KOSMOPOLAK – ZAWIEDZIONY KOCHANEK EUROPY (Andrzej Bobkowski, „Szkice piórkiem”)

Bobkowski od dłuższego czasu leżał na moim biurku. Wracałem do niego raz po raz. Aż pewnego razu porwała mnie jego szalona i pełna życia jazda rowerem po południowej Francji, Lazurowym Wybrzeżu i alpejskich górach, która miała miejsce dokładnie w czasie, kiedy na całej Europie kładł się cień hitleryzmu i ludzi zaczęło ogarniać szaleństwo – ale raczej nie będące już afirmacją życia, a wręcz przeciwnie: siejące śmierć i zniszczenie.
Kiedy jednak Bobkowski dotarł do Paryża, miałem wrażenie, że z tych jego notatek uleciała para, finezja, ruch i bravado jazdy niemalże bez trzymanki. Lecz nie trwało to długo. Kiedy wyjechałem poza moje Wielkie Miasto (nota bene w miejsce niezbyt odległe od tego, w którym Bobkowski dokonał żywota), tam w ukropie tropiku i blisko dżungli chowałem się przed słońcem właśnie ze „Szkicami piórkiem” Bobkowskiego, który stał mi się towarzyszem na kilka długich dni. I wówczas jego zapiski znów nabrały tempa… może nie tyle karkołomnego, co… łamiącego głowę, a już na pewno pobudzającego mózg do ogarnięcia myśli oryginalnej, jeśli nie skrajnie indywidualistycznej.

A teraz próbuję od tego wszystkiego ochłonąć i uporządkować sobie w rozpalonej głowie to, czym obdarzył mnie i zainfekował ten „chuligan wolności”, jakim był bez wątpienia Andrzej Bobkowski – wielki nieobecny polskiej literatury.

Andrzej Bobkowski: „od Europy mnie odrzuciło”

*

CUDOWNE DZIECKO ROWERU (I PIÓRKA)

Pomysł, aby wielotygodniową rowerową eskapadę po Francji urządzić sobie akurat w czasie, gdy Niemcy zajmowały ten kraj i zaczęły praktycznie zagrażać nie tylko Europie, ale i całemu światu, wydawał się wariacki, ale w wykonaniu Bobkowskiego okazał się być genialny. Bowiem, dzięki temu, Bobkowski nie tylko przeżył najpiękniejsze dni swojego życia, ale zdołał stworzyć świetną literaturę, która mogłaby nigdy nie wydobyć się na powierzchnię, gdyby nie owe napięcia, doping i sprzężenia, jakie dostarczył pisarzowi ten właśnie czas, kiedy to kultura europejska stawała dęba.

Bobkowski, pisząc swoje „Szkice piórkiem” nie miał jeszcze trzydziestki (choć niejednokrotnie dał wyraz swojemu poczuciu dojrzałości, traktując np. dwudziestolatków jak „dzieciaki”), gdy więc pędził rowerem po francuskich drogach rozpierała go młodość, buzowały w nim hormony ale i nawiedzały myśli inteligenta – człowieka świadomego tego, iż oto rozwala się stary porządek, dziedzictwo kulturowe staje się śmiechu warte i wraz z jurnymi wojownikami germańskimi nadchodzi jedna wielka cywilizacyjna niewiadoma. To wszystko jednak nie mieściło mu się głowie (a komuż się wówczas mieściło?), szlag go trafiał na widok poddającej się bez walki Francji, więc pewnie dlatego kręcąc zawzięcie pedałami, zjeżdżając na „łeb na szyję” po stromych i wijących się górskich drogach, łapał w płuca powietrze oddychając swoją wolnością i upajając się chwilą, która pozwalała mu smakować życie w stanie czystym i niewyrafinowanym.

I jak to dobrze, że ten młody człowiek naczytał się wcześniej książek, a teraz wykorzystywał swoją wrażliwość na słowo pisane, tworząc np. coś takiego: „Obudziło mnie słońce. Weszło przez szpary w deskach i przekroiło mój pokoik na kilkanaście części. Wstałem, narąbałem drzewa i zagotowałem kawy. Potem wypakowałem swoje skarby i  umeblowałem się. Cieszę się każdym głupstwem, każdym rondelkiem, puszką, nożykiem. Układam starannie, a na widok aluminiowego talerzyka z cytryną, pomidorami i jajkami na tle kraciastej serwetki popadłem w zachwyt. Położyłem na to nożyk – nabrało życia i sensu. A gdy postawiłem obok tego małą solniczkę z zielonym czubkiem i kromkę chleba, stwierdziłem, że to już prawie przeżycie. Miałem ochotę malować. I to koniecznie tak, jak Cézanne.”

Andrzej Bobkowski – chuligan wolności na rowerze

Zastanawiam się teraz nad fenomenem prozy Bobkowskiego, zwłaszcza tej opisującej jazdę rowerem po południowej Francji i Alpach. Młodość – to raz. Kultura literacka, oczytanie – to dwa. Atletyzm i wigor – to trzy. Cézannowskie wyczucie rzeczywistości (to kubistyczne wręcz, twarde i substancjalne uchwycenie przedmiotów, zmysłowe „lepienie się” się do rzeczy, hiper-wyczulenie zwłaszcza na smak) – to cztery. Spostrzegawczość i gonitwa myśli – to pięć. Można tak chyba dalej, bo pisanie Bobkowskiego ma w sobie anarchistyczne bogactwo i niczym nieskrępowaną ekspresję. I oprócz hedonistycznej wrażliwości na zmysły – wielką umysłową sprawność.

