GOMBRO à la GRABO, CZYLI GĘBA UJAJCOWIONA, PUPA UHAHANA…

o „Dziennikach” Witolda Gombrowicza, wyreżyserowanych przez Mikołaja Grabowskiego i wystawionych przez aktorów teatru IMKA z Warszawy na scenie Copernicus Center w Chicago

.

Gombrowicz zdekonsruowany (Piotr Adamczyk, Magda Cielecka i Jan Peszek mówią

Gombrowicz zdekonstruowany (Piotr Adamczyk, Magdalena Cielecka i Jan Peszek mówią „Dziennikiem”)

.
Mistyfikacja jest zalecona pisarzowi. Niech zmąci wodę
wokół siebie, aby nie wiedziano kto zacz – pajac? kpiarz?
mędrzec? oszust? odkrywca? blagier? przewodnik?
A może jest on tym wszystkim naraz?

1.

Jechać z Gombrowiczem do polonijnego epicentrum w Ameryce, to jak wkładać kij w mrowisko… Albo tak by się mogło wydawać, mając na względzie obrazoburstwo gombrowiczowskiego podejścia do tzw. „polskości” (tradycja, religia, kultura, mentalność…) i konserwatyzm amerykańskiej – zwłaszcza chicagowskiej – Polonii, dla której Polska (Ojczyzna) to świętość, a katolicyzm to jej fundament. Ale – jak się okazuje – nie taki diabeł straszny, jak go malują i nie taka Polonia amerykańska mentalnie zastygła i w polskości zesklerowaciała, jak krąży o niej fama. Oba podejścia są już chyba anachronizmem, bo ów zjadliwy „diabeł” cyniczny zamiast straszyć śmieszy, a Polonia miast zapałać świętym oburzeniem, pokłada się ze śmiechu. Bo właśnie do czegoś takiego doszło na deskach i w fotelach Centrum Kopernikowskiego w ostatni weekend.
A może tu chodzi jeszcze o coś innego?

2.

Paradoksem jest to, że Gombrowicza – mimo, że wręcz organicznie nie znosił upupiania i przyprawiania gęby – upupili, przyprawiając mu także gębę, jego właśni admiratorzy. Bowiem już samo używanie pupy i gęby jako wytrychu, nie tylko do osobowości, ale i twórczości pisarza, jest według mnie jego upupianiem i doprawianiem gęby – a przede wszystkim spłycaniem jego twórczości, swoistą grepserą, która ma zastąpić bogactwo Gombrowiczowych wątków (można by wymienić kilkanaście takich grepsów obecnych w popularnym – ale i profesjonalnym – obiegu, w powszechnej świadomości dyletantów i laików – ale i tzw. „znawców” – podczas gdy zbiór tematów pisarza jest nieprzebrany, a kanwa, na której on to wszystko wykładał, niebywale rozległa… tylko kto Gombrowicza tak naprawdę czyta?)
To prawda, że Gombrowicz związany był z polskością (ale z czym innym miał być związany, z chińszczyzną!?*), lecz polskość wcale nie była dla niego tematem kluczowym, tak jak by tego chcieli jego egzegeci, komentatorzy i gimnazjalni poloniści. Sam o tym pisał w Dziennikach: „Ale we mnie, może w skutek większego geograficznego dystansu, a może wskutek większego dystansu duchowego, ten proces antypolski został zamrożony, a ja o Polsce pisałem zawsze chłodno, jak o jednej z przeszkód, utrudniających mi życie, dla mnie Polska była i jest tylko jednym z rozlicznych moich kłopotów, ani na chwilę nie zapomniałem o drugorzędności tego tematu.” (podkreślenia Gombrowicza)
Warto zwrócić uwagę na określenie: „antypolski”. Bo tutaj sam pisarz przyznaje się, do tego jaka była jego rzeczywista postawa, pozbawiając tym samym argumentów tych, którzy utrzymywali, że mimo krytyki polskości, Gombrowicz był w rzeczywistości patriotą, tyle że ukrytym – kimś w rodzaju takiego patrioty à rebours – bo przecież, gdyby Polska była mu obojętna i niewiele go obchodziła, to by o niej tyle nie pisał. A skoro pisał, to był nią przejęty i chciał jej dobra – chcąc zarówno Polaka, jak i jego polskość, poprawić. Mnie się jednak wydaje, że owa polskość przyczepiła się do Gombrowicza, jak – nie przymierzając – rzep do psiego ogona i on po prostu chciał ją z siebie strząsnąć, by – jak sam to wyraził – dotrzeć do samego siebie – do kogoś, kto nie jest już określony przez narodowość i miejsce, skąd się pochodzi, tylko przez swoją własną „ludzkość” (człowieczeństwo) oraz indywidualność i osobniczy rozwój. Ale czy to w ogóle jest możliwe? A może to kolejny erudycyjny fikołek pisarza, który fajnie się czyta, ale który wisi jednak abstrakcyjnie w powietrzu i ma niewiele wspólnego z rzeczywistym gruntem, po którym drepczemy naszymi nóżkami? Tym bardziej, że nie ma jednak ucieczki przed formą: uchylając się przed jedną formą, wpadamy natychmiast w drugą. (Gombrowicz: „Im bardziej jest się poza formą, tym bardziej jest się w jej mocy”. Poza tym: czyż to nie forma nas stwarza, a nie my formę?)

3.

Mikołaj Grabowski, który wziął na swoje barki (czy też raczej głowę) karkołomne według mnie zadanie wyboru fragmentów z „Dziennika” i zaadaptowania ich na teatralną scenę, oczywiście nie pominął tychże wątków polskich, wydawałoby się: cokolwiek już wytartych (awantura o nie miała przecież miejsce dobre pół wieku temu) i w jego pisarstwie zwietrzałych; nawiązał nawet do polityki (przytaczając filipikę Gombrowicza przeciw demokratycznym wyborom), jak również do pacyfistycznej postawy pisarza, który jako żołnierz byłby, wedle jego własnych słów, „katastrofą” (to też jest od dawna nagminny zarzut przeciw Gombrowiczowi: że w obliczu wojny zachował się jak tchórz, zamiast walki z Niemcami wybierając wieloletni urlop w Argentynie, gdzie się tylko wymądrzał, usprawiedliwiając swoją antypolską postawę jakąś wydumaną literacką ekwilibrystyką.) Nie zabrakło też ustępów szydzących z polskich kompleksów leczonych bałwochwalstwem wobec naszych narodowych skarbów i świętości (bo przecicż byliśmy przedmurzem chrześcijaństwa, mamy Wawel, Słowackiego i Mickiewicza; Chopin, Kopernik – a nawet Nietzsche! – byli Polakami, no i wiadomo: nie wypadliśmy sroce spod ogona – to wszystko powtarzane mechanicznie na scenie jak przez bandę manekinów – ćmoków ssących przy tym cukierki i mlaskających – niczym marionetki pociągane za sznur przez Adamczyka). Nie zabrakło też znanego wszem i wobec grepsu o Sienkiewiczu – tym „pierwszorzędnym pisarzu drugorzędnym” (choć takie określenia, jak „ten demon, ta katastrofa naszego rozumu, ten szkodnik” zostały chyba na scenie pominięte – ja przynajmniej ich sobie nie przypominam).
Dostało się też snobom i stadnemu zachwytowi nad sztuką, filistrom prowadzonym na pasku mód, pseudo-smakoszom sztuki „wysokiej”, którzy jak pies Pawłowa ślinią się na widok wszystkiego, co podsuwa się im pod nos, mówiąc że to jest wielkie, piękne, boskie i w ogóle arcydzieło.

4.

