OCZY I USZY WIELKIEGO BRATA

Wielki Brat coraz bardziej czuwa nad naszym “bezpieczeństwem” – i to jest przerażające (zdjęcie pochodzi stąd)

Wielki Brat coraz bardziej czuwa nad naszym “bezpieczeństwem” – i to jest przerażające (zdjęcie pochodzi stąd)

*

Zwykle staram się unikać tematów politycznych, jak również tzw. aktualiów, na swoim blogu – nie chcąc powielać tego, co można znaleźć we wszystkich niemal mediach, lecz od czasu do czasu daję znać o tym, co mnie szczególnie poruszyło, a co wydaje mi się mieć znaczenie bardziej uniwersalne – wyrastające ponad zwyczajowy powszedni szum medialny i zgiełk teraźniejszości.
Takim tematem jest od jakiegoś czasu sprawa totalnej inwigilacji prowadzonej przez coraz bardziej rozrastające się – i dysponujące coraz bardziej doskonałą technologią – rządowe agencje „bezpieczeństwa”. Otóż bez wątpienie mamy do czynienia z coraz bardziej obsesyjną i kompulsywną kontrolą społeczeństwa – szpiegowania WSZYSTKICH i WSZYSTKIEGO, kolekcjonowania wszelkich możliwych danych dotyczących wszystkich ludzi, rejestrowania (a tym samym potencjalnego odczytywania) wszystkich informacji, jakie pojawiają się w formie elektronicznej w eterze, sieci internetowej, różnych systemach komunikacji na całym świecie… etc.

*

Jeszcze jeden spisek?

Jestem dość odporny na różne teorie spiskowe, które krążą wśród nas w wielkiej obfitości, a które moim zdaniem tylko zaciemniają i zamulają prawdziwy obraz sytuacji (w paradoksalny sposób chroniąc rzeczywiste spiski, czy też raczej tajne umowy zawierane poza kulisami i oficjalnymi kanałami, między pewnymi grupami interesów). Jednakże staram się kojarzyć ze sobą fakty, których prawdziwości nie da się zaprzeczyć. A takim faktem jest, że totalna inwigilacja ludzi na skalę globalna już istnieje – i jeśli jeszcze nie obejmuje całej populacji ludzkiej, to jest tylko kwestią czasu (i to niestety krótkiego), kiedy tak się stanie.
Drugim faktem jest to, że bogactwo i władza skupiana jest w coraz to węższym gronie – decydentów i finansowej „elity” – chodzi zarówno o agencje rządowe, jak i prywatne syndykaty, kartele, korporacje (wraz z obsługującymi je finansistami, bankierami i prawnikami).
Trudno się oprzeć wnioskowi, że połączenie tych dwóch czynników: instrumentów (systemów) kontroli (inwigilacji) oraz coraz większego zakresu (i na dodatek coraz mniej kontrolowanej) władzy jaką posiada wspomniana wyżej „elita”, stanowi zagrożenie dla wolności ludzi na całym świecie, i może w prostej linii prowadzić do zaprowadzenia rządów totalitarnych w przyszłości.
Jeśli komuś mój wniosek wyda się przesadny, to powinien tylko zwrócić uwagę na to, co działo się dotychczas w historii ludzkiej cywilizacji: większość imperiów opierała swoje istnienie na władzy despotycznej i absolutystycznej. Niestety, despotyzm i tyranię Homo sapiens ma we krwi, czy też raczej w genach. A liberalna demokracja jest stosunkowo nowym wynalazkiem – i wcale nie tak trwałym ani „ultymatywnym” (jak chciał w swojej nadzwyczaj optymistycznej, poczynionej „na wyrost”, tudzież efekciarskiej prognozie „końca historii” Fukuyama).
Zresztą, symptomy kryzysu demokracji dają się zauważyć na całym świecie (na pewno krajami demokratycznymi nie są takie potęgi, jak Chiny, czy – nadal jednak – Rosja). Co gorsza, system demokratyczny zaczyna poważnie zgrzytać w najsilniejszym (jak dotąd) państwie na świecie, czyli w samych Stanach Zjednoczonych, uznawanych dotychczas za największy sukces demokracji (wraz ze związanym z tym rozkwitem swobód obywatelskich) w dziejach ludzkości.
Jakie są na to dowody?
Niestety, jest ich sporo – i dużo by o tym pisać. Dość wspomnieć o wyczerpaniu się skuteczności podstawowego instrumentu funckjonowania demokracji, jakim jest dla społeczeństwa głosowanie. Innymi słowy: bez względu na to, na kogo byśmy głosowali, „wybrani” przez nas politycy i tak będą (mimo wyborczych deklaracji) reprezentować interesy wąskiej grupy ludzi (finansjera, korporacje, spółki…), które namaściły ich na kandydatów. To dlatego nie ma teraz większej różnicy między (egzekwowaną praktycznie) polityką Demokratów i Republikanów, którzy zmuszeni są dosiadać tego samego konia, jakim jest istniejąca obecnie (i rosnąca nadal w siłę) machina państwowo-korporacyjno-finansowa. Ci (z pozoru różni) jeźdźcy może pohukują inaczej, ale i tak unoszeni przez wspomnianego konia w tym samym kierunku. (Doskonałym przykładem jest tutaj Obama, który wystartował z liberalnych pozycji – jako przeciwwaga i opozycja dla Busha – a kończy jako kontynuator tego, co Bush zaczął.)

