CZŁEKOZWIERZENIA (poema życiowe naiwne)

*

I

Jeszcze nie pora by zgasić wszystkie lampy świata

Zasłonić ciemną kurtyną okno z widokiem na gwiazdy

Zamknąć wszystkie drzwi bez klamek i dziurek od klucza

Przykryć się całunem chłodnym jak zimowa noc

I już nie słyszeć więcej słów, kroków, płaczu ani śmiechu

W ciszy niebijącego już serca i zastygłej w żyłach krwi

*

II

Jeszcze czujesz swe ciało, choć coraz bardziej ci obce

Jeśli coś boli to wiesz, że ten ból w końcu przeminie

Bez większej zadyszki wdrapujesz się na wysokie góry

By z ich szczytów napawać oczy niezwykłym widokiem

Nadal możesz smakować słodycz lub cierpkość owoców

Których obfitość, kształt i kolory nie przestają cię dziwić

Czułym dotykiem oswajasz otaczającą cię zewsząd materię

Pod twoją dłonią staje się ona czasem posłuszna jak pies

Szukasz, sięgasz po formę, chwytasz, obejmujesz, wąchasz…

Ot, choćby tę karafkę wypełnioną do połowy płynem

Krople czerwonego wina drażnią delikatnie twój język

Cieszą oko refleksy światła – promienie tańczące na szkle

Oszałamia cię zapach i piękno wdzięczących się kwiatów

Śpiewy ptaków kryjących się w gęstwinie i koronach drzew

Zapuszczasz się w dzikie dżungle, w egzotyczne pustynie i puszcze

W lesie gubisz szlak bo wypatrujesz zwierząt i potrafi cię zdumieć

Szkliste oko sarny i niesamowite pręgi na tygrysiej skórze

Zwaliste cielsko grizzly i majestatyczne poroże wapiti

Uderzające piękno twoich braci mniejszych i większych

Cały ten inwentarz i menażeria ziemskiego poletka

Podobnemu niebu ale i podobnemu piekłu

Do którego i ty masz szczęście i nieszczęście należeć

*

III

Między jednością a osobnością plącze się twoja świadomość w Naturze

Wtedy, kiedy czujesz, że jesteś jedną z przyrodzonych jej cząstek

Może cię cieszyć ta więź – przepełniać błogie poczucie harmonii

Ale bywa też tak, że wobec Przyrody czujesz się obco, nieswojo

Bo przecież zostałeś kiedyś wygnany z jej naturalnego Raju

Dowiadując się wówczas (na dobre i na złe), że jesteś jednak INNY

Możesz to uznać za bezcenny dar, ale też i za wieczną klątwę, bo odtąd

Rozdarty między wspomnieniem niewinności a przekleństwem wiedzy

Żyjesz na granicy naturalnie i sztucznie stworzonych światów

Wiesz za mało by stać się w pełni mądrym i rozumnym człowiekiem,

A jednak zbyt dużo, by pozostać dzikim i bezmyślnym zwierzem

*

IV

Dzieciństwo – młodość – wiek dojrzały – starość

W jakim to wieku jesteśmy najbardziej sobą?

Jaką to porą świat odbieramy zmysłami najostrzej?

A znów kiedy ogarniamy go myślą najpełniej?

Czy może jest tak jak pisał swego czasu Szekspir: 

„Młodości nie masz ty ani starości – to jakby tylko w drzemce

Śniły się one tobie bardziej lub mniej nieprzytomnie”

Ale czy to głos doświadczonego rozsądku czy też fanaberia

Bo przecież nic tak nie trwoni życia jak młodość

I nic tak jak starość nie ciuła każdej jego chwili

(Mimo że tych oszczędności nie sposób jest wydać)

Dojrzewamy ale czy z wiekiem stajemy się lepsi i mądrzejsi?

Czy jesteśmy jak wino, które im starsze tym bardziej szlachetne?

To, co w młodości jest słodkie, bywa często gorzkie na starość

Siwe włosy dodadzą ci może więcej powagi, lecz nie poważania

Pociecha, że przełoży się to na szacunek do ciebie jest złudna

Zresztą – cóż po szacunku gdy całe ciało zaczyna się rozpadać

Odmawiając posłuszeństwa jak rozregulowany mechanizm,

do którego, tak naprawdę, nie ma żadnych części zamiennych

Gdy jesteś młody, nie potrzeba niczego, co dodawałoby ci skrzydeł

Ale gdyś stary i niedołężny, potrzebujesz kogoś, kto podsunie ci basen

Jak pisał wieszcz: wiek cię zamroczy, pochylisz ku ziemi poradlone czoło

„Tępymi oczami” zakreślisz świata marne i zamglone koło

A samolubna młodość zatryumfuje, „opleśniałej zbywszy się kory”

Nie myśląc o tym, że i ona sama wkrótce stanie się podobna do niej

*

V

Jeszcze nie zobojętniały ci kuszące podszepty Erosa

Nadstawiasz uszu bo ktoś – lub coś – obiecuje ci rozkosz

Kątem oka spostrzegasz zgrabną kibić młodej dziewczyny

Tudzież podniecającą krągłość piersi kobiety dojrzałej

Burzę niesfornych włosów rozwiewanych przez wiatr

Długie nogi wyłaniające się spod kusej spódniczki

Wąską suknię opinającą jędrne pośladki i kryjącą łono

Preludium do chwili zapomnienia się w dreszczach

Kiedy wszystko przestaje istnieć – nawet cierpienie

Zamieniane w przyjemność rozchodzącą się w ciele

I niosącą przy tym zapomnienie o złu tego świata

W równym stopniu boskiego, co i diabelskiego przecież

Ale czy podobna dwoistość znajduje się też w seksie?

Czy można w nim znaleźć jakiś święty pierwiastek?

Innymi słowy: czy to, co erotyczne, może też być i sakralne?

Czy orgazm jest czymś więcej niż tylko nerwowym spazmem

Nagłym skurczem mięśni zwalniającym twój mózg od myślenia?

Chciałbyś w tym zespoleniu (nie tylko ciał, ale i dusz) odkryć rys metafizyczny

Tylko czy z metafizyką może mieć cokolwiek wspólnego oksytocyna?

*

VI

Jak dużo zostało w tobie zwierza, jak dużo jest z człowieka?

Czy podszept serca tkliwy to nie jest podstęp hormonów,

Które chcą się dobrać do lepszej puli genów skrytych

W powabnych ciałach roześmianych i kwitnących dziewcząt?

Układałeś wiersze o miłości – mądre i głupie, proste i złożone

I nawet wierzyłeś w to co piszesz, bo nie chciałeś myśleć

O wielkim poruszeniu w okolicach swojego podbrzusza

Ani o tym, że to co się dzieje w głodnym seksu ciele

Jest tak pospolite jak sfora psów uganiających się za suką w cieczce

Ale ty byłeś oczywiście inny – bo otoczony książkami w bibliotece

Gdzie zamieniałeś nocne polucje na wysublimowaną poezję Rilkego

I gdzie czytałeś o romantycznych uniesieniach wielkich kochanków

O zatracaniu się ich w sobie – o zgubnych namiętnościach, pasji

O uczuciach płonących i pożądaniu silniejszym od śmierci

Czy były to tylko rojenia zbyt gorącej głowy?

Wysiłek mózgu chcącego się uporać z zalewającą go chemią?

A może jednak, mimo wszystko, jakiś boski był w tym zamysł

Na zwierzęcej osnowie budowana ludzkiej duszy wzniosłość

Gdzieś w idealnej krainie marzeń, pragnień, wyobrażeń i tęsknot

Spełniająca się potrzeba wyższego jednak rzędu?

Choć nadal trudno czasem ci rozstrzygnąć czy zadurzony człowiek

Bardziej subtelnym kochankiem jest, czy też pożądliwym samcem

(Tak więc – jest wielka miłość, a może tylko chuć i złudzenie?)

*

VII

Jak dużo zostało w tobie zwierza, jak dużo jest z człowieka?

Zabijałeś dla zabawy choć wcale nie było to konieczne

Nikt ci nie wydzierał ubitej zwierzyny, nie musiałeś walczyć

Z innymi drapieżnikami, ani oznaczać swoich terenów łowieckich

Bo supermarket z mięsem był tuż za rogiem osiedlowej ulicy

Pełen zaszlachtowanych zwierząt pokrojonych w porcje,

Zamienionych dla ciebie w steki, pasztety, bitki i kiełbasy

Wystarczyło tylko panom rzeźnikom pokazać plastik

Karty kredytowej – tej przepustki do świata konsumpcji,

Który podsuwa ci pod nos wszystko co potrzebne i niepotrzebne

Mamiąc obfitością nie znającą umiaru, taktu i granic, choć ty

Nie jesteś w stanie tego wszystkiego połknąć, przeżuć ani strawić

Napawając się złudnym bogactwem (podobno) lepszej części świata

Oddającego się orgii używania, zysku i chciwości – pogoni za zbytkiem

Czyniąc z Wielkiego Żarcia świąteczny rytuał i konsumpcyjny dryl

A ze sztuki kulinarnej domenę drapieżcy pozującego na degustatora

(Tak więc – są wielkie uczty, a może tylko żer i trawienie?)

