PRAWDA ZŁUDZEŃ, ILUZJA RZECZY, PIĘKNO I GROZA WIEKUISTEJ CISZY…

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVII)

.

zapiski notatki kajet notes.

.

To, że nasz głos w wyborach jest suwerenny, jest złudzeniem. Tak naprawdę decyduje struktura, której jesteśmy – wiednie lub bezwiednie – częścią (częściej jednak bezwiednie, ponieważ jesteśmy istotą stadną, potrzebującą wsparcia innych… często przeciw innym).

* * *

Do pewnego stopnia sami kreujemy naszą rzeczywistość – ale będąc narzędziem tego, co jawi się nam właśnie jako rzeczywistość. Chodzi o to, by zdobyć sobie w tym uwikłaniu jak najwięcej suwerenności (wolności) – o ile tylko jest to możliwe.

* * *

Molochy mają to do siebie, że same sobie szykują samozagładę – załamują się pod własnym ciężarem. Wydaje się, że istnieje jakie optimum władzy i bogactwa – punkt krytyczny, poza którym zaczyna się już jedynie „jazda w dół”.
Cywilizacja niepohamowanej konsumpcji musi się w końcu zakrztusić.

* * *

Podobno zmierzch Zachodu dokonuje się już od paru stuleci. Czy „upadek” humanistyki nie jest jednym z dowodów na to? Kim (czym) będzie człowiek w „nowym wspaniałym świecie”? Czy jeszcze kogokolwiek stać na wiarę w taki świat? Czy można wierzyć w utopię?
Wydaje się, że wygasają mity, które tę wiarę starały się podtrzymywać. Czym będzie można wypełnić pustkę, która wskutek tego powstaje? Rzeczą? Nasza myśl ucieka jednak od konkretu (może dlatego, że sama jest czymś niematerialnym?) – bo, jak ktoś kiedyś powiedział, człowiek nie może znieść zbyt dużej dawki RZECZY-WISTOŚCI.

* * *

Miłosz pisał: „Społeczeństwo i cywilizacja trwają dzięki niesłychanie drobnym cząsteczkom cnoty rezydującym w poszczególnych indywiduach”. Ale co z pokładami nikczemności, które zalegają poszczególne ludzkie indywidua? Czy aby one nie tworzą też społeczeństwa, cywilizacji? A może to nie są wcale pokłady nikczemności a głupoty, bierności, strachu, konformizmu, chciwości…? Może to wszystko wynika nie tylko z chęci „urządzenia” się w świecie, ale i ze zwykłego instynktu przetrwania?
A jednak całe życie „uczepiałem” się tych „niesłychanie drobnych cząsteczek cnoty”, (które moim zdaniem nie są wcale takie drobne, a tym bardziej „niesłychanie”) i to bardziej w innych ludziach, niż w sobie samym (może dlatego, że – o tyle, o ile znałem siebie samego – własnej „cnocie” nie dowierzałem)? Podobnie chyba uczepiałem się piękna – piękna, które istnieje w świecie, ale otoczone również brzydotą, okropnością, grozą, horrorem?

Ceną jaką płacimy za wiedzę jest zwykle rozczarowanie. Ale to, co pozostaje po rozczarowaniu jako cnota, piękno a zwłaszcza miłość – potrafi nas zbawić. Tylko do takiej cywilizacji i takiego społeczeństwa – gdzie owe „drobne cząsteczki cnoty” (wraz z dobrem piękna czy miłości) rezydują, nadając jej człowieczy sens – chcę się przyznawać. Niestety, cywilizacja i społeczeństwo w których żyjemy są inne.

* * *

Szczęście to stan ducha, a nie stan posiadania. Duch, który ulega posiadaniu, staje się niewolnikiem rzeczy, a tym samym niewolnikami rzeczy stajemy się my sami.
Satysfakcja, której mogą nam dostarczyć rzeczy jest powierzchowna. Tylko (duchowa) relacja z drugim człowiekiem może sięgnąć głębiej – nadając sens (i poczucie spełnienia) naszemu życiu.

Zresztą, tak naprawdę materia jest złudzeniem – swoistą atrapą, która (zważywszy na nasze ograniczenia percepcyjne) umożliwia nam funkcjonowanie w świecie widzialnym i dotykalnym.
Prawda – i to co najważniejsze – znajduje się poza naszą „materialną” „rzeczywistością”. Skoro więc tak naprawdę rzeczy nie istnieją, to tym bardziej ich „wistość” jest tylko złudzeniem. Dlatego żyjemy w świecie złudzeń. Lecz to materializm jest złudzeniem, a nie duchowość człowieka.

* * *

„Idę” obejrzałem jakiś czas temu – myślę, że bez uprzedzeń. Uważam, że film Pawlikowskiego jest dobry, ale jednak nie wybitny (pewnie za taki zostanie uznany przez wielu widzów po przyznaniu mu Oscara, ale to przecież nie Oscary, ani żadne inne nagrody, decydują o wybitności filmu). Moim zdaniem zbyt wiele w nim schematów i uproszczeń, zabiegi estetyczne dość pretensjonalne (np. dziwaczne kadrowanie – choć w filmie nie brakuje też obrazów pięknych), postacie to tezy, psychologia bardzo przewidywalna… etc. Ponadto, niektórym reżyserom się wydaje, że jeśli nagrają film na taśmie czarno-białej, to od razu wzrośnie jego ranga artystyczna – i tak też odbierają obraz widzowie, zwłaszcza ci snobujący się na odbiorców wyłącznie kina tzw. „artystycznego”.
Nie odniosłem absolutnie żadnego wrażenia, że jest to film anty-polski, że fałszuje historię, że jest politycznie tendencyjny w jakimkolwiek stopniu. Dlatego też nie wziąłem udziału w wypełnionych emocjami sporach – głównie światopoglądowej i politycznej natury – jakie on teraz wywołuje.
A dlaczego dostał Oscara? Sądzę, że dzięki bardzo dobrej kampanii reklamowej, dobremu PR, lansowaniu go przez niektóre kręgi i środowiska związane z kinem (producenci, krytycy, może nawet widzowie), a zwłaszcza z dystrybucją filmową. I nie ma w tym nic dziwnego, bo tak działa tutejszy mechanizm promocji kina.
Oscar nie jest – i nigdy nie był – wykładnikiem wartości artystycznej filmu (stąd, skądinąd cieszący się w Stanach Zjednoczonych wielką estymą Kieślowski nigdy nie otrzymał statuetki). Jest niczym innym jak wykładnikiem statystycznego zsumowania decyzji członków amerykańskiej Akademii Filmowej. A ta – odnoszę takie wrażenie – wiąże się z rachunkiem prawdopodobieństwa, a być może nawet z… teorią chaosu.

* * *

To prawda, że dzisiaj – zwłaszcza młodym widzom – sposób filmowania Bergmana może się wydać anachroniczny. Trzeba więc pewnego wysiłku, by zaakceptować użytą przez niego formę i pozwolić tym obrazom na siebie oddziałać. Bergman wymaga też odpowiedniego nastroju. Ja się nie dziwię, że nie zawsze ludzie chcą się pogrążać w tych jego ciężkich i mrocznych klimatach – w całej tej depresyjności i pesymizmie. Chociaż warto pamiętać, że Bergmana stać było też na ironię, żart i humor, także na liryzm, nostalgię – dotknięcie poezji.
Summa summarum nie jest to jednak kino „rozrywkowe” – wygląda bardziej na traktat filozoficzny, studium psychologiczne, moralitet… I mimo, że ma w sobie potencjał terapeutyczny (bo swoistą terapią było dla Bergmana kręcenie filmów), to jednak – uświadamiając widzowi wiele trudnych (a nawet tragicznych) aspektów ludzkiej egzystencji – konfrontowało go z jego, często zepchniętymi w podświadomość, lękami, obawami i strachem. Filmy Bergmana bardziej niepokoiły, niż uspokajały – ale zmuszały jednak przy tym do myślenia. Nie wszyscy widzowie to lubią – i ja się właściwie, w dobie opanowania popkultury przez bezmyślną rozrywkę, temu nie dziwię.

Bardzo ciekawe jest to, co Woody Allen mówi w swoich wywiadach o Bergmanie. Rzadko się jednak zdarza, by jeden genialny reżyser opowiadał z taką swobodą i bezinteresownością o drugim genialnym reżyserze, nawet jeśli wydaje się on być jego mentorem. Tutaj robi się jeszcze ciekawiej: reżyser do szpiku kości amerykański (nie mam tu bynajmniej na myśli filmów Allena, które jednak w Ameryce się wyróżniają i raczej kina amerykańskiego nie definiują – tylko jego środowiskowy background) wypowiada się o reżyserze do szpiku kości europejskim. Tak sobie myślę, że oprócz wielkiej inteligencji i zainteresowania podobną problematyką, łączyła ich pewna… neurotyczność, (którą być może lepiej byłoby nazwać wrażliwością, a może jeszcze lepiej: uwrażliwieniem na podobne problemy filozoficzne i egzystencjalne?)

* * *

Biblioteka jest martwa, jeśli nikt jej nie używa – jeśli nikt nie czyta książek w niej zgromadzonych. Wtedy jest zaledwie meblem, dekoracją… zaspokajającą jakąś snobistyczną potrzebę lub zdradzającą pretensję właścicieli, by zaliczano ich do grupy ludzi tzw. „kulturalnych”. Od posiadania wielkiej ilości książek ważniejsza jest relacja człowieka z książką, (która przecież może być pożyczona, lub znajdować się do jego dyspozycji chwilowo.) Podobnie jest z czytaniem: nie tyle ważne jest to, jak wiele książek się czyta (i w jakim tempie), ale to, jak głęboka i intensywna jest nasza relacja z tym, co czytamy, czyli z treścią. Według mnie większą wartość ma uważne przeczytanie jednej książki – przeżycie jej, doświadczenie, zrozumienie, wejście w bliski kontakt z jej autorem i autentyczne przejęcie się tym, co chciał on poprzez swoją książkę nam przekazać – niż pobieżne „przelecenie” iluś tam dziesiątków książek, „zaliczenie” ich, konsumpcja „stosika”, „odfajkowanie” jakiejś tam pozycji… bo to wszystko jednak spływa po czytelniku jak woda po kaczce.
(Tutaj właśnie objawia się idiotyzm czytania tzw. „szybkiego”, albo jeszcze gorzej: „fotograficznego”.)

Wszystkiego nie przeczytamy. Dlatego moim zdaniem warto czytać uważniej, bardziej selektywnie… I czasem robić sobie okres czytelniczej abstynencji – udając się choćby w podróż, uciekając od cywilizacji, kręcąc się bliżej natury.
Myślę, że udało mi się wyrobić tę umiejętność wchodzenia w zupełnie inną skórę, w zależności od zmian otaczających mnie dekoracji, np. na górskim szlaku, albo nad brzegiem Oceanu czy w lesie – staję się tam jakby zupełnie innym człowiekiem. I choć zazwyczaj zabieram ze sobą w podróż jakąś książkę (oprócz przewodników, oczywiście), to jednak zwykle naoczne i namacalne poznawanie miejsca, albo zwykłe nic-nierobienie (siedzenie nad przepaścią, gapienie się w morze, słuchanie odgłosów przyrody…) przedkładam nad ślęczenie nad książką.

Czytanie może stać się nałogiem. Najgorzej jest wtedy, kiedy staje się czymś w rodzaju przymusu – bo wtedy przestaje nam przynosić przyjemność (choć wielu się łudzi, że nadal przyjemność z takiego czytania mają). To tak jak z winem: kiedy pijemy go za dużo, to już po kilku lampkach przestajemy czuć jego smak. Kiedy natomiast dłuższy czas nie mamy wina w ustach, to jedna lampka może nam sprawić bardzo intensywną przyjemność.
Umiar – często jednak trudny do osiągnięcia.

* * *

Fotografując, zależy mi na uchwyceniu piękna, które trzeba jednak czasami wysupływać z rzeczywistości. Często narzuca się ono samo – wtedy tylko brać, nie przebierać; czasem jest ono bardziej dyskretne – wtedy trzeba go ośmielić, by się objawiło, nie tylko mnie, ale i innym.

Staram się, by moje zdjęcia oddawały moje przeżycie, jednak, jeśli wywołują one przeżycie u kogoś innego, to jest to już zasługą oglądającego.

Nie boję się tego piękna, które samo się narzuca. Jest ono wtedy może oczywiste, ale mimo wszystko nie przestaje być pięknem. Piękno dostrzeżone i odczute, nawet to, które – przez swoją oczywistość – nie wymagało od nas żadnego percepcyjnego wysiłku, nigdy nie jest banalne i nudne. Piękno zabija nudę i vice versa: na kimś kto jest znudzony, piękno nie robi większego wrażenia.

* * *

To, co postrzegamy u innych ludzi jako „inność”, jest zaledwie tych ludzi powierzchownością. Niestety, bardzo często na owej powierzchni zatrzymuje się nasze poznanie drugiego człowieka. A zaczynają uprzedzenia.

