BOHATER CZY PSYCHOPATA? (o filmie Clinta Eastwooda „Snajper” dialog z Tamaryszkiem)

Chciałem napisać o tym filmie, bo porusza on dylematy, które zawsze mnie interesowały i dotykały, ale czułem jakąś wewnętrzną blokadę. Tak było do czasu, kiedy trafiłem na stronę Tamaryszka, która (który?) – będąc rasową kinomanką, a na dodatek świetną polonistką – pisze bardzo ciekawe, wnikliwe i analityczne teksty o filmie. Mój krótki, wypełniony nieco gorzką żółcią komentarz na temat ostatniego filmu Clinta Eastwooda, stał się początkiem – myślę, że interesującej – rozmowy o obrazie uznanego reżysera, w której, jak sadzę, udało mi się przekazać to, co myślę o „Amerykańskim Snajperze”.

.

Amerykański bohater zwany Legendą - na swoim koncie ma zabicie (oficjalnie) 160 irakijskich "dzikusów", co wielu Amerykanów doprowadziło do patriotycznej ekstazy.

Amerykański bohater zwany Legendą – na swoim koncie ma zabicie (oficjalnie) 160 irackich „dzikusów”, co wielu Amerykanów doprowadziło do patriotycznej ekstazy.

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Właśnie obejrzałem „Amerkańskiego snaipera”. Film tak naprawdę dla mnie obrzydliwy (choć od strony filmowego rzemiosła dobry). Jechać do obcego kraju zabijać jego mieszkańców – w imię urojonego zagrożenia i kłamliwego oskarżenia – i to z ukrycia!!! I z takiego człowieka robić narodowego bohatera! Czysty szowinizm!
Według mnie ten snajper był psychopatą i zabójcą, a nie bohaterem. Ta wojna, moim zdaniem, nie była etycznie usprawiedliwiona, dlatego poczynania tego człowieka uważam za zbrodnię (to, że wynikającą z bezmyślności, pseudo-patriotycznego zaczadzenia i prania mózgu, niczego tu nie usprawiedliwia). To może okrutne, co napiszę, ale śmierć z ręki innego szaleńca jaka spotkała snajpera, uważam za pewną sprawiedliwość losu. (Sorry, ale takie mam niepoprawne politycznie – i może bezlitosne – myśli w związku z tym filmem.)

TAMARYSZEK: Ostro oceniasz. Nie bez racji.
Ja bym dała tematowi szansę. Choć podział na wilki-owce-owczarki jest dużym uproszczeniem, to sytuacja żołnierza mającego ochraniać swoich poprzez uśmiercanie potencjalnych agresorów (tak, to kontrowersyjne i używam słowa tylko w kontekście militarnym), jest ciekawa. Za daleko poszedł Eastwood w uproszczenia.
Stąd niezrozumiały zachwyt nad bohaterstwem. Ani bohaterstwa, ani sensu w misji Kyle`a trudno się dopatrzyć. Nawet gdyby zawiesić Twoje zarzuty (te wynikające z poglądów) i zająć się tylko robotą filmową.
Mnie irytowało pokazanie motywacji postaci. Tato powiedział jakieś święte słowa, których on nigdy nie próbował weryfikować. Zapalił się do misji, oglądając relację medialną m.in. z ataku na WTC. Padają tam takie słowa: „co oni robią naszym?!” – i to cała motywacja. Odwet, zemsta, niezrozumienie – proste środki.

Gdzieś w tym temacie jest potencjał. Ale trzeba by wyjść poza tę zbyt „amerykańską” definicję patriotyzmu i wiarę, że istnieje jedna słuszność. Cudzysłów celowy, bo wyobrażam sobie, że nie można tej formuły przypisać całej Ameryce. Choć jednak niepokoją mnie medialne donosy o popularności „Snajpera”.

Rozumiem, że ceniąc filmowe rzemiosło, masz na myśli robotę operatora, montażysty etc…, tych, którzy pracowali nad oddaniem klimatu tej wojny. Zgoda.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Oceniłem ostro (bo emocjonalnie) pewnie dlatego, że napisałem ten komentarz na gorąco, zaraz po obejrzeniu „Snajpera” i jeszcze nie ochłonąłem z… niesmaku (może nawet oburzenia?) jakie ten film we mnie wywołał. Ja niestety nie mogłem patrzeć na obraz Eastwooda tylko jak na film (być może jest to jakiś mój percepcyjny błąd?), zawieszając na dodatek przy tym swoje poglądy (a na wojnę w Iraku mam pogląd dość jednoznaczny). Kiedy więc widziałem jak dzielni żołnierze amerykańscy włamują się do prywatnych domów mieszkańców kraju, który zaczęli okupować (kto tu jest agresorem?), kiedy słuchałem jak Irakijczyków nazywa się (raz po raz) „dzikusami” (savages), odhumanizowując ich po to, by łatwiej było ich zabijać… (wiele było takich elementów w tym filmie, które wzbudzały moją idiosynkrazję) to… najpierw szlag mnie trafiał, potem czułem się źle, a wreszcie zrobiło mi się strasznie… hm… przykro, smutno? To niestety rzutowało na mój odbiór całego filmu.

Ale jednak najbardziej przygnębiła mnie narodowa euforia, z jaką Amerykanie przyjęli ten film – to, że stał się on takim patriotycznym „hitem”.

Eastwood, którego skądinąd cenię, lubię i szanuję, ma u mnie za ten film krechę (starcza demencja? – chyba nie, bo nadal jest on tutaj sprawnym reżyserem; pomieszanie z pogubieniem? – być może, bo słyszałem takie jego wypowiedzi, które same sobie zaprzeczają*).

Tak, pisząc o sprawnym rzemiośle, miałem na myśli głównie techniczne aspekty filmowej roboty. Również siłę kreacji Coopera.

Nie rozumiem Eastwooda. Był on przecież zadeklarowanym przeciwnikiem wojny w Iraku, sam o sobie mówi, że jest raczej jak gołąbek, a nie jastrząb, a tu jednak gloryfikuje zabijanie (robiąc bohatera z killera). Nic w jego filmie nie wskazuje na to, jak wielką pomyłką (i de facto zbrodnią, bo pod względem etycznym nie można tej wojny usprawiedliwić) była agresja amerykańska na Irak (setki tysięcy ludzi straciło życie, zrujnowany i zdestabilizowany do dzisiaj kraj – na tym właśnie podłożu wylęgła się żmija ISIS). Zamiast tego mamy dość prymitywne wstawki np. z 9/11 jako psychologiczne usprawiedliwienie postawy snajpera. (Cienkie to, cienkie… a może on po prostu lubił strzelać i był w tym dobry, wiec go zaangażowano do odstrzału „wroga” ?)** Nota bene, twierdził on (mam tu na myśli postać rzeczywistą) z całym przekonaniem, że wśród tych kilkuset osób, które zabił, nie było ani jednego dobrego człowieka (wszyscy byli „bad guys”). Kolejny dowód na motywacyjny i ekspiacyjny prymitywizm tego człowieka pod tym względem. I z takiego kogoś robi się w tym filmie herosa (ponoć to właśnie Eastwood obiecał ojcu snajpera, że w swoim filmie jego syna ukaże jako bohatera).
Żeby było ciekawiej, kiedy Eastwoodowi przedstawiono opinię znanych w Ameryce osób publicznych (mało, bo mało, ale kilka się takich znalazło), że snajper był psychopatą, to odpowiedział: „And they were right”.
I bądź tu mądry… Bo przecież nie wierzę, że Clintowi chodziło głównie o kasę – film zrobiony za marne 50 mln, zarobił już blisko pół miliarda dolarów. To też mi się średnio podoba, choć nie o kasę tu jestem zazdrosny, ale boli mnie owczy pęd z jakim Amerykanie popędzili do kina, by zobaczyć swojego bohatera o tak wątpliwej proweniencji. (Może w ten sposób zabijają w sobie świadomość, jak wielką klęską było ich wojna w Iraku? Forma kompensacji za poczucie coraz mniejszej skuteczności mocarstwowej Ameryki w globalnej skali?)

TAMARYSZEK: Dzięki za komentarz. Nie mam takiego rozeznania w temacie. Tym ważniejsze są dla mnie Twoje spostrzeżenia stamtąd, tzn. ze świata, z którego wyrósł i bohater, i reżyser. Eastwooda cenię. To co robi w Snajperze – dziwne, niejednoznaczne, jednak niezupełnie czyste.

Odniosę się do kilku tylko spraw.
A propos języka. Uprzytomniłeś mi te częste rzeczywiście zwroty pod adresem tubylców. Dzikusy. Pamiętam tę scenę, kiedy Snajper po trafieniu mężczyzny obserwuje chłopca. Chłopiec podchodzi, wyciąga zmarłemu broń (nie umiem nazwać co to), próbuje skierować ją na wroga. „Zostaw, gnoju” – mówi Kyle.
I to jest ciekawa sprawa. Bo – po pierwsze Kyle nie musiał tego mówić z nienawiścią, tylko zaklinał rzeczywistość, żeby mały odszedł, i by on nie musiał do niego strzelać. Po drugie – wyobrażam sobie, że taka jest językowa rzeczywistość. Wroga się bezcześci językiem. Wątpliwości się neutralizuje. Może – to nie cynizm – m.in. tym sposobem formuje się morale? Bo wróg nazwany dzikusem jest jak szkodnik do usunięcia. Chodzi mi o to, że to jest dopuszczalne, że tak mówią żołnierze. Problem w tym, że Eastwood nie zrobił niczego lub zrobił za mało, by to zrównoważyć. Zostawia widza z tymi „dzikusami”, każe nam podobnie myśleć i czuć. A to jest absolutnie niedopuszczalne. Z powodów, o których piszesz.
Uderzam głównie w Eastwooda. Poszedł na skróty. I – no cóż – na jego konto trzeba zapisać podgrzewanie głupiego szowinizmu.

Mój odbiór był taki, że reżyser nie dopracował postaci. I tu się mogłam mylić. Jeśli Kyle był rzeczywiście tak prosty i nieskomplikowany jak postać, którą odtwarza Cooper. Cooper, który to, co miał do zagrania, zagrał OK. Tylko – i tak się nakręca spirala – w imię czego?

Wrócę jeszcze do warsztatu filmowego. Eastwoodowska wizja patriotyzmu budzi sprzeciw również na poziomie formalnym. Sceny, które mogłyby mieć znaczenie, są spalone przeszarżowaniem. Brakiem dystansu i przesadnym dopowiadaniem. 
Dwa przykłady. Pierwszy – gdy Kyle zabija najlepszego strzelca tubylców, który nie raz zadał Amerykanom szyku, m.in. zmasakrował twarz przyjaciela Kyle`a. Moment odwetu. I komentarz stojącego obok żołnierza, który kilkakrotnie (!) powtarza, że ów przyjaciel byłby ze Snajpera dumny. Drugi przykład – spotkanie na amerykańskiej ziemi: beznogi weteran i Kyle z synkiem. Mężczyzna przypomina, że zawdzięcza Snajperowi życie. Jest patetycznie. Ale jeszcze do ocalenia, gdyby tylko Eastwood chciał. Chyba nie chciał, bo pozwala facetowi klęknąć przed chłopcem (który swój rozum ma i już kontaktuje, że ojciec jest ok) i wypowiedzieć wszystko do końca. „Twój tata to bohater”. 
Nawet gdybyśmy przyglądali się mniej kontrowersyjnej postaci, nie trzeba mówić czegoś, co jest wystarczająco jasne dzięki sytuacji, obrazowi, spojrzeniom i innym filmowym środkom wyrazu. Film kuleje na obie nogi – problemową i warsztatową. Aż dziw, że tak prosto wchodzi w społeczny odbiór.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: O tak, wroga się odczłowiecza na wiele różnych sposobów. Jednym z nich jest właśnie to bezczeszczenie językiem, o którym wspominasz***, ale nie tylko – wystarczy przypomnieć sobie, co robili amerykańscy żołnierze z więźniami w Abu Ghraib (swoją drogą czekam na film o amerykańskich zbrodniach w Iraku, jak np. wymordowanie całej irackiej rodziny przez amerykańskich marines, po uprzednim zgwałceniu przez nich kobiet – ciekawe czy się doczekam?), gdzie upokarzano i torturowano Irakijczyków.
Jeśli odczłowieczaniem wroga buduje się „morale”, jak piszesz, to jest to raczej a-morale. Niestety, żołnierze w warunkach bojowych stają się powodowanymi instynktem zwierzętami – swego rodzaju automatami – maszynami do zabijania. Nie wiem, czy sobie przypominasz, że w jednym z moich tekstów o wojnie „Czas przemocy” (wiem, że go czytałaś, bo pamiętam Twój komentarz) cytowałem płk. dr. med. Jana Wilka (pełniącego w polskiej armii funkcję “naczelnego psychiatry wojskowego”), który podczas wywiadu udzielonego „Polityce”, powiedział m.in.: „(Żołnierz) musi więc mieć specyficzne cechy osobowości, które występują w niektórych rodzajach psychopatii lub socjopatii.”
P: Jakie to cechy?
Wilk: “Obniżony lęk przed śmiercią, zdolność do użycia siły, w tym zabijania z pełną świadomością, umiejętność bezwzględnego podporządkowania się rozkazom (…). Żołnierz jest przeznaczony do tego, żeby jak najbardziej precyzyjnie zabijać i samemu nie dać się zabić. (…)”
P: Więc przygotowanie do zawodu polega na skrzywieniu psychiki kandydata?
Wilk: “W psychiatrii nazywa się to PSYCHOPATYZACJĄ zawodową albo społecznie użyteczną.”

Choć (mimo mojej niechęci do wojska) nie podzielam radykalizmu Wilka (sam przecierałem oczy ze zdumienia, kiedy czytałem te jego wypowiedzi), to jednak uderza trafność jego spostrzeżenia w kontekście postaci filmowego snajpera.

Zgadzam się: Eastwood poszedł na skróty, także tworząc ekranową postać Chrisa, która w sumie jest jednak dość kartonowa (Cooper próbuje ją jakoś ożywić, nasączyć psychologiczną intensywnością, ale chyba scenariusz mu na to niezbyt pozwala, więc gra on głównie oczami i mimiką – tak jakby chciał rozsadzić postać prymitywnego w sumie człowieka jakimś większym znaczeniem, nadać jej głębi, wyższego sensu, ukazać jego moralne rozterki… Ale to trudno zrobić w środku jatki, jakiej film Eastwooda (specjalisty przecież od batalistycznego naparzania się i strzelaniny) nam nie szczędzi. Stosunek Chrisa do rodziny**** też – wbrew pozorom – nie jest skomplikowany, bo wszyscy żołnierze cierpiący na PTSD zachowują się tak samo: tracą kontakt ze swoim otoczeniem, narkotyzują się lub upijają, żyją w swoim świecie wojennej traumy, zrywają się ich więzi rodzinne… etc. (PTSD właśnie bardzo „spłaszcza” człowieka, zwłaszcza tego, który dotychczas był już cokolwiek płaski.)

Też się kołata w mojej głowie pytanie: w imię czego?
W imię czego Eastwood nakręcił film (chyba jednak wbrew sobie)?
W imię czego talent Coopera męczy się z takim prymitywem jak Chris?
Obawiam się, czy aby odpowiedź na te wszystkie pytania nie jest jednak trywialna.

Dziwisz się, że film tak prosto wchodzi w społeczny odbiór? Może właśnie wchodzi tak prosto dlatego, że jest taki „łopatologiczny” (o tej łopatologii świadczą choćby te przykłady, które podałaś) – a publika to z łatwością łyka.

TAMARYSZEK: Społecznie użyteczna psychopatyzacja… Trudno komentować. Absurdalnie jest ten świat poskładany. Jeśli wydrążeni z uczuć i refleksji żołnierze są wytworem (albo efektem) celowego formowania, wydobywania z nich tego, co wyrasta z instynktu, to nie wiadomo, czym bardziej się przerażać. Efektem czy obróbką? Czy zgodą owiec na kastrację owczarków?

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Owczarków wcale nie musi się – i nie powinno – kastrować. To są mądre psy, nawet ze swoimi hormonami. W przeciwieństwie do mężczyzn – żołnierzy, którym testosteron (o wojskowej musztrze i indoktrynacyjnym praniu mózgu nie wspominając) często odbiera rozum.
Swoją drogą ten podział na owce, wilki i psy pasterskie, (który wpaja do głowy małego Chrisa jego ojciec) jest niebywale infantylny – a urasta w filmie Eastwooda niemal do rangi konstytucji światowego porządku, staje się czymś w rodzaju motywacyjnego credo bohatera „Snajpera”. Zresztą, w dziele Eastwooda jest niestety znacznie więcej takich „kwiatków”.
Poza tym, sugerowanie, że film ten jest filmem antywojennym (jak robi to reżyser i całe gremium zachwyconych „Snajperem” krytyków) jest według mnie – jeśli nie obłudą – to skrajnym okłamywaniem innych i siebie samego. Żaden naprawdę uczciwy film antywojenny nie wywołuje u widza aplauzu i satysfakcji z tego, że jeden człowiek zabija drugiego człowieka (na dodatek odhumanizowanego); nie ukazuje zabijania jako bohaterstwa; nie powoduje też, że widz napawa się prezentowaną mu widowiskowo na ekranie batalistyką – wszystkimi tymi wybuchami i całą tą strzelaniną – a z tym mamy do czynienia w „Snajperze” na każdym kroku*****. Skądinąd wiem (i wiedział o tym na pewno Eastwood), że dla Kyle’a zabijanie było przyjemnością (sam się bowiem do tego przyznaje w swojej autobiograficznej książce). Czy takiego człowieka wybiera się jako bohatera filmu antywojennego – zwłaszcza, że nie kwestionuje się w nim jego ideologicznej i moralnej postawy, a wprost przeciwnie: dokonuje się apologii uznania go za bohatera i patriotę?
Smutny to film. I przewrotny.

greydot

PS. Chris Hedges, były długoletni korespondent zagraniczny „New York Timesa”, tak napisał o „Snajperze”: „Film gloryfikuje najgorsze przywary amerykańskiego społeczeństwa: kult broni palnej, ślepe uwielbienie dla armii, wiarę w cywilizacyjną wyższość Ameryki i jej posłannictwo w niesieniu dobra i poprawianiu innych, dzikich i błądzących; groteskową obyczajowość macho, w której litość i współczucie stanowią oznaki słabości; nie przyjmowanie do wiadomości niewygodnych faktów i historycznej prawdy; niezachwianą wiarę, że Bóg jest z nami. (…) Nie brakuje ćwierćinteligentów skrzywionych przez tę hierarchię wartości. Jednego z nich, George’a W. Busha, wybraliśmy na prezydenta. Pełno ich w wojsku i kościołach. Oglądają Fox News i naprawdę w to wierzą. Nie interesują się światem, nie rozumieją go, żyjąc w swoich zamkniętych społecznościach. Są dumni z własnej ignorancji i antyintelektualizmu. Wolą oglądać mecze i pić piwo, niż przeczytać książkę. Uważają się za dobrych, wszyscy inni są źli.”