Lecz tym co najbardziej porywa w tych zapiskach, jest zaraźliwy zew przygody – któż z nas nie chciałby, napędzany tylko wiatrem i własną energią, przeżyć takiej jazdy przez kraj pełen słońca, fig, oliwek, konfitur i wina… ; przez krainy i miejscowości o takich nazwach, jak Lazurowe Wybrzeże, Cannes, Monte Carlo, Nicea, Alpy… czy wreszcie po samym Paryżu? Mieć wszystko to, co do (prze)życia potrzebne w plecaku, rozbijać namiot na plaży, pod skałą lub na polance w lesie, spotykać życzliwych ludzi, zajadać się pysznościami z konserw i słoików, pływać do upojnego zmęczenia w morzu, patrzeć na gwiazdy i księżyc… – jednym słowem, doświadczyć w sobie prawdziwej radości życia, tej nagiej egzystencji nie zmąconej żadnym kulturowym smętkiem (choć tego ostatniego Bobkowski nigdy nie zdoła się pozbyć – i może dlatego życie krwiste i kościste, dotykalne i zmysłowe, staje się dzięki temu kontrastowi i zestawieniu pełne, choć nieco drapieżne?)

Szukam fragmentu, który mógłby oddać ów kinetyczno-duchowy „szwung” Bobkowskiego, który napędzał go w jeździe na rowerze oraz przy pisaniu kolejnych kartek z dziennika; jak również samą jazdę, kiedy Bobkowski ze swoim towarzyszem podróży Tadziem kładli się na swoich „wyścigowych kierownicach” wygodnie, „rozparci szeroko i pewnie”; oraz picie i smakowanie życia, nie tylko w drodze, ale i podczas postojów – po podróżnym wysiłku jazdy. Jest tego sporo. Może więc takie, pierwsze lepsze, z brzegu:
„Potem zjazd w dół – cudowny zjazd serpentynami wśród lasu. Przy dużej ilości serpentyn jest to po prostu tańcem na rozpędzonej maszynie. (…) Dojeżdżamy tak prawie aż nad wodę, na sam koniec cypla skalnego i zawracamy w lewo. Wpadamy znów w półmrok leśny. (…) Po chwili wylatujemy z lasu jak dwa pociski z lufy i wjeżdżamy na prosty kawałek drogi. Z lewej strony niewielka zatoka, z prawej jakaś wyspa z zameczkiem i cyprysami. Böcklin w świetle słońca. Koloryt wody jest zupełnie bajkowy: szafir, plamy seledynowe i jasnoniebieskie pasma posypane białymi grzywkami fal. Rozpętanie barw, zupełny obłęd.”(…)
„Tak przyjemnie być młodym i móc bezkarnie męczyć się dla przyjemności, męczyć się bez celu, dla radości życia.”
I jeszcze:
„W południe zatrzymujemy się nad rzeką, kąpiemy się i jemy. Słońce grzeje, wzrok gubi się w szczytach. Ogarnia mnie to typowe górskie lenistwo. Można leżeć godzinami, patrzeć, gryźć czekoladę z rodzynkami, palić. Można przestać być człowiekiem i stać się jakąś tak istotą jednokomórkową, amebą lub planktonem.” (…)
„Zapadła noc, na niebo wyszedł jasny księżyc. Jest zupełnie widno, cisza, lekki plusk morza. Rozkładamy koc na piasku, z małej walizeczki Tadzia robimy stół i jemy. Tej kolacji chyba nigdy nie zapomnę. Noc ciepła i jasna, srebrzysto-popielaty piasek i staniolowe morze. Apetyt. Nieopisana rozkosz, bezmyślna i zdrowa. Piękno nie porusza tu żadnych wspomnień, nie kojarzy się z niczym – ani z muzyką, ani z poezją. Jest pięknem, które się je tak samo, jak te sadzone jajka ze szpinakiem z puszki i zapija szklanką czerwonego wina. (…) Tutaj piękno jest; jest na talerzu, jest tak uchwytne, że jem jajka, szpinak, księżyc, morze, sałatkę z pomidorów, fasolę i oblizuję się.(…) Objedliśmy się nieludzko. potem papieros na leżąco, błądzenie wzrokiem po rozgwieżdżonym niebie i chwile nieopisanego szczęścia. Jakieś zwierzęce zadowolenia z życia. Dziś tu, jutro gdzie indziej, słoneczne dni i gwiaździste noce.”

FRANCJA JAK PIĘKNA DZIWKA

Bobkowski Francję kochał, później ją nienawidził, potem znów wyznawał jej miłość, by następnie wyzwać ją od dziwek… I tak z tą miłością było już przez cały czas okupacji. Podobna zmienność zawsze jest udziałem kochanków namiętnych, ale i przenikliwych, których zauroczenie obiektem miłości nie pozbawia wobec niego krytycyzmu. Co może wyglądać na niezrównoważenie, ale przede wszystkim świadczy o temperamencie, inteligencji i braku letniości.