* * *

Jeśli buddyzm uznamy za religię (niektórzy zwracają uwagę, że buddyzm jest bardziej systemem filozoficznym czy światopoglądowym, niż religią) to należy podkreślić, że jest on religią wyjątkowo tolerancyjną i otwartą na inne poglądy. Odróżnia go to (patrząc na tę kwestię z perspektywy historycznej) od wszystkich innych światowych religii (takich jak islam czy chrześcijaństwo). Nie ma w nim – tak częstej np. w islamie, ale i w judeo-chrześcijaństwie też – pogardy dla „innowierców”, „giaurów”, „niewiernych”, „gojów”… Buddyści nigdy i nigdzie nie „nawracają” nikogo na siłę, nie krytykują innych religii, wręcz przeciwnie: szanują je. Sam Dalaj Lama odradza buddystom aktywną „rekrutację” nowych wyznawców Buddy i przestrzega przed zbyt łatwym i powierzchownym „przechodzeniem” na buddyzm – sugerując nawet to, że lepiej jest jednak pozostać przy swojej dotychczasowej wierze, a z buddyzmu zaczerpnąć tylko pewne uniwersalne wartości, które są dobre dla wszystkich ludzi, bez względu na wyznawaną religię czy światopogląd.

* * *

Po podróży do Tybetu napisałem: „Złoto Potali! W stolicy jednego z najbardziej ubogich krajów świata, znajdują się równocześnie największe na świecie grobowce ze złota. Najcięższy z nich jest grobem największego dalajlamy, którym uznaje się Dalajlamę Piątego (ale pierwszego, nazwanego przez wnuków Dżingis Khana Dalai Lamą, czyli Oceanem Mądrości). Złoto, które użyto do jego budowy dekoracji, waży prawie cztery tony. Myślę, że podobnie jak ubogi Jezus nie mógłby sobie znaleźć miejsca w kapiącym od złota Watykanie, tak i sam Budda Siakjamuni, czyli książę Siddhartha, który odrzucił swoje materialne bogactwo stając się ascetą, czułby się na tych wszystkich złotych tronach i obłożonych setkami tysięcy drogocennych klejnotów stupach, jak na jakiejś obcej planecie.”

A jednak z tym złotem to nie jest taka prosta (i jednoznaczna) sprawa. Podobnie jak z ozdobami w tybetańskich klasztorach, czy – przenosząc się na bliższe nam podwórko – z dekoracyjnym przepychem katolickich świątyń. Wydaje się bowiem, że nie jest to tylko przejaw ludzkiej próżności i zamiłowania do bogactwa. Ma to głębszy cel: chodzi o… dowartościowanie samego obiektu kultu.
Wprawdzie odbywa się ono w sferze materialnej, to jednak ma to niewątpliwie znaczenie socjo-techniczne, bo na większość ludzi materialne bogactwo robi jednak wielkie wrażenie i wzbudza, jeśli nie szacunek, to respekt (chodzi tu także o wzmocnienie autorytetu i demonstrację władzy). Tym sposobem obdarza się respektem i podziwem same obiekty kultu (świątynie, relikwie, posągi świętych, a nawet kapłanów…), ustala pewną hierarchiczną zależność. Jednym słowem: wzmacnia kult i samą religię. Oczywiście, chodzi tu także o estetyczne wzmocnienie wrażeń… nie tylko duchowych, ale i zmysłowych.

* * *

Dużo myślę ostatnio o Tybecie i ludziach, którzy ten kraj zamieszkują. Wgłębiam się w historię Tybetu, a im bardziej się wgłębiam, to jednak coraz bardziej smutno mi się robi, bo nie dostrzegam tam żadnej krainy szczęśliwości, która byłaby choć trochę podobna do (mitycznej, legendarnej i wyidealizowanej) Shangri-La, a wprost przeciwnie – widzę ludzi utrudzonych, dla których życie jest nieustannym, wielkim wysiłkiem i znojem, nie szczędząc im przy tym bólu i cierpienia.

Czy oni się niczego nie lękają? Gdyby się nie lękali, to nie byliby ludźmi. Każdy, zwykły człowiek, się lęka. Tylko nieliczni zdołali się uwolnić – tak naprawdę, zupełnie i do końca – od jakiegokolwiek lęku (co w pewnym sensie jest…hm… nieludzkie, bo święte?)

Tym co mnie w mentalności ludzi wyznających buddyzm mocno uderza (dotyczy to więc głównie umysłowości człowieka Wschodu) to ich diametralnie odmienne od naszego (nazwijmy to ogólnie – europejskiego) podejście do śmierci, a tym samym i do pustki, którą my kojarzymy z mającym zdecydowanie negatywną konotację nihilizmem – bo przecież nicość to już NIC, zatracenie i zagłada wszystkiego, co ludzkie – a to często prowadzi uświadamiającego sobie to człowieka do egzystencjalnej rozpaczy. Tutaj przychodzi mi na myśl Pascal, który w swoich „Myślach” napisał niezwykle przejmująco: „Wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni przeraża mnie”.
Nic dziwnego, że prawie wszyscy ludzie od tych wyobrażeń i podobnych refleksji uciekają, wypierając to ze swojej świadomości.

W wielkim uproszczeniu pisząc: przez nas, ludzi Zachodu, śmierć jest postrzegana jako wielka tragedia (i nawet chrześcijańska obietnica zmartwychwstania nie jest w stanie tego poczucia tragizmu i związanego z tym cierpienia załagodzić – co widać w naszym bezbrzeżnym bólu, jaki przeżywamy, kiedy żegnamy się na cmentarzu z kochaną przez nas osobą). Zaś tam, na Wschodzie, śmierć jest przyjmowana jako naturalna kolej rzeczy – umiera właściwie ciało, a życie, a raczej świadomość, która w nim była, trwa – toczy się dalej. I co przy tym ciekawe i intrygujące (przynajmniej dla mnie), to przeświadczenie, iż odrodzić się można w innej formie, nie jest bynajmniej dla buddysty żadną pociechą (może tylko wtedy, kiedy odrodzi się w ciele człowieka „wyższej rangi”), a wręcz przeciwnie – rodzajem przekleństwa i kary, uwięzieniem w kole życia i powtórnych narodzin (Samsary), z którego chce się on uwolnić, osiągając nirwanę (czyli wracając do „pustki”, tutaj utożsamianej z wyzwoleniem się, ze spełnieniem – stopieniem się z Absolutem). Ale to są już filozoficzne rozważania, w których na razie nie czuję się zbyt pewnie, bo są związane z buddyzmem, którego przecież dogłębnie nie znam.

Buddyzm tybetański jest o tyle specyficzny, że przetrwały w nim elementy pierwotnej, animistycznej religii Bon. A tam roiło się od różnych bóstw, w tym i od takich, które wzbudzały lęk i trwogę – o złych duchach nie wspominając. Do dzisiaj więc są we wioskach szamani, które te duchy przepędzają, przekupują, wkupują się w ich łaski, próbują przebłagać…

I jeszcze jedno: będąc w Tybecie bardziej utożsamiałem się, czy też raczej solidaryzowałem z tymi prostymi, „wiernymi”, znajdującymi się najniżej w drabinie społecznej ludźmi („solą”, „rolą” i „błotem” tej ziemi), niż np. z lamami, mnichami, czy – wracając do Tybetu historycznego – feudalnymi panami. Muszę kiedyś napisać więcej o Tybetańczykach. Na pewno wspomnę wtedy o osobistym kontakcie z tymi biedakami, którzy pozostawili we mnie niezatarte – nie pozbawione nawet pewnej tkliwości – wrażenie.

Enigma Nepalu? Twarze Tybetańczyków przestają być „nieprzeniknione” kiedy gości na nich uśmiech. A śmiech, zwłaszcza tybetańskich kobiet, jest niezwykle przyjemny, ujmujący, a niekiedy wręcz rozbrajający – ma w sobie taką dziecięcą wprost naturalność, otwartość i prostotę.
Podobnie przyjemnie dla ucha brzmi tybetański język.

* * *

Jeden z moich blogowych znajomych pisze: „Właściwie celem wszelkich poszukiwań religijnych jest uwolnienie się od lęku przed śmiercią – tym cesarzem wszystkich trapiących nas lęków. Dla mnie religie mają przede wszystkim znaczenie terapeutyczne, czyli antylękowe. To mnie właśnie frapuje w buddyzmie, bo czuję, że oni potrafią się wyzwolić spod tego dyscyplinującego społecznie jednostkę neurotycznego ciężaru.”

Tak, lęk prze śmiercią powoduje, iż wielu ludzi skłania się ku religii, znajdując w niej pociechę, otuchę, sens cierpienia i samej śmierci. Chrześcijaństwo jest tego dobrym przykładem. Ale to nie tylko to. Religia odpowiada, czy też próbuje zaspokoić także wiele innych potrzeb egzystencjalnych człowieka. Wprawdzie można się spierać czy człowiek ze swojej natury jest istotą Homo religiosus, to jednak nie ulega wątpliwości, że każdy człowiek potrzebuje poczucia sensu swojej egzystencji. Wielu ludzi szuka jednak nie tylko sensu życia, ale i kieruje się ku transcendencji – chce znaleźć także sens i spełnienie (czy też pewien rodzaj wyzwolenia) poza własnym, doczesnym życiem.
Religia to także próba określenia przez człowieka swoich relacji z Istotą Najwyższą, czyli Bogiem. Poza tym, w wielu kulturach związana była (i nadal jest) z porządkowaniem i ustalaniem życia społecznego, mając tym samym wielką wartość socjologiczną (moim zdaniem nie tylko „dyscyplinujacą” ludzi, ale i dostarczającą poczucia solidarności we wspólnocie i doli). Odnosiła się nie tylko do jednostki, ale i do zbiorowości (stąd np. wynikał problem rozdziału kościoła od państwa).

Buddyzm jest też o tyle ciekawy, że nie jest religią w ścisłym znaczeniu tego słowa, co często się podkreśla. Rzeczywiście nie odnosi się (bezpośrednio przynajmniej) do Boga, nie jest dogmatyczny jak niemal wszystkie religie, ma w sobie zakodowaną pewną tolerancję i otwartość wobec różnych aspektów rzeczywistości…

Buddyzm mnie intryguje, pewne jego elementy mnie pociągają, lecz mimo to nie mogę się także przy tym pozbyć spojrzenia krytycznego. Ale to pewnie leży w mojej naturze: nie mógłbym bezkrytycznie przyjąć, a tym samym podporządkować się jakiejś jednej opcji widzenia świata – uznać ją za jedynie słuszną, bezdyskusyjną. Wydaje mi się, że właśnie dzięki temu mogę pozostać człowiekiem otwartym. Wolę się przyznawać do swojej niewiedzy – bo to powoduje, że ciągle chcę coś poznawać.

* * *

Choć sam nie mogę się uważać za pacyfistę, to muszę perzyznać, że pacyfizm nie jest tylko przejawem naiwności, czy – tym bardziej – głupoty. Pacyfistami byli bowiem ludzie wybitni, także pod względem intelektu, jak np. Bertrand Russell czy Albert Einstein (a to jest przecież intelektualna awangarda czasów nam współczesnych – umysły nie tylko najwybitniejsze z wybitnych, ale wręcz genialne).
Trzeba przyznać, że postawa pacyfistyczna opiera się na mocnych przesłankach filozoficznych, a zwłaszcza moralnych. Einstein pisał np.: „Mój pacyfizm jest uczuciem czysto instynktownym; jestem pacyfistą, ponieważ mordowanie ludzi jest dla mnie czymś odrażającym. Moja postawa nie wynika z żadnej teorii intelektualnej, lecz oparta jest na najgłębszej antypatii, jaką żywię dla wszystkich przejawów okrucieństwa i nienawiści.”
Takim argumentom należy się uwaga.

* * *

Mit pojawił się również dlatego, że człowiek jest „zwierzęciem” stadnym, a wyrażając się bardziej elegancko – jest istotą społeczną i potrzebował czegoś, co umożliwiłoby mu i ułatwiło mentalne, duchowe zadomowienie się w świecie dzielonym wraz z innymi członkami grupy – objaśnienie tego świata, poczucie bezpieczeństwa w solidarności, „obłaskawienie” sił, które go przerastały… etc. W społeczeństwach pierwotnych najczęściej wiązało się to to z magią – i w ten sposób rodziły się religie, i wreszcie – w szerszym ujęciu – kultura. To dlatego po dziś dzień mit jest tym, co pomaga scalić ludzką zbiorowość, grupę, naród, społeczeństwo… Na dobre i na złe (wszak mówi się o mitach „pozytywnych” i „negatywnych”). Ale w międzyczasie – tak jak kultura ludzka komplikowała się stając się coraz bardziej kompleksową – również same mity stawały się bardziej skomplikowane i kompleksowe. Zmieniały się też role i znaczenia mitów. Dlatego obecnie, zajmując się mitem, zmuszeni jesteśmy do rozpatrywania go w tak szerokim ujęciu, co jednak nam wcale, zarówno zrozumienia tego, czym jest mit, jak i samej rozmowy o nim – nie ułatwia.

* * *

Ktoś zadał mi niedawno pytanie: „Czy nie jest tak, że zamiast mitu ludzie znajdą sobie nowy budulec, którym będą lepić nierzeczywisty porządek? Tylko co nim miałoby być? Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Ja tylko obserwuję i staram się znaleźć coś, co nada sens obserwacji.”

