„BOŻE CIAŁO”, albo o tym czy można mieć diabła za skórą i anioła w sercu

W repertuarze 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago znalazł się również najnowszy film Jana Komasy „Boże Ciało”, ciesząc się największym zainteresowaniem chicagowskiej publiczności.  Mówi się, że jest to najlepszy polski film roku – i jest to opinia zarówno widzów, jak i krytyków. Grający główną rolę Bartosz Bielenia uznany został za objawienie. Wspomina się też o szansach tego filmu na Oscara. Jakie było moje z nim spotkanie?

.

I te oczy – oczy, w których widać same skrajności: obłęd i siłę, strach i determinację, wściekłość i tkliwość, ekstazę i rozpacz, anioła i szatana… (Bartosz Bielenia w filmie „Boże Ciało”)

.

       Tyle już dobrych rzeczy napisano o filmie Jana Komasy „Boże Ciało”, że jeśli zacząłbym pisać o jego zaletach, to pewnie powieliłbym (choć raczej nieświadomie) większość z tych superlatyw i opinii, które dość często były wręcz entuzjastyczne. Fenomen tego filmu polega już choćby na tym, że równie pozytywnie wyrażają się o nim obie strony polskiego podziału i sporu – zarówno środowiska liberalno-lewicowe, jak i konserwatywno-narodowe – zarówno ci, którzy Kościół krytykują, jak i ci, którzy go bronią.
Wydaje mi się, że jedną z przyczyn było to, że Komasa nie podszedł do tego filmu z pozycji anty-klerykalnych i anty-kościelnych (czyli tak, jak to zrobił np. Smarzowski w „Klerze”), ale przede wszystkim z pozycji humanitarnych, które w swojej istocie pokrywają się z duchem Chrześcijaństwa – w tym jego pierwotnym znaczeniu. Chodzi głównie o przebaczenie i wzajemne pojednanie, o miłosierdzie i łaskę, o spojenie ludzkiej wspólnoty miłością (czy choćby tylko o wyzbycie się nienawiści), o wstawienie się za wykluczonymi i pokrzywdzonymi… Takie wydają się być postulaty, wymowa i przesłanie „Bożego Ciała”.
Szczególną właściwością tego filmu jest to, że w wielu widzach wyzwala on ogromne emocje, a to możliwe jest tylko wtedy, kiedy porusza się w człowieku wrażliwą strunę, wnikając głęboko do jego wnętrza – docierając do czegoś bardzo dla niego istotnego.
Czym jest to „coś”?
Może po prostu potrzebą miłości? Potrzebą prawdy – bardziej ludzkiej niż tej „boskiej”? Potrzebą szczerości, zrzucenia ciężaru i winy – pragnieniem łaski, oczyszczenia i ekspiacji? Otwarcia się i wyzwolenia?

       To jest film paradoksalny, bo mimo że dość przewrotnie traktuje dobro i zło („złoczyńca”, który czyni dobro; ktoś, kto udaje, okazuje się być najbardziej szczerym człowiekiem; „fałszywy” ksiądz, który mówi prawdę i postępuje bardziej po chrześcijańsku, niż niejeden ksiądz „prawdziwy” …etc.) to jednak wyzwala w nas dobroć.
„Boże Ciało” można było łatwo „położyć” – jest w tym filmie kilka takich momentów, kiedy mógł się on „wysypać”. Tym bardziej, że Komasa zaryzykował i obsadził w kluczowych rolach aktorów, których wybór nie był wcale taki oczywisty, bo kojarzeni byli oni do tej pory z innym emploi. Zadziałała więc intuicja. Jak zdradził na spotkaniu z publicznością sam reżyser, Bartosz Bielenia w czasie castingu nie wypadł za dobrze w obu próbach, (poza tym miał długie włosy, więc choćby dlatego trudno go było sobie wyobrazić w roli księdza) ale Komasa od razu wiedział, że to on musi zagrać w „Bożym Ciele”. I trafił w dziesiątkę, bo Bielenia to ogromny atut tego filmu – to, że tak mocno wszystko przeżywamy – i wydaje się nam to prawdziwe – jest głównie jego zasługą. Odnosiłem wrażenie, że momentami wpada on w pewien rodzaj transu, przepoczwarzając się i wnikając w coś, co dotyka sedna – a to jest możliwe tylko wtedy, kiedy się ma charyzmę. I takie oczy jak on – oczy, w których widać same skrajności: obłęd i siłę, strach i determinację, wściekłość i tkliwość, ekstazę i rozpacz, anioła i szatana…
(Nota na marginesie: Miałem tę przyjemność być z Janem Komasą w momencie, kiedy dowiedział się o tym, że Bartosz Bielenia został uznany za najlepszego aktora na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Dokładnie takie samo wyróżnienie spotkało go na festiwalu w Sztokholmie. Moje spotkanie z reżyserem zaowocowało wywiadem, który można przeczytać TUTAJ.)

       Czy film do końca ustrzega się stereotypów? Wydawać by się mogło, że w takim przewrotnym, świeżym i oryginalnym obrazie na żadne stereotypy nie powinno być już miejsca. A jednak…
Z tego co wiem, twórcom „Bożego Ciała” zależało na tym, aby w każdej postaci jaka pojawia się na ekranie ukazać człowieka, innymi słowy: dotrzeć do jej człowieczeństwa. Ale mnie raziło nieco to, że ludzie z tej wioski/miasteczka (nie mówię o osobach, którym dano „głos”) są trochę takimi postaciami z kartonu: np. stoją przed zdjęciami ofiar wypadku niczym zombies. Ich niemota i klepanie pacierzy to jakiś rodzaj tępej dewocji i biernej histerii, która zamienia się w czynną, kiedy pod przewodem Daniela wszyscy zaczynają krzyczeć a jeden z nieogolonych i marnie ubranych facetów wydziera się, po wielokroć wyrzucając z siebie słowo „kurwa!”. No nie wiem, czy to jest bardzo realistycznie ukazanie przedstawicieli polskiej prowincji. Ale też wiem, że nie było w tym żadnej złośliwości, a właśnie chyba stereotyp. Co ciekawe, Małgorzata Szumowska, która nota bene nagrywała swoją „Twarz” w tej samej miejscowości, co Komasa „Boże Ciało” (podkarpackie Jaśliska), mimo że jej obraz mieszkańców wsi był zdecydowanie bardziej negatywny, to jednak pokazała ich bardziej kompleksowo i pełnie. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie.

       I czy aby na pewno obaj prawdziwi księża ukazani w filmie są ok? (jak powiedziała jedna z moich znajomych) Ten, grany przez Simlata, rzeczywiście jest ok, ale czy proboszcz, który jest alkoholikiem, nie panuje nad swoją parafią, ucieka na „urlop”, nie powiadamiając swoich zwierzchników i przyjmując na zastępstwo chłopaka podającego się za księdza, rzeczywiście jest ok?
Czy można wszak utożsamiać to z krytyką Kościoła i księży? Oczywiście, że nie, ale pewne głosy, jakie tu i ówdzie słyszałem (jeden z przykładów podał nawet sam Komasa) mówiły, że jest to jednak przedstawianie Kościoła w złym świetle. (Swoją drogą ja się żadnej uzasadnionej krytyce Kościoła nie dziwię. Nie zamierzam też kwestionować tego, jakimi postaciami obsadzili film scenarzysta i reżyser).
Być może za dużo napisałem o moich zastrzeżeniach, ale to tylko mała łyżka dziegciu w beczce, która pełna jest dobroci.

       Na koniec może jeszcze wspomnę o czymś, co jest jednak dla filmu istotne. „Boże Ciało” wbrew pozorom nie jest filmem religijnym. Nie wydaje mi się, żeby grany przez Bielenia Daniel mógł być prawdziwym księdzem z powołania. Siła i dobroć tego chłopaka bierze się z jego wrażliwego wnętrza i charakteru, a nie z głębokich religijnych przeżyć. Dla niego kapłaństwo i „wiara” jest bardziej ucieczką przed własnym statusem pariasa – oraz poszukiwaniem osobistej godności – niż czymś, co płynie dla niego z metafizycznego źródła. Ale czy można się temu dziwić, skoro – jak podkreślał niejednokrotnie Jan Komasa – scenariusz napisał ateista?
Oby jednak więcej było takich filmów.

*   *   *

7.5/10

LUDZKIE BESTIARIUM – W LABIRYNCIE ŚWIATA

.

Porozumieć się z bestią (Peter Paul Rubens,

Porozumieć się z bestią (Peter Paul Rubens, „Dedal i Minotaur”)

.

W epoce bezmyślnych memów i powierzchowności, tudzież uwagi, która trwa pięć sekund (Facebook); w czasach powielania stereotypów i umysłowego lenistwa; przy całej ludzkiej niechęci, by poddać się głębszej refleksji… cenne są uważne i dłuższe rozmowy, w których szanuje się interlokutora. Rozmowy dotyczące czegoś, czym nie zajmują się środki masowej (dez)informacji, ani też pop-kultura. Niekiedy udaje mi się przeprowadzić taką rozmowę na moim blogu, gdzie trafiają ludzie wrażliwi i myślący, z którymi wymiana myśli jest dla mnie czymś stymulującym i poznawczym. Takie konwersacje bardzo sobie cenię.

Jedną z nich jest rozmowa z autorem bloga „Świątynia Krzyku”, który skomentował mój wpis zatytułowany „Grot z obsydianu”, będący liryczną (?) próbą zmierzenia się z tym, co w nas dzikie i pierwotne – z bestią, która drzemie w nas samych – i z którą szamotamy się w labiryncie świata, szukając tego, co złe, a co dobre – próbując przy tym odróżnić jedno od drugiego.

Myślę, że warto ją tu przytoczyć, wydobywając z wirtualnej czeluści, ocalając ją tym samym od zapomnienia – choćby tylko na chwilę, i choćby dla tych paru uważniejszych Czytelników.

.

♦ SIGIL OF SCREAM: Obrazy zwracają uwagę swoją wyrazistością. Zwłaszcza fragment o metalu pozostawia wiele fascynujących możliwości. I doceniam to. Jednak ten rodzaj prymitywizmu, choć interesujący literacko, nie zgadza się z moim własnym doświadczeniem genetycznym. Dlatego traktuję go jako obraz estetyczny, nie zaś jako przebłysk pewnej Prawdy, w duchowym sensie.

◊ STANISŁAW BŁASZCZYNA: A może dla kogoś innego jest to Prawda (nawet w duchowym sensie)? Jeśli tak, to czyja Prawda jest prawdziwsza?

♦ SoS: Ja mogę odnieść się jedynie do mej własnej recepcji – i komentarz mój mówi tylko o niej. Trudno, bym wypowiadał się inaczej, niż subiektywnie.
Jednak to prawda, iż zaciekawiło mnie, czy podobne doświadczenie może być przez kogoś odczuwane jako prawdziwe. Myślę, że spotkanie z taką perspektywą mogłoby być dla mnie np. interesujące poznawczo. Więc skoro już dyskutujemy, czy jako twórca tekstu możesz odpowiedzieć mi na to pytanie: czy tego typu doświadczenie odczuwasz, jako prawdziwe genetycznie?

◊ StB: Ale co to znaczy „prawdziwe genetycznie”?

♦ SoS: Chodziło mi o doznanie, które mógłbym porównać z tym, czego doświadcza moja świadomość, gdy znajduje się na poziomie genetycznym. Odnoszę się tutaj do teorii T. Learego, wykorzystywanej w psychologii transpersonalnej i dotyczącej poziomów programowania świadomości. Poziom genetyczny łączy się z przekroczeniem ego i połączeniem świadomości z wcześniejszymi formami życia (czasem, przez niektórych bywa to przeżywane jako np. wizja przeszłych wcieleń). Skojarzenie z twoim tekstem narzuca się oczywiście samo. Oczywiście, zahacza to o mistykę, i inne tego typu nieostre, lecz niesłychanie żywe, i interesujące mnie sprawy.