*

VIII

Betonowe żyły miasta pełne wody i ścieków – w nich to co pijesz i to co wydalasz

Arterie asfaltowych dróg, zatory z samochodów – zawał wielkiej metropolii

W blaszanych pudłach zamknięte dzieci śmietniskowo-złomowej cywilizacji

W tłumie, wśród ruchu i zgiełku – atak warkotu silników i fabrycznych syren

Otaczają cię dźwięki, wibruje powietrze nad ulicą – dnem kanionu z wieżowców

Mija cię masa nieznanych ci ludzi – ich twarzy nie zapamiętasz nigdy

Są podobni do ciebie lecz nie tacy sami – choć blisko ciebie, to jednak odlegli

Rozmawiają, rozglądają się, biegną – wydaje im się, że rozpraszają samotność

A ona przylega do nich tym mocniej – im bardziej są osaczani przez maszyny i czas

Ale też jest inne miasto – z promieniem słońca tańczącym na ozdobnym gzymsie

Z żywym gwarem i uciechą na placach wypełnionych kolorowym tłumem

Modrą taflą jeziora wielkiego jak morze, które tną dzioby jachtów i łodzi

Miasto z Magnificent Mile, która rzeczywiście wydaje się niektórym wspaniała

Z budowlami strzelistymi – ścianami lśniącymi od szkła, aluminium i stali

A nad tym niebo jasne, błękitne i wielkie jak sklepienie kosmicznej katedry

Jedno miasto a dwa różne obrazy; jedna wrażliwość lecz dwa różne doznania

Po jednej stronie nalot koszmaru i alienacja, po drugiej – prawie że miejska idylla

Który z tych obrazów jest bardziej prawdziwy? A może oba są równie fałszywe?

Bo powierzchnia nigdy nie mówi o prawdzie tego, co wewnątrz

Może dlatego iż musi to być (jak każda prawda) przed nami zakryte?

*

IX

Gdzie są ci wszyscy nasi przyjaciele? Na wszystkie strony świata rozrzucił ich los

Jedni drugim przestali być potrzebni więc przyjaźń poszła w odstawkę

Pozapominali, zobojętnieli, wycofani… omotani we własne sprawy jak w kokonie

Który dla wielu bardziej pułapką jest, niż osłoną przed niebezpieczeństwami życia

Lecz komu z nas obcy jest grzech zaniechania, lenistwa – braku odwagi, słabości?

Przyzwolenia na to, by życie przeciekało nam przez palce, a czas zacierał pamięć

Tego, co obiecywaliśmy sobie w młodości – i tego, co wtedy obiecywał nam świat?

I tylko wspomnienie słońca, które jednak świeciło wówczas jaśniej

I wody, która była czystsza, bardziej rześka i źródlana

I wiatru, który nie wiał jeszcze wówczas prosto w oczy

I łąk pełnych owadziego gwaru, porośniętych soczystszą wtedy trawą

I drżenia dziewcząt, których białe piersi wypełniały nasze dłonie

I muzyki, muzyki, muzyki – zamkniętej teraz w szafie pełnej zakurzonych płyt

 *

X

Stosunki z Bogiem, kiedy byłem dzieckiem – to była też ciekawa sprawa

Bo na początku był on wielkim i dobrotliwym starcem z długą siwą brodą

(Trochę jednak wydawał mi się za stary jak na ojca wszystkich ludzi)

Mówiono mi że jest nie tylko dobry i mądry, ale i wszechmogący oraz sprawiedliwy

Przepełniony bezgraniczną miłością nie tylko do mnie i do innych dzieci

Ale i do wszystkiego, co stworzył (a stworzył ponoć wszystko:

Od najmarniejszego robaczka po koronę stworzenia, czyli nas samych)

Jednakże w świętych księgach wyczytałem też o jego gniewie

O próżności, zaborczości, zazdrości… o tym, że jest żądny hołdów

I nie mogłem zrozumieć dlaczego tak znęca się nad tym biednym Hiobem

Dlaczego jeden naród jest dla niego lepszy od drugiego?

Dlaczego jednego człowieka uczynił pięknym, bogatym i zdrowym,

Drugiego zaś biednym, szpetnym, nieszczęśliwym i chromym?

No i skąd tyle cierpienia i grozy w tym podobno najlepszym ze światów?

Po co mu te wszystkie dary, bogactwa, kadzidła, świątynie?

Całe zastępy wielbiących go na kolanach sług i poddanych?

Czy aby na pewno stworzył On nas na podobieństwo swoje?

Czy może jednak to my uczyniliśmy Go podobnym sobie?

I skoro taki jest wspaniały, to dlaczego kryje się przed naszym wzrokiem

Milcząc jak zaklęty w odległych i niedostępnych nikomu zaświatach?

Ot, naiwne, dziecięce pytania, chodzące kiedyś człowiekowi po głowie,

Na które zresztą i dzisiaj trudno jest znaleźć mu odpowiedź

*

XI

A skoro nikt i nic ci nie odpowie, to może nie warto jest pytać?

A może to, iż nie ma odpowiedzi jest już odpowiedzią tobie?

Także pytania mogą być skargą wykrzyczaną w Otchłań

Kosmosu przepastnego – tej międzygwiezdnej studni bez dna

Podobnie jak szept, który słyszą tylko twoje cztery ściany

Celi życia i śmierci, w której zawsze będziesz tylko sam

mimo tłumu współwięźniów, jakie się przez nią przewiną

*

XII

Czy może więc powiedzieć (lub tylko pomyśleć) człowiek wątpiący i rozczarowany:

Nie znając sensu, nie mając nadziei – czy pozostaje ci coś więcej nad absurd?

Masz duszę na ramieniu, na karku czujesz zimne tchnienie pustki

Życie twoje jak bańka mydlana, którą rozwiewa lekki podmuch wiatru

Życie twoje jak iskra, którą zgasić może kropla najmniejszego deszczu

Twój oddech krótki, twoje serce słabe, twoja krew za gęsta

Nie masz niestety żadnej przyszłości w swoim śmiercionośnym ciele,

Które życionośne jest zaledwie przez chwilę – wydane na pastwę niszczącego czasu

Czy pociechą może być dla ciebie to, że trafisz tam gdzie byłeś

(a raczej cię nie było) – przed twoim narodzeniem?

Czy po to tylko wyciągnięto cię (wrzeszczącego) za uszy z nicości

By zaraz wrzucić cię (niemego) do dołu niczym wór starych kości?

I czy rzeczywiście tym, co trafi tam na drugą stronę, będziesz nadal ty?

.

Bo wszystko czym jesteś i co tworzysz przeminie

– zamieni się w popiół, ruinę i proch

Powietrzem, którym oddychasz, będzie oddychał kto inny

– i kto inny będzie pił wodę, którą teraz pijesz ty

Ktoś inny będzie szedł po twoich śladach, które i tak wcześniej zostaną zatarte

To kim jesteś obecnie nie będzie mieć żadnego znaczenia dla tych co przyjdą po tobie

I nikt nie będzie pamiętał twojego imienia

Ani żadnej rzeczy, która twoja jest

(Więc po co to wszystko? Po co?)

*

XIII

Czy musisz być materialistą, ateistą, sceptykiem, nihilistą… by stwierdzić:

W Świętych Księgach są tylko słowa, w Świętych Rzekach zwykła woda płynie

Błogosławieństwo to jedynie gest, a znak krzyża na piersi to tylko ruch ręki

Religia to narkotyk, kulturą przytępiamy nasze kły i pazury
Wszyscy żyjemy w kłamstwie, nie mamy dostępu do prawdy
A nawet jeśli ją poznamy, to nie jesteśmy w stanie jej pojąć
Pozostaje nam tylko ślizganie się po powierzchni rzeczy i zjawisk
Które w rzeczywistości są zupełnie czymś innym, niż my to postrzegamy
Wiara w cokolwiek pozwala utrzymać się na powierzchni życia
Lub choćby tylko przysposobić do wchłonięcia przez nicość

Mgłą jest to co widzimy, ledwie cieniem kładącym się na dnie oka

Rozmywa się przed nami każdy obraz, rozwiewa to co wydaje się solidne

Świat wokół nas jest tylko złudzeniem, nasze myśli iluzją, a całe życie snem

Takie to wszystko wydaje się nam już teraz, a co dopiero będzie za miliardy lat?

Zaginą cywilizacje, wymrze to co żyje, przepadną wszelkie wspaniałości Ziemi

Nasze Słońce wybuchnie, zamieniając się w wielką czarną dziurę

Trawiąc wcześniej w ogniu wszystkie krążące wokół niego planety

I nie pozostanie z nas nic prócz atomów rozproszonych po Wszechświecie

Rozdzielonych na zawsze pustą przestrzenią i martwotą doskonałej próżni

*

XIV

Nadając sens temu światu i mając nadzieję – dopiero wtedy możesz żyć naprawdę

Cieszyć się chwilą (o ile tylko jest to możliwe), świętować każdy przeżywany dzień

Pisać pieśni nad pieśniami – lub choćby tylko zachwycić się kształtem czy kolorem liścia

Chwalić bogów, dzień i gwiazdy – czy choćby tylko uśmiechnąć się do bliźniego swego

Zamiast rozmyślać o tym, że wszystko to marność, działać: posadzić drzewo, ugotować ryż

Zamiast wybiegać myślą w zaświaty – zrobić jakiś mebel, pasać kozy lub naprawić płot

Nie pozwolić by cierpienie robiło z ciebie niewolnika, podobnie jak przyjemność

Lecz poddać się pasji i wypełnić tym, co jest najważniejsze w życiu – Miłością

Znaleźć własną miarę codziennego życia, swoje miejsce wśród innych monad tego świata 

Bo o tamtym – drugim świecie – nie wiemy zgoła nic 

(Dlaczego jednak to, co pozytywne, musi brzmieć jak nieznośna dydaktyka?

I czy stając po stronie życia możemy tak całkiem zapomnieć o śmierci?)