Ja też nie znam odpowiedzi na te pytania. Nikt nie zna. Od kilkuset lat człowiek używa nauki jako tego „budulca”, na którym stara się oprzeć własną wiedzę i i konstruować świat, w którym żyje – mając przy tym ambicję, żeby to był świat oparty na porządku „rzeczywistym” (a nie „nierzeczywistym”). A to jest cały czas pozytywizm i racjonalizm. Jednakże to również się zużywa i nie za bardzo zdaje egzamin. Bo człowiek, mimo wszystko, to jest zwierzę z apetytem metafizycznym – otóż dorobił się takiej (samo)świadomości, która już nie da mu najprawdopodobniej spokoju do końca istnienia gatunku Homo sapiens: zawsze go będzie „gnębiła” potrzeba poznania celu i sensu tego Wszystkiego (co go otacza i co się z nim dzieje) – a to wydaje się leżeć poza ratio i gnosis (poza rozumem i wiedzą) opartych tylko na materializmie i „twardej” naoczności.
Bez poczucia sensu i celu, umysł człowieka zawsze dociera do nihilo – w tym sensie cała kultura współczesna, która jest pozbawiona metafizyki, jest nihilistyczna.

* * *

Jak to jest z tym przepowiadaniem przyszłości? Kiedyś zabawa w futurystykę była bardzo modna i wielu „myślicieli” brało w niej udział. Tylko ci bardziej uczciwi (ot, choćby Stanisław Lem) mówili o totalnej niemożliwości przepowiedzenia przyszłości.
Przypomina mi się tutaj to, co na ten temat powiedział kiedyś Claude Levi-Strauss: „Taka jest liczba zmiennych, tyle jest parametrów, że być może jedynie boska inteligencja mogłaby stwierdzić, co się dzieje i co się będzie działo. Istoty ludzkie mylą się za każdym razem; pokazuje to historia. Mówi się ‚z dwóch rzeczy jedna’, a to zawsze jest ta trzecia.”
W tej wypowiedzi uderza również to, że Lévi-Strauss mówi nie tylko o niemożności przewidzenia tego, co będzie się działo, ale i niemożności zrozumienia tego, co się dzieje – czyli nawet wobec ewidencji faktów, które mamy do dyspozycji, ogarnięcie tego ludzkim umysłem jest niemożliwe, nie wspominając już o poznaniu sensu tego wszystkiego. Niestety, łatwo mi jest zrozumieć ten pesymizm poznawczy Lévi-Straussa, bo i ja się skłaniam do sceptycyzmu (i to chyba wbrew własnej woli). A to jest dość wstydliwe wyznanie.

* * *

Mit w pewnym sensie „upraszcza” rzeczywistość, ale nie wydaje mi się, żeby pozbawiał ją niuansów.
Mit jest paradoksem, który z jednej strony ułatwia nam zrozumienie rzeczywistości, ale z drugiej często ją zawoalowuje.

Roland Barthes spostrzegł, że mity są nieusuwalnym elementem życia politycznego – że nie ma polityki bez mitów. To się zresztą pokrywa z tezą, którą podzielałem w moich wypowiedziach o micie, że kultura stanowi przestrzeń mityczną (jest ona niejako „przesiąknięta” mitami), a przecież polityka jest – bądź co bądź – częścią kultury (mimo tego, że politycy zbyt często wydają się być pozbawieni jakiejkolwiek kultury). Zgadzam się więc z tą wypowiedzią Barthesa: „[Mity] są koniecznym skrótem, zagęszczają historię. Służą legitymizacji władzy, definiują zobowiązania, wyrażają wartości, nadzieje, nadają sens zbiorowym wysiłkom. Dzięki swej naturze mogą mobilizować do działań zbiorowych, stabilizują wspólnoty polityczne, strukturyzują historię.”

* * *

Mit to jest takie zmyślne bydlę, że – mimo iż jest „nieprawdą” i „zmyśleniem” – pozwala nam czasami na dotknięcie tego, co prawdziwe, mimo, że sam zawsze jest swego rodzaju pozą, „zmyśleniem”, występuje w przebraniu. (To coś podobnego jak z tą sztuką, która kłamie, by wyrazić prawdę ;)
Słyszałem kiedyś stwierdzenie, że dekonstrukcja mitu nie jest jego niszczeniem. Moim zdaniem to nie tak. Mit zdekonstruowany już nie działa – podobnie jak nie działa już maszyna, którą się rozebrało na części. Można udawać wiarę w Św. Mikołaja, ale już nigdy się w niego nie uwierzy po tym, jak się zobaczyło, że nosi on buty naszego sąsiada.

* * *

UPADEK – rozmowa z Kartką

Lubię takie rozmowy – długie rozmowy o czymś ważnym i istotnym prowadzone z czującym, wrażliwym i myślącym człowiekiem. Takie rozmowy zdarzały mi się z Kartką z podróży – z jednym z moich blogowych znajomych. Ot, choćby konwersacja, która wywiązała się pod moim wpisem o „Hańbie” (chodzi zarówno o książkę J. J. Coetzeego, jak i film na niej oparty). Przywołuję ją tutaj, bo jednak szkoda byłoby, aby przepadła gdzieś w wirtualnych czeluściach. Bowiem to co pisze Wojtek jest według mnie nie tylko ciekawe, ale i cenne – a przy tym mające znamiona naprawdę dobrej literatury. I na dodatek godzące chyba w sedno naszej La Condition humaine. W dobie jakże powierzchownych i dorywczych kontaktów fejsbukowo-twitterowych – w powodzi pozerstwa i paplania o wszystkim i o niczym, tudzież skakania sobie z bzdetka na bzdetek – dobrze jest posłuchać kogoś, kto o prawdzie i głębi wypowiadanych słów zaświadcza własnym potem i krwią…

*

KARTKA Z PODRÓŻY: Coetzee – dawno temu go czytałem. Ale z pasją, bo opisuje ludzki upadek – to jest najbardziej frapujące w jego książkach. Ich bohaterowie upadają zżerani chorobami, grzechami, słabościami w obcym, wrogim środowisku. Ta obcość rasowa, obyczajowa, polityczna, środowiska przyrodniczego to tylko scenografia wzmacniająca doznanie upadku. I chcą doznać tego upadku, rozsypania się ich życia jak domku z kart. Chcą stracić resztki złudzeń – chcą dotknąć prawdy. Lurie przecież jest świadomy konsekwencji przespania się z tą studentką. On prowokuje swój upadek. Chce dowieść, że to poczucie “obcości”, które nosi w sobie, ma realne uzasadnienie. Chce dowieść samemu sobie, chce doznać, że ten świat, niby oswojony świat wokół niego, tak naprawdę jest obcy, wrogi, bezduszny, okrutny. I doznaje. To egzystencjalizm czystej próby.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Trafne! Rzeczywiście, tam gdzie znajdują upadek, natrafiają też i na prawdę. Ale czy prawda znajduje się tylko tam?

KARTKA: Ale u Coetzee czy pytasz bardziej ogólnie?

StB: Ogólnie. Bo u Coetzeego jest dokładnie tak, jak piszesz.

KARTKA: Jasne, że nie. Są inne drogi prowadzące do prawdy. Ale upadek czy na przykład pokuta – bo też tak można interpretować los Luriego – są najbardziej nośnym motywem ukazującym prawdę o życiu. Dlatego Coetzee zajmuje się głównie upadkiem i prowadzi ten motyw w sposób wręcz bolesny dla czytelnika. Coetzee właściwie nie daje nadziei – jeśli już jest, to bardzo wątłą. Sędzia z “Czekając na barbarzyńców” podobnie jak Lurie rzuca wezwanie systemowi – z innych pobudek – i też doznaje upadku. Zostaje potraktowany z podobnym okrucieństwem. To również upadek ciała, skazanie na mękę. Jego życie się rozpada, zostaje z samotnością i bólem w obcym, wrogim świecie.
Znowu w “Wieku żelaza” profesorka uczelni dogorywająca na raka na sam koniec życia wiąże się z włóczęgą, który zamieszkał w jej ogrodzie. I znów świat wokół się rozpada, rakowacieje tak jak ona, bo trwają zamieszki murzyńskie i ludzie giną na sąsiednich ulicach. Ona umierając obserwuje umieranie. Bohaterowie Coetzeego przez doświadczanie upadku czyli bólu, męki fizycznej i poniżenia dochodzą do prawdy o sobie i świecie. Przez doświadczenie upadku zaczynają w końcu widzieć.
Czytałem kilka książek Coetzeego, przez naszą dyskusje je sobie przypomniałem. To znaczy nie musiałem sobie przypominać przesłania ich upadku, bo to mi po nich zostało tylko szczegóły narracji.
Wiesz, jak napisałem, różne drogi prowadzą do prawdy. Ale zastanawiam się czy droga Coetzeego nie jest tą najdobitniejszą, najprostszą. Obserwowanie, przeżywanie upadku jego bohaterów ma w sobie coś uniwersalnego, przejmującego, prawdziwego. Dla mnie nawet biblijnego.
Dlatego gdy czytałem Twój esej zwróciłem uwagę, że napisałeś o zmianie zakończenia filmu w odniesieniu do powieści. Nie wiem czy reżyser przez ten zabieg nie chciał złagodzić tej lodowatej prawdy, którą Coetzee przekazuje w książce.

StB: Myślę, że chciał. Ale czy to “złagodzenie” nie jest czymś pozornym? Czy jednak to, co nazywamy “prawdą” (docierając do niej na różne sposoby), nie jest tylko naszą “prawdą”? Czy aby ta “prawda” nie istnieje tylko dlatego, że my istniejemy (czyli: może ona istnieje jedynie w relacji z nami? – my niejako ją “generujemy”?) a poza nami nie ma ta “prawda” żadnego sensu?
Skłaniam się do przekonania, że istnieje coś takiego jak prawda absolutna, tylko bardzo wątpię, czy mamy do niej dostęp. Moim zdaniem leży ona jednak poza zasięgiem naszego poznania, tak samo zresztą, jak wszystko co jest absolutne, łącznie z tym Co (Kogo?) ludzie nazywają Bogiem.
PS. Każda, prawdziwie wielka literatura (czyli taka, która sięga rdzenia naszej egzystencji) ma wymiar “biblijny”. I większość książek Coetzeego jest właśnie taka.

KARTKA: Jasne Logosie, że ta nasza prawda jest zawsze w mniejszym lub większym stopniu “nasza” czyli subiektywna. Ale czasem motając się w tych naszych prawdach doświadczamy takiego momentu jasności, błysku myśli prawdziwej, przeczucia, że tak jest czy będzie na pewno. Ten błysk nas odziera ze złudzeń. Patrzysz w załzawione oczy starego, sparszywiałego psa i nagle wiesz już na pewno, że on umrze. I nie ważne, że tego nie chcesz. Wiesz, że tak będzie.
Coetzee rujnując życie swych bohaterów, dręcząc, doprowadza ich do takiego błysku prawdy – zgody i zrozumienia dla tego co nastąpi. I wtedy oni doznają spokoju, pogodzenia się ze światem. To jest trudne do wyrażenia ale bardzo prawdziwe. On potrafi, prowadząc narrację, tak skupić nas na tych upadających ludziach jakbyśmy się skupiali na swoim życiu.
Dzięki, że go przypomniałeś
Pozdrawiam

StB: “Ten błysk (myśli prawdziwej, moment jasności) odziera nas ze złudzeń.”
Czyli coś w rodzaju iluminacji?
Tak, taki “błysk” może nas odzierać ze złudzeń, ale i może nas utwierdzić w jeszcze większym złudzeniu – tym niebezpieczniejszym, że wykluczającym wszelką wątpliwość. Nie uważasz? I to także będziemy nazywać “prawdą” – to będzie ta “nasza” prawda, tym prawdziwsza, bo przecież już niewątpliwa.
Czy nie jest to wszystko dowodem na to, jak bardzo jesteśmy zdesperowani aby poznać Prawdę? A że jest ona (ta absolutna) nam niedostępna, to czepiamy się tego, co nam zostaje – czyli prawdy “naszej”. I zaklinamy rzeczywistość, że żyjemy w prawdzie i tylko prawdzie. Ech…

A żyjemy w niewiedzy, (którą chcemy wyprzeć wiarą), złudzeniach (to dlatego mamy często wrażenie iż życie jest snem, a to, w czym jesteśmy zanurzeni, jest nierealne) i niepewności (stąd ten nasz permanentny podskórny lęk).

KARTKA: No właśnie Logosie – idzie o ten podskórny lęk. Upadek, o którym piszemy jest metodą sprawdzenia czy jest się czego bać, czy ten świat jest naprawdę taki obcy i wrogi. Bohaterowie Coetzeego przekonują się, że jest i przestają się bać. Chyba przestaje im na czymkolwiek zależeć. I to jest ta prawda, która im się jak “błysk” objawia. Oczywiście ich prawda.

StB: Bohaterowie Coetzeego są w nas. Tak więc ich prawdy są także naszymi prawdami, ale (dzięki Bogu?) istnieją także inne prawdy, które jesteśmy w stanie poznać – także w momencie błysku “objawienia”, dzięki czemu zniknąć może ten nasz podskórny lęk.
Czasem to się udaje.
Osiągnąć spokój kosztem utraty zainteresowania światem? Ja bym sobie tego nie życzył. Wolałbym jednak niepokój, niż to zobojętnienie, kiedy człowiekowi “przestaje na czymkolwiek zależeć”. Bo czym to się różni od śmierci?