Bobkowski w Paryżu

Bobkowski Francję analizował, rozbierał na czynniki pierwsze, odkrywał wszystkie jej powaby, dawał nura w jej ciepłe i nęcące wnętrze… A kiedy nie spełniła jego oczekiwań i nie sprostała jego wyobrażeniom, potrafił się na nią wściekać i być wobec niej wprost okrutny. Coś zaczęło się psuć, kiedy jeszcze w Paryżu zobaczył jej uległość wobec nachodzących ją Germanów. A do wybuchu doszło w Tulonie, gdzie Bobkowski zobaczył francuskie łodzie podwodne i marynarzy z czerwonymi pomponami czekających w bistrach na przejęcie tego wszystkiego przez Niemców („…przecież oni tutaj poddali się na pewno korespondencyjnie, listownie, albo telegraficznie. Ci marynarze nie mają nerwów, serca  i nawet rozumu.”). Młody i mimo wszystko nadal zakochany Bobkowski tego nie zdzierżył: „Tu widzę Francję nagą, leżącą w Tulonie, jak dziwka. Czeka i uśmiecha się z rezygnacją, rozchyla nogi… Zdradza mnie. Pot cieknie mi po policzkach, szepczę jakieś słowa.” Wtóruje mu jego kumpel Tadziu: „… widzisz jak się poustawiali? A na co oni czekają? Na opakowanie. Żeby Niemcom w zębach przynieść. Tu się ucz, że Westerplatte i Warszawa to dobre, ale do fotografii. A oni tymczasem raz flaczki, raz ziemniaczki, raz kuperek  z kaczki… Szkoda każdego słowa.”

Bobkowski cały czas zastanawia się, dlaczego tak się stało? Wydawać by się mogło, że trywializuje, porównując kraj o tak bogatej kulturze i tradycji – który był dla świata wzorem, stanowiąc jego duchową, rewolucyjną, humanistyczną, intelektualną awangardę – do jakiejś sprzedajnej dziewki, która się rozkłada przed byle osiłkiem. Ale nie. Bobkowski widzi wielkość dawnej Francji, (ale też dostrzega przy tym jej słabości i marność), nadal mu ona imponuje, ale zaczyna nią pogardzać… i te kontradykcje tylko z czasem się potęgują. Innymi słowy, jego spojrzenie ogarnia całą złożoność sytuacji w jakiej znalazła się zmurszała już mocno kultura europejska, (której niejako sztandarową forpocztą była od paru wieków Francja) skonfrontowana z prężnym, witalnym, silnym i zaborczym faszyzmem.
Co ciekawe, to co wydaje się być teraz słabością Francji – przywiązanie do konwenansu i formy, nieprzemakalność na biurokrację, akrobatyczna zdolność omijania prawa, nonszalancja w traktowaniu „obcego”, uprawa swojego ogródka bez względu na to co się dzieje wokół; „świętość” i świetność wina, erosa, bagietki i sera; obwinianie wszystkich tylko nie siebie, uległość przed agresorem, operetkowość kolaborantów i groteska rządu Vichy (Pétain to „taki piernikowaty Stalinek a la française) … – paradoksalnie, to wszystko i wiele innych specyficznych cech tego kraju, staje się siłą, dzięki której Francuzi będą mogli przetrwać ten upokarzający ich czas, i to w miarę nienaruszonym stanie.

Oddajmy jednak głos Bobkowskiemu: „Francja jest przede wszystkim krajem złudzeń optycznych. (…) Ona ślepnie, k… się, jeszcze pełna uroków i subtelności. Jak starsza dama pachnąca paczulą, strojna, dowcipna, i wolteriańska, roztacza swe uroku spoglądając spoglądając z pobłażliwością na szaleństwa młodych. Może ma rację?”
„Francja łudzi, odmawia mechanicznie jakiś różaniec, jakiejś wolności i jakichś sloganów przeżartych przez mole, odnawia antyki i ślepnie.”
„Francuz jest jak ślimak. Urażony w najczulszy koniec swego rożka posłannictwa, chowa go, kurczy  się i zamyka w skorupie d’une indifférence aimable (grzecznej obojętności). Ale na pierwszy odgłos Vive la France!, gotów jest wyskoczyć nie tylko ze skorupki, ale i z własnej skóry.”
„Paryż i francuska myśl mają w sobie coś z szampana, brzoskwiń, burgunda, sardynek, serów. Soczyste, podniecające, łatwostrawne, pikantne, pełne smaki, lekkie. I życiowe. Nie lubią nadludzi i nadmyśli. (…) Może ich postępowanie w tej wojnie jest tylko ludzkie, życiowe i praktyczne? Praktyczne na pewno. Najlepszy dowód, że idę teraz spokojnie z teatru i że mogę myśleć o tych rzeczach. Są bez honoru! To teraz. Bo może w końcu wyjdą z honorem, a jeżeli nie – to i tak świat gotów im to wybaczyć i zapomnieć. Czegóż nie przebacza się pięknej kobiecie?”

PŁONĄCY BURDEL W CZASIE POWODZI

Prawdę mówiąc, Bobkowski czuł się zawiedzionym kochankiem nie tylko Francji, ale i całej Europy, która mimo całej swej „wspaniałości” kulturowej puściła kantem człowieka „z krwi i kości”, wynosząc ponad niego ideologię – czyli w gruncie rzeczy idąc w abstrakcję niewolącą ludzi, odbierającą im podstawowe prawa, zaprzęgającą w jarzmo służby nowo zrodzonej bestii, jaką było państwo totalitarne, posyłające miliony istnień ludzkich na przemiał historii. To co pisze Bobkowski o faszyzmie, komunizmie i ogólnie – o totalitaryzmie, który pożarł europejską wolność, jest niesłychanie przenikliwe i aż wierzyć się nie chce, że pisane było w czasie, kiedy giganci intelektu i wielcy mędrcy Zachodu nadal uważali komunizm za awangardę ludzkości, ukąszeni – jak pisał Miłosz – przez Hegla z tą jego wizją człowieka muszącego podporządkować się Historii i POSTĘPOWI w dążeniu do coraz doskonalszego systemu. Co ciekawe, już wtedy Bobkowski zwraca uwagę, że państwo hitlerowskie jest państwem na wskroś nowoczesnym, mimo odwoływania się do pierwotnych sił Narodu i germańskich mitów.