StB: Nie wiem, czy genetycznie mogą być przekazywane jakieś obrazy, idee (albo „archetypy” – jak twierdził Jung). Mnie się to wydaje zbyt ezoteryczne, abym bez wątpienia mógł dać temu wiarę. Ale na pewno za pomocą genów zapisane są w nas informacje kształtujące nasze popędy, instynkty, skłonności… (i to jest zakodowane na innym poziomie niż świadomość naszego ego). W moim tekście jest wyraźne nawiązanie do pewnego pierwotnego stanu naszej kultury, w której człowiek jest drapieżnikiem, gdzie podnieca go zabijanie zwierząt i sama krew (czy to na polowaniu, czy na ofiarnym stole) – kiedy sam czuje się na poły zwierzęco, ale kiedy jednocześnie zaczyna się w nim budzić pewna świadomość transcendentalna (kobiecości w samicy, boskości w idolu kamiennej figurki, magii w szamanie… etc.) I jest to przeniesione niejako w czasy nam współczesne (bo jednak to, co w nas „zwierzęce”, według mnie nie nadąża za postępami naszej kultury, więc jest spychane na dalszy plan – zwykle w sferę tabu).
To jet w sumie prosty obraz, być może pojawił mi się we śnie, albo w tzw. „pomroczności jasnej” ;) Nie pamiętam już tego dokładnie.

A wracając jeszcze do Twojego pytania z poprzedniego komentarza (o „Prawdę” podobnego doświadczenia) – myślę, że mogę odpowiedzieć twierdząco: tak, wierzę, że ktoś podobne doświadczenie może uznać za (swoją) Prawdę. Taką właściwość mają np. wspomnienia z poprzednich wcieleń u ludzi wierzących w reinkarnację (piszę to abstrahując od tego, czy ja sam w reinkarnację wierzę, czy też nie).

SoS: Obrazy ze snów są szalenie interesujące, prawda? Prawie cała moja twórczość jest na nich oparta. Ale to była dygresja, wróćmy do rzeczy.
Rozumiem wizję, jaką przedstawiłeś. Wydaje mi się, że jest ona bardzo charakterystyczna dla sposobu odczuwania człowieka Zachodu. Stan o którym piszesz, w mojej interpretacji, mówi o atawistycznym połączeniu z bestią, jednocześnie jednak to połączenie budzi opór świadomego umysłu. Człowiek widząc swą pierwotną naturę doznaje pewnego rodzaju szoku, alienuje się od niej, stara się ją ujrzeć z dystansu, wyjaśnić przed sobą… Więc jest to także wizja wewnętrznego konfliktu, wygnania ze stanu pierwotnej dzikości (a wiec i z raju), naznaczona opozycją pomiędzy naturą i umysłem, bestią i sacrum. Ten konflikt rozdziera duszę, która z jednej strony pragnie powrócić, a z drugiej powrócić nie może.

I tutaj pojawia się moja dalsza konkluzja: stoimy na zupełnie przeciwnych biegunach postrzegania (co jednak uważam za interesujące). Ja widzę świadomość jako wyłaniającą się z transcendencji. Stan pierwotnej dzikości jest dla mnie tożsamy z doświadczeniem sacrum. Bestia jest święta – jest szamanem, jest tym, który widzi boginię (nie przypadkiem Potnia Theron to Pani Dzikiej Zwierzyny). Dopiero oddzielenie niszczy ten raj. Narodziny ego, świadomości siebie budują osobowość, lecz siłą rzeczy muszą wyjąć człowieka ze stanu pierwotnego połączenia z Wszechświatem. Jednak ten stan był stanem pierwotnym – dlatego uważam, że to nie budząca się świadomość dostrzega transcendencję, lecz właśnie zostaje z niej wyjęta. Pierwotna świadomość jest w niej zanurzona, rozumie ją naturalnie, nie tworzy rozdzielenia.
Innymi słowy: człowiek stając się sobą traci raj.

To doświadczenie, o którym piszę powyżej (zjednoczenie sacrum i bestii) jest dla mnie tak naturalne i głębokie, iż trudno mi nawet postrzegać świat inaczej. Jednak większość ludzi na Zachodzie, przeżywa to w zgoła odmienny sposób (co, jak sądzę, jest powodem wielu cierpień). Sam wspominasz o tym, pisząc, iż zwierzęce cechy stają się Tabu. Jednak Tabu dawniej oznaczało to, co święte.
Pytając więc o Twoje doświadczenia miałem na myśli właśnie to wszystko o czym rozmawiamy. Dziękuję, że zechciałeś mi odpowiedzieć.

StB: Z przyjemnością czytam Twoje komentarze, bo poruszają pewne struny, na drganie których i ja jestem wyczulony.
Zdaje sobie sprawę z tego, że jestem człowiekiem Zachodu i że ma to swoje konsekwencje. Dlatego też nie chcę „na siłę” zmieniać mojej, nazwę to, konstytucji psychicznej, (która była jednak ukształtowana przez takie a nie inne elementy kulturowe) a raczej wykorzystać to do zrozumienia tego, czego jeszcze do tej pory nie znałem. Świadomy jestem też tych wszystkich dualizmów występujących w mentalności Zachodu i tego, że przez to moje własne myślenie jest (być może) zbyt… dialektyczne. Z czasem jednak coraz bardziej dociera do mnie to, że to co istnieje, posiada bardziej płynne continuum.

Ciekawe jest Twoje widzenie pojęcia świadomości w odniesieniu do transcendencji. Również i ja skłaniam się ostatnio coraz bardziej do tego, że powstanie świadomości (zwłaszcza egoistycznej) oddaliło nas od transcendencji, „odgrodziło” nas niejako od Absolutu. Lecz moim zdaniem niewykluczone jest także to, że wspinając się na najwyższy poziom świadomości (być może dotykają tego stany iluminacji albo medytacji dążącej do osiągnięcia – jak w buddyzmie – nirwany), tego Absolutu (transcendencji) możemy jednak w jakimś stopniu doświadczyć (byłoby to nic innego, jak powrót do pierwotnego stanu Jedni, boskiej esencji… do sacrum właśnie).
To, co piszę wydawać się może zbyt spekulatywne i niejasne, ale to dlatego, że są to jednak uproszczenia, posługujące się na dodatek pojęciami z różnych „parafii” religijnych czy filozoficznych.

Czy stan tzw. „pierwotnej dzikości” (a tym może też być „bestia”) można utożsamić z sacrum? Być może – tak jest chyba w religiach animistycznych i panteistycznych. Ale znowu: czy nie istnieją różne stopnie „dzikości” (ergo: różne stopnie uzyskiwanej świadomości)? Nasz mit Genesis nauczył nas widzieć to jako zjawisko skokowe (Grzech Pierworodny, zerwanie Zakazanego Owocu z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego – co można uznać za pojawienie się w człowieku samo-świadomości, wygnanie Pierwszych Rodziców z Raju… etc.), ale czy w rzeczywistości zyskiwanie tej świadomości nie odbywa się stopniowo (w sposób ciągły, ewolucyjny)? W takim razie należy uznać, że także i zwierzęta, (od których tak bardzo się kulturowo odseparowujemy) posiadają pewien stopień świadomości (a to dyskredytuje w jakiś sposób pojęcie „pierwotnej dzikości” – bo wtedy nie za bardzo wiadomo, czym mogłaby ona być – i w którym momencie się kończy).

Pewnie zdajesz sobie sprawę z tego, że ktoś, czytając o Twoim doświadczeniu zrównującym – jak piszesz – bestię z sacrum, może Cię posądzić o jakiś krypto-satanizm. ;)
Ale rzeczywiście takie postrzeganie sacrum pojawia się w ludzkiej głowie (doświadczeniu, świadomości, wyobraźni?), choćby w słynnym stwierdzeniu Blake’a, że „Natura jest Kościołem Szatana” co, abstrahując od kontekstu satanistycznego, wskazuje na sakralność Natury, a więc „dzikości”).
I oczywiście nadal tabu oznacza to, co święte – podobnie jak to, co „zwierzęce” – i zbieżność tutaj nie jest przypadkowa.

Ten wątek (świadomość – Natura) pojawił się też we fragmencie mojego ostatniego wpisu:

Między jednością a osobnością plącze się twoja świadomość w Naturze
Wtedy, kiedy czujesz, że jesteś jedną z przyrodzonych jej cząstek
Może cię cieszyć ta więź – przepełniać błogie poczucie harmonii
Ale bywa też tak, że wobec Przyrody czujesz się obco, nieswojo
Bo przecież zostałeś kiedyś wygnany z jej naturalnego Raju
Dowiadując się wówczas (na dobre i na złe), że jesteś jednak INNY
Możesz to uznać za bezcenny dar, ale też i za wieczną klątwę, bo odtąd
Rozdarty między wspomnieniem niewinności a przekleństwem wiedzy
Żyjesz na granicy naturalnie i sztucznie stworzonych światów
Wiesz za mało by stać się w pełni mądrym i rozumnym człowiekiem,
A jednak zbyt dużo, by pozostać dzikim i bezmyślnym zwierzem

To wszystko w jakiś sposób łączy się ze sobą

SoS: Dziękuję, mi także bardzo przyjemnie się z Tobą dyskutuje. Zwłaszcza, iż nie masz w zwyczaju zaburzać się na inne widzenie świata – lecz jesteś otwarty, przedstawiając jednocześnie swój punkt widzenia. Mi to bardzo odpowiada, bowiem lubię poznawać inne perspektywy.
Szczerze rozbawiła mnie myśl, że ktoś mógłby posądzić mnie o jakieś satanistyczne inklinacje. Zawsze postrzegałem satanizm jako wyraz buntu, względem obecnej w monoteizmie koncepcji boga. Ja sam nie mam nic wspólnego z monoteizmem, nie uznaję również aksjologicznego dualizmu, który cechuje ten typ religijności (mam na myśli podział na dobro i zło). Nie mam więc przeciwko czemu się buntować. W istocie tego typu rozdzielenie, o którym mówię, zawsze było to dla mnie sztuczne, które prowadzi człowieka do alienacji – od sacrum, od natury i od siebie. Sam, jako tantryk, uznaję iż świat przeniknięty jest boskością. Nie ma elementów, które mogłyby być od niej oddzielone. Nie ma zła ani dobra – jest tylko świat, który istnieje. To, jak na niego reagujemy, to czy staje się dla nas piekłem czy rajem, placem zabaw czy komnatą tortur – stanowi nasz wybór. I nawet ci, którzy udają, że nie mają wyboru, dokonują go.

Oczywiście mógłbym odpowiedzieć na pytania dotyczące pojawienia się świadomości, rozwoju jej i kontaktu z sacrum – ale byłyby to odpowiedzi odnoszące się bardzo ściśle do mojego doświadczenia duchowego, mojego sposobu widzenia świata i mojego światopoglądu. Trudno mi więc powiedzieć, czy okazałyby się interesujące dla kogoś innego. Zwłaszcza, że nie chcę narzucać nikomu własnej percepcji spraw duchowych. Myślę, że najlepiej jest dochodzić do tej wiedzy samemu, dzięki doświadczeniu (np. medytacji). Powiem tylko tyle: nikt nie jest odgrodzony od Absolutu. Absolutu nie da się odgrodzić, jesteśmy w nim zanurzeni. Jedynie percepcja, która została nauczona postrzegać rzeczywistość jako pozbawioną sacrum (padół łez i królestwo grzechu) może popaść czasowo w taką iluzję.

Wracając jednak do tematu: uważam, że zwierzę w swej dzikości pozostaje niewinne, bowiem dzikość jest elementem jego natury. Człowiek traci niewinność, gdy dokonuje decyzji z jego naturą sprzecznych. Czy to oznacza, że człowiek, ma się zachowywać jak zwierzę? Nie, bowiem naturą człowieka nie jest stan zwierzęcy – lecz stan istoty świadomej, obdarzonej zdolnościami: autorefleksji, tworzenia i duchowego wglądu. Istoty, której zadaniem jest rozwijanie własnych zdolności i udoskonalanie natury poprzez sztukę. Jednak często człowiek rezygnuje z tych zadań, na rzecz pragnień ego, oraz niższych emocji (nienawiści, zazdrości, strachu). Każda podjęta decyzja jest naszą decyzją i konstytuuje osobowość oraz nasz odbiór świata. Możemy więc żyć w harmonii, lub w pomieszaniu – zależnie od tego, co wybieramy. Nie uważam więc aby istniało jakieś zło, którego nie tworzymy sami. Niestety, współczesny obraz świata nie napawa optymizmem, jeśli idzie o kierunek, który wybiera wielu ludzi.

