„MANK” – mała porażka w wielkim stylu

.

Cięty język, nieświętość, cygara i alkohol – Mank w swoim żywiole (Gary Oldman w filmie Davida Finchera „Mank”)

       To prawda, że „Mank” wygląda czasami jak parodia arcydzieła, które David Fincher najprawdopodobniej chciał stworzyć, a jednak niektóre komponenty tego filmu są według mnie tak dobre, że chronią cały obraz przed plajtą. Mało tego, film momentami dostarczał mi takiej przyjemności, że oglądając go nie zwracałem zbytniej uwagi na to, co mogłoby mi tę przyjemność zepsuć.
Przyznaję, że kiedy za pierwszym razem przymierzałem się do obejrzenia „Manka”, to skończyło się to falstartem. Bowiem, po jakichś kilkunastu minutach oglądania filmu, doszedłem do wniosku, że jednak nie obejdzie się bez przypomnienia sobie „Obywatela Kane’a” (którego po raz ostatni widziałem jeszcze w XX wieku), a przy okazji postaci Hermana J. Mankiewicza, współscenarzysty filmu Orsona Wellesa, uważanego dość powszechnie za najwybitniejsze dzieło w historii kina. Nie zaszkodziło też poszperać nieco w dokumentach epoki do jakiej odnosi się obraz Finchera ukazujący (głównie) Hollywood lat 30-tych, powiązania Fabryki Snów ze światem polityki, czy wreszcie zajmujący się jedną z najbardziej kluczowych postaci ówczesnej amerykańskiej rzeczywistości, jaką był potentat prasowy i multimilioner William Randolph Hearst. A – jak wszyscy wiedzą – to właśnie on był pierwowzorem bohatera filmu Wellesa, Charlesa Fostera Kane’a – pozbawionego miłości człowieka, który umiera w samotności na kupie zgromadzonego przez siebie bogactwa, wypowiadającego z ostatnim tchnieniem intrygujące słowo rosebud.
Nieczęsto kręci się filmy o scenarzystach, a jeszcze rzadziej o pisaniu scenariusza. Choć tak naprawdę – i wbrew pozorom – „Mank” nie jest o pisaniu scenariusza do „Obywatela Kane’a”. Nie jest także (wiem, że to już może zabrzmieć jak herezja) filmem o Mankiewiczu (Mank to przezwisko, jakiego używali wszyscy ci, którzy Hermana znali bliżej). Jest natomiast rodzajem wielkiego czarno-białego fresku przedstawiającego Hollywood i okolice, popisem (bawiącej się formą, ale i starającej się zaimponować) sztuki kina. Kina, które – mimo, że traktowane jak rozrywka – wpływa niekiedy decydująco na ludzkie życie, posługując się przy tym zasadą „make believe” związaną ściśle z tegoż kina magią. Być może jest także rodzajem hołdu składanemu przez Finchera swojemu nieżyjącemu już ojcu, który (wiele lat temu) napisał do „Manka” scenariusz.
Zasadę „make believe” stosuje już Fincher do samej formy swojego filmu, który jest wystylizowany na wzór czarno-białych obrazów „starego” kina, ale głównie nawiązuje do motywów – zarówno formalnych, jak i treściowych – „Obywatela Kane’a” (dlatego uznałem, że warto sobie przed projekcją „Manka” film Wellesa przypomnieć). Przy czym, należy zwrócić uwagę, że ta stylizacja na coś starego, odbywa się przy bardzo świadomym użyciu nowoczesnych środków i technik kina – czego Fincher wcale nie usiłuje ukrywać. (Więc niezrozumiałe dla mnie są zarzuty, że reżyser nawiązuje do dawnych form, ale mu to nie wychodzi, bo i tak „Mank” wygląda” inaczej, niż filmy sprzed 70 lat z okładem, o samym „Obywatelu Kane” nie mówiąc.)

Błazen i geniusz z rogatą duszą, czy małpka kataryniarza?

.

