DZIECI KAMBODŻY – kilka słów o fotografowaniu

*

*

„Jeśli idę z aparatem fotograficznym, to patrzę na świat zupełnie inaczej, niż gdy idę sobie tak po prostu z kolegą, z którym prowadzimy dyskusję. Bo wtedy ta dyskusja jest ważniejsza, niż otaczająca nas rzeczywistość – tej nie dostrzegamy. A gdy wyruszam z aparatem w celu sfotografowania miasta, ludzi czy jakichś scen, wtedy właśnie skoncentrowany jestem na detalu. I szukam, szukam… Bo fotografia to jest detal, kompozycja detalu, to próba znalezienia w nim metafory, symbolu, i przyglądanie się mu, obserwowanie – co poprzez niego wiemy o świecie, co ona nam mówi. To widzi oko malarza czy fotografika na tym detalu skupione.” (Ryszard Kapuściński, „Autoportret reportera”)

*
Uciec od turystycznych tłumów w miejscach takich jak kambodżańskie Siem Reap i Angkor Wat, to jest doprawdy sztuka. Podczas moich podróży, z większym lub mniejszym powodzeniem udaje mi się czasem tego dokonać. Tutaj (a właściwie na stronach moich fotograficznych blogów – „Światowida” oraz „brulionu podróżnego-ilustrowanego”), prezentuję zbiór ok. 100 zdjęć, które powstały podczas kilku dłuższych spacerów poza zonę turystyki masowej w prowincji Siem Reap w Kambodży.

Kapuściński jak zwykle trafia w sedno: jeśli tylko traktujemy aparat fotograficzny poważnie, to wyruszając z nim na poznanie świata, nasze oko staje się narzędziem percepcyjnym na usługach obiektywu – który jest w pewnym sensie tego oka przedłużeniem. To umożliwia nam skupienie się na detalu, czyli na pewnym (zwykle małym) skrawku rzeczywistości. Podobno diabeł czai się właśnie w szczegółach, ale w tym wypadku jednak: w szczegółach (detalach) kryje się prawda i esencja rzeczywistości, którą staramy się ogarnąć, przejrzeć i zrozumieć.
Czy jednak jest tak zawsze – w każdym przypadku? Czy prawda „detaliczna” – będąc niejako prawdą „składową” całości – nie jest tylko fragmentem prawdy o świecie, do którego nas odnosi? A może nawet czasem przeciwstawia się wręcz prawdzie całości – będąc czymś rodzaju wyjątku potwierdzającego regułę?

Co się dzieje, kiedy przedmiotem naszego największego zainteresowania są ludzie? Tutaj sprawy komplikują się jeszcze bardziej. Przede wszystkim: już użycie przeze mnie słowa „przedmiot” powinno budzić naszą ostrożność i wzmagać uwagę. Chodzi po prostu o to, by przy fotografowaniu nie podchodzić do ludzi jak do „przedmiotów”, nie traktować ich jak jeszcze jeden (kolorowy) element egzotycznego dla nas świata. Mieć świadomość tego, że każda twarz, para oczu, grymas, uśmiech, zmarszczki, kosmyk włosów… to nie elementy jakiejś estetycznej układanki (kompozycji), ale że za tym wszystkim kryje się czujący i myślący człowiek.

Bardzo lubię fotografować ludzi – zwłaszcza dzieci i osoby starsze wiekiem (wzbraniam się przed użyciem słowa „starców”, być może niepotrzebnie). Dlaczego? Nieraz się nad tym zastanawiałem i oprócz oczywistego powodu, dla którego lubi fotografować dzieci większość ludzi (bo przecież są one takie cute), wyławiam jeszcze inne, choć być może wszystkie one kryją się za owym cuteness (z grubsza można to słowo przetłumaczyć jako „powab”, „wdzięk”, „bystrość”, „spryt”, „ładność”…).
Dzieci wiążą się z nadzieją i obietnicą życia. Podświadomie kojarzymy je też z naszą (także często utajoną) tęsknotą za nieśmiertelnością. Uważamy, że dzieci prezentują się nam takimi, jakimi naprawdę są – bez udawania, kamuflażu, przebiegłości… A my lubimy to, co wydaje nam się proste, oczywiste, spontaniczne i niezakłamane. I jeszcze nie zepsute. Choć może ktoś powiedzieć: przecież dzieci także udają, kamuflują się, bywają przebiegłe… i tak, tak… bywają bardzo „zepsute”. Oczywiście, ale nawet wtedy w tym ich zachowaniu jest jakaś… pierwotna czystość, dzięki czemu w końcu bardzo łatwo można je przejrzeć. Poza tym: nie ma dzieci „zepsutych”. Co najwyżej są one źle wy(chowane), obciążone złym wpływem środowiska lub wyjątkowo złośliwą kombinacją genów.


