FOTOGRAFICZNY RAJ (zapiski indyjskie)

Indie w wersji bajecznej (Udaipur, Radżastan)

Indie to istny raj dla fotografa. Zupełnie można tam stracić głowę – wśród tego bogactwa kształtów i kolorów osaczających człowieka z każdej strony. Gdzie się nie spojrzy tam widnieje gotowy kadr z zaaranżowaną przez jakąś nieodgadnioną siłę kompozycją i tematem, który może stać się ciekawą anegdotą.

Zastanawiam się skąd też bierze się tak niesamowita fotogeniczność tego kraju.
Pierwsza i oczywista rzecz: egzotyka. Indie są swoistym kosmosem, krajem jakby z innej planety, w którym wszystko jest inne, niż gdziekolwiek indziej na świecie. Podejrzewam, iż muszą się wydawać egzotyczne nawet samym Azjatom (no może z wyjątkiem mieszkańców krajów ościennych, takich jak Pakistan, Nepal czy Bangladesz), a cóż dopiero takim nieodrodnym synom cywilizacji zachodniej, jak my – isoty będące na dodatek dziećmi szarej Północy. Jakby tego było mało, ta odrębność jest wzmacniana po tysiąckroć przez niesłychaną różnorodność kulturową, etniczną, religijną i językową tego kraju… kalejdoskop, w którym mienią się i skrzą miriady bardziej lub mniej przystających do siebie elementów – drobin.
Nastepnie: kolorystyka i forma – intensywność, kontrast i jaskrawość spektaklu jakim są Indie.

Marwarska pasterka

Mieszkańcy Indii – a zwłaszcza kobiety – wykazują niezwykłą predylekcję do przyozdabiania i strojenia się w dzień powszedni, nawet podczas wykonywania całkiem zwyczajnych i przyziemnych czynności. Ta estetyka (to prawda, że niekiedy ocierająca się o kicz, jarmark i pstrokaciznę) jest wszechobecna, permanentna i świadoma, spotykana ponadto w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. W barwne sari kobiety przybierają się nawet do… ciężkich robót drogowych. Jedną z najbardziej wystrojonych dziewczyn spotkałem dość przypadkowo w pewnej wiosce pod Jodhpurem – na dodatek była to pochodząca z niższej kasty pastereczka, która eksponując swe ozdoby obdarzyła mnie uśmiechem nadającym się wprost na okładkę National Geographic (proszę spojrzeć na zdjęcie obok i samemu się przekonać, czy przesadzam.)

W Parku Narodowym Kaoledeo pewien tubylec zaciągnął mnie na jego skraj, by mi pokazać… catwalk! W pierwszej chwili nie zrozumiałem o co mu chodzi, spodziewając się jakichś dzikich kotów, ale cała zagadka została wyjaśniona, kiedy wychyliliśmy się ponad otaczające park ogrodzenie: ocienioną drzewami aleją kroczyły z wielką gracją, odziane w kolorowe sari kobiety, niosąc na głowach naczynia pełne wody, którą czarpały z równie malowniczej studni. (Scenkę tę można zobaczyć na zdjęciu ilustrującym poprzedni wpis pt. „Indie jak rzeka” .)
Tam właśnie, przy studni w Bharatpur, zrozumiałem dlaczego modelki na całym świecie, ucząc się chodzić po wybiegu, muszą nosić na głowie jakiś ciężar. Większość Hindusek bowiem chodzi tak wdzięcznie i zgrabnie, gdyż ma do czynienia z podobnymi ćwiczeniami na codzień.