KARTKA: Ale Logosie przecież poprzez upadek Lurie z “Hańby”, sędzia z “Czekając na barbarzyńców” czy profesorka z “Wieku żelaza” poznają istotę świata. Doznają bolesnego poznania. Ten upadek jest ich podróżą. Doznają deklasacji, hańby, bólu, odrzucenia … Wchodzą w światy, których dotychczas unikali, nie zauważali. Trudno powiedzieć, że świat ich przestaje interesować. Przecież w czasie swego upadku przekraczają rozmaite granice. Dlatego objawia im się prawda i niknie gdzieś lęk. Nie ma nic lepszego na lęk niż się z nim zmierzyć. Można się bać hańby ale gdy już człowiek jest zhańbiony to się jej nie boi.

StB: Jednak czy – tylko po to, by przestać się lękać – warto się „zhańbić”? Tym bardziej, że poprzez „zhańbienie” poznają tylko jedną z możliwych „prawd” i pokonują tylko jedną z możliwych dróg.
Masz rację, lęku można pozbyć się tylko wtedy, kiedy potrafimy się z nim otwarcie zmierzyć, stawić mu czoła. Jeśli od niego uciekamy – to zwykle wraca on do nas ze zdwojoną siłą. Ale czy jednak (powtórzę) – musi się tu wybierać drogę, która „hańbi”? Może wprost przeciwnie: większej odwagi wymagałoby odrzucenie „hańby” i walka o to, co stanowi tej „hańby” przeciwieństwo? Czy można bowiem wykluczyć, że i wtedy może spotkać nas moment „olśnienia” – poznanie prawdy, która nie spowoduje, że przestanie nam “na czymkolwiek zależeć” a wręcz przeciwnie: zbliży to nas do świata i innych ludzi. I to także – już bez lęku?
Przecież coś takiego też się zdarza. Ale to wymaga chyba większej siły niż podążenie drogą “zhańbienia”.

KARTKA: Ale zauważ, że Lurie tak naprawdę nie chciał walczyć. Nie bronił się. Jemu na tym światku uniwersyteckim, na swej pozycji, bezpieczeństwie nie zależało – nie szukał sojuszników. Bohaterowie Coetzeego są samotni, w gruncie rzeczy aspołeczni. To ludzie wyalienowani. Oni w głębsze relacje ze światem wchodzą dopiero upadając – dopiero wtedy zaczynają odczuwać.
Coetzee nie opisuje ludzi dumnych ze swego życia, z pozycji społecznej, których chcą zniszczyć jacyś wrogowie, więc oni walczą wspierając się na przyjaciołach i pokonując kłopoty zyskują wiarę w siebie i w innych ludzi.
Ty bronisz zakończenia filmowego a ja uważam za prawdziwsze zakończenie powieści. Choć podobnie jak Ty uważam, że ono nie jest pesymistyczne. Po prostu jest prawdziwe.

StB: “Bohaterowie Coetzeego są samotni, w gruncie rzeczy aspołeczni. To ludzie wyalienowani. Oni w głębsze relacje ze światem wchodzą dopiero upadając – dopiero wtedy zaczynają odczuwać.”
Mają więc jakąś skazę. Jest w tym jakiś rys masochizmu. Lurie nie chciał walczyć, ale ja nie taką walkę (ze środowiskiem, które się mu przejadło i którego nie cenił) miałem na myśli. Miałem na myśli walkę o siebie “lepszego” – walkę z tym, co go pchało ku “hańbie”; z własną słabością, z na wskroś pesymistycznym oglądem świata… etc.
PS. Ja nie bronię zakończenia filmowego (skąd to przypuszczenie?) Bowiem oba zakończenia wydają mi się tu niejako “pełnoprawne”, i tak naprawdę niczego one w wizji Coetzeego nie zmieniają: gdyż, tak jak “pesymistyczne” zakończenie powieści nie musi być definitywnie czymś pesymistycznym, tak i filmowy “happy-end” nie musi przypieczętowywać w rzeczywistości optymizmu.

KARTKA: Masz rację, oni mają skazę. Coetzeego właśnie tacy bohaterowie interesują, czy może raczej takie koleje losu człowieka. Jest w nich pewne wypalenie, zmęczenie. Jak pisałem, często meczą się z lękami, traumami, obciążeniem z przeszłości. U niego wraca motyw opresyjnego systemu, rodziny, jakiś lęków, upokorzeń z dzieciństwa. Relacje rodzinne czy inne uczuciowe są zawsze jakoś zaburzone. To co nazywasz masochizmem, czyli nieomal bezwolne poddanie się wykluczeniu czy cierpieniu, mnie też interesuje. Nie do końca rozumiem ten mechanizm psychiczny. Nie wiem czemu się nie bronią. Chyba uważają, że nie warto. Jak pisałem, wydaje mi się, że to może być stanięcie twarzą w twarz z lękiem. Jeśli czegoś się boisz to gdy już się to zdarzy przestajesz się bać. Ludzie zwykle boją się nieznanego.
Piszesz – “Miałem na myśli walkę o siebie „lepszego” – walkę z tym, co go pchało ku „hańbie””.
Ale przecież Lurie przesypiając się z tą dziewczyną nie zasłużył na taki los. Cóż on takiego zrobił? Po prostu przespał się ze studentką. Za co miał cierpieć? Miał zwalczać w sobie tę resztkę popędu, która mu została po tym wyjałowionym życiu?
To też jest ciekawe, takie kafkowskie, że oni cierpią, życie im się wali jak domki z kart z powodu jakichś spraw nieistotnych. Drobinki piasku uwalniają lawiny. Ten świat jest absurdalny w przede wszystkim kruchy – stabilizacja, bezpieczeństwo okazuje się niczym. Okazuje się, że jakiś sens, prawdę czy spokój można znaleźć dopiero na dnie.
Co do zakończenia, to był to pewien skrót myślowy. Wydawało mi się, że chcesz mu dać pewną szansę. Myślałem, że wolałbyś by ten upadek jednak wiązał się z możliwością odbicia.

StB: Dość nieoczekiwanie rozwinęła się tu między nami rozmowa o “upadku” i o “prawdzie”, która podczas tego upadku nam się odsłania. (Piszę “nam” bo dyskutując o bohaterach Coetzeego, dyskutujemy też o kondycji człowieka, a więc i o kondycji nas samych. Ujmuję także “upadek” i “prawdę” w cudzysłów – by zaznaczyć to, że jednak nasze dywagacje odbywają się w jakiejś takiej mgle niedookreśloności, że nie jest nam łatwo dotrzeć do sedna rzeczy, do jej rdzenia – dojrzeć jej ostre kontury .)
Oczywiście, że to, iż jakiś profesor przespał się ze swoją (dorosłą) studentką nie powinno być jeszcze powodem do tego, by go potępić, skazać na upadek, obłożyć anatemą i pogrążyć w hańbie (choć w zakompleksionych, represyjnych seksualnie i purytańskich środowiskach nadal wszystko to co jest związane z seksem rozdmuchiwane jest do nieproporcjonalnych rozmiarów). I choć sam Lurie zachowuje się tak, jakby się temu poddawał (kaja się na klęczkach przed matką dziewczyny), to jednak ten epizod jest dla niego tylko pretekstem do uświadomienia sobie tego, że jego upadek sięga znacznie głębiej – przyjmuje wymiar egzystencjalny, a nawet eschatologiczny (może to zbyt wielkie słowo, ale chyba usprawiedliwione, bo stawką jest tu całe jego życie – a nawet śmierć w perspektywie wieczności).

Wróciłem ostatnio do Pascala i widzę jak to wszystko (o czym rozmawiamy, o czym pisze Coetzee, co myśli Pascal…) ze sobą się wiąże i zapętla (ale cóż w tym dziwnego? – przecież kondycja ludzka jest czymś niezmiennym, niezależnym od czasów, a nawet od naszych religijnych, światopoglądowych, intelektualnych wyborów). Także i Pascal sięga niejako (egzystencjalnego) dna i tam poszukuje ładu, sensu, prawdy i spokoju, (które to wartości wiąże z Bogiem). Ale “upadek” Pascala jest o tyle ciekawy, że dotyczy przypadku jednego z najbardziej genialnych umysłów swojej epoki i dokonuje się w obliczu nieskończoności, przed jaką Pascal staje, i z którą sam się konfrontuje. Jego “upadek” jest więc nie tyle upadkiem, co uświadomieniem sobie własnej nieskończonej małości, jaką stanowi człowiek wobec ogromu Przyrody, Kosmosu, Wszechświata… Niektóre jego myśli przebiegają mnie dreszczem: “Wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni przeraża mnie”.

KARTKA: A jednak się bał. Napisał “…przeraża mnie”. Ale mimo, że się bał to jednak szukał. Trawiony chorobami, cierpiący, zalękniony starał się zrozumieć, pojąć – chyba trochę wbrew sobie. Chciał się dowiedzieć kiedy, gdzie doświadczy tej ulgi czy spokoju. Ale w tym zdaniu jest przytłaczająca samotność. Chyba dlatego szukał Boga, by sobie z samotnością i lękiem jakoś poradzić.
Bohaterowie Coetzeego nie szukają Boga w sensie religijnym, jak Pascal przez praktyki jansenistyczne, ale w trakcie swego upadku szukają czegoś podobnego. Najbardziej znanym upadkiem jest historia Jezusa doświadczonego zdradą, poniżeniem, cierpieniem i w końcu śmiercią. To miałem na myśli pisząc, że powieści Coetzeego maja wymiar biblijny – że jego bohaterowie podobnego losu doświadczają. I nie chodzi mi o religijne przesłanie tej historii tylko egzystencjalne. O tę bezwolną zgodę na własny upadek, która kryje chęć doświadczenia i odnalezienia jakiegoś sensu czy uwolnienia się od lęku. Cierpiący tego szukają.

StB Pytanie: na ile samotność, cierpienie i lęk pozwala człowiekowi dotrzeć do sedna (rzeczywistości, świata, życia, egzystencji), a na ile lęk i cierpienie ów obraz świata (rzeczywistości, życia) zniekształca, zatruwa, zaciemnia, zafałszowuje…
Czy człowiek przywiedziony (lękiem, cierpieniem, samotnością) do pewnej “prawdy”, nie zostaje tym samym pozbawiony (odcięty niejako) od “prawdy” innej?
Co powoduje, że bohaterowie Coetzeego (a szerzej: człowiek) podążają tą a nie inną drogą – ku odkryciu swojej “prawdy”?
Sami o tym decydują? Czy też są przez coś do tego zmuszeni – coś ich tu zniewala?
Albo inaczej: są niewolnikami, czy też ludźmi wolnymi?

KARTKA: Ciekawe pytania. Samotność, cierpienie, lęk – zarazem zaciemniają i rozjaśniają. Depresja ewidentnie fałszuje obraz świata. Ale organizm w trudzie, udręce wyzwala endorfiny – wtedy się znów więcej rozumie.
Prawda jest zawsze nasza. Nie ma znaczenia jaki odbieramy obraz, co rozumiemy. Zawsze chodzi o indywidualną, subiektywną prawdę. To są tylko nasze rozrachunki.

Pytasz co powoduje, że bohaterowie Coetzeego wybierają taką drogę. Moim zdaniem przypadki. A dalej już decyduje poczucie wewnętrznej wolności. Możesz się czuć wolny nawet w kryminale. Człowiek wybierając z grubsza wie co go czeka. W każdym razie to czuje. Jeśli myślisz by wyjść z domu i więcej nie wrócić – zostawić swoją pracę, kobietę, życie, majątek, to mniej więcej wiesz co Cię czeka. Gazeta, która może leży teraz na Twoim stoliku będzie Ci służyła do wypychania butów gdy zimno. Jeśli stanę przed bankiem z cegłą w dłoni i rzucę nią w szybę to wiem co mnie czeka. Jeśli będę tego chciał, a zarazem się tego bał, to będę niewolnikiem. Jeśli jednak wybiję tę szybę ze świadomością konsekwencji to będę człowiekiem wolnym.
Ale różnie z tym jest. Tak jak napisałeś – ” …nasza wolność jest złudzeniem. Dopiero zbliżając się do świata ludzkich proporcji owo złudzenie wydaje się nam zanikać, a jego miejsce wypełniamy czymś co nazywamy wolną wolą. Jednak tego poczucia wolności także nie możemy znieść, więc uciekamy ponownie – tym razem w świat naszych ludzkich samoograniczeń. Koło się zamyka i toczy dalej. Stąd wahania człowieka, który zrazu czuje się mocarzem, by za chwilę uznać się bezwolnym marnym pyłkiem.”
Pozdrawiam

*  *  *

Rozmowa pochodzi STĄD.

