UWIĘZIENI W BIEGU DONIKĄD – o książce Olgi Tokarczuk „Bieguni”

.

Oto nowy typ umysłu, który nie ufa słowom z książek, z najlepszych podręczników, z opracowań, monografii, encyklopedii – sponiewierany w czasie studiów, a teraz ma czkawkę. Zdeprawował się łatwością rozkładania na czynniki pierwsze każdej, najbardziej nawet skomplikowanej konstrukcji. Sprowadzaniem do absurdu każdej nieprzemyślanej argumentacji, przyjmowaniem co kilka lat zupełnie nowego, modnego języka, który – podobny do najnowszej, reklamowanej wersji scyzoryka – potrafi zrobić wszystko ze wszystkim: otworzy puszkę, oprawi rybę, zinterpretuje powieść i przewidzi rozwój sytuacji politycznej w centralnej Afryce.

To umysł szaradzisty, umysł, który operuje odsyłaczami i przypisami jak nożem i widelcem. Umysł racjonalny i dyskursywny, samotny i sterylny. Umysł, który zdaje sobie ze wszystkiego sprawę, także i z tego, że niewiele rozumie; lecz porusza się szybko, bystry, inteligentny elektroniczny impuls, bez ograniczeń, łącząc wszystko ze wszystkim, przekonany, że wszystko to coś razem znaczy, ale nie wiemy – co.

Olga Tokarczuk, „Bieguni”

.

       Powyższy cytat to chyba najlepsza diagnoza stanu umysłu współczesnego człowieka bez właściwości, z jaką dotychczas się zetknąłem – umysłu zanurzonego w postmodernistycznej brei i kosmopolitycznej próżni; wyobcowanego, niewierzącego w tożsamościowe narracje, wydziedziczonego z sensu…. błąkającego się samotnie po obcym rozkawałkowanym świecie – dokładnie tak, jak to się dzieje z bohaterką książki Tokarczuk, będącą w ciągłym ruchu, podróżującą, kolekcjonującą zarówno banały, jak i kurioza, nie odróżniającą hotelu od domu. (Dzisiejszy flâneur zamieniający wałęsanie się po ulicach we włóczęgę po lotniskach).

Podróż jako niedomaganie

       Wprawdzie fragment, który przytoczyłem na początku, jest wypowiedzią jednej z bohaterek książki Tokarczuk, ale istnieje wiele przesłanek za tym, że autorka jednak opowiada też o sobie i o własnym postrzeganiu świata. Świadczy o tym wiele fragmentów kilku pierwszych – wyraźnie autobiograficznych – rozdziałów książki:

  • – „(…) moje korzenie zawsze były płytkie i wywracał mnie byle jaki podmuch wiatru. (…) Moje energia bierze się z ruchu – z trzęsienia autobusów, z warkotu samolotu, z kołysania promów i pociągów.”
    – „Mnie życie zawsze się wymykało. Natrafiałam tylko na jego ślady, jakieś marne wylinki.”
    „Miałam skłonność do zamazywania oczywistości, podawania w wątpliwość niezbitych argumentów (…). Nie chciałam mieć stałych poglądów, byłyby niepotrzebnym bagażem.”
    – „Historia moich podróży jest tylko historią niedomagania. (…) Mój zespół objawów polega na tym, że pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne, pęknięte. Interesują mnie formy byle jakie, pomyłki w dziele stworzenia, ślepe zaułki. Wszystko, co odstaje od normy, co jest za małe albo za duże, wybujałe lub niepełne, monstrualne i odrażające.”

Zaś w jednym z wywiadów Olga Tokarczuk mówi wprost:[nasz świat] to świat pełen informacji, ale pozbawiony znaczenia.”

Co robić w takim świecie? Być w ciągłym ruchu, przemieszczać się, podróżować? „Więc ruszaj się, kiwaj, kołysz, idź, biegnij, uciekaj…” – czytamy w książce. Biegnij, bo – jak wierzyli bieguni, czyli rosyjscy starowiercy – chroni to przed złem, jakie przenika świat – i tylko wtedy można uciec przed Antychrystem, którego nie sposób jest zwalczyć. A kiedy się zatrzymujemy, wystawiamy się na łatwy łup Szatana.
Tokarczuk wyznała, że sama jest biegunem, ale oczywiście nie oznacza to, że XXI-wieczna pisarka utożsamia się z półobłąkaną sektą z XVIII wieku – bo na pewno nie wierzy w Antychrysta czy Szatana, a chyba nawet i w samo zło – ale że dla niej jest to (jak sama określiła) metafora poszukiwania w rozkawałkowanym, rozedrganym, efemerycznym i pozbawionym znaczenia świecie tego, co jest stałością, całością, stabilnością i sensem: „Chciałam przyjrzeć się temu, co to znaczy podróżować, poruszać się, przemieszczać. Jaki to ma sens? Co nam to daje? Co to znaczy? Podróż jest chyba największym zbliżeniem do tego, czym współczesny świat wydaje się być – ruchem, niestabilnością.”
Lecz tu pojawiają się pytania: czy aby rzucanie się w wir podróży nie jest antytezą stabilności? Czy wrzucanie do jednego worka (książki) kawałków, fragmentów – przypadkowych i najczęściej do siebie nie przystających (a z tego formalnie składają się „Bieguni”) – daje nam szanse na sklejenie tego w koherentną i sensowną całość, czy też raczej poczucie poszatkowanego i roztrzęsionego świata wzmacnia? Czy nie przypomina to gaszenie pożaru benzyną? Albo jakieś nowej formy syndromu Tourette’a, czy bieżączki – nerwicy natręctw nie pozwalającej człowiekowi ustać w jednym miejscu i zmuszającej go do wykonywania w kółko tej samej czynności?
A może to coś w rodzaju egzystencjalnej pląsawicy strojącej się w epistemologiczne piórka – bo ponoć „widzieć znaczy poznać”?
Tak, podróż powinna być motywowana chęcią poznania. Szkopuł w tym, że w „Biegunach” powodowana jest ona zazwyczaj strachem, nerwicą i walką z bezruchem. Jest ucieczką „od” a nie zmierzaniem „do” (jakiegoś celu).