       Zdaję sobie sprawę, że w tym filmie można się nieco pogubić, bo to wygląda tak, jakby Fincherowie zakładali naszą dobrą znajomość nie tylko filmu Orsona Wellesa oraz perypetii związanych z jego powstaniem i odbiorem, ale i całej plejady postaci hollywoodzkiego kina lat 30-tych, politycznej aury tamtych czasów, czy wreszcie pozycji i znaczenia, jaka miał w tamtym czasie Hearst. Trąci nieco paradoksem to, że odbiorowi „Manka” sprzyja posiadanie tej wiedzy w formie dość powierzchownej, bo jeśli jest ona pogłębiona, to… może przeszkadzać, gdyż wychodzi wtedy na jaw spora dowolność Finchera w przykrawaniu rzeczywistości do swoich koncepcji.
Bowiem nieprawdą jest, że Mankiewicz był aż tak bardzo zaangażowany po stronie partii demokratycznej w wyborach gubernatora Kalifornii w 1934 roku (notabene, z ramienia Demokratów startował w nich sam Upton Sinclair), że popadł w konflikt z hollywoodzkimi „mogulami”, którzy popierali Republikanów. A Fincher w swoim filmie zrobił z tego wielkie halo, tak jakby na siłę chciał się wpisać w występującą dzisiaj poprawność i „progresywizm” – co rzeczywiście może trochę mierzić.
Chybiona jest również teza, że wielkość „Obywatela Kane’a” jest zasługą scenariusza Mankiewicza, który – jak to może wynikać z filmu Finchera – napisał go samodzielnie, wypijając przy tym całe morze wódki. Otóż nie, wprawdzie Mank stworzył pierwszą wersję scenariusza (i wypił morze wódki), ale to Orson Welles ostatecznie go ukształtował i (taka drobnostka) „Obywatela Kane’a” wyreżyserował, nadał filmowi niespotykaną dotąd w kinie formę, a przy okazji zagrał w nim tytułową rolę.
Poza tym, jeśli chodzi o obsadę aktorską, to skądinąd wspaniały sześćdziesięciokilkuletni Gary Oldman grający trzydziestokilkuletniego Manka, to chyba przejaw zbyt daleko idącej brawury. Ale to nie tylko dlatego nie dowiemy się z filmu Finchera tego, jakim naprawdę człowiekiem był Herman J. Mankiewicz.
A jednak, mimo wszystko nie przyłączam się do (niezbyt licznego, ale jednak lekko zapalczywego) chóru pomstującego na „Manka”. I to bynajmniej nie dlatego, że nigdy nie lubiłem być w jakimkolwiek chórze.
Mało tego: wbrew temu co napisałem powyżej, ja ten film cenię (i bynajmniej nie dlatego, że otrzymał on w końcu aż 10 nominacji do Oscara, co w moim odbiorze filmu naprawdę nie ma żadnego znaczenia). Dość szybko pogodziłem się z tym, że nie ukaże mi on jakiejś dramatycznej historii, ani nie objawi prawdziwego oblicza tamtej epoki. Ot, kolejna fantazja kogoś, kto z upodobaniem bawi się w kino – i komu wydaje się, że przy okazji powie coś ważnego. I być może coś ważnego Fincher nam mówi – np. o mechanizmach władzy, manipulowaniu ludźmi, związku twórców pop-kultury z polityką, obsceniczności bogactwa tudzież o arogancji i bezwzględności bogaczy, którym wydaje się, że mogą wszystkimi manewrować i przestawiać ludzi jak pionki – ale to wszystko udaje tylko realizm, bo jednak umowność i sztuczność czuć w tym na kilometr (podobnie zresztą, jak czuć sztuczność „Obywatela Kane’a” – a takie niekiedy miałem wrażenie oglądając to arcydzieło kina po latach). Ale to pewnie tak miało być, bo świat wykreowany przez twórców „Manka” jest w pewnym sensie autonomiczny, rządzący się swoimi prawami – i wystylizowany, nie tylko estetycznie. (Podobnie jak świat „Obywatela Kane’a”.)

Wygarniając Hearstowi

.

       Odrębność scen w „Manku” jest uderzająca – każda jest rodzajem skeczu, który opowiada o czymś innym i gdzie wszyscy popisują się dowcipem (zwłaszcza Mank, który zdaje się mówić niemal wyłącznie bon motami, cytatami i aforyzmami z puentą). I muszę przyznać, że niektóre z tych scen wydają mi się znakomite. Spacer Manka i jego rozmowa z Marion Davis w nocnej scenerii pałacu Hearsta, czy zupełnie inny w charakterze, niezwykle dramatyczny monolog naszego bohatera, który w obecności całej śmietanki towarzyskiej zaproszonej przez Hearsta na obiadowe party, obnaża jego nikczemną naturę bezwzględnego egoisty oraz całą tę mizerię kryjącą się za fasadą wszechwładnego człowieka.
Trudno nie zauważyć, że chronologia w filmie Finchera jest postawiona na głowie. Trzeba się przyzwyczaić do tych wszystkich przeskoków w czasie – między początkiem lat 40-tych, kiedy Mank pisze scenariusz „Obywatela Kane’a”, a początkiem lat 30-tych, ukazujących Mankiewicza w żywiole Złotej Ery Hollywood – jego brylowanie na salonach literackich i w studiach filmowych – kontakty z wielkimi nazwiskami tego czasu (w tym znajomość z Hearstem i przyjaźń z jego kochanką Marion Davis), czy wreszcie rosnące zaangażowanie się w politykę. Na marginesie warto dodać, że znacznie lepiej wypadają w filmie te segmenty z lat 30-tych, bo leżący w łóżku (i zakuty po wypadku samochodowym w gips) Mank nie stwarza zbyt szerokiego pola do popisu dla aktorskiej wirtuozerii Oldmana, który znacznie się ożywia, kiedy przychodzi mu grać Manka o 10 lat młodszego.
Mimo wszystkich jego wad zanurzyłem się w tym filmie dość głęboko, w czym oczywiście pomogła mi znakomita muzyka napisana przez Trenta Reznora i Atticusa Rossa – jazzująca, sącząca się dyskretnie w tle, ale i miejscami lekko awangardyzująca, perswazyjnie ilustracyjna. Kolosalne znaczenie dla „Manka” ma jego estetyka, zwłaszcza zdjęcia, będące dziełem Erika Messerschmidta, który wraz z Fincherem nie tyle skopiował odkrywczy i nowatorski sposób filmowania jaki zastosowali Gregg Toland i Welles w „Obywatelu Kane”, co dokonał jego transformacji („to nie kopia tylko echo” – jak to określił sam Messerschmidt).
W sumie „Mank” mnie nie tylko nie zawiódł, ale stał mi się w jakimś sensie bliski. To tak jak z ludźmi, których wady widzimy, a mimo to ich lubimy.

7.5/10

*   *   *

Więcej o filmach nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Nomadland”, „Ojciec”, „Proces Siódemki z Chicago”, „Judas and the Black Messiah”, Sound of Metal, „Minari”, „Obiecująca. Młoda. Kobieta.”

.

DZIEWCZYNA Z TATUAŻEM – NOWA HEROINA KINA?

*

David Fincher zdradził, że w książce Stiega Larssona najbardziej zafascynowała go relacja między dwojgiem głównych – i bez wątpienia niezwykłych – bohaterów. Wielka szkoda, że w ekranizacji jakiej się (skądinąd wiadomo, że z pewnymi jednak oporami) podjął, tego raczej nie widać.