LITERACKIE ROJENIA I PRAWDZIWE TRUPY (o książce Stefana Chwina „Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni”)

*

*

Śmierć jest nie tylko nieunikniona, ona jest przede wszystkim możliwa: każdy z nas może się zabić. Chwin w swoim obszernym eseju o samobójstwie posuwa się do stwierdzenia wręcz radykalnego. Oto wyznaje, że przekonany jest o tym, iż istnieją sytuacje, w których samobójstwo popełniłby każdy: „jeśli nie popełniamy go, to tylko dlatego, że jeszcze nie znaleźliśmy się w takiej sytuacji”. W pierwszym momencie, ulegając zapewne sugestii pomyślałem, że to może być prawda, ale po pewnym namyśle uznałem, że mogę na to odpowiedzieć słowami samego Chwina: „Tymczasem nie jest to takie pewne”, (który w ten sposób wyraził wątpliwość w to, że „zdrowa” większość ludzi „z definicji” popełnić samobójstwa raczej nie może).
Drugi ważny motyw, który niejako wyznacza moje podejście do książki Chwina (przy okazji ją definiując), zawiera się natomiast w takim oto fragmencie: „Powiedzmy od razu: świat wewnętrzny samobójców artystów i bohaterów literackich, którzy do samobójstwa się zbliżyli bądź je popełnili, tylko w pewnym stopniu pokrywa się ze światem wewnętrznym ‚zwykłego samobójcy’, którego życiem duchowym zajmuje się psychologia i psychiatria. (…) W świetle standardowej wiedzy psychologicznej filozoficzni samobójcy (np. z powieści Dostojewskiego) mogą się wydać całkowicie ‚wymyślonymi’ istotami nie z tej ziemi. Dla literatury jednak psychologiczne prawdopodobieństwo obrazu samobójstwa zwykle nie jest sprawą najważniejszą.”

Tak więc autor „Samobójstwa jako doświadczenia wyobraźni” sam przyznaje (stwierdzając to explicite), że przypadki samobójstw „artystów i bohaterów literackich”, które rozważa on w swojej książce, z tzw. rzeczywistością nie muszą mieć wiele wspólnego i że psychologia tych postaci jest cokolwiek naciągana, (czyli, jednym słowem: niewiarygodna). A my możemy z tego wyciągnąć wniosek, że w takim razie motywacje suicydalne tychże „bohaterów” są właściwie tylko literackimi rojeniami, (co zresztą można już wyczytać z samego tytułu książki). Innymi słowy: są to ledwie fantasmagorie zrodzone z ludzkiej imaginacji i jako takie mogą budzić nasze wątpliwości i podejrzliwość, jak również sceptycyzm co do ich życiowej wiarygodności, a tym samym realnej wagi.

Jeszcze dobitniej ów rozdźwięk między wyimaginowaną fikcją a praktyczną rzeczywistością zaznacza Chwin na samym początku swojej pracy: „Dodam też, że samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni artystycznej jest zwykle niepodobne do samobójstw w życiu i warto o tym pamiętać. Samobójstwo w życiu jest zawsze odpychające i bardzo bolesne. W sztuce jest ono zawsze ‚piękną śmiercią’, nawet jeśli budzi odrazę, lęk i przerażenie, bo sztuka wszystko zamienia w sztukę.”
Jednakże – i jest to moim zdaniem rzecz godna uwagi – na ponad 500 stronach książki, te dwa małe fragmenty są w zasadzie jedynym rzeczowym i bezpośrednim odwołaniem się do rozsądku w Chwinowych rozważaniach o samobójstwie. Reszta tekstu przebiega tak, jakby autor o tym na dobre (czy też raczej „na złe”) zapomniał, brodząc w chorobliwych fantazmatach zabijania samego siebie (to prawda: piszę „chorobliwych” stosując perspektywę medycznej suicydalnej prewencji).
Mało tego. W ostatnim, podsumowującym rozdziale książki Chwin zaznacza: „Nasza pewność, że ‚my na pewno czegoś takiego nie zrobimy’, oparta jest na krzepiących złudzeniach. Żyjemy tylko dlatego, że los nas jeszcze nie wrzucił w takie ‚miejsce’. O takich ‚miejscach’ sporo potrafią powiedzieć sztuka i literatura, i niektóre z takich miejsc, poprzez literaturę i sztukę rozpoznawanych, próbowałem w tej książce opisać.”

Ja widzę w tym spory dysonans i ambiwalencję: z jednej strony bowiem Chwin pisze, że motywacje i argumentacja samobójców-artystów z prawdziwym życiem nie mają wiele wspólnego (będąc przede wszystkim produktem wyobraźni czyli de facto urojeniem), z drugiej jednak oświadcza, że mogą nam one sporo o tych suicydo-gennych „miejscach” powiedzieć. Czy to ostatnie stwierdzenie nie jest przypadkiem mimowolnym wyznaniem credo przez pisarza, który literaturę i sztukę traktuje jako bardziej realną, niż samą rzeczywistość (czyli tę, w której żyją zwykli, a używając sartre’owskiego określenia – „banalni”, przeciętni ludzi, wliczając w to psychologów i psychiatrów)? Jeszcze mocniej potwierdza to jeden z ostatnich akapitów książki, wspomnianą ambiwalencję bardziej nawet zapętlając: „Większość teorii samobójstwa zakłada, że samobójstwo jest skutkiem poznawczego błędu i emocjonalnej nierównowagi samobójcy. Że samobójca myli się w rozpoznaniach swojej realnej sytuacji i właśnie dlatego się zabija. Że ma fałszywy, zdeformowany  obraz rzeczywistości i ten fałszywy, zdeformowany obraz popycha go w śmierć. Że nie widzi świata takim, jaki jest naprawdę, to znaczy nie widzi go tak, jak my – ‚zdrowi’ – go widzimy. Tymczasem bywa i tak, że samobójca wcale się nie myli w swoich rozpoznaniach. Więcej: że zabija się właśnie dlatego, że wcale się nie myli. Po prostu w jakiejś chwili spostrzega to, co w ludzkim losie jest naprawdę nie do zniesienia, a czego my wolimy nie dostrzegać. Właśnie wtedy staje się samobójcą ‚egzystencjalnym’. Odrzuca życie dlatego, że uznaje kondycję ludzką na Ziemi za ‚nieuleczalną’.”

Należy zwrócić uwagę, że to co pisze Chwin jest równoznaczne z przyznaniem rację temu, kto kondycję ludzką uznaje za coś, co jest „nieuleczalne”. A jest to nic innego jak uznanie samego życia człowieka za pewnego rodzaju chorobę. Wygląda więc na to, że taki jest również pogląd samego Chwina (skoro pisze on, że jeśli ktoś w ten sposób postrzega życie, to „wcale się nie myli” i że w ludzkim losie jest coś „naprawdę nie do zniesienia”). A jest to pogląd – mimo że skrywany – na wskroś pesymistyczny, którego ja osobiście nie podzielam. Dlatego mam pretensje do Chwina, że pod pozorem obiektywnego studium „samobójstwa jako doświadczenia wyobraźni”, zatruwa on czytelnika kulturowym depresantem, budując wokół niego świat z obrazów nie do zniesienie, wsączając mu w duszę autodestrukcyjne jady i – napawając się ich walorem literacko-artystycznym – wciąga go w urojone światy samobójczych fantasmagorii, babrając się w przeróżnych samobójczych miazmatach.

Choć rzeczywiście jest to wina nie tyle samego Chwina, co literacko-artystycznej wyobraźni, którą nam on w swojej książce przedstawia i analizuje. Trudno mi tu zresztą mówić o winie, gdyż odczuwam jednak pewien opór przed przystawianiem do literatury i sztuki etycznej miarki, bo pisarz wcale nie musi być moralizatorem (choć zwykle bywa moralizatorem ukrytym.) Czy jednak mam się wzbraniać w tym kontekście przed określeniem własnego stosunku do samobójstwa oraz jego „nadbudowy kulturowej” jaką się ten radykalny aktu ludzkiej woli (?) obwarowuje i otacza, szukając powodów, argumentów i motywów (usprawiedliwień?) tego, że człowiek decyduje się zabić samego siebie?

Nie będę ukrywał, że mój stosunek do samobójstwa wpływał na odbiór tego, co zawarł w swojej książce Chwin. Czy mogło być jednak inaczej? Czy to, jak odbieramy literaturę, nie zależy od tego, jakie są nasze poglądy, system etyczny, który przyjęliśmy (wyznajemy), od naszej konstrukcji psychicznej wreszcie? Po co udawać, że tak nie jest? Obwieszczanie wszem i wobec tego, że jesteśmy obiektywni i że nikogo i niczego nie oceniamy, jest zmyłką… zmyłką innych, a często i samego siebie.

Tak, każdy człowiek może się zabić. A czy ma do tego prawo? Nie wiem. To zależy od tego, przez kogo to prawo jest ustalane. Jeśli w naturze istnieją samobójstwa, to świadczy o tym, że natura na to „przyzwala” (czyli istnieje w niej takie prawo – bo przecież nic nie może się stać w naszym świecie wbrew prawom przyrody).
Jeśli zależałoby to ode mnie, to takie prawo do zabicia się człowiekowi bym przyznał (czy też – jeśli już takie prawo człowiek ma – to bym mu go nie odbierał). Wprawdzie nie wiem, czy samobójstwo jest (może być?) aktem wolnej woli, ale wiem, że istnieją sytuacje, kiedy śmierć staje się dla człowieka wybawieniem i ulgą, wydaje się jedyną drogą „wyjścia”, czy też raczej ucieczki. I choć samobójstwo zawsze jest wyrazem skrajnego egoizmu, to według mnie te sytuacje człowieka (decydującego się na przerwanie swojego życia) usprawiedliwiają.

Stefan Chwin na karty swojej książki przywołuje cały szereg samobójców, ale skupia się na przypadkach niejako „klasycznych”, mocno zakorzenionych w literaturze, sztuce i mitologii. Są to m. inn. Kiryłłow z „Biesów” Dostojewskiego, Józef K. z „Procesu” Kafki, Lukrecja, Ofelia… Także sami pisarze (stanowiąc zresztą w eseju tym pewną nad-reprezentację): Jerzy Kosiński, Aleksander Wat, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Rafał Wojaczek, Sylwia Plath, Mishima… Nawiązuje też do motywu samobójstwa w malarstwie (choć dość wyrywkowo i wybiórczo). Na samym początku mamy zaś ikonę wisielca – Judasza, która w całej judeo-chrześcijańskiej kulturze europejskiej odcisnęła piętno penalizacji samobójstwa, jako czynu nikczemnego, tchórzliwego, złego… (w opozycji choćby do kultury antyku, gdzie samounicestwienie się było niekiedy aktem chwalebnym, heroicznym i godnym, czasem nawet wzniosłym i pożądanym, co w końcu przejął w Europie etos romantyczny w postaci tzw. samobójstwa altruistycznego, które zresztą zawsze kołatało się pod skórą chrześcijańskiej mitologii kreującej kult poświęcających się dla społeczności męczenników).

Samobójca samobójcy nierówny, metafory życia – jego podtrzymywania, afirmacji albo unicestwiania – są niewyczerpane. Zawsze samobójstwo wpisane jest w swój kontekst kulturowy – nie jest więc żadnym niezmiennym toposem. I jednak każde samobójstwo jest inne i (nomen omen) niepowtarzalne – tak jak inny i niepowtarzalny jest każdy człowiek.
Zdawałem sobie z tego sprawę czytając traktat Chwina i pewnie dlatego nie dziwiłem się, kiedy do pewnego rodzaju samobójców czułem coś w rodzaju idiosynkrazji (choć raczej nigdy nie było w tym potępienia), innych zaś obdarzałem współczuciem. Jedni irytowali mnie swą dziwaczną pozą i rojeniami, wydumaną pseudo-filozofią, snuciem bzdurnych sofizmatów, które przybierały formę zwykłej… no cóż… głupoty. Natomiast u innych wyczuwałem ból prawdziwy i przejmujące na wskroś cierpienie, widziałem rozpacz, na którą zostali skazani przez sytuację i okoliczności, wtrąceni do piekła niewyobrażalnych mąk i czarnej beznadziei.
Teraz spostrzegam, że te pierwsze – budzące moją rezerwę i niechęć samobójstwa – należą do samobójstw „egzystencjalnych” (tu odwołuję się do klasyfikacji zastosowanej przez samego Chwina), natomiast te drugie – do tzw. „interakcyjnych”. Pierwsze odnoszą się do postawy jaką przyjmuje wobec świata i życia sam samobójca (odbierając życie jako „obrzydliwy” przymus bezzasadnego istnienia, a świat za coś immanentnie dla człowieka wrogiego – miejsce, w którym istota ludzka czuje się kimś obcym, wyalienowanym, więc jej samounicestwienie się jest wyrazem radykalnej niezgody na istnienie). Drugie są skutkiem dramatycznej, niefortunnej i tragicznej sytuacji życiowej, w jakiej znalazł się człowiek; rezultatem okoliczności wynikających z tzw. „zrządzeń” losu, na które nie mamy w zasadzie żadnego wpływu. Pierwsze wynikają z pobudek filozoficznych i światopoglądowych, mając bardziej charakter konceptualny, intelektualny i mentalny, czyli właśnie „wyobrażony” (by nie rzec „urojony”). Drugie odwołują się do praktyki i realiów życia, są więc czymś utylitarnym i empirycznym, naocznym i namacalnym – konkretnym i „niewymyślonym” (a przez to może bardziej dla nas rzeczywistym i zrozumiałym?)
To dlatego, kiedy czytałem o sposobie w jaki postrzega wszystko Roquentin, bohater sartre’owskich „Mdłości”, (dla którego każdy byt, a zwłaszcza człowiek, jest właśnie „obrzydliwością”, czymś w rodzaju samo powielającego się nowotworu), albo zaznajamiałem się z nader pokrętną i fantasmagoryczną filozofią Kiryłłowa, (który zabija się, bo uważa to za najwyższą manifestację własnej woli, za jedyny sposób na wyrwanie się z matni natury, jaka nim zawładnęła; za ucieczkę od życia będącego niczym innym jak swego rodzaju „szatańską farsą” wyreżyserowaną przez złego/złośliwego demiurga – i zabijając się chce osiągnąć tylko ten jeden orgazmistyczny moment absolutnej wolności, w którym jego ciało ulec ma swoistemu „przebóstwieniu”), to mnie to nużyło a nawet zniesmaczało, jeśli nie śmieszyło, to zadziwiało, tudzież niebezpiecznie prowadziło w pobliże konstatacji, że oto mam do czynienia z jakimś humbugiem i bzdurą (i nie powstrzymał mnie przed tym fakt, że firmowane to było takimi tuzami intelektu i literatury, jak Dostojewski i Sartre – choć oczywiście niekoniecznie oni sami się z taką postawą utożsamiali czy też ją aprobowali).
Z kolei, kiedy Chwin przypominał mękę chorego Wata, albo całą tę – obnażoną do nagiego nerwu – jaskrawość bolesną Stachury, czy też ból udręczonego nadwrażliwością Van Gogha, to ogarniało mnie dogłębne współczucie. Byłem pewien, że jedynym skutecznym ukojeniem dla tych nieszczęśników jest jednak śmierć.
Podobnie było z Sylvią Plath, Virginią Woolf… może także z Rafałem Wojaczkiem, choć ten ostatni nie uwolnił się jednak moim zdaniem od pozy. Większą rezerwę czułem do Mishimy (zawsze drażnił mnie ten jego patos i narcystyczna megalomania), także do Witkacego, którego wybitność – błyskotliwa inteligencja i rozliczne talenty – przytłoczona chyba jednak została przez eksces, wygłup i – co tu kryć – dziwactwo. Ujął mnie natomiast Gombrowicz, który wychodząc od mało (dla mnie) przekonujących dywagacji egzystencjalnych motywujących samobójstwo (dość kuriozalna metafora „człowieka-samobójcy-skorpiona”), doszedł do „ludzkiego” argumentu, że horror fizycznego doświadczenia, jakim jest ból nieznośny i nieprzemijający doznawany przez ciało, może tylko przerwać tego ciała unicestwienie, czyli śmierć.