Uciekinierzy

       Każdy człowiek, jakiego spotkamy na kartach biegunów, jest człowiekiem w ruchu. Pewnie dlatego, że tylko taki człowiek jest dla autorki człowiekiem żywym i prawdziwym. („Mobilność jest realnością”, „(…) prawdziwe życie odbywa się w ruchu.”) Większość z nich – włącznie z główną narratorką – podróżuje.
Motyw podróży to jeden z głównych wątków „Biegunów”, ściśle powiązany z obsesyjnym wręcz zajmowaniem się w tej książce ruchem (bo bezruch to stanie w miejscu, a stanie w miejscu to rozkład). Autorka – zgodnie ze wspomnianą wcześniej intencją – przygląda się temu, czym jest podróż, jaki ma ona sens, co nam daje, co znaczy… a my przyglądamy się temu, co ona na ten temat napisała. I co widzimy?
Mnóstwo literackich, psychologicznych, filozoficznych i antropologicznych tropów (notabene cechuje się tym cała książka, nie tylko w odniesieniu do ruchu i podróży), które jednak w żaden sposób nie są w stanie ukryć tego, że podróżny – tak jak to opisuje autorka – to człowiek wyalienowany, samotny, wykorzeniony, rozchwiany, pozbawiony celu, a więc błądzący i zdezorientowany. Potwierdziła to w jednym z wywiadów sama Tokarczuk, dla której biegun to bardziej kloszard i każdy, kto wypadł poza stabilny porządek, a nie turysta (który według niej jest tylko jednym z rodzajów bieguna).
Ile w tak pojętej podróży jest z ucieczki, a ile z poszukiwania, chęci poznania, pogoni za czymś, tęsknoty za sensem? Uderza to, że wiele z głównych postaci, które spotykamy w „Biegunach” ucieka – w sposób wręcz desperacki wyrywają się oni z jakiegoś miejsca lub sytuacji, szarpią się, chcąc uwolnić się od okoliczności, w jakich uwięziło ich życie. Niestety, jest to dla nich wyzwolenie pozorne – bo zaraz potem wracają do punktu wyjścia. Ich droga (ucieczki) okazała się błędnym kołem.

Kierunki bez celu, ułamki bez całości

       Wróćmy jednak do podróżnych lotniskowych i tej wersji podróży po świecie, która nie może obyć się bez samolotów. W „Biegunach” znalazł się również rozdział zajmujący się tzw. „psychologią podróżną” a w nim taki oto fragment:

  • – „Psychologia podróżna zajmuje się człowiekiem podróżującym, człowiekiem w ruchu, i w ten sposób sytuuje się w opozycji do tradycyjnej psychologii, która zawsze rozpatrywała istotę ludzką w stałym kontekście, w stabilności i w bezruchu – na przykład poprzez pryzmat jej biologicznej konstytucji, związków rodzinnych, usytuowań społecznych. Dla psychologii podróżnej są to sprawy drugorzędne. Chcąc opisać człowieka przekonująco, możemy to tylko uczynić, umieszczając go w jakimś ruchu skądś – dokądś.”
    – „Ważnym pojęciem w psychologii podróżnej jest pragnienie, to ono istocie ludzkiej nadaje ruch i kierunek oraz – pobudza w niej lgnięcie ku czemuś. Pragnienie samo w sobie jest puste, to znaczy wskazuje tylko kierunek, lecz nie cel; cel bowiem zawsze pozostaje fantasmagoryczny i niejasny; im do niego bliżej, tym bardziej staje się enigmatyczny. W żaden sposób nie można takiego celu osiągnąć ani tym samym zaspokoić pragnienia. Pojęciem, które unaocznia ten proces dążenia, jest przyimek ‘ku’. Ku-czemu.”
    – „W życiu (…) nie da się zbudować konsekwentnego przyczynowo-skutkowego ciągu argumentów ani opowieści z następujących kazuistycznie i wynikających z siebie zdarzeń. (…) To konstelacja, a nie sekwencja jest nośnikiem prawdy. Dlatego psychologia podróżna opisuje człowieka nie usiłując nadać jego życiu żadnej przybliżonej nawet ciągłości. (…) Powtarzalność [sytuacji] nie przesądza jednak o tym, by nadawać życiu pozór jakiejkolwiek konsekwentnej całości.”