*

Niezwykła para – genialna hakerka (Rooney Mara) i dziennikarz-detektyw (Daniel Craig). Bohaterowie pop-kultury w dobie kryzysów państwa i społeczeństwa?

„Dziewczyna z tatuażem” to od strony realizacyjnej film perfekcyjny: precyzyjny jak szwajcarski zegarek i ostry jak brzytwa scenariusz, klimatyczne zdjęcia w sposób idealny a zarazem konkretny chwytające w kadrze to, co zamyślił reżyser (by oddać mglisty monochromatyzm i przejmujący chłód północy); wyraziste i krwiste (ale i też poprawne do bólu i przewidywalne w swym konceptualnym schemacie) wystąpienia aktorskie; nieskazitelny montaż; rzucająca się w ucho muzyka… etc.
Hm… skoro jest tak dobrze (a może nawet rewelacyjnie), to dlaczego jest tak źle?
Może odpowiedź na to znaleźć można w tym, co już na samym początku serwuje się nam na dużym ekranie?: powalający, wizualnie genialny, mroczny acz błyskotliwy, wystylizowany na gothic klip z muzyką rockową (mnie dodatkowo ruszyły gitarowe riffy zaczerpnięte z zappelinowskiej hard-rockowej klasyki „Pieśni imigranta”), który wszak z fabułą wydaje się nie mieć żadnego związku i rzucony jest na ekran chyba tylko po to, by zrobić na nas odpowiednie wrażenie. Innymi słowy: wizualizm i technika bez ludzkiej duszy, stylistyczny fajerwerk – spektakl, za którego fasadą trudno się doszukać jakiegoś bardziej czytelnego znaczenia.
To oczywiście nie znaczy, że cały film Finchera jest taki – bo (jak przystało na precyzyjny kryminalny thriller) nie brakuje mu logiki i fabularnego sensu, tudzież występuje w nim całe gremium ludzkich postaci. Ale wspomniałem o tym klipie dlatego, że wydaje się on rzucać światło na pewien problem – pułapkę, w której utknęło już dawno temu kino popularne (a zwłaszcza hollywoodzkie, bo ono zawsze było tu awangardą). Tą pułapką jest po prostu przerost (wizualnej) formy nad (myślową) treścią. (Ten problem rysuje się jeszcze wyraźniej, kiedy weźmie się pod uwagę np. ostatnie filmy Spielberga [„War Horse”], Scorsesego [„Hugo”] oraz „Mission Impossible”.)
Wydaje się, że cała para (niewątpliwej przecież) inteligencji twórców takiego kina, idzie w skonstruowanie niezawodnej technicznie machiny, która zrobiłaby dobrze masowej widowni, spełniając ich oczekiwania – rozrywając ich, ale przy tym zbytnio nie męcząc angażowaniem większej ilości szarych komórek.
Oczywiście że „Dziewczyna z tatuażem” jest rozrywką cholernie (?)  inteligentną… tyle, że inteligencja ta jest czysto „mechaniczna” –  tzn. taka, jaką posługujemy się np. przy rozwiązywaniu myślowych łamigłówek (należą do niej m.in. zagadki kryminalne), które bez wątpienia gimnastykują mózg, ale nie zbliżają ani na jotę do ludzkiej głębi, którą ongiś nazywaliśmy duszą.

No ale może już dość tej tyrady? Pora na zajęcie się samą „Dziewczyną”.

Genialny umysł i poraniona psychika – socjopatka w pogoni za seryjnym mordercą

*

Wybierając się do kina miałem ten komfort, że nie znałem ani Larssonowej trylogii „Millenium” (pierwsza jej część: „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” posłużyła za kanwę scenariusza filmu Finchera) ani jej szwedzkiej ekranizacji sprzed kilku lat. Ten komfort był mi głównie potrzebny do tego, by podziałał na mnie filmowy suspens. I to mi – czy też raczej reżyserowi – się udało. Zawieszenie czułem, to fakt – trzymało w napięciu.
Ale przy okazji poczytałem sobie także o samym Stiegu Larssonie, a to czego się dowiedziałem, rzuciło jednak trochę światła na jego powieść, tłumacząc pewne jej motywy. I bynajmniej nie mam tu na myśli tego, co najprawdopodobniej przyczyniło się do jego przedwczesnego zgonu wkrótce po napisaniu trylogii w 1984 toku –  zamiłowania do palenia jak smok i namiętnego ponoć żywienia się fast-foodem (do czego inklinację przejawia także jego bohaterka, Lisbeth Salander – tak właśnie nazywa się dziewczyna z tatuażem, w roli tej widzimy Rooney Marę), ani nawet tego, że poniżony publicznie i niedoceniony Mikael Blomkvist (grany przez Daniela Craige’a dziennikarz-detektyw – drugi obok Lisbeth, główny bohater film) to w dużej części alter-ego samego Larssona. Chodzi mi o… ideowe zaangażowanie Larssona po (zdecydowanie) lewej stronie szwedzkiego spektrum społeczno-politycznego (był wydawcą przesyconego ideologią magazynu, który jego przeciwnicy starali się dyskredytować jako agitkę). To tłumaczy głęboką niechęć Larssona do wszelkich państwowych instytucji, anarchistyczne (wręcz) ciągoty, nieufność do finansjery i korporacjonizmu, jak również przekorne odwrócenie konserwatywnych wartości…
Nie ulega wątpliwości, że to właśnie dlatego w swojej książce z bogatej szwedzkiej rodziny przemysłowców uczynił on krwiożerczych, zdeprawowanych, zezwierzęconych, zdegenerowanych, perwersyjnych i zdolnych do najbardziej odrażających zbrodni potworów; natomiast z ewidentnej socjopatki (jaką bez wątpienia jest Lisbeth Salander) – godną współczucia i sympatii, a zarazem obdarzoną genialną inteligencją, heroinę. No a pośród nich Blomkvista przypominającego coś jakby anty-bohaterskie skrzyżowanie Jamesa Bonda, komisarza Maigreta i porucznika Colombo, z mocnym współczesnym rysem człowieka łamiącego większość społecznych konwencji.
Cóż, widząc to można się zapytać: czy podobne zabiegi ułatwiają nam umieszczenie pisarstwa w obrębie literatury, na podstawie której można głębiej i bardziej kompleksowo wniknąć w charakter zmian, jakim podlega teraz europejskie społeczeństwo? Osobiście w to powątpiewam. Nie wątpię natomiast, że wszystko to może być pretekstem do niezłej zabawy – o czym świadczy choćby te 60 milionów sprzedanych egzemplarzy „Millenium”.