StB: Także uważam, że w naturze (a konkretnie: w rzeczywistości pozaludzkiej) zło i dobro nie istnieje. Kiedy jednak człowiek zaczął tworzyć coraz bardziej złożoną kulturę, (w której wstępował na coraz wyższe jednak stopnie świadomości – odróżniając się nota bene coraz bardziej od zwierząt) to pojęcie dobra i zła stało się niezbędne, ponieważ bez tego człowiek nie mógłby stworzyć etyki, czy też raczej moralności – następnego elementu odróżniającego nas od zwierząt. Bez systemu etycznego życie społeczne człowieka byłoby niemożliwe (innymi słowy: niemożliwe byłoby stworzenie społeczeństwa). Człowiek odseparowywał się więc coraz bardziej od zwierząt, czyli de facto, od natury. (W tym znaczeniu nasza kultura jest tworzona niejako w opozycji do natury – czego echo mamy choćby w micie o wygnaniu z Raju Pierwszych Rodziców.) Sądzę że – chcąc mienić się człowiekiem – nie możemy żyć poza etyką (człowiek nie jest istotą amoralną – wbrew temu, co twierdzili ci, którzy uważali się za ludzi „wyzwolonych”).

Zgadzam się: zwierzę w swojej dzikości pozostaje niewinne. Ale to dlatego, że nie tworzy żadnej wyższej kultury charakteryzującej człowieka. Za człowieczeństwo „płaci” się więc tym, że alienuje nas ono coraz bardziej od amoralnej w swej istocie Natury. Nasza moralność (wrażliwość etyczna) jest tym samym najważniejszym wyznacznikiem naszego człowieczeństwa. Bez niej cofamy się do „dzikiego” świata zwierząt – przestajemy być ludźmi.

SoS: I znów nie do końca mogę się zgodzić z tym podejściem. Wedle mnie podział na dobro i zło oparty jest nie tyle na wyższych własnościach świadomości, co raczej na kompleksie ego. Większości osób dobro kojarzy z tym co dla nich jest pożyteczne lub przyjemne – zło zaś z odwrotnością pożądanych stanów. Taki punkt widzenia zawęża percepcję i skazuje podmiot na wieczne ocenianie świata, według kryteriów tego podziału. Jednak one same ulegają z czasem zmianie, tak więc i moralność jej ulega. Nie istnieje coś takiego jak moralność ponadczasowa. Etyka dąży do pewnej uniwersalności, jednak aby ją mogła zrealizować, nie może opierać się na wartościach zmiennych w czasie.
Z kolei np. holizm traktuje świat jako całość – niezależnie od jego wartości moralnych. Jest to powiązany splot procesów i manifestacji. Istnieją doświadczenia, które mogę zinterpretować w różny sposób. Czy złem staje się dla mnie śmierć kogoś bliskiego, jeśli dzięki niej odkryję nowe struny w swej duszy i napiszę nieśmiertelny poemat?

W mej interpretacji rzeczywistości dobro i zło zostało stworzone przez ludzi o dość fundamentalistycznych upodobaniach. Tych, którzy swoją dobrą prawdę przeciwstawiali złej prawdzie innych. W mojej interpretacji istnieją jedynie różne tunele rzeczywistości. Można więc przyjąć, że dobro i zło istnieje w ludzkich głowach – ale znów nie istnieje ono obiektywnie, w naturze. Dla mnie pozostaje iluzją umysłu, bez której znakomicie sobie radzę. A nawet zaryzykuję twierdzenie, że porzucenie tych wartości wyzwoliło mnie z wielu dylematów. Czy jednak oznacza to druzgocący brak etyki? Niekoniecznie… Uznaję, że rzeczy można podzielić na te, które rozwijają mnie, oferując mi jakieś inspirujące i konstruktywne doświadczenia, oraz na takie, które mogłyby mi zaszkodzić, lub nie wniosłyby nic istotnego do mojego życia. Mogę wiec decydować świadomie o kierunku mej wędrówki – nie potrzebuję do tego moralnego straszaka, a jedynie własnej świadomości i woli.
Zapewne jest to postawa dość amoralna. Jednak czy moralność jest dobrem, aby amoralność miała stawać się złem?

StB: Również uważam, że nie istnieje coś takiego jak „moralność ponadczasowa”. Nie zgadzam się natomiast z tym, że nie można „realizować” etyki, jeśli nie opiera się ona na wartościach niezmiennych w czasie. Moim zdaniem etyka (moralność) ulega ciągłej ewolucji – tak, jak ewolucji ulega cała ludzka kultura. System etyczny można oczywiście tworzyć bez odwoływania się przy tym do jakiejś Wyższej Instancji – tak jak to się dzieje obecnie w nowoczesnych społeczeństwach opartych na świeckich podstawach, nie odwołujących się bezpośrednio do żadnej religii.

Piszesz: „Czy złem staje się dla mnie śmierć kogoś bliskiego, jeśli dzięki niej odkryję nowe struny w swej duszy i napiszę nieśmiertelny poemat?”
Myślę, że warto jednak zachować tutaj pewne proporcje. Czy na pewno śmierć kogoś bliskiego (np. Twojego dziecka) można zestawiać z korzyścią napisania „nieśmiertelnego poematu”? Według mnie jest to poważne zaburzenie hierarchii wartości (przynajmniej w systemie etycznym wyznawanym przeze mnie). I ponadto: czy w tym przypadku Twój „nieśmiertelny poemat” nie mógłby być Twoją „iluzją umysłu”?

Piszesz: „Wedle mnie podział na dobro i zło oparty jest nie tyle na wyższych własnościach świadomości, co raczej na kompleksie ego. Większość osób dobro kojarzy z tym co dla nich jest pożyteczne lub przyjemne – zło zaś z odwrotnością pożądanych stanów. Taki punkt widzenia zawęża percepcję (…)”
A nieco dalej: „Uznaję, że rzeczy można podzielić na te, które rozwijają mnie, oferując mi jakieś inspirujące i konstruktywne doświadczenia, oraz na takie, które mogłyby mi zaszkodzić, lub nie wniosłyby nic istotnego do mojego życia.”
To jest właśnie podejście bardzo egoistyczne. Wydaje mi się, że pisząc to Ty sam opierasz się na jakimś „kompleksie EGO”, które uznajesz za jedyny wyznacznik wartościowania.
Deklarujesz także własną amoralność. A to właśnie amoralność jest według mnie postawą skrajnie egoistyczną, a przy tym wysoce aspołeczną ponieważ odrzuca (czy też lekceważy) wartości przyjęte przez społeczeństwo, którego jesteś członkiem. Bowiem, nawet jeśli nie przyjmuje się wszystkich tych wartości uznawanych przez większość społeczeństwa (bo jednak wielu ludzi myśli bardziej samodzielnie, chce żyć bardziej świadomie i nie poddawać się etycznemu automatyzmowi), to jednak tworząc własną hierarchię wartości, należy moim zdaniem brać także pod uwagę wartości wyznawane przez innych ludzi, żyjących obok ciebie – i mieć na uwadze nie tylko tzw. „dobro” własne (bo to byłoby właśnie uleganie „kompleksowi EGO”), ale i „dobro” innych.

Według mnie pojęcia dobra i zła – nawet jeśli powstaje tylko w ludzkich głowach – nie można umieszczać w kategorii „umysłowych iluzji”. Jak możemy się bowiem przekonać (choćby z niedawnej historii, vide: systemy totalitarne, masowe ludobójstwa…) to jednak to, co uznamy za dobro, a co za zło (czyli to, po której stronie się opowiemy i jaki system etyczny uznamy za wart respektowania) przekłada się bardzo konkretnie na jakość rzeczywistości i świata w jakim żyjemy.

SoS: Mam wrażenie, że nie do końca mnie zrozumiałeś. Być może stało się tak z uwagi na lapidarność mojej wypowiedzi. Pozwól więc, że dokładniej wyjaśnię, co miałem na myśli:
Dobro i zło nie może być oparciem dla żadnego zdrowego systemu etycznego: ponieważ uznanie obu tych zasad, zasadza się na całkowicie osobistym odbiorze. Różni się ono nawet pomiędzy poszczególnymi ludźmi. Np. naziści, których sam wspominasz, wierzyli że czynią dobro, mordując żydów. Żydzi byli złem, a wartości aryjskie najwyższym dobrem. Inkwizycja Kościelna także czyniła dobro paląc ludzi na stosach. Podobne przykłady można byłoby mnożyć. Od momentu, gdy człowiek wymyślił dobro i zło, były one jedynie narzędziami w rękach wszelkiego rodzaju fundamentalistów, którzy wykorzystywali te „wartości” do niewolenia, niszczenia i manipulowania innymi ludźmi. Ponieważ wiara w tego typu moralny dualizm usprawiedliwia fundamentalizm. Jeśli istnieje dobro i zło, ktoś musi mieć absolutną rację, a ktoś musi się mylić, być zagrożeniem, być chory, lub niebezpieczny. Jak łatwo jest wtedy popełniać zbrodnie w imię dobra: większego dobra, społecznego dobra, etc.
Ludzie od zarania dziejów kierując się swym ego, nie zaś swym rozumieniem, czynią zło by chronić dobro, kłamią by chronić prawdę i czynią rzeczy brzydkie by chronić piękno.

Jeśli zaś o ewolucjonizm chodzi – uważam, że jest to bardzo przestarzała teoria, która miała poprawiać humor ludziom Zachodu. Ewolucjonizm nie istnieje w kulturze, zarówno na poziomie religijnym, jak i etycznym. Dowodzi tego wiele badać etnograficznych, które informują nas, iż kultury pierwotne niejednokrotnie wyprzedzają rozwinięte cywilizacje pod względem filozoficznym czy etycznym (i nie muszą do tego znać idei dobra i zła: często jej nie znają). Porównać można w tym zakresie niektóre aspekty kultury Aborygenów czy Indian Amazońskich. Także wiele dawnych cywilizacji nie opierało się na dychotomii dobra i zła. Można powiedzieć, że jest ona właściwa jedynie na religii monoteistycznych. Np. społeczeństwo Wedyjskie opiera się na obowiązku kastowym i karmicznym, którego wypełnianie zapewnia ład społeczny. Niejednokrotnie jednak związane jest z tym, co człowiek zachodu określiłby jako zło. Porównać w tym aspekcie można rozmowę księcia Ardżuny z Krishną w Bhagavacie Gicie.

Zaskakuje mnie bardzo (i też nieco martwi) sposób w jaki odczytałeś moją deklarację o etyce opierającej się o samorozwój. Dla mnie jest niezwykle oczywistym, iż to miłość stanowi siłę, która pozwala mi się rozwijać i prowadzi mnie dalej. Miłość do świata, czy do innych istot. Nie potrafię więc pojąć, w jaki sposób miałoby to doprowadzić mnie do egoistycznych decyzji? Egoizm nie rozwija jednostki, buduje jedynie różnego rodzaju iluzje i czyni nas nieszczęśliwymi. Proponowana przeze mnie wizja, opiera się na świadomych wyborach, a także na przekonaniu, iż świat (więc i moja natura, od której w przeciwieństwie do monoteistów nie czuję się oddzielony) jest doskonały. Świat jest przeniknięty miłością i boskością. Ludzie czasami tego nie rozumieją i oddzielają się od niego, błądzą i robią sobie krzywdę. Ale też nie uważam, aby to było złe. Być może taka właśnie nauka jest im potrzebna, aby w końcu zauważyli Raj, który ich otacza i zrozumieli, że nikt nigdy ich nie wygnał z niego…

To mniej więcej miałem na myśli prosząc o śmierci osób bliskich i poemacie. To, że świat jest miejscem w którym doświadczamy i uczymy się. Nie wszystkie lekcje są przyjemne, ale każda z nich może pozwolić nam rozwinąć mądrość, zrozumienie i współczucie. Każda z nich być dla nas kolejnym stopniem na drodze rozwoju, zamiast być jakiegoś rodzaju złem, które odrzucamy.
Świat jest doskonały. Jeśli twoje dziecko umiera, abyś mógł napisać poemat – to może właśnie to był jego dar? Może ta istota urodziła się właśnie po to, abyś mógł to zrobić? Nie możesz tego wiedzieć. Może twój poemat zmieni tak wiele, iż ludzie staną się dzięki niemu lepszymi i bardziej świadomymi istotami? Oczywiście, wiele jest tych może. Niemniej sięgając po ten przykład, próbuję ci unaocznić, że nigdy nie znamy całości splotu karmy. Widzimy fragment. Nie jest mądrze na tej podstawie uznawać coś za dobro czy zło, ponieważ zwykle nie widzisz skąd wyrasta dane zdarzenie i do czego dąży. Naturą świata jednak jest harmonia i doskonałość (do czego doszedł też Ginsberg w epilogu Skowytu), więc wszystkie rzeczy dążą do niej w sposób naturalny.
Co więcej, chciałbym nadmienić, że nie jestem teoretykiem jedynie. Żyję w zgodzie z tą filozofią i wynika ona z moich doświadczeń, wśród których także było wiele bolesnych zdarzeń (również śmierć bliskich osób). Jednak nigdy nie traktowałem ich jako zło a raczej jako doświadczenia. Śmierć także nie jest złem – jest naturalnym stanem transformacji, do którego dąży świadomość żywej istoty. Nie ma w niej nic, czego należy się bać. Dlaczego więc obciążać zmarłych naszym żalem czy niezgodą na ich los, kiedy raczej powinniśmy wspierać ich poprzez zrozumienie?