Kolejny magnes dla fotografa to zabytki, a wśród nich najpiękniejsza bez wątpienia perła architektury światowej – Taj Mahal. Oprócz tego setki fortów, pałaców i świątyń, rozsianych po całych Indiach i dających świadectwo bogatej przeszłości, gwałtownych zawirowań historii i religijnej różnorodności, wynikającej nie tylko z ogromnej ilości spotykanych w Hinduizmie bogów, ale i ze swobody w wyborze odprawianych rytuałów i obrządków.
Bajecznie bogaci maharadżowie prześcigiwali się w budowaniu imponujących pałaców i rezydencji, których świetność zachowała się w lepszym lub gorszym stanie do dzisiaj; zaś darwinistyczna walka o dominację, rządza ekspansji i obrona przed najeźdzcami wymagały wznoszenia gigantycznych twierdz. Olbrzymie wrażenie robią zwlaszcza radżpudzkie forty w Radżastanie, które niczym bajkowy miraż wyłaniają się z fantastycznych scenerii pustyni Thar.
Wszystkie te obrazy narzucają się jakby same przed obiektyw. Zaskakuje ich dostępność – często człowiek ma wrażenie iż znalazł się w oku jakiegoś piktograficznego żywiołu. Przyprawia to bez mała o zawrót głowy – traci się wtedy do pewnego stopnia kontrolę i zmysł wybiórczości, rejestrując wszystkie przesuwające się przed oczami sceny.

* * *
Fotografując obcy kraj staram się unikać banalności. Z Indiami było o tyle łatwiej, że tam nic nie wydawało mi się banalne. Być może była to sprawa nieustającej niespodzianki, zaskoczenia? Nawet zupełnie powszednie sytuacje, przypadkowe elementy przestrzeni, czy oczywiste dla danego miejsca zestawienia architektoniczne były dla mnie ciekawe.

Ganesh – bóg człeko-słoniowaty

Tak naprawdę, to nigdzie nie widziałem tam niebezpieczeństwa popadnięcia w landszafcikowy trywializm. A przecież dość skutecznie uprawiany jest on na całym świecie, czego aż nadto ewidentnym przykładem są straszące nas wyblakłymi barwami oraz do znudzenia powielające te same motywy, eksploatujące „ładność”, ukazujące najbardziej oczywiste turystyczne atrakcje tzw. pocztówki, na których zwykle panoszy się wyprany z wszelkiego artyzmu kicz.
Chociaż warto zaznaczyć, że w Indiach nawet kicz – abstrahując jednakże od tego uniwersalnego na pocztowych kartkach – jest niebywale fotogeniczny, bo zupełnie dla nas egzotyczny. A to, co wydaje się nam egzotyczne, to nie jest dla nas kiczowate (z wyjątkiem, oczywiście, sztucznej palmy na warszawskim rondzie de Gaulle’a). Kiczem w naszych oczach stałoby się prawdopodobnie wtedy, kiedy przestałoby być dla nas egzotyczne – co staje się zwykle udziałem tych, którzy w krajach egzotycznych osiedlają się na dłużej. Bowiem kicz, aby zaistnieć, musi zaistnieć nie w rzeczy, a w oku patrzącego, podobnie zresztą jak piękno – jak każde dzieło sztuki.

* * *

Hinduskie kobiety spotkane w Amber Fort (Jaipur, Radżastan)

Wyjazd do Indii z traktowanym poważnie aparatem fotograficznym ma swoje dość istotne konsekwencje. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo nadmiernej estetyzacji tego kraju. Również wizualiazacji, która zajmuje się powierzchnią, przez co można mieć problem z dotarciem do wnętrza i poznania głębi. Ograniczenie się do patrzenia na obcy kraj przez wizjer aparatu zwiększa zwykle dystans do jego prawdziwej esencji.
Z drugiej jednak strony czuję (być może wikłam się tu w sprzeczności), że w jakiś sposob o wiele uboższe byłyby moje wspomnienia i doświadczenie Indii, gdybym teraz, po powrocie, nie mógł się wesprzeć tymi wszystkimi zdjęciami, gdzie utrwaliłem napływające do mnie zewsząd obrazy, odwiedzane miejsca, a przede wszystkim setki ludzkich twarzy – spotkanych osób, w których oczach mogę dziś oglądać ich dusze, dopowiadać sobie historię ich życia.
A jednak żałuję, że nie wszyscy o tym życiu opowiedzieli mi sami. Gdyż nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu z człowiekiem, rozmowy z nim, także wspólnego milczenia; dotyku, zapachu, jedzenia przy tym samym stole, wsparcia go w codziennym wysiłku, cieszenia się jego radością, lub odczucia tych samych co on smutków i lęków.

