WIELKI PRZEŁOM RIO GRANDE, czyli na szlaku do Rio Bravo

ZAPISKI Z PODRÓŻY DO NOWEGO MEKSYKU I TEKSASU

(cz. II)

Nad (niemal wyschniętą) Rio Grande – ta skała w tle to już Meksyk a rzeka o tej porze wcale nie wygląda jak Rio Bravo

*

NA SZLAKU – GÓRY GUADALUPE

Zachodni Teksas to płaska pustynna równina, której monotonia daje się we znaki nawet dzisiaj, w dobie klimatyzowanych wehikułów i dobrych amerykańskich dróg, które zaprowadzić mogą człowieka do każdej teksaskiej dziury, nawet tej in the middle of nowhere gdzie kojoty d… szczekają (ciekawa sprawa że tutaj właśnie tak się mówi, co zrodziło moje podejrzenie, że mogli w tym maczać palce nasi wszędobylscy rodacy – jak by nie było pierwsza polska osada Panna Maria, założona została przez Polaków właśnie w Teksasie).
Jednak owa równinna monotonia zostaje przerwana, kiedy zbliżamy się do granicy z Nowym Meksykiem – już z daleka widać wysoką na kilometr ścianę, która była kiedyś rafą powstałą na obrzeżach permskiego morza. Ale to było prawie ćwierć miliarda lat temu. Znacznie później, bo zaledwie przed kilkoma milionami lat, ruchy tektoniczne wypiętrzyły ją ponad teren, tworząc w ten sposób góry Guadalupe.

Ja wiem – geologia większości z nas wydaje się nudna… ale nie dotyczy to mojego przyjaciela, geologa z wykształcenia, który niedawno napisał do mnie: kiedy będziesz w Guadalupe, koniecznie wybierz się do kanionu McKittrick, bo to prawdziwe geologiczne cudo. Cóż więc miałem robić? Poszliśmy zobaczyć kanion. To było wczoraj.
Dziś wspomnienie cudu nieco się rozwiało, bo zdobyliśmy najwyższą górę w Teksasie, którą jest Guadelupe Peak (na mój własny użytek nazwaną przeze mnie Pikiem Kapitalizma – to przez tę naftę dookoła). Zajęło nam to zaledwie 6 godzin.

Na teksaskim szlaku – czyli nie tylko pustynia

Teraz jest już wieczór, czuję przyjemne zmęczenie w kościach, siedzę sobie w jakimś motelu w mieścinie Van Horn, wyglądam za okno i … widzę, że budynek otoczony jest przez dziesiątki policyjnych wozów straży granicznej, której przedstawicieli jest tu więcej niż lokalnych mieszkańców i przejezdnych podróżnych razem wzietych. Czy dzięki temu będziemy się czuć bardziej bezpiecznie?

Przez dwa dni żyliśmy górami Guadalupe. Obawiałem się nieco, że może już być za gorąco na dłuższe szlaki, ale nie było tak źle, zwłaszcza z podejściem na Guadalupe Peak (2760 m. n.p.m.) Spodziewałem się, że pójdziemy otwartą granią i będziemy musieli się smażyć na słońcu (temperatura na dole sięgała 40 st. C. w cieniu… choć o ten cień nie jest na pustyni łatwo).  Jednak im wyżej prowadził szlak, tym powietrze było chłodniejsze, od przełęczy wiał przyjemny orzeźwiający wiatr, a w pewnym momencie weszliśmy nawet do… sosnowego lasu, którego można by się spodziewać raczej w miejscu położonym kilkaset kilometrów na północ, niż tutaj – w tej strefie klimatycznej. Co za kontrast ze skąpą i wyschniętą florą pokrywającą leżącą u stóp Guadalupe równinę.
Siedmiokilometrowe podejście na szczyt pokonaliśmy w niecałe trzy godziny. Tempo niezłe.

Uwielbiam tę transformację, jaką zwykle się przechodzi na górskim szlaku. Bakcyla wałęsania sie po górach połknąłem jeszcze za szczenięcych lat, kiedy to wyruszaliśmy całą paczką na rajdy po Bieszczadach. To właśnie wtedy po raz pierwszy poznałem smak owej przemiany, jakiej dokonać mogą w nas góry. Komuś, kto lubi podobne wędrówki, nie potrzebne są żadne wyjaśnienia. Byłoby to przekonywaniem już przekonanego. A kto jest jeszcze nie przekonany, tego żadne słowa przekonać raczej nie mogą, tylko własne doświadczenie. Prawdziwie głębokim przeżyciem wędrownym może być tylko wielodniowy trekking, choć całodzienne lub nawet kilkugodzinne wypady na szlak także robią swoje.