Tak, też mam wrażenie, że zboczyłem mocno w stronę mistyki. Niemniej trudno mówić o wartościach nie mówiąc o sferze ducha. Wartości ze swej natury mają duchowy charakter i jedynie w ten sposób mogą być w pełni percypowane. Umysł tworzy na ich temat idee, ale jest to tylko labirynt luster.

Nadmienię na koniec także, że nie czuję się źle nie będąc częścią współczesnego społeczeństwa. I nie uważam tego za zbrodnię. Społeczeństwo jest chore – nie jest zdrowym aktualnie przebywać razem z nim. Dlatego działam raczej w kontrkulturze – która zawsze miała za zadanie odnawiać wartości i szukać nowych dróg w momencie kryzysu.

Mam nadzieję, że teraz stało się nieco jaśniej i moja aktualna wypowiedź jest bardziej klarowna.

StB: Myślę, że Cię zrozumiałem, tyle że nie podzielam niektórych Twoich poglądów. (Czy gdybym się z wszystkim zgodził, to dopiero wtedy uznałbyś, że Cię zrozumiałam? ;))
Postaram się zakreślić pewne różnice w naszym zapatrywaniu na dobro i zło ( w odniesieniu do tego, co napisałeś w ostatnim swoim komentarzu):

– Co to znaczy „zdrowy system etyczny”? Pisząc tak, już tym samym przyznajesz, że istnieje zdrowie, (które można nazwać – i nazywa się – dobrem) i choroby, (która jest uważana przez ludzi za zło)

– Ja nie przeczę, że pojęcie dobra i zła jest relatywne, tylko że mamy obowiązek opowiedzieć się za tym, co uważamy (uznamy – czy to za sprawą własnego, „egoistycznego” wyboru, czy to kierując się normami stworzonymi przez społeczeństwo, w którym żyjemy) za dobre, a unikać tego, co uznamy za złe. (Uważam, że życie społeczne bez zasad moralnych – czyli bez rozróżniania dobra od zła – nie byłoby możliwe. Ale o tym napisałem już wyraźnie w jednej z poprzednich odpowiedzi Tobie – zaczynającego się od stwierdzenia: „Także uważam, że w naturze (a konkretnie: w rzeczywistości pozaludzkiej) zło i dobro nie istnieje (…) ”
Ja np. nie uznaję za swój system etyczny nazistów, w którym zabijanie Żydów (i stworzenie obozów masowej zagłady ludzi) było (dla nazistów) dobrem. W moim systemie etycznym to było (jest) ewidentne zło, któremu należało się sprzeciwić (i to jest właśnie wybór moralny – a wyborów moralnych w naszym życiu nie da się jednak uniknąć).

– Kiedy człowiek „wymyślił” dobro i zło, (czyli stworzył system etyczny – moralność), to służyło to nie tylko do – jak piszesz – niewolenia, niszczenia i manipulowania innymi ludźmi (oczywiście to też miało miejsce), ale także (może nawet przede wszystkim) do organizacji samego społeczeństwa, bez czego jego funkcjonowanie byłoby niemożliwe.

– Pisząc: „Ludzie od zarania dziejów kierując się swym ego, nie zaś swym rozumieniem, czynią zło by chronić dobro” jesteś niekonsekwentny, bo przecież uważasz, że coś takiego jak dobro i zło nie istnieje. Biorąc to pod uwagę nie masz więc prawa używać takich słów jak lepszy czy gorszy.

– Ewolucjonizm nie jest według mnie przestarzałą teorią (tu zresztą wyłania się pytanie: jaki ewolucjonizm?) Moim zdaniem ewolucjonizm jak najbardziej istnieje w kulturze a to z tej prostej przyczyny, że kultura (a wraz z nią stworzony przez nią system etyczny) się zmienia (czyli ulega ewolucji). Oczywiście, można czasami uznać, że kultura się „uwstecznia”, czy też degeneruje, ale to też jest spowodowane ewolucją.

– Każda ludzka kultura tworzy moralność (czyli system norm regulujących życie grupy społecznej). Nie musi tego nazywać złem czy dobrem (to jest przecież tylko sprawa nazewnictwa), lecz np. (sam o tym wspominasz) obowiązkiem. Czyli dobre jest to, co robi się zgodnie ze swoim obowiązkiem, a złe to, co się temu obowiązkowi sprzeciwia (to jest właśnie moralność, czyli zdolność rozróżniania tego co jest dobre od tego, co jest złe – a pochodną tego jest sumienie).

– Pojęcie dobra i zła w systemie etycznym nie opiera się jedynie na egoistycznych (czyli osobniczych, indywidualnych) przesłankach, jak twierdzisz. Wprost przeciwnie: system etyczny powstaje by przezwyciężyć wrodzony człowiekowi egoizm (czyli dbanie jedynie o WŁASNE dobro) w celu ochrony tego, co dobre jest dla całej społeczności. Skrajnym egoizmem jest więc całkowite odrzucenie tego systemu (spotykane np. wśród socjopatów).

– Piszesz o miłości jako głównym motorze Twojego rozwoju. Wspaniale! (piszę to bez cienia ironii). Tylko czy wtedy miłości nie uznasz za dobro, a nienawiści za zło? Przy czym, nieważne jest, czy nazwiesz to „dobrem” czy „złem” – bo to są tylko słowa służące ludziom do tego, by się porozumieć. Chodzi o to, że deklarujesz, iż miłość jest czymś przez Ciebie akceptowanym, pożądanym, wybieranym (czyli można to nazwać „dobrem”), zaś nienawiść – przeciwnie: jest czymś czego należy unikać, co trzeba odrzucić (ergo: jest „złem”).

– Piszesz o miłości, która jest „miłością do świata i innych ludzi”, piszesz o rozwoju, który pozwoliłby rozwinąć w Tobie „mądrość, zrozumienie i współczucie”. Piszesz, że świat jest doskonały, przepełniony „boską miłością”. Ale jak mógłbyś przy tym pozostawać obojętny wobec… np. dymiących kominów oświęcimskich krematoriów? (bo przecież nie uważasz, że to było „złe”). Co z tym współczuciem? Bo przecież katowani i zgładzani tam całymi setkami tysięcy ludzie przeraźliwie cierpieli – czy myślisz, że oni także uważali, że przepełnieni są „boską miłością” i że żyją w doskonałym świecie? Uważasz, że nie jest „mądrze” uznawać tej zbrodni za zło (bo to jest tylko „fragment” rzeczywistości?) Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, co piszesz.

– Jak możesz pisać o „odnawianiu wartości” (co ponoć czyni kontrkultura) skoro nie uznajesz, że coś może być lepsze, a coś gorsze (bo to właśnie jest konsekwencją zaprzeczenia temu, że istnieje dobro i zło) – to pozostaje dla mnie tajemnicą.

– Tajemnicą jest też dla mnie to, jak możesz pogodzić „miłość do świata i innych ludzi” z oświadczeniem, że nie jesteś częścią współczesnego społeczeństwa, bo ono jest chore.

SoS: Oj, a dla mnie to nie tajemnica. Patrzymy na te sprawy z bardzo różnych punktów widzenia.
Nie, nie chcę, żebyś się ze mną zgadzał. Raczej chodzi mi o otwartość i rozumienie. Trudno mi wyjaśnić słowami różnicę, którą postrzegam między Twoim a moim podejściem, jednak jest ona w mym odczuciu bardzo namacalna i istotna.

Ja po prostu uznaję, że nienawiść, ból, wojny etc. też mają swoje miejsce i czas. Współczuję istotom, które doświadczają cierpienia – ale czasem jest to potrzebne, aby móc pojąć pewne rzeczy i znaleźć mądrość. Mnie samego bardzo wiele nauczyły takie przejścia. Przede wszystkim rozumieć. Nie zawsze usunięcie choroby bywa rozwiązaniem. Czasem choroba zmusza nas do przepracowania problemu. Nie jest czymś co należy odrzucić lecz w co należy wejść. To podejście jest stosowane także klinicznie w psychologii transpersonalnej Groffa, czy też w szamanizmie ludów pierwotnych. Cierpienie bywa oczyszczeniem. Można się zastanowić w tym kontekście jakiego oczyszczenia potrzebowała Europa tworząc dwie ostatnie wielkie wojny? Nie zawsze wybory jakich dokonuje się, są poprawne – ale taka jest cena poszukiwania. Poszukując odkrywamy nowe odniesienia, co inspiruje nasz rozwój.

Różnica, którą próbuję uchwycić polega chyba na tym. Iż nazywając coś złem odbierasz mu rację istnienia, wyganiasz to, odcinasz się od tego. Ja zaś uważam, że wszystkie te rzeczy są częścią nas, częścią świata. Nie czymś od czego powinniśmy uciekać, lecz czymś co należy zrozumieć i przepracować. Druga Wojna Światowa i zagłada żydów to nie jakieś zło, które należy potępić i uwiązać u pręgierza. To lekcja dla nas o nas. Lekcja, która nas uczy wiele o tym, co jest w stanie uczynić człowiek taki jak my. Z psychologicznego punktu widzenia: potępiając Cień w sobie nie zrozumiesz go i nie zintegrujesz. W efekcie zaś nie będziesz kompletną jednostką. To co zepchnięte w podświadomość włada psychiką w sposób bardzo przewrotny i silny.

Jeśli idzie o cierpienie – zapewne mój stosunek do niego wyda Ci się dziwny. Jednak, jak mówiłem, nie jest ono złem lecz oczyszczeniem. Współczuję istotom, które muszą go doświadczać. Ale sam doświadczałem go także wiele razy i to dość skrajnie. I wiem ile mnie to nauczyło. Więc dlaczego mam nie doceniać mądrości cierpienia? Wiedza o karmie to pożyteczna rzecz. Daje ci szerszą perspektywę niż jedno tylko życie.

Miłość jest siłą we wszechświecie, która unifikuje przeciwieństwa. A więc jest także ich śmiercią. Czy można nazwać śmierć dobrem? Nienawiść oddziela rzeczy od siebie i tworzy konflikty między nimi. To nie zawsze jest złe. To jest taniec Shiva-Siakti. Energie dopełniają się w cyklach, czasami jako destrukcja, czasami jako tworzenie. Ja po prostu chciałbym przekazać myśl o otwartości na nie, zrozumieniu i harmonii.
I możesz powiedzieć, że w takim razie stan bez harmonii uznam za zło. Ale to nie prawda. Uznam go za naukę. Czy jeśli dziecko sparzy się ogniem nazwiesz to złem? Poprzez takie doświadczenia wciąż się uczymy. Nie sądzę, że istnieje jakiś stan mistycznego dobra do którego można dotrzeć. Mówiąc prawdę, sądzę, że droga ku doskonałości jest drogą bez końca – to właśnie jest piękne.