* * *

Pogawędka pod pałacem w Udaipur

To, że wybieramy, ustawiamy i komponujemy kadr jest już ingerencją w świat, który chcemy ukazać.
Ale czy jest inna droga?
Tak czy owak przedstawiany świat – czy to za pomocą słowa czy obrazu – musi zostać przefiltrowany przez naszą osobowość, naszą wrażliwość, zdolność do obserwacji. Liczy się nasze wyczucie estetyki, preferencje, intencje, szczerość, uczciwość, refleks, intuicja, entuzjazm, ciekawość, dociekliwość, pasja… Nie jest to więc zwykły wojeryzm, który zakłada jedynie jakąś podejrzaną chęć podpatrzenia rzeczywistości i wykorzystania tego dla naszych – bardziej lub mniej uświadomionych – wewnętrznych potrzeb, bez projekcji tego na zewnątrz.
Tymczasem fotografia prawdziwa chce się narzucić światu, będąc jednocześnie czymś kreatywnym, choćby w samym fakcie selekcji i wybiórczości rejestrowanych obrazów.
O tym trzeba pamiętać, kiedy oglądamy fotograficzne albumy – są one tylko śladową rejestracją rzeczywistości, której całościowe ogarnięcie jest niemożliwe. Przedstawiają – wbrew pozorom – jedynie maleńki jej wycinek.

* * *
Kolorystyczne rozpasanie Indii… Ciągle do niego wracam. I zaczynam dostrzegać inne fasety indyjskiej rzeczywistości. Ot, choćby powszedniość, przeciętność, standard, normę…
Mimo wszystko dość szybko uporałem się tam z szokującymi aspektami indyjskiej ulicy – brudem, smrodem i ubóstwem – i zacząłem dostrzegać… jakąś codzienną normalność, zwykłe życie setek milionów ludzi. Moje spojrzenie nabrało szerszej perspektywy. W końcu zacząłem dostrzegać to, co tak naprawdę dominowało w tej scenerii – dynamikę sił witalnych, kalejdoskopową barwność, społeczny żywioł. Mimo pozornego balaganu każdy człowiek wydawał się być na swoim miejscu i robić „swoje”. Nagle objawiła mi się cała realność tych miejsc.

Straganowa orgia kolorów (Varanasi, Uttar Pradesh)

Do tych obserwacji upodobałem sobie szczególnie bazary i targi. W każdym niemal mieście starałem się odwiedzic „market”, gdzie przychodzili zwykli mieszkańcy i gdzie ujawniał się charakter miejscowej ludności. No i oczywiście – gdzie permanentnie poddany był atakowi mój zmysł wzroku – barwą, formą, kształtem, fakturą! (Nie wspominając już o ataku na nasz nos – o unoszącym się w powietrzu, bardzo specyficznym dla Indii aromacie, i to zarówno tym odrażającym, jak i upajającym niczym afrodyzjak i narkotyk.)

Na bazarze w Jodhpur

W miejscach takich, wszystkie stragany, jak również wszelkie możliwe stanowiska handlu i rzemiosła, stanowiły rodzaj gotowej kompozycji. Scenki rodzajowe, mnogość i różnorodność dóbr wszelakich – nie tylko warzyw, owoców, przypraw, ryb, ziaren, potraw, ale i przeróżnych artykułów, rzeczy bardziej lub mniej potrzebnych, materiałów, naczyń, ubrań, ozdób. Mam na myśli cały ten lokalny rozpasany sztafaż: oto wyrwiząb z rozłożonymi na bruku obcęgami i protezami; to znów szewc zbijający właśnie buta gwoździem, albo fryzjer-golibroda siedzący w kucki i wymachujący brzytwą nad klientem.
Dochodziło do tego antropologiczne bogactwo charakterów – mozaika ludzkich twarzy, sylwetek, postaci. Gwar i krzątanina – wszystko to żyło!
Może więc właśnie tam można znaleźć te prawdziwe Indie?

* * *

*

Kobiety w sari przed straganem (Radżastan)

*

Na targach wielbłądów w Pushkar (Radźastan)

*

Wędrowni pielgrzymi

*

Sadhu nad brzegami Bedwy (Orchha, Madhya Pradesh)

*

Fort Amber (Jaipur, Radżastan)

*

  © ZDJĘCIA WŁASNE

*

Więcej obrazów z Indii obejrzeć można TUTAJ – w BRULIONIE PODRÓŻNYM (ilustrowanym), oraz – już o zupełnie innym w charakterze – na stronie ŚWIATOWIDA w serii pt. „Indyjski kalejdoskop”. Zapraszam.