Szpiedzy są wszędzie

To prawda, że odkąd świat światem ludzie nawzajem się szpiegują i podsłuchują, jednak istnienie tego faktu nie może zwolnić nas od etycznej jego oceny i próby regulacji tego procederu. Nie dajmy sobie wmówić np. tego, że jeśli my kogoś szpiegujemy, to jest to w porządku, a jeśli inni nas szpiegują to jest złe i naganne! A tak uważają władze krajów, w których żyjemy. To tylko dowodzi tego, że w swoich sądach moralnych są na poziomie Kalego. (A i my na taki sam poziom schodzimy, jeśli przyznajemy im rację.)
Lecz ja chciałem skupić się tu na szpiegowaniu (a tym bez wątpienia jest inwigilacja) zwykłych ludzi – i to zarówno własnych obywateli, jak i obywateli innych państw (bo wbrew pozorom, pociąga ona takie same implikacje, tworząc podobne zagrożenia).
Dziwi mnie to, że takie zdziwienie – a właściwie awanturę – wywołały „tajne” informacje ujawnione przez byłego pracownika National Security Agency Edwarda Snowdena. Przecież, tak naprawdę, nie powiedział on nic nowego, o czym by nie wiedzieli ci, którzy do tej pory chcieli się tym tematem zainteresować. Istnieje bowiem sporo ogólnie dostępnych materiałów (także w sieci) na temat rządowych programów inwigilacyjnych, ujawniających bardzo precyzyjne dane – co do struktury tych systemów, sposobów ich działania i zasięgu. (Polecam zwłaszcza artykuł opisujący globalny system szpiegowania Echelon.) Tylko komu by się chciało to wszystko czytać? Attention span 99% naszej populacji trwa może 15 sekund i ogranicza się zwykle do oglądania piesków, kotków, kwiatuszków, narcystycznych fotek i przekazywania sobie nawzajem Coelhowskich „mądrości” na Facebooku. To, co wykracza poza czubek naszego nosa – ergo nie dotyczny korytka, w którym się żywimy i zabawek, którymi się bawimy – większości z nas nie interesuje. Tak więc, kto chciał wiedzieć o tym, co ujawnił Snowden, to wiedział – i niestety była to garstka ludzi.

Moc „rewelacji” Snowdena – i ważność jego „przecieku” – polegała głównie na tym, że problem totalnej inwigilacji uświadomiła sobie tym razem większa ilość ludzi i zaczął być on dyskutowany na szerszych forach – także międzynarodowych. Sprawa zatacza coraz większe kręgi tym bardziej, że materiały, które skopiował Snowden na swoich laptopach, są ujawniane sukcesywnie i dotyczą również innych państw (piszę to w momencie opublikowania przez niemiecki magazyn „Der Spiegel” informacji o zakrojonym na szeroką skalę szpiegowaniu przez NSA własnych sojuszników – np. biur Unii Europejskiej – w tym zbierania prywatnych danych obywateli niemieckich).

Wolność za bezpieczeństwo?