Np. w Hinduizmie droga ku wyzwoleniu polega na przekroczeniu iluzji dobra-zła, co dzieje się w momencie wzniesienia ponad gunę satvas. Satvas oznacza dobro i jest uważane za jedną z zasad świata materialnego, która niewoli duszę. Ponieważ istnieje coś więcej niż to dobro i coś więcej niż zło. A tym czymś jest boskość którą mamy w sobie i która przekracza to rozdzielenie.

Myślę, że błąd, który popełniam polega na tym, iż gdzieś wierzę, że każdy człowiek jest w stanie kierować się swoją Świadomością i realizować na poziomie, o którym piszę. Podejrzewam, że to utopia niestety. Podejrzewam, a nawet jestem pewien, że masz rację mówiąc o tym, iż społeczeństwo potrzebuje zasad moralnych. W sumie wiele nauk duchowych też o tym mówi wprost. Nietzsche stworzył swojego Nadczłowieka… Trzeba być zapewne gotowym na to, aby przekroczyć ten dualizm i kierować się swoim Światłem. Na niższym poziomie potrzebny jest ład.

Odnośnie twojego ostatniego argumentu odpowiem, iż mogę kochać istoty i ich światło a jednocześnie odmawiać uczestnictwa w ich chorym wzorcu. Jeśli współczujesz komuś choremu to leczysz go, a nie dążysz do tego, by dzielić z nim niedolę, prawda?

Może robię błąd pisząc o tym wszystkim tutaj, bowiem rozmowa ta staje się powoli zbyt osobista. Ale mam nadzieję na to, iż z zetknięcia naszych światopoglądów stworzy się coś interesującego.

P. S. Tak na marginesie: ewolucja nie zakłada nigdy ewolucji wstecznej. To paradoks, który się wyklucza. No cóż… Mi się jak widać też wymykają dialektyczne wstawki, mea culpa.

StB: Sądzę, że nie możemy się porozumieć, gdyż to, co mówisz jest wyniesione na jakiś abstrakcyjny poziom (wiele z tych koncepcji filozofii i mitologii Wschodu, do których się odwołujesz, to są dla mnie po prostu koncepcje nieweryfikowalne – tak jak nieweryfikowalne są np. pewne elementy wierzeń religijnych), który nie przystaje niestety do rzeczywistości (kulturowej, społecznej), w jakiej żyjemy. Bo już to, że wsiadasz do tramwaju, idziesz z kimś na kolację, siedzisz w kinie, pracujesz w konkretnych warunkach ekonomicznych… to i mnóstwo innych uwarunkowań sprawia, że musisz się przystosować do pewnych reguł społecznych, musisz – chcąc nie chcąc – respektować normy i zasady obowiązujące wśród ludzi, z którymi masz styczność. Oczywiście, że możesz myśleć co chcesz – tworzyć w swojej głowie najbardziej fantastyczne koncepcje – ale i tak musisz kupić bilet, nie możesz wylać komuś rosołu na głowę albo okradać jawnie swojego pracodawcy… nie możesz też zabić swojego dziecka (bo uważasz, że to wcale nie musi być złe – skoro np. dałoby Ci możliwość napisania „nieśmiertelnego poematu”)… Tzn. możesz to wszystko zrobić, ale zostaniesz w końcu z tego społeczeństwa wyizolowany (mógłby ktoś powiedzieć: „unieszkodliwiony”). I Ty o tym wiesz, i dlatego nie posuniesz się do skrajności, (które wg Ciebie nie byłyby żadnymi skrajnościami, ale tylko konsekwencją i realizowaniem swoich koncepcji – np. takiej, że można dokonać czynu złego, bo on wcale nie jest zły – jako że „zło” to iluzja).
Tak więc swój światopogląd możesz realizować tylko w swojej wyobraźni (bo w praktyce i w rzeczywistości, w której żyjesz byłoby to niemożliwe), albo uciec na pustynię i żyć w oderwaniu od cywilizowanego świata w jakiejś jaskini i tam wznosić się „ponad gunę satvas”. Moim zdaniem to właśnie jest iluzoryczne.
Ja wiem, że w tej chwili możesz się zżymać (że znów Ciebie nie rozumiem) i już chyba nawet wiem, co możesz mi na to odpisać.
Rozumiem Twoje koncepcje, ale powtórzę: nie podzielam ich i nie widzę raczej dla nich miejsca w świecie, w którym żyję. Rozbrajają mnie choćby takie Twoje stwierdzenia, jak: „Druga Wojna Światowa i zagłada żydów to nie jakieś zło, które należy potępić”. Wiem, co chcesz powiedzieć i dlaczego to mówisz, ale jest to dla mnie zupełnie nie do przyjęcia. Nie mogę się z tym zgodzić, ponieważ stawia to na głowie cały mój światopogląd, godzi w system etyczny, który przyjąłem, burzy całą moją wizję pożądanej cywilizacji i samo pojęcie człowieczeństwa, czy choćby zwykłej przyzwoitości… etc. To była wg mnie zbrodnia, której należało się przeciwstawić. Tym samym, dyskusja z Tobą na ten temat staje się niemożliwa, bo zaczynamy operować zupełnie różnym językiem etycznym. (Może nie tyle niemożliwa, co bezcelowa). Ale mimo to rozumiem to, co pisałeś.

Oczywiście, że nazwanie „zła” jest próbą jego (czy też raczej tego, co ono reprezentuje) wyodrębnienia i odseparowania się od niego. Nawet wtedy, kiedy ma się świadomość, że całkowicie nie da się go ze świata wyeliminować. (Piszę „zło” ujmując to słowo w cudzysłów, by zaznaczyć, że w moim pojęciu jest to jedynie konstrukt pojęciowy, który ułatwia/umożliwia ludziom orientację w przestrzeni etycznej – którą oczywiście sami stworzyli. I bez której nie mogliby stworzyć społeczności, w jakiej dałoby się żyć.)

PS. Istnieją koncepcje tzw. „ewolucji wstecznej” (dewolucji), ale masz rację: jest to właściwie antonim. Miałem oczywiście na myśli to, że proces zmian dokonuje się nieprzerwanie – i niekoniecznie musi to być „rozwój”, „doskonalenie”… ale też i pewnego rodzaju regres, powrót do form bardziej prymitywnych, pod pewnymi względami „gorszych”.

SoS: A ja z kolei, z przewrotnością właściwą chyba tylko mnie dochodzę do wniosku, że właśnie osiągnęliśmy porozumienie, dochodząc do ograniczeń naszych koncepcji. ;)
Odniosę się tylko na chwilę do Wojen Światowych – naprawdę uważasz, że wystarczy to potępić, zamiast uświadomić sobie to, co próbujemy zepchnąć i wziąć za to odpowiedzialność? To nie było nieludzkie, bo ludzie to zrobili. To było bardzo ludzkie. I jak dla mnie tylko wtedy kiedy uświadomimy sobie ten fakt i zaczniemy pracować nad własnym wnętrzem, możemy wyeliminować takie sytuacje w przyszłości.

Poza tym trochę naciągasz niektóre moje wypowiedzi i demonizujesz je. Ja proponuję po prostu odpowiedzialność przed samym sobą i własnym sercem, (które jest Światłem i Prawdą w nas – w duchowym sensie oczywiście), zamiast odpowiedzialności względem systemu moralnego czy społecznego. Wierzę chyba, że w swoim wnętrzu ludzie są boscy. Gdyby to pojęli może przestaliby się tak strasznie plątać, co skazuje ich niestety na cierpienie.

Rozumiem poza tym, że nasza rozmowa z punktu widzenia intelektu stała się za bardzo rozmyta. Aczkolwiek dla mnie sprawy o których mówię, są całkowicie namacalne i wynikają z doświadczeń. By the way: żyję aktualnie w pewnego rodzaju samotni właśnie dlatego, by móc się realizować. Więc jak widzisz można, nawet w tym społeczeństwie. ;)
Masz rację, musiałem wybrać: kariera naukowa i życie społeczne albo rozwój duchowy. Można zawsze się pocieszyć, że eremici są na tyle oderwani od realiów, że stają się lekko szaleni. ;) Chociaż z drugiej strony czasem wiele rzeczy lepiej widać z dystansu.

Mimo tego, że nie możemy się zgodzić, całkiem milo mi się z Tobą rozmawia, za co dziękuję i pozdrawiam.

StB: Spodobało mi się w Twoim podejściu do naszej dyskusji to, że z Twojej strony nie wyczułem żadnej agresji (jakże częstej przecież w wirtualnych sporach), mimo że nie mogliśmy się zgodzić co do wielu kwestii. Dlatego jej nie przerwałem.
To prawda, niektóre z Twoich wypowiedzi – nie tyle demonizowałem – co, kontrargumentując je, sprowadzałem do absurdu, celowo podając trywialne przykłady (bo uważałem, że w konsekwencji właśnie do tego prowadzą). Innymi słowy: starałem się wykazać ich nieprzystawalność i pewną utopijność w stosunku do realiów społecznych w jakich żyjemy. (Nie „naciągałem” więc, tylko wyprowadzałem z nich pewne logiczne konsekwencje.)

Co do Wojen Światowych: oczywiście, że potępienie ich to za mało. Mnie zawsze zależało na tym, aby dotrzeć i uświadomić sobie to, co rzeczywiście leżało w rdzeniu ich przyczyn. I aby tego dokonać posługiwałem się m.in. pojęciami dobra i zła (czyli patrzyłem na to przez pryzmat systemu etycznego, który bardziej lub mniej świadomie przyjąłem). I niestety, już dawno dotarło do mnie to, że zbrodnie jakie popełniali np. naziści były właśnie jak najbardziej „ludzkie” (przymiotnik „nieludzki” używany jest przeze mnie raczej metaforycznie – po to, by podkreślić mój sprzeciw wobec tego typu zachowań, które urągają mojemu pojęciu „człowieczeństwa” i uznania dla wartości humanistycznych).

Temat przemocy i agresji zawsze mnie zajmował. Jeśli chcesz, to możesz zapoznać się z moim tekstem pt „Czas przemocy”, który właśnie się do tego odnosi.

Ja również proponuję „odpowiedzialność przed samym sobą i własnym sercem”. Właśnie z tych pobudek piszę to, a nie coś innego – i właśnie dlatego staram się bronić pewnych moich koncepcji etycznych.

Nie żyjemy w próżni i – chcąc nie chcąc – musimy także brać pod uwagę to, jaki system etyczny dominuje w kulturze (społeczeństwie), w którym żyjemy. Co oczywiście nie oznacza, że musimy go przyjmować ślepo, bezrefleksyjnie – że nie możemy go kontestować. Ja zresztą robię to w wielu swoich wpisach.

Wybierając „rozwój duchowy” też należy uważać, by nie ulegać jakiejś iluzji, która może nawet zniszczyć (zdeformować) człowieka nie tylko fizycznie, ale i duchowo.

* * *

*

BARBARZYŃCY U BRAM

.

zdzislaw beksinski w komorze Sowiego grafika

.

Otoczeni murem, o którym nie wiadomo nawet czy jest, choć niejeden ślepiec jak my chciał przyłożyć do niego swą dłoń –  wyczuć gładkość lub chropowatość, zimno lub ciepło kamieni – zastanawiając się, czy będzie mu dane łagodne przejście na drugą stronę, gdzie znalazło się już tak wielu mu podobnych, tyle że zwykle po trudnych i gwałtownych przejściach.
.
Zaludnione prowincje lodowych i piaszczystych pustyń, pełne szemrzących strumieni świadomości, próbującej znaleźć ujście wśród szczelin tego co istnieje i nie istnieje zarazem – z palcem niewiary wbitym w ranę tego, co miało być martwe, a jednak żyje. I nie wiadomo, czy wyłomem między kosmiczną burzą a wichurą grawitacji, prześliźnie się jeszcze mała mysz z wielkim garbem bólu i bąblami zmyślenia.
.
Ci, którym otwierano bramy, wyprowadzali ze sobą długie karawany – chrzęst kół wozów wypełnionych tobołami z dobrem i złem wszelakim, żegnanych ujadaniem kundli przydrożnych ku uciesze, przerażeniu lub obojętności tych, którzy – widząc lub słysząc to –  zatrzymywali się nagle na swojej drodze z jednej chwili do drugiej, kręcąc przy tym głowami.
.
Najbardziej pożądano tego, co wyłaniało się z bezczasu i zawisało w przestrzeni, która wprawdzie niewiadomego pochodzenia, ale kojarzona jest z czymś nieskończonym i wiecznym (boski gorący wiatr vs. zimno diabelskiej próżni). Czczono „POZA”, świętowano „MIĘDZY”, ale jeszcze bardziej kultywowano „W” – bo wyrastał wtedy mur odgradzający wszystkich od pewności, która mogła okazać się zgubna.
.
O barbarzyńcach wiedział każdy, a nawet jeśli nie wiedział, to przeczuwał ich istnienie – mówiło mu o tym drżenie wyczuwalne gdzieś między jabłkiem Adama a żebrem Ewy – w stosie pacierzowym, nie ostygłym jeszcze po żarach licznych Auto-da-fé. Niektórzy wypatrywali z wałów obronnych dzikich barbarzyńskich hord, ale byli i tacy, którzy wiedzieli, że jest to bezcelowe – że nie ma znaczenia, czy bramy miasta będą otwarte czy zamknięte – bo przecież nie można się odgrodzić od samych siebie.