Haker w sieci czuje się jak ryba w wodzie

Tak, trylogia Larssona to – jeśli chodzi o poczytność i rozgłos  – największy chyba sukces książkowy ostatniej dekady. Ciekawej i dość przejrzystej analizy powodów takiego stanu rzeczy dokonał w jednym z ostatnich numerów „Polityki” (Nr 2, 2012) Piotr Stasiak. Pozwolę sobie je tutaj wypunktować, obdarzając przy okazji komentarzem.

Zatem: kto i dlaczego kocha Larssona?
Otóż kochają go:
– feministki (bo stworzył charyzmatyczną, niezależną bohaterkę, która stanowi zaprzeczenie stereotypowej „kobiecości” widzianej seksistowskim męskim okiem; bo dzięki postaci Lisbeth można uświadomić sobie stopień dyskryminacji kobiet i stosowania wobec nich przemocy; bo mimo traum wszelakich staje się ona przewodniczką dojrzałego ponoć mężczyzny, a nawet zaczyna nad nim dominować; bo w sposób bezlitosny mści się na swoim oprawcy, który jest nikim innym jak zboczoną, dwulicową, obleśną, męską szowinistyczną świnią… )
– czterdziestolatki (bo zarówno Blomkvist, jak i jego kochanka Erika Berger, mimo że zbliżają się już do 50-ki, nie zamierzają spuszczać z tonu i odchodzić w smugę cienia, nadal prowadząc bujne – innymi słowy: promiskuityczne – życie seksualne; ponadto: największe sukcesy zawodowe ciągle przed nimi, więc o emeryturze raczej nie myślą; i w ogóle: robią to wszystko, co chcą i kiedy chcą, a kiedy nawet się potkną, to zbytnio się tym nie przejmują…)
– lewicowcy (bo bohaterowie Larssona są nie tylko wyzwoleni seksualnie, ale i wykazują daleko idący liberalizm wobec innych przejawów życia społecznego; bo dyskredytuje on tradycyjne, konserwatywne wartości wyznawane przez wyższe, „solidniejsze” warstwy społeczne, obnażając je i ukazując jako fasadę i zakłamanie tych, którzy wygodnie umieścili się na uprzywilejowanej przez układy, bogactwo i wpływy pozycji; bo zajmuje się on także ludźmi ze społecznych nizin, przybliżając i uświadamiając czytelnikowi ich problemy… )
– geeki, czyli ludzie obsesyjnie zafascynowani nowoczesnymi technologiami (bo sama Lisbeth – nota bene genialna hakerka – czuje się w internecie jak u siebie w domu i nie obce są jej żadne techniczne cudeńka i gadżety; bo właśnie dzięki komputerowi i sieci możliwe staje się rozwikłanie kryminalnej zagadki i wykrycie mordercy; bo Larsson rzeczywiście – już 10 lat temu – antycypował to, co obecnie ogarnęło cały świat: szaleństwo na punkcie elektronicznych gadżetów, komórkową wszechobecność, coraz większe przenoszenie się ludzkich interakcji w wirtualną przestrzeń… )
– wreszcie: Larssona kochają Oburzeni (bo w jego książkach aż kipi od nieufności wobec władzy i Systemu, tudzież do łgających jak najęci polityków; bo ukazał on zarazem fikcję, jak i bankructwo „państwa opiekuńczego”; bo – jak czytamy w „Polityce” –  „wyciągnął on brudy spod dywanu, rzucając ostre światło w kąty, gdzie pochowały się demony ksenofobii, nietolerancji i korupcji”; bo wg Larssona, „degrengolada toczy nie tylko świat polityki i administrację publiczną, ale także prywatne firmy, banki i korporacje”… )

Starsze vs. młodsze – ostro ale bez większej „chemii”

No cóż, być może w książkach Larssona to wszystko jest obecne bardziej ewidentnie i kompleksowo (byłbym tutaj wdzięczny za wypowiedź tych, którzy je znają), ale niestety w filmie Finchera ma to tylko moc (a raczej słabość) aluzji i powierzchownego szkicu.
Dlaczego?
Może dlatego, że nie było już na to miejsca w filmie skoncentrowanym głównie na dynamice rozwiązywania kryminalnej zagadki? Ale czy wobec tego doszukiwanie się w nim jakichś poważniejszych znaczeń, a zwłaszcza diagnozy chorób toczących współczesny świat, nie ma jednak większego sensu, będąc czymś w rodzaju krytycznej nadbudowy?
Pewnie jednak tak, bo sam Fincher, odnosząc to swojego ostatniego filmu, wygłosił niedawno coś takiego: „O tej powadze mówiłbym ostrożnie. Trzeba znać swoje miejsce. Nie sądzę, żeby widzowie oczekiwali ode mnie wyrafinowanego komentarza do rzeczywistości albo polemiki z publicystami”. (Lecz tu można się zapytać: czy kiedy robił „The Social Network” – obraz jednak nośny intelektualnie i złożony psychologicznie, a odnoszący się do gorących kwestii współczesności – to uważał tak samo?)