I coś w tym jest. Z kolei magazyn „Rolling Stone” obwieścił, że „‚American Sniper’ is too dumb to criticize” („‚Amerykański snajper’ jest zbyt głupi, żeby go krytykować”) – i także w tym coś jest. Warto zresztą przytoczyć tu fragment recenzji jaką zamieścił ten tygodnik: „‚Snajper’ to film, w którym polityka jest tak nonsensowna i idiotyczna, że w normalnych okolicznościach byłby on poniżej wszelkiej krytyki. Jedyną rzeczą, która zmusza nas do potraktowania go serio jest niezwykły fakt, że niemal identyczne widzenie świata opanowało kurzy móżdżek (‚walnut-sized mind’) prezydenta, który wplątał nas w tę absurdalna wojnę. To właśnie fakt, że film jest tak popularny, i ma sens dla tak wielu ludzi – to jest rzeczywistym problemem.”

A jednak recenzje o podobnej wymowie były w zdecydowanej mniejszości. Dominowały te, które film Eastwooda chwaliły, albo się wręcz nim zachwycały, jak np. ta w „New Yorkerze”: „Zarówno powalający (‚devastating’) film wojenny, jak i powalający film antywojenny – powściągliwa (‚subdued’) celebracja zręczności wojownika i pełen żalu lament nad jego osamotnieniem i nieszczęściem.” (Zdanie to zdumiewa tym bardziej, że ponoć dla „New Yorkera” piszą najbardziej inteligentni ludzie w Ameryce.)

Ja rozumiem to, że każde społeczeństwo potrzebuje patriotycznych bohaterów. Zdaję też sobie sprawę z  mechanizmu kreowania tychże bohaterów: staje się on postacią mityczną, niekoniecznie mającą wiele wspólnego z prawdziwym człowiekiem, którego poddaje heroizacji. Jednak akurat w tym przypadku, obrano sobie moim zdaniem dość marną do tego celu postać, której gloryfikacja stwarza pewne niebezpieczeństwo utrwalania w amerykańskim społeczeństwie szowinistycznych stereotypów, prostackiej wizji świata i źle pojętego – bo bezmyślnego i bezkrytycznego – patriotyzmu. Ponadto Chris Kyle miał to nieszczęście brać udział w wojnie, która była wojną niesprawiedliwą i już ten fakt ustawia jego poczynania w pewnej perspektywie etycznej (o jego psychopatycznej skłonności do zabijania i czerpania z tego satysfakcji, nie wspominając). Bo np. w walce z Niemcami podczas II wojny światowej, taki typ by się nam bardzo przydał. (I to jest właśnie ta wojenna ambiwalencja, która nigdy nie dawała mi spokoju.)

greydot

PRZYPISY:

* Już po napisaniu tych słów trafiłem na jeszcze jedną tego typu wypowiedź Eastwooda (świadczącą o pewnej jego konsternacji poglądowej)  w wywiadzie, jakiego udzielił niedawno reżyser gazecie „Los Angeles Times”: „W swoim długim życiu byłem już i na lewicy, i na prawicy. Teraz nie wiem gdzie jestem. To skłania do cynizmu, zwłaszcza w obecnych czasach.”

** Także i w tym przypadku znalazłem wkrótce potwierdzenie tego przypuszczenia w tym, co napisał sam Chris Kyle w swojej autobiografii. Otóż stwierdza on tam, że dla niego zabijanie to był „fun”, że on to kochał („loved”), dodając: “I hate the damn savages” oraz “I couldn’t give a flying fuck about the Iraqis”. (Podaję za „Guardianem”.) Kyle okazał się również mitomanem: twierdził np. że wraz z kolegą ustrzelił kilkudziesięciu czarnych, którzy plądrowali Nowy Orlean po zniszczeniach jakie dokonał huragan Katrina; albo że zastrzelił dwóch rabusiów, którzy chcieli go obrabować na stacji benzynowej (nic z tego nie znalazło potwierdzenia w faktach). Te ostatnie przechwałki stają się jeszcze bardziej kuriozalne wobec tego, jak Kyle traktował domy Irakijczków, do których się włamywał siłą. Sam się przyznaje: „(I was) …rummaging through the complex to see if I could find any cool shit – money, guns, explosives. The only thing I found worth acquisitioning was a handheld Tiger Woods game.” („Przetrząsnąłem cały dom, bo chciałem zobaczyć czy mogę znaleźć jakieś fajne gówno – pieniądze, karabiny, materiały wybuchowe. Jedyną rzeczą, którą uznałem za wartą zarekwirowania, była ręczna gra Tiger Woods.”)

*** Á propos bezczeszczenia „wroga”, warto tu przytoczyć jeszcze jeden cytat z autobiografii Kyle’a: „W ciągu niecałej godziny strzelaliśmy do gościa, który chciał nas wysadzić w powietrze, potem próbowaliśmy uratować mu życie, a na koniec zbezcześciliśmy jego zwłoki. Pole bitwy to dziwaczne miejsce.”

**** Symptomatyczne jest również to, że Kyle – w praktyce – przedkładał swój „patriotyczny” obowiązek (odstrzału „dzikich” Irakijczyków, który widział – przynajmniej takie były jego deklaracje – jako zapewnianie bezpieczeństwa swoim kamratom i swojemu – nota bene oddalonemu o tysiące mil – krajowi) nad dobro swojej rodziny (gdyby było inaczej, to by się nie pchał aż cztery razy do Iraku, który de facto rujnował jego psychikę, jak również relacje z żoną i dziećmi).

***** Warto zwrócić uwagę, że patriotycznemu wzmożeniu w zetknięciu się z postacią Kyle’a ulegali nie tylko Amerykanie. Oto co m.in. znalazłem w recenzjach polskich czytelników jego książki: „Autor jest brutalnie szczery i nie kryje się z faktem, iż żałuje, że nie zabił więcej wrogów – w końcu do tego go wyszkolono, poza tym rebelianci zagrażają niewinnym ludziom. Jest żołnierzem z krwi i kości; uwielbia wojaczkę, uczy syna strzelać od najmłodszych lat. Oprócz tego to bardzo religijny człowiek, pokłada ufność w Bogu i bynajmniej nie boi się, że na Sądzie Ostatecznym Pan ukaże go za zabijanie. W końcu nie zabił ani jednego niewinnego człowieka. (…) Chris Kyle po zakończeniu kakriery wojskowej, rozkręcił własną firmę (oczywiście związaną z wojennym rzemiosłem) i zaangażował się w pomaganie weteranom wojennym. Jest charakterny, twardy, ale uczciwy i honorowy. To bardzo dobry człowiek. A przynajmniej był nim, zanim zabił go jakiś szaleniec w lutym tego roku. Kiedy się o tym dowiedziałam, łzy stanęły mi w oczach. Czułam się, jakbym straciła przyjaciela. Myślę, że moja reakcja jest najlepszym świadectwem jakości książki i nie muszę zachęcać was do jej przeczytania.”
I może jeszcze jedna „perełka”, bardziej chyba humorystyczna, niż bulwersująca: „Właśnie dzięki ludziom takim jak Chris Kyle całym sercem kocham Amerykę. Przeczytałam tą książką bo interesuje mnie ta właśnie tematyka. Książka jest zabawna, straszna, okrutnie szczera i wzruszająca. Gdy dziś po skończeniu książki przeczytałam, że ten dzielny, jeszcze młody człowiek zmarł rok temu w taki sposób, płakałam szczerymi łzami. Poczułam się jakbym poniosła osobistą stratę co może się wydawać naiwne po przeczytaniu jedynie książki ale kiedy umiera żołnierz, świat traci ważną cząstkę. Może nie jestem godna by to mówić, ale Semper fi America.” (Cytaty z portalu „Lubimy czytać”.)

 

Reklamy

CZYJA WINA? – o zderzeniu cywilizacji i samozachowawczym instynkcie

.

Islam - cywilizacja, która zagraża światu?

Islam – cywilizacja, która zagraża światu?

.

1.

CZYJA WINA?

Jak widać militaryzacja Bliskiego Wschodu (bojownicy Państwa Islamskiego walczą przecież “bronią”, jaką USA wyposażyła Irak, jak i islamskich rebeliantów w Syrii) i destabilizacja kolejnych państw rejonu przez Zachód (głównie przez Stany Zjednoczone) doprowadziła do sytuacji, w której rośnie siła skrajnie agresywnych islamistów, usiłujących opanować coraz to większe obszary świata arabskiego. I to właśnie – rozgrywanie własnych partykularnych interesów w rejonie, post-kolonialna arogancja, polityka mająca za nic kulturę arabską i zupełnie nielicząca się z realiami tamtego świata i mentalnością jego mieszkańców, a tym samym poddająca tych ludzi permanentnemu upokorzeniu – to właśnie, a nie pełne agresji i szowinizmu wersety z Koranu, są przyczyną zbrodni ludobójstwa popełnianych obecnie z niewyobrażalnym okrucieństwem przez dżihadystów w północnym Iraku.

Czy amerykańskie drony zabijające przypadkowych ludzi są bardziej humanitarne, niż muzułmańskie noże podcinające gardła chrześcijan i jazydów? Zło jakie wyrządzają jest dokładnie to samo – jedno i drugie jest zbrodnią, tylko nasze plemienne przywiązanie do zachodniej cywilizacji – i benefity, jakie czerpiemy mieszkając na Zachodzie – powoduje, iż łudzimy się, że postępujemy bardziej “humanitarnie”, że jesteśmy bardziej “cywilizowani” i w końcu – a jakże! – “lepsi” od muzułmanów.

A wystarczy tylko spojrzeć przez moment z perspektywy, z jakiej widzi hipokryzję i arogancję Zachodu świat arabski, by zrozumieć, dlaczego wśród muzułmanów tyle nienawiści do Zachodu i dlaczego niektórzy z nich zdecydowani są walczyć z “niewiernymi” z największą desperacją i stosując wszelkie dostępne im środki.

greydot

2.

Powyższa krótka impresja wywołana doniesieniami z Iraku, w którym dżihadyści dokonują obecnie czystek etnicznych, proklamując własne Państwo Islamskie (nota bene nieuznawane przez żadne państwo arabskie) sprowokowała dyskusję na mojej stronie Facebookowej, która rozwinęła się z czasem do słusznych rozmiarów, poruszając kilka istotnych kwestii. Nie jest to rozmowa „gładka”, ani grzeczna, nie jest łatwa ani przyjemna – wyczuć w niej można wzajemne poirytowanie i pewną uszczypliwą niechęć do adwersarza –  niemniej jednak myślę, że warto ją tu przytoczyć, bo dotyczy problemu, który ostatnimi czasy bardzo nabrzmiewa: zaogniające się zbrojne konflikty w kilku rejonach świata, które bynajmniej nie są powrotem do zimnej wojny, wręcz przeciwnie: grawitują w kierunku wojny jak najbardziej gorącej, w której po jednej stronie są Stany Zjednoczone i Zachód, po drugiej zaś kraje arabskie wraz z zimnowojennym reliktem, jakim okazała się Rosja dokonująca rewizji swoich post-sowieckich granic.

.

