WYTARGAĆ Z SIEBIE TO, CO W ŚRODKU GRA…

o spotkaniu Olgierda Łukaszewicza z publicznością, po spektaklu A kaz tyz ta Polska, a kaz ta? w Tetarze Chopina w Chicago

.

Olgierd Lukaszewicz z publicznoscia w Teatrze Chopina

Olgierd Łukaszewicz: „A przecież tańce chochole odbywają się nadal”

.

    Spotkanie z Olgierdem Łukaszewiczem nie zakończyło się na monodramie według tekstów Wyspiańskiego. Po spektaklu odbyła się rozmowa z publicznością, którą jednakże zdominował monolog aktora. Przypomniał on o swoich przeprawach z tzw. opinia publiczną, począwszy od afery ze sprowokowanym przez CBA burmistrzem Helu, (który, jeśli się nie mylę, pomógł stworzyć Łukaszewiczowi teatr w tym mieście); przez skandal z „wsadzeniem do więzienia lombardzisty”, (a Łukaszewicz bronił tylko rolnika, którego ów lichwiarz „wydudkał”); po sensację z 60-letnia aktorką, która urodziła bliźniaki, (a za którą – ściślej: za jej dziećmi – ujął się Łukaszewicz).
Wspomniał o swojej pasji społecznikowskiej, o swoim „wtrącaniu się” w różne sprawy, które go korcą, gryzą… na które się nie zgadza. Mają do niego pretensje, że chodzi w tych sprawach do obecnej władzy, do nowego prezydenta… A przecież: gdzie ma chodzić, jak nie do tych, którzy teraz mają władzę? „Jest konkret, to chodzę!” – obruszył się Łukaszewicz.
Na uwagę kogoś z publiczności, że „wiadomo, kto za tym prezydentem stoi”, odpowiedział, że on się „na tych sprawach (politycznych) nie zna”, co było oczywistym unikiem – niechęcią wypowiedzenia swojego „poglądu politycznego”, który – według tego, co stwierdził wcześniej – „trudno teraz mieć”.

UWIKŁANIE W POLITYKĘ

    Zgodnie więc z deklaracją, że chce być człowiekiem wolnym od jakiejkolwiek przynależności partyjnej, a nawet „idei” (tu chyba chodziło artyście o ideologię, bo są to jednak dwa różne pojęcia), Łukaszewicz rzeczywiście unikał wydawania jakichkolwiek sądów, które by go lokowały po tej, a nie innej stronie politycznego spectrum, czy też raczej sporu (nie wiem na ile przyczyniła się do tej postawy obecność na sali polskiego konsula, a na ile opinia, że Polonia chicagowska za Jarosławem Kaczyńskim murem stoi). Nadawało to niestety całej tej „dyskusji” ton pewnej nieokreśloności, więc często odnosiłem wrażenie, iż Łukaszewicz nie odpowiada wprost, albo odpowiada zbyt „dyplomatycznie”, dość szybko zmieniając temat, zwykle na sprawy dotyczące jego samego (albo środowiska, które – jako prezes Związku Artystów Scen Polskich – reprezentuje).
Mimo tej ostrożności apolitycznej, i tak – jak się poskarżył aktor – „wrabiany” jest on w politykę. Trudno chyba tego uniknąć, bo np. kiedy zagrał generała Nila, to dla pewnych ludzi był bohaterem, a kiedy w wyborach poparł Komorowskiego, to przez to samo stronnictwo obwołany został zdrajcą.