*

XV

Dorosły umysł – mówią – nie kwili ze strachu, tuląc się w kojących go złudzeniach

Nie mami się urojeniami, nie ucieka w fantazje, nie buduje zamków na lodzie

Widzi wszystko takie jakie jest naprawdę – ogarnia też myślą to, co niewygodne

Patrzy czasem z goryczą, ale i ze spokojem, nie odwracając oczu nawet

Od dziejącej się hekatomby, skazującej wszystkich na totalną Zagładę

Strącającej wszystko w Przepaść  i obracającej świat cały w Niwecz

(A może jednak to, co wydaje się nam zagładą, jest w rzeczywistości Przemianą?

I nie możemy dostrzec celu, bo wzrok nasz nie sięga tam, gdzie znajduje się Sens?)

*

XVI

Więc potrzebować otuchy może tylko umysł niedorosły?

Uciekając za wszelką cenę od myśli, że POZA nie ma już NIC?

Znosząc nieznośne poczucie absurdu urojonym Bogiem

Tworząc sacrum z niczego i przeciwstawiając to profanum

Próbując tchnąć w materię nieistniejącego rzeczywiście ducha

Wymyślając całe zastępy aniołów i świętych, którzy wszelako

Obecni być mogą tylko w głowie – między synapsami mózgu?

Skazani na mit – tę wieczną epopeję zmyśleń udających prawdę

Nadużywający wyobraźni tylko po to, by wyobraźnię tę stłumić

W opresji dogmatów, bez których nie może się obyć żadna religia

Ludzką niewiedzę zastępując naiwnym surogatem wiary

W coś, co zazwyczaj jest fantastyczne i niewiarygodne

Choć przecież może być tej wiary jak najbardziej godne?

(Lecz kto to wie? Kto wie?)

*

XVII

Więc musisz być dzieckiem by poczuć w sobie Łaskę

Zapomnienia tego, co napawa cię grozą i budzi twój strach?

Więc musisz udawać, chwytać się słów jak magii, owijać kulturową watą

By uchronić się przed prawdą o okropieństwie świata istot żywych?

Więc musisz żyć w kłamstwie, robiąc dobrą minę do niepewnej gry

Pocieszając siebie i innych, że istnieją jakieś drogi wyjścia

Inne niż ta, prowadząca do zimnego i ciemnego grobu

(Ale czy ktoś je zna? Ktoś zna?)

*

XVIII

Na początku słowo było ciałem – tyle że później się rozwiało

zamienione w chimerę, którą do dziś próbujemy schwycić

Machając bezładnie rękami, podrygując śmiesznie jak kukiełki

Paradna błazenada – cyrk rozgrywany na wielkim placu zabaw

Lunapark, w jaki chcemy zamienić pułapkę i więzienie świata

Który, skoro nosi życie, to musi też być cmentarzyskiem

Pokrytym ekstrawagancją efemerycznej wegetacji

Przygotowującej grunt pod finałowy danse macabre

*

XIX

Ale przecież mówiąc o cudowności tego świata także jesteś szczery

Za dar ziemskiego życia wdzięczny jesteś siłom, które cię stworzyły

Choć zdarzało ci się mówić, że na padół ten nie prosiłeś się wcale

Równie mocno wierzysz w to, że zaistnieć wielkim szczęściem było

Jak i w to, że już rodząc się zostałeś wydany na pastwę bezlitosnych mocy

Widziałeś nie raz, jak otwierają się przed tobą ogromne drzwi zachwytu

Ale też świadomy jesteś tego, że złamać cię może zwykła tortura cierpienia,

(Które dobrze jest ci już znane, chociaż cię jeszcze nie zabiło)

Wydaje ci się, żeś już dorosły – to znów, że nadal dzieckiem jesteś

Zarazem trzeźwy i naiwny, silny i słaby – rozczarowany, ale i mający też nadzieję

Na granicy wiary i niewiary – zmuszony jesteś wyznać, że po prostu NIE WIESZ

(Nadzieja nie zawsze jest matką głupich – ona jest także matką niewiedzących)

*

XX

Nie wiesz, ale widzisz – tak, widzisz na pewno: rzeki cierpliwe jak żłobią

Koryta w twardym kośćcu Ziemi. Skały kruszejące bo wystawione do wiatru

Morza i oceany – fale bijące o brzegi. Drzewa rosnące w lasach 

I lasy płonące w żarze. Puszcze pełne stworzeń rodzących się i mrących

Jak mrówki w pysku mrówkojada, jak ryby w wielorybiej paszczy

A tu jeszcze kalejdoskop kolorów, bogactwo form nie znające granic

Wschody i zachody Słońca – a między nimi światło wyłaniające z ciemności

Krajobrazy, ludzi, zdarzenia… i znów pojawiające się w głowie pytania

Czy to możliwe byś tylko przypadkowym świadkiem był

Tych widowisk na ziemi i wielkich spektakli na niebie?

Do których być może przywykłeś, (czy jednak można przywyknąć do cudów?)

Jeśli by człowieka zabrakło, to czy nadal istniałoby piękno?

(Choć gdyby piękna nie było, to nie byłoby też i brzydoty)

Czy gdyby nie ludzkie serce, to czy mogłaby istnieć miłość?

(Choć okrucieństwa bez człowieka także by nie było

– zwierzęce serce nie jest okrutne, mimo że nieludzkie)

Czy bez ciebie życie uświadomiłoby sobie to, że jest śmiertelne?

(Bo bez śmierci możliwe jest istnienie ale niemożliwe jest życie)

Jak długo w twoim sercu mogą być ci, których kochałeś,

A którzy odeszli daleko – za horyzont znanego ci świata?

Czy kiedy twoja pamięć się skończy, to nie przepadną oni wtedy na zawsze?

A może jednak nic i nigdy nie przepada – zmienia tylko formę istnienia

Roztapiając się w boskiej substancji – jednocząc w absolutnej Jaźni?

(Która może wydawać się Pustką, ale na pewno nie może być Nicością)

*

XXI

Lecz jeszcze nie pora by zgasić wszystkie lampy świata

Zasłonić ciemną kurtyną okno z widokiem na gwiazdy

Zamknąć wszystkie drzwi bez klamek i dziurek od klucza

Przykryć się całunem chłodnym jak zimowa noc

I już nie słyszeć więcej słów, kroków, płaczu ani śmiechu

W ciszy niebijącego już serca i zastygłej w żyłach krwi

*

greydot

*

NOTA: Poniższy tekst widniał w nagłówku wpisu podczas ukazywania się poszczególnych części tekstu. Dlatego też nie chciałbym go wymazywać, a tylko zamieścić na końcu wpisu:
Poezja – mimo czytelniczych „ciągot” by czynić z niej przedmiot kultowy – nie jest raczej towarem „chodliwym”. Często nasz stosunek do niej jest dwuznaczny. Bywa, że tracimy do poezji cierpliwość, zwłaszcza wtedy, gdy okazuje się dla nas nieprzyswajalna i niezrozumiała, a już zupełnie odstraszają nas jej dłuższe formy. Dlatego warto chyba docenić moją odwagę zamieszczenia tutaj pewnego eksperymentu słownego. Mimo wszystko żywię taką nadzieję, że spotka się on z czyimś zainteresowaniem. Zanim to jednak nastąpi, pozwolę sobie na kilka uwag: zależało mi na prostocie myśli – stąd być może miejscami zbyt daleko idąca dosłowność wiersza, która może być wzięta za zbytnią oczywistość. Jednakże nie chciałbym stosować tutaj częstego w poezji uniku polegającego na tym, by nie mówić o pewnych rzeczach wprost, a owijać wszystko w liryczną (często jednak pretensjonalną) bawełnę. To jedno, drugie – to obszerność. Utwór ten ma XXI części, co w dzisiejszych czasach (hołubiących ponoć minimalizm, a już na pewno charakteryzujących się informacyjno-konsumpcyjnym short attention span) również może wzbudzić poważny popłoch, czy może raczej – zniechęcenie. Dlatego też postanowiłem nie publikować za jednym zamachem całości, tylko dodawać sukcesywnie (każdego dnia) poszczególne części – dla lepszego ich przyswojenia (najnowsza zawsze będzie wyróżniona czcionką o innym kolorze). Wydaje mi się, że mimo swej dziwnej nieco formy i bezpośredniej frazy, wiersz dotyka miejscami istotnych dla nas wszystkich spraw, nie zawsze jednak (chętnie) artykułowanych (i tak naprawdę, nie jest ważne to, czy można to uznać za poezję, czy też nie – nie pretenduję przecież do, często pretensjonalnego przecież, miana „poety”). Dlatego tych, którzy zdecydują się na jego przeczytanie, zapraszam do podzielenia się z nami swoją ewentualną refleksją (do jakiej być może skłonią pojawiające się coraz to nowe fragmenty).

*

O DEKULTURALIZACJI i innych współczesnych fanaberiach

(co się plecie w kajecie – z wypowiedzi rozproszonych, XV)

. zapiski notatki kajet notes.

.