Bobkowski: „Polska usiadła nam na mózgu i paraliżuje myślenie. Zamiast być ‚homo sapiens’, należymy do rasy ‚homo polacus”, do rasy ogłupionej ojczyzną, do kretynów chorobliwego patriotyzmu i nacjonalizmu.”

Bobkowski Rosji nie znosił (do czego otwarcie się w „Szkicach” przyznaje), ale naprawdę przerażało go to, co stało się z kulturą niemiecką – do czego w końcu dotarł ten kraj poetów, filozofów, artystów i muzyków, podporządkowując już wówczas sobie pół Europy, która wprawdzie ich nienawidzi, ale patrzy na nich jak na panów i przyszłych władców, którzy dyscyplinę, twardość i porządek przeciwstawili „zgniliźnie, zdezorganizowaniu i niedołężności” wolnego, liberalnego świata (jaki reprezentowała choćby Francja). To w sumie niesłychane, że dokonali tego ci, którzy praktycznie wolności się wyrzekli: „Widzę dziś zupełnie jasno, że świat nie mógł pobić Niemców, bo po prostu był tym innym, starym światem WOLNOŚCI. Świat wolności, praw wolności nie mógł się oprzeć dobrze zorganizowanemu niewolnikowi.” Bobkowski, myśląc o tym, kuli się w sobie, bo nagle „z przerażającą jasnością” dostrzega, że Niemcy „wywracają wszystkie pojęcia, wszystkie wartości” niszcząc ludzi bardziej nawet wewnątrz niż na zewnątrz. I przypomina sobie swoją korepetytorkę Niemieckiego Dorę Vogel, która karmiła go tą kulturą z „całą nieszczęśliwą miłością Żydówki do Niemców”. I czuje się teraz jak zatruty niemiecką myślą, jej podstępną „histerią”, nadwartościami, walką klas, heglizmem: „Niemcy stworzyli ten język, mętny, okropny, w którym nigdy nie wiadomo, co naprawdę oznacza słowo ‚Kultur’. Czy chodzi im o mieszkanie z łazienką, o Goethego, czy może w końcu o ‚Marsch’, marsch'”.

„Szkice piórkiem” pełne są ambiwalencji. Wygląda na to, że ma ona kilka przyczyn. Główną jest chyba temperament Bobkowskiego, który czuje się nie tylko zdradzony przez kulturę europejską, ale i sfrustrowany własną niemożnością znalezienia sobie w tym wszystkim miejsca. Znajduje się więc on jakby między młotem a kowadłem, chciałby się uwolnić od tego całego balastu kulturalnej „nadbudowy”, która jak by nie było go uformowała, więc jednocześnie jest w niej zanurzony po same uszy. Nadal jest przywiązany do czegoś, co budzi w nim nie tylko niechęć, ale i wstręt. Tu się zastanawiam, czy można mówić tu o wstręcie, czy może tylko o chwilowej, gwałtownej niechęci Bobkowskiego do… własnego kraju? Jak bowiem nazwać uczucie dyktujące mu napisanie takich (być może szokujących dla niektórych) słów?:
„Nam się zawsze wydaje, że w polityce popłaca lojalność. Bzdura. Teraz widzę, że gdybyśmy poszli od początku razem z Niemcami, mielibyśmy dziś o wiele silniejszą pozycję niż jako lojalni sprzymierzeńcy. Nawet wobec Rosjan. Gdyby dziś przyszedł do mnie ktoś z propozycją wstąpienia do jakiejś organizacji podziemnej, posłałbym go do wszystkich diabłów. Bo o co na ten przykład? O Polskę? O Polskę, o której nie my będziemy stanowić? Mamy skłonność do przykładania do wszystkiego miarki ‚przyzwoitości’, lojalności itp., a nie zwykłych miarek handlowych. Gdy myślę o tym, dochodzę nieraz do bluźnierczych zupełnie konkluzji. Polska usiadła nam na mózgu i paraliżuje myślenie. Zamiast być ‚homo sapiens’, należymy do rasy ‚homo polacus”, do rasy ogłupionej ojczyzną, do kretynów chorobliwego patriotyzmu i nacjonalizmu”.
Dziś podobne słowa niewiele kosztują, słyszy się je na porządku dziennym, ale zwróćmy uwagę, że wypowiedziane one zostały w czasach, kiedy otwarte głoszenie takich poglądów spowodowałoby automatyczną anatemę nałożoną na ich autora i jego wykluczenie z wszelkich liczących się polskich środowisk z ich zadeklarowanym wówczas patriotyzmem.
Takie i podobne wypowiedzi mogą też świadczyć o zupełnym momentami skołowaceniu głowy Bobkowskiego, o czym zresztą on sam pisze: „Zatraciłem zupełnie rozsądek. To dlatego, że ilekroć otworzę radio i słucham gadania zza kanału (chodzi o Anglię – przyp. LA), to zamiast ordynarnego i gruboskórnego kłamstwa z tej strony, słyszę stamtąd bujanie. I jakie szlachetne, i jakie piękne i pełne PRAWDY… Porzygać się można. I ci, i tamci robią to samo. Dążą do zabicia myśli. Bo tylko z bandą baranów można zrobić, co się chce.”