No dobrze: skoro nawet sam Fincher radzi mi, aby do jego filmu nie podchodził „poważniej”, bo (jak sugeruje) jest on niczym innym jak tylko rozrywką – to…  niech mu tam będzie. Zresztą, już dawno straciłem nadzieję, że Hollywood traktuje coś poważniej od forsy, jaką wydaje na produkcję swoich filmów – i od zabawy, jaką chce rozerwać swoich widzów.
Może więc lepiej zrobię, jak będę się filmami hollywoodzkimi rozrywał, a czegoś poważniejszego poszukam… gdzie indziej?

Ale, ale… skoro już zacząłem brać na serio słowa reżysera, to może wrócę do jego deklaracji, że zdecydował się na przeniesienie tej historii na ekran, bo zainteresowała go w niej przede wszystkim relacja między jej głównymi bohaterami – czyli Mikaela Blomkvista i Lisbeth Salander? Nie mam żadnych powodów by nie wierzyć słowom Finchera, jednak mam mu za złe to, że niewiele zrobił, by to zainteresowanie znalazło swój wyraz na ekranie. W końcu, jego fama twórcy niepokornego, który ma odwagę „postawić” się producentom reżyserowanych przez siebie filmów i przeforsować swoją wizję, do czegoś chyba jednak zobowiązuje. Choćby do tego, by największą uwagę w filmie poświęcić temu, co sam w książce Larssona uznał za najważniejsze i najbardziej wartościowe. Lecz, niestety, wszystko wskazuje na to, że Fincher ugiął się pod presją 100 mln. dolarów, jakie przeznaczono na film, zapomniał o „chemii” tej niezwykłej pary i pozwolił, by zatryumfowała tu machina dość płytkiego, acz perfekcyjnego technicznie i imponującego widowiskowo produkcyjniaka.

7.7/10

*   *   *

Dziewczyna z tatuażem – nowy image heroiny kina?

*

FILMOWISKO („Czarny łabędź”, „The Social Network”, „Fighter”,”Jak zostać królem”)

Subtelność baletnicy zderza się z perwersją jej wewnętrznych demonów i seksualnych obsesji. (Natalie Portman w "Czarnym łabędziu".)

*

„CZARNY ŁABĘDŹ” („BLACK SWAN”, reż. Darren Aronofsky)
** * * * * *

Z pozoru historia opowiedziana przez Aronofsky’ego jest banalna: młoda ambitna baletnica zatraca się w walce o główną rolę w wielkim widowisku, nie zważając na to, że katuje swe ciało, stając w końcu nad krawędzią przepaści i auto-destrukcji.
Ale czy paranoja i schizofrenia może być banalna?
Na pewno nie dla człowieka, który jest nimi dotknięty. I na pewno nie dla takiego reżysera jak Aronofsky, który nad materią filmową panuje totalnie, z obrazów i dźwięków tworząc świat, który zdolny jest równie totalnie nas pochłonąć.

W pułapce perfekcji - w drodze do szaleństwa

„Czarny Łabędź” nie ma psychologicznej głębi i złożoności „Zapaśnika” gdzie w niezwykle przejmujący sposób Rourke mierzył się ze swoją klęską upadłej gwiazdy wrestlingu. Ma zamiast tego zmysłową moc, która wbija się w sam środek naszych pierwotnych tęsknot i lęków. Bo kto z nas nie pragnie tego, by świat dostrzegł w nas to, co najlepsze? I któż nie lęka się tego, że świat zobaczy w końcu całą naszą nędzę i bezwartościowość? A paradoksem jest to, że ci, którzy za wszelką cenę chcą widzieć w sobie boga, często prześladowani są przez wizję własnego dna i mizerii – w głębi samego siebie spotykając diabła, czy też inne wewnętrzne demony. Może właśnie dlatego tak wiele jest w „Czarnym Łabędziu” luster, które  zarówno ujawniają narcyzm tych wszystkich artystycznych „baletów” jakim oddają się występujące w nim postaci, jak i horror potępienia samego siebie. Niebezpieczeństwo, które czai się gdzieś na zewnątrz, ale i w nas samych. Wpędzając nas przy tym w konfuzję: co jest obrazem prawdziwym, a co tylko iluzorycznym odbiciem.

Film Aronofsky’ego to także jeden wielki koncert skrajności. Wszystko tam jest zbudowane z kontrastów, począwszy od klasycznej gracji baletu zestawionej z brutalnością fizycznego ekstremum, po subtelność dziewczęcą głównej bohaterki zderzającą się z perwersją jej wewnętrznych skaz i  seksualnych obsesji. Jednak  zmagania łabędzia białego z czarnym nie są tu zbanalizowaną walką dobra ze złem. To walka o dopełnienie się duchowych biegunów – scalenie różnych osobowości, wrażliwości i temperamentów; dramatyczna próba pogodzenia ze sobą przeciwstawnych elementów ludzkiej psyche.

Odnoszę teraz wrażenie, jakby „Czarny łabędź” balansował na granicy arcydzieła i… (a jednak) kiczu. Ale jest to konstatacja dokonana post factum, więc jako taka – w moim spontanicznym odbiorze – nie powinna być aż tak bardzo istotna. Aronofsky widza uwodzi – i ta kinematograficzna skuteczność winna się w kinie liczyć najbardziej. I – jak widać po gremialnej recepcji filmu – tak właśnie się liczy. A zresztą… nawet jeśli „Czarny łabędź” jest kiczem, to jest to kicz wyniesiony na takie wyżyny narracyjnej i wizualnej doskonałości, że można już mówić o wysokiej próby artyzmie, który dotyka w nas czegoś, co jest elementarne i pierwotne. Stąd ten jego mocny psychologiczno-emocjonalny, ale i estetyczny impet.