Dlaczego dzieci Kambodży? Bo są piękne? Tak, ale nie tylko.
Rzeczywiście, trochę niezręcznie jest mi o tym pisać, ale podczas mojej ostatniej podróży do Indochin – oprócz Kambodży, byłem także w Laosie i (najdłużej) w Wietnamie – dzieci kambodżańskie zwracały uwagę swoją urodą, były wszechobecne, zazwyczaj bardzo aktywne, „żywo” i spontanicznie wchodziły w kontakt z „obcym”. Na tym prawdopodobnie polegała głównie ich wyjątkowość, tudzież niezwykła fotogeniczność.
A dlaczego czuję się nieco niezręcznie pisząc to? Bo preferując urodę dzieci kambodżańskich, sugeruję niejako, że dzieci wietnamskie czy laotańskie są po prostu brzydsze? Czyli jednak przydaję ważności kryterium estetycznemu? Jeżeli tak, to niech mi to będzie wybaczone – w końcu nie mogę się wypierać tego, że jeśli chodzi o fotografię, to estetyka jest dla mnie jednym z bardziej istotnych jej wykładników. Ale to tylko forma. Nie można zapominać o tym, że w tę formę ujęty jest prawdziwy, żywy człowiek – czyli to, co w fotografii jest rzeczywiście najważniejsze i stanowi najbardziej istotną treść. Ludzie nie są ładnymi – czy też brzydkimi – obrazkami. Fotografia człowieka w swojej istocie jest tylko śladem jego egzystencji, utrwalonej w sztuczny sposób na kliszy lub na karcie elektronicznej pamięci. Niestety, zdarza się, że jest to jedyny ślad, jaki po człowieku pozostaje.

Susan Sontag pisała w swoim słynnym eseju „O fotografii”:
„Wszystkie fotografie mówią: ‚Memento mori’. Robiąc zdjęcie stykamy się ze śmiertelnością, kruchością, przemijalnością innej osoby lub rzeczy. Właśnie dlatego że wybieramy jakąś chwilę, wykrywamy ją i zamrażamy, wszystkie zdjęcia stanowią świadectwo nieubłagalnego przemijania.”

Etyka fotografowania ludzi.
Oczywiście nie mówimy tutaj o urągających jakiejkolwiek etyce praktykach paparazzich, a o fotografii „turystycznej”, obyczajowej, „etnograficznej”…
Będąc w obcym kraju większość z nas chciałaby utrwalić na swoich zdjęciach ludzi. Nic w tym dziwnego, bo przecież kraj to przede wszystkim zamieszkujący go ludzie i kultura, jaką oni stworzyli (i tworzą nadal). Ale nie wszyscy z nas mają na tyle odwagi, by to czynić (o pewnych ograniczeniach – nazwijmy je: techniczno-sprawnościowych – nie będziemy tu mówić). Ten brak odwagi wynika często po prostu z obawy, że robiąc zdjęcia ludziom naruszamy ich prywatność, że stawiamy ich w niezręcznej sytuacji, że burzymy im spokój… etc.
Czy jednak często nie jest to wymówką, usprawiedliwieniem naszej… bojaźliwości, zahamowania, niewiary we własne siły fotografa-amatora?
Moim zdaniem, w naszym podejściu do fotografowanych przez nas ludzi, powinna obowiązywać zasada: po pierwsze – człowieka szanować. Niezwykle ważne – jeśli nie decydujące o etycznym aspekcie fotografowania ludzi – jest to, jaki mamy do nich stosunek, oraz to, jakie są nasze intencje. Dlaczego robimy im zdjęcie? Do czego jest nam ono potrzebne? Jak – i w jakim celu – chcemy je wykorzystać?
Wbrew pozorom ludzie lubią, kiedy się ich fotografuje, bo to oznacza, że poświęca się im uwagę, a więc uznaje się ich za kogoś interesującego, wyróżniającego się z tłumu, ergo: niezwykłego. Zwykle też bezbłędnie wyczuwają intencje osoby fotografującej – a te intencje stosunkowo łatwo im zakomunikować: uśmiechem, spojrzeniem, dobrym słowem…

