CIEMNOŚĆ („Koń turyński” – koniem trojańskim współczesnego nihilizmu?)

*

Monotonia końca świata – w „Koniu turyńskim” wszyscy zmierzają donikąd

*

Trudny orzech do zgryzienia!
Fajerwerkowy, kolorowy i jaskrawy koniec świata, jaki pokazał nam Lars von Trier w „Melancholii”, to pestka w porównaniu z tym jaki serwuje nam Béla Tarr w swoim „Koniu turyńskim” – obrazie ciemnym, dennym, głuchym i ponurym. Kolejna, nomen omen końska dawka nihilizmu, wyegzekwowana jest tu z taką konsekwencją, że aż strach – choć to strach ocierający się o autoparodię.
Oglądając niezwykły film Tarra, czułem się weń wciągnięty, podobnie jak wciągająca była dla mnie swego czasu lektura Nietzschego, Becketta czy Ciorana – wielkich dyżurnych europejskiego nihilizmu i absurdyzmu. Fascynująca i odpychająca jednocześnie; budząca zarazem dziwną satysfakcję, jak i niemiłosiernie irytująca. A tak się zwykle dzieje, kiedy coś dotyka nas do żywego; coś co świadomie odrzucamy, ale co podświadomie nie daje nam spokoju – coś, co jest dla nas walką o pozostanie w ciepłym świetle jasnego dnia, a obroną przed zatonięciem w chłodnym mroku czarnej nocy.

Film rozpoczyna się prologiem, gdzie przypomniana jest historia, kiedy to Nietzsche, tuż przed swoim totalnym załamaniem – po którym spędził w katatonii (czyli całkowitym mózgowym paraliżu) pozostałe 10 lat swojego życia – idąc ulicami Turynu spostrzega, jak woźnica okłada batem konia. Nietzsche rzuca się z płaczem zwierzęciu na szyję, ogarnięty nagłym spazmem współczucia i litości. Jest to właściwie ostatnia i w pewnym sensie definitywna reakcja w życiu wielkiego filozofa.
Odkąd przeczytałem o tym przed laty w „Dzienniku pisanym nocą” Herlinga-Grudzińskiego, obraz nieszczęsnego filozofa obejmującego szyję konia, przypominał mi się za każdym razem, kiedy wracałem do tego, co napisał Nietzsche. Bez względu na to, czy to wydarzenie jest prawdziwe, czy też nie, widzę w nim pewną parabolę zderzenia się ludzkiej wrażliwości Nietzschego z a-humanitarną konkluzją filozofii, do której doprowadziły go jego intelektualne wolnomyślicielskie poszukiwania i spekulacje. Oto ktoś, kto uznaje litość i współczucie za niegodne Nadczłowieka resentymenty (przy okazji tej rewelacji Nietzsche przypuścił gwałtowny atak na chrześcijaństwo, którego te wartości są rdzeniem), w finałowym momencie swojego życia poddaje się całym sobą litości i współczuciu – i to skierowanym do każdej formy życia doświadczonego cierpieniem (w ostatnich napisanych przez siebie listach, Nietzsche podpisywał się m.in. jako Chrystus).
*

Czy kiedy umieramy, umiera z nami cały świat?

*

Tak więc o tym, co się stało z Nietzschem, wiemy. Natomiast – i o tym mówi ostatnie zdanie prologu – o koniu nie wiemy zgoła nic. Béla Tarr próbuje w swoim filmie tę naszą niewiedzę wypełnić.
Czym?
Chciałoby się powiedzieć – „niczym” (skojarzenie z nazwiskiem Nietzschego zgoła przypadkowe), ale to nie jest takie łatwe. Tym bardziej, że w kinie poświęcamy temu bite dwie i pół godziny. I co ciekawe, większość z tych widzów, dla których kino to coś więcej, niż „Harry Potter” i „Piraci z Karaibów”, nie uważa ten czas za stracony.
Ja również.