Dygresja: czyż sam balet (a nawet opera) nie jest kiczem podniesionym do rangi sztuki? Ale pisząc o kiczu u Aronofsky’ego, nie tyle formę mam na myśli. Bardziej te elementy jego filmowego języka, które czasem wyglądają tak, jakby wyciągnięte były wprost z jakiegoś drugorzędnego horroru. Także sama psychologia postaci jest cokolwiek kiczowata… kiczowata na tyle, ile kiczowate jest zderzenie łabędzia białego z czarnym, białej skóry z czerwoną krwią, prawdziwej dziewicy z wyimaginowanym gwałtem, pierwiastka boskiego z diabelskim.

Aronofsky widza uwodzi nie tylko swoimi majstersztykami. On ma tu ułatwione zadanie, bo dysponuje czymś niesłychanie nośnym – bez mała genialną kreacją Natalii Portman. Są takie role, które odbieramy nie w kategorii gry aktorskiej, a w kategorii fenomenu – zjawiska, które tworzy swój własny ludzki wymiar, wychodząc poza to, co jest sztuczne – co się tylko „udaje”. Taką rolą jest wystąpienie Portman. Chapeau bas!

„THE SOCIAL NETWORK” (reż. David Fincher)
** * * * * *

Geniusz, miliarder, złodziej, ekscentryk, gówniarz... bohaterem naszych czasów? ("The Social Network")

„They trust me, dumb fucks!” – to często przywoływane słowa 19-letniego Zuckerberga, człowieka, który niewinny internetowy serwis społecznościowo – randkowy rozwinął do rozmiarów gigantycznych (Facebook złowił dotąd ponad 500 mln. „dumb fucks„), stając się – w ciągu kilku lat – najmłodszym miliarderem świata.
Czy opisujący jego historię „The Social Network” Finchera jest takim „Obywatelem Kane” naszych czasów? Obawiam się, że tak – cokolwiek by to „obawiam się” nie znaczyło. Cóż, zaryzykuję w takim razie stwierdzenie: „The Social Network” jest arcydziełem kina naszych czasów… na dobre i na złe.
Na dobre, ponieważ skuteczność z jaką film chwyta za mózg i nerwy współczesnego inteligentnego widza jest piorunująca. Obraz ten sprawia wrażenie jakiejś perfekcyjnej machiny, która za pomocą genialnie współgrających ze sobą elementów (słowo – obraz – dźwięk) tworzy nową jakość dzieła sztuki oddziaływającego głęboko zarówno na emocje, jak i intelekt widza. (O tym, że moje słowa nie są przesadą, można się przekonać zapoznając z całą masą opinii, jakie wydają o tym filmie ludzie, których inteligencja i błyskotliwość są w zasadzie niekwestionowane i niepodważalne – więc moja tu opinia jest siłą rzeczy jakby drugorzędna, choć dla mnie samego, nie przeczę… kluczowa ;) ).
Na złe, ponieważ obywatel Kane Wellesa był figurą wielką, niemalże monumentalną (taką jeszcze na miarę antycznej tragedii, choć skażoną już nieco nihilizmem nowoczesności); natomiast twórca Facebooka jest ledwie gówniarzem – fakt, że błyskotliwym, ale jeśli chodzi o nośność kulturową … kimś karłowatym, wręcz upośledzonym (jego nihilizm jest już wręcz ostentacyjny, tyle że nazwany być może teraz wirtualnością).
Każdy czas ma takich bohaterów (wliczając w to tych mitycznych, czyli niemal wszystkich) na jakich zasługuje. Nasze czasy potęg budowanych w przestrzeni wirtualnej mają bohatera przypominającego cyborga animowanego przez komputerowy program, do którego, siłą bezwładu, przyklejone są ludzkie emocje, z którymi on, nota bene, nie za dobrze wie, co ma zrobić. Bo to, że niemal wszyscy epokowi bohaterowie mają cechy psychopatów, jest już sprawą inną.

Social Network - paradoks sieci: zbliżając się do człowieka, trzymamy go równocześnie na dystans.

To nie znaczy, że (filmowy) Zuckerberg jest postacią jednowymiarową. Nie – on w swojej małości jest kimś niesłychanie skomplikowanym (niczym komputerowy program w oczach nie-programisty). I prawdopodobnie każdy z nas dostrzeże w nim coś innego, może nawet ze sobą sprzecznego. Na czym więc polega jego małość? Może właśnie  na tym: on się nam – w kategoriach ludzkich i moralnych – wyślizguje jak drobny piskorz. Z czym zaś kojarzona jest jego wielkość? Czy dlatego jest wielki, że zgromadził na swoim koncie kilka miliardów dolarów (ale czy nadal takim by pozostał gdyby nagle te miliardy stamtąd zniknęły?) Czy może dlatego, że przyczynił się do stworzenia (wirtualnej, czyli mocno podejrzanej ontologicznie) potęgi sieci wiążącej (w sposób nader iluzoryczny) tysiące i miliony ludzi, którzy na Facebooku zredukowani są do paru banalnych informacji i zdjęć? A może nasze życie przenosi się coraz bardziej w sferę bitowych iluzji? (Czyżby walka samolubnych genów wkroczyła już do rzeczywistości wirtualnej?)

Tu rodzi się następujące pytanie: czy bohater naszych czasów objawia swą wielkość tworząc „matriks” współczesnego świata, czy też raczej zdradza swą małość, stając się tego „matriksa” w jakimś sensie „spolegliwym” niewolnikiem? Może także czymś w rodzaju multi-bitowego pojemnika na informacje?