Lecz wróćmy do Stanów, bo tu mamy do czynienia z sytuacją niemal modelową, którą najprawdopodobniej powielać będą w przyszłości inne kraje, w miarę jak dysponować będą coraz doskonalszą technologią i coraz większymi środkami przeznaczanymi na inwigilację. (Najbardziej zaawansowana w tym wydaje się być obecnie Wielka Brytania, o Chinach nie wspominając, bo kontrola własnych obywateli wydaje się być dla tego państwa wręcz warunkiem przetrwania panującego w nim  reżimu „komunistyczno”-kapitalistycznego).
Punktem zwrotnym (w burzeniu statusu – i mitu – Stanów Zjednoczonych, jako największej potęgi światowej) był atak na wieże WTC 11 września 2001 roku. Później przyszedł tzw. „Patriot Act”, czyli ustawa poddająca kompromisowi wolność Amerykanów – poświęcaną tu w imię bezpieczeństwa. Pod pretekstem walki z terroryzmem ograniczono de facto prawo do prywatności, a tym samym i obywatelską wolność, dopuszczając na dodatek formy działań (ze strony rządu) do tej pory nielegalne. To właśnie dzięki tej ustawie mamy dzisiaj owe „sekretne” sądy, które przyznają (nota bene – beż żadnej „dyskryminacji” i kwestionowania, czyli tak „jak leci”) sądowe wyroki, dające takim agencjom, jak NSA prawo wglądu w prywatne sprawy obywateli, których arbitralnie uważa się za źródło zagrożenia. A podejrzanym może być każdy.
Zaczęto też rozbudowywać (do mamucich rozmiarów) infrastrukturę ośrodków inwigilacyjno-szpiegowskich, monitorowania i zbierania wszelkich dostępnych danych, wydając na to dziesiątki miliardów dolarów. (Dosłownie w tej chwili rusza w stanie Utah taki moloch, który dołączy do sieci tych już istniejących.) Co ciekawe, nie są to informacje tajne – choćby z tego powodu, że pisały o nich liczące się media, jak np. „WIRED”, czy „Washington Post” – każdy więc może mieć do nich dostęp. Ale… znowu: kogo to obchodzi?

Moim zdaniem, największe niebezpieczeństwo tkwi w tym, że nad tą inwigilacyjną machiną praktycznie traci się obecnie kontrolę (organizowanie tzw. briefing w tej sprawie wśród kongresmanów to właściwie była parodia – wielu z nich przyznało, że nie miało pojęcia o istnieniu systemu inwigilacji na taką skalę). Wygląda więc na to, że jest to taki samo-napędzający się mechanizm, biurokratyczna struktura, która narasta i klonuje się coraz bardziej, wykorzystując zaistniałą sytuację do tworzenia coraz to nowych komórek, żerujących w sprzyjającym temu (ignorancja parlamentu i społeczeństwa, federalne fundusze, prawdziwe lub domniemane zagrożenie terrorystyczne…) środowisku. W chwili obecnej jest w to wszystko zaangażowanych kilka milionów ludzi (takich pracowników, jak Snowden – czyli mających dostęp do ściśle tajnych danych – są dziesiątki, może nawet setki tysięcy). Powstał więc cały system – układ zamknięty, rządzący się swoimi prawami, które tak naprawdę – będąc niezgodnymi z amerykańską Konstytucją – są jednak bezprawiem, , czego żadne „tajne” sądy nie są w stanie uprawomocnić).

Jak rośnie moloch?

Jak to możliwe, że wśród setek tysięcy ludzi zaangażowanych w ten układ, znalazł się tylko jeden jedyny „sprawiedliwy”, który miał odwagę temu systemowi się sprzeciwić, uznając go za zagrożenie dla amerykańskiej wolności – za coś, co działa na szkodę amerykańskiego społeczeństwa?
Myślę, że dość łatwo to wytłumaczyć zwykłą ludzką skłonnością do konformizmu. Ktoś, kto zarabia 120 – 200 tysięcy dolarów rocznie, wykonując w sumie nieskomplikowaną, „czystą”, wygodną pracę – zapewniającą utrzymanie i komfort nie tylko jemu, ale i jego rodzinie – nie będzie się „wychylał”, a tym bardziej ryzykował własnego życia, ujawniając kompromitujące informacje, który mogłyby ten benefitowy dla niego układ rozwalić.
Niestety, niemal wszyscy bez wyjątku ludzie to konformiści – zdecydowaną większość z nas można kupić: stałą pensją, przywilejami, statusem, zapewnieniem bezpiecznej i wygodnej egzystencji… i nawet nie stosując przy tym wszystkim jakichkolwiek metod zastraszania. To właśnie potrafi skutecznie spowodować naszą „ślepotę” – przestajemy (bo najczęsciej nie chcemy) dostrzegać to, co jest w tym systemie złe – powstrzymujemy się z jakąkolwiek krytyką układu z którego korzystamy, robiąc dobrą minę do złej gry (skrót NSA sami pracownicy agencji tłumaczyli jako Never Say Anything).
A jeśli pojawia się jeszcze perspektywa zarobienia milionów dolarów? To kto by się przejmował jakąś tam etyką?