Ktoś powiedział, że jedyną prawdziwą podróżą, jaką człowiek może odbyć, jest podróż wgłąb samego siebie. A właśnie na szlaku człowiek ma możliwość wsłuchać się w swoje wnętrze. To jest pewien paradoks, bo tak naprawdę słyszymy wtedy otaczające nas zewsząd głosy natury. A może właśnie tylko wtedy możliwe jest nasze zestrojenie się z przyroda? Może to dowód na to, że jednak ciągle bliżej nam do natury niż do cywilizacji, że cywilizacja oddala nas od naszego prawdziwego ja, czegoś pierwotnego? Ale przecież staliśmy się ludźmi tylko dzięki kulturze, którą stworzyliśmy. To jest nasze rozdwojenie: znaleźliśmy się na rozdrożu, na którym nigdy nie stanęło żadne ze stworzeń żyjących na ziemi.
Stąd być może wynika nasz ambiwalentny stosunek do natury.

Natura jako źródło lęku i fascynacji (wąż napotkany w Teksasie)

*
Z jednej strony wzbudza ona w nas zachwyt, dostrzegamy w niej piękno, potrafimy ją kochać; z drugiej zaś strony wzbudza nasz lęk, może nawet przeraża – niekiedy rodzi wręcz odrazę, postrzegamy ją jako coś obcego, wrogiego… czasem nawet próbujemy się wobec niej buntować.
Czy nie świadczy to o tym, że człowiek pragnie swojej emancypacji, chce się usamodzielnić, wyrosnąć wreszcie ze swych zwierzęcych powijaków? Zachowuje się podobnie, jak wchodzący w dorosłe życie młody człowiek, który musi – po to, by stać się sobą – odciąć pępowinę, więzy łączące go ze swoimi rodzicami. (Kto z nas nie przeżył tych emocji, kiedy dorastając, jednocześnie potrafiliśmy mocno kochać i nienawidzić naszych rodziców?)

Pisze to wszystko lekko oszołomiony, czując jakże przyjemne zmęczenie w mięśniach, łagodne ciepło w całym ciele… Parę dni fizycznego wysiłku sprawia że organizm zaczyna pracować na innych obrotach, umysł się przejaśnia, świat wygląda bardziej kolorowo, życie nabiera innego smaku … Czułem jak na szlaku strzepują się ze mnie wszelkie cywilizacyjne brudy (a że takie nas otaczają, – zwłaszcza w wielkich miejskich metropoliach – temu raczej trudno jest zaprzeczyć); rozluźniają się szczęki stresów, jakie powoduje życie i praca, utrzymująca nas na powierzchni cywilizowanego społeczeństwa. I tutaj może się w nas zrodzić pewna konsternacja: czy w naszym nowoczesnym domu nie zaczyna nam brakować natury, której – choć jest ona naszą rodzicielką – spychamy na cywilizacyjne obrzeża?