Zdecydowanie jest wielkim uchybieniem robić zdjęcie komuś, kto sobie tego nie życzy (zwykle dysponujemy wystarczającymi przesłankami do tego, aby sobie to uświadomić). Bardzo rzadko łamię tę zasadę…, a nawet jeśli się to stało, to tak uzyskanego zdjęcia nigdzie nie opublikowałem. Natomiast zdarzało się dość często, że osoba, która z początku oponowała, po chwili – gdy została przeze mnie o to poproszona – zgodziła się na zrobienie jej zdjęcia. Dzięki temu w mojej kolekcji znajduje się kilka dobrych portretów. (Właśnie: portrety! To chyba najbardziej ciekawa fotograficzna forma przedstawiania ludzi – i bardzo bezpośrednia, niemalże… intymna. Dlatego też nie wyobrażam sobie, by komuś można było zrobić portret, bez jego zgody – werbalnej czy też wyrażonej gestem.)

Ale ktoś, kto wkracza w świat ludzkiej społeczności, staje się też niejako jednym z elementów przestrzeni publicznej. Powinien się więc liczyć i z tym, że fotograf, który chce ową „przestrzeń publiczną” sfotografować, sfotografuje także i jego (zwłaszcza w dzisiejszych czasach inwazji cyfrowej rejestracji rzeczywistości i masowego przekazu informacji). Przy czym, niekoniecznie musi to za sobą pociągać depersonifikację tego człowieka – nawet jeśli ten człowiek jest tylko częścią większej („wspólnej”) całości, to i tak zachowuje on swoją autonomię (choćby dlatego, że pozostaje on mimo wszystko anonimowy).
Dotyczy to zwłaszcza sytuacji, kiedy mamy do czynienia z tzw. „zoną turystyczną” – która, dzięki swojej specyfice, rządzi się jednak swoimi prawami (nawet jeśli wydają się one być cokolwiek „barbarzyńskie”).