  • Marian Mario Ponanta: Czyja wina? A Koran czytał??
  • Stanisław Błaszczyna: Wpierw proszę sformułować swoje pytanie poprawnie, w języku polskim (ewentualnie angielskim), wtedy możemy podyskutować. (Rozumiem, że ty sam jesteś znawcą Koranu.)
  • MMP: Skrót myślowy rodem z Krakowa… brakuje słowa „pan”. Ale z wielu względów okazało się to trafne… a Koran przeczytałem, czego życzę każdemu, kto chce dyskutować sprawy dotyczące islamu. Czytając ten tekst nie sposób się nie roześmiać.
  • StB: „Czytając ten tekst nie sposób się nie roześmiać.” Chodzi Panu o mój tekst, czy o Koran? Powiem tak: może po tym, jak zapozna się pan np. z historią Iraku (począwszy np. od brytyjskiej inwazji na ten kraj, przez amerykańskie kłamstwo o broni chemicznej masowego rażenia, które była powodem wojny i trwającej po dzień dzisiejszy destabilizacji tego kraju, po zupełne zdominowanie i represjonowanie sunitów przez szyitów, gigantyczną korupcję i ruinę kraju…), to być może wtedy byłby sens dyskutowania z Panem. Lecz zamiast odniesienia się do kwestii poruszonej w moim wpisie, wyjeżdża mi Pan z tym Koranem. A dlaczego by w takim razie nie zacząć od Starego Testamentu? I przerzucania się na podstawie cytatów z tychże ksiąg, która to cywilizacja jest bardziej krwawa i agresywna? Ja staram się trzymać historycznych faktów, a nie świętych ksiąg w próbach zrozumienia tego, co się dzieje na świecie. Pan, widzę, woli trzymać się ideologii i literackiej fikcji.
  • MMP: Nie mam za bardzo czasu na prowadzenie dyskusji. Powiem więc krótko. To, co Pan raczył napisać, skomentuję szybko: nie życzę Panu mieszkać w środowisku zdominowanym przez muzułmanów. Tu, gdzie Pan jest, nikt nie utnie Panu głowy za te wypociny. Zabierz Pan Biblię w podróż do Arabii Saudyjskiej to pogadamy.
  • StB: To nie są żadne argumenty, proszę Pana. Pan na mój wpis o amerykańskiej polityce na Bliskim Wschodzie, wyciągnął Koran (w domyśle: żebym zapoznał się jaka to jest okropna i krwiożercza religia wyznawana przez tych dzikusów w turbanach), a w ogólne nie odniósł się do sytuacji wykreowanej przez tę politykę (o wcześniejszej – kolonialnej państw europejskich – nie wspominając). Co z tym wszystkim ma wspólnego wyższość, czy też niższość jednej cywilizacji – czy też religii – na drugą?
    Podejrzewam, że wśród muzułmanów w ich kraju czułbym się obco i nie chciałbym tam mieszkać dłużej. Moją kulturą jest kultura judeo-chrześcijańska – w Polsce, Europie czy w Stanach czuję się wiec jak u siebie, ale staram się nie wartościować narodów, kultur i ras (wtedy zawsze wychodzi z nas suprematyzm: my jesteśmy wyżej, cała reszta niżej). Jestem przeciwny militaryzmowi (choć nie uważam się za pacyfistę), zawłaszczaniu terytoriów innego kraju (tak jak zrobił to np. Izrael), ludobójstwu pod każdą formą… etc. Bez względu na to, czy robi to cywilizacja, z którą się identyfikuję, czy też cywilizacja mi obca. (Zresztą, bardziej mnie zawsze boli ten pierwszy przypadek, bo czuję, że w pewnym sensie hańbi to mnie samego; vide: amerykańskie zbrodnie wojenne w Indochinach w latach 60-tych i 70-tych, wspieranie krwawych dyktatur w Ameryce Centralnej i Południowej, korumpowanie rządów w Iraku czy Afganistanie, bezprawie Guantanamo, stosowanie tortur, Abu Ghraib… etc.) A Pan mi każe Koran czytać (nota bene wiem, jakie treści on zawiera). Pański „argument” jest rasistowskiej natury: na dzień dobry chce mi Pan udowodnić, że muzułmanie są gorsi od nas (podrzędni) – a żeby było śmieszniej, chce mi Pan to udowodnić podtykając mi pod nos książkę napisaną kilkanaście wieków temu.
  • MMP:Za Koran gotowe są zginąć miliony ludzi, za Biblię tysiące. Niestety, są wyższe i niższe cywilizacje. Polityka USA to zupełnie odrębna sprawa; z Islamem Pana kultura walczy praktycznie od jego powstania. Gdyby nie wygrała kilku ważnych bitew, wystawiał by Pan portki do słońca kilka razy dziennie. Obecnie w 95% światowych konfliktach zbrojnych jedna ze stron walczących są islamiści. Ma Pan prawo do swoich poglądów, ale niech Pan nie oczekuje, że jak wygaduje Pan bzdury w przestrzeni publicznej, to ludzie nie zostawią tych bredni bez komentarza.
  • StB:Rzeczywiście, nazywając moje poglądy „bzdurą” i „brednią”, używa Pan tym samym niepodważalnych argumentów. Niestety, jest to „argumentacja” prymitywna, a raczej żadna. Widzę, że jest Pan typowym przedstawicielem „cywilizacyjnego” szowinisty. Powodzenia zatem w dozgonnej walce z islamem. Zresztą, Pan jako przedstawiciel rasy wyższej, nie powinien się niczego obawiać – darwinizm zapewni Panu zwycięstwo i dominację nad gorszym umysłowo – podrzędnym cywilizacyjnie i rasowo – wrogiem. Poza tym: powtarzam, mój wpis dotyczył polityki Stanów Zjednoczonej na Bliskim Wschodzie i jej skutków w postaci destabilizacji tamtego rejonu i krwawych wojen jakie tam cały czas trwają. Moim zdaniem to właśnie ta polityka jest za to głównie odpowiedzialna, a nie Koran.
  • MMP:Proszę Pana… ta dyskusja przypomina już granie w szachy z gołębiem. Ma Pan swoją racje. A o moich poglądach – i o tym kim jestem – wie Pan tyle co o islamie. Powodzenia.
  • StB:Nie muszę wiedzieć kim Pan jest, ani też nie muszę znać wszystkich Pańskich poglądów. Dyskutuję tu tylko z tym, co Pan napisał pod moim wpisem. A napisał Pan już w pierwszym komentarzu: „Czyja wina? A Koran czytał?”. Rzeczywiście bardzo to rzeczowa riposta, bardzo inteligentne rozpoczęcie dyskusji. Rozumiem, że uważa się Pan za wytrawnego szachistę, zaś mnie uważa Pan za durnego gołębia. W porządku – na Pański argument: „Pan nie wiem, kto ja jestem” (wyrażony przed chwilą explicite przez Pana) wypada mi tylko przyjąć do wiadomości, że jest Pan wybitnym politykiem i wielkim znawcą islamu.
  • MMP:Przesada. Ale nie wygłaszam tez, których nie da się obronić. A islam radzę zostawić w spokoju, bo narazi się Pan na komentarze, przy których moje docinki będą brzmieć jak przyjemne dzwoneczki.
  • StB:Niestety, Pan jest nielogiczny: w pierwszym, komentarzu pisze Pan: „A Koran zna?„, a w ostatnim: „islam radzę zostawić w spokoju”. I ma Pan rację, nie znam Pana – bo prawdę mówiąc spodziewałem się, że można z Panem prowadzić inteligentniejszą rozmowę. Żadnych komentarzy się nie boję, na moim blogu jest już ich ponad 10 tysięcy i jakoś mnie nie zastraszyły i nie złamały.
  • MMP:Sprowadził mnie Pan do swojego poziomu dyskusji, za co przepraszam. A islamu bez Koranu Pan nie zrozumie. To tak jakby chciał Pan analizować działania Hitlera bez czytania Mein Kampf. A jeżeli chodzi o komentarze, to nie widzę tutaj burzy mózgów. Tylko ja poświęcam Panu swój czas, co z mojej strony nie jest zbyt mądre. A inteligencję rozmówcy poznaje się po tym, jak snuje przypuszczenia na temat braku inteligencji u innych. Jeszcze raz pozdrawiam. Powodzenia.
  • StB:Działania Hitlera powinno się analizować na podstawie jego działań, a nie na podstawie jego książki.
  • MMP:Polecam książki Oriany Fallaci na temat islamu. Po przeczytaniu nie będzie Pan może już wypisywać takich farmazonów.
  • StB:„Farmazony” – to jest właśnie Pański styl i poziom argumentacji. Książki Oriany Fallaci znam. Jej wizji islamu nie podzielam, miejscami wydaje mi się wręcz rasistowska. Znam też książki Terzaniego i bliskie jest mi to, co ten słynny dziennikarz, znawca wielu kultur, napisał o poglądach (zbytnio nawiedzonej i przewrażliwionej, moim zdaniem) Oriany Fallaci. Przypomina mi się również to, co na ten temat (poglądy Fallaci vs. poglądy Terzaniego) napisał Ryszard Kapuściński: „Każde z nich reprezentowało inny stosunek do świata. Ten świat wielokulturowy Orianę Fallaci przerażał. Nie wiedziała jak się odnaleźć w tym świecie, który znała, wielokulturowym. Ponieważ widziała jedyne wyjście z tego wszystkiego – rozdzielić. Tiziano Terzani był odwrotnego zdania. Uważał, że jedynym wyjściem z tej sytuacji jest zbliżyć się, zrozumieć, próbować się porozumieć.” Mógłbym tu zacytować fragment książki Terzaniego „Listy przeciw wojnie”, który przybliżyłby jego opinię, ale nie widzę w tym większego sensu, bo i tak jest Pan na mur beton przekonany co do swojej racji i nic już nie jest w stanie tego zmienić. A z zagrożeń jakie niesie islam – mam na myśli zwłaszcza tę jego fanatyczną i agresywną stronę – bardzo dobrze zdaję sobie sprawę.
  • MMP:Jeżeli chce Pan mówić o faktach, to proszę zwrócić uwagę, że za posiadanie Biblii w Arabii Saudyjskiej grozi kara śmierci. Do Mekki nie mogą wejść innowiercy, w Iraku za bycie chrześcijaninem obcinają nożem głowę. W Rzymie są meczety, a muzułmanie sikają na zabytkowe kościoły, a Pan i Panu podobni kajają się w pro-islamskiej, anty-Zachodniej retoryce. Wstyd.
  • StB:Czy to wszystko (np. sikanie muzułmanów na zabytkowe kościoły) ma być usprawiedliwieniem ludobójstwa Palestyńczyków, jakie odbywa się w Gazie, albo katastrofalnej polityki amerykańskiej w Iraku, (która doprowadziła do śmierci setek tysięcy ludzi, zrujnowała kraj i której konsekwencją jest teraz wojna między szyitami i sunitami), destabilizacji Libii… ? etc.. Nie jestem ani antyzachodni, ani antyamerykański, ani tym bardziej proislamski. Mam prawo krytykować np. politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych (i to, że mogę to robić jest właśnie jedną ze zdobyczy Zachodu). Byłbym głupcem, ślepcem i niewdzięcznikiem, gdybym nie doceniał naszych osiągnięć cywilizacyjnych i swego rodzaju przywileju życia na Zachodzie. Ale to nie znaczy, że mam położyć uszy po sobie, udawać, że Amerykanie i Zachód rozsiewają po świecie samo Dobro, i broń Boże nie krytykować naszych wspaniałych polityków i „przywódców” (jak np. ewidentnej głupoty G.W. Busha, czy niektórych posunięć Obamy, idącego na pasku tych, którzy posiadają Wielkie Pieniądze i często działają wbrew interesowi amerykańskiego społeczeństwa en masse).
  • MMP: Może Pan to nazwać, jak Panu wygodnie. Jeżeli ma Pan natomiast instynkt samozachowawczy, to powinien on kształtować Pana oceny tego, co się dzieje na Bliskim Wschodzie. Jak ocenia Pan to, co robią islamiści z chrześcijanami… ha? To nie ludobójstwo? I może Pan sobie dopowie, co islam by zrobił z nami, gdyby miał odpowiednie środki? Proponuje Panu, żeby nabrał Pan odwagi i wypowiedział się w sprawie tego, co islamiści już wyprawiają u nas. Ta dyskusja to jeszcze większy bezsens, niż to, co Pan wypisuje o ciemiężonych Irakijczykach.
  • StB: Zostawiam Pana z Pańską wizją dostrzegania samego Zła po stronie islamu i samego Dobra po stronie Zachodu. A mój instynkt samozachowawczy mówi mi, że gaszenie pożaru benzyną (a tym jest militarystyczna polityka Zachodu na Bliskim Wschodzie) jest nie tylko głupotą ale i śmiertelnym niebezpieczeństwem. A na początek edukacji: elementarz – coś w rodzaju „Iraqi policy for beginners” – proponuję zapoznanie się z artykułem pt. „The Rise of ISIS: US Invasion of Iraq, Foreign Backing of Syrian Rebels Helped Fuel Jihadis’ Advance” i przeczytanie go ze zrozumieniem. A zderzenie cywilizacji islamu z Zachodem (jeśli tak nazwiemy pewne współczesne konflikty na styku świata arabskiego i zachodniego) jest według mnie przede wszystkim zderzeniem politycznym, a dopiero później religijnym, czy kulturowym (świadczą o tym choćby walki miedzy samymi muzułmanami). Dlatego proszę mi tu Koranem nie wymachiwać, bo to byłoby na tym samym poziomie sensowności, co wymachiwanie również Starym Testamentem. Ja, żyjąc w Stanach, mam za sąsiadów Syryjczyków i jedyną niedogodnością tego sąsiedztwa jest to, że ich dzieciaki czasami trochę dokazują. Tak więc, nie wiem co też takiego strasznego wyprawiają islamiści u nas (do mnie przynajmniej to nie dociera, choć interesuję się sprawami amerykańskiego społeczeństwa). I jak to wszystko się ma do mojego instynktu samozachowawczego, to doprawdy trudno mi pojąć. A już zupełnie nie mam pojęcia, dlaczego mój instynkt samozachowawczy powinien kształtować ocenę tego, co się dzieje na Bliskim Wschodzie. Wolę, żeby tę ocenę wyznaczał mój system etyczny, sumienie, a nie jakieś podszyte rasizmem i poczuciem supremacji wyrachowanie.

    greydot

    3.

    Skoro zdecydowałem się na ten wpis, to jednak nawiążę także do wspomnianej książki Terzaniego „Listy przeciw wojnie”, w której przeciwstawia się on konfrontacyjnej i – co tu kryć – agresywnej, nie pozbawionej inwektyw („Pluję na was!”) retoryce Oriany Fallaci, która wkrótce po zamachu na WTC 11 września 2001 roku opublikowała w „Corriere della Sera” artykuł pod wymownym tytułem „Wściekłość i duma”. Tekst ten wywołał burzę i spolaryzował opinie wokół kwestii stosunku Zachodu do islamu i do muzułmańskich imigrantów.
    Aby przybliżyć (a niektórym przypomnieć) treść tego artykułu, jak również retorykę w jakiej był utrzymany, przytoczę tu jego mały fragment:

    „Ludzie, obudźcie się! Zahukani przez strach, nieskłonni płynąć pod prąd, czyli ściągnąć na siebie oskarżenie o rasizm (słowo zresztą niewłaściwe, ponieważ tu nie chodzi o rasę, lecz o religię), nie rozumiecie lub nie chcecie zrozumieć, że właśnie się toczy Krucjata, tyle że na odwrót. Przyzwyczajeni do podwójnej gry, zaślepieni krótkowzrocznością nie rozumiecie lub nie chcecie zrozumieć, że właśnie toczy się wojna religijna. Której chce i którą wypowiada być może tylko odłam tamtej religii, lecz i tak jest to wojna religijna. Wojna, którą oni nazywają dżihad. Święta Wojna. Wojna, której celem być może nie jest zdobycie naszych terytoriów, lecz której celem z pewnością jest podbój naszych dusz. Unicestwienie naszej wolności i naszej cywilizacji. Zniszczenie naszego sposobu życia i śmierci, naszego sposobu modlenia się lub niemodlenia, naszego sposobu jedzenia, picia, ubierania, rozrywki i przekazu informacji… Nie rozumiecie albo nie chcecie zrozumieć, że jeśli się nie przeciwstawimy, jeśli nie będziemy się bronić, walczyć, to dżihad zwycięży. I zniszczy świat, który lepiej lub gorzej udało się nam zbudować, zmienić, ulepszyć, uczynić nieco bardziej inteligentnym, czyli mniej bigoteryjnym lub całkowicie wolnym od bigoterii. I tym samym zniszczy naszą kulturę, naszą sztukę, naukę, moralność, nasze wartości, nasze przyjemności… Jezu! Czy nie zdajecie sobie sprawy, że ludzie tacy jak Osama ben Laden czują się uprawnieni do tego, żeby zabijać was i wasze dzieci tylko dlatego, że pijecie wino lub piwo, że nie nosicie długiej brody albo czarczafu, chodzicie do teatru i kina, słuchacie muzyki i śpiewacie piosenki, dlatego że tańczycie w dyskotekach albo we własnym domu, bo oglądacie telewizję, nosicie minispódniczki albo krótkie skarpetki, bo w morzu albo w basenie stoicie nago lub prawie, bo pieprzycie się, kiedy macie ochotę, gdzie macie ochotę i z kim macie ochotę? Nawet to was nie obchodzi, idioci?”

    Mogę zrozumieć emocje Fallaci, która, mieszkając na Manhattanie – będąc na dodatek terminalnie chora – odczuła grozę tego zamachu terrorystycznego bezpośrednio. Nie podzielam jednak jej argumentacji, która moim zdaniem bardziej przypomina nacechowaną szowinizmem tyradę nienawiści do obcej cywilizacji i w konsekwencji – do samych muzułmanów – niż stanowi zachętę do racjonalnego dyskursu.
    Nie chcę jednak sam krytykować tego co napisała Oriana Fallaci w swoim artykule. Oddaję więc głos Tiziano Terzaniemu, który, podobnie jak Fallaci, urodził się we Florencji i podobnie jak ona stał się jednym z najsłynniejszych i najbardziej respektowanych dziennikarzy świata. Oto fragment jednego z jego „listów przeciw wojnie”, skierowany właśnie do swojej krajanki i koleżanki po fachu:

    Tiziano Terzani - Listy przeciwko wojnieOriano, piszę do Ciebie – w dodatku publicznie – także po to, aby ci czytelnicy, którymi może, tak jak mną, Twoje inwektywy wstrząsnęły podobnie jak upadek Wież, nie czuli się zbyt samotni. Tam umierały tysiące ludzi, a wraz z nimi nasze poczucie bezpieczeństwa. W Twoich słowach zaczyna umierać najlepsza część ludzkiego umysłu – rozsądek – i najlepsza część ludzkiego serca – empatia. (…)
    Oriano, czy naprawdę sądzisz, że stając na samym czele krucjaty przeciwko wszystkim tym, którzy nie są tacy jak Ty albo wzbudzając Twoją niechęć, przynosisz nam zbawienie? Nie znajdziemy zbawienia ani w Twej wzburzonej złości, ani w wykalkulowanej wojskowej kampanii nazwanej Trwała Wolność („Enduring Freedom”), żeby było łatwiej nam ją zaakceptować. Czy na pewno myślisz, że przemoc jest najlepszym sposobem pokonania przemocy? Jak świat światem, nie było jeszcze takiej wojny, która położyłaby kres wszystkim wojnom. Ta też nią nie będzie. (…)
    Jeśli na ich przemoc w postaci ataku na Bliźniacze Wieże odpowiemy jeszcze bardziej przerażającą przemocą – najpierw w Afganistanie, potem w Iraku, a potem kto wie gdzie – nieuchronnie nastąpi odpowiedź z ich strony, jeszcze bardziej okrutna, potem znów nasza i tak dalej. (…)
    Dziś, niestety, na scenie świata my, luzie Zachodu, jesteśmy jedynymi bohaterami i jedynymi widzami, tak więc w naszych telewizorach i gazetach widzimy tylko nasze racje, czujemy jedynie nasz ból. Świat innych nigdy nie jest pokazywany. (…)

    Jestem przekonany, że problemu terroryzmu nie rozwiążemy eliminując terrorystów, (bo kiedy zabijemy jednych zaraz na ich miejsce pojawią się nowi) ale powody, które ich stwarzają. Każde zdarzenie, także w naszym życiu, jest wynikiem tysięcy czynników, tworzących obok tego zdarzenia tysiące innych rezultatów, które z kolei są powodem tysięcy innych wyników. Atak na Bliźniacze Wieże jest jednym z takich zdarzeń: rezultatem wielu złożonych wcześniej wypadków. Z pewnością nie jest aktem „wojny religijnej” prowadzonej przez muzułmańskich ekstremistów w walce o nasze dusze, krucjatą a rebours, jak Ty to nazywasz, Oriano. Nie jest też atakiem na „zachodnią wolność i demokrację”, jak wynikałoby to z płytkich formułek używanych dziś przez polityków. (…)

    „11 września samobójcy nie zaatakowali Ameryki – zaatakowali amerykańską politykę zagraniczną” – pisze w „The Nation” profesor z uniwersytetu Berkeley Chalmers Johnson, osoba, której z pewnością nie można podejrzewać o antyamerykanizm ani o sympatie lewicowe. Według niego mamy do czynienia właśnie z kolejnym „przeciwuderzeniem”, jako, że – mimo upadku związku Radzieckiego – Stany Zjednoczone utrzymały nietkniętą imperialistyczną sieć około ośmiuset baz wojskowych na całym świecie.
    W swojej analizie Johnson robi listę oszustw, spisków, zamachów stanu, prześladowań, zabójstw i interwencji na rzecz totalitarnych i skorumpowanych reżimów w Ameryce Łacińskiej, Afryce, Azji i na Bliskim Wschodzie, w które Stany Zjednoczone były otwarcie albo potajemnie zamieszane od końca drugiej wojny światowej po chwilę obecną.
    „Przeciwuderzenie”, którym był atak na Bliźniacze Wieże i Pentagon, byłoby więc powiązane z całą serią takich faktów, od inspirowanego przez CIA zamachu stanu na Mosaddegha w 1953 roku i następujące po nim osadzenie szacha w Iranie, po wojnę w Zatoce i wynikające z niej umieszczenie amerykańskich wojsk na Półwyspie Arabskim, zwłaszcza w Arabii Saudyjskiej, gdzie znajdują się święte miejsca islamu. Według Johnsona taka polityka amerykańska „przekonała wielu porządnych ludzi w całym muzułmańskim świecie, że Stany Zjednoczone są ich zatwardziałym, wrogiem”. W ten sposób można by wytłumaczyć rozpowszechniony w świecie muzułmańskim jadowity antyamerykanizm, który dziś tak bardzo zaskakuje Stany Zjednoczone i ich sprzymierzeńców.

    Wyraźnie więc widać, że u podstaw wszystkich problemów, jakie mają Amerykanie i my na Bliskim Wschodzie, jest (pomijając kwestię izraelsko-palestyńską), obsesyjne zabieganie o to, aby rezerwy ropy naftowej regiony pozostawały w rękach rządów „przyjaznych”, niezależnie od tego, z kim mamy do czynienia. (…)
    Nawet w samej Ameryce niektórzy intelektualiści zaczynają się obawiać, że połączenie interesów przemysłu naftowego i wojennego – obecnie wyraźnie widoczne w ekipie trzymającej władzę w Waszyngtonie – wytyczy jedyny kierunek przyszłych politycznych wyborów Ameryki w polityce światowej, wewnątrz kraju zaś, powołując się na stan wyjątkowy z powodu zagrożenia terroryzmem, ograniczy prawa obywatelskie, które czynią ten kraj tak niezwykłym. (…)

    Podzielenie świata w sposób – moim zdaniem – „talibski” na tych, którzy są z nami”, i na tych „przeciwko nam”, tworzy klimat polowania na czarownice, panujący w Ameryce w latach pięćdziesiątych w czasach makkartyzmu. (…)
    Żeby się bronić, Oriano, często nie trzeba atakować (myślę o Twojej napastliwości). Dla własnej ochrony nie trzeba zabijać. Chociaż tutaj także bywają uzasadnione wyjątki. (…)

    Rozległe, niespójne przymierze, jakie buduje Waszyngton, przetasowując stare sojusze i przybliżając się do krajów i osób, które wcześniej odstawił do kąta, jedynie dlatego, że teraz mogą być przydatne, to tylko kolejny przykład cynizmu politycznego, którym obecnie karmi się terroryzm w niektórych częściach świata i który zniechęca wielu porządnych ludzi w naszych krajach.
    Amerykański interes państwowy stoi ponad jakimikolwiek innymi zasadami. Dlatego Waszyngton odkrywa teraz przydatność Pakistanu, trzymanego dotychczas z daleka ze względu na militarny reżim i karanego sankcjami ekonomicznymi za eksperymenty nuklearne. Dlatego CIA niedługo znów uzyska uprawnienia do najmowania mafii i gangsterów, którym będzie można zlecać „brudna robotę”, czyli likwidację osób z czarnej listy. Ale pewnego dnia – jeśli chcemy żyć w lepszym świecie: lepszym w Azji i w Afryce, w Timbuktu i we Florencji – polityka będzie musiała na nowo połączyć się z etyką. (…)

    Pozdrawiam Cię, Oriano, i z całego serca życzę odnalezienia pokoju. Bo jeśli nie będzie go w nas, to nie będzie go nigdzie indziej.

    greydot

    4.

