WODOSPADY IGUAZU

*

Wodospady Iguazu (warto zwrócić uwagę na ludzkie sylwetki, by sobie uzmysłowić właściwe proporcje i olbrzymią skalę zjawiska, jakim są Wodospady Iguazu)

Wodospady Iguazu – cud Natury na pograniczu Brazylii i Argentyny. Warto odszukać ludzkie sylwetki, by sobie uzmysłowić właściwe proporcje i olbrzymią skalę zjawiska, jakim są Wodospady Iguazu)

*

Pielgrzymowanie do miejsc niezwykłych. Podniecenie, ekscytacja, oczekiwanie na cud… Chodzi tu oczywiście o cud przyrody. A taki cud to cud szczególny, bo – par excellence – nie nadprzyrodzony. Ale naoczny, dotykalny… i jednak z tego – choć sprawiający wrażenie jakby nie z tego – świata…  Leżące na pograniczu Brazylii i Argentyny Wodospady Iguazu to bez wątpienia jedno z najbardziej niesamowitych miejsc do jakich udało mi się w moim życiu dotrzeć. Mój przyjaciel, obieżyświat, ostrzegał mnie przed tą podróżą: kiedy zobaczysz już wreszcie Iguazu to uważaj, bo po tym doświadczeniu żadne z wodospadów, które są na świecie, nie zrobią już na tobie większego wrażenia; podobnie zresztą będzie z Rio. Miał rację. Żadna kaskada spadającej wody nie jest bardziej spektakularna, niż Wodospady Iguazu… Nawet potężna Niagara, nawet pięknie uformowany Wodospad Dolny w Yellowstone, nawet niebotyczne Wodospady Yosemite… nie wspominając o dziesiątkach innych, także na swój sposób pięknych – a takich na całym świecie przecież nie brakuje.
Zdumiewa ukształtowanie wodospadów Iguazu, bo de facto nie jest to jeden wodospad, tylko… 275 wodospadów rozlewających się wzdłuż długiej na ponad trzy kilometry krawędzi dzielącej dwa płaskowyże porośnięte na dodatek gęstą tropikalną dżunglą, pełną egzotycznych ptaków.
Po raz pierwszy wodospady te zobaczyłem w „Misji” Rolanda Joffe, (filmie skądinąd dla mnie ważnym) gdzie zrobiły na mnie wielkie wrażenie, lecz dopiero bezpośrednie zetknięcie się z nimi – własnoręczne dotknięcie wody rzeki Iguazu, poczucie mżawki rozpryskujących się kropel na własnej twarzy, usłyszenie szumu i grzmotu spadającej masy wód i przebijającego się spoza tej ściany dźwięku śpiewu ptaków, skrytych w bujnej dżungli lub puszących swe jaskrawe pióra na zielonych gałęziach…  dopiero to wszystko mnie oszołomiło, pozostawiając ślad na całe życie.

Do Natury można mieć stosunek dwojaki: lękać się jej potężnej władzy nad wszelkimi istotami żywymi, odczuwać strach przed jej żywiołami, nic nie robiącymi sobie z ludzkich wysiłków, strat, nieszczęścia, bólu; przerażać się wręcz bezwzględnym traktowaniem przez Nią poszczególnych istnień, podporządkowanych wiecznej przemianie jednej formy życia w drugą; ślepym i (jak się niektórym wydaje) bezcelowym dążeniem do rozproszenia entropii, która w końcu zamieni się w Wielkie Nic i pustkę, jaka u kresu czasu i przestrzeni pochłonie Wszystko…
Z drugiej strony może być jednak zachwyt: także jej Potęgą, ale rozumianą jako moc nieustannej i wiecznej kreacji, powoływania do życia materii – form zdumiewających swoim bogactwem i pięknem, oszałamiających właśnie i karmiących ludzkie zmysły, pozwalających człowiekowi poczuć smak transcendencji, może nawet zbliżyć do Czegoś czy też Kogoś, kogo niektórzy z nas nazywają Bogiem?
Miłość i strach, zachwyt i odraza, przygarniecie i odrzucenie, zjednoczenie się i alienacja… ludzkie pojęcia bezradne w ogarnięciu i objaśnieniu całego tego Kosmicznego Zgiełku jaki nas otacza i w jakim wszyscy jesteśmy zanurzeni.