Detale – czyli jednak wybiórczość?
Kapuściński pisał o konieczności zwrócenia uwagi – skupieniu się – na detalach. Ale na jakich detalach? A jeśli na tych, to dlaczego na nich, a nie na innych?
Ponadto: czy zajmowanie się tylko pewnymi fragmentami (skrawkami, wycinkami) rzeczywistości nie jest dokonywaniem wyboru – czyli w sumie wybiórczością? Zauważmy, że czytając „wybiórczość” zapala się w nas lampka z napisem: uwaga – cecha pejoratywna. Czy jednak zawsze wybiórczość musi być czymś złym?
Nie, nie musi, ale bardzo często bywa, bo pod pozorem skupienia się na powiększonym detalu, wzmożenia ostrości, zbliżenia… daje – paradoksalnie, ale jednak w oczywisty sposób – zniekształcony obraz rzeczywistości. Ponieważ nasze zdolności do syntezy i integracji posiadanych przez nas informacji są jednak mocno ograniczone. Zwłaszcza, że rzadko kiedy dysponujemy wystarczającą ilością informacji, by złożyć wszystko w jedną, naprawdę pełną i koherentną całość.
Dochodzi do tego nasza naturalna skłonność do wyszukiwania osobliwości – tego co się wyróżnia, a jest jednak czymś specyficznym… mimo, że ten osobliwy w swej istocie szczegół udaje często coś, co jest dla całości charakterystyczne i co może nawet tę całość definiować.
Do czego zmierzam?
Otóż do tego, aby tych, którzy oglądają moje zdjęcia przestrzec i uprzedzić.
Nawet jeśli nie robię tego celowo, ani nawet intencjonalnie, to należy sobie zdawać sprawę, że te obrazy są rejestracją czegoś… mimo wszystko przypadkowego i akcydentalnego. Ale z drugiej strony nie są one jednak czymś błahym, nieistotnym i nie mającym związku z kambodżańską rzeczywistością. Wręcz przeciwnie: ukazują jej złożoność, różnorodność, warstwowość…
Doskonale mógłbym teraz sobie wyobrazić np. to, że wybierając takie a nie inne zdjęcia, przedstawiłbym tylko jedną z faset świata, w jakim żyją ludzie Kambodży. Mógłbym pokazać tylko te dzieci, które są brudne, albo tylko te, które są czyste i zadbane; tylko te, które mają w tle „egzotyczne” slumsy, albo tylko te, które znajdują się w otoczeniu nowoczesnej już infrastruktury; tylko te, które są ubrane w łachmany, albo tylko te, które mają na sobie schludne szkolne mundurki… Lecz przecież byłaby to już ewidentna manipulacja, pewien rodzaj kłamstwa – czego oczywiście chciałbym uniknąć. Stąd też zróżnicowanie tych zdjęć, a także ich niebagatelna ilość (dlatego warto jednak obejrzeć ich jak najwięcej – i zrobić to w miarę uważnie… jeśli oczywiście zależy komuś na wzbogaceniu swojej wiedzy o ludziach tamtego rejonu świata).
A i tak trzeba pamiętać o tym, że nawet tysiące zdjęć nie są w stanie oddać w pełni unikalności całej Kambodży i zamieszkujących ten kraj ludzi. I nie są w stanie zastąpić bezpośredniego z nimi zetknięcia.

W tym momencie przypomniało mi się to, co nie tak dawno napisałem przy okazji dyskusji nad jednym z polskich filmów („Róża” Smarzowskiego). Myślę, że jest to adekwatne także do omawianego tu tematu (wystarczy tylko „reżysera” zastąpić „fotografem” a „film” – „zdjęciem”):
„(…) reżyser zawsze dokonuje pewnej syntezy rzeczywistości (niejako ją kondensuje), tworzy swój własny filmowy świat, by uzyskać pewien konkretny efekt na widzu – a tym samym ukazać mu pewne aspekty realnego świata. Nigdy naturalizm filmu nie będzie realizmem – nigdy bowiem (nawet w przypadku dokumentu, czy cinéma vérité) świat filmowy nie jest tożsamy ze światem realnym.”

To prawda – wywożąc z jakiegoś kraju fotografię człowieka, który jest jego mieszkańcem, niejako „kradnę” jego cząstkę, może nawet cząstkę jego duszy? Ale czy jednak jest to kradzież? Czy może bardziej wspomaganie naszej – jakże przecież zawodnej – pamięci; zachowanie śladu kogoś, kogo chcielibyśmy dłużej przetrzymać, nie tylko jako obraz w naszych oczach, ale i jako istotę duchową w naszym sercu? Taka namiastka – melancholijne ukłucie niespełnionej przyjaźni? Choćby nawet takiej przyjaźni, która trwała moment – chwilę?
Tak, jest to pewien rodzaj „suwenira”. Lecz „suwenir”, który ma w jakiś sposób zawartą w sobie cząstkę człowieka, przestaje być tylko i wyłącznie przedmiotem. Zwykle pamiątki są dla nas czymś cennym – tym cenniejszym, jeśli prowadzą nasze myśli i wspomnienia ku drugiemu człowiekowi. Nawet jeśli ten człowiek był dla nas kimś „obcym”, to właśnie zachowany na zdjęciu jego ślad, czyni go dla nas kimś bliższym.