Ale na szczęście Grabowski wyłuskał z „Dzienników” również to, co odnosiło się do sedna egzystencjalnego doświadczania świata przez pisarza, jako istoty zanurzonej w rzeczywistości, która nie szczędzi mu swoich strasznych odsłon – zwłaszcza w tej warstwie z pozoru zwykłej i banalnej, ale ciągle podmywanej przez podziemny nurt rzeki ciemnej i wezbranej, nasączonej grozą. Problem w tym, że owa groza rozchodziła się natychmiast po kościach aktorów, rozwiewała się momentalnie w kiczowatym wystroju sali Copernicus Center – rozstrzeliwana przez salwy śmiechu rozbawionej tym wszystkim publiczności (by nie napisać w tym kontekście: gawiedzi**).
No bo czyż śmieszne nie jest to, że armia żuczków na plaży leży przewrócona na grzbiet, że stworzenia te przypiekane są niemiłosiernie przez słońce, przebierając w powietrzu nóżkami, bezradne wobec fatalizmu cierpienia i zgonu jaki w końcu czeka wszystkie istoty żywe? Albo: czyż to nie są jaja jak berety z tym zdychającym psem, którego agonię można odebrać tak albo tak, czy też może jeszcze siak czy owak – w zależności od widzimisię i samopoczucia jego pana, człowieka ponoć myślącego, a na dodatek kulturalnego?
Jest jeszcze ogromna potliwość pisarza – z samego siebie się wypacającego w upale – i płynącego gdzieś, płyyyyynąąąąceeeego… rzeką „niesamowitą” i o zmętniałej wodzie „jak z innej planety”, w tej rozlewności powszechnej nad otchłanią bezdenną, w tym rozpływaniu się namacalnego – w tym rozżarzeniu i rozedrganiu – kiedy gubi się sens i zaczynają się dziać rzeczy dziwne: „Dręcząca zawiłość na horyzoncie, ciężkie i brudne wymiona nieba zwisające nad splątaniem rozpędzonym i wrącym tej milionowej zmory niepojętej.” Człowieka trwoga przenika.
A tu śmiech na sali!

5.

Reżyser scenicznych „Dzienników” powiedział w jednym z wywiadów, że zależało mu na tym, by tekst Gombrowicza ukazać w sytuacji „krystalicznej, czystej i prostej”, zaś Magdalena Cielecka oświadczyła, że „wszystkie treści, cała zawartość Witolda Gombrowicza nie jest zaburzona przez inne rzeczy, nie odciąga naszej uwagi od zrozumienia tekstu”, innymi słowy: „zależało nam na tym, żeby widz wyszedł z teatru raczej z myślą Gombrowicza, niż z obrazami z przedstawienia.”
Ja jednak uważam, że tak się nie stało. Otóż aktorzy moim zdaniem tak „przysiedli” tekst Gombrowicza, tak wciągnęli go w swoje pląsy i galop, tak go „przy-SWOILI”, tak go ochędożyli sobą, że Gombrowicz w tej polifonii form wsobnych nie tyle utkwił (zawsze się bał uwięzienia w formie własnej, a co dopiero cudzej), co rozproszył się i rozniósł po sali, rozlał potokiem słów w tym gadulstwie nieokiełznanym – frazą, którą publiczność łapała jak umiała. A jak złapała – jakieś słówko, minę i gest – to się śmiała.
Ale, to nie wszystko – bo to nie był śmiech pozwalający na Katahrsis (wbrew temu co sobie założył reżyser, mówiąc: „śmiech gombrowiczowski nie jest po to, żeby widza ubawić, uhahać, tylko po to, żeby przez ten śmiech widz się oczyścił, tak jak Katharsis w antycznym teatrze”), ale śmiech właśnie uhahany. (Panie reżyserze, tu uwaga na marginesie: Katharsis!?, w sali, na Jackowie, nieopodal Milwaukee Ave. w Chicago? Really!? No jak przeżywali Katharsis, skoro go nie przeżywali?)

Paradoksalnie, do tego zawładnięcia – wzięcia w interpretacyjny jasyr – prozy Gombrowicza przyczyniło się to, że w przedstawieniu tym wzięli udział świetni aktorzy, obdarzeni mocnym charakterem i wyraźną osobowością sceniczną. To dlatego, summa summarum, wszyscy odnieśli wrażenie, że jest to przedstawienie nadzwyczaj udane. A im bardziej odnosili takie wrażenie, tym bardziej stawało się ono udane… Ale jednak udane było jako komedia, która często aż zanadto zbliżała się do kabaretu, a czasem to nawet do groteski.*** Dlatego widownia tak dobrze się bawiła, dlatego rozweseliła się i uśmiała – ale raczej pozostała impregnowana na gombrowiczowski sarkazm, złośliwość, zjadliwość, prześmiewczość, szyderstwo i drwinę. Innymi słowy, wątpię w to, że publiczność polonijna przeglądnęła się w Gombrowiczu jak w gogolowskim lustrze, uświadamiając sobie, że przecież z samej siebie się śmieje. Nie, z samego siebie tak się śmiać nie można – śmieliśmy się z innych.
I jak na komendę. Także klaskaliśmy. Bo oto Adamczyk rzuca w nas Gombrowiczem: „Oklaski.” (tutaj zaczynamy klaskać) „Oklaski znawców.” (klaszczemy nieco głośniej) „Oklaski amatorów.” (to samo mniej więcej natężenie oklasków) „Oklaski ignorantów.” (tutaj klaszczemy nieco ciszej) „Oklaski stadowe.” (mimo wszystko – a może właśnie dlatego – klaskanie się wzmaga!) „Oklaski wywołane oklaskami.” (nie ma co się zastanawiać – klaszczemy dalej) „Oklaski rosnące sobą” (rzeczywiście – rosną w nas i rosną), „piętrzące się na sobie” (tak właśnie: jedno klaskanie wchodzi na drugie wzmożone, coraz bardziej głośne), „podniecające” (tutaj rozlega się aplauz prawie), „wywołujące siebie” (oklaskowe continuum uderza pod sufit)…„i już nikt nie mógł nie klaskać, gdyż wszyscy klaskali” (tak, tak – tak właśnie było!).

6.

Tak więc aktorzy opanowali Gombrowicza na scenie. Ale i widownię. Kiedy oglądałem klip z jakiegoś wcześniejszego wystawienia ‚Dzienników” w Polsce (Lubin czy Lublin – już nie pamiętam), uderzyło mnie to, jak inaczej zagrali to samo aktorzy w Chicago. Tam: bez większego przekonania, bezbarwnie, potykając się nawet; tutaj – z pewnością, wyrazistością, polotem i werwą. Ja myślę, że doszło do czegoś w rodzaju sprzężenia zwrotnego – aktorzy i widzowie nakręcali się nawzajem, przez co w aktorską trupę wstąpiło życie – jakaś nadzwyczajna performerska energia.
Gombrowicza przy tym rozebrali i zdekonstruowali, ale jakby go przy tym wzmacniając – tyle, że bardziej w tej warstwie werbalnej, niż znaczeniowej, bardziej jednak w obrazkach i ruchu, niż w semantyce i myśli.
Czy to źle, czy dobrze? Nie wiem.