HOTEL GAGE

Przydrożne logo hotelu Gage

Wprawdzie o hotelu Gage słyszałem wcześniej od znajomych, którzy gościli w nim kilka lat temu, to osobiste spotkanie z nim było dla nas pełnym zaskoczeniem.
Po wyjechaniu z Van Horn odbiliśmy na południowy wschód, jadąc drogą prowadzącą przez niezbyt ciekawe rudo-buro-żółte pustkowie, wątpliwie urozmaicone mijanymi co jakiś czas osadami, które, mimo że zamieszkałe, przypominały bardziej ghost towns, czyli miasta-widma, niż normalne, zamieszkałe przez ludzi miasteczka.
Podobne scenerie otaczały nas zanim dotarliśmy do miejscowości zwanej Marathon (Eh, to amerykańskie nazewnictwo: wszystkie te Warszawy, Paryże, Londyny, Moskwy, Ateny, Florencje, Syrakuzy i Lizbony… tak jakby chciano tu przeszczepić całą Europę, mimo że wcześniej z tej Europy do Ameryki uciekano.)
Tam, w położonym w samym sercu pustyni Marathonie, trafiliśmy do hotelu, którego nie powstydziłby się najbardziej ekskluzywny resort, choć akurat nie resortowej wygody szukaliśmy na teksaskiej pustyni. Na szczęście okazało się, że urok hotelu Gage nie wynikał z jakiegoś pretensjonalnego i snobistycznego luksusu, lecz z autentycznej atmosfery łączącej najlepsze tradycje amerykańskiego Zachodu i południowego pogranicza. Wybudowany 80 lat temu przez „bydlęcego” (tzn. posiadacza olbrzymich stad była) magnata, podupadł nieco z biegiem czasu, jednakże w latach 70-tych trafił w ręce człowieka nie tylko bogatego (choć 30 tys. dolarów, jakie zapłacił on za hotel nie było raczej ceną wygórowaną), ale i wykształconego (co w Ameryce niekoniecznie musi iść w parze) i to w dodatku historyka, który odnawiając go dokonał renowacyjnego cudu, zdobiąc go i wyposażając w sprzęt, meble i obiekty najciekawsze, jakie tylko można było znaleźć w całym rejonie Trans-Pecos.
Jeśli chodzi o architekturą, to hotel Gage jest połączeniem stylu Santa Fe i adobe – widzimy tu mocne wpływy hiszpańskiego kolonialnego Południa (hacjenda) z elementami architektury indiańskiej (pueblo).

Co tu kryć… pustynia na dłuższa metę jest męcząca, skały i piasek gorący, tudzież słońce palące… Wzrok nuży się monotonią terenu, nigdzie nie widać żywego ducha (ani nawet martwego), tylko od czasu do czasu na drogę wejdzie zabłąkany cielak, czy też przejedzie nią jakiś pogiętym leniwy i wyblakły pick-up.
Aż tu nagle: taka oaza! Trafia się jak zbawienie!

Oaza na pustyni – patio hotelu Gage

Lecz ta oaza to nie tylko zielone palmy, barwne oleandry i basen pełen nęcącej chłodnej wody… ale i ciekawe wnętrze złożone z interesujących zakątków i pomieszczeń wypełnionych różnymi eksponatami. Na każdym kroku znajdujemy coś, co przykuwa nasz wzrok: a to misternie rzeźbione skrzynie, ławy i piedestały z kutego ręcznie żelaza, lampy z rogów, brązu i mosiądzu, myśliwskie trofea, skóry i futra, malowane obrazy, rzeźby przeróżne, a nawet… wypchana puma oraz łeb białego bizona (chociaż dzieł sztuki można tu spotkać znacznie więcej, niż tych ostatnich kuriozów, wątpliwej jednak artystycznej jakości).
Wszak najlepsze wrażenie robią mozaiki  terakoty, pokryte stucco ściany i piękne, podparte dekoracyjnymi belkami sufity. Wszystko to razem tworzy unikalną, aczkolwiek swobodną atmosferę – klimat prawdziwej i niewymuszonej gościnności.

Jakby tych estetycznych – architektonicznych, dekoracyjnych i wystrojeniowych – przyjemności było mało, w lokalnej kuchni czekają nas rozkosze kulinarne. Cafe Cenizo słynie w całym Teksasie jako jedna z najlepszych restauracji stanu. Nic dziwnego: chef to wykształcony na klasycznej francuskiej kuchni restaurator, który przybył tu jakiś czas temu z Manhattanu i zrobił bez mała furorę. Zaczął od rewolucji: założył własne, zaopatrujące kuchnię we wszystko, gospodarstwo z paro-hektarowy ogrodem. Z piwnic powyrzucał wszystkie wina podłe i sikacze, zastępując je trunkami, jakich nie powstydziłyby się najlepsze winiarnie Włoch czy Francji.

I cóż mogę do tego wszystkiego dodać? I ja tam byłem, pyszne potrawy jadłem, doskonałe wina piłem… A pisząc to o wybaczenie proszę i obiecuję, że już się więcej w podobnym hedonizmie tak nurzał nie będę!
PS. Gwoli formalności i jasności podaję (choć dżentelmenom podobno o pieniądzach pisać nie wypada), że nocleg w hotelu Gage kosztuje kilkakrotnie mniej, niż w podobnym, jeśli chodzi o standard, hotelu europejskim – polskie w to wliczając.