Powyższy tekst podany jest w książce jako wykład, który specjaliści od „psychologii podróżnej” serwują przypadkowym ludziom – pasażerom i podróżnym – na jednym z dużych lotnisk. Znamienne jest to, że temu (miejscami mętnemu i w istocie swej przewrotnemu) referatowi przysłuchuje się bez większego zainteresowania garstka znudzonych oczekiwaniem na samolot pasażerów (nawet nasza narratorka opuszcza na pewien czas to zgromadzenie, by kupić kawę), a zwykli podróżni (i jasno tutaj przez autorkę określeni: kibice, para zakochanych, rodzice z dziećmi…) zajęci sobą i poruszający się według swojego ściśle określonego itinerarium, przechodzą tłumnie obok. Trudno byłoby uwierzyć, że ta „psychologia podróżna” odnosi się właśnie do nich.
Według mnie się nie odnosi. Natomiast związana jest z czymś, co można nazwać dekonstrukcją podróży.
O swoich rodzicach narratorka pisze tak: „nie byli prawdziwymi podróżnikami, bo wyjeżdżali po to, aby wrócić”; albo: „tam i z powrotem – parodia podróży”. Czyli: kto wraca do domu nie jest prawdziwym podróżnym? Czyli: prawdziwa podróż to podróż bez powrotów?

Przypomnijmy tutaj główne pojęcia „psychologii podróżnej”: ważny jest człowiek mobilny, a nie ustabilizowany; pragnienie kogoś, kto się porusza jest puste i wskazuje tylko kierunek, ale nie cel; życie człowieka podróżnego nie jest ciągłe, i nie jest całością…
Można odnieść wrażenie, że dekonstrukcji poddaje się tu nie tylko podróż (i samego podróżnego), ale i człowieka w ogóle, a nawet cały świat z na nowo definiowaną cywilizacją: „Płynność, mobilność, iluzoryczność – to znaczy być cywilizowanym.
Trudno o bardziej dobitne określenie postmodernistycznej wizji rzeczywistości. Ale czy ta wizja jest odbiciem prawdy, czy też tę prawdę symuluje, bo nie ma do niej dostępu?
A może rzeczywiście nasz świat się rozpada a my zaczynamy być z wszystkiego wydziedziczani?
Kim jest człowiek bez „związków rodzinnych”, „usytuowań społecznych” jak nie wyobcowaną monadą, błąkającą się bezcelowo po wyzbytym sensu świecie?

Zawieszeni – między „kiedyś” a „nigdy”, między „nigdzie” a „wszędzie”

  • – „Bo jeśli przyszłość i przeszłość są nieskończone, to nie istnieje w rzeczywistości jakieś ‚kiedyś’.”
    – „W rzeczywistości żaden ruch nie istnieje. Jak ten żółw z paradoksu Zenona, donikąd się nie poruszamy, wędrujemy zaledwie do wnętrza momentu i nie ma żadnego kresu ani żadnego celu. I to samo mogłoby dotyczyć przestrzeni – skoro wszyscy jesteśmy jednakowo oddaleni od nieskończoności, to nie istnieje również żadne „gdzieś” – nikt nie tkwi w żadnym dniu ani w miejscu.”

Same paradoksy – a może niedorzeczności? Bo przecież to, że można coś dzielić w nieskończoność, nie oznacza tego, że to coś nie może być całością. Skoro w czasie istnieje moment, to tym samym istnieje „kiedyś”. Wszystko jest w ruchu – nie ma więc czegoś takiego jak bezruch. (Nie istnieją rzeczy, które się nie poruszają. Jeśli wydają się nie poruszać, to dlatego, że ruch jest względny – podobnie jest z czasem.) Jeśli istnieje zmienność, to musi istnieć czas. Skoro nikt/nic nie tkwi w żadnym czasie ani miejscu, to musi się poruszać w czasie i przestrzeni – a to oznacza istnienie zarówno czasu jak i przestrzeni (a tym samym owych „gdzieś”), które są do tego konieczne. Innymi słowy: fundamentalną i permanentną właściwością świata jest jego zmienność w czasie i przestrzeni. Przy czym nie można zmierzyć tego, jak daleko jesteśmy od nieskończoności, tak samo jak nie można ustalić czasu jaki mamy stąd do wieczności.
Po co – i dlaczego – o tym wszystkim piszę? Otóż nie (tylko) po to, aby się bawić myślą, mową – słowem i znaczeniami – przy rozgryzaniu tekstu książki – zanurzaniu się w jego ewentualnym sensie czy bezsensie. Piszę po to, aby wykazać płynność i labilność świata wyobrażanego, kreowanego i opisywanego w „Biegunach”. Piszę dlatego, że mnie to intryguje, czasem trochę irytuje, ale jednak – co jest dla mnie pewnym zaskoczeniem – nie nuży.
A przede wszystkim chciałbym tym zwrócić uwagę na to jak bardzo tekst Tokarczuk otwarty jest w wielu miejscach na interpretację – co można uznać zarówno za jego wadę, jak i zaletę. Zaletą jest wtedy, kiedy pobudza, zmusza do myślenia, daje wrażenie bogactwa; natomiast wadą – kiedy jego nieuchwytność i osobliwość wyklucza adekwatną przymiarkę do rzeczywistości, uniemożliwiając wysnucie wiarygodnych i sensownych znaczeń, nie tylko w obrębie powieściowej fikcji, ale przede wszystkim w odbiciu prawdziwego świata.