To w sumie zdumiewające, jak łatwo Gombrowicz „dziennikowy” dał się temu zespołowi „podebrać” scenicznie. Można było odnieść wrażenie, że to sam Gombrowicz rozpisał siebie na poszczególne postaci, dzięki czemu one wcale nie musiały szukać autora – on im się tam po prostu wykładał: jak nie na rzece Paranie, to na argentyńskim piasku, jak nie w sali koncertowej, to w salonie snoba… Ujawnia to tylko wielkie możliwości polifoniczne tego co pisał Gombrowicz – co pewnie było skutkiem specyficznego (rozczłonkowanego, rozedrganego, nadwrażliwego…) postrzegania przez niego rzeczywistości i próbą ujęcia tego w ekspresji słowa.
Teatr IMKA wymyślił sobie przed premierą hasło: „Każdy z nas jest Gombrowiczem”, ale – jak przyznała Cielecka – było to raczej hasło marketingowe. A jednak w tym coś jest: bo przecież na scenie każdy z aktorów stawał się w jakimś sensie Gombrowiczem, choćby przez to, że mówił „nim” w pierwszej osobie.
Jan Peszek to Gombrowicz stary, ale nadal obsesyjnie zajęty ciałem (i to nie tylko swoim), hiper-ruchliwy (nie tylko mentalnie), esteta i satyr – raz ostry i przenikliwy, innym razem zaś mętny, zrzędliwy, cyniczny. Widziałem, że aktor ten doskonale znajdował się w tym Gombrowiczu, który przypominał jego samego (inteligencja, biologizm, estetyzm, kinetyka, styl – o pewnym powinowactwie poglądowym nie wspominając) i wykładał to na scenie jak w swoim dominium. Peszek zawsze dla mnie będzie wielki (m.in. za interpretację Schaeffera, która dzięki niemu utkwiła mi w głowie jeszcze w czasach mego pacholęctwa).
Piotr Adamczyk zaś to Gombrowicz wcielający się często w to, z czego sam szydził, ale także narrator, dyrygent, instrumentalista i… tancerz. Aktor wszechstronny i koncertowy – w dobrym tego słowa znaczeniu. Magdalena Cielecka rozsiewała po scenie Gombrowicza wydelikaconego (jej kobiecość raczej nie była przeszkodą w ukazaniu tej „feminalnej” strony pisarza), dyszącego i potliwego – zmagającego się zarówno z przejaskrawionym, jak i ciemnym nurtem egzystencji. Uderzyła mnie inscenizacyjna pewność tej aktorki – jej wielka umiejętność poruszania się zarówno w repertuarze gestów, jak i znaczeniach wypowiadanych przez siebie słów. Tomasz Karolak to coś jakby parobkowa antyteza Jaśniepanicza, z jednej strony misiowaty, ale z drugiej bardzo energiczny; bezpośredni i fizyczny, ale mający pretensje do empatii; z pozoru prostacki, ale z tęsknotą za inteligencją. Wydawało mi się, że to on głównie pchał „Dzienniki” w stronę kabaretu. W stronę Polaka gbura grawitował zaś Andrzej Konopka – ponurym zwykle spojrzeniem taksujący widownię, jakby taki Polak trochę skacowany. Miał swoje wzloty, ale też lekkie potknięcia – myślę że najlepiej niestety wyszło mu wykręcanie sobie gęby Sienkiewiczem i sarmatą. Aktor ten poszedł więc w stronę szyderstwa, ponuractwa i karykatury. Iwona Bielska… Tę panią jest mi rozgryźć trudno, bo raz była taka, innym razem znów owaka; raz grała tak, to znowu siak – nadawała się dobrze zarówno na kobietę z zasadami – wyniosłą i arystokratyczną, jak i na rajfurę – zjadliwą i gderliwą. W tej swojej czerni i w krześle jeżdżącym po całej scenie na kółkach, sprawiała na mnie wrażenie matrony – ale takiej wywrotowej, z anarchistycznym zacięciem. No i – last but not the leastOlga Mysłowska, czyli Gombrowicz wokalny. Przenikliwa, przenikliwa… Statyczna i drobna, lecz w istocie silna. Płynąca w tym nurcie z czerni z miną zaciętego mima. Niby krucha, bo filigranowa, a jednak potrafiąca wprowadzić nas w niezłe wibracje – naprawdę zatrzęsły mną czasami te jej tony i interpretacje. Wydawać by się mogło, że ten demarczykowo-sopranowy duch nie przystaje do komedii jaką odstawiali wszyscy aktorzy, ale jednak dla mnie to zagrało i brzmiało – było kontrapunktem i przeciwwagą do (być może zanadto) rozochoconego humorem i śmiechem, ruchliwego towarzystwa z IMKI.
No cóż – wychodzi na to, że było bogato.

7.

Jak nie żałowałem, że nie było mnie w Copernicus Center, kiedy przybył tu Obama, tak miałbym czego żałować, gdyby mi się nie udało być tu na spektaklu IMKI.

greydot.

* To oczywiście nawiązanie do riposty Gombrowicza, który na „wydziwianie” (m.in. Kisiela), że ma on „niezdrowy romans i zasadniczy szał” z polskim dziedzictwem, odparł: „A z jakimże mam mieć? Z chińskim?”, co naturalnie było klasycznym odwróceniem kota ogonem i miało jednak coś ze „rżnięcia głupa”.

** Nie chcę być jednak tak złośliwy, jak Gombrowicz, który swego czasu stwierdził: „większość czytelników to lud prymitywny”.

*** Nic nie robiąc sobie z tego, co Gombrowicz napisał o grotesce: „Gro­tes­ka to sig­num nieudol­ności, mar­ka fab­ryczna tandety.” Pewnie dlatego, że pisarz sam często w niej się pławił.

.

Ciało zagrało - zmagania Gombrowicza nagim bytem i niewygodną egzystencją w strasznym świecie. Od lewej: Magda Cielecka, Jan Peszek, Tomasz Karolak, młody kolos (aktor anonimowy), Andrzej Konopka i Iwona Bielska.

Ciało zagrało – zmagania Gombrowicza z nagim bytem i niewygodną, potliwą egzystencją w świecie rozpławionym i rozbabranym. Od lewej: Magda Cielecka, Jan Peszek, Tomasz Karolak, młody bóg – latynoski kolos (aktor nieznany), Andrzej Konopka i Iwona Bielska.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE

.

PS. Za te zdjęcia to Karolak chciał mnie rozstrzelać (mierząc do mnie z karabinu), ale na szczęście więziła go forma… nie mówiąc już o tym, że karabin był atrapą – i na pewno nie była to strzelba Czechowa.

.

ŻÓŁTO NA BIAŁYM (o „Dziennikach” Stefana Kisielewskiego )

7 marca tego roku mija dokładnie 100 lat od urodzin Stefana Kisielewskiego – słynnego Kisiela, który był jedną z najbardziej znaczących postaci w historii polskiej kultury drugiej połowy XX wieku. Warto z tej okazji przypomnieć zwłaszcza „Dzienniki” – w opinii wielu największe (wraz z felietonami) jego dzieło, mimo iż pisane niejako mimochodem. Poniższy tekst powstał przed laty i opublikowany był dwukrotnie w prasie polonijnej: w 1996 roku w „Dzienniku Chicagowskim” (a więc kiedy „Dzienniki” ukazały się po raz pierwszy drukiem) oraz w 2002 roku w „Dzienniku Związkowym” (tutaj okazją było ich wznowienie). Przypomnijmy sobie tego niezwykłego człowieka – zaproszenie to kieruję zwłaszcza do młodszych pokoleń, osób zainteresowanych polską kulturą, którym Stefan Kisielewski jest mało znany.

Stefan Kisielewski: „Pozdrawiam nieznanego Czytelnika, który po latach te zapiski przeczyta – albo i nie przeczyta. Ciekawe pomyśleć, że mnie już wtedy nie będzie. Ale jeszcze ciekawsze – co będzie po owych latach w Polsce.”