.

* * *

Ilustracja: na podst. obrazu Zdzisława Beksińskiego.

ZBRODNIA W RADOŚCI

*

dark street

*

WYMIAR (NIE)SPRAWIEDLIWOŚCI

Kolejna projekcja „Długu” w Chicago. Na tle zalewu polskich filmów „amerykańskich” babrzących się z upodobaniem w półświatku zbrodni i bandytyzmu, film Krzysztofa Krauzego dorobił się opinii dość poważnego studium genezy przestępstwa i sprowokował dyskusje na temat koślawości polskiego prawa karnego, a także granicy, jakiej nie można przekroczyć w obronie własnej.
To wydarzyło się naprawdę: z Wisły wyciągnięto dwa trupy z odrąbanymi głowami. Wszystko wskazywało na mafijne porachunki. Po jakimś czasie na policję zgłosili się jednak prawdziwi sprawcy tego czynu. Byli nim dwaj młodzi ludzie, niedoszli biznesmeni, od których – jak się okazało – przemocą i szantażem wyłudzano pieniądze. Doprowadzeni do ostateczności, nie wierząc w ochronę i skuteczność policji, za jedyne wyjście uznali fizyczną likwidację szantażysty, czyli po prostu zabójstwo. Zostali za to skazani na 25 lat więzienia.
Nie pierwszy raz czujemy coś w rodzaju współczucia, a już na pewno zrozumienia dla kogoś, kto dokonał zabójstwa. Nie mówię o przypadkach oczywistych, kiedy ktoś zabija w obronie własnej, lecz o sytuacji, gdy osoba maltretowana fizycznie i psychicznie, z ofiary przemienia się w zabójcę, sama niejako wymierzając sprawiedliwość, tyle że nie usankcjonowaną prawnie. Nie musimy tutaj sięgać ani do literatury, ani tym bardziej do filmu, który już z samej swej natury „manipuluje” naszymi emocjami, co z kolei mąci nam niekiedy rozum i zaburza ostrość widzenia. Sporo przykładów znajdziemy w otaczającym nas życiu.

Nie każde zabójstwo uważane jest za zbrodnię, np. zabijanie podczas wojny, lub w akcjach służb specjalnych przeciw terrorystom czy groźnym przestępcom – o egzekucji w „majestacie prawa” nie wspominając. W normalnie funkcjonującym społeczeństwie, pozbawienie kogoś życia zastrzeżone jest więc do powołanych do tego jednostek. Kiedy czyni tak kto inny, zawsze uważa się to za ciężkie przestępstwo, z wyjątkiem absolutnie koniecznej obrony przy bezpośrednim zagrożeniu własnego życia. Niezły (bo nie epatujący złem i przemocą) film Krauzego, umożliwia nam poznanie motywów zabójstwa, może nawet utożsamienie się z nieszczęsnymi bohaterami. Jednakże zrozumieć – zwłaszcza w kontekście kolizji z prawem – niekoniecznie już musi oznaczać: wybaczyć. Emocje nie mogą chyba mieć przystępu do sędziowskiej deliberacji, wpływając na decyzję i wyrok sądu. Temida jest nie tylko ślepa. Ona, niestety, musi być także pozbawiona serca… Chociaż w starożytności była nie tylko boginią sprawiedliwości, ale i – mityczną wprawdzie, ale zawsze – opiekunką pokrzywdzonych i potrzebujących pomocy.
Ci z nas, którzy długo nie byli w kraju nad Wisłą, niekiedy ze zgrozą śledzą wybuch przestępczości w Polsce. Oto sytuacja się odwróciła: czujemy się w miarę bezpiecznie w amerykańskim kraju, który – kiedy byliśmy jeszcze w Ojczyźnie – postrzegaliśmy (czasami) jako siedlisko zbrodni, występków, gangów, mafii i ulicznych strzelanin (co, z drugiej strony, w jakiś przedziwny sposób nie psuło nam wyobrażenia Ameryki jako wytęsknionej Ziemi Obiecanej – krainy wręcz mlekiem i miodem płynącej). Teraz, będąc po drugiej stronie Oceanu, patrzymy na polskie społeczeństwo terroryzowane przez oprychów szumnie nazwanych mafiozami (prawdziwa mafia terroryzuje państwo), widzimy Polskę dziczejącą obyczajowo, gdzie mało kto odważy się przejść samemu nocą po ulicy.
Jednak ile w tym prawdy? Czyżby znowu nasze spojrzenie było zmącone, zniekształcone złą perspektywą? A może dostrzegamy jedynie mały i to marginalny wycinek polskiej mozaiki – krajowego puzzla? Przejmować nas to tutaj na emigracji może jeszcze z innego względu: po prostu nie chcemy, by nasz kraj rodzinny stawał się nam coraz bardziej obcy.

PRYWATYZACJA ZBRODNI

Jakby na potwierdzenie tych obaw, w ostatniej książce Stanisława Lema „Świat na krawędzi”, natrafiłem na taki oto passus: „Czy ktoś sobie dawniej wyobrażał, że w Polsce naśladować się będzie Ala Capone i organizować napaści na banki? System miniony leżał na wszystkim jak betonowa płyta, tym samym jednak także udaremniał ruchy osób zbyt skorych do złego. Zbrodnia była upaństwowiona, obecnie zaś uległa prywatyzacji i reprywatyzacji. Zbrodniarzem może być każdy, komu się zechce, jeśli jest dostatecznie zręczny…”
Takie to są historyczne paradoksy i ironia losu. Ceną wolności w Polsce okazuje się być wzrost przestępczości. Powołując się na Lema, możemy spekulować, że skoro zbrodniczość zbankrutowanego systemu nie ma już racji bytu, to niejako drogą osmozy przechodzi ona na indywidualnych ludzi, stając się inicjatywą bardziej prywatną. I znowu jest równowaga (?) – tak jakby ilość zła na świecie musiała być wielkością stałą.
Zło jest zdecydowanie bardziej spektakularne od dobra, a niektórzy twierdzą, że i bardziej pociągające. Stąd dowcipy o nudnym niebie i ekscytującym piekle.
Zło jest agresywne, dobro bardziej pasywne; zło jest krzykliwe, dobro zaś ciche, o czym łatwo się przekonać, zestawiając choćby obok siebie Hitlera i Jana Pawła II – dwóch przywódców z księstw ciemności i światła.
Zło ulega paranoi, dobro skłania się ku melancholii. Dobro (zgoda) – buduje, zło (nienawiść) rujnuje.
Co jest silniejsze?
Lem stwierdza bez ogródek: „Moc sprawcza, moc niszczycielska, a nawet moc przekonująca zła jest daleko większa aniżeli dobra.”
Sąd to głęboko pesymistyczny. Jeśli miałby być prawdziwy, nie wróżyłby naszej cywilizacji dobrej przyszłości. Któż z nas – oprócz etycznych popaprańców zafascynowanych złem – chciałby w to uwierzyć, może nawet pragnąć ostatecznego zwycięstwa zła?
Lem jest ateistą i to może tłumaczyć jego pesymizm. Żaden człowiek wierzący w (dobrego) Boga nie mógłby podzielić jego wiary w dominację zła.

PRĘŻĄC ATLETYCZNE MUSKUŁY

Dość przypadkowo trafiłem niedawno na wystawę pt. „The Nazi Olympics. Berlin 1936”, mającą miejsce w Muzeum Stanu Missouri w St. Louis. Oglądałem jak sport wyglądał dawniej, kiedy jeszcze nie był zepsuty pieniędzmi, technicznymi gadżetami i sztucznym dopingiem, ale kiedy już zaczęła nim manipulować polityka. Przypomniały mi się sylwetki Jessego Owensa i Janusza Kusocińskiego, lecz czułem, jak te moje wrażenia przytłaczane są przez panoszącego się już tam wtedy potwora faszyzmu: wszystkie te, widoczne na każdym kroku swastyki, mundury, bojowość, musztra i wojskowy dryl zaczadzonych już faszystowską ideologią Niemców.
Za każdym razem, kiedy stykam się z faszystowskim fenomenem – szaleństwem jakie ogarnęło Niemcy pod wodzą Hitlera i pod wpływem nazistowskiej ideologii –  dopada mnie nieme, pełne przerażenia, zdumienie. Te nieprzeliczone tłumy ludzi i żołnierzy, składające w ekstazie hołd „Führerowi”! Tym bardziej, że nie stało się to udziałem narodu prymitywów czy ignorantów, a „artystów, poetów i filozofów”!
Być może te kadry z filmowych kronik, czy propagandowych obrazów Leni Riefenstahl, straszą nas tak mocno dlatego, że zdradzają nie tylko opętanie ducha niemieckiego narodu, ale wprost wystawiają świadectwo ludzkiej naturze w ogólności. Najczęściej nie chcemy się do tego przyznać, lecz podświadomie to właśnie przeczuwamy: równie łatwo moglibyśmy się w takim tłumie znaleźć my sami.
Do dziś zdumiewają mnie przemówienia Hitlera czy Goebbelsa. Ta histeria, paranoja i wręcz psychopatia ziejąca wprost z ich gestów, twarzy, mimiki i słów. Trudno mi uwierzyć w tak raptowną przemianę ludzkiej natury – w nagłą mądrość społeczeństw i tłumów – ale prawdą jest przecież, iż nie do pomyślenia w dzisiejszym świecie zachodniej cywilizacji byłoby to, aby zachowujący się podobnie mówca czy polityk, mógł zdobyć jakieś szersze poparcie społeczne. Owszem, co jakiś czas wyskakuje tu i ówdzie podobne indywiduum, tyle że jest to wybryk raczej lokalny, kacyk będący co najwyżej utrapieniem tubylców, a nie zagrożeniem globalnym. Któż by go więc traktował poważnie na międzynarodowej arenie?
A może jednak jest to tylko złudzenie i nasza stadna straceńczość niepoprawnych lemingów czyha gdzieś w ukryciu, by ponownie przewrócić świat do góry nogami?