Konstelacja – powieść jak szwedzki bufet?

       Tokarczuk: „Każdy recenzent zauważa w tej książce coś innego, wyciąga inne wątki i składa je w inną całość. Takie było zresztą założenie jej formy – powieści konstelacyjnej, jak ją sobie nazwałam. Wątki w niej zawarte, motywy, idee są pretekstem do ustanowienia własnego porządku czytelniczego. Ma zadziałać jak test projekcyjny – rzutujemy na nią własne sensy.”
Konstatacja to czy asekuracja? Jak mamy tę wypowiedź rozumieć? Czy wieloznaczność może zdradzić nam sens, a jeśli tak to czy nam drogę do poznania tego sensu ułatwia, czy utrudnia? Skoro sami nadajemy sens temu co jest w książce, to czy nie świadczy to o deficycie tego sensu w jej treści – a może nawet wręcz o jego braku? (Przypomnijmy słowa Tokarczuk: „Świat jest pełen informacji, ale pozbawiony znaczenia”.)
Po prawdzie sam do tej pory nie wiem, czy kolażowo-patchworkowa forma „Biegunów” jest wadą tej książki, czy zaletą (choć sam nie miałem z tym żadnego kłopotu); czy świadczy to o bogactwie znaczeń, czy też może jest przejawem semantycznego chaosu? Skoro sama pisarka stwierdza, że dopiero czytelnik „ustanawia własny porządek”, to czy nie jest to dowodem na to, że książka sama w sobie jest porządku pozbawiona?
Synkretyzm gatunkowy „Biegunów” jest wręcz ostentacyjny. Książka podzielona jest na ponad sto „rozdziałów” – niektóre z nich mają po kilkadziesiąt stron, inne ograniczają się do kilku zdaniowych akapitów. Są w niej kartki jakby wyjęte z pamiętnika, mini-opowiadania, zapiski z podróży, uwagi i komentarze do świata, epizody, monologi i dialogi, wspomnienia przypadkowych spotkań; niektóre z tych słownych okruchów trącą aforyzmem, inne zaś można zrozumieć tylko jako metaforę… Przeróżna jest też waga tych „rozdziałów”: od błahostki i banału po ciężkie intruzje psychologiczno-filozoficzne; od myśli rozproszonych po zbite konglomeraty słów, od tego co zwykłe (w ilości jednak śladowej) po to co bizarne (warto podkreślić, że to ostatnie stanowi gros tej książki).

.

„Wielu ludzi wierzy, że istnieje na układzie współrzędnych świata punkt doskonały, gdzie czas i miejsce dochodzą do porozumienia. Może to nawet dlatego wyruszają z domu, sądzą, że poruszając się choćby chaotycznie, zwiększą prawdopodobieństwo trafienia do takiego punktu. Znaleźć się w odpowiednim momencie i w odpowiednim miejscu, wykorzystać okazję, chwycić chwilę za grzywkę, wtedy szyfr zamka zostanie złamany, kombinacja cyfr do wygranej-odkryta, prawda-odsłonięta.” Olga Tokarczuk, „Bieguni”

.