Najgorsze dla Bobkowskiego jest to, iż oto cała Europa stała się – jak sam to określa – „płonącym burdelem” i to „w czasie powodzi”. Znikąd nie widać ratunku. I nie można nawet ogarnąć myślą tego, co się stało. Człowiek oniemiał i nic nie rozumie – jest bezbronny i bezsilny: „Jak straszliwie wszyscy stępieliśmy. (…) włosy stają dęba na głowie. Przecież nigdy, w całej historii świata, nie doszło do takiego podeptania elementarnych zasad prawa, do takiego zabicia wszystkiego, co ma jakikolwiek związek ze sprawiedliwością i z humanitaryzmem, z człowiekiem i jego duchem. Czym stał się świat? (…) ‚Do czego doszliśmy’ – w tym pytaniu zawiera się właściwie cała nasza epoka, a w tych trzech słowach kryje się cały ogrom tragizmu naszych czasów. Ci, co nie potrafią myśleć czują, że stało się coś dziwnego, niezrozumiałego i potwornego. Odczuwa się to, co odczuwa więzień, któremu obiecano wolność, a którego sprowadza się do coraz niższych i ciemniejszych cel: gorycz rozczarowania, zdziwienie, strach i w końcu tępa rezygnację. (…) Ustroje polityczne i ekonomiczne zrobiły z całego świata jeden wielki kryminał. (…) Czymże są te wszystkie nowoczesne ustroje, nowoczesne myśli i założenia, współczesne poglądy na życie człowieka i jego zadania? Są po prostu jednym wielkim i powszechnym zaprzeczeniem człowieka. (…) Nowoczesne państwo stało się molochem zżerającym ludzi milionami, tworem żądającym nieustannych ofiar i niewolnictwa, w którym człowiek jako jednostka reprezentująca pewną myśl i ducha jest przekreślona, zdeptana, zniweczona. (…) Na polach walk giną ludzie, na całym świecie ginie człowiek zamieniając się w bydlę wyprane z wszystkiego i myślące coraz bardziej o tym czym zapchać żołądek, i co zrobić aby przeżyć o dzień dłużej niż inny okaz z tego stada pędzonego batem i szturchanego w plecy lufą karabinu. To pozostawi ślad, spodli na lata. Bo na to, by z bydlęcia, jakim jest człowiek, zrobić człowieka – trzeba lat. By zrobić z niego jeszcze większe bydle, wystarczy chwila. (…) Z zadowoleniem i największą rozkoszą mówi się o śmierci tysięcy ludzi i nikomu nie przychodzi na myśl, że to też są ludzie. Nawet mnie… Cała Europa okupowana siedzi w cyrku i patrzy z zimną krwią na tę straszliwą areną. I nie zdaje sobie sprawy, że jakimś szatańskim zrządzeniem losu, piekielnym paradoksem jest fakt, że jednocześnie ogląda jakby swój pogrzeb. (…) „Jest to jakiś ocean gnoju, zraszany perfumami, w którym kąpie się wielki dom obłąkanych, jakim jest tzw. ludzkość.”

Jest to więc nie tylko cywilizacyjne bankructwo Europy. Jest to jej zejście na psy, upodobnienie do burdelu, do oceanu gnoju i obłędu. Czy może więc dziwić to, że Bobkowski, uświadomiwszy sobie to wszystko, będzie chciał uciekać od Europy jak najdalej – najlepiej tam, gdzie pieprz rośnie?
Cywilizacja europejska zabrnęła w ślepy zaułek, z którego nie było widać drogi wyjścia. Najbardziej otępiali i zadziwieni byli ci, którzy najbardziej tą cywilizacją przesiąkli; ci, którym wszczepiła ona swoje „tabu” i nowe dogmaty – w tym sceptycyzm wobec wszystkiego, co budziło dotychczas w ludziach wiarę, a który zamiast wyzwolenia przyniósł ludziom nowe zniewolenie w postaci fanatycznego zawierzenia w „dogmat” nauki, postępu, „liczby i materii”.

*

Andrzej Bobkowski w Europie „oglądającej swój pogrzeb”

*

TONĄCY OKRĘT, WYZWOLENIE  CZY FARSA?

Bobkowski przerywa swoje zapiski w lutym 1944 roku (wkrótce po wyjściu ze szpitala), i ponawia pisanie w czerwcu tego roku: „Znowu nie pisałem przez kilka miesięcy. Bo po co? Teraz już piszę tylko z obowiązku kronikarskiego, jak do końca się pisze dziennik na tonącym okręcie.”
Czy to nie dziwne stwierdzenie? Wojna zbliża się ku końcowi, alianci u bram, Paryż i cała Francja wkrótce zostaną wyzwolone, Niemcy przepędzeni, a Bobkowski bąka coś o „tonącym okręcie”? Więc kiedy Niemcy panoszyli się w Europie to okręt pływał, a teraz, gdy nadciągają Anglicy i Amerykanie to Tytanik idzie na dno? (Bo przecież nie chodzi tu chyba o Sowietów, którzy pewnie wezmą sobie tylko jakiś mały kawałek europejskiego ciastka.)
Jeszcze bardziej niewyraźnie robi się człowiekowi, gdy czyta taki oto fragment: „… następną tajną bronią Niemców ma być również bomba latająca, a raczej rakieta o znacznie zwiększonym zasięgu. Aż do Waszyngtonu. Przydałoby się, ale niestety, to chyba nieprawda.”

Jak to rozumieć? Czy Bobkowski czuje, jak zamyka się jakiś (mimo wszystko szczęśliwy) okres w jego życiu, a zaczyna jedna wielka niewiadoma, która może być wręcz katastrofą? Jeśli tak, to jaką: cywilizacyjną czy też raczej osobistą, czyli jego własną? Może to antycypacja jego ucieczki z Europy, która jednak – mimo niewątpliwej przegranej Niemców – w jego odczuciu zatonęła?