Nad Rio Grande w Big Bend – granica z Meksykiem

WIELKI PRZEŁOM RIO GRANDE

To właśnie Big Bend skusił mnie najbardziej, by wybrać się w tę podróż. Obszar o powierzchni 1100 mil kwadratowych wydzielony z północnych rubieży pustyni Chihuahua, rozłożony w „siodle” przełomu granicznej rzeki Rio Grande, która właśnie tutaj, w południowo-zachodnim Teksasie tworzy kilkuset-kilometrową pętlę, rzeźbiąc w skałach głębokie kaniony.
W sercu tego zakola wznoszą się zaś wysokie na dwa i pół kilometra góry Chisos, tworząc z kolei w swoim obrębie nieckę Chisos Basin, która jest prawdziwą oazą chłodu i zieleni, otoczoną bezkresnymi przestrzeniami niegościnnych pustkowi. Kotlina ta jest niczym ostatni bastion bogatszego życia broniącego się przed napierającą zewsząd pustynną posuchą czyli słynna Rio Bravo)

Czuję się jednak teraz jak dekadent zepsuty współczesnymi dogodnościami, siedząc na tarasie widokowym Chisos Mountains Lodge, pisząc te słowa i popijając orzeźwiająco zimną iced tea. Wróciliśmy właśnie z Kanionu Santa Elena, uznanego za jeden z najbardziej spektakularnych gardzieli amerykańskiego Desert Southwest (czyli Pustynnego Południowego Zachodu).
To poczucie dekadencji wynika jeszcze z czegoś innego. Otóż kilka godzin temu dokonałem… czynu nielegalnego. Brodząc po kolana w Rio Grande przebrnąłem na drugą stronę rzeki i postawiłem swoją stopę (a nawet dwie) na meksykańskiej ziemi. Gdybym nie miał szczęścia i trafił na strażnika-służbistę, to przyjemność ta mogłaby mnie kosztować nawet 5 tys. „bucksów”. Taką bowiem, po atakach 11 września, nałożono karę za „dzikie” przekroczenie granicy.

Na szlaku w Big Bend – w dole płynie Rio Grande (czyli słynna Rio Bravo)

*

Jednak przez wiele lat do tradycji należało swobodne przechodzenie z jednej strony na drugą. Odwiedzano meksykańskie wioski, korzystano z usług tubylczych przewodników, smakowano inną kulturę… Teraz już niestety tego nie ma, choć oczywiście nikogo się nie zamyka za taplanie się w Wielkiej Rzece, która tak naprawdę wcale nie jest tutaj o tej porze taka wielka. Z okolicznych wzgórz położonych po stronie amerykańskiej, widać biedne, prażące się w pustynnym słońcu meksykańskie osady. Szlaki biegną tuż obok granicy. Od czasu do czasu spotkać można na nich coś w rodzaju małych kramów z pamiątkami i rękodziełem, które wystawiają tu Meksykanie z nadzieją, że ktoś zostawi w puszce kilka „zielonych”.

Przez długi czas granica między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem istniała tylko na papierze. W rejonach Wielkiego Przełomu grasowały bandy Metysów. To właśnie stąd, każdej jesieni, wyruszali na południe Komancze, by grabić, mordować i brać jeńców. Jedni rozbójnicy warci byli drugich. Z pewnością nie przyczyniali się oni do tworzenia romantycznej legendy pogranicza. Trochę lepiej było z Apaczami, którzy jednak w rzeczywistości też nie byli aż tak szlachetnymi wojownikami, jakich wydumał sobie Karol May, opisując przygody Winnetou (nota bene nigdy nie będąc w tych rejonach i wysysający wszystkie swoje westernowe historyjki z palca, siedząc w więzieniu). Lecz mitologia Dzikiego Zachodu to odrębny temat, którego nawet nie śmiem tu zaczynać.