Gabinet osobliwości i kolekcja trupów

       Właśnie, „bizarne” (słowo zaanektowane przez samą pisarkę, która najwyraźniej nie chciała się ograniczać do polskiego wyrazu „dziwaczny”) jest być może nawet dominantą „Biegunów”. Nie bez racji często powtarzającym się określeniem odnoszącym się do zawartości książki Tokarczuk jest „gabinet osobliwości”, podobnie zresztą jak „panoptikum”. (Przypomnijmy: „…pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne, pęknięte (…) niepełne, monstrualne i odrażające.”)
Wśród tytułów rozdziałów książki, spotykamy np. takie: „Torebka do wymiotowania” czy „Sutki ziemi”. Dziwność, ekscentryczność – nie tylko w opisie rzeczy i zjawisk, ale też okoliczności, sytuacji i zachowania się ludzi.
Jednakże mnie poczucie owej „bizarności” nawiedzało najbardziej wtedy, kiedy czytałem o preparowaniu ludzkich zwłok, który to temat jest w książce potraktowany wcale nie marginalnie. Wprost przeciwnie: wszystkie te opisy sekcji zwłok, amputacji, technik balsamowania ciała, przeglądanie kolekcji zmumifikowanych trupów i mutantów; fascynacja tym, co zostało z żywego człowieka i pływa teraz w formalinie lub innym płynie, albo zostało splastynowane i wystawione na widok publiczny… ciągną się to w „Biegunach” przez dziesiątki stron. Czytając to zdawałem sobie sprawę, że to nie moja fascynacja – że to jednak nie jest w tym „bufecie” moja cup of tea. Nie mogę wszak powiedzieć, że ta lektura mnie nudziła – bo plastyczny i obrazowy, mocny i giętki język Tokarczuk przykuwał moją uwagę – prowokował, zmuszał do myślenia i stawiania pytań: co to ma znaczyć? Gdzie to wszystko prowadzi? Jest w tym wszystkim piękno i tajemnica, czy tylko marność, ohyda i nicość?
I wreszcie: czy rzeczywiście rozbierając na części pierwsze maszynę, jaką według biologów jest człowiek, można dowiedzieć się czegoś istotnego o jego człowieczeństwie – o czymś co stanowi i konstytuuje człowieka poza biologizmem? (Moim zdaniem nie można opisać naszego człowieczeństwa w kategoriach materii. Ponadto człowiek może istnieć – i określić się sensownie – tylko w relacji z drugim człowiekiem – właśnie w swoich „usytuowaniach społecznych”.)
Dla Schopenhauera ciało było kluczem do zagadki świata, dzięki któremu możliwe jest poznanie metafizyczne. Dla Tokarczuk poruszającej się w post-religijnym, pozbawionym metafizyki universum, ciało jest tylko eksponatem, naukowym gadżetem, osobliwością – przedmiotem plastynacji albo sekcji zwłok.

Cioran zamiast Biblii

       „Widzieć znaczy wiedzieć”, „opisać znaczy zniszczyć”, „To, co się nie porusza stoi w miejscu. To, co stoi w miejscu, rozpada się.” – pisze Olga Tokarczuk.
Jak mamy traktować te stwierdzenia? Są zbyt dosadne i jednoznaczne, by widzieć w nich tylko metaforę. Z kolei – traktowane dosłownie, nie wytrzymują krytyki jako metody ogarniania, opisu i rozumienia świata. Bo przecież widzieć to wcale nie znaczy wiedzieć (dla neurologów iluzoryczność – a często i złudność – obrazów, jaki przedstawia nam mózg, jest oczywista: tak naprawdę to nie widzimy rzeczywistości tylko jej przetworzone już w naszym mózgu odbicie). Ponadto, żeby coś wiedzieć, to trzeba też to zrozumieć. Ale jak można coś zrozumieć w świecie pozbawionym (jak twierdzi autorka) znaczenia, a tym samym i sensu?
Czy rzeczywiście ruch jest zawsze dobry, a bezruch zawsze zły? Czy opuszczać coś jest zawsze lepiej niż gdzieś pozostawać? Czy zakorzenienie się i stałość to koniecznie rozkład, czy może wprost przeciwnie: to ochrona przed rozpadem, alienacją i wydziedziczeniem – warunek stabilności i spokoju?
Czy opisywanie to niszczenie? A może dopiero to, co opisane zaczyna istnieć w naszej świadomości – nabiera konkretu w ludzkiej wyobraźni? Czy jeśli pisarz coś opisuje – to tym samym coś niszczy, czy wręcz przeciwnie: tworzy?
Zresztą, sama metafora „bieguna” – jeśli jej się tak bliżej przyjrzeć – też pozostawia wiele do życzenia pod względem logiki, choćby dlatego, że żaden powieściowy „biegun” nie uwalnia się od zła i nikczemnego losu, mimo że jest w ciągłym ruchu.

Jest jeszcze jeden aspekt filozoficzny, który w „Biegunach” zwrócił moją uwagę. Jeden z bohaterów książki sugeruje, by hotelowe egzemplarze Biblii wymienić na Ciorana (bo „do celów wróżebnych Biblia straciła swoją aktualność”), czyli na coś bardziej aktualnego, a tym samym bardziej pożytecznego. I jako przykład cytuje jedną z wypowiedzi Ciorana: „(…) nasza misja polega na wznoszeniu kurzu w poszukiwaniu jakiejś niepoważnej tajemnicy”. Niestety, polskie tłumaczenie cytatu nie oddaje cioranowskiego sensu i klimatu tak dobrze, jak wersja angielska: our mission was to graze the dust in search of a mystery stripped of anything serious. Bo jednak istnieje różnica między „wznoszeniem” pyłu a jego „gryzieniem”, a jeszcze większa między „niepoważną tajemnicą” a „tajemnicą odartą ze wszystkiego, co poważne”.
Cioran – nihilista, mizantrop, totalny pesymista; nienawidzący swoich narodzin gostek („typy takie jak ja, nigdy nie powinny zaistnieć”), który odmawia jakiegokolwiek sensu nie tylko własnej osobie, ale i życiu oraz całemu światu.
I on ma być lepszy od Biblii?
Pozwolę sobie jeszcze na zacytowanie tego, co Cioran napisał w swoim eseju „O niedogodności narodzin”: „Gdziekolwiek się ruszę – to samo odczucie nieprzynależności, bezużyteczności gry. Udaję zainteresowanie czymś, co mnie zupełnie nie obchodzi, kręcę się tu i tam, ale nigdy nie jestem ‘w środku’, w żadnym określonym miejscu. To, co mnie przyciąga, znajduje się gdzieś indziej, czym zaś owo ‘gdzie indziej’ jest – nie wiem.”
Czy nie uderza nas w tych słowach zbieżność z „filozofią” i wymową „Biegunów” – z zachowaniem, stosunkiem do świata i charakterem występujących w tej książce postaci?