Dziwna jest ta ewolucja korelacji ludzkiej duszy (psyche) z ciałem. Na początku musiał być tylko instynkt i popędy, a więc całkowite podporządkowanie się potrzebom ciała, mające na celu jego fizyczne przetrwanie. Jednakże to kult czegoś transcendentnego i metafizycznego spowodował odwrócenie uwagi człowieka od własnego ciała i skierowanie jej poza fizyczność zarówno samego ciała, jak i szerzej – świata widzialnego (materialnego) – i to właśnie było tożsame (równoległe) z tworzeniem ludzkiej kultury. Gdzieś po drodze pojawił się dualizm duszy i ciała – być może było to konsekwencją wznoszenia się przez nas na coraz wyższy poziom świadomości, a to z kolei powodowało nasze coraz większe wyobcowanie ze świata „naturalnego”, „przyrodzonego” (czyli związanego z „przyrodą”). A jednak, w większości kultur, człowiek przez dziesiątki tysięcy lat, za swój prawdziwy „dom” uważał świat duchowy, czyli niematerialny (własnej wyobraźni, tęsknot, pragnień, lęków, pożądań, myśli… etc.) – bo z nim właśnie wiązała się (kształtowała) jego ludzka tożsamość. Ciało więc traktowane było dość instrumentalnie – było dla człowieka czymś „przejściowym”. Ale to się zaczęło zmieniać – i mam wrażenie, że to chyba Renesans (nota bene zawsze przeze mnie podziwiany), spowodował, że coraz większą uwagę zaczęliśmy skupiać na ciele, czego jedną z konsekwencji była coraz większa indywidualizacja człowieka. Nie rezygnowaliśmy jednak przy tym z mitów, przez co ten materialistyczny trend nas nie „dekulturalizował”, a wręcz przeciwnie: to właśnie w tamtym okresie dał się zauważyć „wybuch” ludzkiej kreatywności (choćby w dziedzinie sztuki).

Niemniej jednak nasze ciało rozdzielone było od duszy (oczywiście walnie przyczyniła się do tego mentalność wywodząca się z chrześcijaństwa) i wydaje mi się, że właśnie dlatego było możliwe to, iż od jakiegoś czasu (wiek XIX?) ludzkie ciało (a ściślej: jego image) stało się – co tu kryć – przedmiotem handlu.

Innymi słowy: w tych ewolucyjnych perypetiach duszy z ciałem wróciliśmy do samego materialistycznego początku, ergo: staliśmy się przez to bardziej „prymitywni”, bo „wyprani” z ducha (mimo rozbuchanej „kultury” gadżetów, pozorów, czczych informacji i bezmyślnej a niepohamowanej konsumpcji).

Tym oto sposobem znów pozostajemy sam na sam z naszym ciałem – bo dusza ulatuje z naszego wnętrza, jak powietrze z przekłutego balonu. (I tu można się zapytać: skoro dusza zachowuje się jak nadmuchany balon, to co to za dusza?)

Ale żeby nie konkludować tak pesymistycznie: jednak nie wszyscy ludzie tak mają. Są wśród nas tacy, których dusza nie jest nadmuchanym – czyli de facto pustym – balonem. I to właśnie oni są strażnikami ludzkiej „duchowości” – czyli tego, co w człowieku jest najważniejsze i co stanowi o jego człowieczeństwie. Warto żyć w zgodzie z materią (własnym ciałem – respektując jego potrzeby, dbając o nie, jak o naczynie, które jest nam jednak niezbędne), ale nie można zapominać, że pełnego człowieczeństwa nie da się „skwantyfikować” (zdefiniować, określić) posługując się tylko kategoriami materii. Nie jesteśmy mechanicznymi marionetkami, a tym bardziej zredukowanymi do (modelowanej wedle naszego widzimisię) cielesnej powłoki, laleczkami barbie i kena.

greydot

“Ostatni wolni ludzie na Ziemi” – adekwatnie zatytułowała “Polityka” reportaż o niekontaktującym się ze światem zewnętrznym (współczesną cywilizacją) plemieniu żyjącym w lasach Amazonii. Oczywiście, stosując dzisiejsze kryteria oceny cywilizacji (narodu, społeczeństwa, człowieka) przez uwikłaną w produkcję, konsumpcję i politykę większość ludzkiej populacji, ludzie ci (bezproduktywni w sensie przemysłowym, nieznający nowoczesnej techniki, odcięci od internetu, analfabeci… etc.) to prymitywy bez wartości, których kultura jest jakąś czarną dziurą.

greydot

Dżihad ante portas? Brytyjski premier David Cameron lamentuje, że Państwo Islamskie zagraża Europie. Zachód angażuje się więc w “pokoleniową walkę z trującą odmianą islamskiego ekstremizmu”. Oczywiście, zdaniem Camerona, agresja Stanów Zjednoczonych (poparta przez Wielką Brytanię – również przez Polskę) na Irak w 2003 r., (która de facto zrujnowała kraj, zainstalowała w rządzie szyitów, którzy zrepresjonowali pozostałe grupy społeczne, zwłaszcza sunnitów… o takim drobiazgu, jak setki tysięcy ludzi zabitych w tej wojnie nie wspominając) nie ma nic wspólnego z odrodzeniem się hydry wojującego islamu, w postaci ISIS. Jak można przypuszczać, wszystko to wzbudzi falę wrogości wobec muzułmanów mieszkających w Europie.

greydot

Nie ulega wątpliwości, że muzułmanie w Europie są demonizowani i “odczłowieczani” (podobnie, jak demonizowało się i odczłowieczało swego czasu Żydów). Wskazuje się na grupkę oszalałych ekstremistów, którzy roją sobie o jakimś dżihadzie, klecą bomby i zabili w Europie kilkadziesiąt osób, i utożsamia się ich z całym społeczeństwem muzułmanów. Problem jest rozdmuchiwany, czasem przechodzący w paranoję – czego ekstremalnym przykładem jest niejaki Breivik, przedstawiciel rasy panów, stojącej nieskończenie wyższej nad muslimskim “gównem”.

Ludzie niestety myślą schematami, eksponując przy tym często swoją bezmyślność i zwykłą głupotę. Zobaczą zakapturzonego bandytę ucinającego na pustyni głowę białemu człowiekowi i już wołają dusząc się z nienawiści, żeby z wszystkimi wyznawcami Allaha w Europie, (którzy stają się przy tym “szczurami”, “ciapatymi”, “muślinami”, a nawet “gównem” i “nowotworem”) zrobić porządek – najlepiej wyrzucić ich wszystkich z Europy, zebrać w jednym miejscu i zdetonować nuklearnie.

Kiedy czytam te komentarze dotyczące muzułmanów, (których nota bene w Polsce jest znikoma ilość), choćby na polskich forach (to właśnie stamtąd zaczerpnąłem obecne tu wulgaryzmy odnoszące się do muzułmanów), to mi się z tej rasistowskiej głupoty Polaków i szowinistycznego zaślepienie włos jeży na głowie. (Pamiętam, że kiedy w Warszawie społeczność muzułmańska chciała wybudować meczet – nawet nie minaret! – to 95% ankietowanych Warszawiaków było przeciw. Ot, klasyczna swojska ksenofobia.)

greydot

Na razie trudno jest nam sobie wyobrazić islamizację Europy i jedyną możliwością wydaje się nam europeizacja islamu – czyli powstanie (zastosowanie) tego, co nazywane jest przez niektórych kulturoznawców euroislamem. Wymaga tego zachowanie europejskiej tożsamości – czyli wszystkich osiągnięć cywilizacji zachodniej, takich np. jak wolność osobista, wolność wyznaniowa, rozdział religii od państwa (zachowanie świeckiego charakteru tzw. przestrzeni publicznej), demokracja, wolność słowa… A tego wszystkiego nie da się pogodzić z islamską ortodoksją – z utożsamianiem prawa państwowego z szariatem. Z tego wniosek, że jednak dla islamskiej ortodoksji nie ma w Europie miejsca – gdyż trudno sobie wyobrazić powstanie i funkcjonowanie w Europie zupełnie odizolowanych gett muzułmańskich, gdzie ta ortodoksja mogłaby ewentualnie funkcjonować. Tym bardziej, że jeśli chodzi o demografię, to społeczność muzułmańska rozrasta się liczebnie najszybciej z wszystkich społeczności i narodów Europy. Z tego tylko względu problem ten będzie na Starym Kontynencie narastał.

greydot Tzw. „walka z terroryzmem” jest w rzeczywistości przykrywką do tego, by rozbudowywać do kolosalnych rozmiarów aparat masowej inwigilacji, ssąc przy tym federalną kasę. No bo jakie zagrożenie terrorystyczne można znaleźć zakładając podsłuch w biurach Unii Europejskiej? Nie, tu nie chodzi o terroryzm. Tu chodzi o szpiegostwo mające na celu prześwietlenie pewnych struktur władzy, organizacji pozarządowych i przepływu kapitału.

A czy lepiej tego (że się jest inwigilowanym) nie wiedzieć? Mnie osobiście nie uśmiecha się bezrefleksyjna egzystencja cielątka, które o niczym nie chce wiedzieć, bo to mu przeszkadza w radosnym hasaniu po łączce. Wolę jednak życie w świadomości, (która przynosi czasem ból i cierpienie), niż taką cielęcą szczęśliwość (która i tak jest przecież problematyczna – i nawet nie wiadomo, czy jest w rzeczywistości możliwa).

Zgadzam się: wszystko wskazuje na to, że podleganie inwigilacji jest nieuchronne. Lecz mimo to, powinny być stosowane pewne reguły, a człowiek powinien posiadać pewne prawa – a nie być tylko bezwolnym (zniewolonym) przedmiotem, z którym można zrobić, co się tylko pewnym służbom specjalnym podoba. Mimo wszystko uważam, że istnieje realna szansa, by takie prawa dla człowieka zachować.

greydot

Cały ten zmasowany system szpiegowania ludzi, który uskuteczniają już nie tylko Stany Zjednoczone, ale praktycznie wszystkie większe państwa na świecie, nie ma wiele wspólnego z ochroną przed terroryzmem. Ma natomiast wiele wspólnego z grą o władzę i kontrolą przepływających pieniędzy (to jest po prostu szpiegowanie światowego biznesu).

greydot

Czy ludzkość zmierza w kierunku samozagłady? Tego nie wiem, ale wydaje mi się, że zmierzamy do życia w rzeczywistości, w której nie będzie żadnej prywatności, w której każdy będzie prześwietlony na wylot (odpowiednie „służby” będą wiedzieć o każdym człowieku wszystko) oraz manipulowany przez wielkie korporacje – przez tych, którzy będą mieli władzę i pieniądze – i którzy za wszelką cenę będą chcieli utrzymać swoją uprzywilejowaną pozycję, zwiększając przy tym zakres swojej władzy i bogactwa. To, niestety, czeka nasze wnuki, czy też prawnuki – które najprawdopodobniej nie załapią się do „elity”, a będą tymi, których ta „elita” będzie kontrolowała i eksploatowała.