Z tego co wiem, sposób powstawania tych nowych struktur inwigilacyjnych to jest nic innego, jak zaproszenie do korupcji (pod płaszczykiem kontraktów z rządem). Wystarczy tylko przyjrzeć się prywatnej kompanii Booz Allen Hamilton, której pracownikiem był Snowden. Jej właściciel był wcześniej wysoko postawionym urzędnikiem federalnym, zatrudnionym w strukturach bezpieczeństwa państwa, co bez wątpienia nie przeszkodziło mu później w pozyskaniu dla swojej kompanii federalnych kontraktów opiewających na miliardy dolarów. Na podobnej zasadzie – układów, zależności, wdzięczności, znajomości i lojalności – funkcjonują inne prywatne franczyze, jak również cały amerykański „biznes” wojenny. Co ciekawe, agencje rządowe zlecając pewne prace kontraktorom prywatnym, twierdzą, że robią to, by na tych operacjach oszczędzić. Tyle, że prace te, wykonywane przez prywatne firmy, kosztują państwo (a konkretnie nas, podatników) więcej, niż gdyby były wykonane przez agencje rządowe. (Nie muszę chyba przypominać, że kontrakty z prywatnymi firmami są oczywiście opłacane z budżetu państwa). Tym oto sposobem z państwowej kasy ulatniają się – jak najbardziej legalnie! – miliardy dolarów i lądują w prywatnych kieszeniach wybranych entrepreneurów.
I żeby jeszcze to wszystko działało na korzyść państwa i nas samych.  A niestety, moim zdaniem, nie działa. Z większości tych wszystkich kompanii – podobnie jak z bankowych machinacji i giełdowych spekulacji – nie ma żadnego pożytku i jako takie są one dla budżetu państwa – a tym samym dla społeczeństwa – pasożytnicze. Nie wierzę bowiem w to, że cały ten zmasowany system inwigilacyjny pomaga skutecznie zapobiec zamachom terrorystycznym (terroryści, planując jakąkolwiek akcję, nie będą tego robić w internecie, posługując się prawie wyłącznie kurierami). To, co podała ostatnio NSA (że dzięki inwigilacji udało się zapobiec kilkudziesięciu atakom terrorystycznym) mnie samego nie przekonywuje. Jestem bardzo sceptyczny wobec jakichkolwiek danych podawanym przez NSA – istnieją bowiem dość solidne przesłanki, by im nie wierzyć. Natomiast twierdzę, że te wszystkie gromadzone dane mogą w każdej chwili zostać wykorzystane do szantażu, zastraszenia, rozprawienie się z niewygodnym przeciwnikiem… etc. Jednym słowem jest to bicz, który jest kręcony… ale nie na żadnych tam terrorystów, tylko na własne społeczeństwo i ewentualnych przeciwników politycznych. (Nie bez kozery niektórzy twierdzą, że każdy rząd ma skłonność widzieć w swoim społeczeństwie wroga).