POLSKA – KRAJ ZACOFANY

    Atmosfera na Sali wyraźnie się ożywiła, kiedy Łukaszewicz zdecydowanym i dobitnym głosem oświadczył, że „Polska z własnego wyboru jest krajem zacofanym” i „zacofane jest polskie społeczeństwo”. Tak więc młode pokolenia muszą teraz „wyciągać Polskę z jakiejś dziury”. Bo niby gdzie jest ta nasza wielkość? I czy kiedykolwiek była? Sarmaci, mocarstwo od morza do morza – śmiechu warte złudzenia. „Żadnej pięknej przeszłości nie mamy” – skwitował na koniec te rewelacje artysta.
Ale jaki to ma związek z Wyspiańskim? – zapytał ktoś z publiczności.
Ano ma, i to wielki. Kiedy Łukaszewicz jeździł z przedstawieniem, pokazując je nie tylko w Polsce, ale i Polonii w kilku krajach Europy, to pytano się go tam, czy aby sam czegoś do tekstów Wyspiańskiego teraz nie dopisał – tak bardzo wydawało się to aktualne.
Ale przecież język Wyspiańskiego – nie tylko z innej epoki, ale i rymowany – jest jednak hermetyczny, więc czy aby na pewno wszyscy w lot pojmowali o co w tym wszystkim chodzi? – dopytywała się pewna pani polonistka.
„Ale co jest hermetyczne?” – dziwił się Łukaszewicz, bo jemu to wszystko wydaje się jasne. Ale może się myli, bo już nie ma do tego tekstu dystansu. Być może też emocje zaciemniają jego wywód? (Coś w tym jest – ja również pomyślałem o tym, że można odnieść takie wrażenie.) Kiedyś pewien recenzent zarzucił mu, iż na scenie strasznie wszystko przeżywał, wręcz histeryzował, ale to pewnie dlatego, że bardziej właśnie emocje, a nie słowo, przemówiły do niego.
Poza tym, wypominano mu, że skoro teraz w Polsce wszystko idzie ku dobrej zmianie, to dlaczego ciągle on się tak „ciska”? „Co się pan tak indyczy?”- mówili.
A przecież tańce chochole odbywają się nadal.

JEDNOŚĆ – IDEA CZY PIENIĄDZE?

    Raz jeden włączyłem się do tej dyskusji – i to niestety za sprawą, która oddaliła nas od Wyspiańskiego. Poszło o europejską Unię. Pozwolę sobie ten wątek przytoczyć.

    Mówił Łukaszewicz: „Młodzi aktorzy mówią dziś do mnie: ‘No, jest brexit, to teraz będzie pol-exit’. A ja mówię: ‚a gdzie ty się wybierasz?’” (śmiech na sali – przyp. St.B.) „Ty nie wiesz, że myśmy już tam byli?” Po czym nastąpił komentarz aktora: „No, kto sieje wiatr, ten zbiera burze. Nastąpiło ileś tam lekceważenia Unii Europejskiej w polityce (i są tego skutki). Dopiero później wódz zza kulis odwołał te kalumnie, mówiąc, że – a jakże – zawsze byliśmy w Europie. No, żeby się nie skończyło tak, że my demokratycznie wyjdziemy z tej Unii, bo młode pokolenie nie będzie miało pojęcia, że mocarstwo środkowo europejskie Jagiellonów, to nie jest do rekonstrukcji. No gdzież ta wielkość! W tym, że się wydawało, że się tutaj stworzy z Ukrainą, Litwą, Gruzją… potęgę, która się sprzeciwi Unii Europejskiej?!”

    Tutaj zauważyłem: „Ale to nie chodzi o potęgę, a raczej o przeciwwagę. Można też w ten sposób na to spojrzeć. Tym bardziej, że Europa przeżywa jednak obecnie kryzys i on najprawdopodobniej będzie się pogłębiał.”
Łukaszewicz: „Jeżeli powstanie tutaj jakaś wartość, taka produktywna, i będzie to wyjaśnione – to może to będzie jasne. I nie będzie to prowadziło do wystąpienia Polski z Unii. Jednak te słowa pani Pawłowicz, która flagę europejską nazwała ‘szmatą’, jednak ludzi do czegoś ośmieliły.”
Tutaj aktor ponownie wrócił do swoich zasług – w tym przypadku do „walki z Brukselą” i Komisją Europejską – choćby o zmianę ustawy o podatku VAT w kulturze. Trwało to dobrych kilka minut, ale na koniec Olgierd Łukaszewicz nawiązał do mojej uwagi: „Ja wiem, co to znaczy stworzyć równowagę dla biurokratów w Unii Europejskiej. Ja to rozumiem. Chodzi o to, by tego typu dyskusja z Unią była jawna. (…) Ale doprowadzanie sytuacji do ekstremum, że my możemy sobie z tej Unii wyjść i odejść, to jest zbrodnia na miarę tej, którą nam kiedyś nasi przodkowie zafundowali.”
Wtrąciłem: „No tak, ale w tej chwili Wielka Brytania to zrobiła.”
Na co Łukaszewicz wykrzyknął: „Wielka Brytanie jest Wielką Brytanią od wielu, wielu wieków!”
Ja: „No właśnie.”
Łukaszewicz kontynuował: „… a Polska nie jest wielka od Jagiellonów! Liczmy się z realiami.”
Ja: „Chciałem powiedzieć, że właśnie dlatego od Wielkiej Brytanii trzeba wymagać więcej. A tu ona robi takie faux pas.”
Łukaszewicz: „Jeżeli ma pan pieniądze – dużo pieniędzy! – to ja będę on pana więcej wymagał, a pan powie: ‘chwileczkę, to ja mam pieniądze, a nie ty’!”