    Świat to wielka wieża Babel. Jedna wieża, w której Bóg pomieszał nie tylko języki,
    ale także kulturę i obyczaje, namiętności i interesy, i której mieszkańcem uczynił ambiwalentną istotę
    łączącą w sobie Ja i nie-Ja, siebie i Innego, swojego i obcego.

    Ryszard Kapuściński, „Ten inny”

    .

    Jestem przekonany, że świat w jakim żyjemy będzie lepszy, jeśli nasze myśli uczucia bardziej zestroimy z tym, co o „Innym”, „Obcym” pisał Kapuściński, niż damy się ponieść wrogości, napastliwości i pogardzie, jakie dla obcego nam świata islamskiego żywiła Oriana Fallaci. I nie ma to moim zdaniem nic wspólnego z naiwnym idealizmem – jest natomiast jedyną postawą, która na dłuższą metę może doprowadzić do powszechnego pokoju na świecie. Jest to według mnie jedyna droga, by świat cywilizacji Zachodu mógł się pozbyć syndromu oblężonej twierdzy – poczucia (bardziej lub mniej uzasadnionego), że obce, sąsiadujące z nami cywilizacje, dążą do naszego unicestwienia.
    Na życie z „innymi”, jesteśmy w zasadzie skazani. Mam tu głównie na myśli kraje Zachodu, bo np. w Polsce – czyli w kraju bardziej homogenicznym kulturowo i etnicznie – ten problem nie rysuje się już tak ostro, mimo pewnych incydentów, jak np. awantura o budowę meczetu (bo chyba nawet nie chodziło o minaret) w Warszawie.

    Daleki jestem od bagatelizowania pewnych zjawisk, które świadczą o napięciu między ludźmi wywodzącymi się z różnych kręgów kulturowych, a „zmuszonych” do życia w swoim sąsiedztwie na terenie tego samego kraju. Mam tu na względzie przede wszystkim Europę, która od kilkudziesięciu lat mierzy się z falą napływową imigrantów z różnych kontynentów, starając się zasymilować „obcych”, którzy zarazem zawsze – przynajmniej na początku – są „innymi”. Nie jest to łatwe, niektórzy – można tu za przykład podać głośną wypowiedź Angeli Merkel – oświadczyli wprost, że polityka „wielokulturowości” poniosła w Europie fiasko. Jednak przykład Stanów Zjednoczonych – kraju należącego przecież to tego samego bloku cywilizacyjnego, co Europa – pokazuje, że pokojowe współistnienie obok siebie różnych grup etnicznych, wyznawców różnych religii – ludzi posiadających korzenie w różnych kulturach – jest możliwe bez większych społecznych perturbacji.

    Nie sądzę, że to co piszę jest uleganiem tzw. politycznej poprawności, albo jakąś naiwną wiarą w utopię powszechnej szczęśliwości, która wyniknie z harmonijnego współżycia między ludźmi odmiennymi rasowo, religijnie, kulturowo – jakie niewątpliwie nastąpi, kiedy wszyscy pokochamy bliźniego swego, staniemy się wyrozumiali i tolerancyjni, zamieniając się przy tym w łagodne gołąbki. Nie, jagnię i lew mogą leżeć obok siebie błogo w mitycznym raju – ewentualnie na filmiku, jaki przekazują sobie ludzie z nudów na Facebooku – lecz w rzeczywistości nigdy nie wyeliminuje się z życia instynktu rywalizacji, pędu do władzy i gromadzenia bogactw, prób zaspokajania swoich potrzeb cudzym kosztem… Chodzi jednak o to, by te wszystkie atawizmy, namiętności i dążenia, które odziedziczyliśmy po naszych przodkach, ująć w jakieś cywilizacyjne ramy, dzięki którym będziemy właśnie bardziej przypominać ludzi, a nie zwierzęta poddane darwinistycznej presji popędów i instynktów, nad którymi nie mają one przecież żadnej rozumnej kontroli.

    Przyznaję, iż jest coś w hipokryzji w tym, że reprezentując konkretną kulturę i przyjmując wartości osiągnięte przez cywilizację, z którą się utożsamiamy, deklarujemy przy tym  równość wszystkich kultur i uznajemy, że nie można wartościować cywilizacji mówiąc, że jedna jest lepsza od drugiej. Już bowiem to, że żyjemy w obrębie „naszej” cywilizacji, akceptujemy ją i nie chcemy tak naprawdę zamienić jej na żadną inną, świadczy o tym, że w praktyce uważamy ją za lepszą. Konsekwencją tego jest, że – przynajmniej w skrytości ducha, choć wielu z nas wyraża to nieskrępowanie i jawnie – uznajemy się za kogoś lepszego, niż Arab, Murzyn, Hindus, Wietnamczyk, Chińczyk… Oczywiście, obok próby racjonalnego usprawiedliwienia tego stanu rzeczy, dochodzi tu do głosu nasz plemienny atawizm – w rozwoju cywilizacyjnym gatunku Homo sapiens każde plemię (później: naród, a w szerszej perspektywie – ludzie należący do danej kultury czy cywilizacji) zawsze uważało się za lepsze, niż każde inne. 
    Jednakże, bardziej niż poczucie własnej wyższości (które jednak jest problematyczne, stwarzając ponadto niebezpieczeństwo suprematyzmu), powinno się liczyć wzajemne poszanowanie, próba zrozumienia innej kultury (co zwykle można osiągnąć poprzez jej poznanie) – przyjęcie faktu, że różnorodność kulturowa jest czymś zupełnie normalnym i że nie da się uniknąć dywersyfikacji świata, w którym żyjemy. I że lepiej jest dostrzegać w Innym jego lepsze strony (a przy tym je wzmacniać), niż te gorsze, ponieważ wszystkim (również i nam) wyjdzie to na dobre.

    Jednak problemu jaki Europa ma z muzułmanami, czy w ogóle z tzw. „ludnością napływową”, nie można bagatelizować. Faktem jest, że coraz powszechniej społeczności europejskie zaczynają postrzegać obecność „obcych” kulturowo imigrantów jako problem właśnie. I niewątpliwie dochodzi tu do głosu stary jak świat ludzkiej cywilizacji atawizm walki o dominację (w tym przypadku: jednej kultury nad drugą). Bądź co bądź jest to fakt historyczny: zawsze w przeszłości silniejsza kultura wypierała słabszą. Przy czym nie zawsze chodziło o podbój za pomocą siły zbrojnej, ale także przy pomocy pewnych wartości, które dana kultura reprezentowała i aplikowała innym (ustrój społeczny, technika, sztuka, obyczaje…). Niekiedy przyczyniała się do tego po prostu demografia. Jeśli więc cenimy kulturę i cywilizację, z której się wywodzimy i w której żyjemy, to należy ją chronić, bo jeśli my nie zadbamy o naszą kulturę, to – pisząc brutalnie – inna kultura „zadba” o nas, a my stracimy nie tylko naszą tożsamość, ale i to, czego dorobiliśmy się cywilizacyjnie. Nie wiem, może jest to konstatacja zbyt daleko posunięta, ale tak to rozumiem – istnieją pewne granice, których nie powinno się przekroczyć, a nasza postawa winna być logiczna i konsekwentna:  jeśli cenimy takie wartości, jak demokracja, tolerancja, wolność słowa, poszanowanie innych… etc. (a wartości te są produktami Zachodu), to powinniśmy się przeciwstawić tym, którzy owych wartości nie przestrzegają (i to bez względu na ich pochodzenie, kolor skóry, religię, narodowość…), a którzy zaczynają (chcą, zamierzają) wpływać na rzeczywistość (państwową, społeczną, kulturową) w jakiej żyjemy. Nasza tolerancja winna się więc kończyć tam, gdzie zderza się ona z czyjąś nietolerancją. Nie łudźmy się, że jesteśmy w stanie poszanować wartości, jakie wyznają inni, jeśli kłócą się one – albo wręcz zaprzeczają – wartościom, które przyjęliśmy my sami.

    Jak by na to nie patrzeć kraje zachodnie udzielają gościny tym, których przyjmują jako imigrantów. Nie tylko grzeczność, ale i uczciwość oraz sprawiedliwość wymagają tego, aby w domu, w którym jesteśmy gośćmi, zachowywać się tak, by nie burzyć jego spokoju, nie obrażać gospodarzy, nie lekceważyć wartości, które on ceni.* Zgadzam się, ten postulat trąci demagogią i może się wydawać trywialny, ale myślę, że dotyka on sedna imigracyjnego problemu.

    Oczywiście sprawa jest znacznie bardziej złożona, i nawet pisząc książkę nie można byłoby wyczerpać wszystkich wątków, jakie się z nią wiążą. Dość powiedzieć, że „Obcy” czy też „Inny” wcale nie musi być dla nas zagrożeniem, że warto się bronić przed ksenofobią, że trzeba zaakceptować obecność „innego”, a przede wszystkim: zawsze dostrzegać w nim człowieka.
    Nie bójmy się wpływu obcych kultur. W każdej z nich jest coś, co może nas wzbogacić. Niedobrze byłoby, gdybyśmy na imigrację zaczęli patrzeć jak na zło wcielone, a każdego imigranta traktowali jak wroga – w każdym Hindusie widzieli tylko brudasa, w każdym żydzie fałszywego kłamcę, w każdym „polaczku” złodzieja, w każdym czarnym „czarnucha”, w każdym muzułmaninie potencjalnego terrorystę… Myślę, że stać nas na coś więcej, niż mnożenie sobie bardziej lub mniej urojonych wrogów.

    Tak oto sprawa zbrodni dokonywanych przez dżihadystów w Iraku doprowadziła nas do dyskusji o zasadach naszego współżycia z „innymi”, którzy wcale nie muszą być wrogimi nam „obcymi”. To świadczy o tym, że świat w którym żyjemy przypomina system naczyń połączonych – wydarzenie w odległym zakątku globu, wzbudza w nas rezonans polemiczny, który warto zamienić w poznawczy. Bo warunkiem zrozumienia jest przecież poznanie. A im więcej wiemy, tym mniej ulegamy stereotypom i uprzedzeniom. Zwłaszcza jeśli powściągniemy przy tym nasze złe emocje i wrogość.

    I jeszcze jedno: nie zawsze winny jest „Inny”, a tym bardziej: nie zawsze „Inny” jest winny. Zwykle trudno się nam do tego przyznać, ale czasami większa wina leży po naszej stronie.

    greydot

    * Nasz lęk przed obcymi cywilizacyjnie i kulturowo „innymi” powinno temperować choćby to, że zobowiązani są oni do przestrzegania prawa i wartości konstytucyjnych (wliczając w to zasadę rozdziału religii od państwa), jakie obowiązują każdego w kraju, który ich przyjmuje. Tutaj nie ma zmiłuj, żadne tam zasłanianie się polityczną poprawnością, doraźne kalkulacje polityków czy umiłowanie „multi-kulti” nie powinno powstrzymywać nas od egzekwowania tej w sumie prostej reguły. W przeciwnym razie rzeczywiście może dojść do „rozsadzenia” naszej (zachodniej) cywilizacji od wewnątrz. A ta, które po niej nastanie, na pewno nie będzie bliższą naszemu ciału koszulą.

    .

ŚMIERCIONOŚNY GEST

*

Ruiny Aleppo (Photo: Syrian Arab News Agency, McClatchy - Tribune)

Ruiny Aleppo (Photo: Syrian Arab News Agency, McClatchy – Tribune)

*

Kiedy wreszcie zrozumiemy to, że w świecie po II wojnie światowej, wojna niczego nie rozwiązuje? Że „rozwiązanie” siłowe jest doraźne i że zwykle jest to demonstracja siły, mocarstwowego „autorytetu” – że konflikt zbrojny to woda na młyn wszelkiej maści militarystów, handlarzy bronią i przemysłów zbrojeniowych, wszystkich tych, którzy obsługują wojenny biznes. Po Korei, Wietnamie, Kambodży, Iraku, Iranie, Afganistanie… kolej na klęskę w Syrii (piszę klęskę, bo przecież żadna z tych wojen nie została przez Amerykanów wygrana). Irak? No tak: Irak po naszym „zwycięstwie” przecież kwitnie – ludzie żyją w spokoju i coraz większym dobrobycie, jest pełna demokracja (tyrania została wreszcie przez nas zlikwidowana), nie ma już żadnych etnicznych podziałów generujących walkę na śmierć i życie. I wszyscy są nam wdzięczni, stali się naszymi przyjaciółmi, kochając nas za to nasze altruistyczne poświęcenie – za wszystkie te dobrodziejstwa, które żeśmy z tak wielkim wysiłkiem i poświęceniem im uczynili… etc
Podobnie jest w Afganistanie, podobnie będzie w Syrii.
Jeżeli rzeczywiście Ameryce (piszę „Ameryka” mając na myśli amerykańskich polityków, prezydenta i innych decydentów) zależałoby na opinii państwa, które działa na rzecz pokoju i demokracji na świecie, na rzecz sprawiedliwości i praw człowieka, to zaczęłaby stosowanie tych ideałów i wartości przez siebie samą. A dzieje się wręcz odwrotnie: nadal lobby zbrojeniowe ma ogromny wpływ na decyzje polityczne, nadal militaryzuje się Bliski Wschód i wskazuje na konieczność użycia siły i agresji, nadal przeprowadza się haniebne moim zdaniem (bo zabijające w większości przypadkowych ludzi), ataki dronów w Jemenie czy Pakistanie; nadal więzi się, urągając wszelkiemu prawu i sprawiedliwości, niewinnych ludzi w Guantanamo… etc. Czy tak postępuje ktoś, kto chce się mienić Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata?
To co się stało niedawno w Syrii, gdzie zagazowano na śmierć blisko półtora tysiąca ludzi, jest potworną zbrodnią – to nie ulega wątpliwości. Ale skąd nagle to oburzenie i współczucie dla tych ofiar ze strony polityków? Czy do tej pory nie widziano jak masowo giną ludzie w tym kraju? Przecież od początku wybuchu wojny domowej w Syrii zginęło już ponad sto tysięcy ludzi!
A że użyto „broni” chemicznej? (nota bene, nazywanie śmiercionośnych narzędzi „bronią” wygląda na jakąś ponurą ironię). Tu kolejny dowód na naszą hipokryzję: to znaczy, że można komuś wyrywać wnętrzności bombardując jego dom (bo jest to zgodne z prawem narodowym), ale już nie należy wypalać mu tych wnętrzności chemią (bo to jest z prawem narodowym niezgodne). Co za absurd!
Już nie będę wracał do zbrodni jaką popełnił rząd Stanów Zjednoczonych podczas wojny w Indochinach, mordując i kalecząc ludzi „bronią” chemiczną, jaką był tzw. Agent Orange. Nigdy w dotychczasowej historii ludzkości nie użyto „broni” chemicznej wobec cywilów na taką skalę, jak wówczas, zabijając i okaleczając setki tysięcy ludzi – a skutki tego widoczne są do dzisiaj, bo nadal w Wietnamie rodzą się dzieci ze strasznymi defektami, wywołanymi zatruciem tym środkiem chemicznym ich rodziców a nawet dziadków.
Ktoś może powiedzieć, że to było dawno i dzisiejsi politycy nie mają z tym nic wspólnego. Czyżby? Istnieje coś takiego jak ciągłość historyczna, odpowiedzialność państwa za to co się działo w przeszłości – za czyny polityków, którzy w imię tego państwa działali. Tym bardziej, że – jak mówił kilka dni temu prezydent Obama – Ameryka chce podtrzymywać swoje tradycje wolności i sprawiedliwości jako „najdłużej istniejąca demokracja na świecie”. (To, czy naprawdę działa jeszcze w tym kraju demokracja – i czy w kraju tym mają jeszcze miejsce „rządy narodu, przez naród i dla narodu” – staje się kwestią coraz bardziej wątpliwą.)
Ameryka szykuje się do kolejnej wojny, a właściwie do uderzenia karzącego reżim Assada za użycie broni chemicznej i zabicie za jej pomocą półtora tysiąca swoich ludzi. Co jest jeszcze bardziej absurdalne, niż wysłanie na ziemie syryjską wojska: bo to przecież gest wojenny, który niczego nie rozwiąże a sprowadzi się do zabicia jeszcze większej ilości ludzi, destrukcji syryjskich dróg i budynków, zaostrzając tylko sytuację… grożąc nawet rozprzestrzenieniem się walk na kraje ościenne. Czy aby na pewno gotując się do kolejnej wojny, zyskamy pokój? Nie sądzę. Po raz kolejny pod płaszczykiem humanitaryzmu skrywa się ordynarne zagranie polityczne. Chęć udowodnienia światu (i sobie), że to my, ludzie Zachodu, jesteśmy tymi „good guys”, którzy bronią wolności, sprawiedliwości i stoją po stronie Dobra. Jak długo można tak się łudzić i okłamywać – siebie i innych?

greydot*

Jako konkluzję pozwolę sobie tutaj przytoczyć to, co napisałem w jednym z komentarzy:

Atak na Syrię, jeśli dojdzie do skutku, będzie po prostu nieracjonalny – w tym sensie, że najprawdopodobniej doprowadzi do eskalacji walk, nie wyeliminuje użycia broni chemicznej (wręcz przeciwnie: istnieje wielkie niebezpieczeństwo, że sprowokuje do jej ponownego użycia), wzmocni wrogość państw regionu wobec Stanów Zjednoczonych, nie usunie reżimu Assada, zmobilizuje jeszcze bardziej Al Kaidę i inne skrajne ugrupowania dżihadystyczne (przysparzając im jeszcze więcej zwolenników), uwikła Amerykę w nowy konflikt (może nastąpić efekt domina – jeden ruch pociągnie za sobą konieczność poczynienia kolejnego)… itd. Już nie wspomnę o takim “drobiazgu” jak jeszcze liczniejsze ofiary w ludziach, także wśród ludności cywilnej (uderzenie “chirurgiczne” to moim zdaniem bzdurny wymysł militarystycznych pasjonatów i teoretyków, którzy usiłują wmówić nam, że wojna może być “czysta”, kliniczna i precyzyjna i że wszystkie działania w jej ramach mogą być pod kontrolą). Wobec takiego stanu rzeczy – biorąc pod uwagę te wszystkie niebezpieczeństwa – decyzja amerykańskich polityków by zaatakować Syrię, jest nie tylko irracjonalna, ale wygląda też na zwykłą głupotę – i jest chyba jednak także nikczemnością pomieszaną z cynizmem (bo nie wierzę w humanitarny aspekt tego posunięcia, wbrew oficjalnym deklaracjom, które czynione są “pod publikę”). Chodzi po prostu o gest polityczny, ambicjonalny, “prestiżowy”, bez liczenia się z opinią większej części amerykańskiego społeczeństwa i samych Syryjczyków, którzy – nawet ci zwalczający reżim Assada – także są przeciwni temu „dobroczynnemu” aktowi obcego państwa. Niestety, nie można też wykluczyć tutaj rozdętego EGO amerykańskich decydentów, zachłyśniętych swoją władzą – poczuciem własnej wagi i omnipotencji). A aspekt ekonomiczny tego wszystkiego to jeszcze inna historia i dużo by o tym pisać (jest oczywiste, że na ostatnich amerykańskich wojnach zarabiają tylko wybrani – państwo jako całość traci: zwiększa się zadłużenie, następuje zubożenie społeczeństwa, pogłębia się kryzys, tnie się wydatki na edukację i programy socjalne… etc. – o dziesiątkach tysięcy zabitych, okaleczonych i zdewastowanych psychicznie żołnierzach nie wspominając.)
No i – last but not least – owo wskrzeszanie i karmienie ducha militaryzmu oddziałuje przecież na wszystkich ludzi globalnie, w dalszą przyszłość odsuwając czas, kiedy wreszcie ludzkość zmądrzeje i przestanie rozpętywać kolejne wojny, które są niczym innym jak orgiami destrukcji, pozostawiającymi za sobą zgliszcza, cierpienie i śmierć.

greydot*

Więcej o mechanizmach psychologicznych i propagandowych wojen: „CZAS PRZEMOCY

*

„CZY BOGOWIE DOMAGAJĄ SIĘ KRWI?” – ROZMOWA Z KARTKĄ

*

Niestety, ponownie aktualne stały się słowa, które napisałem przed rokiem: Co jakiś czas, z regularną natarczywością, dobija się do naszej świadomości jeden z najtrudniejszych i najbardziej bolesnych problemów współczesnego świata, jakim jest konflikt palestyńsko-izraelski.” Na Bliskim Wschodzie znowu na ludzkie głowy spadają bomby, pociski i rakiety – a w powietrzu wisi kolejna izraelska agresja na Strefę Gazy. We wrześniu ubiegłego roku podjąłem ten temat we wpisie „Czy bogowie domagają się krwi?” w związku z nadchodzącą wówczas sesją zgromadzenie ogólnego Narodów Zjednoczonych, na której miało się odbyć głosowanie nad przyjęciem uznaniem Palestyny za państwo nieczłonkowskie o statusie obserwatora. Wśród ponad 100 komentarzy, które się pod tym tekstem wówczas ukazały, znalazła się także moja rozmowa z Kartką z Podróży, jednym z moich blogowych znajomych. Zdecydowałem się na zamieszczenie jej tutaj z kilku względów – m.in. dlatego, że wydaje mi się ona szczególnie cenna, zwłaszcza w dobie jakże powierzchownych i lakonicznych kontaktów wirtualno-emailowo-fejsbukowych, w których ślizgamy się jedynie po powierzchni naszego świata. Myślę, że ta nasza wymiana słów jest niczym powrót do czasów, kiedy pisało się do siebie długie, niezdawkowe i poruszające ważne sprawy listy. Kto dzisiaj tak robi?

*

KARTKA Z PODRÓŻY: Czasem gdy pali się las nie warto próbować go gasić, bo to nic nie przyniesie. Strażacy wręcz rozniecają nowe ogniska pożaru równocześnie oddzielając płonący teren od świata. W Europie takim płonącym terenem jeszcze niedawno były Bałkany – to też przeklęta ziemia. Wiele mówiono o bezradności Europy wobec tamtejszej wojny ale myślę, że na tę bezczynność wpływ miało europejskie doświadczenie. Myślę, że przywódcy wiedzieli, że wojna na Bałkanach się musi wypalić a spokój wszystkich zaangażowanych w konflikt stron może zapewnić tylko traumatyczne doświadczenie tragedii.
Chyba podobnie jest z Palestyną i Izraelem. Ten konflikt musi się tragicznie wypalić. Musi na tyle doświadczyć Żydów i Palestyńczyków, by zaczęli inaczej myśleć. Jak widać jeszcze do tego nie doszło. Mam wrażenie, że mimo wstrząsających relacji (zdjęcia!) świat wobec tego konfliktu nie ma nic do powiedzenia. I to nie jest postawa bezradna, tylko takie są realia. Sytuacja tam jeszcze nie dojrzała do rozwiązania.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: No tak, ale gdy płoną lasy, to jednak nie to samo, kiedy zabijani są ludzie. To jest obrazowa metafora, tylko że w dzisiejszym świecie wszystko ze sobą jest połączone, i trudno jest zachować pełną neutralność. To, że kwestia uznania Palestyny trafia teraz na wokandę ONZ, mówi samo za siebie. To nie jest tylko sprawa między Palestyńczykami a Żydami.
Co rozumiesz Kartko, pisząc, że “świat wobec tego konfliktu nie ma nic do powiedzenia”?
Świat nie jest obojętny wobec tego konfliktu od jego zarania. I każdy ma na jego temat coś do powiedzenia. Stąd choćby np. ta ostatnia polemika w “Polityce”, która zaczęła się od bardzo kontrowersyjnego wywiadu z profesorem Baumanem. Stąd obecność tego tematu w mediach na całym świecie.
Bowiem świat – a przynajmniej ludzie świadomi tego, co jest dla tego świata ważne – jak najbardziej jest zainteresowany rozwojem sytuacji na Bliskim Wschodzie. Gdyby nie ten konflikt, to najprawdopodobniej nie byłoby ataków na Amerykę 11 września, ani wojny w Iraku i w Afganistanie.
Kartko, faktycznie – nie starcza nam wyobraźni. Na szczęście. Bowiem gdybyśmy zdołali sobie tak naprawdę wyobrazić potworności, jakie działy się podczas wojen – nie tylko na Bliskim Wschodzie – to nie dałoby się dłużej żyć. Majaczymy tylko. I tylko dzięki temu, możemy żyć dalej, unikając losu tych, którzy zwariowali albo strzelili sobie w łeb.

KATRTKA: Przyznaję, że metafora o płonących lasach nie oddaje bólu ludzkiego, ale trudno to inaczej ująć. Mam wyobraźnie więc potrafię to wewnętrznie przeżyć ale nie potrafię opisać.
Nie pierwszy raz sprawa Palestyny trafia pod obrady ONZ. No ale ONZ może pomóc tylko wtedy gdy jest elementarna wola stron do porozumienia. A tej woli nie ma – sam o tym piszesz. Ani Bauman ani ktokolwiek inny nie pomoże radykalnie zanim ten konflikt sam nie zacznie się wypalać. Myślę, że najtrudniejsze chwile przed nami (świat powiązany), bo w pewnym sensie żywiołowo zmienia się sytuacja na Bliskim Wschodzie. Jak zauważam rośnie również dystans USA i jego sojuszników wobec polityki izraelskiej. Mam pewność, że ruch jest po stronie Izraela. To Żydzi muszą podjąć decyzję o zmianie swej polityki. Muszą tę zmianę sobie przekalkulować. To brzydkie słowo w kontekście tego konfliktu ale piszemy o zimnej polityce.
Bez względu na straszliwe ludzkie doświadczenia i nacisk świata, ten konflikt musi sam dojrzeć do rozwiązania. Tak jak przed laty konflikt w RPA (“płynny ołów” – “płonące na szyjach opony”) czy na Bałkanach, o których wspomniałem nocą. Ważne by zachować kontrolę nad tym ogniem.

StB: Kartko, tam właściwie nie ma pożaru. Są natomiast bez przerwy rozpalane jakieś ogniska – zarówno przez jedną, jak i drugą stronę. Zawsze jednak istniało (istnieje?) niebezpieczeństwo, że ten ogień przeniesie się na inne kraje – nie tylko ościenne, ale i dalsze (w pewnym sensie to zarzewie dotarło nawet do Ameryki, kiedy zapłonęły wieże WTC). Dlatego ważnie jest stanowisko (i zachowanie) świata wobec tego konfliktu.
NZ są organizacją zbyt słabą, by cokolwiek istotnego zmienić (w zasadzie większość rezolucji ONZ była przez uczestników obu stron ignorowana). Także to najbliższe głosowanie nad uznaniem Palestyny za państwo, (któremu nota bene sprzeciwia się Hamas) jest właściwie tylko symbolicznym gestem.
Masz rację pisząc, że tylko strona silniejsza (a więc Izrael) jest zdolna do radykalnej zmiany sytuacji – i w końcu do zażegnania tego konfliktu. Dlatego Izrael powinien odczuwać presję (a to oznacza, że świat nie może pozostawać wobec tego problemu obojętny.)

KARTKA: Problemem tego eseju jest to, że dotyczy zarówno polityki, czyli zimnej gry interesów, jak i gorącego cierpienia – i tych rozszarpywanych czy wysadzanych w autobusach przez dzieciaki, jak i tych atakowanych rakietami z modeli infantylnych samolocików. Mimo, że mogę pisać o jednym i o drugim to jednak wolę te sprawy rozdzielać. Nie mam ochoty wdawać się w dyskusje, że ktoś bardziej cierpi bo jakaś polityczna racja jest po jego stronie. Albo, że rozwalone zwłoki atakowanych na zdjęciach są prawdziwsze od zwłok agresorów… . Tak więc powtórzę – jeśli chodzi o polityczna stronę konfliktu to myślę, że wygaśnie gdy życie ludzi – Żydów i Palestyńczyków – na tym skrawku ziemi stanie się naprawdę nie do zniesienia – gdy zamienią swoje życie w piekło. Wtedy gdy nie pozostanie im nic innego, niż lizanie ran.
Jeśli zaś chodzi o cierpienie, to ma ono charakter uniwersalny. Tak samo cierpi Palestyńczyk i Żyd. W tym przypadku mówmy więc o ludzkim, egzystencjalnym cierpieniu, a nie o polityce.
Nie stanę więc po żadnej stronie tego konfliktu. Nie chcę nawet komentarzami tego rozgrzewać.

StB: Ale czy można rozdzielać “zimną grę interesów” od “gorącego cierpienia”, skoro zimna gra interesów powoduje to cierpienie? Moim zdaniem należy to widzieć w pełnym wymiarze.
Piszesz Kartko: “nie stanę po żadnej stronie tego konfliktu”.
Ale czy już nie staniesz po stronie tych żydowskich dzieci, których zabiła bomba zdetonowana przez palestyńskiego fanatyka? Albo po stronie tych palestyńskich dzieci, które zostały spalone lub poparzone przez izraelski biały fosfor?
Tu przecież nie chodzi o zadeklarowanie się po czyjejkolwiek stronie (i ja takiego sporu nie chcę prowadzić). Tu chodzi o uświadomienie sobie nieludzkich skutków właśnie owej zimnej gry interesów i polityki. Czy o tym też nie chcesz rozmawiać? Czy raczej nie chcesz, żeby do Twojej świadomości dotarły pewne okrutne prawdy o wzajemnym traktowaniu się ludzi?

KARTKA: Logosie, ale ja rozumiem te cierpienia, choć nie mam na nie wpływu. Ci ludzie chcą cierpieć. Oni nie dojrzeli jeszcze do tego by się z tej tragedii wywikłać. Może sobie w końcu jasno powiemy, że zarówno Żydzi jak Palestyńczycy nie chcą pokoju i normalnego życia. To co do nas dociera to puste deklaracje. Oni ugrzęźli w beznadziejnej sytuacji, którą chyba traktują już jak normalną. Zaadaptowali się do okrucieństwa tej niekończącej się wojny. Ludzie to też potrafią.
Czuję w tych komentarzach chęć opowiedzenia się po którejś stronie konfliktu albo uszczęśliwienia ich na siłę pokojem. To zrozumiałe, bo wszyscy szukamy w takich sytuacjach jakiegoś znanego nam porządku. Ale tym konfliktem rządzi inna logika. Tam pokój się nie uda póki nie będą go chcieli. To dla mnie jest oczywiste.

StB: Zgadzam się w pełni z Twoim ostatnim zdaniem: jeśli ktoś nie chce pokoju, to go nie będzie miał.
Niestety, wcześniej piszesz tak: “Może sobie w końcu jasno powiemy, że zarówno Żydzi jak Palestyńczycy nie chcą pokoju i normalnego życia.” I co gorsza: “Niestety, ci ludzie chcą cierpieć”.
Ale jacy Palestyńczycy, jacy Żydzi?
Jestem głęboko przekonany, że tzw. zwykli (czyli nie związani ani z polityką, ani z organizacjami typu Hamas) ludzie (a takich wg mnie jest zdecydowana większość) chcą pokoju i normalnego życia. I na pewno nie chcą cierpieć (nie wierzę, że większość ludzi to masochiści).
Wydaje mi się, że powtarzasz opinię prof. Baumana o tym, że obie strony chcą wojny, bo bez niej żyć nie mogą. Ale on to powiedział o pewnych (niestety dotychczas decyzyjnych) grupach ludzi: “między ekstremistami izraelskimi i palestyńskimi istnieje sprzężenie zwrotne. Potrzebują się nawzajem dla przetrwania, żyć by bez siebie nie mogli.” A jeśli rozciąga się to na szerokie rzesze ludzi, to ja się z tym nie zgadzam.
Może pora, by poprzeć wreszcie zwykłych ludzi?
Nie chodzi więc o uszczęśliwianie “tych ludzi” na siłę pokojem (jakich ludzi?) Chodzi o to, by zapewnić tym ludziom, którzy chcą żyć w pokoju (a nie mają większego wpływu na to, co się teraz dzieje) – a jestem pewien że takich jest zdecydowana większość – życie w pokoju. Jak? Właśnie poprzez to, by przestać się opowiadać po którejkolwiek stronie (a pisząc “strona” mam na myśli owych polityków i ekstremistów, którzy podniecają ogień tego konfliktu). Wypadałoby ich wszystkich przepędzić na cztery wiatry (może zapowiada to coraz bardziej powściągliwy stosunek Stanów Zjednoczonych do obecnej elity rządzącej w Izraelu?) a jeśli nie to, to przynajmniej nie udawać, że mamy do czynienia z mężami stanu i politykami, którym można ufać i których można popierać.
Stwierdzając, że “ci ludzie nie chcą pokoju” albo że oni “chcą cierpieć”, usprawiedliwiamy naszą obojętność i umywamy niejako ręce (nie chcąc mieć z tym cokolwiek wspólnego).

KARTKA: Logosie przepraszam, ale znów wrócę do wątku infantylizmu. Czy czasem nie robisz z Palestyńczyków i Żydów dzieci jak z “Władcy much” Goldinga? Jakieś upośledzone, niedojrzałe dzieci bawią się w okrutne zabijanie wsparte pierwotną dziką nienawiścią jak ze “Starego Testamentu” więc my, wspólnota międzynarodowa, zmotywowana obrazem rzezi mamy ich do pokoju nakłaniać. No ale po raz kolejny powtarzam, że oni tego nie chcą. Nie dojrzeli jeszcze do pokoju. Wyrazem ich dojrzałości byłoby wpłynięcie na swoje władze by ten pokój zapewniły. Żydzi na większości terytorium Izraela, dzięki policyjnym i wojskowym represjom wobec Palestyńczyków, mogą żyć spokojnie. Ta wojna ma dla nich wymiar ograniczony. Na ostrzał rakiet Hezbollahu wystawiają się ci, którzy tego pragną – najbardziej fanatyczni. Palestyńczycy w większości żyją podobnie. Ci którzy chcą normalnie egzystować są na emigracji. W strefie wojennej żyją fanatycy i nieszczęśnicy pilnujący tych gruzowisk.
Ten konflikt jest jak cebula. Obieramy go płacząc, warstwa po warstwie. I z tej roboty tylko łzy pozostają – nie ma konkretów i jakiegokolwiek punktu zaczepiania. Za wcześnie jest by pomagać Izraelowi i Palestynie. Jak pisałem oni do tego jeszcze nie dojrzeli.

StB: Dzieci na wyspie z “Władcy much” nie bawiły się w zabijanie. One walczyły o przetrwanie, cofając się coraz bardziej do swoich pierwotnych instynktów, burząc w końcu całą kulturę, wśród której zostali wychowani (co, jak się okazało, na nic się zdało).
Jestem skłonny uważać, że każda wojna cofa nas do takiego pierwotnego stanu, gdzie górę nad nami biorą atawizmy – kultura okazuje się bezsilna, jest niszczona. I jeszcze jedno: problem w tym, że dzieci z “Władcy much” nie były upośledzone (jeśli chodzi o intelekt). I musiały bardzo szybko “dojrzeć”, aby sobie poradzić ze śmiertelnym zagrożeniem.

Kartko, ja nie przyrównuję Palestyńczyków i Żydów do dzieci (zwłaszcza do dzieci “upośledzonych” i “niedojrzałych”). Robisz to Ty, pisząc: “nie dojrzeli jeszcze do pokoju”, “nie dojrzeli jeszcze do tego by się z tej tragedii wywikłać”… etc.
Co to w ogóle znaczy “dojrzeć” w tym przypadku? Przypominam, że Semici (a narodami semickim są zarówno Żydzi, jak i Palestyńczycy) reprezentują cywilizację, która ma już wiele tysięcy lat. Więc jak długo jeszcze mają oni “dojrzewać”? (my, Słowianie, w porównaniu z nimi, jesteśmy jeszcze oseskami).

Wikłasz się w jeszcze inne nielogiczności, Kartko.
Oto piszesz, że “Żydzi na większości terytorium Izraela dzięki policyjnym i wojskowym represjom wobec Palestyńczyków mogą żyć spokojnie” oraz: “Palestyńczycy w większość żyją podobnie”, by za chwilę (dosłownie w następnym zdaniu) stwierdzić: “Ci, którzy chcą normalnie egzystować są na emigracji. W strefie wojennej żyją fanatycy i nieszczęśnicy pilnujący tych gruzowisk.”