Póki co obserwuje zachowanie się Francuzów wobec zbliżającego się liberation i drwi sobie z ich nagłej zmiany frontu i wojowniczej pozy, z wybuchającego na tę okazję  patriotyzmu; szydzi z ich skłonności do bagatelizowania własnej kolaboracji z Niemcami: „Wspaniałe. Gdy dzisiaj w rozmowie z jednym Francuzem, mówiąc o obecnym okresie, wyraziłem nieśmiałą obawę, że cały ten okres może okazać się jednak plamą na historii Francji, odpowiedział mi zupełnie serio: ‚To nigdy nie będzie stanowić historii Francji – to będzie liczyć się do historii okupacji’. To, to, to, właśnie TO, a nie co innego, ich zgubi. Ślepną na grandę.”

Bobkowski jest wobec postawy Francuzów nie tylko sarkastyczny („Boże, jakże bezczelnie idzie im karta w tej grze. Od samego początku.”), ale i wręcz okrutny: „Po południu odgłosy strzelaniny ulicznej. Samochody niemieckie jadące ulicami strzelają na wszelki wypadek. Już nikt nie wychodzi na ulicę. (…) są „walki”. Paryż stara się naśladować Warszawę. (…) Wszystko to (wybory mera, radnych miejskich, organizacja „oporu”…) jest podniosłe, jak co najmniej jakiś wodewil Labiche’a. Mam ochotę ciągle się śmiać. Przychodzą inni młodzi – jeden na czterech ma jakiś damski pistolecik nie większy od puderniczki. Ale to nie szkodzi. Robili Rrrrewolucję, obalamy mera, aresztujemy kolaboracjonistów.” (…) „W mieście operetkowa strzelanina.” (…) „Dzięki obietnicy Niemców nieatakowania gmachów publicznych zajętych przez tymczasowe władze i obietnicy wycofania się z Paryża, pomiędzy ‚Résistance’ i Niemcami zostało zawarte zawieszenie broni. Wspaniałe. Postrzelali, nadmuchali Niemcom pająków do tyłka i po jednym dniu ugoda. I Niemcy i oni przestają pukać, ludzie wychodzą sobie na spacer i po herbacie. Spokojnie czeka się na łaskaw wkroczenie Amerykanów. Jak w bajce dla grzecznych dzieci. A kiedyś, kiedyś wszystko razem nazywać się będzie ‚bohaterskim zrzuceniem jarzma okupanta przez patriotów francuskich i lud Paryża’. Wygląda na to, że całe wydarzenie zaczęło się za wcześnie, że źle obliczyli czas myśląc, że Amerykanie wejdą już dzisiaj. Więc prędko zrobili zawieszenie broni.” (…) W gazetach wielkie tytuły: ‚Paris qunquiert sa liberté par les armes. Paris se libéré lui-même’ (‚Z bronią w ręku Paryż zdobywa wolność. Paryż sam się wyzwala.’) i w ogóle cała Francja uwalnia się sama przy skromnej zaledwie pomocy Aliantów. Za tydzień zupełnie przestanie się mówić o Amerykanach i Anglikach. Kogut – trudno o lepszy symbol tego narodu. Całe to bractwo rajcujące po bramach i w bistrach trzepie skrzydłami i pieje, potrząsa grzebieniem – i czeka na amerykańską czekoladę i konserwy. A gdy z daleka nadjeżdża motocykl niemiecki, w przeciągu trzech sekund ulica jest pusta, bramy zamykają się i przy dziurkach od klucza walka wręcz, by zobaczyć: Paryż ‚walczy’.”

Może ta zgryźliwość Bobkowskiego, natrząsającego się z „bohaterskich” wyzwalających się „samodzielnie” Paryżan, brała się także ze świadomości tego, co działo się w tym samym czasie (sierpień 1944 roku) w dalekiej  Warszawie? Tu właściwie operetka, tam prawdziwa tragedia; tu wkraczają alianci, tam zaraz za Wisłą czekają Sowieci, aż powstańcy się wykrwawią. Naturalnie, że Bobkowski się cieszy słysząc jankeskie czołgi, widząc zielone mundury, słysząc angielską mową… Łapie się nawet na tym, że sam do siebie krzyczy po polsku z „dzikim entuzjazmem”: „Oni żują gumę!'” I dodaje: „ta guma rozczuliła mnie zupełnie.”
Lecz te jego łzy radości mieszają się ze łzami smutku i rozpaczy: „Oni tu mogą być szczęśliwi, nam jeszcze nie wolno” – mówi do amerykańskiej dziewczyny, siedzącej za kierownicą ambulansu. Gorzka to radość.

*

Andrzej Bobkowski: „O ileż byłoby lepiej, gdyby ludzkość zachowała całą swą żarliwość dla kobiety i Boga” (na zdjęciu z żoną)

*

WOJNA I SPOKÓJ

W jednym ze swoich listów Bobkowski wspomniał, że myślał o nadaniu swoim zapiskom tytułu „Wojna i spokój”. Wydawać by się mogło, że stoi to w rażącej sprzeczności z tym, co przed chwilą napisałem o wściekłości diarysty patrzącego na Europę zamienioną w burdel, zalaną oceanem krwi i gnoju.  Jest to jednak sprzeczność pozorna,  przynajmniej w przypadku Bobkowskiego, który w sposób jedynie dla siebie właściwy potrafił niejako rozdzielić tę – nazwijmy ją – refleksję kulturalną, od swojego młodzieńczego witalizmu i atletycznej krzepy. Kiedy czytałem „Szkice piórkiem” niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że „intelektualizm” Bobkowskiego jest w jego osobowości jakimś obcym niemal wtrętem, dodatkiem, swoistym „kwiatkiem do kożucha” – że więcej prawdziwej esencji tego charakteru znaleźć można w jego mięśniach, hormonach, „sercu” i jądrach, niż w jego szarych komórkach i poskręcanych mózgowych zwojach. To już objawiło się z całą mocą w trakcie jego rowerowej eskapady po drogach południowej Francji, ale pozostało widoczne niemal na wszystkich kartach jego zapisków opisujących życie w okupowanym Paryżu. Wiele jest tam ustępów, w których Bobkowski wprost pisze o swoim poczuciu szczęścia, i trudno jest mu nie wierzyć.