Bandycka napaść na sacrum…

       Wśród recenzji jakie przeczytałem po lekturze „Biegunów”, najbardziej chyba dotknęło mnie to, co napisał Zbigniew Ściubak. Nie tylko dlatego, że autor wyczuł w książce podobne materie i kanwy, jak ja, ale dlatego, że – co najważniejsze – to co napisał jest żywe, krwiste, wyraziste, szczere i niewykalkulowane – zupełnie nie przypominające innych tekstów „krytycznych” (zwłaszcza tych bezkrytycznych) zbyt często zaprawionych akademicką drętwotą.
Przytoczę tu tylko jeden fragment tej recenzji: „Są więc ‘Bieguni’ pędem donikąd. Do nigdzie. (…) Bycie w podróży Olgi Tokarczuk, to [też] bycie – nigdzie. Bez punktu zaczepienia, tak naprawdę bez celu. W zawieszeniu. W przestrzeni pomiędzy. Nigdzie. (…) ‘Celem pielgrzymki jest inny pielgrzym’ – powtarza Tokarczuk. Ale nie jest to pielgrzym, w rozumieniu żywego człowieka z całym wszechświatem jego znaczeń, wartości, przeżyć. Cel ‘pielgrzymki’ Olgi Tokarczuk to zatopiony w formalinie organ lub część ciała, to woskowa figura ilustrująca rozkład kości, rozpięcie naczyń krwionośnych. Celem pielgrzymki Olgi Tokarczuk jest nicość – to jest – materia, to jest to, co pozostaje z człowieka, dotykalne, zachowane i owo zachowywanie materii tak Autorkę ‘Biegunów’ fascynuje. (…) Ale taka redefinicja pielgrzymki to zwykła bandycka napaść. Podstępny skok na skarbiec człowieka, na to, co ma najcenniejsze, bo przecież pielgrzymowanie, we wszystkich kulturach i wszystkich religiach, biegło ku sacrum. To sacrum postawione, jako punkt odniesienia dla ludzi, to świętość wymykająca się materialności, doczesności czy zmysłowości, ogniskowała całe pozamaterialne poznanie człowieka. To dlatego, byliśmy ludźmi, że mieliśmy rzeczy święte. To jest przekraczające, przynajmniej w zamiarze, zbiór atomów, elektronów, układ związków chemicznych, który w danym momencie może stanowić funkcjonalną całość, a w innym wcale nie, i sacrum było wyrazem tego fundamentalnego przekonania, że… nie, że to nie wszystko (…). Uporczywe wracanie do człowieka jako preparatu. Jeden z bohaterów pisze do własnej odciętej nogi. Bycie nigdzie, to jest pomiędzy, a to znów – nigdzie. Nigdzie niezmierzanie z tym kończącym książkę przesłaniem, że jesteśmy w podróży, bo tu i teraz, to nie jest miejsce właściwe, ani pisany nam czas. To wszystko jest wyrazem alienacji. Wejścia w nihilizm bycia ‘nie tu’ ani ‘nie tam’, niezmierzania. W tej przestrzeni jedynym co pęcznieje jest ‘ja’ człowieka. To ono rośnie. Rozgląda się wokół. Nadyma się, z braku granic, nicością.”

Prochy na wietrze

       W „Biegunach” znalazły się jednak rozdziały, które autentycznie przykuły moją uwagę, ogarnęły swoim klimatem, pozwoliły smakować język jakim posłużyła się autorka… I działo się to wbrew temu, że z tych mini-opowiadań emanował jakiś nieprzemożny smutek, a właściwie rozpacz człowieka uwięzionego w bezdusznym mechanizmie świata, będącego na łasce i niełasce losu, usiłującego wyrwać się z roli w jaką wtłaczało go życie. Ale były też tam ślady czułości (ale chyba nie takiej, o jakiej Tokarczuk pisze ostatnio), choć najbardziej dojmujące było jednak poczucie stratybezpowrotności, przemijania i rozpadu.
Mężczyzna, który na chorwackiej wyspie poszukuje zagubionej żony i dziecka, zdezorientowany absurdem zaistniałej sytuacji, bezradny wobec rzeczywistości (lustruje przedmioty zaginionej) która rozpadła się nagle, tworząc jakiś nowy, zupełnie niezrozumiały dla niego wzór. (Znaczące jest to, że wyjaśnienie zagadki jeszcze bardziej komplikuje i być może nawet niszczy jego życie.)
Pływający kiedyś po wszystkich oceanach świata marynarz, który na starość utknął w jednym miejscu, obsługując kursujący tam i z powrotem prom. Pewnego dnia buntuje się jednak i uprowadza wypełniony pasażerami statek, wypływając nim na pełne morze. Kobieta opiekująca się niepełnosprawnym synem, ucieka z domu i – podobnie jak inni bezdomni „bieguni” – błąka się całymi dniami i nocami po wszystkich liniach moskiewskiego metra.
Małżeństwo akademickich naukowców, które co roku odbywa rejs po Morzu Śródziemnym, udzielając współpasażerom wykładów na temat historii starożytnej. Poznajemy ich w czasie ostatniego rejsu, gdzie wskutek wypadku profesor (erudyta i wybitny znawca kultury greckiej) doznaje wylewu krwi do mózgu. Opis tego, jak wraz z postępującym niszczeniem mózgowych tkanek znika utrwalony w nich pamięcią bogaty świat profesora jego wiedza, poprowadzony jest według mnie po mistrzowsku (i muszę przynać, że chwycił mnie za gardło). W tym czasie jego żona „siedziała przy nim całą noc. Szeptała mu do ucha, wierząc, że słyszy i rozumie.” A kiedy już wszystko zalała krew: „była przy nim, gdy definitywnie odłączono niepotrzebną już aparaturę i gdy łagodne dłonie greckiej pielęgniarki jednym ruchem przykryły jego twarz prześcieradłem. Ciało zostało skremowane, a prochy wspólnie z dziećmi rozsypali do Morza Egejskiego, wierząc, że taki pogrzeb podobałby mu się najbardziej.”