‚Dzienniki’ to dzieło na miarę Montaigne’a, tyle że smutne, nudne i błahe niewymownie” – pisał o zapiskach Stefana Kisielewskiego jeden z jego redakcyjnych przyjaciół, Marcin Król.
Smutne? Raczej choleryczne. Nudne? Bardzo rzadko. Błahe? Na pewno nie. (Jak może być coś na miarę Montaigne’a a jednocześnie błahe – to pozostanie zagadką sofistów.)
Pierwsze wydanie „Dzienników” Kisiela okazało się bestsellerem. Po serii dodruków wyszła niedawno jego nowa edycja. Wszystko to świadczy o nieustającym zainteresowaniu tym, jednym z najbardziej notorycznych, i niepokornych felietonistów w powojennej historii Polski.
Czy „Dzienniki” warte są tej uwagi? Kto ma rację? Ci, którzy tę książkę chwalą, czy też ci, którzy ją ganią? Jedno jest pewne: Kisiel nie przestał wszystkich zaskakiwać nawet po swojej śmierci.

*

KTO  ZAGLĄDA  DO  „ŻÓŁCIOWEGO DZIENNICZKA”?

Dzieło na miarę Montaigne’a?

Pierwsze wydanie Kisielowych „Dzienników” rozeszło się w mig i już wkrótce pojawiły się pierwsze recenzje krytyczne. Autorami byli zazwyczaj ludzie, którzy autora znali osobiście, a ponadto sami zanurzeni byli w peerelowskim żywiołku opisywanym tak namiętnie, choć niemal po kronikarsku, przez Kisielewskiego. Niewątpliwie były to wypowiedzi najcenniejsze i najbardziej kompetentne, szkoda tylko, że tak powściągliwe, asekuracyjnie dwuznaczne (jak cytowany wyżej artykuł Króla w „Tygodniku Powszechnym”), czyli, innymi słowy, mijające się nieco z prawdą i nie do końca szczere. Postawa wobec Kisiela – człeka przecież bezceremonialnego, ostrego, ciętego, po sarmacku ostentacyjnego – zgoła nie na miejscu. Doprawdy, wg mnie zasłużył on sobie na inne traktowanie i sam pewnie wyśmiałby letniość swoich recenzentów. Letniość o tyle niezrozumiałą, że Kisiel podotykał niewybrednie w swoich zapiskach całe mrowie ludzi, szastając (często pochopnie) na prawo i lewo słowami kąśliwymi, wręcz grubiańskimi, a przez to niesprawiedliwymi.
Lecz pewną nietykalność za swoje niepohamowane ekscesy towarzysko-polityczne zyskał on już sobie za życia, więc tym bardziej po śmierci nie oczekiwano oburzonych i gwałtownych reakcji na opublikowany „żółciowy dzienniczek”, jak sam go sobie nazwał. Niemniej jednak Kisiel godzien jest podejścia bardziej bezpruderyjnego, mniej dyplomatycznego, bez zbędnej kurtuazji, która niezbyt dobrze do niego pasuje.

Obawiam się, iż to nie przypadek, że książkę tę omawiali ludzie ze starszych pokoleń, w przeszłości zżyci – jakby nie było – z PRL-em. Nieważne – dyspozycyjnie, czy też opozycyjnie, (gdyż opozycja to także pewna forma symbiozy z adwersarzem, tyle że niejako a rebours). Wszyscy oni zainteresowani byli tymi zapiskami z różnych względów. Przede wszystkim sam Kisiel: persona nad wyraz oryginalna, niezależna, niestereotypowa, nieprzewidywalna, barwna, radykalna… Każdy jego sąd był niezawisły, indywidualny, bywało że dziwaczny i fantazyjny, ale też niezmiennie ciekawy. Kisiel często i gęsto się mylił, lecz rzadko – w bezpośrednim kontakcie – nudził. A to już było osiągnięciem niebagatelnym.
Z drugiej strony sprawa PRL-u była i jest w okresie po transformacji ciągle żywa. Rewizje, remanenty, przewartościowania, spory o schedę, ochota do lustracji i dekomunizacji, społeczno-polityczne obciążenia świadomości, odniesienia, analogie i resentymenty ludowej przeszłości… – z tym wszystkim, chcąc nie chcąc, wielu ludzi w Polsce, zwłaszcza w kręgach polityki, kultury i publicystyki, musi się liczyć. A Kisiel rzuca przy tej okazji własne ostre światło.
Niebagatelny jest też chyba powód osobisty. Są tacy, którzy rozrachunek z własną przeszłością, samoświadomością i tożsamością robią na swój własny rachunek.
Na pewno wieloma czytelnikami przy sięgnięciu po „cegłę” Kisiela (950 stron!) powodowała zwykła ciekawość – czy też nie znajdą w niej wzmianki o sobie samym lub o osobach znanych im osobiście, tudzież o wydarzeniach, w których sami brali udział. W końcu Kisiel, choć odcięty przez cenzurę i partię od masy społeczeństwa, w środowiskach elitarnych był postacią znaną.

POKOLENIE W ROZKROKU

Zastanawiam się teraz, czy to pierwsze wydanie „Dzienników” Kisiela miało wielu czytelników wśród mojego pokolenia (wówczas) dwudziesto- trzydziestolatków, które o PRL ledwie się otarło, a już na pewno nie było z tym tworem ustrojowo-państwowym związane konformistycznie ani oportunistycznie. Nie chcę tym twierdzić, że to pokolenie lepsze od poprzednich. Może po prostu nie zdążyło się jeszcze w socjalizmie dobrze usadowić? Choć przecież i wśród moich kolegów i koleżanek znaleźli się SZSP-owcy, czy nawet partyjni, a wśród dalszych znajomych – nawet ubeccy kapusie. Jednak w swej pokoleniowej masie wszyscy byliśmy anty… – jedni radykalnie bardziej, drudzy mniej. Po prostu z racji szczenięcego wieku bardziej nadawaliśmy się na kontestatorów status quo, niż nasi rodzice, z których wielu posiadało czerwone legitymacje i związanych było z peerelowską strukturą zawodowo. Oczywiście nie pozbawiało ich to krytycyzmu, tyle że był to najczęściej krytycyzm towarzysko-domowy, nie wykraczający poza prywatne opłotki.
Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że nasz bunt miał bardziej znamiona młodzieńczego buntu pokoleniowego, niż politycznego. Mówię o latach 70. Później, już za „Solidarności”, nasze pokolenie zaczęło odgrywać rolę bardziej konkretną, z tym, że PRL zaczynał przypominać ledwie żywego truposza, sztucznie podtrzymywanego przy życiu przez namioty tlenowe partyjnej inercji, w których głównym miechowym był generał Jaruzelski. Większych zasług w obaleniu tzw. „komunizmu” nie możemy sobie przypisać, bo trudno uznać za takowe studencko-zomowskie bijatyki na ulicach czy też drukowanie i kolportaż „bibuły”.

Tak się więc złożyło, że moje pokolenie nie trafiło w czas… Ale przecież każde niemal pokolenie ma takie wrażenie. Byliśmy rozkraczeni między zieloną szczeniackością lat 70-tych, a tymczasowością i nieokreślonością lat 80-tych. Rewolucję  – przeciwko „komunizmowi”! – robili za nas głównie lewicowcy i socjaliści, wspierając się w dodatku proletariatem, który jednakże nie mienił się czerwonym a raczej katolickim, stąd późniejsza możliwość doczepienia się doń partii i partyjek uważających się za prawicowe.
Ludzie pokroju Stefana Kisielewskiego, pamiętający jeszcze polską niezawisłą rację stanu, byli zakneblowani, na emigracji lub na wymarciu. A o solidnym podłożu, na którym mogłaby się rozwinąć zdrowa nowoczesna polska prawica, w ogóle nie mogło być mowy.