    W tym momencie na Sali wybuchły gromkie śmiechy rozbawienia, przez które musiałem się przedzierać, mówiąc: „Ale przecież Unia Europejska to nie tylko pieniądze. Nie na tym polegały główne idee, kiedy tworzono Unię. Właśnie silniejsi mieli pomagać słabszym. Wcześniej była Europejska Wspólnota Gospodarcza – i tam najważniejsze były pieniądze. Moim zdaniem nie możemy zniżać sensu – i racji istnienia – Unii Europejskiej do handlu i pieniędzy.”
Ostatniego mojego zdana pewnie nikt już nie słyszał, ale uciszył wszystkich głos Łukaszewicza: „jeżeli propagowano w Wielkiej Brytanii opinię: kochany wyborco, rżnie cię na każdym kroku Unia Europejska – zabierają ci to i to, i jeszcze emeryturę ci zabierają – to jak oni się mieli zachować? Konkretnie się zachowali! Dbali o swoja forsę. Bo dla jakich idei oni się maja łączyć? Dla jakich?! Druga wojna światowa dawno się skończyła.”
Dałem więc sobie spokój na takowe dictum, choć argumenty Łukaszewicza wydały mi się trywialne (choć, niestety, było w nich coś na rzeczy). Nie chciałem jednak przedłużać tej dyskusji, bo zbyt daleko odbiegła ona od kultury.

TEATR MOŻE ZGASNĄĆ

    Rozmowa balansowała na styku kultury i polityki. Zygmunt Dyrkacz, właściciel Teatru Chopina miał pretensje o to, że o Polsce za granicą mówi się źle, że – jako kraj średni ze średnią kulturą – nie możemy się przebić z naszym kulturowym „brandem” wśród kulturowych wielkości, jakimi są choćby Francja, Niemcy, Włochy, Anglia…
Na co Łukaszewicz odparł czymś zaskakującym: „Należy sobie odpowiedzieć na następujące pytanie: czy kultura była potrzebna naszemu społeczeństwu?” I odpowiedział sobie sam, jeszcze bardziej zaskakująco: „Nie, nie była”.
Ale to nie chodzi o wyrabianie swojego „brandu”, ciągnął Łukaszewicz, bo do czego tak naprawdę jest sztuka? Do wyzwolenia naszej wyobraźni, wrażliwości, myślenia – większej świadomości… Nie martwmy się o „brand” naszej kultury za granicą, dbajmy i rozwijajmy to, co nasze – tutaj. Bo to przecież skandal, że polskie filharmonie nie grają naszych kompozytorów.