Silva rerum czy zawartość damskiej torebki?

       Mimo wszystko trudno jest znaleźć jakiś wspólny mianownik tych 116 rozdziałów, na jakie podzielona jest książka Olgi Tokarczuk. Ruch czy podróże to kryteria zbyt pojemne. Ich formy nieprzystające do siebie, styl i ton zmienny, waga przeróżna, znaczenia rozproszone… taka bliska chaosu niezborność.
Ten zbiór to konstelacja w sumie nie bardzo przejrzysta.
Czy o doborze decydował jakiś klucz, czy przypadek? Czy aby z tej nieskładności i niejednorodności nie wynika wisząca nad książką interpretacyjna niespójność?
Misz-masz, patchwork, silva rerum czy może (jak ktoś to nie bez złośliwości nazwał) zawartość damskiej torebki? Wygląda na to, że autorka nie przejmowała się zbytnio tą niekoherencją i pomieszaniem, które jeden z recenzentów określił (nie kryjąc swojej aprobaty) „frywolnością” pisarki. A może to nie frywolność a bardziej dezynwoltura?
Jak już wspomniałem, mnie ta migotliwa mozaikowość w „Biegunach” nie przeszkadzała (lubię pojawiającą się w literaturze wyrywkowość i dorywczość, polifonię, chwytanie myśli i świata w momencie i w różnych jego przejawach – wszelkie notatki, zapiski, dzienniki, komentarze, uwagi, przypisy, marginalia) ale skądinąd wiem, że wielu czytelników – przyzwyczajonych do linearności i formalnej spójności – miało z tym jednak problem.

Olga Tokarczuk: „Nadal coś jest ze światem nie tak Staje się on martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni.”

.

„Czuły narrator” jak Bóg?

       Ostatnią książką Olgi Tokarczuk, a jednocześnie pierwszą po otrzymaniu Nobla, jest zbiór jej tekstów „Czuły narrator” (tytuł nawiązuje oczywiście do przemowy noblowskiej pisarki).
Kim (czym) jest taki narrator?
Myślę, że najlepiej będzie oddać tu głos samej Tokarczuk, która odbierając nagrodę Nobla mówiła:

  • – „Marzy mi się także nowy rodzaj narratora – „czwartoosobowego”, który (…) potrafi zawrzeć w sobie zarówno perspektywę każdej z postaci, jak i umiejętność wykraczania poza horyzont każdej z nich, który widzi więcej i szerzej, który jest w stanie zignorować czas. (…) Możemy uznać tę figurę tajemniczego i czułego narratora za cudowną i znamienną. To punkt, perspektywa, z której widzi się wszystko. Widzieć wszystko to uznać ostateczny fakt wzajemnego powiązania rzeczy istniejących w całość (…). Mogłoby to być „podwaliną pod nową opowieść – uniwersalną, całościową, niewykluczającą, zakorzenioną w naturze, pełną kontekstów u jednocześnie zrozumiałą”(…), „językiem, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję.”
    – Natomiast „[czułość] pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest ‚ja’. Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna, wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest raczej świadomym, choć może trochę melancholijnym, współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu. Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący, i od siebie współzależny.

Tę wizję „czułego narratora” autorka rozszerza w jednym ze swoich ostatnich wywiadów: „[Czułość] to poczucie głębokiej, fundamentalnej więzi ze wszystkim co żywe i trwa. Nie ma nic wspólnego z „pochylaniem” się nad innymi, z czułostkowością, sentymentalizmem. W tym sensie jest to postawa bardziej intelektualna niż emocjonalna.”