*

SEKS W ŚWIĄTYNI (erotyczny splendor Kadżuraho)

*

*

„To jedyny kraj, w którym spółkowanie nie jest występkiem, lecz warunkiem trwania w przyzwoitości”.
(Mircea Eliade o Indiach)

*

Kiedy przechadzałem się pośród niezwykłych świątyń Kadżuraho, uświadomiłem sobie to, jak niewiele wiem o prawdziwym znaczeniu tych pysznych erotycznych rzeźb, które tysiąc lat temu wyczarowali tu z kamienia jacyś anonimowi artyści. Mimo, że z ponad 80 pokrytych rzeźbami świątyń pozostało zaledwie 25, to jednak w niczym nie umniejsza to wrażenia bogactwa i obfitości tej wyrytej w piaskowcu sztuki. Tysiące posążków, w które zaklęto Indie sprzed millenium. Obecność nie do końca uświadomionych bóstw. Strzelające w niebo sikhary, wyrażające – niczym falliczne symbole linga skryte w ich wnętrzach – witalność ludzkiej natury.
Erotyka stanowi zaledwie część tematyki wszystkich rzeźb Kadżuraho, ale jednak niemal wszyscy odwiedzający to miejsce wpatrują się z większą uwagą w tę wykutą w skale Kamasutrę, niż w scenki rodzajowe odtwarzające powszednie życie mieszkańców okolicznych wiosek i miast, dworów i klasztorów, jakie rozgrywało się za czasów dynastii Czandela, kiedy to świątynie owe powstały. Trudno się dziwić: nigdzie indziej na świecie nie miała miejsce taka eksplozja erotyki w rzeźbie; nigdzie indziej na tak wielką skalę nie łączono sakralności z seksem.

Żadne z zasłyszanych na miejscu wyjaśnień co do sensu owego fenomenu nie mogło mnie zadowolić. Kilka zabrzamiało wręcz absurdalnie. A to – mówiono – zabezpieczano w ten sposób świątynie przed piorunami (takie decorum pozyskujące przychylność bóstw i gwarancję ochrony przed destrukcyjnymi siłami przyrody); to znów uważano, iż te rzeźbione pozycje były jakby podręcznikiem seksu dla wchodzących w życie, a szkolących się przy świątyniach, młodych braminów…
Jednakże wszystkie te teorie pod względem humorystyki przebiła ta, wedle której seksualne wygibasy posążkow są niczym innym jak sugestią, iż tak naprawdę ów seks jest sposobem praktykowania… wstrzemięźliwości, a to ze względu na kontarast gorących uścisków z pozbawionym emocji wyrazem twarzy spółkujących. (Czy jednak ktoś z twórców owego konceptu słyszał o kamiennym obliczu? To akurat nie jest tutaj prawdą – wystarczy spojrzeć na zmysłowość i ekspresję wypisaną nie tylko na pupach i biuście tych wszystkich świątynnych nimf i kurtyzan, ale również na kamiennych fizys zwierząt, wśród których uśmiechają się nawet… słonie, o małpach nie wspominając!)

Panuje jednakże powszechna zgoda, że owe erotyczne parady przedstawiają sceny z zaślubin boga Siwy z Parvati, uosabiającą boską kobiecą moc (shakti), i są niczym innym jak tantryczną manifastacją potęgi i znaczenia seksu w kreacji, nie tylko ludzkiej, ale i kosmicznej – twórcza siła boskości miała bowiem charakter seksualny. (Świat, który powstał podczas stosunku seksualnego bogów, to jeden z motywów hinduskiej kosmogonii.)
Wiąże się to wszystko z obecną w Hinduiźmie tendencją do sakralizacji seksu – uznania prokreacji za jeden z głównych aspektów egzystencji. Szła za tym religijna konfirmacja przyjemności i poszukiwanie rozkoszy (kama), jako jednego z trzech głównych celów życia, obok dotrzymywania praktyk religijnych (dharma) i uczciwego bogacenia się (artha). Mimo więc istnienia mocnych inklinacji ascetycznych i purytańskich, tworzyły się również sekty, w których stosunki seksualne stawały się wręcz elementem religijnego rytuału. Stąd tylko krok dzielił ich od sakralnych orgii, które miały również na celu zdobycie jakiejś nadnaturalnej mocy. Działo się tak nie tylko w hinduiźmie, ale i w buddyźmie.