    Obecny na Sali polonijny filmowiec Kuba Łuczkiewicz zwrócił uwagę, że to właśnie za czasów PRL-u nasza kultura stworzyła to, co było najlepsze i co zostało docenione w świecie. „Wtedy polska kultura święciła tryumfy” – stwierdził. A działo się tak, choć czasy były trudne. Jednakże twórczość ta była wielka nie dlatego, że była wymuszona chęcią odniesienia międzynarodowego sukcesu, ale dlatego, że twórcy i artyści „wytargali z siebie to, co im w środku grało i wypowiedzieli to własnym głosem”. Czyli nie komercja… „Czy coś się w polskim kinie, teatrze dzieje takiego, co dawałoby nadzieję, że usłyszymy, zobaczymy siebie tak, jak w tym lustrze, co za panem się znajduje” – zakończył pytaniem swoją ciekawą wypowiedź Łuczkiewicz.
„Ja należę do tych, co mówią, że nie jest tak źle z polskim kinem” – zaczął Łukaszewicz. „Ja nie mówię, że jest źle, ale że nie słyszymy o tym kinie tutaj” – zauważył Łuczkiewicz, ale aktor kontynuował: ”Należy sobie zadać sobie pytanie, czy kultura miała lepsze warunki w PRL-u?” i również tym razem sobie odpowiedział: „Tak, miała. Choć wszyscy skazani byli na taką mniejszą egzystencję… bo co z tego, że pani Cichopek ma teraz 8 mln. zł. za serial? Ktoś to chyba tak wycenił, widocznie tak ma być – ale dlaczego tak musi być? Tak więc aktor staje się towarem, naklejką na towar – a kulturę sprowadza się do produktu. A przecież ambitnych i ciekawych ludzi w Polsce jest wiele.” Czy jednak najważniejsze jest to, żeby przebić się z polskim kinem w świecie? Według Łukaszewicza nie, bo to kryterium (dobrej kultury) nie jest za granicą. To my musimy dbać o dziedzictwo narodowe, a takim dziedzictwem jest teatr. Powinniśmy brać przykład z Niemiec, które są obecnie kulturalną potęgę. Tam prezydent zawarł sojusz z teatrem, a u nas? Teatr może „zgasnąć, być unieważniony”. Zamiast opieki państwa, są samorządy, które nie mogą sobie – z utrzymaniem teatru na „poziomie kreatywności” – dać radę. Ponadto młode pokolenie nie szanuje tego, co było przedtem.
Tak więc odpowiedź aktora znowu się rozmyła, zboczyła na inne tory… Łukaszewicz nie omieszkał dodać, że sam o teatr i dobro aktorów walczy. Ma nadzieję, że przysłuży się temu zorganizowane przez niego międzynarodowe forum ZASP-u, które odbędzie się wkrótce w „stolicy europejskiej kultury”.

CO JEST CENNE?

    Muszę się przyznać, że odczuwałem pewien niedosyt, jeśli chodzi o drążenie tematów w tej dyskusji. Na pierwszy plan ciągle wysuwało się „ja” aktora – ale może tak właśnie miało być? Jednak Olgierd Łukaszewicz zakończył spotkanie czymś sympatycznym: „Ceńmy sobie naszą dzisiejszą rozmowę – nasze spotkanie. To jest właśnie pielęgnowanie kultury. Raptem poświęciliśmy ten czas czemuś tak ulotnemu, niejasnemu… co jednak budzi w nas emocje – i w imię czego chcemy rozmawiać.”

greydot

Teatr i kino - lustrzane odbicia, w których możemy zobaczyć samych siebie? (Olgierd Łukaszewicz na spotkaniu z widzami w Teatrze Chopina)

Teatr i kino – lustrzane odbicia, w których możemy zobaczyć samych siebie? (Olgierd Łukaszewicz na spotkaniu z widzami w Teatrze Chopina)

 

© ZDJĘCIA WŁASNE 

Spotkanie odbyło się w Teatrze Chopina w Chicago, 21 sierpnia, 2016 r., po spektaklu  „A kyz tyz ta Polska, a kaz ta?”, o którym przeczytać można w poprzednim wpisie TUTAJ.

.

ANUS MUNDI (i post scriptum)

Dzisiaj mija kolejna rocznica wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Tekst, który napisałem ponad dwa lata temu, przypominam tutaj po raz pierwszy i – chyba jednak – nie ostatni. To temat, który zostanie ze mną do końca życia.

*

Rampa w Auschwitz  (zdjęcie własne)

Człowiek w XX wieku przelał oceany krwi, ale też i wylał morze łez.
Te łzy zmywały ból.
Ale czy mogą też zmyć naszą hańbę?

Zdecydowałem się wreszcie na tę wizytę.
Zawsze to miejsce wydawało mi się oddalone o wieki, położone gdzieś na peryferiach dawnego świata, przynależne wyblakłej historii.
A to zaledwie godzina jazdy samochodem z Krakowa.