Bez paranoi

Nie, nie ulegam tu żadnej paranoi, rojąc sobie, że za naszymi plecami czyha jakaś policyjno-totalitarna bestia, która w każdej chwili może się na nas rzucić jak gestapo, pakując nas wszystkich do obozów koncntracyjnych. Nie trywializujmy. Jestem gotów przyznać, że większość ludzi pracujących dla agencji zajmujących się inwigilacją ludzi, działa w dobrej wierze, będąc przekonanym, że robią to dla bezpieczeństwa kraju i jego obywateli. Nawet jeśli jest to rodzaj samookłamywania się, to raczej nie ma w tym żadnej demonicznej złośliwości. Problem i niebezpieczeństwo jest gdzie indziej. O tym starałem się napisać w moim tekście powyżej: naruszenie Konstytucji, pogwałcenie prawa wolności, wykradanie własności prywatnej ludzi (jaką są wymieniane między nimi informacje); wreszcie budowanie systemu, który w przyszłości może posłużyć do totalitarnej kontroli całego społeczeństwa…
Nie twierdzę, że stanie się to za parę lat, czy też za parę dekad… Ten proces może być rozłożony na całe pokolenia, ale jeśli nic z tym nie zrobimy – i jak stado baranów i owieczek będziemy przyzwalać na wszystko, co zadecydują za nas możni tego świata – to w przyszłości nasze dzieci i wnuki mogą żyć w koszmarze, wobec którego Orwellowska wizja Wielkiego Brata wydawać się będzie bajką.

Ostatnie słowo

Jestem obywatelem Stanów Zjednoczonych, poczuwam się do lojalności wobec kraju, który udzielił mi gościny. I oczywiście zależy mi na tym, aby Ameryka była silna, stabilna, dostatnia… Lecz nie mogę zmilczeć tego, co wydaje mi się działać przeciw amerykańskiemu społeczeństwu (czyli także przeciw mnie samemu) – przeciw ideałom, które przyświecały co bardziej szlachetnym ludziom budującym dobrobyt i potęgę tego kraju; wreszcie przeciw podstawom konstytucyjnym, które według mnie są obecnie gwałcone. Wolność amerykańska – wraz z istniejącą tu swobodą obywatelską – zawsze była w moim życiu czymś bardzo ważnym: pewną busolą, wzorem, ideałem… pozwalając mi na zachowanie swoistej perspektywy nadziei. Stanowiło to swego rodzaju opozycję do niweczących ludzką wolność systemów totalitarnych (faszystowskich lub komunistycznych), których niejako odpryskiem była rzeczywistość peerelowska, w jakiej zmuszony byłem się wychowywać. To właśnie w poszukiwaniu tej wolności znalazłem się w tym kraju i związałem z nim moje życie. I właśnie dlatego, że dobro Ameryki nadal leży mi na sercu, piszę teraz te słowa. W ten oto sposób przejawia się moja lojalność wobec tego kraju – a konkretnie, wobec tego, co uznałem w nim za dobre, cenne i godne ochrony.

greydot

*

11 WRZEŚNIA 2001 – POCZĄTEK KOŃCA?

Cios w Amerykę – początek końca Imperium?

Na swoim blogu staram się nie pisać o tym, o czym piszą wszyscy i czego pełno jest w prasie i innych mediach. Dlatego prawie w ogóle nie ma w nim tzw. „aktualiów” – zwłaszcza jeśli chodzi o wydarzenia polityczne czy społeczne. Dobierając tematy kolejnych wpisów kieruję się własnym rytmem i tym, co mnie interesuje w danej chwili. Co nie oznacza, że nie śledzę tego, co dzieje się we współczesnym świecie i że jest mi to obojętne. Wręcz przeciwnie. Oto dzisiaj, podczas zwyczajowej weekendowej lektury polskich i amerykańskich periodyków, natrafiłem w „Polityce” (Nr 37 ’11) na wywiad z amerykańskim politologiem, wykładowcą uniwersyteckim i pisarzem Benjaminem Barberem. Skończyłem go czytać dosłownie przed chwilą i – choć tego w ogóle nie planowałem – postanowiłem podzielić się tutaj fragmentem, który niezwykle mnie poruszył, uderzając w czułe punkty moich własnych sądów i wrażeń, jakich doświadczam obserwując dzisiejszy świat i Amerykę

Benjamin Barber: – Terroryzm jest strategią bezsilnych. Gdyby mieli armię, zaatakowaliby nas przy pomocy armii. Gdyby mieli miliardy, zaatakowaliby nas system finansowy. Gdyby mieli potężną kulturę albo ideologię, konkurowaliby z nami książkami i wizjami świata. Niczego takiego nie mają. Nie mogą nas zniszczyć. Więc próbują sprawić, żebyśmy zniszczyli się sami. I to im się częściowo udało.

Jacek Żakowski: – W jakim sensie?