Nie zgadzam się z tym. Myślę, że większość ludzi żyjących w strefie Gazy, to są zwyczajni, zupełnie podobni do nas ludzie – a nazywając ich „fanatykami” czy „nieszczęśnikami pilnującymi gruzowisk”, w pewnym sensie ich odczłowieczamy i stygmatyzujemy. Podobnie: nie uważam, że „dzięki policyjnym i wojskowym represjom wobec Palestyńczyków, ludzie w Izraelu mogą żyć spokojnie”. Jest wręcz odwrotnie: przemoc rodzi przemoc.
A może wniosek jaki można z całej tej naszej dyskusji wyciągnąć jest taki, że ludzie w ogóle nie zasługują na pokój? Zwłaszcza w rejonie, gdzie walka trwa już od ponad 60 lat? Bo gdyby na ten pokój zasługiwali, to już dawno znaleźliby sposób by zażegnać tę wojnę i żyć w pokoju? Podobnie jak my nie zasługiwaliśmy na pokój w Europie, gdzie rozpętaliśmy w pierwszej połowie XX-go wieku dwie mordercze wojny.

KARTKA: Szukasz nielogiczności w moim komentarzu. Być może używam nieprecyzyjnych określeń ale moje wnioski są jasne. Tam nie ma woli do wygaszenia konfliktu. Dziesiątki inicjatyw pokojowych wspólnoty międzynarodowej (oczywiście ułomnych przez ograniczenia polityczne) torpedowali bądź Żydzi bądź Palestyńczycy. Powtarzam – oni nie dojrzeli do pokoju. Powtarzam, najwyraźniej to czego doświadczyli to było za mało. Druga Wojna o której wspominamy na marginesie tej dyskusji była na tyle silną traumą dla Europy, że od kilkudziesięciu lat nie mieliśmy tu konfliktów zbrojnych – nie licząc Bałkanów, ale to inna sprawa. No ale ponieważ w sposób naturalny wymierają ludzie mający wojnę w pamięci możemy nowej oczekiwać.
W dyskusjach o tym konflikcie zwykle wypowiadają się stronnicy, którejś ze stron – są rzecznicy USA, Izraela, Palestyny. Zwykle nie chodzi im o zamknięcie, wygaszenie tej rzezi, tylko o interesy którejś ze stron – o jej zwycięstwo. To też jest jakaś przesłanka, że nie ma klimatu dla pokoju – nawet zewnętrznego – na tym terenie.
Nie ma czegoś takiego jak “zasłużenie sobie na pokój”. Pokój jest decyzją walczących stron w momencie pojęcia bezsensu dalszej walki. A dla nich ta walka ma sens.
Zatytułowałeś esej “Czy Bogowie domagają się krwi?”. Ja to potwierdzam – Tak domagają się jeszcze krwi. I jak na razie jesteśmy wobec tego bezradni.

StB: W ogólnych zarysach zgadzam się z Twoją opinią – gdyby sytuacja na Bliskim Wschodzie “dojrzała” do tego, by zapanował tam pokój, to ludzie już od dawna żyliby tam w pokoju.
A większość Żydów i Palestyńczyków (nadal twierdzę, że ta większość chce jednak żyć normalnie, bez wojennego stresu, czyli w pokoju) o tyle jest odpowiedzialna za przedłużanie tego konfliktu, że nie odsuwa od władzy tych, którzy teraz rządzą (i są bezpośrednio odpowiedzialni za obecną sytuację) oraz pozwala na nadawanie ogólnego tonu ekstremistom. Bo przecież to oni tak naprawdę są odpowiedzialni za ten konflikt, a nie zwykli, „szeregowi” ludzie
Podoba mi się to, że nie opowiedziałeś się za jakąkolwiek ze stron w tym konflikcie. Ale z drugiej strony, to co pisałeś sprawiało wrażenie, jakbyś nabierał wody w usta i nie chciał komentować zbrodniczych posunięć zarówno z jednej, jak i z drugiej strony (a nie zauważam takiej powściągliwości, kiedy np. krytykujesz… choćby państwo polskie, choć przecież państwo polskie jak na razie nie zrzuca białego fosforu na swoich sąsiadów).
Mój tekst może sprawiać wrażenie, że jestem po stronie Palestyńczyków, ale to dlatego, że poczułem gwałtowny sprzeciw wobec agresywnej, militarystycznej polityce Izraela w stosunku do swoich sąsiadów, skutkującej w posunięciach, które bez wątpienia nazwać można wojennymi zbrodniami. Uderzenia armii izraelskiej stoją przy tym w rażącej dysproporcji wobec środków i możliwości, jakimi dysponują (zarówno jeśli chodzi i o atak, jak i obronę) Palestyńczycy.
Tak jak już wspomniałem, dalszy rozwój sytuacji bardziej zależy od decyzji (postępowania) Izraela (choćby dlatego, że jest w tym konflikcie stroną silniejszą). A za to odpowiedzialna jest obecna izraelska elita rządząca, która rzeczywiście sprawia wrażenie, jakby ten konflikt chciała jeszcze bardziej zaognić (rugując np. Palestyńczyków z ich ziemi i budując coraz to nowe żydowskie osiedla). Ciągle nastawiona jest na konfrontację. Ale to się chyba będzie zmieniać, o czym mogą świadczyć choćby ostatnie manifestacje izraelskiej młodzieży, która zaczyna mieć dosyć obecnej ekipy rządzącej (co, jak podejrzewam, spotyka się z Twoją sympatią ;) Z moją też.
Zgadzam się natomiast w zupełności z Twoim stwierdzeniem: “W dyskusjach o tym konflikcie zwykle wypowiadają się stronnicy, którejś ze stron – są rzecznicy USA, Izraela, Palestyny. Zwykle nie chodzi im o zamknięcie, wygaszenie tej rzezi, tylko o interesy którejś ze stron – o jej zwycięstwo.”
Na tym polega nie tylko głupota reakcji świata, ale i jej niegodziwość.

KARTKA: Krytykuję RP, bo wciąż mam wrażenie, że na państwo polskie mam wpływ. Choć momentami je tracę. Nie ukrywam, że zajadłość konfliktu w Polsce czasem budzi mój lęk. No ale jakoś to wszystko wraca do normy. Na pewno gdybym doszedł do wniosku, że konflikt polityczny w Polsce nabrał już niezależnej ode mnie, własnej dynamiki podszedł bym do niego tak jak do konfliktu Palestyńsko – Izraelskiego. Przestałbym jazgotać alarmistycznie na blogach i czekał aż przyjdzie otrzeźwienie. Czasem tak bywało, że milkłem.
To jest tak jak mieć przyjaciela alkoholika. Chcesz mu pomóc, serce ci pęka gdy patrzysz na jego tragedię, ale on tej pomocy nie chce. Buja cię, zapewnia o trzeźwości ale myśli tylko o piciu. No i rozsądek nakazuje czekać by sięgnął dna i w końcu podjął decyzję by się z tego mentalnego wyzwolił wyzwolił. Wtedy dopiero należy pomóc i to nie jest żadna łaska. To jest racjonalność naszych działań. Można pomagać szukającym wolności ludziom. W przypadku niewolników swych pokręconych np politycznych emocji – idei – to nie ma sensu. To tylko udawanie.
Pozdrawiam

StB: Mam nadzieję, że nie “jazgotałem alarmująco” na moim blogu, nawiązując tu do tego konfliktu.
To prawda, że nasz wpływ na sprawy bliskowschodnie jest prawie żaden. Choć, kiedy publikowałem ten artykuł na łamach polonijnej prasy 10 lat temu, to można to było uznać za dość konkretny głos, usiłujący zachować równowagę zaburzoną wówczas przez gremialne poparcie dla Izraela przez amerykańskie media, w dużej części podległe wpływom żydowskiego lobby – np. jeden z największych dzienników, i to w skali światowej, “Chicago Sun-Times” jest własnością obywatela Izraela. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że stosując taką a nie inną optykę, stanę się “antysemitą”, podobnie jak “antysemitą” stałem się po opublikowaniu mojej recenzji z “Listy Schindlera” w “Polityce”.
Pozdrawiam i dziękuję za ciekawą dyskusję

KARTKA: Logosie, nie szukaj w moich słowach podtekstów. Czasem piszę zmęczony, po nocy i używam uproszczeń. Też nieraz byłem atakowany za rzekomy antysemityzm. Niewiele sobie z tego robiłem bo nie jestem nim. Tak zresztą jak Ty. Po prostu naruszamy pewną poprawność. To wszystko
Również dziękuję za dyskusję.

*  *  *

Rozmowa pochodzi STĄD.

Filmowe zaległości: „HABEMUS PAPAM” i „POGORZELISKO”

*

Są takie filmy, których mimo naszego nimi zainteresowania nie zdołaliśmy obejrzeć, kiedy były jeszcze na ekranach kin. Filmy wyróżniające się z tłumu, które z pewnych względów utkwiły nam w pamięci. Kiedy więc pojawia się sposobność, chętnie po nie sięgamy. Jeśli chodzi o mnie, to do tych filmów zaliczyć mogę satyrę watykańską „Habemus Papam” oraz kanadyjski dramat „bliskowschodni” „Pogorzelisko”. We wpisie tym prezentuję garść refleksji, jakie te filmy we mnie wzbudziły. Tym sposobem rozpoczynam coś w rodzaju cyklu poświęconego filmom, do których warto było moim zdaniem… nie tyle wrócić, co przywołać ponownie do świadomości. (Chciałbym przy okazji nadmienić, że oba filmy obejrzałem w ramach programu chicagowskiego DKF-u „Kornelia” w użyczającym klubowi gościnie Teatrze Chopina.)

*

WATYKAN ZA ZAMKNIĘTYMI DRZWIAMI czyli satyra bez żądła – „HABEMUS PAPAM”  (reż. Nanni Moretti)

Ciężar papiestwa w filmie lekkim jak piórko

Porzućcie wszelkie nadzieje ci, którzy spodziewacie się obrazoburczej satyry na Watykan i ostrzycie sobie apetyt na rozprawę ze skandalami, machinacjami i ciemnymi sprawkami skrywanymi skrzętnie za Spiżową Bramą, w sejfach, czy też w lochach Watykanu.
Nie lękajcie się ci, którzy obawiacie się antyklerykalnego ataku na czcigodny Kościół Katolicki, poniewierania świętości pontyfikatu, szydzenia z papieża i desakralizowania pasterskiej misji Kościoła w świecie – albowiem niczym takim nie przyłoży się wam po głowie.
Nie… nic z tych rzeczy… najprawdopodobniej wszyscy z was poczują ciepełko dotknięcia tematu przez reżysera Nanniego Morettiego; będziecie współczuć staremu, zagubionemu, przeżywającemu depresję człowiekowi, którego przerasta ciężar misji, jaką chcą go obarczyć w pracy (granemu przez weterana włoskiego aktorstwa Michela Piccoliego); najpewniej pośmiejecie się też trochę ze zdziecinnienia, nieprzystosowania do realnego świata i dobroduszności kardynałów, którzy nie mogą sobie poradzić z wyborem swojego szefa i żeby jakoś przeżyć zamknięcie w konklawe, grają sobie (pod okiem trenera-psychoanalityka:  w tej roli sam Moretti) w siatkówkę.

Tak więc, od biedy film „Habemus papam – mamy papieża” nazwać można komedią, ale już chyba nie satyrą – bo film, żeby był satyrą, to musi mieć zęby, a przynajmniej żądło. A „Habemus papam” jest jednak bezzębny i jakiegokolwiek żądła pozbawiony.
Poza tym, w sposób nadzwyczaj błahy i nietrafiony podchodzi do  tematu, który chce przedstawić, według mnie w najmniejszym nawet stopniu nie poruszając watykańskiej istoty – tego co stanowi esencję i rację istnienia jednej z najstarszych i jednak nadal bardzo ważnych instytucji chrześcijańskiego Zachodu. Bo cóż to ma być za rewelacja, że wszyscy kardynałowie to nie tylko ludzie, ale i dzieciaki?; że Stuhr (rzecznik watykański Rajski) kręci i wszystkich okłamuje, a stary człowiek może poczuć wypalenie i tęsknotę za utraconymi marzeniami ze swojej młodości? I to ma budzić kontrowersje?

Mimo wszystko „Habemus papam” jest solidną filmową produkcją (scenerie watykańskie odtworzone są w sposób budzący szacunek, zastęp aktorów jest imponujący, purpura kardynalska jak najbardziej realna i wszechobecna…), tym bardziej szkoda, że cały ten potencjał został jednak (wg mnie) zmarnowany i rozmył się w czymś, co wydało mi się … bezcelowe, pretensjonalne i… cóż… niezbyt mądre. Nie mam tu nawet o czym dyskutować.
Ale rozumiem odczucia tych widzów, którzy na „Habemus Papam” patrzyli z sympatią: bo rzeczywiście nie dostrzegało się w podejściu Morettiego żadnego szyderstwa ani złośliwości. Nie można więc zarzucić (ateistycznemu zresztą) reżyserowi wrogości w stosunku do czegoś, w co sam nie wierzy. Prześmiewczość? Może trochę. Protekcjonalizm? Na pewno – lecz jakże można było mieć inny stosunek do ludzi, których uważa się za zagubione, bezradne i niedojrzałe dzieciaki (dla jasności przypominam, że chodzi tu o kardynałów), jak nie protekcjonalny właśnie, ciepły i wyrozumiały?

Reżyser Nanni Moretti pogrywa sobie z kardynałami w... siatkówkę

Mnie to wszystko nie zadowalało. Mało: znając satyryczno-prześmiewczy temperament i zacięcie Morettiego, odczuwałem spory niedosyt, czekając na coś bardziej istotnego i konkretnego. Ale się nie doczekałem. Poczułem nawet coś w rodzaju znużenia, tudzież chęć poskarżenia się na całą tę dziecinadę rozgrywającą się w komnatach i na dziedzińcach Stolicy Apostolskiej, jaką nam się serwowało na dużym ekranie. To jest chyba moja największa pretensja do reżysera: zbyt daleko idąca infantylizacja postaci i rozwodnienie samego meritum.
Ale – może ktoś powiedzieć – przecież Piccoli… jego człowieczeństwo… ucieczka z Watykanu do ludzi… wędrówka po świeckim Rzymie… poszukiwanie swego prawdziwego „ja” – korzeni, przeszłości… zmęczenie wypisane na twarzy, konsternacja i zagubienie… może nawet cierpienie…? No tak, Piccoli to przecież bardzo dobry aktor i nie mógł tego wszystkiego nie pokazać. Ale jak to co przeżywał grany przez niego człowiek miało się do komediowej atmosfery i całej tej hecy, która w tym samym czasie rozgrywała się w Watykanie? Moim zdaniem nijak – czułem w tym wszystkim jakieś stylistyczne pęknięcie, może nawet zgrzyt, brak harmonijnego przejścia między konwencją (lekkiej) komedii a (nieco głębszego psychologicznie) dramatu. A to moim zdaniem jest jednak winą reżysera, (któremu w zasadzie aktor ufa) no i niestety samego scenariusza, może nawet montażu?

Było kilka momentów w filmie, które wydały mi się być… albo błędem, albo niedopatrzeniem, albo pójściem na łatwiznę. Pierwszy taki z brzegu: oto Piccoli (jako nowo wybrany papież) znika bez śladu, nie wiadomo gdzie. W Watykanie popłoch, Stuhr się wścieka i musi świecić oczami, a tu, zaraz potem, ni z gruszki ni z pietruszki, wyskakuje na ekranie gdzie widzimy go siedzącego sobie z zaginionym papieżem na ławeczce w Forum Romanum i negocjuje jogo powrót na stanowisko… Niby drobiazg, a nie cieszy. Albo ten kuriozalny turniej siatkarski – po co to zwolnione tempo, w którym ukazuje się fruwających w powietrzu, ale niezbyt skoordynowanych w ruchach kardynałów? Jakbyśmy oglądali jakiś rzadki gatunek na Animal Planet. I wreszcie to, co miało być finałem: Piccoli siedzi incognito na balkonie w teatrze, ogląda „Mewę” Czechowa, (która ma mu przynieść katharsis) w głośnikach dudni kulminacyjno-patetycznie „Miserere” Arvo Parta, a tu otwierają się wszystkie drzwi i do sali wsnuwają się cichcem dziesiątki zakonnic i kardynałów… Tak bez biletu!? Sorry, ale ja w tym momencie żadnego podniesienia nie czułem, co najwyżej zdziwienie.

Być może wpadłem w ton nieco zbyt złośliwy i zgryźliwy, na który obraz Morettiego aż tak bardzo nie zasługuje (bo jest w nim jednak jakaś lekko- i dobro-duszność), więc może już tylko na koniec wspomnę o czymś bardziej na poważnie – o czymś, co, jak mi się wydaje, przyczyniło się dość istotnie do tego, że film sprawił mi zawód. Chodzi konkretnie o wędrówkę Piccoliego po Wiecznym Mieście. Wprawdzie nie oczekiwałem, że zobaczę coś na miarę epopei Ulissesa błąkającego się i penetrującego dublińskie Universum – egzystencjalny mikrokosmos pełen życia i ludzkich charakterów, ale myślałem, że jego zetknięcie się z prawdziwym poza-kościelnym światem będzie jednak… hm… bardziej doniosłe, głębsze, dramatyczne, pełniejsze. A tu zobaczyłem rzeczy trywialne: człowieka, który nie umie poruszać się w tłumie, słabnie w sklepie z damską konfekcją, mówi sam do siebie w metrze, prowadzi bezsensowne rozmowy z beznadziejna panią psycholog i mamrocze zapamiętane z młodości kwestie z Czechowa… Za mało, za mało… to za mało, żeby mnie przekonać o tym, że dzięki temu dociera on wreszcie do samego siebie – do tego kim jest naprawdę.
W sumie „Habemus papam” wydał mi się niestety filmem o nikim (bo właściwie – tak jak go przedstawiono na ekranie – „nikim” był główny bohater)  i (niemalże) o niczym.