*  *  *
Bez próby dogłębnego zrozumienia Auschwitz nie można posiąść pełnej wiedzy o człowieku, jako gatunku Homo sapiens. Niestety, zbrodnia ta wymyka się ludzkiemu pojęciu nie tylko w kategoriach etycznych, ale i opisowych – po prostu zawodzi nas przy tym nasz język.
Stylistyka, konwencje, słowa, metafory, sposoby narracji, tzw. „środki artystyczne”… wszystko to wydaje się być czymś „nie na miejscu”, bezsilnym – jakąś niezręczną próbą odbicia koszmarnej rzeczywistości, która jakby zamyka się wokół obozu zagłady i niczym czarna dziura zapada się sama w siebie, zasysając to, co ewentualnie mogłoby pomóc nam w jej pojęciu i zrozumieniu.

*  *  *
Auschwitz.
Anus mundi – odbytnica świata.
Kloaka nowożytnej cywilizacji.
Monstrualny grób wypełniona krwią i popiołami milionów trupów.
Miejsce wstrętne i przerażające, a zarazem święte, budzące nawet tkliwość.

*  *  *
Pamiętam awanturę, jaka się rozpętała po premierze „Listy Schindlera”. Sam niechcący ją zapoczątkowałem, publikując recenzję z tego filmu w „Polityce”, gdzie zakwestionowałem prawdziwość „romantyczno-heroicznej” wersji Spielberga. Moim zdaniem reżyser poddał się niedopuszczalnej manipulacji rzeczywistością, eliminując pewne jej elementy i zabarwiając ją własną, życzeniową, stylistyczną interpretacją, która bez mała urągała historycznej prawdzie i sprawiedliwości… choćby wobec tych, którzy nie mając na łapówkę dla zarządcy fabryki Schindlera, nie dostali się na „listę”, co było równoznaczne z ich zagładą.
Recenzja nosiła tytuł „Kamera w piekle”, z dopiskiem (w podtytule): „Z parku jurajskiego do obozu zagłady”, co miało w pewien sposób kwestionować kompetencje twórcy typowego kina hollywoodzkiego, biorącego się za temat tak odbiegający od rozrywkowego entourage filmu popularnego. (Spielberg był właśnie po realizacji komercyjnej bajki fantastyczno-przygodowej „Park Jurajski”; każdy pamiętał też jego „Szczęki” i „Gwiezdne wojny” – sztandarowe pozycje masowego kina amerykańskiego.)

Zaraz potem odezwały się głosy (pamiętam zdanie Daniela Passenta), że są pewne tematy (w tym Holocaust), za które kino w ogóle nie powinno się brać, bo cokolwiek się z nimi zrobi, to będzie to w stosunku do rzeczywistości nieadekwatne.

*  *  *
Ja jednak nie zgadzam się z tym, że kino nie powinno zajmować się takimi tematami, choć uważam, że nie jest ono w stanie przekazać pełni fenomenu tej koszmarnej zbrodni. Jest ono bezsilne w kompleksowym oddaniu horroru masowego ludobójstwa, ale zajmując się konkretnym człowiekiem, czy też grupą ludzi, może nam – wzbudzając empatię – przybliżyć ludzki wymiar tragedii i nieszczęścia, opisać jednostkowy los, ujawniając pewne mechanizmy zbrodni.

*  *  *
 Wstrząsy, jakie spowodował Auschwitz w mojej psychice mam już za sobą. Pierwszy z nich przeżyłem mając około 12 lat, kiedy w moje ręce dostała się pewna książka opisująca obóz masowej zagłady, ilustrowana rysunkami więźniów, na których po raz pierwszy zobaczyłem „muzułmanów”, czyli ludzi  zamienionych wsuktek głodu w powleczone skórą szkielety.
Od tego czasu Holocaust stale jest obecny w mojej świadomości, z różnym nasileniem.
Później doszły inne lektury, filmy, zgłębianie tematu, spojrzenie z różnych perspektyw.

Ktoś może powiedzieć: po co zajmować sobie głowę tym koszmarem? Czy nie byłoby lepiej skupić się na jaśniejszej stronie życia i świata? Otóż moim zdaniem zasada pozytywnego myślenia winna dotyczyć wszystkiego, tylko nie takich kardynalnych ludzkich zbrodni jak ludobójstwo (dochodzi tu jeszcze zniewolenie człowieka przez totalitaryzmy).