Tak więc, nawet jeśli skutek samobójstwa zawsze jest taki sam (śmierć człowieka), to same samobójstwa mają nieskończenie wiele faset – tak jak nieprzebrana w swoim zróżnicowaniu i bogactwie jest rzeczywistość egzystencjalna i kulturowa, którą człowiek jest otoczony i… jaką sam poniekąd stwarza. I ta ostatnia możliwość jest według mnie bardzo (zwłaszcza w rozważaniach o samobójstwie) istotna.

Jak już zwróciłem uwagę, Stefan Chwin, zajmując się samobójstwem jako „doświadczeniem wyobraźni”, pisze w jednym miejscu, że z prawdziwym życiem nie ma ono wiele wspólnego, by zaraz potem zaznaczyć, że literatura i sztuka rozpoznają jednak te „miejsca” i sytuacje, które powodują, że człowiek się zabija. (Problem w tym, że częściej te „miejsca” i sytuacje kreują, niż rozpoznają – o czym świadczy w zasadzie cała rozprawa Chwina.)
Co to jest? Niekonsekwencja? Sprzeczność pozorna czy prawdziwa? A może wynika to po prostu z paradoksu całej ludzkiej kultury: sami tworzymy wokół nas rzeczywistość, która – mimo, że fikcyjna (fałszywa?) – oddziałowuje na nas całkiem realnie? Skoro tak, to mamy jednak władzę, by wpływać na nasz los, wybierać takie a nie inne wartości, decydować o tym co dobre a co złe, budować świat, w którym lepiej i pełniej nam się żyje… – a przynajmniej tak się zachowywać, jak byśmy taką władzę mieli. I choć jesteśmy w tym wszystkim ograniczeni czymś co nas przerasta i czego ani na jotę zmienić nie możemy (to ta olbrzymia czapa Wszechświata z jego żelaznymi prawami, które cały czas nad nami wiszą i którym w żaden sposób nie możemy się wymknąć), to jednak mamy wpływ na to, co stanowi naszą kulturę, czyli na naszą wyobraźnię – a tę można przecież formować, nadawać jej kształt i kierunek, wypełniać ją sensem. Dlaczego więc pchać się używając tej wyobraźni w destrukcję, albo (zwłaszcza) w autodestrukcję? Dlaczego wyobrażać sobie – a tym samym kreować – coś, co nas w końcu może zabić? Możliwe, iż życie samo w sobie nie jest dobrem absolutnym, ale przecież zawsze lepiej jest dla nas stanąć po jego stronie, zostać sojusznikiem vis vitalis – wybrać raczej jasność, a nie ciemność, sens a nie bezsens, cel a nie absurd, coś a nie nicość – nazwać złem to, co nas zabija, a dobrem to, co pozwala nam żyć. Bo to nieprawda, że nie mamy wyboru. Jeśli nie spadnie na nas miecz Damoklesa, jeśli nie przebije nas „pocisk zawistnego losu” – to cała reszta leży jednak w gestii naszej wyobraźni, czyli tam, gdzie ten wybór mamy.

Nie muszę się pytać Chwina, dlaczego do swoich szerokich rozważań, które ujął w dość opasłym tomie, wybrał temat samobójstwa. A nawet jeśli Chwin by takie pytanie usłyszał, to wcale nie miałby obowiązku na nie odpowiadać. Jednakże trudno byłoby czytając tę książkę nie uświadomić sobie tego, że dla autora samobójstwo jest czymś fascynującym. Że zanurza się on w tych wszystkich literacko-artystycznych obrazach „przygotowujących” śmierć (takiego określenia używa autor, choć moim zdaniem nie jest to „przygotowywanie” śmierci a raczej przygotowywanie zadania tej śmierci samemu sobie – co stanowi jednak dość istotną różnicę) i że robi to z pasją nie wolną chyba od pewnej masochistycznej przyjemności, mimo pozornego analitycznego chłodu i dystansu referenta, (któremu na szczęście udaje się zazwyczaj uniknąć akademickiej sztywności). Zapoznając się z traktatem Chwina, ciągle jednak odnosiłem wrażenie, że pisarz niejako bardziej jest po stronie śmiercionośnej przecież argumentacji samobójczej, niż tej, która wybiera życie. Że gotów jest się zgodzić z tym, że życie nie ma w sobie żadnego majestatu i że tego majestatu pozbawiona jest także każda śmierć. Tylko w jednym jedynym zdaniu, bardzo zresztą dwuznacznie brzmiącym, zdobywa się on na pewną deklarację sugerującą sprzeciw i mającą w sobie jakieś ziarno oceny: „Nie interesuje mnie podporządkowywanie mojego wywodu intencji ‚zapobiegania samobójstwom’, którą zresztą jak najgłębiej pochwalam.” Mnie osobiście to oświadczenie nie bardzo przekonywuje – wydaje mi się być ono cokolwiek wymuszone i wyrażone tylko gwoli dydaktycznej poprawności. Bo skoro Chwin zapobieganie samobójstwu „jak najgłębiej pochwala”, to dlaczego nie czuć tego zupełnie w tym, co o samobójczej wyobraźni pisze? (A wręcz czuć jest coś wprost przeciwnego?) I nie chodzi mi tu o to, by Chwin uraczył nas moralitetem, by wykazał się jakimś wyrażonym wprost i jednoznacznie stosunkiem taksującym (ani tym bardziej kondemnującym) samobójców, a o pewną „podskórną”, wyczuwaną intuicyjnie przez czytelnika, po(d)stawę etyczną pisarza, (do zasygnowania której wcale się nie musi wchodzić w skórę moralizatora).

Czcze „filozofowanie” na temat samobójstwa, rojenie sobie suicydalnych fantazmatów, okupowanie własnej wyobraźni chorobliwymi a podniecającymi tanatycznie obrazami zabijania siebie samego, wydaje mi się mieć w sobie coś „nieludzkiego”, z gruntu niedobrego (zwłaszcza w konfrontacji z pragnieniem trzymania się życia za wszelką cenę, które często spotyka się u ludzi cierpiących, „skazanych” na śmierć przez chorobę, dotkniętym jakimś prawdziwym nieszczęściem, wypadkiem czy kalectwem – rzeczywistym już a nie urojonym). To zaś, czym zajmuje się Chwin, przypomina mi coś w rodzaju pornografii autodestrukcji. I moim zdaniem lepiej by było, gdyby to poza literaturę i sztukę nie wychodziło. Ale jednak wychodzi. Bo nawet jeśli w literaturze uchodzi bawienie się w „być albo nie być”, „zabójcze” rojenie sobie tego i owego, to przenoszenie owych fikcji do życia, może już niestety zapachnieć prawdziwym trupem.

Ktoś, kto kocha i jest kochany, kto czuje się lub może się czuć szczęśliwy – samobójstwa nie popełni nigdy.  Ktoś, kto jest „zakorzeniony” w życiu – w świecie będącym dla niego nieustannym źródłem zaciekawienia i fascynacji – ten nie będzie dążył do unicestwienia samego siebie. Ktoś, kto potrafi zbliżyć się do ludzi, czuje się w ich otoczeniu dobrze, robi coś, co jest pożyteczne dla wszystkich, (czyli ktoś, kto identyfikuje się z ludzką wspólnotą i jest z nią związany) wcale nie będzie chciał się zabijać. Czy nie warto więc się starać, by taki pożądany stan osiągnąć, odrzucając tym samym wszelkie fantasmagorie, które wabią nas w pułapkę, gdzie jedynym wyjściem wydaje się zaciśnięcie pętli sznura na szyi, podcięcie sobie żył czy rzucenie się w przepaść? To nieprawda, że zabicie się jest przejawem naszej wolności. I choć wydaje się czasem aktem wielkiej odwagi, to najczęściej podszyte jest jednak strachem (nie bez kozery uważane jest wtedy za tchórzostwo). Wykorzystując naszą wyobraźnię, powinniśmy dążyć do afirmacji życia, a unikać tego co nas ciągnie ku śmierci. Jeśli to tylko od nas zależy – pozostańmy żywymi.

A kiedy by już od nas zależeć nie mogło… to od takiej sytuacji (bez wyjścia) uchowaj nas Boże.

* * *

POECI PRZEKLĘCI

I.

 

Poètes maudits (Od góry: Arthur Rimbaud, Paul Verlaine, Charles Baudelaire, Paul Gauguin)

Kim jest poeta przeklęty?

Poète maudit – l’homme sensible, l’homme incompris…
„Człowiek wrażliwy”, „niezrozumiany” – tak nazwie go romantyzm; „dziwak”, „oryginał” – a tak burżuazja; „nieszczęśnik” – powie o nim człowiek miłosierny; „wariat” – określi go tzw. trzeźwy realista.
Wszyscy zaś wyznawcy kultów literackich wiedzą, że poeta przeklęty tworzy w bólu i ekstazie, przekracza bariery praw ludzkich i boskich; będąc radykalnym non-konformistą kwestionuje wszelkie autorytety, rzuca wyzwanie światu, chce się przedostać na druga stronę, eksperymentuje na sobie, doświadcza ekstremów…
Wreszcie: jest zarażony śmiercią – wie o każdej godzinie i o każdej dobie, że na ziemi nie ma prawa stałego pobytu.

Opętany miłością i erotyzmem – często (zazwyczaj) nie znajduje spełnienia. A jeśli spełniony – to nienasycony. Stąd skłonności do perwersji, czasem wręcz erotomania i panseksualizm. („Widzę całą Naturę jako apokaliptyczną apoteozę wiecznie drgającego phallusa” – pisał Przybyszewski.)
Nihilista, ateista i obrazoburca. Jednak jeśli bluźni, to nie zauważa swojej niekonsekwencji (jak bowiem można występować przeciw komuś, w kogo istnienie się nie wierzy? Czy bluźnierstwo, będąc poniekąd negatywem modlitwy, nie przypomina czasami histerycznej manifestacji tęsknoty za znakiem Boga?)

Poeta przeklęty zrywa więzi z otoczeniem: rodzinne, społeczne, cywilizacyjne; kwestionuje zasady i normy jakimi ludzie regulują własne współżycie. Bliski jest mu natomiast etos artystowski, utracjuszowy – lump, kloszard, cygan, tramp i włóczęga.
Swoje życie utożsamia ze sztuką , własną wyobraźnię bierze za rzeczywistość, kreując się przy tym na bohatera podsycanych przez siebie mitów… Dlatego efektem jest niekiedy „fałszywa literatura i prawdziwe trupy” – jak określił casus Przybyszewskiego Boy-Żeleński; albo, w wersji bardziej pozytywnej, osiągnięcie poziomu porażającej otoczenie wiwisekcji, szczerości graniczącej z obłędem. Przypominać to może pozbawiony hamulców ekshibicjonizm, zatracenie się… penetrację obszarów ziemi niczyjej, na które nikt o tzw. „zdrowych zmysłach” nie śmie się zapuszczać.
Często kończy jako szaleniec lub samobójca, co tylko wzmaga jego atrakcyjność w oczach fanów podążających śladem mitu zapewniającego mu nieśmiertelną sławę.