Watykański rzecznik Rajski (Jerzy Stuhr) w pogoni za zlęknionym i wypalonym papieżem (Michel Piccoli)

*

PODRÓŻ DO ŹRÓDEŁ CIERPIENIA czyli jak w antycznej tragedii – „POGORZELISKO” (reż. Denis Villeneuve)

Film, który na wielu widzach robi ogromne wrażenie. I ja się temu nie dziwię, bo sam pod sporym wrażeniem byłem. Co może tylko świadczyć o tym, że jego twórcy zdołali osiągnąć to, co sobie zamierzyli: wciągnąć widza bez reszty w opowiadaną, niezwykłą historię kobiety i jej dzieci, których życie splotło się tragicznie z wojną domową, jaka dotknęła na przełomie lat 70-tych i 80-tych jeden z krajów Bliskiego Wschodu (choć w filmie nie jest to podane jednoznacznie, to jednak wszystko wskazuje tu na Liban).
„Pogorzelisko” nie jest filmem nowym (swoją światową premierę miał półtora roku temu) i gdyby nie zaproszenie od chicagowskiego DKF-u (pod wdzięczną zresztą nazwą „Cornelia”), pewnie nigdy bym go nie obejrzał. A tak, nie tylko go obejrzałem, ale i zrobiłem to w bardzo ciekawym towarzystwie (szczególne podziękowania składam tu szefowi klubu Zbyszkowi Banasiowi), tudzież miałem następnie niewątpliwą przyjemność świadczyć dyskusji, jaka się po projekcji „Pogorzeliska” odbyła.

Oko za oko, śmierć za śmierć... (Lubna Azabal w "Pogorzelisku")

Film naprawdę daje po głowie tak, że nawet nie są w stanie zamortyzować tego impaktu niewiarygodne zbiegi okoliczności, jakimi posługuje się scenariusz, którego logika, prawdę mówiąc, trzeszczy w szwach i piszczy – prowadząc do zwalającej nas z nóg finałowej rewelacji.  Ale robi to tak chytrze (czy też raczej dramaturgicznie skutecznie), że z tej niewiarygodności zaczynamy sobie zdawać sprawę dopiero post factum – kiedy przewali się przez nas cała ta kawalkada myśli, uczuć i wrażeń. (Co poniektórzy widzowie mówią nawet o wątku posługującym się chwytami wręcz z latynoskich mydlanych oper… ale to już zalatuje chyba czystą złośliwością… o ile jakaś złośliwość może być w ogóle czysta.)

Jednak „Pogorzelisku” Villeneuve bliżej jest moim zdaniem do antycznej tragedii niż do brazylijskiej czy wenezuelskiej telenoweli. I jak to w tragediach bywało: losy ich bohaterów zazwyczaj mniej miały wspólnego z ludzką logiką, za to dużo z  boskim autorytaryzmem, który potrafił zmiażdżyć i zetrzeć na proch poddanych temu ludzi.

Odnoszę wrażenie, że mało która kraina na naszej planecie dysponuje tak adekwatnym tłem dla zmagania się człowieka z losem, jak Bliski Wschód. Tamtejsze pustynie są jak archetypiczny pejzaż, stanowiąc scenę, na której zawrzeć można z bogami przymierze, ale też z tymi bogami się wadzić – lub nawet boga ukrzyżować. Nagi i ascetyczny krajobraz to także arena, na której bardziej wyraźnie i ostrzej widać walkę człowieka o przetrwanie – zwłaszcza wtedy, gdy człowiek ten jest samotny, zdany tylko na siebie, pozbawiony rzeczywistego oparcia w świecie, w którym nie ma już ludzkiej, ani nawet boskiej sprawiedliwości.

Bohaterka „Pogorzeliska”, arabska Chrześcijanka Nawal Marwan przeżywa rzeczy niewyobrażalne. Ale czy nieprawdopodobne? Koleje jej życia poznajemy dopiero po jej śmierci – i to dzięki jej testamentowi, w którym dwójce swoich dzieci (bliźniakom Jeanne i Simonowi) poleca odszukanie ich brata i ojca, (o istnieniu których nie mieli dotychczas pojęcia). Jeanne i Simon są już dorośli, wychowali się w Kanadzie (dokąd wyemigrowała tuż po ich urodzeniu Nawal) i podróż na Bliski Wschód jest dla nich nie tylko odkrywaniem tego kim była i czego doświadczyła na tej ziemi ich matka, ale przede wszystkim poszukiwaniem własnych korzeni, bez których – jak się wydaje – pozbawieni by byli własnej tożsamości.
Dramaturgia filmu opiera się przede wszystkim na suspensie – kolejne epizody z życia bohaterki ujawniają się przed nami sukcesywnie, prowadząc do bez mała szokującego odkrycia tajemnicy. I to musi wystarczyć w moim przedstawieniu fabuły, bowiem ze zrozumiałych względów nie mogę zdradzić żadnego z nich.

Mogę chyba jednak wspomnieć o głównej kwestii, jaka pojawiła się w dekaefowej dyskusji po projekcji „Pogorzeliska”: czy wysyłając swoje dzieci w tak ryzykowną podróż w przeszłość i do nieznanego im zupełnie kraju, Nawal nie ryzykowała tego, że okaże się to dla nich niezwykle traumatycznym, a tym samym wręcz dewastującym ich życie (i osobowość) doświadczeniem? Czy w jej decyzji więcej było troski o możliwość odkrycia przed młodymi ludźmi ich prawdziwej tożsamości, źródeł tego, kim w głębi swojej duszy są, czy też może był to akt na wskroś egoistyczny – bo tylko odkrycie prawdy mogło jej przynieść spokój (wprawdzie już tylko post mortem, czyli w zaświatach, ale kto wie czy tamten zaświatowy spokój nie jest dla człowieka ważniejszy, niż ten doczesny, ziemski?)
Dyskusyjnych konkluzji też nie będę zdradzał – każdy jednak powinien na te pytania odpowiedzieć sobie sam (i niech to ostatnie zdanie służy za rekomendację i zachętę do obejrzenia tego niezwykłego filmu).

Nie zaznasz spokoju po pogorzelisku...

*

CZY BOGOWIE DOMAGAJĄ SIĘ KRWI?

Co jakiś czas, z regularną natarczywością, dobija się do naszej świadomości jeden z najtrudniejszych i najbardziej bolesnych problemów współczesnego świata, jakim jest konflikt palestyńsko-izraelski. Ostatnio, tematyka ta powróciła na prasowe łamy w związku z mającym się odbyć na najbliższej, wrześniowej sesji Zgromadzenia Ogólnego NZ, głosowaniem nad uznaniem Autonomii Palestyńskiej jako suwerennego państwa. Choć najprawdopodobniej wynik samego głosowanie w praktyce niczego istotnego nie zmieni, to jednak może się stać symbolicznym gestem zwracającym uwagę na mizerię tego, co się na Bliskim Wschodzie dzieje – na tragiczną sytuację pozbawionych swojego państwa Palestyńczyków i gordyjski węzeł z jakim próbują się uporać Izraelczycy. Na wszelki wypadek w samym Izraelu ogłoszono stan podwyższonej gotowości – jeśli nie bojowej, to takiej, która zdolna byłaby dać sobie radę z masowymi protestami i demonstracjami mogącymi przerodzić się w kolejną intifadę. Miejmy nadzieję, że do rozlewu krwi jednak nie dojdzie. A tymczasem dobrze byłoby przypomnieć sobie o co i dlaczego od ponad 60 lat walczą ze sobą Arabowie i Żydzi.

*

Żydzi i Palestyńczycy walczący ze sobą na Bliskim Wschodzie znaleźli się w tym ślepym zaułku, do którego nazbyt często wydaje się zapędzać ludzi ich atawistyczny instynkt agresji – popęd śmierci i zniszczenia. Także wola dominacji i żądza podboju, którą zawsze usprawiedliwia się własnym „żywotnym” interesem. Agresję, zwłaszcza w zderzeniu dwóch różnych kultur i religii, najmocniej wspiera fanatyzm.
Jest to tragiczną ironią, a zarazem fatalnym świadectwem wystawionym ludzkości, że właśnie w miejscu, które dla wyznawców trzech wielkich światowych religii jest święte – jako że podług nich symbolizuje ono przymierze z Bogiem i kontakt ze Stwórcą – odbywa się od tysięcy lat wzajemne mordowanie.

Nie wdając się jednak w metafizyczne dywagacje, spójrzmy trzeźwo na obecną sytuację w Izraelu i okupowanej Palestynie.
Jakie są rzeczywiste źródła toczącej się tam nieprzerwanie od wielu lat wojny? Czy istnieją jakieś perspektywy wyjścia z błędnego koła wzajemnej wendety? Kiedy skończy się nienawiść, zabijanie i odwet?

PROBLEMY Z GŁOWĄ

Jestem przekonany, iż fundamentalne przyczyny nie kończącej się wojny między Palestyńczykami a Żydami nie leżą w sporze o ziemię, a w umysłach tworzących te narody ludzi. By ustał konflikt na Bliskim Wschodzie, musi się zmienić sposób myślenia adwersarzy i zniknąć mur, jaki pojawił się w ich głowach.
Możemy więc sobie teraz wyobrazić skalę trudności w dążeniu do zaprzestania walki i wyplenienia nienawiści: wygląda to tak, jak byśmy chcieli zmienić ludzką mentalność. To dlatego niektórzy, mówiąc o szansach pokoju, wskazują na konieczność wymiany całego pokolenia, a może nawet i kilku pokoleń. Zgodnie z tą prognozą, obecna generacja pokoju na Bliskim Wschodzie się nie doczeka. Być może doczekają się jej dzieci, ewentualnie dopiero wnuki.

Niektórzy sądzą, iż wyjściem z kryzysu byłoby utworzenie niezależnego państwa palestyńskiego, przy równoczesnym zlikwidowaniu problemu milionów palestyńskich uchodźców. Lecz tego – jak pokazuje rzeczywistość – nie można dziś osiągnąć ani pokojowo, ani zbrojnie. Istny gordyjski węzeł poplątany jak zwoje mózgowe fanatycznych Żydów i Arabów.
Zakładnikami tej sytuacji są obecni liderzy obu stron. Mimo swych zdecydowanie pokojowych deklaracji, w głębi duszy w pokój nie wierzą, więc tak naprawdę do niego nie dążą. (Bowiem jak można dążyć do czegoś, w co się nie wierzy?) Jeszcze o Jaserze Arafacie mówiono, że nie chce on ani pokoju ani wojny, co tylko tę supozycję potwierdza.

Wszystko wskazuje na to, że Arabowie i Żydzi są na egzystencję obok siebie skazani. Jedynym logicznym rozwiązaniem w takiej sytuacji byłoby więc utworzenie dwu-narodowego państwa. W tej chwili jest to niemożliwe, bowiem obie strony zachowują się tak, jakby chciały zaprzeczyć racji istnienia narodu przeciwnika.
Czy będzie to możliwe w przyszłości?

UKĄSZENIE MAŁPY

W poszukiwaniu przyczyn wojny między Arabami a Żydami moglibyśmy zawędrować aż do człowieka pierwotnego, zadając pytanie: skąd mord i agresja wśród ludzi? I niewykluczone, że uświadomienie sobie tych pierwotnych źródeł podziałałoby na nas zbawiennie i oczyszczająco, bowiem racjonalizacja często bywa ulgą dla targanej sprzecznościami, pełnej nierozwiązanych konfliktów, ludzkiej psyche.
Racjonalizacją jest też spojrzenie na arabsko-żydowski kryzys z perspektywy najnowszej historii. Według tej opcji, przyczyny wojny są proste i oczywiste: podział Palestyny po wycofaniu mandatu brytyjskiego, po którym w 1948 roku doszło do proklamowania przez Żydów państwa Izrael. Państwo palestyńskie przestało istnieć, a 2/3 jego społeczeństwa zostało wykorzenione z ojczyzny. Wojsko izraelskie zajęło 94% ziemi palestyńskiej, ponad 400 wiosek arabskich zostało zrównanych z ziemią, a na miejsce wygnanych Palestyńczyków wprowadzili się Żydzi tworząc kibuce. Każde więc osiedle żydowskie powstałe po 1948 roku, zostało zbudowane na ziemi, która do tej pory była własnością Palestyńczyków.
Wsparcie jakie otrzymał (i nadal otrzymuje) Izrael od diaspory, Syjonistów, a zwłaszcza od Stanów Zjednoczonych, umożliwił nie tylko przetrwanie nowego państwa (przy okazji Żydzi zdobyli nawet broń atomową), ale i wzmocnienie jego ambicji ekspansjonistycznych. Młode państwo izraelskie nie unikało agresywnej, zaborczej i nie przebierającej w środkach polityki, która zrodziła nienawiść świata arabskiego, i to zarówno do Żydów, jak i do Amerykanów.
Aktem brutalnym i łamiącym międzynarodowe prawo, było zajęcie w 1967 roku przez Izrael Zachodniego Brzegu Jordanu, Strefy Gazy i Jerozolimy. Okupacja tych terenów – wbrew rezolucji ONZ – trwa po dzień dzisiejszy a rozwój wypadków w ostatnim czasie nie wskazuje raczej na zmianę tej sytuacji.
Setki tysięcy ludzi zostało wyzutych z ziemi, wypędzonych z własnych domów. Liczba palestyńskich uchodźców rozproszonych po całym Bliskim Wschodzie sięga dziś 4 milionów. Są to społeczności pozbawione bezpieczeństwa, godnego bytu, podstawowych praw, w tym wolności.

Na jakich podstawach może więc zaistnieć stabilizacja? Dziwne wręcz byłoby, gdyby w takich warunkach istniała.
Biorąc to pod uwagę, wszelkie akcje Palestyńczyków uznać można za opór przeciw okupantowi. W takim kontekście, Żydzi mogą się wydawać nie tyle ofiarami – jak się zazwyczaj przedstawiają światu – a agresorami.
Mając to wszystko na względzie, szukanie bezpośredniego powodu wybuchu ostatniej intifady rzeczywiście nie ma większego sensu. Czy były to kamienie palestyńskich chłopców, albo może kule izraelskich żołnierzy… i kto zaatakował pierwszy? – to wszystko w istocie swej nie ma znaczenia, będąc w zasadzie tylko manifestacją nierozwiązanego konfliktu, pretekstem ujawniającym głębsze, stale obecne i rozległe przyczyny.
Ten problem inicjacji tragedii przypomina owo śmiertelne ukąszenie pewnego króla przez jego małpkę. Wówczas – a jest to fakt historyczny – zgon władcy pociągnął za sobą wojnę, w której zginęło ćwierć miliona ludzi. (Pisał o tym w swoich pamiętnikach Winston Churchill, a przypomniał jeden z numerów „The New York Review of Books”.)

Scena uchwycona przez francuskiego kamerzystę Talala Abu Rahama 30 września 2000 r. w ogarniętej drugą intifadą okupowanej strefie Gazy: podczas jednego z palestyńskich protestów, Jamal Al-Durrah wraz ze swoim 12-letni Muhammadem usiłują ukryć się przed ogniem izraelskich żołnierzy. Mimo, że byli nieuzbrojeni, nie stanowiąc żadnego zagrożenia dla strzelających żołnierzy, i mimo wołania ojca o przerwanie ognia, chłopiec został zabity a jego ojciec postrzelony w rękę, nogę, udo, miednicę i brzuch. Izraelscy żołnierze zabili też wtedy kierowcę ambulansu, który usiłował udzielić im pomocy.

BOMBA W SYNAGODZE, KARABIN W MECZECIE

Biblię nazwano najbardziej krwawą księgą świata – tyle w niej opisów wojen, morderstw, zdrad i nikczemności. Sam Jahwe z początku był nawet bogiem wojny. Koran został przekazany Muzułmanom przez proroka Mahometa – pośrednika Allaha – który zdobył Medynę środkami bynajmniej nie pokojowymi.
Ludy semickie, do jakich nota bene zaliczają się nie tylko Żydzi ale i Arabowie, od tysięcy lat żyły w rzeczywistości krwawej i brutalnej. I ten gwałt musiał znaleźć odbicie w wyznawanych przez nich religiach.

Jaką rolę w konflikcie na Bliskim Wschodzie odgrywają kwestie wyznaniowe? I czy uwikłani weń ludzie czerpią agresywną bojowość ze swoich religii?
Otóż nie przeceniałbym tego.
Owszem, w niektórych przypadkach inspiracja religijna ma wielkie znaczenie podsycając ogień walki. Lecz generalnie nie jest ona czymś decydującym. (Również mahometanie zobowiązani są przez Koran do przestrzegania takich cnót, jak np. dobroć, uczciwość i pracowitość.)

Zresztą, prawdziwa religijność w zasadzie nigdy nie jest destrukcyjna. Bardzo destrukcyjny jest natomiast fanatyzm. A ten po obu stronach przejawia się często, lecz raczej pełni on rolę instrumentalną (zagrzewając np. do walki), a nie źródłową, tzn. bywa środkiem a nie przyczyną.
To oczywiste, że linia frontu wojny między Arabami a Żydami przebiega na styku islamu i judaizmu, przez co polem bitwy stają się niekiedy synagogi i meczety. Miejscem najbardziej spornym i kluczowym, jest Świątynne Wzgórze, zwane przez Arabów Haram al-Sharif, gdzie stały kiedyś najświętsze dla żydowskich ortodoksów Pierwsza i Druga Świątynia, i skąd Mahomet został, według wierzeń muzułmańskich, zabrany na latającym rumaku do nieba.
Nie sądzę jednak, że religia jest rdzeniem tej wojny. Miejsca święte i fenomeny związane z kultem są raczej symbolami, poprzez które manifestują się antagonizmy osadzone na innych podstawach. Oczywiście, że wpisana immanentnie w islam wiara w Allaha, który rozkazuje Muzułmanom „świadczyć przeciw reszcie ludzkości” (jak to jest zapisane w samym Koranie), a nawet brać udział w dżihad, czyli Świętej Wojnie przeciw giaurom (niewiernym), nie przyczynia się raczej do pokojowej inspiracji Arabów, lecz poza fanatykami i terrorystami nie znajduje ona chyba większego odzewu.
Zaznaczmy jeszcze na koniec, że prawdziwie dobry Stwórca nie może żądać od ludzi jakiejkolwiek okrutnej ofiary. Powtarzane czasem przekonanie, że bogowie łakną krwi jest szaleńczym wymysłem biednego i ograniczonego człowieka, który poddaje się swoim atawizmom i agresywnym instynktom.