Przyjdzie mi teraz usprawiedliwić ten przydługi nieco wstęp. Bierze się on z tego, że odczuwam jakąś podskórną potrzebę wytłumaczenia się, że także i ja chcę się wypowiedzieć o „Dziennikach”, choć, jak już zaznaczyłem, należę do pokolenia, któremu Kisielewski był w zasadzie obcy, a i sama istota PRL-u wymykała się (z racji naszego wieku i braku historycznego dystansu) właściwej percepcji. A może właśnie dlatego taki głos „z zewnątrz” może posiadać pewne walory? W każdym bądź razie nieco śmieszne to chyba skrupuły.

Stefan Kisielewski siedział w jaskini lwa, w oku komunistycznego cyklonu, w centrum kulturalnych i politycznych zawirowań

ZWIERZ POLITYCZNY W WALCE Z „DYKTATURĄ CIEMNIAKÓW”

„Dzienniki” zaczęły powstawać w 1968 r., już po marcowych czystkach, awanturze ze studentami i żydami, u schyłku epoki Gomułki i Moczarowców (choć wówczas jeszcze tak dekadencko to nie wyglądało). Kisiel dostał szlaban na wszelkie publikacje po tym, jak ówczesny sposób partyjnego rządzenia Polską nazwał publicznie „dyktaturą ciemniaków”. Dwa tygodnie później spuszczono mu lanie w jednej z bram Starego Miasta. Trzy miesiące potem, pod koniec maja 1968 r., w zeszycie pojawia się pierwszy zapis: „Nareszcie po długim okresie chmurnego zimna trochę słońca. Waham się, czy pisać, czy też pojechać na rowerze lub opalać się na słońcu. Pisanie dla siebie rzecz złudna, trudna, choć czasem w perspektywie lat owocna”.
Natura Kisiela – ekstrawertyczna, wybujała – knebla znieść nie mogła. Jego zapiski osobiste pełniły jednak wiele różnych funkcji, będąc nie tylko wentylem bezpieczeństwa, którym uchodziła żółć sfrustrowanego, skazanego na publiczny niebyt zwierza politycznego i publicystycznego. Zgoda, terapeutyczne zadanie „Dzienników” było tu najistotniejsze, lecz Kisiel traktował je również jako kronikę swoich czasów, utrwalenie dziejów peerelowskiego „absurdu” – bo tak tę rzeczywistość widział.
Wielokrotnie dawał też wyraz swoim obawom, iż totalne zakłamanie, obłudna polityka Zachodu i prasowe łgarstwa skutecznie blokują prawdę o rzeczywistej stronie tzw. „realnego socjalizmu”, którą trzeba bezkompromisowo obnażać i demaskować. To, że akurat dowód Kisiela miałby tu być monopolem krytycyzmu i nieomylności, nosi oczywiście pewne znamiona megalomanii, a jednak, gdy tak przyjrzymy się ogólnemu stanowi ówczesnej opozycji, to owo egotyczne podejście Kisiela okazuje się mieć pewne realne postawy: na tym tle jego postać opozycjonisty i stronnika kapitalizmu, wydaje się być skrystalizowana, wyjątkowa, wręcz wybitna.

Przez wiele lat Stefan Kisielewski związany był z „Tygodnikiem Powszechnym” gdzie na ostatniej stronie miał swoją trybunę. Wielu ludzi głównie dla Kisiela kupowało „Tygodnik”, od jego felietonu lekturą zaczynając i często – jeśli wierzyć nieco złośliwemu komentarzowi Daniela Passenta z „Polityki” – na tym lekturę „Powszechnego” kończąc. Strona ta stała się niemal instytucją samą w sobie, będąc bez wątpienia jednym z najważniejszych fenomenów ówczesnej publicystyki w Polsce.
Po zaatakowaniu „ciemniaków” redakcja Jerzego Turowicza otrzymała absolutny zakaz druku czegokolwiek co wyszło spod pióra Kisielewskiego. Restrykcjami zresztą objęto także inne pola, na których mógł on działać, np. muzykę Dla rasowego publicysty-felietonisty i politycznego pasjonata był to cios. W „Dzienniku” możemy śledzić kilka wątków. Jednym z nich jest sposób w jaki Kisiel z tym ciężkim szlabanem musiał się szarpać. Użerki z cenzurą były w owym czasie na porządku dziennym, jednak nie mogły się nawet równać z zakałą całkowitego zakazu.
Kisiel więc miota się i wyżywa przy swoim biurku: „20 lat pisałem a tu nagle pysk zasznurowany tylko czytaj człowieku tę najgłupszą prasę świata, gdzie w powodzi panegiryzmu na temat siebie, oraz w falach aroganckiej krytyki wszystkiego co inne (z Ameryką, rzecz prosta, na czele), z rzadka znaleźć można coś do sensu, poruszającego jakąś istotę sprawy”. Także, nie mniej dosłownie, w innych miejscach autor poddaje się „… charakterowi niniejszych notatek, mających być czymś w rodzaju ‘pamiętników żółciowca’, gdzie wyładowuje się drobne wściekłości, których nie sposób wylać gdzie indziej.”
Kisiel ma pełną świadomość tej katarktycznej, oczyszczającej funkcji swoich zapisków. W pewnym momencie przytacza nawet sposób hinduskich joginów na pozbycie się żółci. Otóż zalecali oni napisanie listu z wymyślaniami na tego, do kogo czuje się złość, by zaraz potem wybuchowy i zjadliwy liścik zniszczyć. Przypomniało mi to, iż onegdaj w Ameryce można było zamówić rodzaj manekina na wzór osoby, która człowieka „wnerwia” (np. żony, męża, ewentualnie szefa) i go sobie w domu dla ulgi nokautować.
Kisiel pisał w dziennikach głównie o polityce, sam nazwał swoje notatki kroniką obsesji; z masochistyczną wręcz pasją wertował dziesiątki polskich gazet, dość regularnie powracał też do periodyków francuskich, niemieckich i amerykańskich. I wściekał się oczywiście przy tej lekturze, ale przecież, jak sam przyznawał, lubił pisać o tym, czego nie lubił, więc nic dziwnego, że szukał tam dla siebie nie tylko informacji, ale też narkotyku i podniety.

PRAWDA I TYLKO PRAWDA?

Mimo, że Kisielewski nie mógł oficjalnie publikować w „Tygodniku Powszechnym” (nie wspominając już o innych pismach), to jednak kilkakrotnie zdołał przemycić własne teksty pod pseudonimem, próbował komponować (głównie zlecone drobiazgi, choć mocował się też z symfonią), no i równolegle tworzył swe „dzieła” vel „romanse” czyli powieści, które pod nazwiskiem Tomasz Staliński wydawane były sukcesywnie przez paryską  „Kulturę”.

Choć Kisielowi daleko było do artysty pięknoducha (uduchowioną mimozą to on nigdy nie był, bardziej gargantuicznym cholerykiem), to niewątpliwie duch artystowski nie był mu obcy. Jako były poseł, a także powieściopisarz, eseista i kompozytor, stykał się blisko nie tylko ze światem polityki, która była jego największym i najbardziej naturalnym żywiołem, ale i ze światem sztuki. Przy czym, z racji cech specyficznych Kisiela, zderzenie to dawało nieraz nad wyraz zaskakujące, niepowtarzalne, niezmiernie ciekawe efekty.
Wydawać by się mogło, że  – zważywszy na charakter i okoliczności powstawania dziennika – będzie on zawierać absolutną prawdę (Kisielową) i tylko prawdę („a tu mogę pisać co chcę”); porażać nas swoim emocjonalno-intelektualnym ekshibicjonizmem – bez zahamowań, kruczków, aluzji, gry i mrugania okiem… I tak jest rzeczywiście, choć zdarzały się momenty, że Kisiel się po prostu i po ludzku bał. Niekiedy nie mamy pewności, czy jego częste wspominki o śledzeniu go i mnogości ubeckich agentów wokół, miały źródło w konkretnej rzeczywistości, czy też były symptomem jakiejś manii prześladowczej, tworem wyobraźni. Lecz inwigilacja i kontrola Kisiela przez „ubezpieczalnię” była faktem niewątpliwym, co potwierdzają najbliższe mu osoby.
Właśnie wtedy zdarzały mu się takie zapiski: „Ciekawa jest rzecz z tym dziennikiem, piszę go nie całkiem szczerze, bo wciąż mam w głowie myśli, że wpadnie w czyjeś ręce. A więc pełny kamuflaż  – gdzie istnieje człowiek zupełnie wyzbyty kamuflażu?” (…) Ale z drugiej strony: „Przeczytałem sobie ten dziennik i przestraszyłem się, że taki ostry – jak go władze wezmą, to krewa. Poza tym za dużo w nich wymyślań, ostrych słów, a to jest zawsze dowodem bezsilności. Trzeba się hamować: złość piękności szkodzi.”