Mimo, że media często bombardują nas obrazami przemocy, to jednak obiektyw częściej jest jednak narzędziem pieszczoty, niż gwałtu. Zdecydowanie bardziej wolimy fotografować to, co się nam podoba, niż to co nas odpycha czy przeraża.

Lepiej jest traktować swe zdjęcia jako elementy kolekcji (znane jest spostrzeżenie Susan Sontag, że „zbierać fotografie to zbierać świat”), niż jako trofea. Choć zarówno kolekcjonowanie, jak i polowanie jest nacechowane pasją, to jednak to ostatnie zawsze zawiera w sobie element agresji (mimo deklaracji myśliwych, że przecież oni zwierzynę „kochają” – więc pewnie i strzelają do niej „z miłości”?). Kolekcjoner nie jest już takim obłudnikiem – bo rzeczywiście to, co kolekcjonuje, obdarza najczęściej ciepłym uczuciem, może nawet miłością.

*

*

*

*

*

*

*

*

KAMBODŻAŃSKA GLOSSA:

W latach 70-tych ubiegłego wieku Kambodża była miejscem jednego z najbardziej przerażających epizodów w dziejach ludzkości: terroru Czerwonych Khmerów, którzy w ciągu kilku zaledwie lat (1975-79) wymordowali blisko jedną czwartą mieszkańców kraju (ok. 1,5 mln. ludzi). Zabijani byli wszyscy „inteligenci” – a za inteligentów uważani byli np. mieszkańcy miast, większość z tych, którzy umieli czytać i pisać; na „pola śmierci” można było zostać zawleczonym tylko dlatego, że się posiadało okulary (do tego czasu przeklętego nawiązuje film dokumentalny „Wrogowie ludu”, o którym pisałem w ubiegłym roku TUTAJ).
W ten sposób zabito nie tylko „umysł” Kambodży ale także jego duszę, czego skutki są odczuwalne do dzisiaj.

Z 14 mln. mieszkańców dzisiejszej Kambodży, niemal połowa to dzieci (1,5 mln. z nich ma mniej niż 5 lat). Olbrzymim problemem jest prostytucja, tym bardziej, że spośród 30-40 tys. dziewcząt (także chłopców) związanych z „przemysłem” seksualnym (niektóre źródła mówią o 100 tysiącach), ok. jedna trzecia ma mniej niż 15 lat. Nieodosobnione są przypadki wykorzystywania seksualnego dzieci mających zaledwie 9 – 10 lat. Co jakiś czas wybucha afera związana z przybywającymi z Zachodu pedofilami, którzy do niedawna czuli się w Kambodży jak w „raju” dla pedofilów, bo za pieniądze mogli kupić wszystko.
Ale prostytucja w Kambodży to gałąź przemysłu nie tylko związanego z „seks-turystyką”, bo jednak większość klientów domów publicznych w tym kraju stanowią sami Kambodżanie z warstw średnio-zamożnych (szczególnym wzięciem cieszą się u tego typu klientów dziewice, bo – jak wierzą – stosunek z nimi zapewnia zdrowie, potencję, siłę i pomyślność w interesie). Wprawdzie prostytucja w Kambodży jest oficjalnie zakazana, to jednak korupcja panująca wśród władz i policji sprawia, że proceder ten jednak kwitnie nadal.

Następnym dojmującym problemem Kambodży jest to, że – ze względu na panującą w kraju biedę – dzieci zmuszone są do pracy zarobkowej (podobno robi to aż 45% dzieci będących w wieku 5 – 14 lat). Widoczne jest to zwłaszcza w takich miejscach jak Siem Reap a szczególnie w pobliżu kompleksów świątynnych Angkor Wat, gdzie setki dzieci usiłuje zarobić jakieś grosze sprzedając pamiątki. Niektóre z nich opanowały swój kunszt do perfekcji, wykorzystując także przy tym swój niewątpliwy wdzięk, spryt i urodę.