Co nam daje bezpośrednie doświadczenie takich miejsc jak Iguazu? Ot, choćby powyższą refleksję. Ale przede wszystkim jednak zachwyt i zdumienie: poczucie cudowności świata tu i teraz – także to nagie, nie potrzebujące kulturowych protez ani żadnej literatury, którą często, niczym jakąś watą, upychamy naszą bezradność w ogarnięciu (również w zrozumieniu, przyswojeniu i odczuwaniu) fenomenu, jakim są świat oraz życie, którego przejawem jesteśmy także my sami.

© ZDJĘCIA WŁASNE (kliknij, aby zobaczyć obraz w pełnym wymiarze).

*

Iguasu Falls (2)*

*

Iguasu Falls (3)

*

*

Iguasu Falls (4)**

Więcej zdjęć ukazujących Wodospady Iguazu można obejrzeć w nowym wpisie na stronie brulionu podróżnego (ilustrowanego) TUTAJ.

*

MIEJSKA DŻUNGLA

*

Racinha – slumsowa dżungla zamieszkana przez ludzi

Miliony ludzi tłoczą się w dzielnicach biedoty – w najpiękniej położonym mieście na świecie

*

Karnawał w Rio de Janeiro się rozkręcał, lecz my, zamiast nasiąkać coraz bardzie gorącą atmosferą ulicznej fiesty, postanowiliśmy wybrać się do Rocinhy – najsłynniejszej faweli Rio. Niektórzy z nas pamiętali głośny film „Miasto Boga”, więc na własne oczy chciało zobaczyć jak wygląda miejsce, które bardziej niż Boże Dominium przypomina – sądząc po tym, co można było zobaczyć na filmie – piekielne mrowisko, w którym panuje przemoc, bezwzględność i zbrodnia; czyli, innymi słowy: gdzie życiem i śmiercią ludzi rządzi prawo dżungli.
Jak wszystkim wiadomo, fawele to bardzo charakterystyczne dla brazylijskich miast osiedla, właściwie slumsy, tyle że mające swoją specyfikę. Napisać, że mieszka tam biedota to mało wyczerpujące stwierdzenie. Fawele głównie zaludniane były przez napływających ze wsi imigrantów, przybywających tu ze stron, gdzie z różnych powodów zabrakło pracy w rolnictwie. Ludzie Ci ciągnęli do wielkich miast z nadzieją właśnie na znalezienie pracy i najczęściej, dotarłszy na miejsce, znaleźli się bez środków do życia, próbując przetrwać w jakikolwiek sposób, zwykle poza prawem. Budowali więc swoje baraki – szałasy tam, gdzie istniał zakaz budowania czegokolwiek, czyli na zboczach otaczających Rio wzgórz. Tym sposobem najbardziej atrakcyjne widokowo miejsca w mieście okupują biedacy, a nie – tak jak można by się było tego spodziewać – bogacze.
W fawelach mieszka większość wszystkich mieszkańców Rio, czyli ponad 4 mln. Są to dzielnice, gdzie „porządek” utrzymują gangi, które dzielą fawele na rejony swoich wpływów. W zasadzie policja federalna nie wtrąca się do tego i dość często widać np. chodzące po ulicach dzieci z karabinami.  Od czasu do czasu próbuje się zwalczać gangi, najczęściej stosując metody brutalniejsze, niż to robią sami gangsterzy. Tworzono np. tzw. „szwadrony śmierci”, które likwidowały podejrzanych i przestępców poza prawem.  Innym wielkim problemem są tysiące bezdomnych i nie posiadających rodziców dzieci, które żyją na ulicy, handlują narkotykami, żebrzą lub kradną.