ZDERZENIE CYWILIZACJI

Palestyńczycy się buntują, ponieważ są nieszczęśliwi. Są nieszczęśliwi, ponieważ nie są wolni, tudzież mają mocne poczucie dziejącej się im krzywdy i niesprawiedliwości. Odczuwają niesprawiedliwość, jako że w każdym bliskowschodnim kraju, w którym żyją – a więc nie tylko w Izraelu, ale i we wszystkich ościennych państwach arabskich, gdzie znajdują się obozy uchodźców – są traktowani jak ludzie drugiej kategorii. Ich status państwowy jest tam nieokreślony.
Tzw. Autonomia Palestyńska jest fikcją, bowiem pod kontrolą Izraela pozostają wszystkie kluczowe sfery: od granic i dróg po zasoby wodne i energię. Nie bez znaczenia jest również korupcja jaka rozpanoszyła się w wyższych sferach palestyńskich instytucji.
Zażegnać bunty Palestyńczyków mogłaby tylko zmiana ich obecnego położenia, która zdołała by usunąć wszystkie zasadnicze przyczyny ich nieszczęścia.

Jednym z warunków pokoju – i nie odnosi się to tylko do sytuacji na Bliskim Wschodzie – jest to, by żadna grupa nie czuła się zagrożona ani zdominowana przez inne. A także to, by ludzie posiadali materialne podstawy do życia w godności; by mieli możliwość realizowania samego siebie; by chciwość nie dominowała ludzkich dążeń; wreszcie – by odrzucić przemoc jako środek służący rozwiązywaniu konfliktów.
Żaden z tych warunków nie jest na Bliskim Wschodzie spełniony.

Palestyńczycy znajdują się w fatalnej sytuacji ekonomicznej, nie mogą zaspokoić swoich podstawowych potrzeb, bezrobocie jest ogromne… Mówiąc wprost: żyją oni w opłakanej nędzy, która ostro kontrastuje z położeniem materialnym większości obywateli Izraela. (Bez znaczenia w tej sytuacji jest to, czemu Żydzi zawdzięczają swój dobrobyt – pomocy z zewnątrz, czy też własnym zdolnościom oraz przemyślności w urządzaniu państwa i gospodarki.)
Wystarczy porównać dochód narodowy Izraela z tym, jaki uzyskują Palestyńczycy. Jest to odpowiednio: $100 miliardów i $4 miliardy. Roczny dochód narodowy na jednego mieszkañca wynosi więc $17 tysięcy w Izraelu i tylko $1,3 tysiąca w Palestynie. Olbrzymia jest też dysproporcja w liczebności obu armii: 135 tysięcy żołnierzy w wojsku izraelskim i 35 tysięcy w policji (bo nie jest to regularna armia) palestyńskiej. Jeśli zaś chodzi o ilość i jakość uzbrojenia – to jest to poza wszelkim porównaniem. Jakie są więc podstawy do równowagi obu sił?

Wielką szansą byłby równomierny rozwój ekonomiczny regionu. Oby tak ludzie zajęli się handlem, przemysłem i gospodarką, a nie sporami terytorialno-granicznymi; gdyby tak powstrzymali się od odwetu i wyzbyli nienawiści, prowadząc równorzędny dialog. Tylko jak to osiągnąć bez żadnych ustępstw, gdy nie ma równości i gdy króluje zaciekłość?
Prezydent Szymon Peres, (również wieloletni minister spraw zagranicznych Izraela) – człowiek, z którego opinią wszyscy się liczą – stwierdził swego czasu, że konflikt palestyńsko-izraelski jest zderzeniem cywilizacji, ale bynajmniej nie religijnych, a raczej świata biednego i zacofanego ze światem bogatym i rozwiniętym. Proponował on skoncentrowanie się na reformach rynkowych, rozwoju technologicznym, gospodarczym postępie. Lecz to słowa, które jak na razie pozostają bez konsekwencji; słowa, które niczego nie rozwiązują… No i łatwo je wypowiadać, bo nic nie kosztują. A w świecie arabskim wzbudzają nawet pewien niepokój, gdyż odbierane są jako dążenie do ekonomicznej hegemonii Izraela na Bliskim Wschodzie; dominacji, która oznacza wyzysk, a więc pogłębianie się materialnej nierówności.
Kolejne błędne koło.

KIEDY GINĄ DZIECI

Palestyńczycy mają prawo do własnego suwerennego państwa, a więc i do walki o niepodległość. Jednak prawdziwą hańbą i antyhumanitarnym skandalem jest uwikłanie w ten morderczy konflikt dzieci, których od wybuchu ostatniego powstania zginęło parę tysięcy. Arabowie ten udział nieletnich w wojnie usprawiedliwiają, a sam Arafat nazwał ponoć walczących chłopców „małymi generałami”.
Młodzież arabska nie widzi dla siebie żadnej przyszłości, stąd ich desperacja, która w ekstremalnych przypadkach sprowadza się do poświęcania własnego życia – do pragnienia zostania „męczennikiem”. W ten sposób karmi się fanatyzm. A ten jest niczym innym jak odbiciem narcyzmu grupy, która czuje się zdegradowana, prześladowana i poniżona.
Warto w tym miejscu podkreślić, że niedopuszczalne jest tu także usprawiedliwianie terroryzmu – zamachów, w których giną niewinni i przypadkowi ludzie; wysadzanie w powietrze autobusów z cywilami i tym podobne zbrodnicze akty.

Gwoli historycznej ścisłości, trzeba tu zaznaczyć, że terroryzm był zapoczątkowany w Palestynie w latach 20. i 30. XX wieku przez Syjonistów, którzy urządzali masakry na arabskich rynkach i podkładaniem bomb nękali Brytyjczyków, by przyśpieszyć ich wycofanie się z Palestyny.
Dzisiaj, dla Palestyńczyków, wymierzone w Żydów zamachy bombowe wydają się być jedyną dostępną bronią słabych i uciśnionych. Samobójcza desperacja postrzegana jest jako środek mogący dorównać skuteczności zniszczeń dokonywanych przez uzbrojoną po zęby izraelską armię – czołgi, helikoptery czy też używane do morderczych ataków amerykańskie myśliwce F-16.

Jest sporo prawdy w słowach Goldy Meir, która zapytana o to, kiedy między dwoma narodami nastanie pokój, odpowiedziała: „Kiedy będą bardziej swoje dzieci kochać, niż nas nienawidzić”. To samo można powiedzieć Żydom: nie zapanuje u was pokój, dopóki interesy własne i zaborczość będzie stawiana wyżej niż życie człowieka i uznanie ludzkiej godności waszych sąsiadów.

Ciała Izraelczyków zabitych przez bojowników Hamasu we wrześniu 2010 roku na Zachodnim Brzegu Jordanu (Photo: Baz Ratner/Reuters)

*

SAMI TWORZYMY RZECZYWISTOŚĆ

Lobby żydowskie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, usilnie propaguje pro-izraelski punkt widzenia. Stąd wynika stronniczość wielu amerykańskich środków masowego przekazu w przedstawianiu konfliktu między Arabami a Żydami. Docenia się tu znaczenie „drugiej władzy”: wygrana bitwa w mediach oznaczać może wygraną wojnę na Bliskim Wschodzie.
Mimo, że zdecydowana większość z nas nie ma żadnego wpływu na tę sytuację, to jednak warto jest określić naszą wobec niej postawę. Jeśli bowiem uznamy i zgodzimy się z tym, że światem rządzi przede wszystkim siła i pieniądz – to nie mamy żadnych moralnych podstaw do krytykowania Izraela, jego dążeń i poczynań.
Czy chcielibyśmy przystać na dyktaturę siły i pieniądza? Czy nie powinny ponad tym wszystkim stanąć wartości wyższe, takie choćby jak wolność, sprawiedliwość czy ludzkie życie? Warto sobie uzmysłowić, iż to co się wybierze, ma jednak ogromne znaczenie, gdyż zdolne jest konstytuować naszą rzeczywistość.
Taki mamy świat i taką cywilizację, na jaką sobie zasługujemy… tworząc własną hierarchię wartości.

MEMENTO (PO PROSTU I BEZ PATOSU)

Jeśli istnieć ma cywilizacyjny postęp wyrażający dążenie człowieka do nieagresywnego rozwiązywania międzynarodowych sporów i konfliktów, musi dojść do consensusu wysoko rozwiniętych państw świata, polegającego na konsekwentnym przestrzeganiu międzynarodowych umów i norm odrzucających przemoc. W imię tego postępu powojenny świat Zachodu nie może dziś – mimo swej agresywnej przeszłości i kolonizacyjnych grzechów – akceptować siłowej ekspansji terytorialnej jakiegokolwiek państwa, gdyż oznaczałoby to legitymizację przemocy, jako funkcjonującego do dzisiaj sposobu podporządkowywania sobie słabszych przez silniejszych, czyli przyzwolenie na dominację wykorzystującą gwałt i przemoc.
A na to, w XXI wieku, cywilizowana i dysponująca nieograniczonymi środkami zniszczenia ludzkość, nie może sobie pozwolić… Jeśli oczywiście chcemy jeszcze przez jakiś czas egzystować na tej planecie.

*  *  *

Powyższy artykuł napisałem w czasie, kiedy w Palestynie trwała tzw. druga intifada. Opublikowany on został na łamach wydawanego w Chicago „Dziennika Związkowego” w dniu 8 czerwca 2001 r. Tu warto wspomnieć o pewnym znaczącym incydencie, kiedy to w „Dz. Zw.” pojawił się mój tekst o Arielu Sharonie („Jastrząb z gałązką oliwną w dziobie”), krytykujący ówczesne (i wcześniejsze), graniczące ze zbrodnią wojenną, poczynania tego polityka i wojskowego, którego laureat nagrody Nobla Gabriel Garcia Marquez określił kiedyś mianem „zawodowego mordercy”. Wydawcą „Dz. Zw.” jest Związek Narodowy Polski, którego prezesem był wówczas Edward Moskal. Otóż Moskal, pełniący także funkcję prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej, mając zaproszenie do Waszyngtonu na jedną z sesji amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa, po przybyciu na miejsce został powiadomiony, że jednak jest personą non grata. Było oczywiste, że przyczyną zamknięcia waszyngtońskich drzwi przed nosem Moskala, był wspomniany artykuł o Sharonie, który ukazał się w wydaniu weekendowym „Dz. Zw.” dzień wcześniej.

Konflikt na Bliskim Wschodzie jest tematem, który zawsze mnie bulwersował i obok którego nigdy nie mogłem przejść obojętnie (jak zresztą obok wszystkiego, co dotyczy ludzkiej agresji i ludobójstwa). Tak więc, kiedy podczas mojego pobytu na Kostaryce parę lat temu dotarły do mnie wieści o akcji izraelskiej armii „Płynny Ołów” w strefie Gazy, to musiałem wyrzucić z siebie myśli, które wówczas cisnęły mi się do głowy. Część notatek, jakie wtedy powstały, pozwalam sobie przedstawić poniżej.

*

Podczas trwającej trzy tygodnie operacji wojska izraelskiego w Gazie zwanej „Płynny Ołów”, zabito około 1400 Palestyńczyków (Photo: NBI)

*

SZOK NAD PACUARE

Nie spodziewałem się, że kwestia ta dopadnie mnie nad rzeką Pacuare w Kostaryce – w bez wątpienia jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Co prawda, podczas podróży po Ameryce Środkowej, przypadkowo, co jakiś czas, docierały do mnie słowa i obrazy tego, co dzieje się teraz na Bliskim Wschodzie, to jednak zaraz absorbowały mnie bieżące sprawy związane z naszą włóczęgą – również dolegliwy ból, jaki towarzyszył mi przez kilka dni po mojej motocyklowej kraksie (dwa pęknięte żebra i mocno potłuczona stopa) na wyspie Ometepe w Nikaragui.
Doszło do tego silne trzęsienie ziemi, jakie przeżyliśmy wczoraj. Pacuare Lodge oddalona jest od wulkanu Poas – czyli od miejsca, gdzie było epicentrum – o dobre sto kilometrów, więc nie wydarzyło się tu nic tragicznego ani dewastującego, niemniej jednak naszym bungalowem zatrzęsło mocno, a ja zrazu myślałem, że po dachu biegnie stado małp.

REFLEKSJE W DŻUNGLI

Oto siedzę teraz na bajecznym tarasie Pacuare Lodge i zamiast kontemplować naturalne piękno przyrody, tudzież ożywczą dzikość otaczającej mnie puszczy, rozpamiętuję wieści, jakie dotarły do mnie ostatnio z ogarniętej płomieniami Gazy, przeglądam internetowe strony…
Nie chcę tutaj silić się na tanią dramatyzację, ale wszystko to wtrąciło mnie dosłownie w inny stan świadomości – przeniosło w pewien wymiar, który znajduje się gdzieś w moim mózgu – w sąsiedztwie „Jądra ciemności”, „Czasu Apokalipsy”, obrazów skąpanej w ogniowym napalmie dżungli…
Mimo to, wydaje mi się, że mój ogląd tego co dzieje się teraz w Gazie jest dość jasny, ostry i racjonalny. Daleki od jakichś mitologicznych, literacko – metaforycznych czy też technikolorowych wizji wojennego piekła, tudzież quasi-religijnego doświadczenia Dies Irae – gniewu bogów.
Wydaje mi się, że jak na dłoni widzę ludzką manipulację faktami, przyginanie ich do własnych wyobrażeń, kreowanie własnej wersji rzeczywistości – bezwiednie i wiednie – w aktach bardziej lub mniej świadomych, wynikających z cynizmu lub ignorancji.

ZBRODNIA

Nie mam wątpliwości co do tego, że w Gazie odbywa się właśnie – i to na naszych oczach – zbiorowy mord.
Jest to tragiczne w kilku wymiarach.
Po pierwsze – w wymiarze humanitarnym i eschatologicznym: to niewyobrażalne cierpienie umierających w tej chwili ludzi. Ludzi umierających najgorszym rodzajem śmierci – w bólu, opuszczeniu i braku godności.
Po drugie – dzieje się to wszystko przy obojętności (choć również i bezsilności) tzw. cywilizowanego świata, chlubiącego się wartościami kultury judeo-chrześcijańskiej, który, niestety, czasem wydaje się być również jakimś (po)tworem z gębą pełną humanitarnych frazesów.
Po trzecie – wszystko to oddala pokój na Bliskim Wschodzie, będąc kolejną kontrybucją składaną, wymyślonym zresztą przez nas, bogom wojny.
A wyrażając się inaczej: te akty gwałtu cofają nas w ewolucyjnym postępie ludzkości dążącej ku rzeczywistości bez wojen i masowego ludobójstwa – ku cywilizacji, w której brutalna przemoc będzie niczym innym jak szczątkowym, niemalże kopalnym, atawizmem. (Ale czy taka kiedykolwiek nastąpi?)

OKO ZA OKO ?

Uderza mnie pewna oczywistość, która, jak widzę, nie jest oczywistością w zachodnim świecie mediów, zwłaszcza amerykańskich: agresja Izraela, impet uderzenia i użyte środki w ataku na Gazę są niewspółmierne zarówno do odniesionych przez Izrael strat, jak i do rzeczywistego zagrożenia ze strony Palestyńczyków, a konkretnie – w tym przypadku – organizacji Hamas.
Weźmy tylko pod uwagę to jedno zestawienie: w ciągu 8 lat palestyńskie rakiety spowodowały śmierć około 18 Żydów. W tym czasie izraelskie naloty bombowe zabiły około 1290 Palestyńczyków. Do tej ostatniej liczby trzeba jeszcze teraz dodać ponad 900 śmiertelnych ofiar, jakie ponieśli Palestyńczycy tylko w ciągu ostatnich paru tygodni po rozpoczęciu bombardowań i wkroczeniu wojsk izraelskich do Gazy. (Avi Shlaim, jeden z profesorów Oxfordu, sam będący Żydem, który w latach 60-tych służył w izraelskiej armii, uznał to za korupcję biblijnej zasady, używając określenia: „oko za rzęsę” .)
Już nie piszę o dysproporcji użytej broni: chałupniczo wyprodukowane rakiety Hamasu vs. super nowoczesny sprzęt izraelskiej armii.

CYNIZM I UROJENIA

Nie znoszę wszelkiej propagandy, zaś szczególnie obrzydliwa jest dla mnie propaganda wojenna – te wszystkie kłamstwa i manipulacje w rzeczywistości, w której usprawiedliwia się gwałt i zabijanie.
Dzięki temu żadna ze stron nie ma prawdziwego obrazu wydarzeń; dzięki temu każda ze stron może działać według własnego planu, posiłkując się bardziej lub mniej urojonymi przesłankami.
Dzięki temu istnieje przyzwolenie na mord.

(Całość można przeczytać TUTAJ.)

*  *  *

Gwoli uzupełnienia, pozwolę sobie jeszcze dodać kilka zdań, które napisałem w styczniu 2009 roku, kiedy napad wojsk izraelskich na Palestynę był w toku:

– Prawdziwy obraz tego, co się dzieje teraz w Gazie jest zakryty, nie tylko ze względu na blokadę, jaką zastosował Izrael wobec zagranicznych dziennikarzy i korespondentów, ale również na manipulacje jakie stosują media i politycy poszczególnych krajów.
Swoją drogą to skandal: jakim prawem można zabronić komuś wstępu na terytorium obcego państwa?
Jak myślicie: dlaczego Izrael nie chce mieć świadków tego, co się dzieje obecnie w Gazie?

– Cel, jaki sobie postawili (oficjalnie) izraelscy wojskowi (przerwać obstrzał terytorium Izraela przez rakiety Hamas, fizyczna likwidacja członków organizacji), jest nierealny do wykonania. Skutek będzie przeciwny do zamierzonego: agresja izraelska w strefie Gazy doprowadzi jedynie do eskalacji przemocy w rejonie – do wzrostu nienawiści w świecie arabskim wobec Żydów. Nie mogę tego tłumaczyć inaczej, jak militarystyczną głupotą. (…)

– Bush zachował się tak, jak przewidywałem, racząc wszystkich nic nie mówiącym frazesem, że „rakiety muszą przestać spadać na Izrael” i że „wszystko zależy od Hamasu”. (Nieraz się zastanawiałem: ile w podobnych wypowiedziach Busha jest cynizmu, a na ile wynikają one z niemożliwości ogarnięcia przez niego prawdziwego obrazu rzeczywistości i w konsekwencji – pławienia się w świecie urojonym.) Obama wypowiada się ostrożnie (…).

*  *  *

Ofiary izraelskiej agresji na Gazę w styczniu 2009 r. (Photo: NBI)

*