Zdaję sobie sprawę, że jest to czarny scenariusz, ale niestety istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że się on spełni.

greydot

Łudzimy się, że internet zbliża nam świat, lecz w rzeczywistości on nas od niego oddala. Zamiast żyć życiem realnym, zaczynamy żyć w świecie wirtualnym, zdeformowanym, iluzorycznym – choć często, paradoksalnie, wydaje się on nam być bardziej prawdziwy od świata realnego, zewnętrznego. A to dlatego, że wszystko zaczyna się dziać w naszym wnętrzu – nasza świadomość zaczyna się ograniczać do percepcji tego, co znajdziemy w internecie, co na dodatek zaczyna także determinować nasze życie uczuciowe, generujące się wokół fantomów.

greydot

Daniel Passent pisze na swoim blogu: „Rzadkim światełkiem w tunelu było czytanie i ‚wyświetlanie’ ‚Golgoty’ w kilkunastu teatrach. Ale energia, dynamika – jest po stronie konserwatywnej.” (Chodzi oczywiście o sztukę „Golgota Picnic”, która wywołała w Polsce szeroka falę protestów wśród ludzi – „konserwatystów” – dotkniętych jej obrazoburczą treścią, i jej prezentację w wielu miejscach kraju, która była kontr-rekacją na usunięcie tej sztuki z repertuaru festiwalu teatralnego w Poznaniu.)

Jak wygląda owo “rzadkie światełko w tunelu”, które wg Passenta jest najwidoczniej rodzajem kaganka oświaty i nadziei na dalszy nieskrępowany rozwój światowej dramaturgii, w której autora Golgoty obwołano geniuszem a jego „dzieło” uznano za jedną z najważniejszych i najbardziej wybitnych sztuk współczesnego teatru? Oto wrażenia ze spektaklu-prezentacji, jaki odbył się w krakowskim Teatrze Starym. Pisze jedna z kobiet, która była widzem przedstawienia: Jak przedstawiono śmierć Jezusa? “Jako zmielenia mięsa i oblepienia nim głowy mężczyzny, leżącego na świetlistym krzyżu na ziemi, pokrytej bułkami hamburgerowymi. Rozebrano go do naga, ubrano w skąpy kobiecy kostium i szpilki. Następnie ta osoba wstała, poszła dziwacznym krokiem do krzesła, spod kostiumu zwisały mu genitalia, na które było przybliżenie. Usiadł on na krześle, zakładając nogę na nogę, by genitalia cały czas były widoczne” – opisuje Anna K., która podkreśla, że “w kontekście męki i śmierci Jezusa pokazywano nagich ludzi, ocierających się o siebie genitaliami, głowami, wijących się w dziwnych maziach”.

Zadałem sobie trud przeczytania tekstu sztuki Rodriga Garcii. Zamieszczam parę (bardziej klarownych) cytatów z tej “najważniejszej sztuki ćwierćwiecza”, jak określili ją co poniektórzy entuzjaści współczesnych trendów w teatrze:

“Skończył na krzyżu, na co sobie zasłużył, ponieważ każdy tyran zasługuje na karę lub – jak to mówią w mojej dzielnicy – kto zawinił, musi za to zapłacić. I żeby w końcu się zamknął, przybili mu gwoźdźmi ręce i stopy. A ten dalej gadał jak gdyby nigdy nic. Przeszedł Drogę Krzyżową, która nie była bardziej bolesna od tej, którą przebywa pracownik poczty – drogi krzyżowej życia pozbawionej sensu, jak każde życie, dokładnie takie jak twoje. I twoje.” (…) “Te i inne mądrości rozpowiadał ten szaleniec nawet wtedy, kiedy wisiał na krzyżu. Ludziom, którzy myśleli inaczej niż on, życzył źle, i sprawił, że drzewo figowe uschło, ponieważ nie miało owoców, kiedy był głodny. Posiadał niemal boską umiejętność zadawania bólu i czynienia zła. Lubił napawać strachem obecnych za pomocą perwersyjnych cudów, takich jak przyklejenie odciętego mieczem ucha biedakowi, co wdał się w bójkę, leczenie trędowatych czy chodzenie po oceanie. Był też pierwszym demagogiem: rozmnożył ludziom jedzenie, zamiast wspólnie z nimi pracować. Trzeba pamiętać, że nigdy nie pracował.” (…) “Sam o sobie powiedział, że jest barankiem. Ale był cholernym demonem. I groził dżumą i wszelkiego typu chorobami, był Mesjaszem AIDS. Zniszczył świątynię z zazdrości o cudze bogactwo, wiedział, że ktoś bez pieniędzy i pochodzenia jak on nic nie znaczy i że daleko nie zajdzie, więc chciał przywłaszczyć sobie bogactwa tych, którzy wiernie za nim podążali.” (…) “Było to w miejscu o nazwie Golgota, ziemi czaszek, odkryto tam wszystkie jego kłamstwa – poległ jako strateg wojskowy i lider społeczny. Był tak beznadziejny, że zamiast podpisać rozejm czy wbić białą flagę, kiedy było już po wszystkim, powiedział jedynie nocą do gwiazd w Ogrójcu: “Odsuń ode mnie ten kielich. Ojcze, odsuń ode mnie ten kielich”. Mówił to w powietrze, czekał na ocalenie z powietrza, stracił rozum. Tak tchórze rozmawiają z bogami, którzy nie chcą słuchać, rzeźnicy rozmawiają z ostrzem, a murarze rozmawiają z piwem, a marynarze z krabami, a ja żrę soczystego, miękkiego i ogolonego kutasa.” (…) “Bóg jest językowym podstępem i wszystko, co mówię i co powiem do końca tej sztuki, to nieczyste zagrywki, które wymyślam, by przeżyć przy odrobienie radości na tej parszywej ziemi.” (…)

itd… itp…

Można się tu zapytać: czy o taką kulturę walczą tzw. „liberałowie” polscy? A może o taką, jaką zaprezentowali na taśmach “gwarantujących normalność” politycy i polscy mężowie stanu typu Sienkiewicz, Sikorski, Nowak… et consortes, oraz ten (chodzi oczywiście o prezesa Narodowego Banku Polskiego), co ma – jak sam stwierdził – „największego ch.uja”?

PS. Sorry za wulgaryzmy, ale taki mamy (w polskiej „kulturze” politycznej) klimat.

greydot

Polski minister skarbu Włodzimierz Karpiński o pewnym biznesmenie, koalicjancie: “Albo dostanie, je.bnie go w końcu ktoś i tyle, no. Na poważnie. No tyle tylko, że to może rozsypać się koalicja.”

Właśnie, koalicja nie rozsypuje się tylko dlatego, że nikt w niej nie został jeszcze dobrze “je.bnięty”. Kiedy więc zaczną się nawzajem – używając języka dżentelmenów sprawujących najwyższe stanowiska w polskim państwie – “je.bać”, to jest szansa odmiany w sposobie rządzenia krajem jaki jest teraz uskuteczniany przez układ trzymający władzę. A że jest cała masa “haków” jakie ci panowie mają na siebie, które jak najbardziej byłyby pretekstem do “je.bania” się nawzajem – tudzież do “wyje.bania” tego i owego w kosmos (to również cytat z podsłuchanych rozmów) – to jest to raczej oczywiste dla tych, którzy się tego nie boją, albo, wręcz przeciwnie: boją się bardzo. Cała reszta jest ślepa, udaje ślepą, albo też jest obojętna. I na utrzymanie tego stanu (ślepoty i obojętności) liczą ci wszyscy szlachetni panowie “z klasą”.

Ten i podobne przykłady skutecznie zniechęcają nas do polityki, prowadząc do wniosku, że rozsądniej byłoby się od tego politycznego bagienka vel polskiego piekiełka trzymać z daleka. Ale to jest ten paradoks i dość niewygodna alternatywa: albo angażujemy się w politykę i wtedy mamy prawo polskich polityków krytykować, chcąc to nędzne status quo zmienić; albo się nie angażujemy – i wtedy takiego prawa się pozbawiamy, odsuwając się przy tym od jakiegokolwiek wpływu na zmianę sytuacji politycznej w Polsce.

greydot

Czytam dzienniki Alberta Speera, („nadwornego” architekta Hitlera, a później ministra przemysłu zbrojeniowego III Rzeszy) ze Spandau (czyli z więzienia, w którym odsiadywał on swój norymberski wyrok 2o lat pozbawienia wolności i gdzie – potajemnie, głównie na papierze toaletowym – spisywał swoje wspomnienia i prowadził dziennik). I to jest znakomita rzecz – taka wiwisekcja człowieka, który umie swoje (ewentualne) sumienie schować do kieszeni i traktować rzeczywistość doskonale wybiórczo. Tzw. “przyzwoity (???) człowiek”, który potrafi doskonale wpisać się z zbrodniczy system (układ), myśleć tylko swoją karierą, wykorzystując do tego własną (nieprzeciętną) inteligencję, która umożliwia mu doskonały kamuflaż… I to nie tylko przed światem zewnętrznym, ale także jeśli chodzi o obraz samego samego siebie – we własnych oczach.