– Sam w sobie 9/11 był dla Ameryki tym, czym ugryzienie komara może być dla niedźwiedzia. Dla ofiar i ich rodzin to była tragedia. Dal osób takich jak ja (związanych z Nowym Jorkiem), to było straszne przeżycie. Ale cynicznie licząc, 2 tys. ludzi i dwa duże biurowce to nie jest nawet promil amerykańskiej potęgi. Gigantyczne szkody, jakie Ameryka poniosła, nie były skutkiem samego ataku. Były skutkiem strachu jaki nas ogarnął. Przy naszej potędze Al-Kaida była bezsilna. Ale wygrała używając naszego własnego strachu. Sparaliżowała nas. Skłoniła do zmiany priorytetów. Sprawiła, że zamiast pomagać innym i korzystać ze współpracy ze światem, zaczęliśmy „wojnę z terroryzmem”, czyli walkę z dużą częścią świata.
Wyrzekliśmy się największej siły Ameryki, jaką była otwartość, przyciąganie innych, różnorodność, wielokulturowość. Popsuliśmy nasze relacje z innymi. W Ameryce wszyscy jesteśmy obcy poza Indianami. A nagle zaczęliśmy się bać obcych. Przestaliśmy obcym ufać. Sami się ukaraliśmy na życzenie Osamy ibn Ladena. Na jego życzenie zaatakowaliśmy Afganistan i Irak, tracąc biliony dolarów i tysiące żołnierzy. Ameryce te wojny nie były do niczego potrzebne. Powinniśmy Afgańczykom i Irakijczykom pomagać, wspierać ewolucję tych krajów w kierunku demokracji. A zamiast tego zabiliśmy 100 tys. Irakijczyków i stworzyliśmy w Iraku tysiące terrorystów, których tam nigdy wcześniej nie było.

A Afganistanie byli?

– Afganistan nie był naszym problemem. I teraz nim jest. I gdzie Osama ibn Laden spędził te wszystkie lata? W Afganistanie? Nie. Pod bokiem naszych sojuszników: w Pakistanie.
Zmarnowaliśmy tę dekadę pod wieloma względami, straciliśmy masę energii i wydaliśmy biliony dolarów, wpędzając się w długi. Ale na dłuższą metę najgorsze jest to, że popsuliśmy demokratyczne instytucje Ameryki. Popsuliśmy amerykańską demokrację.

Co się stało z waszą demokracją?

– Fundamentem Ameryki była wolność i prawa obywatelskie. Z nich czerpaliśmy siłę. Moralną, polityczną i ekonomiczną. Wiedzieliśmy to. Zawsze strzegliśmy ich jak źrenicy oka. Po 11 września wolność przestała być najważniejsza. Uwierzyliśmy, że najważniejsze jest bezpieczeństwo. Zgodziliśmy się na inwigilację. Na łamanie praw człowieka w imię wojny z terroryzmem. Do dziś działa więzienie w Guantanamo. Nawet tortury zaczęliśmy akceptować. pozwoliliśmy by strach zmienił fundamenty naszego społeczeństwa, na których wyrosła potęga Ameryki.

Pana zdaniem słabnięcie tej potęgi ma związek z 11 września?

– Z naszą reakcją na zamach. Tyle uwagi, energii, zasobów poświęciliśmy na wojnę a terroryzmem i na zabezpieczanie się przed terrorystami, że przestaliśmy się zajmować większością realnych wyzwań stojących przed Ameryką i światem. Obsesja bezpieczeństwa sprawiła, że nie zwracaliśmy uwagi na  narastająca w świcie nierównowagę – nędze, ekscesy rynków, nieodpowiedzialność sektora finansowego, zadłużanie się państw, słabnięcie innowacji, degradację infrastruktury, chaos w ochronie zdrowia, problemy edukacji, erozję naszego autorytetu na świecie.
Świat stracił wiarę, że Ameryka chce sprawiedliwości dla wszystkich. To sprawiło, że dziś jest nam dużo trudniej pracować z innymi krajami nad uregulowaniem światowej gospodarki. Nie mamy dość siły, żeby wprowadzić regulację rynków, jakich wymaga interes w Ameryce i wszędzie indziej na świecie. Zużyliśmy tę energię na obsesyjną wojnę z terroryzmem, która nikomu nie była potrzebna. Chcieliśmy uczynić świat bezpieczniejszym, a sprawiliśmy, że stał się jeszcze mniej bezpieczny.

(…)