Ale po kolei.
Wszystko byłoby prostsze, gdyby obraz Béli Tarra był gniotem. Ale nie jest. Wprost przeciwnie – jego artystyczny poziom i zintegrowanie z wizją swego twórcy są uderzające. Przyznając to, i ochłonąwszy nieco z wrażenia, jakie robi na nas jego forma, docieramy do sedna, czyli – treści. I tu zaczyna się chocholi taniec wokół jądra ciemności, które umieścił w centrum swojego filmowego Universum Tarr. Bowiem – i to jest jednym z fundamentalnych problemów modernistycznego nihilizmu – jak można przydawać sensu czemuś, co (niemalże z definicji) sensu żadnego nie ma? A w sferze estetycznej i emocjonalnej: jak można się tym bezsensem zachwycać i mówić o jego „pięknie”? Czy aż tak wielkimi jesteśmy dziś masochistami – na dodatek bezrozumnymi – by doznawać orgazmu, kiedy ktoś wygarnia nam prosto w oczy, że nie jesteśmy wcale lepsi od konia (a wręcz przeciwnie), albo, że nasze życie nie jest więcej warte, niż życie zwierzęcia (a wręcz przeciwnie) i że to wszystko można o „kant dupy rozbić”? (Jak stwierdził kiedyś Mistrz Opałka, którego „filozofia życiowa” i białe cyferki rzuciły na kolana niejednego wielbiciela sztuki współczesnej.)

Zwolennicy tzw. slow cinema oglądając „Konia” Tarra mogą się poczuć jak w niebie – z tym, że tym „niebem” jest tu właściwie potworny, targany nieustannym wiatrem apokaliptyczny wygwizdów, pogrążający się na dodatek coraz bardziej w ciemnościach. Film, mimo że trwa aż 146 minut, składa się tylko z 30 ujęć. Ale co to są za ujęcia! Przede wszystkim: dłuuuuuugie! Fabuła praktycznie nie istnieje, w pierwszych trzech kwadransach filmu pada może ze dwa słowa, na ekranie, niemal przez cały czas trwania projekcji widzimy zaledwie dwie postaci (przepraszam: trzy, wliczając to konia), z małymi wyjątkami: kiedy do kamiennego domu naszych bohaterów wpada po butelkę wódki sąsiad (racząc nas przy okazji sążnistą pseudo-nietzscheańską tyradą), oraz kiedy do zagrody zajeżdżają z wielkim hukiem po wodę rozbawieni i rozkrzyczani Cyganie (symbolizujący zapewne nadchodzącego wielkim krokiem „człowieka masowego” – konsumpcyjne społeczeństwo Europy, które najlepiej byłoby posłać do wszystkich diabłów, czyli – śladem dzieci ministra Rostowskiego – do Ameryki).

Przedsmak tego, co nas czeka w następnych paru godzinach, widzimy już w pierwszym ujęciu: przez opuszczoną, martwą, ogarniętą wichurą okolicę jedzie wóz, którym powozi skulony, opatulony płaszczem woźnica. Uwaga kamery skupia się jednak na ciągnącym wóz koniu, który wprawdzie nie przypomina żadnego z koni czterech jeźdźców Apokalipsy, ale za to symbolizować ma pewnie niemożebną harówkę i jarzmo każdej zaprzęgniętej do życia ziemskiej istoty. Robi to wszystko dość upiorne wrażenie, zwłaszcza, że w pobliżu nie ma już żadnego Nietzschego, który mógłby konika pożałować.
Jednakże to jeszcze nic w porównaniu z tym co nas czeka w chacie (wraz z córką woźnicy) – bite sześć dni, w których, jak w kieracie powtarzanych jest kilka elementarnych zachowań: wstawanie, ubieranie ojca, chodzenie do studni po wodę, gotowanie kartofli (zawsze dwóch!), obieranie ich ze skóry i  jedzenie (samymi rękami!), doglądanie konia… I… nie mycie się.
Ograniczenie tej „akcji” do 6 dni nie jest przypadkowe, bowiem opowiadana przez Tarra historia stanowi niejako odwrócenie procesu stwarzania świata – tutaj ten świat stopniowo zamiera (pierwsze przestają jeść drewno korniki, później żarcia odmawia (?) koń, następnie córka i wreszcie sam woźnica; w studni wysycha woda, wichura wyje coraz wścieklej, za oknem w końcu zapada zmrok, a w chacie gasną lampy, które już nie dają się zapalić, mimo, że nadal jest w nich nafta).
Światło – a wraz z nim świat – zamiera tak samo, jak zamarł sam Bóg, (którego być może człowiek powołał do życia, ale którego później ten sam człowiek też zabił).
*