Odnoszę wrażenie, że Speer nie tyle “wypycha” z siebie poczucie winy, co doskonale potrafi je w sobie ukryć (nawet przed samym sobą). A może on w ogóle nie miał poczucia winy? To też jest możliwe. I co ciekawe – nadal tego nie wiem po przeczytaniu 500 stron jego dzienników. To jest psychiczna ekwilibrystyka co się zowie! Zresztą, tylko tacy “żonglerzy” mogli się uchować w rządzie Hitlera. Niestety, podobnymi “żonglerstwem” wykazała się w czasach faszyzmu większość Niemców.

Mogę się zgodzić ze stwierdzeniem (z którym nota bene już kilkakrotnie się spotkałem), że na tle całej tej nazistowskiej zgrai, Speer sprawiał wrażenie intelektualisty. Mało tego: on sprawiał także wrażenie człowieka przyzwoitego – i to był właśnie szczyt kamuflażu.

greydot

Reinhold Messner, legendarny alpinista i himalaista, który był również Eurodeputowanym: “W naszym świecie nie ma definicji dobra ani zła. Są tylko cele możliwe albo niemożliwe do realizacji”.

Ktoś cytuje te słowa zachwycony, a ja się temu dziwię, bo przecież w naszym świecie jest mnóstwo definicji dobra i zła. Każdy system etyczny tworzy definicje dobra i zła. Tak na dobrą (złą?) sprawę każdy człowiek ma swoją definicję dobra i zła – najczęściej przejmowaną z systemu etycznego jaki funkcjonuje w kulturze w jakiej się rodzi, wychowuje i żyje. Bezrefleksyjne powtarzanie słów jakiegoś celebryty – choćby to była nawet “gwiazda” alpinizmu, która nam imponuje – często jest niczym innym jak robienie ludziom wody z mózgu.

Jeśli ktoś miałby z trudności ze zrozumieniem tego, co napisałem, to powinien pomyśleć np. … choćby o piwie: jest piwo dobre i jest piwo złe. A bardziej ambitnym intelektualnie można zaproponować przypomnienie podstawowych systemów etycznych stworzonych przez człowieka:

Sokrates – praktyk metody majeutycznej, intelektualizm etyczny Anaksymenes i Epikur – hedonizm – system subiektywno-emotywistyczno-efektywistyczny Platon, św. Augustyn, etyka chrześcijańska – systemy obiektywno-antynaturalistyczno-motywistyczne Arystoteles, Stoicyzm, Baruch Spinoza – systemy obiektywno-naturalistyczno-motywistyczne Kartezjusz, Georg Wilhelm Friedrich Hegel – systemy obiektywno-antynaturalistyczno-efektywistyczne Jean-Jacques Rousseau i następcy – system obiektywistyczno-naturalistyczno-motywistyczny Immanuel Kant – system obiektywno-antynaturalistyczno-motywistyczny John Stuart Mill – utylitaryzm – system obiektywno-naturalistyczno-efektywistyczny Karol Marks – materializm dialektyczny – system subiektywno-naturalistyczno-nominalistyczny Fryderyk Nietzsche – system subiektywno-naturalistyczno-efektywistyczny Arthur Schopenhauer – system subiektywno-emotywistyczno-nominalistyczny Rudolf Carnap – opracowanie kilku różnych wersji etyki nominalistycznej i początek studiów porównawczych różnych systemów etycznych. Ayn Rand – twórczyni obiektywizmu, opartego na “racjonalnym zainteresowaniu sobą” Nel Noddings – twórczyni etyki troski Richard Hare – twórca preskryptywizmu

PS. Do listy tej dodałbym również Kalego, (który właściwie podpada pod system subiektywno-naturalistyczno-efektywistyczny).

greydot

Uderzyły mnie słowa Johna Swintona, dziennikarza ”The New York Times”, który, odchodząc na emeryturę, powiedział:

”Każdy z obecnych tutaj wie, że niezależna prasa nie istnieje. Wy to wiecie i ja to wiem: żaden z was nie ośmieliłby się ogłosić na łamach gazety swoich własnych opinii; a gdyby nawet się ośmielił, zdajecie sobie sprawę z tego, że nie zostałyby one nigdy wydrukowane. Dostaję ileś dolarów tygodniowo za to, żebym powstrzymywał się od wyrażania własnych poglądów i opinii w gazecie, w której pracuję. Wielu tu obecnych otrzymuje podobną zapłatę na identycznych zasadach. Gdyby ktoś z was był na tyle szalony, by uczciwie opisać sprawy, znalazłby się natychmiast na bruku ! Gdybym dopuścił, by moje prawdziwe opinie zostały opublikowane w którymkolwiek numerze gazety, straciłbym pracę w niecałe 24 godziny ! Praca dziennikarza polega na niszczeniu prawdy, łganiu na potęgę, deprawowaniu, zohydzaniu, czołganiu się u stóp mamony, sprzedawaniu siebie, sprzedawaniu swojego kraju i swojego Narodu w zamian za chleb swój powszedni, czy też – co sprowadza do tego samego – za swoją pensję. Wiecie to wy i wiem to ja. Cóż to więc szaleństwo, wznosić toast za niezależną prasę! My, dziennikarze jesteśmy wasalami, instrumentami w rękach bogaczy, którzy potajemnie spiskują i kierują wszystkim zza kulis! My jesteśmy ich marionetkami! To oni pociągają za sznurki, a my tańczymy! Nasz czas, nasz potencjał i nasze talenty są w rękach tych ludzi. Jesteśmy intelektualnymi prostytutkami!”

Według mnie warto ten cytat przeczytać kilka razy, bo go sobie lepiej przyswoić i utrwalić. Dobrze byłoby go pamiętać – czy też przypominać – za każdym razem, kiedy sięgamy po nowe wydanie jakiejś “niezależnej” gazety. Wtedy wiele spraw łatwiej byłoby nam zrozumieć – a zwłaszcza zakłamanie i obłudę niektórych dziennikarzy.

greydot

Bezstronność najczęściej oznacza obojętność, ma też coś z amoralizmu. Lecz jeśli przyjmie się pewien system etyczny (a każdy człowiek, bardziej lub mniej świadomie jakiś system etyczny przyjmuje), to ów system wyznacza “stronę”, po której się ktoś opowiada.

Kiedyś rozmawiałem na ten temat z Agnieszką Holland, która nota bene nie wstydziła się nawiązać do etyki i uznać expressis verbis ważność Dekalogu, a szerzej: stwierdzić konieczność respektowania pewnego systemu etycznego, którym człowiek winien się kierować w swoim życiu (ale oczywiście cynizm jakim przesiąknięty jest obecnie świat, czyni jakiekolwiek odniesienie się do moralności czymś niebywale wstydliwym – a ten, kto to robi, spotyka się zwykle z ośmieszeniem i szyderstwem).

Agnieszka Holland stwierdziła, że wierzy, iż istnieje coś takiego, jak Zło absolutne. Ja w to nie wierzę, podobnie jak nie wierzę w istnienie Diabła (wcielonego). Uważam, że są to tylko kulturowe konstrukcje, które ułatwiają nam aksjologiczną orientację w naszych wysiłkach utrzymania się przy życiu i funkcjonowania w charakterze „ludzkiego” człowieka. (Nie chcę jednak przez to powiedzieć, iż nie są one ważne. Wręcz przeciwnie.)

Wydaje mi się jednak, że zło jako takie we Wszechświecie nie istnieje. Zło i dobro pojawia się (a ściślej: możemy je nazwać) dopiero wtedy, kiedy – organizując kulturę – tworzymy pewien system wartości, który nota bene jest inny w każdej epoce, na każdym stopniu rozwoju ewolucyjnego, w każdej cywilizacji. To właśnie wskazuje na to, że takie wartości jak zło i dobro są relatywne, czyli względne. Oczywiście my usiłujemy to przeróżnie sankcjonować, a do tej pory najlepsza (i najskuteczniejsza) wydawała się nam sankcja metafizyczna (religijna) – czyli zawsze wikłaliśmy w to jakąś Siłę Wyższą, czyli Boga (lub bogów). Jednak już tak chyba nie jest – i to nie tylko od dekadenckich czasów Nietzschego, który obwieścił śmierć Boga ponad sto lat temu. Zaczęło się to bowiem już gdzieś w Renesansie, (kiedy to zaczęliśmy postrzegać świat bardziej antropocentrycznie), a w pełni wykwitło podczas Oświecenia i Rewolucji Francuskiej. No a współcześnie to już mamy totalny post-modernistyczny misz-masz, gdzie wszystkim się wydaje, że wszystko jest dozwolone, równo-prawne (bo wszyscy mają jakąś swoją „rację”) – bo przecież jest już (niby) udowodnione, że nie ma dla nas żadnej metafizycznej podstawy (i niektórzy tylko przebąkują o jakimś „prawie naturalnym”). Stąd to pomieszanie aksjologiczne naszych czasów. Stąd cynizm, sarkazm, szyderstwo, nihilistyczne ciągoty… Także rozpacz i poczucie bezsensu.