POZNAJ SAMEGO SIEBIE

Henry Miller napisał kiedyś, że studiowanie zbrodni należy zacząć od poznania samego siebie. Dostojewski wcale nie musiał tego pisać – takie to było dla niego oczywiste (i z tej oczywistości właściwie powstały jego arcydzielne studia zbrodniczej psychiki, takie jak „Biesy”, „Bracia Karamazow”, wreszcie sama „Zbrodnia i kara”).  W afekcie stać nas na czyny, o które w normalnej sytuacji nigdy byśmy siebie nie podejrzewali. Nikt z nas nie zna bowiem siebie do końca. Jeśli by tak było, moglibyśmy przewidzieć swoje zachowanie w każdej sytuacji. A na to przecież nas nie stać – bo nie we wszystkich potencjalnie możliwych sytuacjach już byliśmy. Znamy się więc na tyle, na ile nas sprawdzono – lub na ile sprawdziliśmy się sami.
Jak np. zareagowalibyśmy na jawny bandytyzm? Czy w przypływie gniewu nie użylibyśmy drastycznych a dostępnych nam środków, nawet jeśli sami nie bylibyśmy zagrożeni? Czy gdybyśmy tylko mogli, nie zemścilibyśmy się na kimś, kto w bestialski sposób zamordował kochanego przez nas człowieka? Czy zważanie na prawo, miałoby dla nas w takim momencie jakiekolwiek znaczenie?
Usłyszałem niedawno rozmowę z Arturem Pazderskim, współautorem książki „Przestępczość – jak uniknąć jej wpływu?”, który na pytanie dlaczego powstała ta książka, odpowiedział: „Bodźcem do jej napisania było zakatowanie w sierpniu 1997 roku mojego serdecznego przyjaciela. Stało się to w biały dzień w pobliżu dworca w Radości. Obok przechodziło wielu ludzi i nikt nie zareagował. Winni zbrodni byli znani, ale z braku dowodów sprawę umorzono. Policja nie uczyniła nic. W godzinach rozpaczy spotkałem znajomych, którzy pracowali w Komendzie Stołecznej Policji i zwróciłem się z zapytaniem, co możemy zrobić? Okazało się, że nic.”
Również w Chicago znamy tę bezsilność, kiedy żadna moc – nawet policja i prawo – nie mogą zapewnić zadośćuczynienia sprawiedliwości. (Swoją drogą, to jednak ewenement, by reakcją na bandycki napad było napisanie książki.)

SUMIENIE POLICJANTA

Parę tygodni temu popełnił samobójstwo jeden z dziewięciu policjantów z Jefferson Park, podejrzanych o wymuszanie haraczy od zatrzymanych na ulicy (i nie tylko) polskich imigrantów, których straszono aresztowaniem i deportacją. Proces dopiero się rozpoczął, więc nie można tu jednoznacznie stwierdzić winy, choć wiadomo, że FBI oraz wydział Internal Affairs zebrały sporo dowodów obciążających. I powiedzmy sobie szczerze, że te dowody muszą być oczywiste, skoro zdecydowano się na spektakularne wzięcie „kapów” za kołnierz.
Co uderzające, Charles Bowery, ojciec trojga dzieci, który strzelił sobie w głowę w swoim garażu, nie należał do czwórki głównych oskarżonych, przeciwko którym wytoczono najcięższe zarzuty. Nie wyrzucono go nawet z policji. Przeniesiono jedynie do pracy biurowej.
Co więc popchnęło go do takiej desperacji? Jakie to musiało być poczucie winy, które czyniło jego dalsze życie nie do zniesienia? Skądinąd wiadomo przecież, że zbrodnie daleko większe od tych, o jakie podejrzewało się Bowery’ego, niejednemu złoczyńcy zupełnie nie przeszkadzały w kontynuowaniu wygodnego i niczym niezmąconego żywota.

Bardzo nierównie są ludzkie sumienia. To co dla jednego człowieka jest boleśnie gryzącym molem, dla drugiego bywa zaledwie mało znaczącym wspomnieniem (lub w ogóle nie jest pamiętane). Jest w tym jakiś rodzaj (a)moralnej ironii, może nawet złośliwości losu: to właśnie ta cząstka dobra, która jeszcze pozostała w czyniącym zło człowieku, powoduje jego destrukcję. Czasem ma się więc wrażenie, iż najlepiej w świecie mają się ludzie zupełnie tego sumienia pozbawieni. Ale czy wtedy można ich uznać za ludzi?
To jest naprawdę tragiczne i na swój sposób okrutnie paradoksalne: ten policjant na pewno by się nie zabił, gdyby był zwyczajnym sukinsynem. Jak podała prasa, Charles Bowery uważany był za „…wspaniałego ojca, męża i sąsiada. Był praktykującym katolikiem, ochotniczym trenerem szkolnych i parkowych drużyn baseballowych i koszykarskich. Jeździł z dziećmi na wycieczki szkolne. Ścinał trawę sąsiadom…”

FRAGMENTY

Łatwiej jest nam opisywać – i zrozumieć – świat, posługując się uogólnieniami, ale stajemy się przez to bardziej niesprawiedliwi, ulegając na dodatek stereotypom. Równocześnie, popełniając błąd uogólnienia, sami zafałszowujemy sobie rzeczywistość – często pod pozorem jej uproszczenia. Czym, tak naprawdę, niewielu z nas się przejmuje, bo zwykle ułatwia nam to życie i poruszanie się w labiryncie świata. Jednakże, według mnie, sprawiedliwiej – i bliżej prawdy – jest z całości sądzić o cząstkach, niż z cząstki sądzić o całości. Gdyż postrzegamy  zaledwie jakiś niewiarygodnie maleńki wycinek rzeczywistości. To powinno wywołać w nas pokorę, ale – gdzież tam! – zachowujemy się tak, jakbyśmy naszym umysłem świat cały ogarniali
Niestety, bycie zupełnie obiektywnym, nikomu zbyt dobrze nie wychodzi. Potrafimy wygłaszać kategoryczne sądy i opinie o całych grupach ludzkich, narodach i rasach, często nie znając dobrze spośród ich przedstawicieli nikogo. I zwykle posługujemy się właśnie wtedy stereotypami, których nigdy nam raczej na podorędziu nie brakuje. Co znaczące, często taki radykalizm wydaje się źródłem siły i skutecznego wpływu, o czym świadczą chociażby polityczne sukcesy, jakie w pewnych momentach politycznych odnosili ekstremiści, fanatycy i dyktatorzy – o wszelkiej maści populistach nie wspominając.
Dla dobra rozumu jednak nie jest dobrze dać się zakleszczyć ograniczeniami naszego środowiska i redukować całego świata do klatki subiektywizmu, w której najczęściej siedzimy. Nie można chyba sądzić całej ludzkości po wybrykach niektórych osobników, czy nawet pokoleń. Nie oceniajmy człowieczej natury po zwierzęcym zachowaniu się ludzi w sytuacjach ekstremalnych. Gdyż człowiek w warunkach nieludzkich, sam często staje się nieludzki.
Niestety, dobre mniemanie o Człowieku, nie przychodzi łatwo. Wymaga wysiłku – trzeba o nie zabiegać, nieustannie walcząc z mizantropią w sobie.

O podobnym dylemacie pisał nie tak dawno w jednym ze swoich felietonów Lech Falandysz: „Adwokat, podobnie jak policjant, prokurator czy sędzia, nie powinien oceniać ludzi i moralnego stanu społeczeństwa na podstawie przypadków, z którymi spotyka się w pracy. Musiałby bowiem dojść do wniosku, że ludzie są nieuczciwi, kłamliwi, interesowni i podstępni, a w życiu społecznym króluje oszustwo i przemoc.”
Podobnie, jeśli chodzi o całe społeczeństwo amerykańskie, nie powinno się na jego temat wyciągać ogólnych wniosków tylko na podstawie – dajmy na to – niewiarygodnie głupich telewizyjnych talk-shows. Czy też o amerykańskiej demokracji sądzić jedynie z wyborczego cyrku, jaki miał niedawno miejsce na Florydzie. Stany Zjednoczone są bowiem krajem tak różnorodnym i niejednoznacznym, że wszelkie kategoryczne uogólnienia na jego temat z gruntu muszą być błędne – jako że nie są one zdolne objąć całości (mimo, że noszą pozory słuszności). O Ameryce można wygłosić dwa sprzeczne ze sobą sądy i każdy będzie wyglądał na prawdziwy, gdyż można tu znaleźć dowolną ilość przykładów na poparcie dowolnej tezy. A nic tak nie potrafi zagmatwać sporu jak „nieodparte” argumenty obu stron.

greydot

PS. Rozszerzając nieco formułę bloga, postanowiłem co jakiś czas zamieszczać na stronie Wizji Lokalnej artykuły napisanych przeze mnie przed laty i opublikowane w prasie (głównie polonijnej). Pod pewnymi względami nie utraciły one bowiem swojej aktualności. (Tekst „Zbrodnia w Radości” ukazał się na łamach „Dziennika Związkowego”, 5 – 7 stycznia 2001 r.)

*

FUNDAMENTY I PRÓŻNIA (o istocie dobra i zła słów parę)

Niedawno ukazał się na „Wizji” wywiad z Agnieszką Holland (cz. I przeczytać można TUTAJ, natomiast cz. II – TUTAJ). Podjęta tam została m.in. kwestia pochodzenia (a także samej istoty) Dobra i Zła – która pozostaje aktualna odkąd tylko człowiek nabrał pewnej kulturowej świadomości. Chciałem zwrócić uwagę na ten fragment rozmowy, który być może zginął nieco wśród natłoku innych tematów poruszonych w wywiadzie, jak również przytoczyć jeden z komentarzy, jakie się wówczas ukazały pod wpisem. Zamieszczam także moją wypowiedź, która – jak myślę – jest nie tyle próbą odpowiedzi na kilka ważnych pytań, jakie zadajemy sobie co jakiś czas w naszym życiu, co ponownie zwraca na nie uwagę.

*

"Between Good and Evil" (by Cat Hagmann)

*

LOGOS AMICUS: Kiedy Pani myśli o tamtych okrutnych czasach – a mówimy tu o Holocauście, okupacji, pogromach – to co Panią najbardziej boli, może przeraża… i gdzie szuka Pani otuchy i nadziei.

AGNIESZKA HOLLAND: Wie Pan, trudno w tym wszystkim znaleźć otuchę… chociaż… otuchę mogą dawać wszyscy ci, którzy przekroczyli tę granicę strachu i dla których przyzwoitość – czasem umotywowana religijnie, często w ogóle nie – była jakimś najważniejszym nakazem postępowania. To są ci tzw. „sprawiedliwi”.
Jeśli zaś chodzi o to, co przeraża najbardziej, to jest to skrajne doświadczenie.
Właśnie… dlaczego się ciągle wraca do Holocaustu? Bo było to graniczne doświadczenie ludzkości, w którym zobaczyła ona swoją najgorszą twarz. Jednocześnie niemożliwe jest wytłumaczenie tego, nie sposób tego zracjonalizować. Były wojny o bogactwa, terytoria – one wszystkie miały jakiś racjonalny korzeń. No a tutaj trudno powiedzieć, że o te złote zęby toczyła się ta wojna, prawda?

– Czy jednak było to zupełnie takie irracjonalne? Zygmunt Bauman w swojej książce „Zagłada a nowoczesność” odnajduje w postępowaniu hitlerowców motywy racjonalne, pisząc wprost, że Holocaust był niejako konsekwencją rozwoju państwa nowoczesnego.

– Tak, ale to jest próba szukania jakichś mechanizmów a posteriori. To jest dla mnie takie trochę marksistowskie podejście, skażenie historycznym determinizmem. Ja patrzę na to w kategoriach ontologicznych, czy nawet metafizycznych – i zastanawiam się, jak to się dzieje, że w człowieku wyzwala się nagle taki ogromny potencjał zła. A wiemy, że to nie chodzi tylko o Niemców – że to jest możliwe w każdym narodzie i w każdej chwili. Znamy przecież wyniki różnych badań naukowych – np. psychologów amerykańskich – w których okazywało się, że z przyzwoitych, dobrze wychowanych, inteligentnych ludzi, bardzo łatwo można zrobić esesmanów, właściwie w ciągu paru zaledwie sesji.
Chodzi tu więc o jakąś tajemnicę Zła, przed którą ciągle stoimy.

– Czy zatem to zło jest w istocie banalne, czy też może jednak – jak by to sugerowało Pani ostatnie zdanie –  metafizyczne?
Czy zło ponadto nie jest jednak czymś względnym? Czy to, że coś uznamy za złe nie zależy od historycznego kontekstu, od okoliczności, epoki…?

– Nie. W moim systemie wartości istnieje coś takiego jak zło absolutne. A ono nie jest względne, ono jest złe.

– Czyli radykalne?

– Tak. Przypomina to może chrześcijański punkt widzenia, bo dla chrześcijanina istnieje diabeł i on jest złem wcielonym. Nie ma czegoś takiego, że jemu można odpuścić. Diabeł nie może być zbawiony.

– Kiedyś się zastanowiłem nad tym, co by było, gdyby jednak Hitler wygrał wojnę i ideologia faszystowska zdominowała świat a my jakimś cudem byśmy w tym świecie się urodzili. Mnie to niemal przeraziło, bowiem uświadomiłem sobie nagle, że wtedy Hitlera moglibyśmy uznać za największego i najwaleczniejszego człowiek w historii, a ideologię faszystowską za najlepszą rzecz, jaka się przytrafiła ludzkości.