Kisiel: „Polska dzisiejsza to niewątpliwy i klasyczny dom wariatów”

Niech nas jednak podobne stwierdzenia nie zwiodą. Jeśli Kisiel stosuje jakąś autocenzurę, to tylko na chwilę, bowiem zaraz później porywa go znów ten jego choleryczny, polemiczny, antykomunistyczny temperament i chlasta on swych adwersarzy jak trzeba. Nie mamy więc tak naprawdę żadnych powodów czy przesłanek, by uważać „Dzienniki” en gross za nieszczere, zakamuflowane, czy nie daj Boże, bojaźliwe. Podobne uwagi są czynione przez autora właściwie en passant, mimochodem, i jako takie nie mają istotnego znaczenia. A różnorodność reakcji, niedoskonałości charakteru, pewne odkrycie się z uczuciami, które ktoś inny mógłby uznać za wstydliwe czy niezbyt chwalebne, przybliżają nam tylko autora jako człowieka.

DOKUMENT NASZYCH CZASÓW

Na przekór tym denuncjacjom o maniach, obsesjach i problematycznej merytoryczności „Dzienników”, są one prawdziwym zagłębiem wiedzy, informacji, faktów, nazwisk, świadectw tamtej epoki. Biorąc nawet poprawkę na silne emocjonalne zabarwienie, pewien brak obiektywizmu czy też wręcz zdecydowaną stronniczość, „Dzienniki” należy uznać za ważny dokument swoich czasów, choćby nawet kuriozalny. Miejscami zajmuje on nas bardziej, miejscami mniej – by nie napisać, że jest nużący – to znów wydaje się bez mała fascynujący, bulwersuje. Dla czytelnika, który za kulisy PRL-u nie miał wstępu tudzież wglądu, lektura tej księgi może być czymś w rodzaju nadrabiania zaległości – wypełniania luk w wiedzy o najnowszej historii rodzinnego kraju, bez znajomości której trudno by zrozumieć to, co się dzieje obecnie w Polsce.
A Stefan Kisielewski siedział w jaskini lwa, tkwił w oku komunistycznego cyklonu, w centrum kulturalnych, politycznych i gospodarczych zawirowań. Mimo narzuconej mu izolacji, pozbawienia możliwości wpływania na społeczny ogół, cały czas trzymał rękę na pulsie bieżących spraw, utrzymywał kontakty z mnóstwem liczących się w kulturze i polityce ludzi (niejedną wódkę z nimi wypił), miał też bezpośredni wgląd w sytuację na świecie. Będąc przy tym obserwatorem przenikliwym, niepoprawnie zachłannym, o diabelsko ruchliwej wyobraźni i ciekawości, z niepoślednim intelektem, unikalną umysłowością, zostawił po sobie ślad, nad którym nie sposób przejść – nawet po wielu latach – obojętnie.

*  *  *

PATRIOTYZM  SFRUSTROWANY

*

Polska – to był największy ból Stefana Kisielewskiego. I był to ból przewlekły, tak jak przewlekła była sowiecka kuratela nad naszym krajem. Lata mijały a patriotyczna chandra Kisiela nie ustępowała, co na kartach „Dzienników” widoczne jest aż nazbyt ostro. Choroba „na Polskę”, głęboka frustracja biorąca się z różnicy między tym, co wyobrażał i czego życzył sobie (i krajowi) Kisiel, a rzeczywistym stanem peerelowskim.

Kisiel „chory” na Polskę

To, że był to starej daty patriotyzm, raczej nie ulega wątpliwości. Sprawa polska leżała Kisielowi nie tylko na wątrobie ale i na sercu. Jakże inaczej tłumaczyć ową polemiczną pasję roztrząsania – i to niemal każdego dnia – najistotniejszych dylematów gospodarczych, politycznych i społecznych występujących nad Wisłą? Prawdziwe powody znajdziemy oczywiście w „Dziennikach”, lecz nie zawadzi tu przytoczyć także opinię Czesława Miłosza, który w swoim „Abecadle” pisze tak: „Dla człowieka kochającego swój kraj – a Kisiel był patriotą – to, co się działo w Polsce po 1945 roku, przedstawiało się jako jedno wielkie niszczenie i marnotrawstwo”.
Nie tylko niszczenie i marnotrawstwo. Kisiel analizuje za swojego punktu widzenia różne aspekty peerelowskiej rzeczywistości: wasalskie uzależnienie od Rosji, stan polskich „elit” i innych grup społecznych, jak również narodu polskiego jako całości. Zajmuje go sposób rządzenia, polityka władzy, irytują ustrojowe paradoksy i absurdy.
Uważał, że „sojusz” ze Związkiem Radzieckim, pętając Polskę, czyni z niej kraj zacofany, zupełnie przez Zachód lekceważony. Przyszłość jednak pokazała, że Stefan Kisielewski był o wiele bardziej trzeźwym realistą, niż ci, którzy uważając się za „realistów”, szli na kompromis i tym samym system ten wspierali, moszcząc się wygodnie – naiwnie lub z wyrachowaniem – w jego strukturach. Realizm Kisielewskiego polegał na tym, że odrzucał on oparcie socjalistycznej ekonomii na fikcyjnych podstawach. To właśnie funkcjonowanie rynku i gospodarki w socjalizmie było na bakier z realizmem ekonomicznym, nie odwrotnie. I tu Historia przyznała Kisielowi rację.