Lecz Agnieszka Holland powiedziała też coś bardzo ważnego: otóż, że powinien liczyć się Dekalog. Choć tutaj może ktoś powiedzieć: przecież to też tylko jest ludzki wymysł, rodzaj społecznej umowy, który umożliwia nam jako takie funkcjonowanie i rozmnażanie się gatunkowe (tyle że w pewnej kulturowej otulinie). Tak. Ale tu chodzi także o coś innego: o to, by pozostać wiernym systemowi etycznemu, który wybieramy (tworzymy). Bo dopiero z tej perspektywy zaczyna nabierać sens nasze nazywanie Zła albo Dobra. I nie chodzi tu jedynie o ważny w świecie judeo-chrześcijańskim Dekalog, ale o każdy system etyczny bez wyjątku. Tak więc, być może zabijanie słabych i „zbędnych” niemowląt było w Starożytności czymś dobrym, ale biorąc już pod uwagę nasz system etyczny (np. Dekalog), to czymś dobrym już to nie jest. Nie jest więc prawdą, że nie możemy oceniać etycznie tego co działo się w innych epokach (bo „takie były czasy”, bo przecież możemy kogoś sądzić dopiero wtedy, jak „wejdziemy w jego buty”… etc.). Być może tło i uwarunkowania epoki ułatwiają nam zrozumienie tego co się wtedy działo, ale niekoniecznie już stanowią dla tego usprawiedliwienie.

Agnieszka Holland wspomniała też o instynkcie zachowawczym – że on niejako powinien nas prowadzić, by człowiek, jako gatunek, nie wykończył sam siebie doszczętnie. No tak, ale Hitlerowców też mógł prowadzić taki instynkt. Mało tego: gdyby oni odnieśli sukces, tzn. zwyciężyli i zdominowali świat, to rzeczywiście mogliby człowieka wzmocnić „rasowo” (stosując np. eugenikę i niewoląc całe narody, które by na tę ich potęgę i rasowe well beeing pracowały – a czyniąc to nie robiliby, powiedzmy sobie szczerze, nic innego, jak sama Natura, która egzekwuje to samo na masową skalę w każdej sekundzie trwania życia na Ziemi). Ale na szczęście się przeliczyli – bo okazało się, że generują więcej destrukcji niż konstrukcji. I dlatego przegrali. Nie chodziło tu więc o zwycięstwo jakiejś metafizycznej „Jasnej Mocy”, ale o zwykłe pokonanie wroga, który się pomylił i był jednak na tyle słaby, że dał się zwalczyć i przegrał.

A Boga jednak lepiej do tego wszystkiego nie mieszać. Jeśli bowiem obdarzył On czymś takim jak „wolną wolą” (choć to – z czysto biologicznego punktu widzenia – też jest problematyczne), to człowiek dysponuje wolnością… nie tylko czynienia (wyboru) Dobra, ale i Zła. Faszyści, decydując się na ludobójstwo, wybrali (w świetle wyznawanego przez nas systemu etycznego) Zło. Bóg więc nie miał z Holocaustem nic do czynienia – rozpaczliwą bezradnością jest więc obwinianie Go o komory gazowe i obozy masowej zagłady.

Kończąc: nawet jeśli wartości jakie wybieramy (etyka jaką przyjmujemy) wisi w jakiejś nihilistycznej (kosmicznej) próżni i nie ma żadnych metafizycznych fundamentów, to i tak nie ma według mnie żadnego innego wyjścia, jak starać się temu systemowi etycznemu sprostać – jeśli chce się człowiekiem (w sensie wartości tzw. Hhumanitarnych”) pozostać. I nie wiem, czy chodzi tu też tylko o jakąś inną próbę (jednostkowego lub gatunkowego) przetrwania, czy po prostu o zwykłą „ludzką” przyzwoitość. Ale tak mi mówi coś, co jest gdzieś głęboko we mnie – a co chyba można nazwać sumieniem.

greydot

Pisząc „Indiański tryptyk” zastanawiałem nad tym, czy eksterminację Indian Ameryki Północnej można nazwać holocaustem, ale w końcu doszedłem do wniosku, że nie był to holocaust w takim sensie, jak my to rozumiemy po doświadczeniu Holocaustu dokonanego przez Niemców podczas II wojny światowej na Żydach. I bynajmniej nie z tego powodu, że jednak określenie to zostało niejako zawłaszczone przez tych, którzy zarezerwowali go dla nazywania masowej eksterminacji narodu żydowskiego podczas ostatniej wojny. Oczywiście dochodziło w czasie kolonizacji Ameryki przez Europejczyków do aktów ludobójstwa ale Koloniści, a później rząd amerykański, nigdy nie zastosowali czegoś w rodzaju “ostatecznego rozwiązania” kwestii indiańskiej, w sensie celowej, zorganizowanej i masowej eksterminacji narodów (plemion) indiańskich – tak jak to zrobili Niemcy wobec europejskich Żydów.

Tak naprawdę jednak nie jest ważne to, jak nazwiemy fakt niszczenia populacji i kultury Indian amerykańskich – istotne jest to, że kulturę tę zniszczono, a życie straciło miliony ludzi, rdzennych Amerykanów.

Ktoś niedawno zarzucił mi, że pisząc o nieuchronności europejskiej ekspansji kulturowo-terytorialnej w czasach kolonialnych, usprawiedliwiałem tym samym, jak to określił: „mechanizm nieuchronności dziejów, czyli – mówiąc brutalnie – argumenty wyższości lepiej uzbrojonych, bardziej sprawnych w logistyce prowadzenia wojny, znaczy silniejszych”.

Jest to nieporozumienie, choćby tylko dlatego, że mamy tu do czynienia z różnymi sytuacjami historycznymi. Ja wcale nie uznaję, że brutalne narzucanie przez silniejszego swojej woli słabszemu  jest “mechanizmem nieuchronnym” dziejów. Gdybym tak uważał, to bym się zamknął i nic więcej już na ten temat nie napisał – bo po co się kopać z koniem? Uważam wręcz przeciwnie: że można chronić kogoś, kto jest słabszy, że należy domagać się sprawiedliwości, że trzeba sprzeciwiać się ludobójstwu i instrumentalnemu traktowaniu człowieka przez polityków i “możnych” tego świata… Wierzę, że taka postawa może coś zmienić. Mimo wszystko jestem tego pewny, że są ludzie, którzy przechowują w sobie taką elementarną przyzwoitość – i to oni w końcu (z)definiują tzw. “człowieczeństwo” Homo sapiens. Gdybym w to nie wierzył, to już dawno palnąłbym sobie w łeb – bo jak tu można byłoby żyć wśród zwierząt, które kierują się tylko prawem silniejszego, przemocą wyznaczając hierarchię wyzysku i kolejności dziobania?

To właśnie dlatego sądzę, że jeśli poddamy się jakiejś “konieczności dziejów” (na ukąszenie heglowskie jestem chyba dość mocno uodporniony) i uznamy, że zawsze “pięścią musimy odpowiadać na pięść”, to przegramy.

greydot

Do pewnego stopnia Fides et ratio są od siebie nieodłączne, ale w pewnym miejscu się jednak rozchodzą (nie bez kozery bowiem “wiara” to nie to samo, co “rozum”). Niestety, nie zawsze te pojęcia są komplementarne – stąd najczęściej wyrasta nasza głupota. A jeśli się komplementują? Być może właśnie na tym polega(łaby) nasza mądrość?

greydot Jedynie miłość zbawia. Reszta jest nicością. greydot .

RENOIR – ŚWIATŁO NA KOBIECEJ SKÓRZE

*

starość, rozkład i ból  vs. młodość, cielesność i piękno

Starość, rozkład i ból vs. młodość, cielesność i piękno

*

„Ból przemija, piękno pozostaje” – mówi stary i schorowany Renoir, nieprzerwanie malując swoje rozświetlone, mieniące się kolorami obrazy za pomocą pędzli przywiązanych do zniszczonych artretyzmem rąk. Otoczony zastępem opiekujących się nim i posługujących mu kobiet – byłych modelek, kochanek, kucharek i pokojówek – niczym sędziwy patriarcha, na którego autorytecie, sile, charakterze i bogactwie opiera się porządek mikroświata w jakim żyją, Renoir zwraca naszą uwagę na migotliwe piękno oświetlonych powierzchni przedmiotów, rzeczy i kobiecej skóry: „tylko ciało tak naprawdę się liczy” – mówi, patrząc na obnażającą się przed nim młodą dziewczynę. I mówi tak na przekór… a może jednak dzięki temu, że wie, iż jeszcze tej nocy będzie wył z bólu nękany przez chorobę i starość.
Piękno pozostanie, nawet jeśli ból i zgrzybiałość zabije w końcu jego kruche i rozkładające się ciało. Bardziej więc niż o starości, jest to film o młodości – nie ma w nim zbyt wielu ciemnych tonów, brak niemal zupełnie czerni – dokładnie tak, jak to jest na płótnach jednego z najsłynniejszych impresjonistów świata. Nadmorska idylliczna posiadłość i ogród w jakim żyje i pracuje Renoir wraz ze swoimi kobietami i dwójką synów, pławi się wręcz w ciepłym świetle łagodnego słońca, zamieniając kinowy ekran w jeden wielki obraz godny skrzącego się wszystkimi kolorami tęczy malarstwa Renoira. Wprawdzie starzec może pieścić nagie kobiece ciało już tylko swoim okiem, to jednak pieszczota ta przenoszona jest i utrwalana przez niego na płótnie – każdym muśnięciem pędzla, które nadal jest pewne, gwałtowne i zdecydowane, tak jakby nadwyrężone zmysły szukały swojego zaspokojenia w nieśmiertelnej sztuce. W jednej z najbardziej czułych scen, dziewczyna obmywa bolące ręce starego malarza i kładzie głowę na jego ramieniu. „Za wcześnie i zbyt późno” – mówi wtedy Renoir. Lecz jego głos pozbawiony jest goryczy. Więcej w nim stoickiego spokoju i pogodzenia z porządkiem tego świata, bezlitośnie – ale i sprawiedliwie – wyznaczanym przez mijający (wszystkim tak samo) czas.