Człowiek z osiołkiem – po meksykańskiej stronie Rio Bravo

Big Bend interesujący jest dzisiaj głównie ze względu na przyrodę, walory rekreacyjne, scenerie… Park przecinają setki mil szlaków. Wielka przygodą jest kilkudniowy spływ po Rio Bravo (ta nazwa również uważana jest za historycznie poprawną) między sięgającymi 500 m. wysokości brązowo-żółto-czerwonymi skalnymi ścianami.
Mimo to, ze względu na odległości i oddalenie od dużych skupisk ludności, Big Bend National Park należy do najrzadziej odwiedzanych amerykańskich parków. Ilość jednak nie zawsze przekłada się na jakość. Wszyscy napotkani tutaj przez nas ludzie to zaprawieni w bojach podróżnicy, którzy nie trafili do Big Bend przypadkowo. Wczoraj np. spotkaliśmy Holendrów, parę – tak na oko – w wieku około lat 60-ciu, którzy są tu już po raz drugi, a jutro wybierają się na 25-kilometrowy szlak do Południowej Krawędzi Kotliny Chisos, co zajmie im jakieś 12 godzin. (Nawet się do tego nie przyznawaliśmy, że my za wyczyn uznaliśmy naszą 3-godzinną wspinaczkę na Szczyt Guadalupe.) Swoją drogą, Holendrzy ci wywarli na nas bardzo sympatyczne wrażenie, jak zresztą niemal wszyscy ludzie, z którymi się w tym miejscu zetknęliśmy). Ta sympatia nie zniknęła nawet wtedy, kiedy dowiedzieli się, że jesteśmy Polakami. Gdyż, szczerze mówiąc, do naszych rodaków mieli oni spore obiekcje, a to z powodu burd, pijaństwa i drogowych wypadków, którymi raczą ich kraj Polacy, masowo zjeżdżający się tam teraz do pracy i zakładający jakieś dziwne obozowiska. Ale darujmy sobie jednak tę socjologię.

Wyschnięte i spękane koryto Rio Grande

Big Bend poczuliśmy na własnej skórze – we wszystkich naszych mięśniach i kościach. Spędziliśmy tutaj kilka dni, większość czasu przebywając na szlakach, zarówno w górach Chisos, jak i tych biegnących wzdłuż Rio Grande. Skutecznie zdołaliśmy uniknąć upałów, wybierając się w piesze wędrówki rankiem oraz późnym popołudniem. Tylko wtedy bowiem pokonywanie szlaku mogło być dodającą sił przyjemnością, a nie wyczerpującą mordęgą w spiekocie.

W miejscach podobnych do tego, często dociera do mnie to, jak bardzo powierzchowny jest jednak nasz ogląd przyrody. Wystarczy bliżej zapoznać się z pierwszym lepszym gatunkiem fauny czy flory, by uświadomić sobie, jak olbrzymia jest nasza niewiedza dotycząca wszystkich pozostałych. Lecz w jaki sposób można tego uniknąć nie studiując tematu latami, nie spędzając większości życia na łonie przyrody, albo też w laboratorium? Czy jednak ta głęboka i obszerna wiedza jest niezbędną do tego, by zestroić się w jakimś stopniu z naturalnym środowiskiem? A może wręcz przeciwnie – większa wiedza i świadomość rządzących nami mechanizmów w tym zespoleniu się z naturą przeszkadza?

Jaki rodzaj świadomości potrzebny jest nam do tego, by cieszyć się życiem? Oto idziemy górska ścieżką, otaczają nas kolorowe skały o przeróżnych kształtach; wokół rosną drzewa, krzewy, kaktusy, trawy… (w Big Bend można znaleźć ponad 1000 gatunków roślin); słychać śpiew ptaków (w Big Bend fruwa ok. 400 gatunków ptaków); tu i ówdzie przebiegnie jaszczurka, przepełznie wąż, spojrzy na nas sarna – możemy nawet spotkać pumę czy niedźwiedzia… Chłoniemy przyrodę, rozkoszujemy sie naturą… W takich chwilach wystarcza nam sama świadomość własnego istnienia, poczucie tego, że się żyje, że jesteśmy nieodrodną cząstką tego świata. Bo to jest nasz świat i nasze w nim życie.

.

Część I zapisków z podróży do Nowego Meksyku i Teksasu przeczytać można TUTAJ.

.

Radosne spotkanie z wielką skałą w Big Bend o zachodzie słońca

© ZDJĘCIA WŁASNE

Zdjęcia Parku Narodowego Wielkiego Przełomu rzeki Rio Grande w Teksasie obejrzeć można w Brulionie Podróżnym (ilustrowanym) – TUTAJ, a hotelu Gage – TUTAJ. (Zapiski pochodzą z podróży, która miała miejsce w maju 2008 roku.)