Postarałem się odnaleźć niektóre z nich:
„Druga rocznica wybuchu tej wojny. Nie chce mi się uwierzyć. Udało się, jak dotąd, udało się przetrwać. Miałem dotąd szczęście. Wstyd mi, ale pomimo wszystko co nas do tej pory spotkało, jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak szczęśliwy jak przez te lata. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak dobrze. (…) Pochłania mnie życie, to wspaniałe soczyste życie, ten Paryż czasu wojny, każdy dzień.” (…) Przeżyłem tutaj okres jakiejś ultramłodości, rozświeconej słońcem, winno-winogronowej, skąpanej w szafirowym morzu; bawiłem się złotem piasku, srebrem wody księżycowej, gorącym wiatrem. Nie będę miał nigdy wyrzutów sumienia, że nie doceniłem młodych lat i – braku logiki.” (…) Nie wiem, czy gdzie indziej i gdziekolwiek przeżyję podobny okres, jak teraz i tutaj. tak dobrze, spokojnie, równo, bez wewnętrznego skręcania się i rozkręcania, z tą wspaniałą sytością i tym czymś nieokreślonym, co wypełnia każdy najpowszedniejszy dzień.” (…) Patrzę w niebo i myślę jakimi słowami można by wyrazić uczucie absolutnego szczęścia, soczystego jak wielka gruszka. Słońce jest białe, płynne, rozlewa się i grzeje.”

Wojna, okupacja i szczęście (z Basią)

Nieporozumieniem jednak byłoby sprowadzić takie wyznania Bobkowskiego do hedonizmu, który w przypadku intelektualistów jest najczęściej pewnym wyborem, wykalkulowaną pozą przybraną przez nich wobec życia i jego powabów. Nie, w przypadku Boba ten hedonizm wypływa z niego organicznie. Nie jest żadną pozą. On po prostu jest. I na dodatek – jest czymś autentycznym.
To wiąże się także z inną cechą Bobkowskiego, która jest tak atrakcyjna dla niektórych jego czytelników: brak akademickiego zadęcia, unikanie wzniosłości, niechęć do absolutu, czy też – jak to już ktoś zauważył – jego „anty-metafizyczność”. To jest ciekawa sprawa, bo przecież Bobkowski JEST erudytą, człowiekiem wściekle oczytanym, z umysłem zanurzonym po czubek głowy w kulturze… a mimo to sprawia wrażenie, jakby nie był „jednym z nich” – tych jajogłowych mędrców, którzy poza swoimi myślowymi wykwitami, zwykłego (więc chyba jednak „prawdziwego”) świata nie chcą (nie mogą?) dostrzec.
Wydaje mi się, że można ten paradoks Bobkowskiego dość łatwo wytłumaczyć: raz – jego wspomnianą już fizyczną krzepą i rozpierającą go życiową energią; dwa – też już wspomnianym rozczarowaniem kulturą, która go intelektualnie i duchowo uformowała.

I jeszcze jedna sprawa. Czytając owe „raporty z oblężonego miasta” – pisane jednak zupełnie inaczej niż te Herbertowe – możemy sobie po raz kolejny uświadomić to, że ludzie żyjący w Europie ogarniętej II wojną światową, postrzegali rzeczywistość w zupełnie inny sposób, niż zwykle wyobrażamy to sobie my – pokolenia, które nie doświadczyły wojny i okupacji na własnej skórze. Tak, to był koszmar, ale na powierzchni tego koszmaru kwitło życie, ludzie mogli się czuć – i czuli – szczęśliwi. To dlatego Bobkowski nieraz pisze o Paryżu, który „dopiero teraz jest naprawdę ładny” i na dodatek pełen rozkwitających dziewcząt („Na ulicy furkają rowery. Kobiety w szerokich spódniczkach pokazują apetycznie wymalowane nogi. Wszystkie są zgrabne i w każdej można by się zakochać choć na parę godzin”).

Wygląda na to, że Bobkowski w okupowanym Paryżu świetnie sobie radził, prowadził jakieś – jeśli nie „ciemne” – to zakonspirowane i na pewno „nielegalne” wówczas interesy, które pozwalały mu na życie, jak na tamte warunki, w miarę dostatnie. Chodził do kina, do teatru, kupował książki… Stać go nawet było na wakacyjne wyjazdy na francuską prowincję.
Choć zanim się tak „ustawił” – to i on nie miał łatwo. Oto przypomina mi się pewna przygoda Boba, którą zaliczam  jednocześnie do jednych z najbardziej pamiętnych dla mnie fragmentów dziennika:
„Śmietnik, przy którym kręci się pies, może zawierać coś ciekawego, coś z kości lub mięsa. Jest – naciskam hamulce. ‚Won’ mówię grzecznie kundlowi i odpycham go kołem. Warczy swołocz, musi być coś lepszego. Patrzę i oczom nie wierzę. Cała głowa barania.. Wyciągam z torby papier, owijam głowę i chowam. Trochę już ‚czujna’, ale za to ile jedzenia. I pędzę znowu nad Sekwaną. Zapatrzyłem się na jakiś afisz i z całym rozpędem walę czubkiem buta opancerzonym w ‚klipsę’ pedałową – w błotnik niemieckiej limuzyny. Błotnik zgina się w okropny sposób. Sabotaż – na szczęście nikt nie widział. Uciekam uszczęśliwiony. Jednak czymś przysłużyłem się ojczyźnie. Wpadam do domu i gwiżdżąc one-stepa ‚Salome’ wnoszę głowę. Narada wojenna z Basią. Czuć? Barana zawsze czuć. Robimy prosektorium. Przepiłowuję czaszkę piłką do żelaza – jest móżdżek. Poza tym ozór i mięso z policzków. Objem się.”