Zbyt wcześnie i za późno...

Zbyt wcześnie i za późno…

Nie, nie ma w tym filmie żadnej czułostkowości ani nawet sentymentalizmu. Nie ma grozy umierania ani przejmującego fatalizmu. Wprawdzie jest hedonizm – bo wymaga tego powierzchowność ludzkiej przyjemności – jasne kolory, które mogą być widoczne tylko w pełnym świetle i na powierzchni rzeczy. Ale jest to hedonizm pozbawiony śladów lubieżności – Eros jest tutaj łagodnym bożkiem, dzięki któremu ludzie mogą się obdarzać zmysłowa rozkoszą. Że nie ma głębi? Że jest to ledwie impresja? Ale kto wie, czy tak naprawdę najistotniejsze i najbardziej rzeczywiste nie jest to, co rozgrywa się w naszym – pełnym wrażliwości – imperium zmysłów? Wszak liczy się tylko ciało – i nawet nasza dusza formowana jest przez cielesne impulsy i nerwy – niejako „przez skórę”. (Czy naprawdę sądzisz, że na twoją duszę nie wpływają także hormony?)

Nie ma w świecie Renoira zbyt wiele miejsca na intelekt. Mistrz nie chce wiedzieć ani myśleć – mówi o tym wprost. Bo myślenie musiałoby go prędzej czy później doprowadzić do strefy cienia – ciemnej smugi, która pozostaje i gnębi człowieka kiedy zbraknie już światła. A dopóki świeci słońce – barwią się liście drzew i brzoskwinie, zaokrąglają kształty kobiecej piersi i ud – dopóty można to przenieść pędzlem na płótno i utrwalić piękno, jakim będą mogli zachwycać się ci, którzy pozostaną przy życiu.
Mrzonka? Złudzenie? A cóż nim nie jest?

Kobieta zredukowana do świetlnego refleksu na swojej nagiej skórze? Do koloru dojrzewającej brzoskwini nabrzmiałej słodkim nektarem? Do zapachu mokrych włosów? Uległa mężczyznom, którzy chcą z niej czerpać rozkosz – czy to cielesną, czy estetyczną. Kobieta – cicha wspólniczka iluzji jaką siły życiowe mamią ludzkie istoty, wikłając je w spisek knuty przez élan vital? Nie, nie… Kobieta jest tu nie tylko inspiracją, ale i promotorką samego życia – chce nawet wyreżyserować los młodego Jeana Renoira, syna Augusta, który – być może właśnie dzięki miłości do tej młodej dziewczyny, jednej z ostatnich modelek swojego ojca – zostanie w końcu jednym z najsłynniejszych twórców francuskiego kina. Dziewczyna wie jak rozegrać karty, które dała jej uroda i młodość, ale nie ma w jej postawie ani intencjach nic z podstępności czy wyrachowania kobiet, dla których ważniejsze jest okręcenie mężczyzny wokół swego palca, niż popchnięcie go w objęcia pełnego możliwości i obietnic świata. Innymi słowy: nie tylko inspiracja, ale i modus vivendi – nie tylko przyjemność, ale i pewnego rodzaju obowiązek rozwoju i egzystencji.
Dziewczyna dostarcza staremu malarzowi pretekstu dla tworzenia swojej sztuki, ale jest w tym raczej bierna – erotyzm między nimi jest erotyzmem platonicznym, świetlistą ale i mglistą atmosferą, którą razem mogą oddychać w bajecznych sceneriach śródziemnomorskiego edenu. Młody Renoir musi się już jednak liczyć z jej wolą – zgarnia z jej ciała rozkosz pełnymi garściami, miłosne soki wypija do dna, ale ma to swoją cenę: to co rodzi się między nimi, musi się już stać konkretem – życiem samym, na które kobieta chce mieć wpływ… i to może nawet decydujący.

Cézanne powiedział o Monecie: „To tylko oko, ale – mój Boże! – cóż to za oko!” To samo można chyba powiedzieć o tym filmie: „Renoir” to tylko powierzchnia, ale – Mon Dieu! – cóż to za powierzchnia! Na szczęście nie jest to tylko taka impresjonistyczno-rokokowa ładność – przyjemna dla oka powierzchowność martwych, choć przecież zwykle kolorowych natur. Jest w tym filmie, mimo wszystko, dostateczna ilość „mięsa” – i bynajmniej nie mam tu na myśli bardzo nieeleganckiego skojarzenia z kobiecym ciałem.

*

Młodość, miłość i pożądanie - pławiąc się w jasnym świetle słońca i kolorów

Młodość, miłość i pożądanie – pławiąc się w jasnym świetle słońca i w burzy kolorów

*

KIEDY JESTEŚ…

 

*

*

To tylko Twoja skóra
oblekająca przestrzeń, w której już jesteś
a jednak mój dotyk rzeźbi Cię i stwarza
za każdym razem
kiedy zamykają się nasze oczy

Kości, krew, paznokcie, włosy…
to tylko dodatki do Ciebie
Ty jesteś w mgnieniu oka,
odbiciu źrenicy i splocie dłoni
w westchnieniu, jęku, muśnięciu rzęsy…
refleksie światła na obnażonej piersi
w jasnej smudze nagiego uda

Mimo to nie jesteś zwiewna i ulotna
a rzeczywista, dotykalna, cielesna
– miękka, wilgotna, oddana, ciepła…

Czy ta rozkosz to tylko przynęta,
którą natura zwabia nas
do swojej matni zwanej życiem?
Czy też boska nagroda
za poszukiwanie i znajdywanie
– za dopełnianie się w miłości?

To tylko moment
wykradziony zachłannej wieczności
a jednak smakuje tak,
jak haust życiodajnej wody,
jak schwytany na gorącym uczynku sens
– wyciśnięta z niebytu kropla istnienia

Wyłaniasz się z mroku
jasnym ciałem
i cichym szeptem

Język Twojej nagości
może się obyć bez słów
lecz Twoje plecy potrzebują światła,
które odbija się we mnie

Chwytając oddech
nie pragnę niczego więcej
może tylko…
jeszcze jednej chwili
takiej jak ta

* * * 

 (zdjęcie własne)

PUSTKA I ŻAR

 

 

 

 

Otwarłam oczy na całą tę jaskrawość
świata, jej blask oślepił mnie
więc odwróciłam głowę, by w mroku cienia
odnaleźć zagubiony spokój,
który był tu przed zgiełkiem
udającym wszelkie przyjemności życia,
zwabiające nas w pułapkę istnienia
dla kogoś lub czegoś,
co tylko igra z naszą nadzieją,
radością, smutkiem, ekstazą, cierpieniem

Chłonęłam obrazy,
które zmieniały się jak w kalejdoskopie,
byłam zachłanna na ich kolor, kształt i fakturę,
na morza, miasta, krajobrazy, drzewa…
na twarze zmieniające się jak w albumie Boga
na postaci zastygłe w stop-klatce chwili
na gesty zdradzające stan serca i umysłu
na myśli snujące się między duszą a ciałem

I pytałam się: gdzie jestem?
gdzie jest mnie więcej?
w ich odbiciu we mnie
czy w moim odbiciu w nich?
A może zagubiłam się gdzieś
między oka mgnieniem a brzegiem nicości
porwana przez życie i fale czasu
w morzu rozlewającym się stąd do wieczności?

Budowałam miasta z ulic miłosierdzia
rozpinałam mosty nad rzekami złudzeń
wznosiłam wieżowce westchnień i radości
szkliłam pawilony jasne od uśmiechów

w ogrodach rozsadzałam pędy miłości
okna przysłaniałam kotarą ze smutków
ze strachem zmagałam się w domach pociechy
z nienawiścią uporałam na śmietniku pychy

W tych moich dekoracjach umieściłam Jego
niejasny zarys, który stawał się konkretem
bijącym mnie w oczy, godzącym w serce
lecz częściej majaczył on przymglony
marzeniem, tęsknotą, myślą, złudzeniem…

Kiedy był blisko, oddawałam mu wszystko
wchodził we mnie każdym porem skóry
czułam jego dotyk, ślinę, pot i spermę,
w moim wnętrzu gotowała się rozkosz,
w którą zamieniał się nawet mój ból

Byłam z nim ale byłam sama
wystawiana ciągle przez zmysły do wiatru
smagana absurdem, który wcześniej był sensem
Czułam jak twarz owiewa mi chłód
jak wysychają moje wargi i usta
jak w gardle więźnie mi gorycz
i zalega piasek nieludzkiej pustyni
i że znów, gdzieś głęboko, wewnątrz
wylęga się we mnie ta przeklęta osobność

A jednak szłam dalej i dalej przed siebie
nie oglądając się na popioły i zgliszcza
pływały nade mną statki pijane
rozwierały się pode mną przepaście
Widziałam jak spod chmur pierzchają wystraszone anioły
a po ziemi pełzają jaszczury i węże
Sen uparcie mieszał się z jawą
szukającą dla siebie ulgi w obłędzie

Gdzie jest tego kres? I jaki on jest? I kiedy?
Za którym widnokręgiem nastąpi ciemnokrąg?
Gdzie ta droga z ostatnim zakrętem,
za którym powinniśmy już wyjść na prostą
prowadzącą nas do nieskończoności?
Tam gdzie wszystko zamieni się w nic
i nic nie będziemy już mieć do stracenia

*  *  *

 

 

Ilustracja: zdjęcie (i stylizacja) własne (wg „Pocałunku” Rodina)