Pogrążanie się w ciemności – agonia bez zmartwychwstania

*

Może wygląda na to, że ja sobie z filmu Tarra kpię, tudzież się z niego natrząsam (to też), ale z drugiej strony to ja go jednak biorę dość poważnie. Bo kiedy myślę o tezach jakie stawia poprzez swoje dzieło Tarr, to wcale nie jest mi już do śmiechu. (Może ta moja ironia to nic innego jak obrona przed potraktowaniem ich serio?)
Zresztą – o tym już wspomniałem wcześniej – dzieło Tarra posiada niekwestionowaną artystyczną klasę, i jego uderzenie w widza może być dotkliwe, przejmujące, a nawet bolesne, nie tracąc przy tym swego mrocznego powabu, który może być odebrany nawet jako piękno.
Obraz jest jednak niesamowicie sfilmowany: biało-czarne kadry z drgającymi w nich szarościami; gra światła i cienia, solidność ludzkich postaci – no i ten nieznośny ciężar martwych przedmiotów (martwa natura nie może już być chyba bardziej martwa, niż u Tarra). Ma to w sobie jakiś niewytłumaczalny magnetyzm. Również walory malarskie (fotograficzne) kadrów są nie do przecenienia. A poszczególne sceny, ruchy, gesty, zachowanie, słowa… – to wszystko jest niewątpliwie otwarte na interpretacje, (których zresztą filmowi nie szczędzono, tym bardziej, że zdobył on główną Nagrodę Jury na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie). A jednak jest coś, co mnie powstrzymuje przed admiracją dla tego filmu. I myślę, że to coś leży w sprzeczności z tym, czym dla mnie samego jest człowiek, życie i świat.

Tarr powiedział przy jakiejś tam okazji, że nakręcił ten film gdyż nie mógł się pogodzić z tym, że człowiek musi umrzeć. A my możemy się zapytać: a co on sam zrobił, żeby jego postacie nie przypominały chodzących zombies? A takimi właśnie wydają się być woźnica i jego córka: pozbawieni jakiegokolwiek werbalnego porozumienia między sobą; ich psychologia jest zredukowana do zera, a zachowanie – do powtarzających się mechanicznie czynności, których monotonia jest przytłaczająca. Najwyraźniej pozbawieni są przy tym jakiejkolwiek duszy – ich psychika nie jest chyba bardziej skomplikowana, niż psychika konia, którego trzymają w stajni (więc ich życie sprowadziło się w końcu do nagiej zwierzęcej egzystencji).
A Tarr (w jednym z wywiadów) mówi: „ja opowiadam o życiu”. I dodaje: „Filmowe historie mają to do siebie, że chcą, abyśmy uwierzyli, że coś się dzieje. Ale przecież doskonale wiemy, że nic się nie dzieje. To tylko życie, które ciągnie się w niewyobrażalny sposób. Dzień za dniem. Ale przecież każdy dzień, pomimo swojej powtarzalności, przynosi nam coś nowego. Wie pan, co jest przeszywającego w upływie czasu? Że każdy kolejny dzień przybliża nas do śmierci.”
Jest w tym spojrzeniu na życie Tarra coś niebywale irytującego: jedyną nowością, jaką przynosi nam kolejny dzień, ma być według niego to, że jesteśmy o jeden dzień bliżej śmierci. Czyli życie to nic innego jak powolne umieranie. Brzmi to może efektownie, ale w istocie swej bzdurnie.
Do jakiego stopnia trzeba mieć mózg zatruty dekadencją, żeby coś takiego twierdzić? I skąd ta pewność, że czeka nas tylko mrok?
Przyznaję, że nihiliści zawsze mnie intrygowali, ale i nieźle przy tym drażnili, zwłaszcza, kiedy tak patrzyłem na to, jak kurczowo trzymali się życia, (które wg nich jest ponoć takie straszne, puste i bez sensu), a jeszcze bardziej kurczowo przywierali do swojego narcyzmu. Ciekaw jestem czy gotowi byli by utożsamić się ze słowami Nietzschego, który uczepiwszy się końskiej szyi tracił kontakt ze swoim rozumnym (?) życiem wołając: „jestem głupcem!”

* * *

Światło gaśnie tak, jak wygasł Bóg.

*