Jednak zdecydowana większość zdjęć prezentowanych przeze mnie zdjęć pochodzi z innego rejonu. Zrobiłem je głównie w wioskach leżących nad jeziorem Tonle Sap (także w tych, które po jeziorze tym dosłownie pływają). Pozostawiam je bez komentarza (jeśli ewentualnie będzie miał ktoś jakieś pytania, to chętnie odpowiem… oczywiście pod warunkiem, że będę znał odpowiedź).

I może jeszcze parę uwag na koniec:

– Prawdopodobnie niektórych z was uderzą kontrasty: dzieci uśmiechnięte, zadbane, dobrze odżywione i schludnie ubrane z jednej strony, z drugiej zaś: dzieci chmurne, „zapuszczone”, brudne, nędznie odziane… Albo: całkiem przyzwoite domy, szkoły i zabudowania vs. slumsy, rudery, baraki, szałasy i nory… Na większości zdjęć tego widać, ale te przeciwieństwa sąsiadują ze sobą dosłownie na wyciągnięcie ręki.

– Cokolwiek złego o masowej turystyce by się nie powiedziało, jestem przekonany, że w prowincji takiej jak Siem Reap jest ona dla miejscowej ludności dobrodziejstwem. Zagraniczni przybysze zostawiają tam corocznie setki milionów dolarów, które (mimo, że w sposób „naturalny” duża ich część przepada w kieszeniach miejscowych  – ale też i obcokrajowych – bonzów) pomagają dźwigać lokalną infrastrukturę, dają zatrudnienie dziesiątkom tysięcy tubylców, przez co, bez wątpienia, w sposób znaczący poprawiają warunki życia miejscowej ludności. To, co pod tym względem dobrego dzieje się w Siem Reap, prowincja ta zawdzięcza przede wszystkim boomowi turystycznemu, jaki miał tutaj miejsce w ciągu ostatniej dekady. (80% wpływów Siem Reap zawdzięcza turystyce, 20% z innych źródeł – w pozostałej części Kambodży jest dokładnie na odwrót: tylko 20% wpływów pochodzi z turystyki.)

– Mimo widocznej na zdjęciach biedy, (która miejscami przybiera postać nędzy) moje spotkanie z tymi ludźmi, było raczej pełne pozytywnych odczuć i pozostawiło we mnie dobre wspomnienia. Dosłownie nikt nie okazał nam (w wędrówkach tych towarzyszyła mi zwykle Ania) choćby cienia wrogości, czy nawet niechęci. Matki chętnie chwaliły się swoimi dziećmi, pozwalały robić im zdjęcia, dzieci dość szybko przełamywały swoją rezerwę i podejrzliwość, które niemal natychmiast ustępowały miejsca zaciekawieniu i spontaniczności. Unikaliśmy dawania tym malcom pieniędzy, ale wcześniej zaopatrzyliśmy się w torby pełne zeszytów, kredek, ołówków i długopisów,  (które jednak – przyznaję, dość przebiegle ;) – darowaliśmy dzieciakom dopiero po zrobieniu im zdjęć, bo wiadomo było, że podarki te całkiem zaburzą ich codzienną rutynę i z fotografowania wyszłyby nici. Lecz w tym miejscu muszę podkreślić: żadne dziecko nie pozowało do zdjęć dlatego, że spodziewało się za to jakiejś gratyfikacji (dotyczy to dzieci spotkanych w wioskach, bo w pobliżu świątyń było z tym różnie).
W sumie: myślę, że sprawy w Siem Reap idą jednak w dobrym kierunku, i jeśli za jakiś czas przyszłoby mi się w tamte rejony wybrać ponownie, to pewnie zastałbym tam już mniej „egzotycznej” biedy, ale za to więcej ludzi żyjących w bardziej godziwych warunkach. Czy ucierpi na tym „atrakcyjność” fotografii? Wątpię. Natomiast bez wątpienia zyskają na tym ludzie – sami mieszkańcy Kambodży.

*

       © ZDJĘCIA WŁASNE

Zdjęcia dzieci Kambodży obejrzeć można na stronie Światowida – TUTAJ (w wersji portretowej) oraz w brulionie podróżnym ilustrowanym – TUTAJ (bardziej przestrzennie).

*