DOM WARIATÓW I OPERETKA

Podczas swoich częstych podróży po Polsce, Kisiel oczywiście wszystko dookoła bacznie obserwował, czyniąc uwagi, które niekiedy wymykały się jakby tej jego pesymistycznej  i krytycznej idiosynkrazji. Pisał np: „ładny kraj, idylliczny na pozór”; autentycznie zachwycał się morzem czy górami (namiętnie spacerował i jeździł na rowerze), rajcował go (z początku przynajmniej) „rozkwit” Warszawy za Gierka. Parę przychylnych uwag poczynił pod adresem górali, młodzieży („ładna, dobrze odchowana, ubrana”)… etc. Natychmiast jednak wskakiwał na tego swojego wierzgającego byka krytyki. Jego uwaga koncentrowała się na czerwonej płachcie braków, ułomności, absurdów otaczającej go „socjalistycznej rzeczywistości”: „Polska dzisiejsza – Kisiel pisze to na dwa miesiące przed zajściami grudniowymi 1970 r. – to niewątpliwy i klasyczny dom wariatów: to wszystko, co w Rosji jest tragiczne czy dramatyczne, tu jest tylko operetkowe. Kraj z tajemniczą, nikomu nieznaną ‘elitą’ na górze, rządzony w myśl doktryny, którą mało kto podziela, z prawami dziwacznymi i zawile sformułowanymi, egzystujący od przypadku do przypadku, w dużym stopniu dzięki korupcji i łamaniu tego prawa; nie informowany o niczym i mający wszystko w dupie, ale za to kierujący się węchem i siódmym zmysłem; kraj, gdzie wszyscy boją się czegoś nieznanego, nikt natomiast nie boi się oszukiwać i naciągać, wiedząc doskonale, że bez tego nie można żyć; kraj, gdzie nikt nie wierzy w marksizm, a partia marksistowska ma 2 mln. członków – etc. Jak z domu wariatów wyłoni się normalny naród?”
Temu narodowi dostają się cięgi i gorzkie sarkazmy: „…masochizm narodowy i mesjanizm już są nieaktualne, bo jakże gloryfikować ten naród biedny wprawdzie, ale w swej biedzie mało wykazujący wielkości, intrygancki, plotkarski, tchórzliwy?” Zapis z 30 marca 1972 roku: „Polacy nie mają już odwagi cywilnej (tej zresztą nigdy nie mieli) ani godności. Narody, którym odebrano godność, czyli kraje demokracji ludowej – tak bym to określił”. 30 grudnia 1976 r.: „Komunizmowi mogą się oprzeć tylko społeczeństwa rozwinięte przemysłowo, mające nową elitę, nową szlachtę, arystokrację pieniądza. W kraju zniwelowanym, pozbawionym wszelkich elit, siłą faktu elitą zostaje centralistyczno-biurokratyczna partyjna sitwa, której służy zastrachana i skurwiona inteligencja naukowo-techniczna i prasowo-artystyczna”. 22 października 1978 r.: „Czy my wszyscy nie jesteśmy przypadkiem zdegenerowani? Przecież już od 30 lat akceptuje się, żyjąc w nim, stan rzeczy, że na białe mówi się czarne, dyktaturę nazywa się demokracją, gwałt przyjaźnią etc., to muszą z tego wyniknąć jakieś konsekwencje psychiczne (…) A co będzie z polskim narodem? Młodzi chcą go teraz otrzeźwić, ale czy doceniają, jak on w tym sowietyźmie zeskurwysyniał?”

Czesław Miłosz: „Kisiel był patriotą” Kisiel: „Naród w sowietyźmie zeskurwysyniał”

Stefan Kisielewski miał szlaban nie tylko publicystyczny, ale i graniczny: przez długi czas nie mógł opuścić Polski, odmawiano mu wydania paszportu. Kiedy więc udało się mu wyjechać i przez 7 miesięcy na przełomie 1973 i 74 roku przebywał w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Francji i RFN, zakosztował wolności i Zachodu, jego diagnoza socjalistycznej rzeczywistości polskiej po powrocie była druzgocząca: „Kraj niedemokratyczny, z fochami i fumami, gdzie każdy chce przewodzić innymi, wszyscy razem są prymitywni i biedni. Cóż za system kretyński i demoralizujący ludzi – bo nieszczęście ludzi nie czyni sympatyczniejszymi, przeciwnie! Jakież tu wszystko jest nielogiczne, niewygodne, absurdalne (…) Do tego monotonia życia, ubóstwo kulturalne, potwornie idiotyczna prasa i radio. Zresztą wszędzie ten absurdalny, nic wspólnego z rzeczywistością nie mający żargon partyjny, mieszanina abstrakcyjnej doktryny z konsekwentnym cwaniactwem oszustów – wszystko to jest niesamowite”.
System oparty na fikcji i utopii musi się w swym oderwaniu od rzeczywistości wspierać różnymi trikami: dymne zasłony ideologiczne, magia słów, doktrynalne zaklęcia, ignorowanie oczywistych faktów, utwierdzanie mitów, sankcjonowanie kłamstwa i obłudy. Wiadomo to skądinąd, nie tylko dzięki Orwellowi. Kisiel raz po raz punktuje owe zjawiska jednoznacznie, ocierając się nawet czasem o profetyzm: „Cała nasza elita partyjna zmienia się w automaty, ludzi nieczułych i niewrażliwych na drganie prawdy, nie dopuszczających istnienie innych poglądów, nie znających prawdziwej dyskusji, nie robiących niczego co nie uzgodnione, nie postanowione z góry. Rezultat – chcąc coś zmienić, trzeba wyjść na ulicę i palić komitet. Gierka też to spotka, to jasne, bo on już też tak odrętwiał jak Gomułka”.
Wielu ludzi PRL-u było świadomych tego, że żyją w świecie, który kształtować i kontrolować chciano za pomocą fikcyjnej ideologii, jednak instynkt samozachowawczy – niektórzy powiedzą: mimikra – powodowało, że przyjmowali reguły gry, urządzali się jakoś i egzystowali w czymś, co można nazwać orwellowskim „dwójmyśleniem”. Kisiel ich nawet czasem usprawiedliwiał. Był to kamuflaż, słynne, spotykane zwłaszcza wśród inteligentów „barwy ochronne”. Nie wszyscy jednak – choć byli to nieliczni – owe barwy przybierali. I to nie tylko z powściągliwości czy nawet wstrętu do tego rodzaju obłudy. Po prostu niektórzy nie byli do tego zdolni. Kisiela, to co się działo wokół niego zdumiewało „jak sen wariata  śniony nieprzytomnie”, a najbardziej zdumiewało go to, że tak niewielu się tym w sumie zdumiewało.
Zapewne nieraz Kisiel zadawał sobie pytanie: kto tu zwariował – on czy cała reszta? Pytanie wszelkich niepokornych, nieprzystosowanych do zunifikowanego systemu, których rzeczywiście jako „wariatów” zamykano w szpitalach psychiatrycznych. Tak było np. w ZSRR, gdzie patologia komunizmu objawiła się najostrzej (przykłady: Brodski, Mandelsztam i wielu innych). Sam Kisiel przyznał parokrotnie, iż naprawdę trzeba posiadać pewne cechy szaleńca, by uprawiać opozycję w komuniźmie, nie mówiąc już o próbach buntu i wzniecania rewolucji. Na tym też osadza on jeden z dylematów życia w totalitaryzmie: „wyobcować się czy przyjąć ogólną konwencję?”.

ORĘDOWNIK KAPITALIZMU CZY DENUNCJATOR GOSPODARCZEJ FIKCJI SOCJALIZMU?

W przeciwieństwie do innych krytyków komunizmu czy socjalizmu, Stefan Kisielewski stosunkowo rzadko wdawał się z tymi systemami w głębsze dysputy natury ideologiczno-filozoficznej. Nie rozwinął też własnej alternatywy ustrojowej, choć niejednokrotnie dawał wyraz swemu poparciu dla kapitalizmu – i to ostatnie właśnie przylgnęło do jego wizerunku opozycjonisty. Powiedzmy sobie szczerze, że przylgnęło bardziej na zasadzie mitu i legendy, niż czegoś wynikającego z rzeczywistych przesłanek. Sam Kisiel daje wyraz temu w „Dziennikach” przyznając, iż kapitalizmu nie zna na tyle, by ogłosić siebie jego otwartym i kompetentnym poplecznikiem. Uczciwe postawienie sprawy.
Nie przeszkadza mu to jednak w obnażaniu słabizn ekonomicznych ustroju, stawianiu diagnoz chorej gospodarce: „Obłędna jest niepraktyczność tego ustroju (…) Uderza mnie tu bałagan, zła organizacja i lekceważenie wszystkiego przez wszystkich”. (…)„Budowano to głupio, po doktrynersku, bez ekonomistów”. (…) „W socjaliźmie wielki popyt, mała podaż, fatalna organizacja, pełne zatrudnienie, niskie płace, równość w brakach życiowych i w baraku praw do gadania; w kapitaliźmie – odwrotnie”.