Jak pisze Arthur Basham w swoich monumentalnych „Indiach”: „W obrzędach seksualnych tantrycznego buddyzmu anulowano wszelkie rodzaje tabu. Dozwolone było nawet kazirodztwo, gdyż to, co było grzechem dla człowieka pogrążonego w niewiedzy, stawało się cnotą dla wtajemniczonego. Podczas tantrycznych sabatów pito alkohol, spożywano mięso, zabijano zwierzęta, a czasem nawet istoty ludzkie – dozwolone były wszelkie występki, jakie tylko można sobie było wyobrazić. Wszystko to jednak odbywało się pod ścisłą kontrolą i dostępne było tylko dla ludzi wtajemniczonych w święte obrzędy. Podobnie jak tantryści bengalscy w późniejszych czasach, wyzanawcy wadzrajany mogli być w codziennym życiu zupełnie normalnymi ludźmi, okresowa rozpusta sakralna stanowiła jakby katharsis dla ich złych skłonności psychologicznych i mogła im rzeczywiście pomagać w prowadzeniu godziwego w ich pojęciu życia”.

Podobne zachowania spotykamy w innych kulturach (sabaty, dionizje, bachanalia), ale zawsze stanowiły one raczej margines, i błędem byłoby kojarzyć te ekscesy z głównymi nurtami życia społecznego i religijnego. Także w Kadżuraho interpretacja tych wszystkich erotycznych wątków jakie ukazują rzeźby, nie powinna iść aż tak daleko. To, co widoczne gołym okiem jest po prostu tym, czym jest, czyli pełną artyzmu, gracji i humoru gloryfikacją sił witalnych, piękna kobiecego ciała i męskiej potencji, jako siły ważnej w stwarzaniu i rządzeniu światem. Sądząc po efektach ich pracy, rzeźbiarze musieli po prostu odczuwać radość wyczarowując z bezdusznego i zimnego kamienia te jakże wdzięczne, emanujące gorącą namiętnością ciała kobiet i mężczyzn łączące się w odwiecznym rytuale płciowej atrakcji i przedłużania życia.

Oczywiście, że wiele z pozycji ukazanych na ścianach świątyń w Kadżuraho ma walor wręcz akrobatyczny, zdarzają sie motywy zoofilne, nie brakuje też bestiarium, ale ma to według mnie charakter bardziej estetyczny niż wyuzdany czy orgiastyczny, jest też nasycone sporą dawką humoru – i jako takie winno być postrzegane… No, chyba że ma się mocno purytańskie zacięcie, tudzież jest się wypełnionym po brzegi pruderią, niczym owi brytyjscy odkrywcy, którzy w pierwszej połowie XIX-go wieku natknęli się na te zagubione w dżungli Madyah Pradesh światynie i pozostawili po sobie zdegustowane komentarze traktujące o „dzikiej rozwiązłości”, jaką ich zdaniem ukazywały rzeźby.
Sądząc po reakcjach współczesnych turystów, mentalność purytańska jest raczej w odwrocie. Nikt się nie oburza, nie gorszy, nikogo to nie szokuje… Cóż, większość odwiedzających to miejsce przybyszów traktuje je jako kolejną turystyczną atrakcję, jakich w Indiach wiele.
Czyżby to skutek przesycenia dzisiejszej pop-kultury seksem? A może, po prostu – wśród natłoku wrażeń – straciliśmy umiejętność patrzenia na takie kulturowe unikaty, jak te cudowne erotyczne rzeźby w Kadżuraho? Kto powiedział, że kamienia nie można obdarzyć sex-appealem ?

*  *  *

( © ZDJĘCIA WŁASNE )

Więcej zdjęć świątyń w indyjskim Kadżuraho zobaczyć można w BRULIONIE PODRÓŻNYM (ilustrowanym) .

Natomiast więcej o Indiach przeczytać można w  ZAPISKACH INDYJSKICH .