Mając to wszystko na uwadze, z duszą na ramieniu wybieraliśmy się do Rocinhy, która jest największą fawelą Rio. Wynajęliśmy do tego celu jeepa, którego kierowcą był człowiek przypominający z wyglądu komandosa. Ku naszej konsternacji jeep był otwarty – żadnych tam kuloodpornych szyb. Ale cóż… trudno się było już wycofywać.
To, co zobaczyliśmy zupełnie postawiło na głowie moje wyobrażenia o faweli. Wszędzie bowiem natrafiliśmy na zupełnie normalnych, przyjacielskich, pogodnych i spokojnych ludzi, którzy tylko żyli w tak dziwnych dla nas warunkach i w tak niesamowitej scenerii nawarstwionych na sobie ni to domków, ni to baraków, budowanych bez planu, ładu i składu – spontanicznie – w każdym możliwym (i niemożliwym) do tego celu miejscu.
Okazało się, że Rocinha ma pełną infrastrukturę – wodę, elektryczność, kanalizację, wywóz śmieci… życie zorganizowane społecznie (sklepy, szkoły, przedszkola, rady i komitety mieszkańców…). Tyle że estetyka ulic jest slumsowa – „architektura” domostw wręcz żywiołowa, by nie napisać anarchistyczna. A jednak Rocinha nie jest typową fawelą (może dlatego, że jest jedną z najstarszych, mających już swoją tradycję). Nie we wszystkich życie jest zorganizowane na tak „przyzwoitym” (w porównaniu  z panującymi w innych fawelach warunkami) poziomie.
Chodziliśmy tam po różnych dziwnych zakamarkach, ale paradoksalnie czuliśmy się bardziej bezpieczni niż np. na „cywilizowanej” i pełnej turystów plaży Copacabana, czy też w sąsiedzkiej Ipanemie. Może dlatego, że świat ten wydawał się bardziej jednolity i zintegrowany, niż ten w kolorowym i folderowym Rio, za którym – jak mi się wydawało – czai się desperacja Trzeciego Świata. To właśnie nie pozwalało nam tak do końca zachwycić tym miastem – podskórne napięcie, napór rzeczywistości powszedniej – przyczajonych gdzieś społecznych i politycznych konfliktów, z których najczęściej szeregowy turysta nie zdaje sobie sprawy… do chwili, kiedy np. zostanie ograbiony w biały dzień przez uzbrojonych w nóż lub pistolet rabusiów.

Nie wiem, może strach ma wielkie oczy, ale czułem się nieswojo, kiedy pewnego razu sam przeszedłem się z jednego końca Ipanemy na drugi, polując z aparatem na jakieś rodzajowe scenki.
Pod koniec dnia zawędrowałem na Arpoador, czyli wysuniętą w Ocean skałę oddzielającą Ipanemę od Copacabany, gdzie zostałem aż do zachodu Słońca. Wreszcie czułem się bezpieczny, siedząc na skale wśród setek ciepłych i zrelaksowanych ludzi, którzy zebrali się by pożegnać zachodzące słońce. Jest to tradycja – każdego wieczoru jest ono żegnane tu aplauzem i oklaskami. Tak więc – mimo wszystko – można odczuć w Rio atmosferę południowego kraju – życia niespiesznego i na luzie, o innej hierarchii wartości, gdzie bardziej liczy się przyjemność z obcowania z drugim człowiekiem, pozytywna sfera związanych z tym uczuć, niż charakterystyczna dla cywilizacji zachodniej pogoń za zyskiem i materialną konsumpcją.

(z notatek z podróży do Brazylii, 2005; zdjęcia własne)

*

Racinha - slumsowa dżungla zamieszkana przez ludzi

Rocinha – slumsowa dżungla zamieszkana przez ludzi. Architektoniczna anarchia.

*

*

Parking czy śmietnisko?

Parking i śmietnisko

*

*

Spacerując po dachach - wśród niebieskich kubłów

Spacerując po dachach – wśród niebieskich kubłów

*

*

Łącza - kto się w tym połapie?

Łącza – kto się w tym połapie?

*

*

Fawelowi przyjaciele

Fawelowi przyjaciele

*

*

Do wszystkiego można się przyzwyczaić?

Do wszystkiego można się przyzwyczaić?

*

Więcej zdjęć z faweli obejrzeć można w brulionie podróżnym TUTAJ. Zaś ludzi z Arpoador na stronie Światowida TUTAJ.

*