Krytyka stanu gospodarki w socjaliźmie łączy się u Kisiela z powierzchowną co prawda, niemniej jednak dobitną krytyką ideologii, podstaw ustrojowych, a więc marksizmu i komunizmu. Trudno się temu dziwić skoro upolitycznianie wszystkiego było nieodłączną cechą funkcjonowania systemu
Raz po raz wraca Kisielewski do denuncjacji fikcji, na której opiera się ustrój i sposób rządzenia w PRL-u: „Wczoraj oglądałem w telewizji otwarcie sejmu – coś wręcz przerażającego: od czasu do czasu, gdy ja byłem posłem, drętwość tego widowiska posunęła się naprzód, ku swej ‘doskonałości’, w sposób po prostu niewyobrażalny. Jakby marionetki poruszane sznurkiem, wszystko wyreżyserowane, bez cienia autentyzmu (…) Potworna nieruchoma fasadowość tego wszystkiego, mająca na celu ukrycie jakichkolwiek konfliktów, zdradza kurczowy strach przed społeczeństwem, przed życiem, przed jakąkolwiek zmianą (…) Polityka pojęta jako utrzymanie władzy i tajności jej kulis za wszelką cenę”.

KTO TĘSKNI ZA PRL-em?

Warto zwrócić uwagę na powyższe sądy Stefana Kisielewskiego tym wszystkim, którzy niejako zwątpili dziś (tekst pisany był w drugiej połowie lat 90-tych – przyp. LA) w zasadność i dobrodziejstwo całej solidarnościowej zawieruchy kładącej kres PRL-owi. A że takie zwątpienie jest stale obecne, to nie ulega wątpliwości. Społeczeństwo polskie w dużej mierze tęskni za „bezpieczeństwem” i „komfortem”, które jakoby panowały w czasach Polski Ludowej. W tych tęsknotach zapomina się jednak o kosztach, jakich ten „komfort” wymagał – o cenie jaką trzeba było płacić. Nie bierze się też przy tym pod uwagę jakie to wszystko było papierowe, budowane w powietrzu, na ruchomych piaskach – i skazane przez to na zawalenie i ruinę. Złudna była niezawisłość, niepewne bezpieczeństwo narodowe, urojona gospodarcza potęga, sztuczny i nietrwały dobrobyt (zwłaszcza w czasie przejadania zagranicznych kredytów); wreszcie – na fałszu oparta była oficjalna ideologia. Na tym zasadzały się peerelowskie „dobrodziejstwa” i „spokój”.

Daniel Passent: „Był autorytetem. Każdy jego felieton był dla mnie wyrzutem sumienia.”

Okazało się, iż taka jest prawdziwa kolej rzeczy: komunizm, jak również tzw. realny socjalizm (gdyż w Polsce prawdziwego komunizmu, dzięki Bogu, nie było nigdy), skazany był na bankructwo, nawet gdyby nie miał swoich przeciwników i kontestatorów. Stało się więc to, co musiało się.
O ile sobie przypominam, poglądy wyrażone tak ostro, jednoznacznie, śmiało i jaskrawie przez Kisiela, podzielane były w Polsce coraz powszechniej, krążyły w obiegu nieoficjalnym. Stefan Kisielewski miał odwagę wypowiadać je głośno i publicznie – dopóki było to możliwe. Później to samo głosił w swoim środowisku, utrwalając jednocześnie w dziennikach. Wszyscy w zasadzie przyznawali mu rację (po cichu raczej), choć niewielu tak pełnie, elokwentnie i z taką swadą potrafiło te myśli wyrazić. Często nie była to nawet sprawa odwagi, co właśnie przenikliwości i ruchliwości umysłu.

WYRZUT SUMIENIA

Myślę, że dość adekwatną opinią na temat postawy Kisiela będzie tu zdanie Daniela Passenta, którego doprawdy trudno by uznać za opozycjonistę PRL-u, czego on się zresztą wcale nie wypiera, wyznając otwarcie, choć nie bez pewnej kokieterii: „Dla mnie najważniejsza w tych felietonach była odwaga. Stanowiły one wyrzut sumienia, że nie posuwam się w swych wnioskach tak daleko, jak autor ‘Gwoździ w mózgu’. Z tych samych przesłanek Kisiel wyciągał bowiem wnioski, jakich ja nie wyciągałem (…) Czytało się więc Kisiela jako tego, który zasadniczo ma rację, mimo że w tej czy innej sprawie mógł się mylić. Pochlebna wzmianka w jego felietonie dawała satysfakcję, reprymenda – bolała, takim był autorytetem. Każdy jego felieton był więc dla mnie wyrzutem sumienia”.

Przyznaję, opinie Kisiela o polskim społeczeństwie (padło nawet słowo „naród”) mogą bulwersować. Sądy to ostre, nie przebierające w epitetach, nie wolne nawet od inwektyw. W ustach nie-Polaka, człowieka z zewnątrz, zabrzmiałyby niewątpliwie jak zniewaga, obelga, jednak akurat Kisielowi skłonni byliśmy to odpuścić. Mało kto, tak jak on, miał prawo do podobnego sarkazmu i bezceremonialności. Silne emocjonalne zabarwienie świadczyć może tylko o zaangażowaniu. Jeśli naród byłby Kisielowi obojętny – letnie i obojętne byłyby o nim wzmianki. Przy okazji odpowiedzmy sobie w duchu: czy sami nie odczuwaliśmy nigdy takiej potrzeby, by wyrzucić z siebie to, co nas boli z powodu tych mniej chlubnych cech naszych narodowych – by, po prostu, naurągać nieco naszemu własnemu plemieniu? I wcale nie byłby to dowód braku patriotyzmu, czy tym bardziej zdrady. A Kisiel jest ostatnią osobą, którą można by podejrzewać o zdradę i zaprzedanie.

NIEPRZEKUPNY

Właśnie… według mnie, najważniejszą cechą Kisiela, która zawsze budziła mój najwyższy podziw i szacunek, była jego niezależność i niesprzedajność – to, że nie można go było kupić. A na powszechnym udawaniu i oportunizmie (różnie to nazywano: „kompromis”, „rozsądek”, „realizm”, „spryt”, „życiowość” etc.) oparty był cały system. Jakże niewielu było (i mimo wszystko nadal jest), takich ludzi, którzy bez względu na konsekwencje potrafią śmiało głosić swoją opinię, poglądy i zapatrywania wtedy, gdy nie jest to popularne, alb gdy grożą za to konkretne restrykcje, utrata czegoś wymiernego. Konformizm jest w zasadzie postawą powszechną. Wchodzi się w tzw. „układy”, urabiając pod zewnętrzne wymagania, w konsekwencji gubiąc nieraz gdzieś samego siebie.
Doprawdy nie chciałbym tu takiej postawy oceniać, ani tym bardziej ganić (w końcu jest to takie „ludzkie”). Chcę jedynie podkreślić, jak bardzo cenni mogą być ludzie, którzy z tych reguł potrafią się wyłamać. Cena jaką za to płacą bywa niekiedy przeraźliwie wysoka. Dostają oni zewsząd cięgi, skazywani są na ostracyzm, niekiedy ich kosztem jest tzw. zmarnowane życie. Tym bardziej należy się im hołd. Poświęcając się, narażając siebie, ocalają tym samym coś niezwykle szlachetnego i wartościowego. Nie tylko prawdę. Jednym z tych niewielu był Stefan Kisielewski.

*  *  *

Kisiel: „Wyobcować się czy przyjąć ogólną konwencję?”

Zdjęcia: Włodzimierz Echeński, Włodzimierz Wasyluk, tvp east news