* * *
Pozwolę tu sobie teraz na pewien eksperyment. Otóż przed laty popełniłem tekst o poetach przeklętych, a konkretnie recenzję o filmie Agnieszki Holland „Całkowite zaćmienie” zajmującym się burzliwym związkiem dwóch francuskich poètes maudits, a mianowicie Arthura Rimbauda i Paula Verlaine’a Starałem się w niej dociec tego, kim naprawdę byli ludzie, których legenda przetrwała do naszych czasów. Przytoczę ją tutaj niemal in extenso, co stanowić ma niejako oś tego wpisu – rozprawy o fenomenie mitu poety przeklętego i jego konfrontacji z prawdziwym życiem.


II.

GENIUSZ CZY ŻAŁOSNY BŁAZEN?
Rzecz o „Całkowitym zaćmieniu” Agnieszki Holland

Baudelaire, Verlain, Rimbaud… najsłynniejsi poeci przeklęci. Uważa się, że zmienili po wsze czasy wyraz nie tylko poezji, ale i literatury światowej, wpływając na mentalność epoki. Jacy to byli ludzie? Jaki to był wpływ? Czy najnowszy film Agnieszki Holland zajmujący się bynajmniej nie platonicznym związkiem Paula Verlaine’a i Arthura Rimbauda może nam odpowiedzieć na te pytania?

Ekscytujące orgiastycznym seksem, roztapiające się w alkoholu i pląsające w delirycznym transie… Krótkie acz frenetyczne były stosunki Rimbauda z Verlainem

Dlaczego Agnieszka Holland zdecydowała się nakręcić film o poetach przeklętych?
Nie można zaprzeczyć, że tekst Christophera Hamptona, który parę lat temu otrzymał Oscara za naprawdę rewelacyjny scenariusz napisany do „Niebezpiecznych związków” Laclosa, większość filmowców uznałoby za niezwykle atrakcyjny. Dramatyzm, legenda nazwisk, wyraziste sylwetki, barwna epoka – to stwarza dla reżysera, aktorów, operatora niebywałe pole do popisu. I trzeba przyznać, że wszyscy wywiązali się z tej realizacji bez zarzutu: pod względem warsztatu filmowego „Całkowite zaćmienie” jest obrazem nieskazitelnym.
Dzieje krótkiego acz niezwykle burzliwego i skandalizującego związku między 17-letnim Rimbaudem a starszym o kilkadziesiąt lat Verlainem, czyli historia frenetycznej i „zakazanej” miłości pomiędzy dwoma wzorcowymi poetami przeklętymi, którym w literaturze światowej od dawna ustępuje się miejsca przed innymi – to gratka raczej niebywała. (…)

Weźmy na pierwszy ogień Verlaine’a. Uznaje się go za jednego z najwybitniejszych poetów francuskich. A jak jawił się on swojemu najbliższemu otoczeniu? Otóż napiszmy bez ogródek, że jako moczygęba i pijak, awanturnik katujący swoją żonę i grożący zabójstwem jej matce, opętany manią samobójczą melancholik, miotający się między euforią a depresją psychopata. Ponadto osobnik o aparycji mocno odpychającej (być może dlatego seks i nagość kobieca stała się jego obsesją?- co jednak nie przeszkadzało mu „konsumować” chłopięce ciało Rimbauda). Jako sodomita wtrącony zostaje do więzienia, „skąd wyszedł pojednany z złoczyńcą i z Bogiem” (Staff).

* * *
Wydaje się, że dość łatwo można by zdyskredytować bohaterów „Całkowitego zaćmienia” opisując tylko parę ich zachowań. Głupich, absurdalnych, impertynenckich, grubiańskich, obrzydliwych, wreszcie okrutnych… Można się wzdrygnąć z odrazą świadcząc niektórym scenom: bicie ciężarnej żony, pijackie orgie, chuligańskie ekscesy, zwykłe chamstwo…
Ale czy ktoś, kto poszedł obejrzeć film Agnieszki Holland – czyli człowiek tolerancyjny, o szerokich horyzontach myślowych, obeznany ze sztuką, wyrozumiały dla „genialnych artystów” – może się przyznać otwarcie do tego, że poczuł się tymi obrazkami po prostu zdegustowany, albo i zażenowany? No bo przecież można wyjść na kogoś z kruchty i Ciemnogrodu, na mieszczucha i zaściankowca… czyli jednym słowem – na filistra.

Agnieszka Holland po projekcji „Całkowitego zaćmienia” usprawiedliwiała swoich bohaterów. Odebrałem to jako pośredni sposób usprawiedliwiania samego filmu. Jest to bowiem logiczne, by tłumaczyć racje powstania czegoś, co kosztowało całą masę wysiłku, kupę pieniędzy – i czemu poświęciło się kilka miesięcy swojego życia. A jako kobieta o wybitnej inteligencji, może ona czynić to nie tylko interesująco, ale i błyskotliwie. Jednakże, moim zdaniem, film powinien się usprawiedliwiać sam. Hm… no właśnie: czy „Całkowite zaćmienie” zdolne jest obronić się samo?

* * *

Co nas pociąga w poetach przeklętych? Na czym polegała ich genialność? Co jest za drzwiami, które  chcieli przed nami  otworzyć?

Co pociąga ludzi w poetach przeklętych?
Jakie są przesłanki kultu „poète maudit” ?
Nie jest przecież tajemnicą, że nagła śmierć artysty gwałtownie może zwiększyć zainteresowanie jego życiem, a nawet… twórczością. W tym kontekście, nie opierając się wszakże złośliwości, moglibyśmy wręcz stwierdzić, że „dobry twórca to martwy twórca”.
Jednakże sprawy wyglądają bardziej skomplikowanie i znacznie poważniej.
Tadeusz Różewicz, poeta bynajmniej nie ugrzeczniony, napisał kiedyś coś rozsądnego: „Być może pamiętniki tchórza i dezertera są ciekawsze od pamiętników ‚kawalera orderów’ i rycerza bez skazy? Kamikadze fascynuje mocniej niż agronom czy ogrodnik, pani Walewska mocniej niż sto wiernych żon, i choć wiemy, że to niemoralne, a nawet głupie zjawisko… nie ma rady”.
I konkludował: „Tragiczna śmierć poety lub artysty nie może być przedmiotem handlu, nie wolno uprawiać kultu samobójców (…) Przecież wszystkie nasze siły musimy kierować przeciw pociągowi do samobójstwa, jaki od jakiegoś czasu objawia biedny, oszalały homo sapiens. Samobójstwa indywidualnego i zbiorowego”.

* * *
Po co i dlaczego tworzą poeci przeklęci?
Otóż wydaje się, że twórczość pełni dla nich m.in. rolę kompensacyjną: nie mogą spełnić swoich oczekiwań i pragnień w rzeczywistości, spełniają je (zastępczo) w sferze imaginacji, marzenia, fantazji (mechanizm nieobcy zresztą każdemu człowiekowi). Porażeni często atrofią woli, szukają ujścia dla swojej energii (Boy: „Kiedy życie realne jest wątłe, wytwarza się przerost życia imaginacyjnego”).
Poeci przeklęci własne życie widzą najczęściej jako egzystencjalny „byt ku śmierci”, podlegając drzemiącemu (ponoć) w każdym z nas instynktowi śmierci. Stąd tendencje autodestrukcyjne. Nadwrażliwcy, podobnie jak Stachura, żyją „z nożem na gardle”. Twórczość bywa więc dla nich albo oswajaniem śmierci, albo też od tej śmierci ucieczką.

* * *

Rimbaud i Verlaine na obrazie Fantain-Latoura, fragm. (Muzeum d’Orsay, Paryż, zdjęcie własne)

Poeci przeklęci odczuwają własną słabość i żeby to poczucie zagłuszyć, wmawiają sobie wszechmoc demiurgów, rzucając wyzwanie choćby i całemu światu, bardzo często „cierpiąc (przy tym) za miliony”. Kompensacja doskonale znana w psychologii (i psychiatrii): kompleks niższości często zamieniający się w manię wielkości.
Poetów przeklętych stać niekiedy na samokrytycyzm. Kiedy posłuchamy uważniej Rimbauda i Verlaine’a w „Całkowitym zaćmieniu”, dojdzie do naszych uszów ich spowiedź, pokajanie i uderzenie się w piersi. Verlaine, po szaleństwach z Rimbaudem, skazany za sodomię, pojedna się w więzieniu z Bogiem. Rimbaud w wieku 19 lat zaprzestanie na zawsze pisania poezji, uznając to zajęcie za bezcelowe. Stwierdzi, że „świat jest za stary by go zmienić” i wyjedzie handlować do Abisynii, co można potraktować jako rodzaj (przynajmniej artystycznej) samobójczej kapitulacji (umrze w wieku zaledwie 37 lat).
Skądinąd wiemy, co napisał o sobie autor „Kwiatów zła” Baudelaire, targając się na swoje życie: „Zabijam się, bo jestem niepotrzebny innym – a niebezpieczny dla samego siebie (…) Rozwichrzenie umysłu i życia prowadzi do mroków rozpaczy albo zupełnej zagłady”.
Inny z kolei poeta przeklęty, Georg Trakl, stawiany obok Hofmannsthala i Rilkego w rzędzie najwybitniejszych poetów austriackich, tak oceniał swoje, znaczone kazirodztwem i pełne pijackich orgii życie: „marny owoc brudu i zgnilizny, który jest aż nadto wiernym odbiciem pozbawionego Boga, przeklętego stulecia”.

Jak można potraktować te zwierzenia?
Jako płaczliwą niekonsekwencję? Jako przebłysk rozsądku, zmysłu moralnego i chęć pokuty? A może to skomlenie kundla, który dostał od życia kijem po zadzie i przykucnął z podwiniętym ogonem?

* * *
Agnieszka Holland powiedziała po projekcji: „Trzeba przyjąć, że (Rimbaud) był geniuszem. A jeżeli nawet nie, to popatrzeć na niego, jak na człowieka, który próbuje dotknąć innych ludzkich doświadczeń, otworzyć drzwi, które dotychczas były zamknięte (nota bene, jakbym słyszał Huxley’a i Morrisona – przyp. LA). Tacy ludzie są w każdym pokoleniu, jedni są genialni, inni nie są, ale dzięki nim czegoś więcej się dowiadujemy o sobie samych. (…) Otwierają drzwi do ciemnego pokoju, żeby go oświetlić”.

A ja chciałbym się zapytać: Na czym właściwie polegał ten geniusz? Czego się dowiadujemy o sobie samych? Czym (i co) oświetlić?
To są proste pytania, które – jako widz – mam prawo stawiać i oczekiwać konkretnych odpowiedzi. Jeśli Agnieszka Holland nie daje mi ich wprost (rzeczywiście, jako reżyserka i twórca filmu, nie musi tego robić), to nie pozostaje mi nic innego, jak szukanie ich w jej filmie.
I co znajduję?
Otóż dwóch niezrównoważonych psychicznie osobników, nieszczęśników schwytanych w kleszcze własnego przeklętego losu, bez celu i kierunku w życiu, porażonych niemocą, wypalających się na własne życzenie, omamiających się w strumieniach absyntu, rozhisteryzowanych pożądaniem, którego nigdy nie można – z przyczyn naturalnych – spełnić, raniących wszystkich naokoło, a zwłaszcza najbliższych im ludzi…
Gdzie ten geniusz? – można ponowić pytanie. Gdzie te strofy genialne? Otóż próżno nam szukać tego na ekranie.

Bardzo cenię sobie szczerość. Dlatego też podziwiam Agnieszkę Holland za odwagę przyznania się explicite do tego, że podziela ona wraz z poetami przeklętymi jedną perspektywę: nihilizm. Bowiem czyż nie tak właśnie potraktować można jej własne wyznanie?: „Nasze życie jest okrutne i absurdalne, a losy ludzkie są anonimowe i właściwie bezsensowne. Ktoś żyje, cierpi, kocha, robi głupstwa, rodzi dzieci, umiera i… co?”
I co !?
A czyż właśnie to nie jest sensem naszego życia: żyjemy, cierpimy, kochamy, robimy głupstwa, rodzimy dzieci, umieramy…?

(stb, 1995)

Opętani miłością i erotyzmem, zwykle nie znajdujący spełnienia… Leonardo DiCaprio (Rimbaud) i David Thewlis (Verlaine) w „Całkowitym zaćmieniu” Agnieszki Holland

*

III.

Czytanie tego, co się napisało 15 lat temu, bywa ciekawym (a niekiedy i pouczającym) doświadczeniem. Można bowiem odnieść wtedy wrażenie, że czyta się obcego człowieka; czasem dochodzi do naszej świadomości to, jak bardzo było się wtedy naiwnym i niemądrym; albo też dziwimy się temu, że już wtedy takie myśli chodziły nam po głowie i że jednak teraz lepiej nie moglibyśmy czegoś podobnego wyrazić… Koniec końców, zapisane przez nas kiedyś słowa są bez wątpienia śladem naszej ówczesnej świadomości, utrwaleniem pewnego momentu życia, pamiątką po tym, co już odeszło, przebrzmiało, zgasło, minęło…

Trzymajmy się jednak tematu.
Jak odbieram obecnie ten tekst, w którym – pod pretekstem krytyki filmu Agnieszki Holland – sam rozprawiam się z mitem poety przeklętego?
Jedno jest pewne: w chwili obecnej czegoś takiego bym nie napisał, co jednak nie oznacza, że już nie zgadzam się z tezami, które wówczas w tym artykule wysunąłem. Tyle że teraz napisałbym to w inny sposób. Inaczej rozłożyłbym akcenty, nie byłbym już chyba tak dosłowny i jednoznacznie krytyczny, tudzież mniej patetycznie potraktowałbym wypowiedzi Agnieszki Holland…

To był dla mnie bardzo ważny temat. Z rodzaju tych, które wyciskamy z naszych trzewi, bo dotyczący jakiegoś najistotniejszego rdzenia naszej egzystencjalnej świadomości.