Nie chcę teraz przywoływać tych wszystkich wytartych sloganów (jak np. ten: „kto nie pamięta nieszczęść historii, jest skazany na ich powtórne przeżycie”, czy też „ludzie ludziom zgotowali ten los”… etc), wskażę jedynie na naszą zwykłą ludzką powinność, aby pamiętać – i aby być świadomym wyrządzonego zła.
Tylko tyle… i aż tyle!

*  *  *
Czy my – pokolenia, które nie doświadczyły wojny na własnej skórze – mamy prawo kogokolwiek sądzić?
Nigdy nie chciałem tego robić.
Patrzyłem tylko zdumiony tym z jaką łatwością w tamtych czasach zarazy rozpętała się apokalipsa – jak rozwiewały się  nadzieje, jak puste stawały się humanistyczne wartości, jak iluzoryczne okazywały się wszelkie ludzkie ideały, jak bezbronne i podatne na zszarganie stawało się dobro, jak łatwo było unicestwić całe rzesze ludzi, redukując je do ścierwa, rzeczy, nawozu historii …
Nie sądziłem nikogo, ale jednak zwątpiłem w człowieka, (Boga dość szybko przestałem w to mieszać, by nie popaść w jeszcze większe otchłanie bezsensu i absurdu).
Tym samym zwątpiłem w siebie.
Bowiem ja nie utożsamiałem się tylko z ofiarami, ale i z katami.
Dlaczego?
Gdyż my wszyscy z tego samego nasienia, podobnie jak z tego samego nasienia byli Kain i Abel.

I męczyła mnie uporczywie myśl, że człowiek – w pewnym sensie – nie zasługiwał jednak na to, by pojawić się na ziemi. Żadne zwierzę nie skompromitowało się tak, jak Homo sapiens. (Nic na to nie poradzę, jeśli to, co przed chwilą napisałem, wyda się komuś patetyczne. Ja wiem, że jest prawdziwe – a prawda nigdy raczej nie jest patosem.)

*  *  *
Człowiek, który nie doświadczył życia w obozie masowej zagłady, nigdy nie będzie w stanie zrozumieć tych, którzy tam byli – zarówno tych wszystkich, którzy obóz przeżyli, jak i tych, którzy w obozie zginęli; tych, którzy zachowywali się tam przyzwoicie, i tych, którzy zachowywali się nikczemnie.
Otuchy wszak nam mogą dodać pewne mysli, jak choćby ta Herlinga-Grudzińskiego, że trudno zarzucać człowiekowi to, że zachowuje się nieludzko, jeśli wpędzono go w nieludzkie warunki.

*  *  *
W Auschwitz byłem po raz pierwszy w życiu. Wiedziałem, że kiedyś muszę to miejsce zobaczyć na własne oczy. Jednak przekraczałem tę słynną bramę z niesławnym napisem „Arbeit macht frei” jakby w psychicznym pancerzu, który i tak nie uchronił mnie w pewnym momencie od palącej, choć cichej i dyskretnej, łzy. Później już tylko rejestrowałem kolejne obrazy, fakty, komentarze… wyjaśnienia i opowieści przewodnika.
Tę wiedzę już posiadałem, tyle że teraz wydostawała się ona na wyższe poziomy mojej świadomości. I miałem nad nią kontrolę – i stać mnie już było na pewien dystans. To wszystko chroniło mnie przed kolejnym wstrząsem.
Podobnie chyba było z innymi ludźmi. Odniosłem bowiem wrażenie, że większość z nich zachowuje się tak, jakby zwiedzali jeszcze jedno turystyczne miejsce, zaliczali kolejną turystyczną „atrakcję”.

Być może jestem jednak niesprawiedliwy, bo jakże mogłem wniknąć do wnętrza tych ludzi?
W naszej grupie była pewna starsza kobieta, której ojciec zginął w Oświęcimiu. Ona jedna nie zdołała powstrzymać łez.

*  *  *

*

post scriptum…

 

Warta przypomnienia jest dyskusja, jaka miała miejsce po opublikowaniu tego tekstu na moim poprzednim blogu. Zapraszam do jej przeczytania TUTAJ.