Czytając to wszystko lepiej mogę sobie uświadomić ewolucję, jaką przeszła Olga Tokarczuk przez te kilkanaście lat jakie dzielą nas (i ją) od powstania „Biegunów”. Po drodze przydarzyły się jej najwyższe wyróżnienia w świecie literatury – nagrody Bookera (właśnie za anglojęzyczne wydanie „Biegunów”„The Flights”) i Nobla. W tym czasie napisała też monumentalne (również w sensie wagi i objętości) „Księgi Jakubowe” i stała się dla wielu autorytetem (Nobel oblige) – i to nie tylko literackim. Ale stała się też obiektem ataków, po tym jak w jednej ze swoich (moim zdaniem jednak niefortunnej, stygmatyzującej i nie do końca sprawiedliwej) wypowiedzi nazwała Polaków „kolonizatorami”, „właścicielami niewolników” i „mordercami Żydów”, w czym rzeczywiście trudno się było dopatrzeć jakiegokolwiek zniuansowania i zachowania historycznych proporcji.
Nie chcę tu jednak o tym pisać, wolę wrócić do konfrontacji tego, co znalazłem w „Biegunach” z tym, co artykułuje Tokarczuk w ostatnich tekstach i wystąpieniach.

To, co najważniejsze…

       W dalszym ciągu widzi ona rozbicie świata na kawałki; skarży się, że jesteśmy jak te marionetki (zombie) poruszane przez siły, które nas przerastają; posuwa się nawet do stwierdzenia, że „nadal coś jest ze światem nie tak” – że staje się on „martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni”; uważa, że „nasza duchowość zanika”; posuwa się nawet do stwierdzenia, iż rzeczywistość w jakiej żyjemy „już stała się surrealna”; że od świata coraz bardziej oddziela nas szyba/ekran, a my stajemy się więźniami naszych „baniek”; że „zamiast usłyszeć harmonię świata, usłyszeliśmy kakofonię dźwięków, szum nie do zniesienia” – że „żyjemy w świecie natłoku informacji sprzecznych ze sobą, wzajemnie się wykluczających, walczących na kły i pazury”, a Internet to – parafrazując Szekspira – „coraz częściej opowieść idioty pełna wściekłości i wrzasku”.

Z drugiej strony daje się zauważyć zwrot uwagi Tokarczuk w stronę mitu i uznanie nie tylko potrzeby tego mitu, ale i jego niezbędności: „Taki powrót do zwartych struktur mitologii, mógłby przynieść jakieś poczucie stałości w tym niedookreśleniu, w którym dziś żyjemy. Wierzę, że mity stanowią budulec naszej psyche i nie da się ich zignorować.” Tokarczuk przyznaje teraz, że religia, w której swego czasu widziała przeważnie zło (i której nadal nie szczędzi mocnej krytyki) „dawała poczucie sensu”, „zaspakajała potrzebę sensownej, pełnej znaczeń opowieści o świecie, jego wielowymiarowości, miejscu w nim człowieka i innych istot, o losie i przeznaczeniu, o tym czego nie potrafimy zrozumieć.”
Wcześniejsze wypowiedzi Tokarczuk o religii dość wyraźnie wpisywały się w trend postępującej demitologizacji i sekularyzacji świata. Ale kiedy ruguje się religię i niszczy tożsamościowe mity, to nie ogarniamy już całości i – jak przyznaje sama pisarka – „wszystko przez nas przelatuje jak przez sito”, a my sami zanurzamy się w surrealności i absurdzie.
Lecz tęsknota za znaczeniem, sensem i jednością odzywa się nadal.

Czy wymyślony przez Olgę Tokarczuk „czuły narrator” może stanowić tutaj remedium? Pisarka przypisuje mu boskie atrybuty omnipotencji i wszechwiedzy, ale czy cokolwiek może być substytutem Boga usankcjonowanego przez odwieczne i nadal potężne światowe religie?
„Czuły narrator” ma też posiadać klucz do nowego sposobu oglądu świata – jego poznania, opisu i zrozumienia. Ma wyrażać wszystko, co istotne. Ma widzieć wszystko, z każdej perspektywy, a nawet wykraczać poza ludzki horyzont.
Nie za dużo tego wszystkiego? Jak widzimy to pojęcie staje się tak pojemne, że zaczyna chyba rozsadzać samo siebie.
Ciekawe, zastanawiające i uderzające dla mnie jest również to, jak pisarka w tej figurze rozumie samo pojęcie „czułości”. Wbrew potocznemu rozumieniu tego słowa, które niemal wszystkim z nas kojarzy się z uczuciem, wrażliwością, delikatnością, łagodnością, współodczuwaniem… dla niej czułość to postawa „bardziej intelektualna niż emocjonalna”, wykraczająca przy tym poza empatię. Czyli jednak domena umysłu, a nie serca.
Być może dlatego tak trudno jest w „Biegunach” znaleźć słowo „miłość”, a w mowie noblowskiej Tokarczuk pojawia się ono bodajże tylko raz. A tu bardziej niż abstrakcyjnego „czułego narratora” potrzeba nam kogoś na naszą miarę – kogoś, kto może nas obdarzyć tym, czego potrzebujemy najbardziej i co jest w życiu najważniejsze.

*  *  *