Kapitalne!

„Chuligan” z piórkiem w ręku

CHULIGAN WOLNOŚCI

Tym, co najbardziej wydaje się definiować postawę Bobkowskiego wobec świata, jest jego głód wolności. Punktem wyjścia do zrozumienia tego może być choćby taki oto fragment, jaki można znaleźć na samym początku „Szkiców piórkiem”:
„Chrzęszczą zasłony z koralików, jakby odmawiały cicho różaniec spokoju nawleczone na swoje długie sznurki. Czasem, gdy ten pierwszy koralik na dole zerwie węzełek, sypią się wszystkie na chodnik, skaczą wesoło i przekornie, jak dzieci wybiegające ze szkoły, pędzą i potrącają się. Są wolne i cieszą się z tego. Mam ich kilka w kieszeni na pamiątkę. Może ja sam jestem takim koralikiem, co urwał się ze sznurka?”

Tutaj możemy się nieco zdziwić: taki wielki chłop koralikiem!? Niewątpliwy liryzm i niewinność tego fragmentu stoi bowiem w sprzeczności nie tylko ze zwalistą cielesnością Bobkowskiego, ale przede wszystkim – ze śmiałością, siłą, i bezceremonialnością jego sposobu wyrażania się, którego dezynwoltura rzeczywiście przypomina niesubordynację i łamiące wszelkie konwenanse zachowanie chuligana (tak Bobkowski nazwał sam siebie w jednym ze swoich listów, dodając jeszcze do tego słowo „wolności”).
Raz Bobkowski okazuje delikatność i subtelność, to znów wybucha: „Anarchizm posunięty do histerii, niemal do szaleństwa. Byłbym zdolny mordować z wyrafinowaniem.” Używa języka bogatego, plastycznego, wysmakowanego…, który sąsiaduje z kolokwializmami, bliskim nawet prostactwa, czy wulgarności (choć tej granicy nigdy w zasadzie nie przekracza).

„Szkice” pełne są takich antynomii.
A największą z nich jest chyba antynomia człowieka kulturalnego (tzn. świadomego znaczenia kultury w kształtowaniu i określeniu „człowieczeństwa”) a jednocześnie anarchisty tęskniącego za wolnością totalną (czyli odrzucającego wszelkie kulturowe „więzy”, ograniczenia i „pęta”). Bobkowski szamocze się w tym wszystkim, i nic dziwnego – bowiem wyjścia z tej antynomii nie ma. Tak jak nie można być radykalnym indywidualistą, który chce się uwolnić od społeczeństwa – to okazuje się niemożliwe, bo wiąże go z nim jego kultura, która przecież poza społeczeństwem nie istnieje, a i jego samego czyni człowiekiem.
Chcąc przerwać ten węzeł gordyjski Bobkowski decyduje się na posunięcie radykalne: ucieczkę z kontynentu, który go w to piekło antynomii wpędził. I nie jest to ucieczka od Polski, ani nawet od Francji – jest to ucieczka przed kulturą przywiązaną do dogmatów, które doprowadziły ją do katastrofy, choć miały jej przynieść świetlaną przyszłość. A nie przyniosły jej nawet jakiegokolwiek moralnego ładu.

Bobkowski stwierdził, że został od Europy „odrzucony” – ale tak jak „odrzuca” człowieka od czegoś, co stało się dla niego wstrętne. Symptomy tej alergii znajdujemy na kartkach dziennika raz po raz: „Już po dwudziestu sześciu latach, w tak młodym wieku Europa wyłazi człowiekowi bokiem i gardłem.” (…) „… nagle ogarnęła mnie taka tęsknota za jakimś krajem, w którym kwitną orchidee, że miałem ochotę płakać. Czasem czułem ból tęsknoty.” (…) „Mam dość tej całej kolebki kultury i obozów koncentracyjnych zwanej Europą, mam dość poszukiwania absolutu – ja chcę żyć, po prostu żyć. Czym jest absolut w porównaniu z piersią dziewczyny i jej pocałunkiem? Bzdurą. (…) chcę nauczyć się żyć wolny, WOLNY, bez pragnienia uwierzenia w cokolwiek. Chcę być dobry nie dlatego, że katecheta lub Engels tak każe, ale dlatego, że każdego człowieka trzeba kochać, skoro się jest tym bydlęciem – człowiekiem.”

Wyjeżdża więc do Gwatemali.
Ale czy w ten sposób Bobkowski nie zamienia jednego mitu na drugi? Czy nie daje nura w odmęty nowej utopii, wygramoliwszy się z błota i stęchlizny starej?  Czy mógł przypuszczać, że w nowym egzotycznym kraju też będzie musiał czuwać ze strzelbą we własnym domu, by obronić się przed barbarzyństwem „cywilizacyjnych” przemian i  rzucania się ludzi sobie do gardeł?
Czy modele samolotów, które tam sklejał, uchroniły go przed gorączkami Nowego Świata i przyniosły mu spokój, który zawsze tak bardzo sobie cenił?

Aaa… to już jest zupełnie inna historia.

*  *  *

Raj tuż za rogiem? Pisarz w Gwatemali.

*

Reklamy