeśli sam dorosły nie uzna jakiejś bajki za ciekawą, to nie będzie mu się także chciało czytać jej dziecku.
Wynika z tego, że „Alicja w Krainie Czarów”, stając się jedną z najsłynniejszych bajek świata, spotkała się wręcz z fascynacją dorosłych, (a ta – co tu kryć! – po części była odbiciem fascynacji samego autora, Lewisa Carrolla, swoją nieletnią bohaterką).
Ową fascynację tłumaczy również to, że właściwie wszyscy dorośli nie przestają być dziećmi. Cóż innego bowiem zmusiłoby takiego starego konia jak Burton do poświęcenia paru lat swojego życia dla podobnej fantazji?
Same pieniądze? Eeee… nie przesadzajmy. Gdyby rzeczywiście pieniądze były w Hollywood najważniejsze, to nie byłoby tam żadnego prawdziwego artysty (z jego zanurzeniem w nierzeczywistych światach – własnych twórczych fantazmatach), a jedynie sami handlowcy, manipulatorzy i gracze. A artyści niewątpliwie w Hollywood są. Jednym z nich jest oczywiście Tim Burton.

Alicja (Mia Wasikowska) w Krainie Czarów

Najnowszą „Alicję w Krainie Czarów” – mimo formatu 3D – oglądałem jakby w dwóch wymiarach: pierwszy to sama wizualność obrazu w oderwaniu od treści tej opowieści; drugi – jego myślowa i znaczeniowa zawartość, w tym narracja, akcja i cała ta symboliczna gęstość, zbliżająca się niekiedy do absurdu, nonsensu i halucynacji.
I muszę napisać, że pierwszy wymiar (wizja) zrobił na mnie spore wrażenie (choć przecież nie jest to „moja” estetyka, czyli taka jakiej szukam np. w malarstwie, albo z jaką chciałbym mieć do czynienia na co dzień), zaś drugi (intelektualna zawartość i treść) – już jakby zrobiła na mnie wrażenie nieco mniejsze (mimo, iż Burton dość wiernie trzymał się w swojej ekranowej wersji literackiego pierwowzoru Lewisa Carrolla – z całym tym jego fantastycznym sztafażem, słowną przewrotnością i niewydarzoną menażerią przeróżnych dziwolągów).

Tim Burton to prawdziwy wizjoner kina. W związku z czym, cokolwiek on robi, to spotyka się to z należytą uwagą tych, którym sztuka filmowa jest nieobojętna. Nawet jeśli nie podziela się jego entuzjazmu dla mrocznych, trącących horrorem fantazji o wyobcowanych z normalnego świata groteskowych nieudacznikach, to można zostać weń wciągniętym chociażby dzięki niezwykłej, zaskakująco bogatej – i bez mała szalonej – wyobraźni plastycznej artysty. I ja właśnie tak daję mu się czasem wciągać.

Ale co z tą treścią? – może ktoś zapytać.
Czy oprócz wizualnej karmy dla złaknionych estetycznym głodem zmysłów, znajdzie się tam coś dla tych miliardów neuronów w mózgu, wśród których generują się i wyładowują nasze myśli?
Jak wiadomo, ludzki mózg to taka bestia, że zawsze znajdzie dla siebie pożywkę… nawet jeśli zetknie się tylko z „Białym kwadratem na białym tle”, kropką, przecinkiem, ciszą Cage’a albo zwykłą główką od szpilki. Bo wszystko chce wypełnić znaczeniem. A co dopiero, jeśli zetknie się z takim bogactwem ludzkiej fantazji, jakie zawarł w swojej „Alicji” Carroll? Nic dziwnego, że interpretacja, objaśnianie i roztrząsanie tego pękającego od obrazów i intrygujących słów dziełka zaowocowało niezliczoną ilością analiz – począwszy od Freudyzmu, a na Marksizmie skończywszy.

Lewis Carroll i jego rzeczywista „Alicja”

Także teraz, po premierze filmu Burtona, nie cichną dyskusje na ten temat. Ale jakoś skrzętnie omija się erotykę, jaką tak naprawdę naładowana jest „Alicja” Lewisa Carrolla, który – jak wiemy – miał wszak takie, a nie inne skłonności i upodobania.
Unikom wytwórni Disney’a (tak, tak… tej od landrynkowych słoników Dumbo, sacharynowych jelonków Bambi i kretynkowatego kaczora Donalda) się nie dziwię, ale tym wszystkim krytykom, którzy twierdzą, iż chcą się dokopać do źródeł i genezy Carrollowych fantazji – to już trochę tak… Chociaż nie zachowują się oni przecież inaczej jak całe społeczeństwo, dla którego dziecięcy seksualizm stanowi temat tabu (do tego wyparcia przyczyniły się niewątpliwie liczne skandale z pedofilami).
Któż teraz głośno (w oficjalnych mediach) przyzna, że królicza dziura, w którą wpadła Alicja to nic innego jak symboliczne (i zastępcze) przedstawienie kobiecej pochwy, a wszystkie te przygody Alicji w (pełnej fallicznych grzybów) Krainie Czarów to po prostu mierzenie się dorastającej dziewczynki z własnym, rozkwitającym seksualizmem? I że właściwie nie jest to fantazja dziecka, tylko dorosłego (?) hm…  mężczyzny, który za wszelką cenę pragnął wejść w takiej dziewczynki skórę?

„Alice in Wonderland” – nieokiełznana filmowa fantazja Tima Burtona

„Białą wstążkę” – surowy

*