Poeci przeklęci: Stanisław Przybyszewski (na obrazie Muncha), Charles Bukowski, Jim Morrison, Rafał Wojaczek, Marek Hłasko

Ale żeby o tym napisać, muszę się cofnąć do wczesnej młodości, w której mój bunt przeciw wszystkim i wszystkiemu podobny był w swoich zarysach do postawy poetów przeklętych, wszystkich tych „rebeliantów, obrazoburców i prowokatorów”, którzy jedynie potwierdzali moje ówczesne przekonanie o bezsensowności istnienia, zakłamaniu i hipokryzji tzw. „świata dorosłych”, złudzie i iluzji kultury, kłamliwości mamiącej nas religii, złym do szpiku kości rdzeniu ludzkiej natury… itp. Owe perspektywy utrwalane były w alkoholu, spowijane gęstymi kłębami papierosowego dymu, pogłębiane w (…). Wszystko to, (jak również inne elementy mojej ówczesnej sytuacji życiowej) spowodowało, że znalazłem się na równi pochyłej, a w końcu – nad samą przepaścią, gdzie (…). Brzmi to może cokolwiek patetycznie ale niestety było jak najbardziej prawdziwe i wiązało się z cierpieniem nie do zniesienia, które miało dla mnie wymiar prawie że kosmiczny. W tej sytuacji – aby trwać na tym świecie dalej – jedynym wyjściem była ucieczka w obłęd lub… zrewidowanie i wyczyszczenie swego wnętrza, przewrócenie z dołu do góry własnych wyobrażeń o rzeczywistości, „przewartościowanie wszystkich wartości” czy też raczej: ponowne nadanie wartości i sensu temu wszystkiemu, co mogło mieć jakąś wartość i sens.
Wybrałem to drugie.
W ten oto sposób znalazłem się niejako w drugim stadium mojego stosunku do poetów przeklętych – właśnie w fazie krytyki i rozprawy z ich mitem. Zacząłem patrzeć na ich życie z zupełnie innej perspektywy, dostrzegać to, czego wcześniej nie widziałem, przyjmować do wiadomości to, o czym poprzednio nie chciałem słyszeć, zdawać sobie sprawę z tego, co do tej pory odrzucałem…

Bardzo żałuję, że gdzieś po drodze przepadły dwa moje artykuły o Jimie Morrisonie, z których pierwszy był niczym innym jak hołdem składanym idolowi niepokornej buntowniczości, bogowi rocka i hedonizmu, bezkompromisowemu artyście; drugi zaś – dość bezpardonową rozprawą z kultem kogoś, kto w rzeczywistości zachowywał się jak megaloman, bufon i pozer, kto zmarnował swoje życie w pijackich, seksualnych i narkotycznych orgiach, wydzielając przy tym z siebie jakąś bełkotliwą pseudo-poezję. (A jednak pierwszy się odnalazł i przeczytać go można teraz TUTAJ. Przyp. LA)
Artykuł o „Całkowitym zaćmieniu” pisany był właśnie gdzieś u schyłku tej drugiej fazy, po niej powoli dojrzewała faza trzecia, którą pokrótce nazwać mogę fazą akceptacji, zrozumienia, może nawet… przebaczenia; albo też porą względnego spokoju po burzy, kiedy można sobie już pozwolić na pewien dystans, akceptację, dojrzałość – na pełniejsze ogarnięcie życiowego spectrum. Towarzyszy temu poczucie opanowania pewnych żywiołów, uzyskanie kontroli nad własnym życiem, satysfakcja nie tylko z przetrwania, ale i spełnienia, możliwości kosztowania tego, co jest dobre w życiu i na świecie. (Wspomnę tylko, że do tej ostatniej fazy zaliczyć np. można np. mój poprzedni tekst pt. „Błazny i demony”.)

* * *
Być może powinienem się powstrzymać od tak osobistego tonu i podobnych wynurzeń, które w jakiś sposób mogą zostawić swego rodzaju piętno na ich autorze, ale jednak zdecydowałem się to opublikować, bo właściwie… czegóż się mogę obawiać? Tych, którzy to przeczytają? Tego, że zepsuję swój własny image? Bez przesady. (…) Niektórzy z Was odbiorą to wszystko bardziej przychylnie, inni zaś nieco mniej, albo zgoła obojętnie. I w zasadzie w każdym przypadku będzie to OK.
Niemniej jednak, wydaje mi się że dzięki temu ekshibicjonistycznemu odruchowi, to, co napisałem o poetach przeklętych nabiera (pod pewnym względem) większej wagi i wiarygodności.

Miałem to szczęście, że mimo tych personalnych ewolucji, nie poddałem się zbyt gwałtownej konwersji z grzesznika w świętego, co przecież się zdarza (toutes proportions gardées: Św. Augustyn był za młodu kobieciarzem, Św. Franciszek nie unikającym zmysłowych uciech dandysem…etc.), bo mogłoby się to skończyć jakąś formą fanatycznej ucieczki w religię (lub inną ideologię), tudzież zamknięciem się i ograniczeniem wolności samemu sobie, czy też popadnięciem w moralizatorstwo, którego przecież nadal szczerze nie cierpię. Zamiast tego czuję się swobodnie światopoglądowo, tylko w sobie szukając odpowiedzi na związane z naszą condition humaine pytania.

Nie pałam niechęcią do poètes maudits; do tych odmieńców, innych, obcych, szalonych, wykolejonych, przeklętych, wyobcowanych. Wprost przeciwnie. Została mi w duszy iskra pewnej dla nich… tkliwości. Także wyrozumiałości, ale również  i współczucia (choć mam świadomość tego, że akurat o to ostatnie wielu z nich by się nie prosiło). Bronię się też przed cynizmem, a nawet sarkazmem, który często zatruwa czyjąś zawiedzioną miłość do świata.
A jednak czuję, że nadal, gdzieś tam na dnie, głęboko, w najgłębszych zakamarkach wnętrza czai się coś, co uwiera… coś, co można nazwać jądrem ciemności, niepokojącym tchnieniem mroźnego wiatru.

Tamaryszek w jednym ze swoich ostatnich postów napisała, interpretując Zagajewskiego: „Poezja jest radością, pod którą kryje się rozpacz. A pod rozpaczą znowu jest radość.”
Mógłbym to chyba uogólnić, poezję zastępując życiem: „Życie jest radością, pod którą kryje się rozpacz. A pod rozpaczą znowu jest radość.”
I kto wie? Być może właśnie dzięki tej rozpaczy, która kryje się pod radością można tę radość pełniej i intensywniej przeżyć? Podobnie jest z pięknem: ceni się go tym bardziej, im bardziej agresywna jest ta warstwa brzydoty, która wyziera z różnych zakamarków świata i życia. Być może również to nasze „jądro ciemności” rozjaśni kiedyś blask odradzających się słońc?

*  *  *

Jim Morrison: „Interesuje mnie wszystko co dotyczy rewolucji, zaburzenia, nieporządku, chaosu – szczególnie ten rodzaj aktywności, który wydaje się nie mieć żadnego znaczenia. To wydaje mi się być drogą do wolności…”

*

TEN NIEZNOŚNY KUNDERA

pasekszary

Różne myśli przelatywały mi przez głowę kiedy czytałem „Nieznośną lekkość bytu” Kundery.
Nie wyobrażam sobie zachwytu nad tą książką nie tylko dlatego, że jest bezbrzeżnie smutna (gdybym napisał smętna, to byłaby to już chyba jej dyskredytacja, a tego robić nie chcę, bo jednak ta literatura ma swoją niewątpliwą wartość… jak wszystko co dotyczy autentycznego ludzkiego doświadczenia – a za takie uważam refleksje, odczucia i emocje Kundery, które przyczyniły się do powstania tej książki).


kundera.wlZwróciłem uwagę na jego prozę bynajmniej nie dlatego, że kiedyś była wielka moda na Kunderę, a sama „Nieznośna lekkość bytu” została sfilmowana (i to całkiem nieźle), a nawet stała się czymś w rodzaju powieści kultowej.
Otóż w jednej z polskich księgarń przeczytałem parę jej ustępów i … zaintrygowały mnie one – zwłaszcza te owiane erotyczną atmosferą, z której wyzierała jakaś fatalistyczna melancholia męskiego pożądania związana z przemijalnością wszystkich rzeczy i uczuć.

Kundera kilkakrotnie zastrzega się, by jego bohaterów nie utożsamiać z nim samym. Dzieje się to zwłaszcza w momentach, kiedy te postacie robią jakieś świństwo. Ja mu jednak nie wierzę – Tomasz (główny bohater „Lekkości” ) to – jednak, mimo wszystko – on. (Swego czasu Gustaw Flaubert wydał wszystkich pisarzy stwierdzeniem „Pani Bovary to ja” ).
Pisarz oczywiście nie musi postępować w swoim życiu jak postacie, które wymyśla, czy opisywać swoje własne postępki i doświadczenia, ale jego twórczość jest odbiciem jego własnej wizji świata i stosunku do elementarnych doświadczeń człowieka, takich jak miłość, agresja, ból, seks, nienawiść, śmierć… (Zresztą żaden człowiek nie może przed tym uciec – bo oznaczałoby próbę ucieczki od samego siebie – od swojego charakteru, temperamentu… od samej osobowości i tożsamości wreszcie… A jest to niemożliwe bez utraty własnego człowieczeństwa, bowiem jedyną taką ucieczką jest ucieczka w obłęd.)¹

Tak więc „Nieznośna lekkość bytu” wypełniona jest po brzegi Kunderą; innymi słowy – bohaterowie tej książki sa skazani na życie w świecie, który jest światem samego pisarza. Myśląc o tym, o wiele łatwiej było mi strawić ów fatalizm i beznadzieję, jaka mnie w tej książce uderzyła.
Kundera nie wierzy np. w spełnioną miłość – ja wierzę; Kundera nie wierzy w szlachetność, dobro, wierność… ja mimo wszystko w to wierzę (chociaż sam nie uważam się za jakiegoś szczególnie szlachetnego, dobrego i wiernego człowieka); Kundera nie wyraża zgody na byt – ja byt zaakceptowałem; Kundera dał się usunąć w cień melancholii i smutku – ja uważam za wspaniałe to, że człowiek dysponuje czymś takim jak żart, humor, ironia a nawet kpina, bo bez tego życie byłoby nie do zniesienia. (Ile w tym wszystkim mojej naiwności, a ile nadziei?)
Dlatego też zbytnio się nie przejąłem tym, co napisał Kundera – od pewnego momentu lektury nabrałem bowiem do niej dystansu, który właśnie owo przejęcie mocno redukuje.

Jednakże czasu poświęconego tej książce nie uważam za czas stracony. Pewne jej fragmenty uznałbym wręcz za wizjonerskie. Nie brak też w „Nieznośnej lekkości bytu” aforyzmu, erudycji, błyskotliwości…  To proza intrygująca – miejscami wręcz pasjonująca a także zmuszająca do refleksji. Napięcie jakie emanuje czasem z niektórych jej stronic jest wprost nieznośne.
No i jest jeszcze seksualizm, a raczej erotyzm, który obok zwątpienia w akceptację bytu (czyli innymi słowy – w życie), widzę jako rdzeń całej tej powieści.
Ale to już inna para kaloszy – temat szeroki, niczym rzeka naszych mniej lub bardziej mrocznych przedmiotów pożądania….

*  *  *

Przypis

¹Na ile bohaterowie literaccy mogą być utożsamiani z autorem, który tę literaturę tworzy? Oto pytanie, które mnie czasami nurtuje. Jest oczywiste, że oświadczenia Flauberta, iż sam jest panią Bovary, nie należy brać dosłownie – jest to bowiem bardziej parabola wskazująca na to, że Pani Bovary zrodziła się w nim samym – w jego głowie, sercu, wyobraźni… stając się niejako bardziej częścią samego pisarza, niż nim samym. W rzeczywistości, mylenie literackiego podmiotu z przedmiotem jest pewną (nad)interpretacyjną naiwnością, zbyt daleko idącym uproszczeniem, a czasem nawet niesprawiedliwością, jaką się wyrządza autorowi, posądzając go o bezeceństwa, których dopuszczają się wykreowani przez niego bohaterowie. Czyż można np. oskarżać Nabokova o pedofilię tylko dlatego że stworzył najbardziej kompleksową powieść świata o lolityzmie? Czy można osądzać Dostojewskiego i przypisywać mu jakieś mordercze instynkty tylko dlatego, że stworzył jedno z najbardziej przejmujących studiów mordu, ukazując wstrząsającą anatomię zabójstwa w swoich „Braciach Karamazow” czy „Zbrodni i karze” ? Oczywiście, że nie! Ale na rzeczy już będzie rozliczanie autora ze sposobu, w jaki widzi świat; z barw, jakimi go maluje; z sądów, jakim on poddaje ludzi; z pesymizmu, jaki sączy w czytelnika (lub z optymizmu, którym czytelnika podnosi na duchu)… Bo tym wszystkim właśnie jest on naprawdę.

*pasekszary