Tak naprawdę to, czy film Finchera przylega ściśle do tzw. faktów, stało mi się obojętne, właśnie dzięki jego artystycznej perfekcji. Nawet jeśli „The Social Network” jest swego rodzaju kłamstwem (a ponoć każde dzieło sztuki jest takie), to jest to kłamstwo, które zbliża nas do prawdy i pomaga ją nam sobie uświadomić. W tym przypadku prawdę o świecie, w jaki motają nas sieć i komputery (słynne, niemal klasyczne – a przy okazji mocno już zbanalizowane – powiedzenie Picassa, pozostanie chyba aktualne na zawsze).
Czyżbyśmy więc już zaczęli nasze życie – nie tylko indywidualne, ale i społeczne – przenosić w świat wirtualny? (Czyż nie istnieje już coś takiego jak socjologia internetu?)
Czy aby w ten sposób nie chcemy stworzyć kolejnej utopii? Utopii, która z jednej strony miałaby nam zapewnić poczucie indywidualności i anonimowość, a z drugiej – globalną solidarność i ekshibicjonizm? Zachować tajemnicę, która znana byłaby wszystkim?

„THE FIGHTER” (reż. David O. Russell)
** * * * * *

Problem z tym filmem nie jest taki, że opowiada on przewidywalną do bólu historię wywodzącego się z pod-klasy „underdoga” i triumfującego w stylu Rocky’ego Balboa pięściarza (to nie powinno dziwić, jako że „The Fighter” jest nieodrodnym dzieckiem Hollywood – dzieckiem, które zostało zmajstrowane po to, by spodobać się tzw. szerokiemu amerykańskiemu widzowi, aby ten, zastępczo, przeżył sobie w kinie mały moment triumfu); problem polega na tym, że będąc w ten sposób obciążonym i zdeterminowanym tworem, film Russella ma pretensje do tego, by także być czymś innym – czymś co dotyka „surowej” prawdy o życiu i świecie.
Ale to właśnie, jak na ironię, działa na niekorzyść filmu, bo przywołuje porównania np. z kinem spod znaku „realizmu” czy też „naturalizmu” (praktykowanego choćby przez Kena Loacha czy Mike’a Leigh, o cinema verite nie wspominając), a to porównanie, niestety, wypada wg mnie cokolwiek kompromitująco i stawia „Fightera” w rzędzie bajek dla średnio-dorosłych.

Między dramatem a farsą, czyli Rocky revisited ("The Fighter")

No dobrze – to moja wina, że miałem takie skojarzenia. I że sobie, po części przynajmniej, zepsułem zabawę. Wygląda na to, że inni z tym raczej żadnego problemu nie mieli i przed triumfującym „fighterem” padli dość entuzjastycznym plackiem. No cóż, muszę przyznać, że i ja się trochę podniecałem, gdy główny bohater walił po mordzie i kładł z hukiem na deski swojego rywala (bo przecież nigdy chyba nie wyrośnie się zupełnie z tego chłopaczka zauroczonego Rocky’m), ale gdy później przyszło pomyśleć o poszczególnych elementach obrazka – to już z tym intelektualnym zachwytem było jakby gorzej.

Mordobicie - jednym ze sposobów na osiągnięcie American Dream? ("The Fighter")

Bo w sumie, przez te swoje fochy, „The Fighter” zawisł gdzieś (tak jak to widzę) między prostą historią o pięściarskim Kopciuszku (z całym idącym za tym schematyzmem i melodramatyzmem) a farsą, która niweczyła powagę społecznego i psychologicznego kontekstu filmu,  także dramatu, jaki w rzeczywistości przeżywali ukazani na ekranie ludzie (tym bardziej, że deklaracje twórców filmu, iż oparty jest on na „true story„, brzmią bez mała ostentacyjnie).

W centrum uwagi filmu Russella jest nie tylko bokser Mickey Ward ale również jego rodzina, zwłaszcza matka (Alice) i brat (Dicky), i już tutaj, mim zdaniem, „Fighter” się rozjeżdża, gdyż każdy w tej rodzince jest jakby z innej parafii, bez wspólnego emocjonalnego kleju, o prawdziwej chemii, tudzież genach nie wspominając (ach, jeszcze nie wspomniałem o siedmiu siostrach Mickey’ego wyglądających jak jakiś pastisz żywcem wyjęty z magazynu dla fryzjerek, a które zostały umieszczone w filmie tylko dla  – bardzo wątpliwej zresztą – ozdoby, bo żadnego istotnego znaczenia w fabule nie mają). Niestety, rodzina, nawet ta najbardziej dysfunkcyjna, musi wyglądać jak rodzina, a nie jak zbiór jakiegoś castingowego panopticum.
Sam Mickey – mimo, że jest pięściarzem na drodze do mistrzostwa – jest jednocześnie człowiekiem cokolwiek bezpłciowym, czy też raczej zbyt uległym i bezwolnym, przez co nie skupia na sobie tak bardzo naszej uwagi. Tę uwagę za to przyciąga jak najbardziej jego brat Dicky, (głównie dzięki robiącej naprawdę spore wrażenie grze Christiana Bale’a) i choćby dla tej kreacji (to nic, że momentami przypominającej zbytnio karykaturę) warto jest  film Russella obejrzeć.