– No, ja bym pewnie nie żyła.

– Ja chyba też. Ale o co mi chodzi? Czy aby na pewno zła nie możemy nazwać złem tylko w pewnej konkretnej rzeczywistości historycznej, odnosząc się do obowiązującego w niej systemu etycznego? To by wskazywało na to, że pojęcie zła jest jednak relatywistyczne.

– Dlatego bardzo ważne są podstawowe wartości etyczne. Dekalog jest bardzo ważny, bo wtedy nie można zła relatywizować. Po prostu są rzeczy, których nie wolno robić.
Istnieje coś takiego, jak instynkt samozachowawczy ludzkości. I niezależnie od tego, czy się wierzy w Boga, czy się w Niego nie wierzy, czy ten system etyczny zesłała nam jakaś Siła Wyższa, czy też społeczeństwa same go wypracowały – to kieruje tym wszystkim pewien instynkt samozachowawczy, bo gdyby go nie było, to i nas by już nie było. To zło bowiem tak łatwo nam przychodzi, że już dawno byśmy się nawzajem wszyscy powyrzynali.

– Czyli w czasie II wojny światowej też było to manichejskie zmaganie się dobra ze złem i udało się nam, czyli ludzkości, jednak po tej jasnej stronie Mocy pozostać.

– Tak, ale musimy pamiętać, że nie jest to nam dane raz na zawsze. To się czuje zwłaszcza teraz. Ten kryzys ma potencjał wyzwalania rzeczy, których nie możemy sobie nawet wyobrazić. Tak więc, te nasze zmagania są nieustanne. I nie wiemy, czy do końca dziejów naszej planety, ktoś odniesie jakieś definitywne zwycięstwo.

*  *  *

KUBUŚ FATALISTA:  Trudno mi się zgodzić z Panią Agnieszką na temat zła. Owszem, jest jakieś archetypowe zło, ale generalnie, pojęcie zła jest jednak relatywne. Nawet przykład Hitlera i niektóre komentarze na blogu odnosicie do rasy panów i niewolników – że to takie poniżające. Przecież Rzymianie robili to na co dzień i nikt nie mówił o ludobójstwie. Gdy Ryszard Lwie Serce wyrzynał po bitwie tysiące Saracenów, też nikt mu tego nie wyrzucał – po prostu taka była praktyka tych czasów. Rzymianie nie uważali nawet nowo narodzonych obywateli za ludzi i każdy mógł bez konsekwencji prawnych wyrzucić noworodka do śmieci – pewnie nawet żyjącego, choć być może były już wcześniej uduszone (może z litości).
Człowiek ma w sobie zło i będzie je miał. Zależy tylko, jak będziemy nim zarządzać.
Zastanówmy się, nawet teraz – zjadając cielęcinę na obiad – czy  nie jest tak, że każdego dnia urządzamy rzeź młodszych braci? Co na to wegetarianie? Czy nie uważają cię za samo zło?
Zło jest i już. Nawet to, co wydaje ci się dobrem, może łatwo zamienić się w zło. Czyż inkwizycja nie działała w imię boga? Boga miłości – jak podkreślają chrześcijanie. Czy ludzie paleni na stosie byli traceni bardziej „humanitarnie” niż w obozach koncentracyjnych? Ktoś może powiedzieć – mieli proces. Jasne, przyznali się do winy na torturach. Henryk VIII, jak obliczają niektórzy, stracił za swojego życia ok. 70 000 ludzi – świetny władca, powiedzą inni. Wprowadził protestantyzm do Anglii.

Niestety, tak naprawdę to widzę w nas więcej zła niż dobra – wiec chyba diabeł ma się dobrze.
Choć jakby koncepcja diabła w kościele ma dziwne osadzenie – jest on eksterioryzowany. Dawno nie byłem w Polsce i niektóre słowa wydają mi się trochę niepotrzebnie zapożyczane. Ale tak z tym diabłem jest. Dzisiaj oglądnąłem migawki z pierwszego dnia nowego sejmu. Tym razem diabłem jest Palikot, a reszta się dobrze tym bawi.

Temat diabła jest mi, prawdę mówiąc, obojętny. Natomiast przyznawanie się do błędów i widzenie tego diabla w sobie jest bardzo dobre. Mechanizm wypierania jest też potrzebny, bo nigdy nie wiesz ile potrafisz znieść w sobie. Mam na myśli – ile złego. A że w nas to jest, to nie mam wątpliwości. Chyba potrzebny jest nam – z ewolucyjnego poziomu – do przetrwania. Cywilizacja, kultura, życie we wspólnocie powinno nam pomagać w jego urabianiu. Pewnie z punktu widzenia Buddy nirwanę osiągniemy wtedy, gdy diabeł będzie nam niepotrzebny.
W sumie jednak, jak na dłoni – nawet w naszych czasach – widzimy że diabeł ma się całkiem nieźle.
Ostatnio, koniec pewnego dyktatora też nam o tym przypomniał, choć nie był to przypadek jedyny a i nie będzie pewnie ostatni. Gdy ktoś ma władzę absolutną – praktycznie zawsze pokaże swojego diabła. W historii może było kilku dyktatorów, którzy okazywali się trochę lepsi od innych – najczęściej jednak kończyli źle, bo byli zarzynani przez innych dyktatorów. Tak to jest, że aby się utrzymać na stołku, musisz być bezwzględny, bo inaczej inni tobie okażą bezwzględność. I masz już diabla za skórą. Dopiero w w grupie, gdy musisz okazać choć odrobinę empatii, by przeżyć – wtedy rodzi się w ludziach dobro.
Ja bym tego jednak nie instytucjonalizował, jak to zrobiono z religią, bo wg mnie niesie to ze sobą oczywiste wypaczenia. No ale to temat na inną dyskusję.

Swoją drogą, metafizyczne (absolutne) zło – to ładne określenie.

Wracając jednak do ciemnej i jasnej strony Mocy (użyliście w rozmowie Lukasowskiego słownika) – czyżby rozwalenie gwiazdy śmierci z tysiącami żyjących tam istnień ludzkich, było aktem łaski dla nich? Złem w samoobronie, czy złem samym w sobie? Może właśnie złem metafizycznym? A może metafizycznym dobrem? Rewanżem za Alderon? Ale czy vendetta może być dobrem? Istna metafizyka. Jak pierwiastek ying yjang i feng shui.

*  *  *

LOGOS AMICUS: Ja również nie wierzę w to, że istnieje tzw. Zło absolutne, podobnie jak nie wierzę w istnienie Diabła (wcielonego). Uważam, że są to tylko takie kulturowe konstrukcje, które ułatwiają nam aksjologiczną orientację w naszych wysiłkach utrzymania się przy życiu i funkcjonowania w charakterze „ludzkiego” człowieka.
Wydaje mi się, że zło jako takie we Wszechświecie nie istnieje. Zło i dobro pojawia się (a ściślej: możemy je nazwać) dopiero wtedy, kiedy – organizując kulturę – tworzymy pewien system wartości, który nota bene jest inny w każdej epoce, na każdym stopniu rozwoju ewolucyjnego, w każdej cywilizacji. To właśnie wskazuje na to, że takie wartości jak zło i dobro są relatywne, czyli względne.
Oczywiście my usiłujemy to przeróżnie sankcjonować, a do tej pory najlepsza (i najskuteczniejsza) wydawała się nam sankcja metafizyczna (religijna) – czyli zawsze wikłaliśmy w to jakąś Siłę Wyższą, czyli Boga (lub bogów). Jednak już tak chyba nie jest – i to nie tylko od dekadenckich czasów Nietzschego, który obwieścił śmierć Boga ponad sto lat temu. Zaczęło się to bowiem już gdzieś w Renesansie, (kiedy to zaczęliśmy postrzegać świat bardziej antropocentrycznie), a w pełni wykwitło podczas Oświecenia i Rewolucji Francuskiej.
No a współcześnie to już mamy totalny post-modernistyczny misz-masz, gdzie wszystkim się wydaje, że wszystko jest dozwolone, równo-prawne (bo wszyscy mają jakąś swoją „rację”) – bo przecież jest już (niby) udowodnione, że nie ma dla nas żadnej metafizycznej podstawy (i niektórzy tylko przebąkują o jakimś „prawie naturalnym”). Stąd to pomieszanie aksjologiczne naszych czasów. Stąd cynizm, sarkazm, szyderstwo, nihilistyczne ciągoty… Także rozpacz i poczucie bezsensu.

Ale Agnieszka Holland powiedziała coś bardzo ważnego: że powinien liczyć się Dekalog.
Choć tutaj może ktoś powiedzieć: przecież to też tylko jest ludzki wymysł, rodzaj społecznej umowy, który umożliwia nam jako takie funkcjonowanie i rozmnażanie się gatunkowe (tyle że w pewnej kulturowej otulinie).
Tak. Ale tu chodzi także o coś innego: o to, by pozostać wiernym systemowi etycznemu, który wybieramy (tworzymy). Bo dopiero z tej perspektywy zaczyna nabierać sens nasze nazywanie Zła albo Dobra.
Tak, więc, być może zabijanie słabych i „zbędnych” niemowląt było w Starożytności czymś dobrym, ale biorąc już pod uwagę nasz system etyczny (np. Dekalog), to czymś dobrym już to nie jest.
Nie jest więc prawdą, że nie możemy oceniać etycznie tego co działo się w innych epokach (bo „takie były czasy”, bo przecież możemy kogoś sądzić dopiero wtedy, jak „wejdziemy w jego buty”… etc.). Być może tło i uwarunkowania epoki ułatwiają nam zrozumienie tego co się wtedy działo, ale niekoniecznie już stanowią dla tego usprawiedliwienie.

Agnieszka Holland wspomniała też o instynkcie zachowawczym – że on niejako powinien nas prowadzić, by człowiek, jako gatunek, nie wykończył sam siebie doszczętnie.
No tak, ale Hitlerowców też mógł prowadzić taki instynkt. Mało tego: gdyby oni odnieśli sukces, tzn. zwyciężyli i zdominowali świat, to rzeczywiście mogliby człowieka wzmocnić „rasowo” (stosując np. eugenikę i niewoląc całe narody, które by na tę ich potęgę i rasowy well beeing pracowały – a czyniąc to nie robiliby, powiedzmy sobie szczerze, nic innego, jak sama Natura, która egzekwuje to samo na masową skalę w każdej sekundzie trwania życia na Ziemi). Ale na szczęście się przeliczyli – bo okazało się, że generują więcej destrukcji niż konstrukcji. I dlatego przegrali. Nie chodziło tu więc o zwycięstwo jakiejś metafizycznej „Jasnej Mocy”, ale o zwykłe pokonanie wroga, który się pomylił i był jednak na tyle słaby, że dał się zwalczyć i przegrał.
A Boga jednak lepiej do tego wszystkiego nie mieszać.
Jeśli bowiem obdarzył On czymś takim jak „wolną wolą” (choć to – z czysto biologicznego punktu widzenia – też jest problematyczne), to człowiek dysponuje wolnością… nie tylko czynienia (wyboru) Dobra, ale i Zła. Faszyści, decydując się na ludobójstwo, wybrali (w świetle wyznawanego przez nas systemu etycznego) Zło. Bóg więc nie miał z Holocaustem nic do czynienia – rozpaczliwą bezradnością jest więc obwinianie Go o komory gazowe i obozy masowej zagłady.

Kończąc: nawet jeśli wartości jakie wybieramy (etyka jaką przyjmujemy) wisi w jakiejś nihilistycznej (kosmicznej) próżni i nie ma żadnych metafizycznych fundamentów, to i tak nie ma według mnie żadnego innego wyjścia, jak starać się temu systemowi etycznemu sprostać. I nie wiem, czy chodzi tu też tylko o jakąś inną próbę (jednostkowego lub gatunkowego) przetrwania, czy po prostu o zwykłą „ludzką” przyzwoitość. Ale tak mi mówi coś, co jest gdzieś głęboko we mnie – a co chyba można nazwać sumieniem.

*  *  *