„JAK ZOSTAĆ KRÓLEM” („THE KING’S SPEECH”, reż. Tom Hooper)
** * * * * *

Melodramat pozujący na historię - sentyment monarchistyczny wiecznie żywy. ("The King's Speech")

Oto kolejny dowód na to, jak wygrywając wszystko na jednej sentymentalnej nucie, można zadowolić całe rzesze widzów, a przy odpowiednim wsparciu znakomitego aktorstwa – nawet tych wymądrzających się zwykle, wymagających Bóg wie czego krytyków.
Jednakże ja – mimo że od dawna wzbraniam się od tego (wątpliwego zresztą) zaszczytu uważania siebie za filmowego krytyka, i mimo, że sam czasem piszę coś takiego, co wygląda na przemądrzalstwo – tym razem jednak nie dałem się zwieść (choć oglądałem film z przyjemnością bliską uwiedzenia).
Dobra, a nawet bardzo dobra opinia o tym filmie jest przytłaczająca, więc jakąś pretensjonalną przewrotnością z mojej strony byłoby teraz to, gdybym na przekór tym wszystkim pochwałom i zachwytom, pisał swe zdanie pod włos powszechnej percepcji tylko dlatego, aby się wyróżnić ze stada. Jeśli coś  podobnego napiszę, to tylko dlatego, że oprócz sensorów empatii oraz solidarności z widzami przychylnymi „Mowie króla”, uaktywniły mi się także w mózgu rejony odpowiedzialne za to podejście bardziej krytyczne.
Do czego więc, wg mnie, można się przyczepić? Wyszczególnię to krótko… hm… w jednym zdaniu (już nie będę się znęcał nad tym nieszczęsnym sentymentalizmem obrazka i nie wiadomo skąd pochodzącą u nas nostalgią za monarchią, nawet tą w marionetkowym, symbolicznym i dekoracyjnym wydaniu, jaką się stała w XX wieku monarchia brytyjska).

Król jąkała dodaje animuszu ziomkom przed nadciągającą nawałnicą hitleryzmu (Colin Firth jako poddany logopedycznej terapii Jerzy VI w filmie "Jak zostać królem")

Oto owo zdanie (z zastrzeżeniami): zbyt daleko idące socjologiczno-psychologiczno-historyczne uproszczenia, tania psychologia (taki Freudyzm dla ubogich – choć tutaj aplikowany przecież koronowanej głowie);  kolejna, a co gorsza – stereotypowa love story grająca na kontraście i kuriozalności zupełnie nie przystających do siebie dziwolągów; dalej: ogólna dziecinada wątku; mało dyskretna reżyseria obnażająca pewien „instrumentalizm” w traktowaniu aktorów – a tym samym występujących w filmie postaci, stąd pewne „efekciarstwo” scen i charakterów. (Przyznaję się bez bicia: zdanie to jest wprawdzie jedno, ale cokolwiek długaśne. Sorry.)

Gdyby ktoś jednak nalegał i domagał się podejścia bardziej treściwego, oto (pokrótce) ono:
– Realizm godny realizmu twainowskiej fantazji „Królewicz i żebrak”, komiksowe ujęcie ówczesnych problemów Imperium Brytyjskiego, które wszak były wtedy przecież kolosalne: kolonialny upadek, światowe zagrożenie przez faszyzm (karykaturalny Churchill to jedynie symptom tej poważnej przypadłości); zaś o ugodowej polityce brytyjskiej wobec Hitlera nawet się nie zająknięto.
– Przecież wiadomo, że dotąd żaden Freudysta ze swoją pan-seksualną, grzebiąca się głównie w dzieciństwie psychoanalizą, nie pomógł nigdy i nigdzie żadnemu swojemu pacjentowi, nawet gdy mu kazał stawać na głowie, kląć jak szewc, oddychać z siedzącą mu na piersi żoną, tudzież tarzać się po dywanie… W ogóle psychologizm charakterów postaci występujących w tym filmie wydaje mi się być na poziomie szkolnego wypracowania amatora-gimnazjalisty.
– Osobiście nie mam nic przeciw dziwolągom (a nawet ich lubię… zresztą… któż z nas nie jest, po części przynajmniej, jakimś tam dziwolągiem?), ale kiedy kreślone są one zbyt grubą krechą, to coś mi w nich nie pasuje, a akurat oglądając „Mowę króla” (vel „Jak zostać królem” – ech, te nasze polskie tłumaczenia angielskich tytułów ) nie miałem ochoty patrzeć na karykaturę.
– Wątek? Zbyt piękny aby był prawdziwy. I niech mi nikt nie mówi, że to przecież true story. Historia zawsze jest prawdziwa, ale już opowieści o niej – takie być nie muszą, a właśnie tu, dzięki filmowej rekonstrukcji historii, uraczono nas bajką. (Bo przecież, tak naprawdę, to wszystko wyglądało zupełnie inaczej – wystarczy poszperać w dokumentach. Np. Lionel Logue nigdy nie zwrócił się do króla Jerzego VI per „Bertie” – ale to w sumie drobiazg). A zakończenie miało być jeszcze bardziej „hollywoodzkie”, niż było – na szczęście ktoś bardziej trzeźwy reżyserowi to wyperswadował. W sumie jednak – i tak za bardzo mi to wszystko zalatywało Disneyem.

No cóż… sam się trochę dziwię tej zgryźliwości, bo film – choćby ze względu na tę swoją dobroduszność – chyba na to nie zasługuje. Może więc jednak, usiłując zadość uczynić wyrządzonej mu krzywdzie i powetować wynikające stąd straty, polecę go wszystkim tym, którzy wybierając się do kina oczekują po prostu… ludzkich, acz mało skomplikowanych wzruszeń. Innymi słowy chcą budującej rozrywki i ciepłego KINA.  No i dobrze. „The King’s Speech” tego właśnie może im dostarczyć.

Sentymentalnie, patriotycznie i budująco - choć nieco na bakier z historią. (Helena Bonham Carter, Colin Firth, Goeffrey Rush w "The King's Speech")

*